Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 525

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dom Kata - Andrea Tompa

Quasi-autobiograficzna powieść, a właściwie zbiór powiązanych ze sobą opowiadań, o doświadczeniach węgierskiej Żydówki, dorastającej w rumuńskim Siedmiogrodzie w czasach dyktatury Ceaușescu. Historie, które przeżywa, są jednocześnie bliskie i dalekie polskiemu czytelnikowi: z jednej strony, poprzez paralelę komunizmu, rozumiemy tło historyczne i wszelkie ograniczenia, jakie reżim wnosił do życia przeciętnych obywateli, z drugiej jednak odkrywamy, jak spotęgowane piętno odcisnął na losach bohaterki fakt przynależności do pogardzanej mniejszości narodowej. Ta węgierska mniejszość, co ważne, przez kilkaset lat stanowiła na tych terenach większość, a język węgierski był językiem urzędowym. Dom Kata uświadamia, że czasem historia nie daje nam wyboru i musimy dorosnąć szybciej niż inni.

Opinie o ebooku Dom Kata - Andrea Tompa

Fragment ebooka Dom Kata - Andrea Tompa

Andrea Tompa

Dom kata

Przełożyła Anna Butrym

Wrocław 2016

Od Tłumaczki

Teatr w twórczości i życiu Andrei Tompy zajmuje wyjątkowe miejsce. Ta pasja odnalazła odzwierciedlenie także w Domu kata, który przenosi nas na widownię wielkiego spektaklu, w jaki pół wieku temu przemienił życie codzienne Rumunii Nicolae Ceaușescu. Wrażenie to potęguje styl narracyjny, w którym każdy rozdział książki to na swój sposób teatralny monolog: opowieść na jednym oddechu, pełna dygresji i wątków pobocznych, a jednak uporządkowana, wartka i czytelna w swojej złożoności. Z tym niecodziennym stylem związane jest także niestandardowe podejście do interpunkcji, której głównym celem jest umożliwienie konstrukcji tak długich zdań, wsparcie alternatywnego zapisu mowy zależnej i wyróżnienie monologów wewnętrznych, co prowadzi w niektórych przypadkach do zestawień niespotykanych w polskiej pisowni.

Chór, 21 grudnia 1989

Więc się zaczęło,spojrzała po krzyczącej jeszcze nieświadomie i bezładnie grupie studentów w swetrach i dzierganych szalikach, patrzyła na nich z oddali, z przeciwległego, bezpiecznego rogu rynku, To przypadkiem nie ASP? Rocznik Csapó!, rozpoznała nagle i bardzo chciała, żeby i Csapó była wśród nich, ta postawna, chłopięca rzeźbiarka, która kiedyś chodziła z Juci do klasy, żeby była wśród nich tylko dlatego, by dziewczyna jeszcze tego popołudnia i następnego dnia, i kolejnego, aż się to skończy, i przez następne dwadzieścia, pięćdziesiąt lat mogła rzucać od niechcenia i z dumą, To wszystko zaczęła Csapó z kolegami, przynajmniej w Kolożwarze, bo w Temeszwarze wtedy już nie tyle zaczęło się, ile wręcz płynęło szeroką falą, ludzka krew lała się na ulicach, i dziewczyna wiedziała o tym z dwóch źródeł, po pierwsze stąd, że kilka dni wcześniej wróciła zatłoczonym pociągiem z tego – wtedy jeszcze pełnego napięcia i milczącego – miasta, gdzie odwiedzała kolegę z roku, którego wówczas, na jego nieszczęście, akurat tam zabrano do wojska, a po drugie, od tamtego czasu każdego wieczora próbowali złapać w domu na starym VEF-ie Radio Kossuth – granice już zamknięto, pomoc z zewnątrz nie mogłaby dotrzeć – i kiedy usłyszała coraz bardziej rytmiczne i zgodne krzyki na ulicy, wiedziała, że to już nie jest jakaś zwykła próba chóru, ale pierwszy, prawdziwy, oficjalny krzyk, To już to, wydyszała do matki, kiedy wbiegła na górę do jej biura przy ulicy Ferenca Deáka, i już nie obawiała się współpracowników matki, Zaczęło się, wykrzyknęła głośno, czerwieniejąc, w biurze przy rynku wszyscy usłyszeli pierwsze strzały, Zwyciężymy, dodała, ledwo łapiąc oddech, i nagle wszyscy współpracownicy mamy spojrzeli na nią i zrozumieli, o czym mówi: 21 grudnia wszyscy rozumieli po węgiersku, ale pogodnej, ubranej w wielki sweter Csapó dziewczyna na szczęście nie widziała wśród zdeterminowanych, liczących ze dwa tuziny studentów, o drugiej po południu nie stanęła na wprost lichych, ale gotowych do działania karabinów żołnierzy bez żadnej rangi, Wieczorem z pewnością nie będzie próby chóru, mojemu wystąpieniu też palnęli w łeb, pomyślała studentka, biegnąc w stronę biura matki, bo skręciła za róg dokładnie w tej chwili, kiedy broń zagrzmiała po raz pierwszy, wystąpienie wzięło w łeb, bowiem za kilka dni, na Chanuce, miała śpiewać solo w chórze, to byłoby jej pierwsze solo w życiu, co prawda partia chłopięca, ale to i tak prawdziwe solo, na próby zaczęła chodzić zaledwie kilka miesięcy wcześniej – Csapó też śpiewała w chórze kościoła przy rynku i twierdziła, że jedna z jej ciotek jest zakonnicą w klasztorze – dziewczyna jednak chodziła na chór do synagogi nie dlatego, że miała dobry głos albo lubiła śpiewać – w międzyczasie polubiła – ale dlatego, że musiała gdzieś chodzić: kółko fotograficzne znudziło się jej po kilku nieudanych, czarnych jak sadza zdjęciach, nie potrafiła zrozumieć zależności między światłem a czasem, a do tego zajęcia prowadzono w Domu Pioniera, chodzenie tam było męką dla dumnej studentki, potem na początku jesieni wyszła kilka razy na cmentarz, by odwiedzić pisarzy, poetów, podróżników i encyklopedystów, i, przede wszystkim, ozdobiony krągłymi kamiennymi różami grób ojca w Ogrodzie Barcsaya, ale zaczynało być zimno, a za cmentarnymi drzewami zawsze kryli się spłoszeni i odrażający ekshibicjoniści, żeby w odpowiedniej chwili wyskoczyć i straszyć innych fioletowymi przyrodzeniami, już w dzieciństwie bała się ich, kiedy o ósmej rano, ukrywając się między kolumnami boku kościoła przy ulicy Farkas, dyszeli i potrząsali członkami, wpatrując się w idące do szkoły dziewczynki, i wtedy w kieszeni mundurka gromadziła kamyki, bo planowała, że będzie w nich rzucać, ale nie umiała zebrać się na odwagę, Csapó z pewnością by to zrobiła, i niemal dorosła już dziewczyna chadzała rozglądać się do słabo oświetlonego antykwariatu przy rynku, książki kupowała rzadko, bo wszystko, co warto byłoby kupić, znajdowało się w domu, nowych pozycji nikt nie przynosił, ale pośród książek tych, którzy przenieśli się na Węgry – często rozpoznawała ich po monogramach albo dedykacjach – można było czasami coś znaleźć, i chadzała też do kościoła przy rynku, który wtedy, choć go ogrzewano, przypominał raczej lodownię, do teatru za to chodziła często, tam też siedziało się w płaszczu, czasem wyłączano prąd, wtedy któryś z aktorów głośno klął i niemal pustą widownię opanowywał śmiech, czasem zaś przychodzili do niej do bloku znajomi, gotowali wtedy szary makaron, kładli na niego keczap z przecieru pomidorowego i słoniny, który mamie wybornie wychodził, tłoczyli się na poduszkach wokół żeliwnego pieca w przedpokoju mieszkania na czwartym piętrze, palili papierosy, pili herbatę i śmiali się, Lacika udawał jednouchego, wygłaszał przemowy rolnicze i z odwiedzin w fabrykach lub odczytywał siedemnaście punktów tez lipcowych, dekoracyjny piec podłączyli do wywietrznika, bo opalany był drewnem, dziadek wniósł go w trzech częściach, każda z nich ważyła pięćdziesiąt kilo, i od kiedy zaczął działać, znajomi i sąsiedzi chętniej się u nich zjawiali, dziewczyna czasami chodziła też na koncerty do filharmonii, chociaż w nieogrzewanej sali ledwie potrafiła wysiedzieć nieruchomo przez dwie godziny, Jakmuzycy mogą grać w takim zimnie?, przebiegło jej przez myśl, lub też nadal chodziła do oświetlonych neonami sal Biblioteki Akademickiej, gdzie przez rok spędziła tak wiele czasu, pisząc w liceum o profilu filologiczno-historycznym pracę maturalną o bogu Panie – wymagano co najmniej dwudziestu pięciu stron maszynopisu, był też egzamin ustny, czyli obrona – wypracowanie mówiło o Panie, bo według Herodota Pan powiedział biegnącemu posłańcowi – posłaniec po grecku to angelos, odszyfrowała zaskoczona – że zwyciężą, i żeby spokojnie zaniósł wieść: zwyciężą, bowiem z Aten do Sparty posłaniec biegł (dwieście czterdzieści sześć kilometrów, wyruszył jednego dnia, a następnego tam dotarł, po czym jeszcze wrócił, czy to w ogóle możliwe?, a może to wszystko bajka?, i dlaczego nie pojechał konno?, zastanawiała się po cichu dziewczyna, i odszukała wydawany od stu lat rocznik kolożwarskiego klubu atletycznego, ale tam najdłuższym odcinkiem była stukilometrowa trasa Kolożwar – Marosvásárhely, dwieście czterdzieści sześć kilometrów to jeszcze ludzka czy już boska odległość?), drogę musiał przebyć biegacz, głosił przypis, bowiem koń nie mógłby tego dokonać, las był zbyt gęsty, a człowiek i tak na dłuższej trasie jest silniejszy od konia, zaś posłaniec pobiegł po to, żeby prosić o pomoc dla Ateńczyków w bitwie pod Maratonem, ale maratonu nie nazwano od niego, odcyfrowywała w innym przypisie, i nie mógł zanieść do ojczyzny dobrej wieści, bo Spartanie wcale nie spieszyli się z pomocą, bowiem, jak stwierdzili, znaki nie są sprzyjające, czekają na pełnię księżyca, zapewniali, i posłaniec wiedział, co oznacza wrócić ze złymi wieściami: tyle co umrzeć, dlatego kiedy dotarł do Aten, powiedział królowi, że na górze spotkał się z bogiem Panem – rzeczywiście tak było, czy to wymyślił?, głowiła się dziewczyna, w jej wypracowaniu ta kwestia pozostała nierozstrzygnięta – i Pan powiedział: zwyciężymy, zatem możemy zacząć walkę przeciwko Persom i, dodał posłaniec, bóg Pan dziwił się (i z pewnością obraził, pomyślała dziewczyna), że nie oczekują pomocy od niego, boga, a przecież w przeszłości często ingerował, kiedy tego potrzebowali, Pan być może robił aluzję, że zwracają się do dalekich Spartan, a nie do niego, który zawsze jest pod ręką, bo Filippiades, patrząc na zawód: grecki goniec, nie tylko umiał biegać, ale i cenił sobie życie – i możliwe, że mówił prawdę o spotkaniu z bogiem – i Ateńczycy też uwierzyli posłańcowi, bo Pan powiedział, Nie trzeba się bać, to była nauka Pana, nie ma się czego bać, i zaczęła się bitwa, i stworzone po rumuńsku, bezbłędnie przepisane na ojcowskiej olympii i obronione ustnie wypracowanie dostało dziesiątkę i wyróżnienie, i spocona, tego dnia nosząca okulary dziewczyna (z próżności wkładała je tylko do teatru i na egzaminy ustne) nie umiała przekonująco odpowiedzieć jedynie na następujące pytanie komisji: czemu Pan, De ce tocmai Pan?, dlaczego właśnie Pan jest jej wybranym tematem, ale dziewczyna tylko uśmiechała się szeroko i milcząco, jakby z tego wszystkiego, co napisała, tak naprawdę nic nie rozumiała, tylko skrzętnie zbierała materiały i czytała w żelbetonowym budynku zimnej Biblioteki Akademickiej, i wreszcie na początku jesieni obdarzony pięknym głosem (barytonem) Mihály, kiedyś kolega z klasy, zamiast ściskać jej dłoń, odprowadzając wieczorami do domu, zaprosił ją do chóru, Przy ulicy Brassai jest chór, miałabyś ochotę?, więcej o tym nie wspominał, i kiedy dziewczyna weszła do nisko sklepionej, zbytnio nagrzanej sali bożnicy, znalazła się na wprost swojej szkolnej nauczycielki śpiewu, dobrotliwej Kati Halmos o wielkich zębach, pani Kati, która nosiła grube okulary i nigdy nie umiała utrzymać dyscypliny na lekcjach, ze zdziwieniem patrzyły na siebie w drzwiach, zaś Mihály jako podstawowy członek i gospodarz dumnie oznajmił, że przyprowadził nową chórzystkę, od teraz ona także będzie przychodzić na poniedziałkowe i czwartkowe próby, Kati Halmos spojrzała na dawną uczennicę, która w szkole podstawowej też uczęszczała do szkolnego chóru, potem sucho zapytała, No, a w sąsiedztwie jest jakiś Żyd?, bo wiedziała dokładnie, ile wart jest jej głos i że pali, więcej informacji o niej nie miała, i jej zdaniem każdy umie trochę śpiewać, na chór też mógł chodzić ktokolwiek, i pani Kati Halmos nie oczekiwała odpowiedzi na swoje pytanie, bo członkami chóru było też kilku umięśnionych rumuńskich chłopców ze wsi, którzy chcieli wywędrować do Izraela, złożyli już nawet papiery, a aktywny udział w chórze wspólnotowym działał na ich korzyść, rumuńscy chłopcy w świeżo uszytych, aksamitnych jarmułkach śpiewali z zapałem, znali już tekst na pamięć i starali się też zrozumieć znaczenie słów, ale pani Kati Halmos było w sumie wszystko jedno, czy w sąsiedztwie jest Żyd, czy nie ma, jakby każdy miał ważki i osobisty powód, by tu być, Wszyscy tu to Żydzi?, zastanawiała się dziewczyna, Tak, stwierdziła w duchu, każdy jest Żydem, i pani Kati dmuchnęła w piszczałkę, poprawiła denka od butelek na nosie i już machała rękami, które lubiła trzymać wysoko, nad głową, w pachach jej swetra powstały dwie okrągłe plamy potu, ale tego dnia, 21 grudnia, wieczorem (o piątej było już ciemno), nie zaczęli od Maozcurjeszuati lecha-na-na-naeleszabe-leszabe-ach, kolejnego wersu dziewczyna nie zapamiętała, czy to będzie Ha-ha-hazegmorbeszirmizmor chanukat-ha-mizbeach czy inny, w którym miała śpiewać solo, Giluhamakabim, giluhagalilim, sisuwesimechu, jomamwalajl, wymawiali to po rumuńsku: sisuvăsimehu, dla dziewczyny te pieśni nie miały żadnego sensu, siedziała tylko w poniedziałki i czwartki od siódmej wieczorem do dziewiątej w dobrze nagrzanej sali, obok wielkiego, brązowego pieca, który opalano drewnem, w kapiącym po kropelce, bezbrzeżnym czasie, w chórze synagogalnym, Póki – póki – póki – póki – póki – póki nie przyjdzie jej do głowy coś lepszego, w drodze do domu powiedziała bezradnie Mihályowi, który wciąż nie był w stanie wziąć jej za rękę, będzie tam chodzić, póki coś się wreszcie nie stanie, póki to wszystko się nie rozpadnie, ale w końcu komuś jednak przyszło do głowy coś lepszego, i to nie byle komu, a kolegom z roku Csapó na ASP, ale jeszcze wcześniej mieszkańcom Temeszwaru, bo dziewczyna niedawno wróciła z tego miasta, i jeszcze wcześniej tym z Braszowa, lata wcześniej, zaś w Kolożwarze akurat studentom ASP, bo okna budynku uczelni wyglądały na rynek, wystarczyło wychylić się przez jedno z okien wysokiej, wielkiej pracowni, żeby człowiek w rozpaczy wykrzyknął, niech coś się wreszcie tu wydarzy, zaś dziewczyna z podziwem patrzyła z oddali na małą grupkę, jak zdeterminowani idą przez rynek, wygrzebała swoje brzydkie okulary w fioletowej oprawce, których się wstydziła, ale ładniejszych nie można było dostać, i kiedy dobrze się przyjrzała studentom, zauważyła, że nie w tak świadomy i zorganizowany sposób, jak według radia tamci w Temeszwarze, ale za to radośnie skandowali świeżo wymyślone, własne hasła, szli przez rynek, byli już przy księgarni na rogu, a naprzeciw, przed Continentalem, nieruchomi żołnierze zastawili koniec ulicy Jókaiego, nie można było na nich dostrzec ani rangi, ani oznaczenia przydziału do jednostki – dziewczyna też chodziła do studium wojskowego, dobrze wiedziała, jak wygląda porządny żołnierz, ale ci nosili tylko grube, zwykłe sukienne płaszcze – i studenci skandowali te same hasła, które następnego dnia po odwołanym występie dziewczyny, po spędzonej na czuwaniu, pełnej wystrzałów nocy wszyscy zgodnie razem, przez wiele godzin wykrzykiwali-śpiewali na ulicach, maszerując przez miasto, jakby ćwiczyli to miesiącami albo latami, bo rzeczywiście latami odbywali próby w milczeniu, i hasła początkowo odnosiły się tylko do Sinistru – portret jednouchego z redakcji literackiego tygodnika „Utunk” (Naszejdrogi) w ulicy Ferenca Deáka pewien wąsaty węgierski pisarz wyrzucił na ulicę – do tego, którego swoją drogą tato, gdzieś na początku lat 60., mógł zepchnąć ze stopni pociągu, I wtedy nie byłoby tego wszystkiego, mawiał z żalem tato, bo wedle jego opowieści podróżowali we dwóch zapchanym pociągiem do Bukaresztu, ludzie zwisali ze stopni całymi kiśćmi, a ten trzymał się zaraz za nim, i dziewczynka w dzieciństwie wyobrażała to sobie tak, jakby oglądała scenę z filmu: tato w ciemnych okularach przeciwsłonecznych elegancko stoi na stopniach pociągu, jego jasne, mocne, falowane włosy powiewają na wietrze, tak samo jak długi, rozpięty loden w piaskowym kolorze, w prawej ręce dymiąca fajka, lewą się trzyma, a za nim stoi przysadzisty, krępy gnom, z demonicznym uśmieszkiem, pociąg stale przyspiesza i wtedy tato robi to, co należy, bo to jest jego misja: z lekkim uśmiechem na twarzy zdecydowanym kuksańcem strąca tamtego, i tato z tym utkwionym w oddali, poważnym spojrzeniem staje się bohaterem, i tak potem jest pokazywany w filmach, jak prawdziwy ojciec, który uratował swoje dzieci i cały kraj ze szponów zła, ale jeśli ojcu udałoby się tamtego strącić, to oczywiście nie byłoby ani wampira, ani filmu, i tato też nie stałby się bohaterem, ale pozostałby niegodziwym mordercą, który potem może siedzieć w więzieniu w Szamosfalvie, ale tato jeszcze przez siedemnaście lat po podróży pociągiem żałował niewykorzystanej szansy, Powinienem był wiedzieć, czułem, że tak będzie, szeptał do siebie, pełen samooskarżeń, jak to alkoholicy, Dajże spokój, Janó, machał ręką dziadek, ale tego dnia, 21 grudnia, było przenikliwe zimno, słońce się skrzyło, rano z siostrą przekonały mamę, żeby wszystkie trzy wyszły na ulicę, bo wtedy już ustał nocny trzask broni, i niewyspane zbiegły po Kövespad, nawet nie piły kawy, wiele osób spieszyło w stronę rynku, na ulicy Antala Budai Nagya przyłączyły się do protestujących, weszły na rynek, potem zeszły do targu, następnie skierowały się w stronę ulicy Dohány, babcia z pewnością stała w oknie przez cały czas, stała i patrzyła, jak tłum kłębi się w wąskiej ulicy Dohány, stała tam tak w 1918 roku (wtedy jeszcze w Marosvásárhelyu, na który wszyscy mówią Vásárhely), kiedy była jeszcze małą dziewczynką i nic nie rozumiała, i w 1940, kiedy machała białym goździkiem (już tu, na ulicy Apponyiego), i na początku maja ’44, nocą, kiedy ludzi niosących wielkie pakunki zapędzano do getta w fabryce cegieł, i teraz też, w grudniu ’89, i słyszała, jak tłum skanduje, że precz z wampirem i z jego dyktaturą, i żoną, i z całym tym cholernym motłochem, jak mawiała babcia, wyglądała przez okno wraz z innymi starymi sąsiadami, którzy nie mieli już siły wyjść na ulicę: stała tam wymalowana szminką pani Buba i ślepa pani Pötyi, i pan Dudus o obślinionych ustach, który wycałowywał dziewczynki, i groźna pani Mózes, która zastrzykami kłuła dzieci z tej ulicy, ale nagle maszerująca w tłumie, zarumieniona studentka pierwszego roku, która teraz zupełnie nie żałowała, że przepadło jej solo, czuła, jak przeszywa ją uczucie, że została oszukana, że nie o tym była mowa, bo skandujący tłum zaczął nową część dzieła muzycznego, już przy poprzedniej molto vivace z całych sił zaczął wrzeszczeć, Precz z komunizmem!Jos comunismul!, mama zaś w roztargnieniu powtarzała za innymi, nie zwracając na to uwagi, zaś dziewczyna czuła, że nie po to przyszli, w ogóle nie to jest celem, słyszycie, ale po to, żeby zakończyć to, co kiedyś nie udało się tacie: zepchnąć wreszcie wampira z dudniącego pociągu, ale ten nowy zwrot wcale nie przyszedł jej do głowy jako możliwość, przez osiemnaście lat ani razu nie przyszło jej do głowy, że może to trzeba by wykrzyczeć, i czy jest inny świat, a jeśli jest, to jaki, ale mama też nie mogła wiedzieć, raczej tatę, tatę trzeba było zapytać, w końcu to on kiedyś wykładał socjalizm naukowy i filozofię marksistowską, ale jego już nie można, ale jaki inny świat w ogóle może być?, w Peszcie też tak jest, prawda?, pięć lat temu były tam ostatni raz, na ulicach czuć było słodki zapach benzyny, woń świeżych bułek i sklepowego kakao, w mieszkaniu u wujka w płycie, jak to u nich mówią, na siódmym piętrze nawet zimą, nawet na klatce jest tak ciepło, że gruba ciotka Marika chodziła po domu w samej sztucznej koszuli, i po prostu zawsze była ciepła woda, zawsze, dziewczyna nawet cały dzień mogłaby spędzić w wannie, jeśliby się zmieściła, bo mieli tak małą, i można było oglądać bardzo postępowe filmy, Inne spojrzenie – i babcia zasłoniła nastolatce oczy w kinie – i był koncert Hobó Blues Bandu i dżinsy, i kawa, i mnóstwo dobrych książek, i krajanka, i wieprzowina, do woli!, i tampony, i postinor dla mamy, i w sylwestra całe miasto było jedną wielką, pachnącą słodko benzyną balangą, pływali w benzynie i w szampanie, i była też moda, której w domu nigdy nie było, bo tu w sklepach można było kupić jedynie szkolne mundurki, resztę szyła babcia, i tam był zawsze prąd i ogrzewanie, i ciepła woda, i wtedy dziewczyna nagle spojrzała w bok, mama krzyczała już z zaróżowioną twarzą, tak jak i siostra, ile sił w płucach, i dziewczyna też już skandowała, jak ktoś, kto ściąga od koleżanki z ławki, bo nie nauczył się lekcji, głębokim, aksamitnym, męskim głosem, którego polubienie zabrało jej tyle czasu, z całej siły, razem z chórem, Ha-ha-hazegmorbeszirmizmor chanukat-ha-mizbeach,a dokładniej, Jos comunismul!,chociaż tego innego świata, w to ciepłe, coraz cieplejsze, w końcu niemal wiosenne grudniowe popołudnie, nie udało się jej – według dowodu osobistego w płóciennej oprawie już od pół roku dorosłemu człowiekowi – nawet wyobrazić, chociaż ledwie pół roku wcześniej jako świadectwo swojej dojrzałości napisała oryginalne i wyróżnione wypracowanie o bogu Panie, który przekazywał Ateńczykom, oczywiście, żeby zaczęli bitwę bez wsparcia, żeby mu ufali, przecież do tej pory też im pomagał, i że na pewno, ale to na pewno zwyciężą, chociaż będąca już od pół roku studentką i mająca siebie za dorosłą dziewczyna zupełnie nie rozumiała ani greckiego przesłania, ani hebrajskiej pieśni, ani rumuńskich haseł.

Czworobok

Nie portret z półprofilu w sali klasowej, nad tablicą, na którym widniał w krawacie w podkówki, z zaczesanymi do tyłu falistymi lokami, od poniedziałku do soboty przez dwanaście lat dobrotliwie uśmiechnięty do uczącej się młodzieży – reprodukcji w formacie A3 nie można było kupić w sklepach, instytucje dostawały je z centralnego rozdzielnika, w każdym razie owych fotografii nie sprzedawano, jakby nie miały wymiernej wartości pieniężnej – nie portret z obojgiem uszu w podręcznikach, podziurawiony jak sito piórem lub cyrklem, przerabiany przeważnie na kozę, diabła, Lenina, Drakulę czy błazna, te rozmaite, niekiedy bardzo dobre rysunki – klasy przekazywały sobie podręczniki, dziedzicząc je w ten sposób, bowiem książek także nie było można kupić – były swoją drogą zaskakująco podobne do siebie przez to, że obrazu w tle nie dało się zamalować, przebijał przez wszystko, nawet przez malunki wykonane najciemniejszym długopisem, czyli pixem, słowem, nie zdjęcia z podręczników czy na ścianie klasy, lecz poranna kontrola w wykonaniu nauczyciela biologii napawała strachem długowłosą uczennicę w szkolnym mundurku: o siódmej rano, wypachniony, gładko wygolony, jak ktoś, kto pierwszy przybywa danego dnia na miejsce uroczystej kaźni, by to na jego rozkaz o godzinie ósmej zero zero głównego winowajcę ustawiono pod pręgierzem, towarzysz nauczyciel Antal, w wykrochmalonym białym fartuchu, jasnej, jednokolorowej wykładanej koszuli, szarych, zaprasowanych w kant spodniach od garnituru, butach ze świńskiej skóry na twardej podeszwie, z sygnetem na prawej i obrączką na lewej dłoni, stał nieporuszenie z założonymi do tyłu rękami przed ciężką, kutą bramą szkoły; na skrzypiący, niemal sztywny jak papier fartuch nawet w największy mróz nic nie zakładał, bowiem jego opalone, męskie ciało, czego to nigdy nie omieszkał podkreślić na cotygodniowych zajęciach z przysposobienia obronnego, było wysportowane i sprężyste, głośno sapiąc, robił dziesięć przysiadów z rzędu, bacznie przy tym lustrując klasę, towarzysz nauczyciel Antal najwyżej w trzaskające styczniowe mrozy wkładał szarą kuczmę baranią na zaczesane do tyłu, napomadowane włosy, pewny siebie stawał w bramie na szeroko rozstawionych nogach i kontrolował: tarcze na płaszczach i mundurkach, u dziewczynek nad sercem, jak zwykło się mówić, u chłopców na ramieniu, każda przyszyta ciemną nicią, nie na gumce, by sprytnie ją zsuwać po szkole, czy na agrafce, żeby zwisała luźno i mogła zostać niezauważalnie schowana, i nie na odpinanej zatrzasce, ale mocno, solidnie przyszyta, nawet do kożucha czy skórzanej kurtki, ponieważ człowiek miał dwie tarcze wyhaftowane żółtą nicią na ciemnym suknie, różniące się w zależności od szkoły kształtem i kolorem – u nas, na ulicy Farkas były czarne i pięciokątne: nazwa szkoły biegła wkoło, a na środku znajdował się dwu- lub trzycyfrowy numer, dobrze rozpoznawalny z daleka, jedna tarcza na płaszczu, by była widoczna także na ulicy – szkoła zakładała, że uczeń nosi tylko jeden płaszcz w danej porze roku, posiadanie większej ich liczby było z góry wykluczone – druga na szkolnym mundurku, i tarczę, tak jak i żółtą gwiazdę (jak opowiadała babcia), każdy zamawiał na własny koszt, można ją było obstalować w spółdzielczej szwalni lub u modystki za okazaniem dzienniczka, choć przeważnie nikt tego nie żądał, ufając, że każdy uczciwie zamawia dwie sztuki jedynie ze swoim numerem, oni po tarcze chodzili na róg ulic Egyetem i Florilor, naprzeciw kościoła, bowiem tych wykonanych w domu nie uznawano, i towarzysz nauczyciel Antal kontrolował ponadto przynależną do mundurka niebieską, nylonową koszulę, u dziewczynek zaś opaskę na włosach, czy są aby porządnie związane, oraz pończochy pod mundurkiem, spodnie były niedozwolone, nawet gdy temperatura spadała do minus piętnastu, tak jak owego dnia, kontrolował także dzienniczek, to znaczy samo słowo „kontrola” oznaczało, że w milczeniu i bezruchu stał w bramie, jednym jedynym ostrym spojrzeniem mierzył wszystko: czy nie brakuje guzika, nie porwał się mundurek, i teraz spojrzał po numerze siedemdziesiąt jeden – numer na ramieniu zgadzał się z rokiem narodzin – i żwawa siedemdziesiątka jedynka, która innym razem radośnie zawracała w szkolnej bramie o siódmej pięćdziesiąt pięć, bo albo zostawiła w domu opaskę, której i tak nie potrafiła nałożyć na długie, nieuczesane włosy w ten sposób, by Antal był z tego zadowolony, albo dlatego, że znów wciągnęła na siebie spodnie, albo przyszła w podkolanówkach w szerokie żółto-brązowe pasy, w których przypominała ogromną pszczołę (ten osobliwy, nanożny element ubioru przywiózł z Pesztu gruby wujek Zolti), albo była już przypadkiem o ósmej zero pięć, kiedy niezależnie od nieskazitelności ubioru nie można już było wejść, i wtedy, jak ktoś, kto zrobił wszystko, co od niego zależało, wykonywała w tył zwrot, kierunek herbaciarnia na rynku, otwierana o wpół do dziewiątej, piła dwie herbaty z bzu z cukrem, opierając się o wielki brązowy piec kaflowy – Lulu, ulubiony wariat miasta, też się tam ogrzewał krótką chwilę, nie prosił o nic, ale dostawał filiżankę herbaty z pięcioma łyżeczkami cukru, dziękował zachrypniętym głosem, pospiesznie pił i biegł do swoich spraw – potem dziewczyna bardzo okrężną drogą szła do domu w kierunku pustego targu: kiszona kapusta, słodka kapusta, ziemniaki, brukselka, marchew, drobne, pomarszczone jabłka, niemożliwie drogie jajka i nigdy nieotwierający się goździk w pączku były ofertą tamtego dnia, do domu przy ulicy Dohány, gdzie nie trzeba było nawet klucza, bo zawsze ktoś był w środku, na przykład babcia, teraz jednak nie zapomniała z domu czerwonego dzienniczka, natychmiast pokazała go towarzyszowi nauczycielowi Antalowi, bo zawsze miała dzienniczek przy sobie, nawet w domu nie wyciągała go z worka uszytego z podartego, konopnego ręcznika dziadka, Tak, dokładnie takiego worka pragnęłam, babciu (bo plecak mundurkowy z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie istniał, takie powstawały tylko dla uczniów podstawówki i sokołów ojczyzny, i dla żołnierzy), i świetnie podrabiała podpis matki: ledwie zaczął się trymestr zimowy, już widniały tam: nauka o konstytucji – cztery, łacina – dziesięć, węgierski – dziewięć (z Jókaiego – nowy nauczyciel węgierskiego był szary i nudny, poprzedniego wyrzucili po roku, to znaczy przenieśli na wieś, bo złożył podanie o zgodę na stały wyjazd za granicę), historia – dwa oraz dodatkowo policzek za palenie w klozecie, który wymierzył jej ten sam nauczyciel, Ghiţă (Gica, od Gheorge), od szerokiej dłoni nauczyciela historii Gheorghe Silaghiego jeszcze po południu brzęczało jej w uchu, ale paczkę snagovów udało się jej ukryć, i z karnej kartkówki z przemysłowej geografii Węgier pojawiła się szóstka, a przecież naprawdę się do niej przygotowała, nigdy więcej już nie będzie wkuwała geografii, postanowiła, bo się obraziła i szóstkę uważała za niesprawiedliwość, ale kopalni węgla rzeczywiście nie umiała, tylko mosty i rzeki, a według dziadka, pochodzącego z rodziny górniczej, na Węgrzech i tak nie było żadnego węgla, a i gruby towarzysz nauczyciel Arisztid Nagy z roku na rok nagle zaczął uczyć geografii po rumuńsku, z kaleczącą uszy wymową, na co nie był skłonny podać wytłumaczenia, i to, co jeszcze w szóstej zaczynało się tak: Towarzyszu nauczycielu, melduję, że stan liczebny klasy…, to po roku już szło tak: Tovarăşe profesor, raportez că clasa…, bo historia i geografia od siódmej klasy zniknęły po węgiersku, jako wrogie i niekontrolowane źródła wiedzy, przez co węgierski stał się wywłaszczonym językiem ziemi i całej mapy świata, tak samo przeszłości, jak i teraźniejszości – My w Désu też po rumuńsku uczyliśmy się od 1922 historii i geografii,uspokajał ją dziadek, który był dobry z geografii, i nauczyciele odczytywali lekcję, bo nie umieli po wołosku, my lepiej od nich gadaliśmy, bo ja miałem na podwórku rumuńskich kolegów od guzikowej piłki nożnej, ale kiedy przenieśliśmy się do Parajdu, no to tam już Szeklerzy nie umieli ani pół słówka – obok złych stopni dziewczyny w każdym razie widniał zamaszysty, nieczytelny podpis matki: coś jakby Kut, Kut, Kut, Kut, Kut, i jeszcze wpis za palenie, z którego potem zrobił się czworobok, i uwaga dyscyplinarna, lepiej nie pokazywać niczego w domu, oraz, napisał drukowanymi, drżącymi literami alkoholik wuefista, w tym roku nie była jeszcze na ani jednej lekcji wychowania fizycznego i nie pokazała zwolnienia, i nie pokaże, pomyślała dziewczyna, bo wuefista poklepywał dziewczyny, Jeszcze nie dostaliśmy żadnej oceny w tym trymestrze, potem wszystkie wpiszą naraz, kłamała niewinnie w domu, Za moich czasów było inaczej, stwierdziła matka, która na początku była nauczycielką matematyki, jednak wierzyła, że dziewczyna i tak da znać, jeśli naprawdę będzie miała wielki kłopot, Babunia jeszcze o jedenastej przed południem pytała ze zdziwieniem, jak to nie ma dziś szkoły, no nie ma, jest zimno, nie umieją ogrzać szkoły, albo inni poszli do pracy społecznej, ale ją zwolnili, bo ma gorączkę, No, niechże ja zobaczę tę słynną gorączkę, dlatego też wypiła dwie herbaty z bzu w Plafarze przy ulicy Ferenca Deáka, w mile pachnącym sklepie zielarskim, powiedziała babci, półtorej lei porcja z cukrem, jedna, jeśli bez cukru, ale zawsze go brała, jednak często Babunia o nic nie pytała, bo miała niejasne podejrzenie, że może być kłopot z tarczą, którą musiała tak samo porządnie przyszyć, jak pani Lili sześcioramienną gwiazdę, którą ze starej kołdry wykroiła dla Salomonówien, dziecko poprosiło bowiem rankiem o agrafkę do tarczy, a przecież tak nie wolno, Zabrałaś mi i przepuściłaś już wszystkie zicherki, powiedziała Babunia i wygrzebała jakąś zardzewiałą, albo w nauczycielach mogła wezbrać niechęć z powodu odziedziczonych po niej mocnych, kręconych włosów, bo dziewczyna nie była skłonna upiąć ich ani w warkocz, ani w koński ogon, nie pozwalała też, żeby babcia je rozczesała, szła tak, jak – z wyjątkowym trudem i dopiero po długich błaganiach – wstała z łóżka: Babunia dziesięć minut pokrzykiwała do niej z dołu schodów, w końcu dziadek poszedł na mansardę, teraz jednak siedemdziesiątkajedynka niemal przeszła już przez bramę obok pachnącego ostrą wodą po goleniu i papierosami nauczyciela biologii o średnim wzroście i niewzruszonym spojrzeniu, który nie spojrzał nawet na nią, ale na jej mundurek, po czym gwałtownie złapał ją za ramię i tak ścisnął, że aż jęknęła, bo chociaż żaden przepis nie stanowił o tym, jak długa ma być ciemnoniebieska mundurkowa sukienka ze sztucznej tkaniny, najwidoczniej mogła sięgać poniżej kolana, najwyżej do połowy łydki, i Babunia błagała ją, żeby dała sobie skrócić sukienkę, mundurek w rozmiarze pięćdziesiąt dwa, Jeju, mamo, przecież umiem sobie kupić mundurek!, błagała matkę przy końcu sierpnia, bo chciała móc sama iść do sklepu, Niewiarygodne, że nawet tyle nie można!, i matka z wielkim ociąganiem dała jej czterdzieści pięć lei, ona zaś w sklepie przy ulicy Szentegyház od razu zapytała sprzedawczynię, jaki mają największy rozmiar mundurka, kupuje dla starszej siostry, w każdym była karteczka: Fabricat în Bîrlad, bo niewidzialny Bîrlad, o którym nawet nie wiedziała, gdzie jest na mapie, był świętym miastem mundurków, i kiedy wieczorem matka wróciła do domu i zobaczyła ogromny mundurek, trzasnęła drzwiami i oznajmiła: jutro nigdzie nie idziesz, nawet do babci, a przecież mama mogła go wymienić, jeśli by chciała, w końcu to ona była kierowniczką domu towarowego, ale sięgającego kostek ogromnego mundurka nie można było nie zauważyć: zeszłoroczny mundurek dlatego wywołał awanturę, że Dupa ci spod niego wystaje, moje dziecko, powiedziała matka, bo był tak krótki, babcia wzdychała, skracając go, ale nie powiedziała ani słowa, i po szkole lub u ojca w ogrodzie często pojawia się pewien Pisti, kolega z klasy Juci, na przedzie czworoboku stawiali ją dlatego, że mundurek co prawda sięgał kolan i była na nim tarcza, kieszeni też nie tknięto, ale był tak wąski i przylegający do ciała, że ledwie można było go założyć, ciężko też się w nim chodziło, ale dziewczyna w tym ubraniu wydawała się taka zgrabna, Dzięki, Babuniu, bo babcia z dwóch stron zrobiła ledwie zauważalne rozcięcia, zaś po lewej od piersi do biodra wszyła niewidzialny wąski suwak (tak wymawiała: zuwag), żeby w ogóle dało się włożyć ten mundurek, i dziewczyna wyglądała w nim tak, jak matka w sukience do matury, tej w kratkę, którą zresztą też uszyła babcia, ale teraz na widok sięgającej kostek zakonnej odzieży w rozmiarze pięćdziesiątym drugim na dotychczas nieskazitelnej, gładkiej twarzy nauczyciela gwałtownie pojawiły się liliowe plamy, z ust wyskakiwały mu małe bąbelki śliny, widać było, że skóra na głowie chorobowo mu się łuszczy: złapał dziewczynę za lewe ramię, wbił w nie spiczaste paznokcie, akurat przy wczorajszej szczepionce, którą podano całej klasie jedną, porządnie grubą igłą, ściskał jej ramię i zapomniawszy o swoim punkcie strażniczym, w milczeniu prowadził ją ku pokojowi nauczycielskiemu na piętrze, liliowe plamy na twarzy stawały się coraz ciemniejsze, na czole nabrzmiała mu żyła, jego dłoń – jak dziewczyna czuła przez bluzkę z cienkiego sztucznego materiału – kłuła niczym choroba skórna, w końcu odstawił dziewczynę przed nauczycielskim, gdzie stało już kilka osób ze zwieszoną głową, poranny połów towarzysza nauczyciela Antala, a tego dnia czekała ją jeszcze lekcja biologii, która zaczynała się o jedenastej dziesięć, po długiej przerwie, podczas której, zamiast zjeść swoją ulubioną kanapkę z musztardą i masłem, musiała ustawić się na betonowym podwórku na czworoboku, gdzie z VIII C zapewne wywołają ją z powodu mundurka: wywołanie przed czworobok zazwyczaj zaczynano od młodszych, tam dziś nie wydarzyło się nic godnego uwagi – z sąsiedniego budynku ich także wypędzono na czworobok – ale nauczyciel biologii w bladoróżowej koszuli, zaprasowanych na kant spodniach i w nieskazitelnym fartuchu już o dziesiątej pięćdziesiąt ustawił na przeszywającym zimnie własną klasę, po prawej klasy I–IV, pośrodku V–VIII, po lewej starsi, IX–XII, przewodniczący stali przed klasami, na końcu zaś dyrektor, zastępca, tygodniowy dyżurny i jeszcze trzech nauczycieli, Niech ten czworobok trwa jak najdłużej, wzdychała dziewczyna, bo tym później zacznie się lekcja biologii, Antal wyjął z kieszeni fartucha listę nazwisk i kto usłyszał swoje, występował na środek, VIII C, i dziewczyna usłyszała swoje nazwisko, Mundurek!, wykrzyknął, i kiedy dziewczyna wyszła na środek kwadratu, przed zgromadzone tam ofiary tego dnia, usłyszała śmiech, wywołany przez jej ubranie: ale czy śmiali się z niej drwiąco i pogardliwie, czy wprost przeciwnie: śmiali się wraz z nią, dopełniając jej zamiaru, nie umiała zdecydować, Antal w każdym razie złowieszczo uniósł głowę i spojrzał w stronę śmiejących się: natychmiast zapadła cisza, kontynuