Dom lalek - Edyta Świętek - ebook
Opis

W końcu los odpowiedział na wszystkie moje prośby….

Nie, jednak nie na wszystkie…

Naprawdę nie wiem, czym ja sobie na ciebie zasłużyłam.

Anita jest z natury wycofana i charakteryzuje się niską samooceną. Źródłem takiej postawy są problemy z przeszłości – jako dziecko, a następnie nastolatka, wciąż spotykała się z przykrościami ze strony rówieśników, którzy prześladowali ją, szydząc, że jest taka sama jak jej niepełnosprawna intelektualnie siostra. Kompleksy narosłe w dzieciństwie rzutują na dorosłe życie kobiety.

Pewnego dnia Anita znajduje na masce swojego samochodu pudełko z lalką. Nie przywiązuje wagi do tego wydarzenia. Kilka miesięcy później poznaje Mikołaja – mężczyznę, który wydaje jej się niemal idealny. Jego opiekuńczość i ciągłe zainteresowanie schlebiają kobiecie. Nawiązuje się pomiędzy nimi romans. Anita rozkwita w tym związku, w końcu czuje się wartościowa i atrakcyjna. Okazuje się jednak, że Mikołaj coś przed nią ukrywa.

Tematy damsko-męskie, a do tego odrobina tajemnicy - i można czytać bez przerwy! Poznajcie niezwykłą pisarkę i jej niezwykły literacki świat. Polecam z całego serca!

Artur Gotz, wokalista i aktor

Mistrzyni powieści Edyta Świętek po raz kolejny udowadnia, że nieobce są jej żadne tematy. Dom lalek to historia inna niż jej poprzednie książki. Powieść wciąga od pierwszej strony i przyprawia o dreszcz emocji. Autorce serdecznie gratuluję, a Wam gorąco polecam.

Magdalena Goc-Natonek, FB: Madzia G.N. z nosem w książkach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 321

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

Prolog

 

 

Lalka

 

 

 

 

Pojedyncze płatki śniegu okrywały miękką pierzynką stojące na parkingu samochody. Zima próbowała nieśmiało przypomnieć o swoim władaniu przyrodą, lecz było zdecydowanie zbyt ciepło, by zdołała na stałe zagościć w Olkuszu.

No i dobrze – westchnęła Anita Daniewska, myśląc o losie swoich czworonożnych podopiecznych.

Odkąd zamieszkała na osiedlu Młodych, usiłowała regularnie dokarmiać bezpańskie kociaki, które przyłaziły pod jej balkon. Żałowała nieboraków, ale nie mogła sobie pozwolić na zabranie zwierzątek do domu, ponieważ umowa najmu mieszkania wykluczała taką możliwość.

Anita szła niespiesznie chodnikiem, zmierzając w stronę parkingu. Już widziała własne auto, z którego często pokpiwała i które zwykle w rozmowach z przyjaciółką określała jako ferrari. Tak naprawdę z ekskluzywną marką łączyła je tylko jedna cecha, a mianowicie piękna, agresywna czerwień, która sprawiała, że stary lanos był doskonale widoczny w niemalże każdych warunkach atmosferycznych.

Do rozpoczęcia dniówki Daniewskiej pozostało jeszcze mnóstwo czasu. Tego popołudnia miała na czternastą. Wolała jednak wyjść z domu nieco wcześniej, zakładała bowiem znaczne korki na ulicach. Ostatnie dość łagodne zimy sprawiły, że kierowcy kiepsko radzili sobie za kierownicą podczas opadów śniegu. Zdążyli odwyknąć od oblodzonych jezdni i innych utrudnień.

Blacharze znowu będą mieli pełne ręce roboty – pomyślała.

Nagle coś przykuło jej uwagę.

– A co to? – wyraziła na głos zdziwienie, widząc na masce wysłużonego samochodu podłużny karton po butach. Albo z butami.

Być może jakaś kobieta wysiadająca z sąsiedniego pojazdu przez gapiostwo zostawiła swoje czółenka. Anita wyciągnęła dłoń i uchyliła wieczko, aby sprawdzić zawartość. Wewnątrz nie znalazła damskich szpilek, co sugerował obrazek umieszczony z boku, lecz wyglądającą na nową lalkę Barbie. Zabawka prezentowała się zupełnie zwyczajnie, a prócz niej wewnątrz opakowania nie było absolutnie nic więcej. Daniewska spojrzała wokół, lecz nie dostrzegła nigdzie potencjalnej właścicielki.

Pewnie zgubiła ją jakaś dziewczynka.

Włożyła zabawkę do pudełka, by nie zniszczył jej śnieg. Odłożyła karton wraz z zawartością na pobliską ławkę, licząc na to, że zguba trafi w odpowiednie ręce. Potem wsiadła do lanosa i nie poświęcając więcej uwagi tej sprawie, opuściła parking.

 

Dlaczego nie zabrała lalki? Przecież była dla niej – przeszło przez myśl osobie przypatrującej się temu z niewielkiej odległości.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

 

 

ROZKWITAJĄCA RÓŻA

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

Kałuże i strugi deszczu

 

 

 

 

Za oknem siąpił deszcz. Niemrawo. Kropla po kropelce. Monotonnie. Był zdecydowanie zbyt drobny, aby bębnić o blaszany parapet, lecz wystarczająco uporczywy, by wywołać stan poirytowania. Albo migrenę, która sygnalizuje nadejście delikatnym ćmieniem w skroniach, a następnie przynosi nieznośny ból i mroczki wirujące przed oczami.

Znowu się ślimaczy – pomyślała Anita, spoglądając przez umieszczone pod sufitem okno na fragment rozmytego, przedwiosennego pejzażu. Nie lubiła tej pory roku, choć nawet paskudna pogoda stanowiła sygnał, że niebawem nadejdą cieplejsze dni, a drzewa przywdzieją miłą dla oczu zieleń. Na razie jednak było zbyt brzydko i ponuro, by z optymizmem wyczekiwać przyjemniejszej aury.

Kobieta z westchnieniem przeniosła wzrok na zegar ścienny. Dochodziła dziewiętnasta. Do zakończenia pracy zostały jeszcze trzy godziny, zapowiadające się dość nudno, mimo że kiepskie warunki atmosferyczne nie zniechęciły stałych bywalców klubu fitness do skorzystania z siłowni. Wyznawcy kultu pięknej sylwetki pracowicie rzeźbili ciała za pomocą bądź to skomplikowanych urządzeń, bądź to zwyczajnych hantli, czajników i innych sprzętów. Dzień jak co dzień, z tą różnicą, że nie było tłoczno. Aura na pewno odstraszyła mniej wytrwałych osobników.

Nie przyszła na przykład długowłosa pannica o pociągłej, końskiej twarzy, zaglądająca zazwyczaj popołudniami. Anita, która zawodowo udzielała instruktażu osobom ćwiczącym oraz odpowiadała za zachowanie bezpieczeństwa i porządku w salach do ćwiczeń, już kilkakrotnie zwracała dziewczątku uwagę, że włosy winny być starannie spięte, a najlepiej zaplecione w warkocz, gdyż mogą zostać wciągnięte przez jakiś przyrząd, a potem będzie płacz. Pustogłowa lala ignorowała napomnienia i zawsze nosiła rozwichrzoną fryzurę, choć zdaniem Anity szału nie było: cienkie, dość rzadkie kosmyki miały nieciekawy mysi kolor zbliżony do blondu. Widać jednak ich właścicielka nad własne bezpieczeństwo i zdrowy rozsądek przedkładała chęć wywierania wrażenia na ćwiczących wokół mężczyznach. Wdzięczyła się do nich ile wlezie, prezentowała skądinąd niezłą figurę, choć ćwiczyła kiepsko. Postura Vanessy zdecydowanie była zasługą natury, która nadała ciału harmonijne kształty. Daniewska i jej zmiennicy wychodzili z założenia, że w rzeczywistości jedynym celem dziewczyny jest poderwanie jakiegoś muskularnego przystojniaka. Nie przypadkiem wybierała sobie bowiem do ćwiczeń miejsca sąsiadujące z urządzeniami wykorzystywanymi przez atrakcyjnie zbudowanych chłopaków.

– Taa… Jakby to było możliwe na siłowni – pokpiwała często Anita.

Zasadniczo mężczyźni przychodzący w takie miejsca skupieni byli na swoich bicepsach, tricepsach i przyległościach, a nie na podrywie. W pocie czoła pracowali nad poszczególnymi partiami wypielęgnowanych ciał i jedyny widok, jaki wzbudzał ich zainteresowanie, to własne lustrzane odbicie. Gra mięśni pod skórą. Lśniące krople potu. Uwypuklone żyły. To było królestwo testosteronu, lecz w tym przypadku bez korzyści dla kobiet. Rządził narcyzm.

Owszem, podrywacze również tutaj się trafiali, lecz oni nie poszukiwali dziewcząt pokroju Vanessy, zwanej dość dosadnie przez stałych bywalców Pustakiem.

Anita zdusiła ziewnięcie. Brak takiej postaci jak to głupiutkie dziewczątko pogłębiał uczucie nudy. Gdyby przyszła, byłoby przynajmniej na czym zawiesić wzrok. Może podsunęłaby też powód do śmiechu.

Rzut oka na zegar utwierdził instruktorkę w przekonaniu, że tego dnia nawet wskazówki są nadzwyczaj opieszałe. Podobnie jak krople deszczu spływające leniwymi zygzakami po szybach.

Nudę przerwało stukanie drewniaków o posadzkę z gresu. Daniewska nie musiała zerkać w stronę korytarza, by odgadnąć, kto nadchodzi. Kiedy jednak wychyliła się lekko, dostrzegła szatynkę o ładnej twarzy.

– Co tam, Mariolka? – zagadnęła przyjaciółkę. – Nie możesz usiedzieć w recepcji?

– Nuda – westchnęła przeciągle dziewczyna o przenikliwym spojrzeniu brązowych oczu. – Poprosiłam Czesia, by mnie chwilę zastąpił. Nie dość, że mam parszywe skurcze łydek, to jeszcze łeb mi pęka! Poratujesz cierpiącą jakimś proszkiem? – Łypnęła błagalnie na Anitę.

– Wiesz, że unikam piguł – przypomniała instruktorka. – Ale poczekaj chwilę, zerknę, czy nie mam czegoś w szafce. Mnie też ćmią skronie.

– Błagam, szukaj. Ból głowy to zdecydowanie za dużo jak na dzień, gdy zespół niespokojnych nóg tak bardzo daje mi w kość – jęknęła Mariola, pakując do ust palec wskazujący prawej ręki.

– Nie obgryzaj – skarciła ją koleżanka i naturalnym, wypracowanym przez lata odruchem pacnęła Karolczykową w dłoń. – Masz z tym skończyć, pamiętasz?

Przysadzista recepcjonistka pokazała jej język.

– Myślisz, że to takie proste?

Od dawna wszelkimi sposobami próbowała zapanować nad odruchem obgryzania paznokci. Przetestowała już chyba wszystkie dostępne metody. Smarowała palce gorzkim żelem, nakładała u manikiurzystki tipsy na nędzne resztki tego, co uniknęło kontaktu z zębami, odwracała swoją uwagę pogryzaniem paluszków, paleniem papierosów i dziesiątkami bzdur, pogłębiającymi poczucie bezsilności. Fajki stanowiły bowiem drugi po obgryzaniu nałóg, który przyjaciółka próbowała u niej wyplenić, a zajadanie różnych drobnych przekąsek zaowocowało niemałą nadwagą. Ucieleśnienie fitnessu, mawiała sama o sobie kpiąco.

Anita zostawiła koleżankę i zajrzała na zaplecze. Po chwili wróciła z aspiryną oraz szklanką wody.

– Proszę. To powinno wystarczyć. A co do niespokojnych nóg, to lepiej zrób analizy krwi. Na moje oko możesz mieć niedobory potasu lub magnezu, stąd ta przypadłość.

– Matko-sałatko! Życie mi ratujesz – odetchnęła uszczęśliwiona Mariola i natychmiast łyknęła tabletkę. – Robiłam już badania. Wszystkie wyniki mam w normie. Lekarz powiedział, że muszę jakoś z tym żyć. A ty? Dajesz radę? – zapytała, oddając szkło.

– Ledwo zipię z nudów. Jak nie ma treningów personalnych, to przy takiej pogodzie idzie zwariować.

Aktualnie w siłowni przebywali jedynie ci, którzy świetnie sobie radzili z ćwiczeniami i nie potrzebowali pomocy lub instruktażu. Nie mieli także problemów z odkładaniem na miejsce niepotrzebnych akcesoriów. Rola Anity polegała więc wyłącznie na przyjmowaniu bloczków od osób wchodzących na salę treningową. Kobieta zdecydowanie wolała, gdy panował większy ruch. Przynajmniej wtedy nie było nudno. Owszem, czasami występowały irytujące sytuacje, ponieważ niektórzy użytkownicy zostawiali po sobie bałagan – widać dla tych herosów odłożenie na miejsce sztangi, czajników lub skakanek stanowiło zbyt wielki wysiłek. Ale można też było pokpiwać z Pustaka i jej podobnych idiotek. Albo pomóc komuś, kto dopiero zaczynał przygodę z ćwiczeniami i nie najlepiej dawał sobie radę: tutaj poprawić ułożenie rąk, tam skorygować kąt pochylenia sylwetki, napomnieć, by delikwent nie podnosił ciężarów z maksymalnie wyprostowanymi stawami.

– Jeszcze dwie i pół godziny. Trzeba wytrzymać. A potem wio do domu.

– Jakieś plany na później? – zagadnęła Mariola.

– Ściskanie jaśka – parsknęła instruktorka. – Najpierw lektura do poduchy, a następnie uderzam w kimono.

– W piątkowy wieczór? Babo! – Przyjaciółka skarciła ją z żartobliwym oburzeniem. – A gdzie imprezy, faceci i wszystkie atrakcje, na jakie mogą sobie pozwolić wyłącznie singielki?

Anita spojrzała na nią z politowaniem.

– Daj spokój. Już z tego wyrosłam.

– Ha, ha, ha! Gdybym wzięła rozwód, używałabym ile wlezie. Marzę o tym, żeby na jedną noc posłać moją zgraję na księżyc i balować do rana jak za starych, dobrych czasów.

– A ja myślałam, że mamuśki marzą o tym, żeby posłać rodzinę na księżyc, a pod nieobecność bliskich zatonąć w błogim lenistwie – skwitowała rozwódka.

– Dobre sobie! Dzięki za ratunek! – Mariola kiwnęła głową w stronę przyjaciółki. – Mogę ci dać w rewanżu pączka. Zostały mi dwa, chcesz? – zaproponowała, lecz Anita od razu wzdrygnęła się z wyrazem takiego obrzydzenia, że koleżanka parsknęła śmiechem. – Nie wiesz, co tracisz!

– Ależ oczywiście, że wiem – odparła instruktorka. – Ciasto z milionem kalorii usmażone w smalcu. Brr! – Skrzywiła się wymownie.

– Dobra, spadam do siebie. Oczywiście wracamy razem do domu? Narka!

Nie czekając na odpowiedź przyjaciółki, odeszła w stronę recepcji. Instruktorka z przyzwyczajenia obrzuciła jej sylwetkę uważnym spojrzeniem.

Taa… tutaj potrzeba trochę ćwiczeń i diety zamiast pączków – przemknęło jej przez myśl. Nie do końca złośliwie, gdyż Mariola Karolczyk bezsprzecznie była jej bratnią duszą – bliższą niż rodzona siostra. Bliższą nawet niż Filip w czasie narzeczeństwa, a później niezbyt udanego związku małżeńskiego.

– Narka – bąknęła, choć koleżanka już dawno zniknęła za zakrętem korytarza.

Zlustrowała salę ćwiczeń, w której wyraźnie się przerzedziło. Z zadowoleniem odnotowała panujący tam nienaganny porządek. Rutynowo przeszła pomiędzy trenującymi, lecz jej pomoc była tego dnia zbyteczna. Wróciła więc na fotel, zasiadła wygodnie i sięgnęła po lekturę.

Lubiła czytać. Nie ograniczała się wyłącznie do periodyków związanych z dietą czy ćwiczeniami. Uważała, że o zwoje mózgowe należy dbać z nie mniejszą starannością niż o ciało. Z przyjemnością pochłaniała beletrystykę. Kochała zwłaszcza rodzimych autorów – zarówno współczesnych, jak i klasyków. Taki Dołęga-Mostowicz przykładowo. Niby żył i tworzył przed niemalże stuleciem, a jego dzieła uważała za aktualne do dzisiaj. Pochłaniała jego powieści w każdej wolnej chwili. Uwielbiała także Reymonta. Oczywiście sięgała też po młodych polskich pisarzy, z zadowoleniem przebierając w bogatej i różnorodnej ofercie wydawniczej.

Mariola niejeden raz pokpiwała z Anity, twierdząc, że minęła się z powołaniem i zamiast wskazywać kierunek osobom rzeźbiącym ciała, powinna raczej zabiegać o rozwój intelektualny ludzkości, pracując w bibliotece. Rzeczywiście byłoby to dużo stosowniejsze zajęcie dla tak wyciszonej kobiety.

Upodobanie do literatury pomagało Daniewskiej przetrwać w najtrudniejszych chwilach życia, a tych, niestety, nie brakowało.

Przyszła na świat w na pozór zwyczajnej olkuskiej rodzinie: ojciec, matka i dodatkowo jedna starsza siostra. Ratajowie mieszkali w maleńkim, dwupokojowym domku z cegły zlokalizowanym na obrzeżach miasteczka, czyli w Starym Olkuszu, przy ulicy Pomorskiej. Wiedli cichy i skromny żywot, z trudem dopinając domowy budżet.

Pan domu, Michał, przez wiele lat zatrudniony był w fabryce naczyń emaliowanych, a gdy dopadła go fala zwolnień grupowych, znalazł pracę w charakterze stróża. W czasach fabrycznych tyrał w czterobrygadowym systemie zmian i w związku z tym niewiele czasu spędzał z żoną i córkami.

Aldona była recepcjonistką w biurze. Wprawdzie chodziła tam na jedną zmianę, ale zarabiała marne grosze. Brakowało jej przebojowości i ambicji, by poszukać czegoś atrakcyjniejszego. Reprezentowała klasyczny typ nieśmiałej, cichej myszki, która zawsze pozostaje w cieniu. Będąc młodą kobietą, rzadko dokądkolwiek wychodziła. Nad imprezy w gronie przyjaciół przedkładała spokojne wieczory w domu. W takiej sytuacji trudno o poznawanie potencjalnych kandydatów na męża. Choć marzyła o posiadaniu dzieci, nie robiła nic w tym kierunku. Zadowalała się zabawianiem siostrzeńców i była dla nich najlepszą ciocią na świecie.

Lata mijały, a Aldona – ku rozpaczy rodziców – pozostawała w stanie panieńskim. Z godnością znosiła wszystkie uwagi, jakie robili na ten temat bliscy, przekonani, że założenie rodziny jest jedynym sposobem na szczęśliwe życie. Zapewne spędziłaby resztę swoich dni jako stara panna, gdyby kuzynka Maria nie umówiła jej któregoś dnia na randkę ze starszym o dziesięć lat bezdzietnym rozwodnikiem.

Aldona i Michał nie potrzebowali zbyt dużo czasu, by stwierdzić, że właściwie mogliby resztę życia spędzić razem. To uwolniłoby ich od konieczności wysłuchiwania komentarzy na temat stanu bezżennego, który jakoś tak wszystkich dokoła kłuł w oczy. Nie najmłodsi małżonkowie szybko postarali się o powiększenie rodziny – nie było na co czekać, gdyż przyszły ojciec był już dobrze po czterdziestce. Aldona z ekscytacją oczekiwała na maleństwo, bowiem uwielbiała dzieci.

O ile stan błogosławiony przebiegał prawidłowo, to w czasie porodu, który nastąpił nieco ponad dwa tygodnie po wyznaczonym terminie, nastąpiły poważne komplikacje. Niewiele brakowało, a Aldona i jej córka nie przeżyłyby rozwiązania. Lekarze zaciekle o nie walczyli. Ostatecznie noworodek otrzymał zaledwie trzy punkty w skali Apgar. Był tak bardzo niedotleniony, że aż posiniał i potrzebował specjalistycznej pomocy.

Tamten czas powracał w późniejszych wspomnieniach Aldony niczym koszmarny sen. Godziny, dni i tygodnie odmierzane były kolejnymi wizytami w szpitalach i ośrodkach zdrowia oraz rozpaczliwą walką o zdrowie niemowlęcia. Dopiero po upływie kilku miesięcy stan małej został ustabilizowany na tyle, by lekarze orzekli, że największe zagrożenie minęło. Córka będzie żyć, lecz problemy okołoporodowe pozostawiły trwałe zmiany w jej mózgu.

Pani Ratajowa odetchnęła wtedy z nieznaczną ulgą. Jeszcze nie do końca zdawała sobie sprawę, jak wiele zmartwień przysporzy jej ta wiadomość. I że tak naprawdę jedni specjaliści zostaną zastąpieni innymi. Już nie neonatolodzy czy pulmonolodzy, lecz logopedzi, psycholodzy i neurolodzy będą sprawowali pieczę nad dzieckiem. W tamtej chwili przeważała radość. Ze wszystkich wypowiedzi doktorów docierały do niej wyłącznie słowa o tym, że minęło ryzyko utraty dziecka. Zresztą początkowo nikt nie potrafił precyzyjnie określić, na ile komplikacje porodowe wpłyną na przyszłość jej ukochanej córki.

Pewne pocieszenie dla strapionej matki stanowiło to, że Urszulka była śliczna niczym lalka. Miała uroczą buzię o wielkich niebieskich oczach. Natura obdarzyła ją pięknymi włosami w kolorze jasnego blondu oraz godną pozazdroszczenia nieskazitelną cerą pozbawioną piegów czy jakichkolwiek znamion lub krost. Och! Jakże tu nie kochać takiego rozkosznego skarbu? Jak nie walczyć o to, by życie nie zgasło w tym maleńkim cudzie natury? Córcia tak bardzo zachwycała urodą, że pracownicy szpitala często podchodzili do inkubatora, aby zobaczyć maleńką. Dziewczynkę porównywano do rozkosznego aniołka. Na pierwszy rzut oka nie można było z jej twarzy wyczytać niedostatków intelektualnych, które wychodziły na jaw dopiero z upływem czasu. Nawet w kolejnych latach życia nierozgarniętą i ociężałą Ulę cechowała wyjątkowa uroda, i trochę czasu upływało, nim przebywająca z nią osoba odkrywała te wszystkie braki. Prawda wychodziła na jaw podczas rozmowy. Z pustego, tępego spojrzenia. Albo z ust, zastygających w wiecznie zdziwionym wyrazie. Ewentualnie z całej postaci – jakiejś takiej niezgrabnej, topornej, pozbawionej choćby krzty wdzięku.

Rok po Urszuli przyszła na świat Anita. Aldona, która już zdążyła zaznać problemów związanych z macierzyństwem, odczuwała paniczny strach na myśl, że następny potomek także przysporzy jej utrapień. Bardzo kochała pierworodne maleństwo, przelała na nie całą miłość, jaką nosiła w sercu, ale nie wyobrażała sobie kolejnych trudów rodzicielskich. Nie chciała i nie planowała drugiej ciąży – po prostu doszło do niej przez chwilę nieostrożności. Od samego początku kobieta uważała, że wzrastające w niej nowe życie jest intruzem i zbędnym ciężarem.

Jakież było przygnębienie Ratajowej, gdy po raz pierwszy zobaczyła drugą córkę! Bo nie dość, że wolałaby chłopca, a los obdarował ją dziewczynką, to jeszcze młodsze dziecko było wyjątkowo pokraczne i brzydkie! Tuż po porodzie włożono jej w ramiona chudzielca o pomarszczonej buzi i garbatym nosku. Z biegiem lat wygląd Anity nie uległ poprawie. Rysy twarzy dziewczynki nabrały jeszcze większej ostrości. Pozostała chuda, drobna i jakaś taka mysia. Jej włosy, usta i oczy miały bliżej nieokreśloną barwę. Ni szarą, ni beżową. Na garbatym nosie wyskoczyły piegi. Przez cienką, pergaminową skórę prześwitywały żyłki i wyraźnie rysowały się kosteczki. Coś okropnego!

Choć lekarze tuż po porodzie zapewniali Aldonę, że wszystko jest w najlepszym porządku, ponieważ ma zupełnie zdrowego potomka, ona żywiła do tego maleństwa jakąś wewnętrzną niechęć i nie potrafiła pokochać go równie mocno, co pierworodną córkę.

Tak więc Anita od pierwszych chwil życia była w rodzinie kimś gorszym i nie do końca chcianym. Egzystowała z tym piętnem przez całe dzieciństwo i późniejsze lata nastoletnie. Świadomość, że jest dla rodziców dodatkowym ciężarem, była jeszcze jedną kroplą w potężnej czarze goryczy, jaką uzbierała z wylanych łez. To wszystko rzutowało na decyzje dorosłej kobiety, która w gębi duszy nadal pozostawała odtrąconym brzdącem.

 

Wskazówki zegara dobrnęły do godziny dwudziestej drugiej. Daniewska z ulgą pomaszerowała do szatni. Zrezygnowała z prysznica – tego dnia w ogóle nie prowadziła treningów personalnych, więc nie miała kiedy się zgrzać. Zdążyła raczej przemarznąć do szpiku kości i jedyne, o czym marzyła, to powrót w domowe pielesze oraz długa kąpiel rozgrzewająca.

Kiedy tylko było to możliwe, jeździły do pracy razem z Mariolą. Tego dnia dyżur za kółkiem przypadł Anicie, więc trenerka z góry wiedziała, że zanim zanurzy się w wannie z wodą, minie dobre dziesięć minut więcej niż zazwyczaj.

– Ależ parszywie! – jęknęła Karolczykowa, gdy na moment przystanęły pod zadaszeniem osłaniającym wejście do klubu.

Porywisty wiatr chlasnął ich twarze zimnymi kroplami.

– Poczekaj tutaj, lecę po auto! – rzuciła Daniewska.

Dygocąc z zimna, pobiegła w strugach ulewnego deszczu do zaparkowanego kilkadziesiąt kroków dalej samochodu. Dość przemoczona wsiadła za kółko. Była tak roztrzęsiona, że przez chwilę miała problem z trafieniem kluczykiem do stacyjki.

Obym nie złapała przeziębienia – przemknęło jej przez myśl.

Zanotowała w pamięci, że dobrze byłoby wypić na noc gorącą wodę z miodem i cytryną. Może też powinna zjeść kilka ząbków czosnku. Lepsze to niż wszystkie aspiryny świata i na pewno zdrowsze. Unikała zażywania pigułek. Drażniła ją polityka koncernów farmaceutycznych, które wszelkimi sposobami usiłowały zrobić z Polaków naród lekomanów. Gdy rozgłośnie radiowe zaczynały nadawanie pasma reklamowego, natychmiast zmieniała kanał, by nie wysłuchiwać zachwytów nad wszelkiego rodzaju medykamentami, mającymi zapewnić ludziom zdrowie, urodę, potencję czy spokojny sen. Czasami pokpiwała sobie, że tak właściwie żadna funkcja życiowa nie może teraz istnieć bez udziału odpowiednich tabletek, które rzekomo wspomagały człowieka, począwszy od życia prenatalnego, aż do śmierci. Bo nawet tę ostatnią można odpowiednio stymulować.

Pastylki na seks, na nerwy, na wszelakie bóle, na sranie i na kichanie – zżymała się w duchu.

Nareszcie przekręciła kluczyk. Pod maską wysłużonego lanosa zamruczał przyjemnie silnik. Włączyła światła, uruchomiła wycieraczki. W myślach pogratulowała sobie przezorności. Kiedy jeszcze była żoną Filipa, kategorycznie zaprotestowała przeciwko jego pomysłowi kupna nowego samochodu na kredyt. Gdyby zrealizował swoje pragnienie, zostałaby bez środka transportu, ponieważ eksmąż na pewno zechciałby zabrać nabytek. A na utrzymanie dwóch pojazdów nigdy nie wyraziłby zgody, ponieważ był nieprawdopodobnym dusigroszem.

Bezzwłocznie ruszyła w stronę wejścia, aby zgarnąć przyjaciółkę.

Reflektory skręcającego samochodu omiotły drzewa rosnące obok parkingu. Nagle wzrok Anity zarejestrował postać ukrytą pod rozłożystym, lecz wciąż pozbawionym liści klonem. Wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy, ale zdążył ogarnąć ją strach, gdyż wyglądało to dość upiornie. Mimo mroku zauważyła kaptur i wynurzającą się spod niego bladą twarz. Rysy zostały rozmyte przez strugi deszczu, spływające po szybie, co sprawiło, że człowiek ten ją przeraził. Kimkolwiek był, miał na sobie jakąś pelerynę przeciwdeszczową, która odbijała słabe światło rzucane przez pobliską latarnię. Porywisty wicher targał kapotą na wszystkie strony. Daniewską zdumiewało, że ktoś ma ochotę tkwić podczas ulewy w takim miejscu. Wszak niedaleko znajdowało się zadaszone wejście do klubu fitness. Tam spokojnie można byłoby znaleźć schronienie.

Wycieraczka zagarnęła wodę z szyby samochodu, dekoncentrując na moment Anitę. Kiedy kobieta ponownie spojrzała pod drzewo, nikogo tam nie dostrzegła. Przez jej plecy przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Odetchnęła nerwowo.

Przywidziało mi się – stwierdziła, gdy po chwili odzyskała jasność myśli. Pewnie to była jakaś nisko zwisająca gałąź, która chybotała na wietrze.

Przestała zaprzątać sobie głowę tym drobiazgiem. Wróciło pragnienie ciepłej kąpieli i małej lampki wina. Podjechała w miejsce, gdzie stała przyjaciółka, i poczekała, aż ta wsiądzie do samochodu.

– Co tak długo? Myślałam już, że uświerknę, stojąc pod tą cholerną wiatą. Zacina z każdej strony – narzekała Mariola, zapinając pasy.

– Widziałaś człowieka pod drzewem? – zapytała Anita.

– No co ty? Jakiego człowieka? – wyraziła zdziwienie. – Nikt normalny nie tkwiłby na skwerze, gdy z nieba pizga złem.

Faktycznie uległam jakiejś iluzji. Pewnie ze zmęczenia. Późno już, jestem śpiąca, a na domiar złego znowu zaczynają mnie ćmić skronie.

Zanim po powrocie do domu Daniewska spełniła marzenie o wannie z gorącą wodą i innych przyjemnościach, wyszła jeszcze na balkon, by napełnić miseczki dla bezdomnych kotów. Ledwo zaczęła szeleścić opakowaniem z suchą oraz saszetkami z mokrą karmą, na podest wskoczył pierwszy, najodważniejszy rudy kocur, który zwykł nocować w piwnicy. Po chwili dwa mniejsze kociaki wychyliły łebki z budki stojącej w kącie.

– Zgłodniałyście, biedactwa, co? – zagadnęła do podopiecznych.

Rudzielec otarł się o jej łydki, a potem przystąpił do pałaszowania posiłku.

Anita wyciągnęła dłoń i ostrożnie pogładziła go po grzbiecie. Nie uciekł, choć czasami bywał płochy. Widać głód wziął górę nad strachem.

Zwierzaki nie należały do Anity, mimo że niektóre z nich nocowały czasami na jej balkonie. Odkąd odszedł Filip, stanowiły dla niej jedyne towarzystwo. Czasami do Anity zaglądała Mariola, lecz robiła to nader rzadko, gdyż była pochłonięta rodziną i związanymi z nią problemami. Jeszcze rzadziej odwiedzali Daniewską krewni.

 

Samotność jest stanem, do którego łatwo przywyknąć. Czasami bywa tak naturalna, że wręcz przestaje się ją dostrzegać. Jeżeli ktoś całe życie spędza sam, bardziej dziwi go nagła obecność drugiej istoty obok niż permanentny spokój i pustka.

Jeśli nie liczyć Marioli, Anita należała właśnie do takich osób. Nawet małżeństwo z Filipem nie naruszyło w znaczący sposób jej małej stabilizacji. To był krótkotrwały incydent. Chwilowe zamieszanie, które w jej życiu zmieniło tylko tyle, że zaczęła używać innego nazwiska. Nie wróciła po rozwodzie do panieńskiego, gdyż nie miało ono dla niej większego znaczenia. Równie dobrze mogła nazywać się Daniewska, Rataj, Kowalska czy Nowak.

Nie chowała urazy do eksmęża. Pozostawał w sferze obojętności.

Anita dawno temu oswoiła samotność. W czasach małżeńskich wracała z pracy do pustego mieszkania. W czterech ścianach wynajętej kawalerki witała ją zwykle cisza. Niczym niezmącony spokój towarzyszył kobiecie przez resztę dnia, a czasami również nocą.

Filip, jako ratownik medyczny, pracował na zmiany. Często brał dodatkowe dyżury. Daniewscy nie należeli do zamożnych – żadne z nich nie miało kokosów ze swojej pracy, choć gdyby tylko Anita trochę się wysiliła, zapewne mogłaby znacznie więcej zarabiać.

Mąż wciąż marzył o posiadaniu rzeczy, które ona uważała za zbyteczne.

Po co im telewizor na pół ściany i różne cuda elektroniczne? Czy warto brać nadgodziny albo dodatkowe pół etatu w innej firmie i harować tylko po to, by mieć? By pochwalić się różnymi dobrami materialnymi przed najbliższą rodziną, kuzynem, kumplami męża… Filip często miał pretensje do żony, że nie chce dorabiać do pensji. A ona nie widziała w tym sensu. Czasami dochodziło do sprzeczek na tym tle, ponieważ Anita zdecydowanie wolała wydawać swoje zarobki na powieści lub poradniki niż na upragnione przez niego gadżety.

– Nie ma już ich gdzie trzymać! – utyskiwał, gdy przynosiła do domu kolejne tomiszcze.

Faktycznie, na trzydziestu metrach kwadratowych niewielkiego mieszkanka książki zajmowały sporo przestrzeni. Wypełniały szczelnie wszystkie półki, leżały na parapecie, można było znaleźć je nawet w kuchni. Kiedy Filip odszedł i zabrał ze sobą swój ukochany telewizor, Anita zamówiła dodatkowy regał. Mebel stanął w miejscu zwolnionym przez komodę, nad którą wcześniej wisiał odbiornik LCD. Od tamtej pory wieczornej lekturze, zamiast hałasu płynącego z głośników, towarzyszyła błoga cisza.

Nawet jeśli przez krótki moment rozwód zabolał – wszak Daniewska nie była do cna pozbawiona uczuć – szybko przeszła nad nim do porządku dziennego. Wychodząc za mąż, miała zupełnie inną wizję wspólnego życia, nie było więc nad czym lać łez.

Po jazgocie siłowni, gdzie ćwiczeniom towarzyszył ryk głośnej muzyki, gwarze miasta i hałasie ulicznym, spokój kawalerki był zbawienny. Anita z lubością wracała do domu. Zjadała lekką kolację, brała relaksującą kąpiel lub energetyzujący zimny prysznic – stosownie do potrzeb, a potem siadała w fotelu „uszaku” – jeszcze jednym meblu, który sprawiła sobie po rozwodzie – podwijała nogi pod siebie i potrafiła tak przesiedzieć długie godziny, czytając ulubione powieści. Nikt, kto znał ją wyłącznie z klubu fitness, nie uwierzyłby, że w ten sposób spędza każdą chwilę, gdy nie ćwiczy lub nie gotuje.

Gotować także lubiła, lecz i to stanowiło kość niezgody pomiędzy nią a ślubnym. Ona stawiała na zbilansowaną, zdrową i pożywną dietę, on wielbił bigos, krokiety i schabowego z kapustą.

Z perspektywy czasu doszła do wniosku, że tak właściwie nic ich ze sobą nie łączyło. Byli sumą przeciwieństw. Czemu więc podjęła decyzję o zmianie stanu cywilnego tylko po to, by po roku wspólnego życia, w wieku dwudziestu siedmiu lat, zostać rozwódką?

 

Czesław Walczak kucał na podłodze przed otwartymi drzwiami, które oddzielały korytarz od klatki schodowej. Bez pośpiechu wykręcał śrubki mocujące klamkę oraz zamek. Tego dnia nie miał dużo pracy, więc musiał szanować zajęcie, by znowu nie dać szefowi powodów do narzekania, że zbija bąki. Stary tylko patrzył, jak tu się do niego przyczepić. Niby krewny, niby dał mu tę robotę, a wciąż traktował go jak wielki pan, który zrobił wielką łaskę.

A przecież człowiek nie przyszedł na świat tylko po to, by wciąż tyrać. Były wszak sprawy znacznie większej rangi. Bo gdyby na ten przykład wybuchła wojna jądrowa, to czy ktokolwiek zawracałby sobie głowę jakąś tam zepsutą klamką, nieszczelnym oknem albo cieknącym kranem? A co, gdyby nagle świat opanowała jakaś straszliwa zaraza? Albo doszło do innego kataklizmu?

Z wyższej kondygnacji dobiegł odgłos kroków. Dość lekki i energiczny.

Idę o zakład, że to młoda kobitka. Pewnie szczupła i wygimnastykowana – spekulował w myślach Czesław. Z jędrną dupeczką i długimi nogami.

Mężczyźni chodzili inaczej. Ciężej. Czasami równie szybko i energicznie, lecz ich kroki mocno dudniły. Dziewczyny natomiast zbiegały ze schodów z lekkością tancerek. Ledwo muskając stopnie podeszwami butów.

Podniósł wzrok, by sprawdzić, czy dobrze sklasyfikował odgłos. Po chwili zza zakrętu wyłoniły się najpierw różowe adidasy, potem smukłe łydki opięte sportowymi legginsami, a na ostatek cała wdzięczna postać odziana w krótką kurteczkę puchową. Z ramienia kobiety zwisała torba treningowa.

– Dzień… Dzień dobry – przywitał nieznajomą konserwator.

– Bry – usłyszał niewyraźne burknięcie w odpowiedzi.

Amatorka fitnessu z obojętną miną przeszła obok Czesława, nie zaszczycając go nawet jednym spojrzeniem. Mężczyzna odprowadził kobietę wzrokiem. Najpierw omiótł uważnie całą postać z majtającym się końskim ogonem w kolorze blond. Potem zatrzymał oczy na jędrnych półkulach pośladków i nie oderwał ich aż do chwili, gdy piękna nieznajoma zniknęła za drzwiami szatni, zostawiając po sobie jedynie smugę perfum.

Jeszcze przez moment Walczak delektował zmysł powonienia słodkim zapachem. Pieścił pod powiekami wspomnienie rozkołysanych bioder, kucyka chyboczącego na prawo i lewo, szczupłej, wysportowanej sylwetki.

Nawet na mnie nie popatrzyła – stwierdził. – Dlaczego żadna mnie nie chce?

Nigdy nie rozumiał kobiet.

Nie potrafił z nimi rozmawiać.

Może dlatego, że wciąż go wyśmiewały? Kpiły sobie z jego postury, zapadniętych oczu i nieśmiałości… A on przecież nie chciał od nich cudów. Liczył na miłe słowo. Albo na to, że któraś pójdzie z nim na randkę. Albo że pozwoli mu, by potrzymał ją za rękę.

Odległym szczytem marzeń, o którym nawet nie miał odwagi zbyt często myśleć, było zdobycie towarzyszki na resztę życia.

 

Przełom zimy i wiosny przyniósł chłodną i nieprzyjemną pogodę. Ciemne, pochmurne dni wciąż jeszcze zdecydowanie za szybko przechodziły w wieczory, przywodząc na myśl jesień. Tak, jakby pory roku pomyliły kolejność.

Instruktorka fitnessu przemykała chodnikiem, kuląc się przed porywami wiatru pod parasolem. Z utęsknieniem czekała na słoneczną aurę. Wracała ze szkolenia z zakresu zdrowego odżywiania. Z uwagi na brak miejsc zaparkowała samochód kilkaset metrów dalej. Była w połowie drogi, gdy z naprzeciwka nadeszła niezgrabna, zwalista blondynka. Kobieta miała na sobie modną, lecz niezbyt czystą kurtkę i wyświechtane jeansy, których nogawki upstrzyły błotniste kleksy.

– O! Cześć, Aniciura! – wykrzyknęła z ekscytacją na widok Daniewskiej.

– Ulka! Co ty tutaj robisz? – wyraziła zdziwienie Anita.

– Wyszłam z pracy. Ciotka Nela załatwiła mi robotę woźnej w szkole.

– No to super. Nie wiedziałam, że masz nowe zajęcie – odparła, dygocąc z zimna. Zerknęła w stronę samochodu. Chciała jak najszybciej do niego dotrzeć i pojechać do ciepłego, przytulnego mieszkania. Niestety, Urszula miała inny pomysł na spędzenie popołudnia.

– Rzadko przyjeżdżasz do rodziców, to nie wiesz, co u nas słychać. Ale może pojadę z tobą do ciebie na kawę, to pogadamy – zaproponowała.

Znając Urszulę, Anita mogła przypuszczać, że siostra nie poprzestanie na kawie, lecz wizyta potrwa przynajmniej do kolacji, a na ostatek trzeba będzie odwieźć opornego gościa do domu rodzinnego. Chociaż ich wzajemne relacje dalekie były od idealnych, Ulka lubiła czasami zwalać się na głowę młodej. A ponieważ przebywały właśnie w centrum miasta, Daniewska z miejsca oceniła, że korzystniej będzie, jeśli wstąpią do kawiarni. Choćby nawet miała pokryć za nią rachunek.

– Wiesz co? Dzisiaj nie mogę cię zaprosić, bo wieczorem jestem umówiona. Ale chodź, wejdziemy tu do lokalu. – Wskazała drzwi. – Posiedzimy chwilę i pogadamy.

Nie szukała wymówek, by spławić niepożądane towarzystwo. Wolała poświęcić trochę czasu na spotkanie, niż ryzykować połajankę i utyskiwania matki. Ulka na pewno nie omieszkałaby jej powiedzieć, że została zignorowana przez młodą.

Urszula zerknęła na witrynę z wiosennym wystrojem, zrobionym zdecydowanie na wyrost w stosunku do panującej pogody. Przez wywietrznik napływał aromat słodkich wypieków.

– Dobra. Właściwie może być tutaj, bo jak cię znam, masz w domu tylko zieloną herbatę i jakieś dietetyczne sucharki – stwierdziła.

– Świetnie! – odparła Daniewska i od razu ruszyła w stronę wejścia, by czasami Ulka nie zmieniła zdania.

Kawiarnia świeciła pustkami, więc kobiety zajęły miejsca przy stoliku ustawionym blisko okna. Niedaleko nich usiadł wprawdzie samotny mężczyzna, który wszedł do wnętrza niemalże w tym samym czasie co one, lecz już po chwili pochłonęła go lektura gazety. Anita miała więc nadzieję, że nie będzie nasłuchiwał rozmów dobiegających z ich strony.

Daniewska zamówiła filiżankę czarnej kawy z ekspresu. Urszula jak zwykle postanowiła zaszaleć i poprosiła o latte, kawałek sernika z czekoladą oraz duży deser z bitą śmietaną i owocami.

– A ty nie jesz słodyczy? – zdziwiła się. – Znowu jesteś na diecie?

– Nie. Po prostu jadam zdrowo – oświadczyła Anita.

– Kawałek ciasta jeszcze nikogo nie zabił – skomentowała Ratajówna.

Dla świętego spokoju Daniewska zamówiła dodatkowo ciastko owsiane.

– Zadowolona jesteś z nowej pracy? – zagadnęła, by przerwać niezręczną ciszę, która zapanowała po odejściu kelnerki.

– Nie – usłyszała. – Bachory w szkole są dożarte. Mają za mało dyscypliny. Na wszystko sobie pozwalają! Jakby mogli, wleźliby człowiekowi na głowę!

– No to przykre – odparła krótko Anita.

Nie miała ochoty na dyskusje, lecz chętnie przypomniałaby co nieco Urszuli, która za dawnych czasów nieźle dawała popalić nauczycielom oraz innym pracownikom szkoły. Wtedy siostra uważała swoje wyskoki za wyjątkowo zabawne. Teraz, gdy stała jakby po drugiej stronie barykady, nie było jej do śmiechu.

– A żebyś wiedziała – powiedziała woźna.

Kelnerka przyniosła zamówienie. Ratajówna z miejsca przystąpiła do pałaszowania deseru z bitą śmietaną. Pakowała do ust łyżkę po łyżce, nie zważając na białą otoczkę, która oblepiła jej wargi. Siedzący w pobliżu mężczyzna skrzywił się nieznacznie. Anita poczuła głęboki wstyd za ten okropny brak manier. Rzuciła obcemu takie spojrzenie, jakby chciała go przeprosić za zachowanie Urszuli, ten jednak sprawiał wrażenie zmieszanego – na pewno nie chciał być świadkiem spotkania tych dwóch zupełnie różnych od siebie kobiet, słuchać ich i obserwować ze swego miejsca. Sięgnął po gazetę, którą odłożył, gdy otrzymał kawę, i odgrodził się jej płachtą.

– Masz, wytrzyj usta. Jesteś cała upaćkana! – Daniewska podała łakomczuszce serwetkę i pokręciła głową.

Ulka, zamiast doprowadzić swój wygląd do porządku, ryknęła śmiechem. Z jej ust wypadły resztki bitej śmietany, brudząc obrus oraz nakrycia.

– Bo to jest zmagazynowane na później – oznajmiła. – Nie pamiętasz, jak mama żartowała, że przy jedzeniu zawsze zostawiam sobie coś na potem?

– Owszem, pamiętam. Ale to było bardzo dawno temu, gdy byłaś małą dziewczynką. Może wypadałoby już dorosnąć?

– Może wypadałoby dorosnąć? – powtórzyła siostra, a potem w typowy dla siebie sposób zaczęła papugować to, co najmocniej przykuło jej uwagę w wypowiedzi Anity: – Wypadałoby. Wypadałoby. Wypada-łoby. Wypada. Łoby. Co to jest łoby? I dlaczego wypada?

– Nie ma takiego wyrazu – ucięła zdenerwowana Anita.

– Łoby! Łoby! – zachichotała Urszula, wzbudzając jeszcze większą irytację siostry.

– Jeszcze słowo, a wyjdę.

– Nie wyjdziesz. Łoby! Łoby!

– Wyjdę. I już nigdy nie zaproszę cię do kawiarni. – Dorośnij w końcu – powiedziała z naciskiem.

– Ale po jaką cholerę? Dorośli wcale nie mają lepiej niż dzieci. Muszą pracować, płacić rachunki i postępować odpowiedzialnie. Nie bądź taką smęciarą, Anita! – Zarechotała zdecydowanie zbyt głośno. Jej zachowanie przyciągało uwagę nielicznych gości oraz obsługi.

– Ciszej! – wyszeptała nerwowo Daniewska, miażdżąc Ratajównę wzrokiem. – Musisz zachowywać się jak dziecko? Jeśli natychmiast nie zniżysz głosu, to zostawię cię tutaj samą. Z rachunkiem do zapłacenia! – użyła jedynego możliwego argumentu, który mógł podziałać na rozbawioną kobietę.

– No dobra, już jestem grzeczna. – Skarcona zrobiła minę, która w jej odczuciu miała być zapewne rozbrajająca, a w rzeczywistości wyszła nader żałośnie. – A wiesz, że mam nowego chłopaka? – zmieniła temat.

– Tak. Mama coś o tym mówiła ostatnio przez telefon. On ma na imię Romek, dobrze kojarzę?

– Romek Piętka. Ma starszą siostrę, której mąż mieszka w Ameryce – odparła z taką dumą, jakby ów szwagier był jej osobistym sukcesem. – Dostałam od niej tę kurtkę. – Wskazała okrycie przewieszone przez oparcie kanapy.

– Ładna – pochwaliła Anita.

– Amerykańska! To bogaci ludzie. Może wyjdę za Romka za mąż. Nie musiałabym wtedy pracować w tej głupiej szkole – zdradziła swoje marzenia.

– Dawno go znasz?

– No. Będzie już z miesiąc!

– Aha. – Anita odpuściła sobie komentowanie tej rewelacji. Matko, co za naiwność! Zna faceta zaledwie od kilku tygodni, a już snuje jakieś ambitne plany! – zżymała się w duchu.

Spędziły razem dwie godziny, rozmawiając o jakichś błahostkach. Być może trwałoby to krócej, gdyż szybko brakło im sensownych tematów, lecz Ratajówna po skonsumowaniu swoich słodyczy zamówiła jeszcze jedną kawę – tym razem mrożoną, oraz rurkę z kremem i dwa pączki. Anitę nieomal zemdliło na widok tego obżarstwa, lecz darowała sobie wygłaszanie komentarzy. Ostatecznie uiściła cały rachunek. Nim opuściły lokal, przeprosiła siostrę, że nie odwiezie jej do domu.

– Jestem już spóźniona. Mówiłam ci, że mam ważne sprawy – przypomniała, a potem niemalże pobiegła w stronę lanosa.

Kiedy wsiadła do pojazdu, spojrzała za odchodzącą kobietą i odetchnęła z ulgą.

– Uff… W gruncie rzeczy dobrze, że ją spotkałam i poszłyśmy do kawiarni. Przynajmniej mama nie będzie miała do mnie pretensji, że unikam Uśki. Łoby! – parsknęła śmiechem.

W gruncie rzeczy wygłupy Ulki miały czasami dla niej sens. Wszak i jej niekiedy zdarzało się analizować w myślach jakiś wyraz, dzieląc go na sylaby, przestawiając je lub obmyślając, ile i jakie inne słowa można byłoby z nich zapisać.

Myliłby się ten, kto założyłby, że Anita odczuwa do Urszuli wyłącznie niechęć i żal, tych uczuć nosiła bowiem w sercu zdecydowanie najmniej. Owszem: przepełniał ją wstyd za jakikolwiek brak manier u Ulki. Daniewskiej było też przykro, ponieważ z jej powodu zaznała mnóstwo krzywd – głównie ze strony rówieśników. A jednak znajdowała w sercu miejsce na siostrzane przywiązanie. Nigdy nie próbowała uciąć w definitywny sposób łączących je relacji. Choć spotkania z Urszulą nie należały ani do łatwych ani do szczególnie przyjemnych, to Daniewska nie chciała ich zarzucić. Odczuwała litość dla nieszczęśnicy, którą okrutny los pozbawił choćby odrobiny subtelności, intelektu i empatii. Z tymi cechami Uli na pewno żyłoby się o wiele lżej – wszak i ona zaznawała prześladowań. To ją przede wszystkim określano nieprzyjemnymi epitetami, Anicie natomiast obrywało się zasadniczo siłą rozpędu.

Przy skądinąd ładnej, lecz nierozgarniętej siostrze Anita uchodziła nie tylko za brzydactwo, ale również za nie mniejszego tumana. I nieważne, że gdy już nadszedł etap edukacji szkolnej, radziła sobie nieporównywalnie lepiej, była elokwentna i bystra. Dość długo nikt nie zwracał na to uwagi, ponieważ na każdym kroku paraliżowała ją nieśmiałość. Anita stanowiła po prostu typ cichej i nieatrakcyjnej myszki, a ponadto wciąż dokładała starań, by nie kłuć ludzi w oczy swoim istnieniem. To niestety przychodziło jej z wielkim trudem, bowiem w przeciwieństwie do niej Ula uwielbiała znajdować się w centrum zainteresowania – nieważne jakiego i za jaką cenę, a swoim uciążliwym trybem życia ściągała uwagę również na Anitę.

Życie szybko nauczyło młodszą z dziewcząt, że lepiej pozostawać z tyłu, na uboczu, z dala od ludzi. Tak było łatwiej, gdyż wtedy unikała szykan. Na ogół rówieśnicy postępowali w stosunku do niej nader bezlitośnie. Ileż razy słyszała od nich, że podobnie jak siostra musi być upośledziem?

Nienawidziła tego słowa. Zresztą w domu było absolutnie zakazane. Kiedy raz nieopatrznie powiedziała przy matce, że Ula jest upośledzona, to dostała od niej w twarz tak mocno, że przez całe popołudnie piekł ją policzek. Ośmiolatka nie mogła tego ogarnąć umysłem, gdyż w szkole dorośli oraz uczniowie wciąż mówili tak o Urszuli. Czemu więc została ukarana za coś, co padało z ust wychowawczyni, dyrektora czy woźnej? Co więcej, ten przymiotnik niejeden raz występował w liczbie mnogiej i dotyczył obydwu Ratajówien.

Anita nigdy więcej nie użyła tego potwornego określenia.

Czasami odnosiła wrażenie, że jest lalką, którą można manipulować w dowolny sposób. Kukiełką zawieszoną na żyłkach, za które nie pociąga nikt inny, tylko Uśka. Wciąż musiała dostosowywać się do wymogów chwili oraz do cudzych oczekiwań, a tym niełatwo było sprostać. Za każdą próbę buntu otrzymywała dotkliwą karę. Burę od rodziców za to, że wstydzi się siostry. Napomnienia od nauczycieli za to, że nie dopilnowała w czymś Ulki. Pełne wrogości spojrzenia krewnych czy nawet połajanki, gdy usiłowała wyjść przed szereg i udowodnić, że ma odrobinę oleju w głowie. Miała z godnością znosić los tej drugiej, żyjącej w cieniu. Tej, która zawsze musi ustępować, gdyż podobno jest mądrzejsza. A Urszula oczywiście wykorzystywała tę sytuację ile wlezie, wymuszając na Anicie pokorę, uległość i służalczość.

Bezwolna marionetka, oto kim Daniewska czuła się w dzieciństwie.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej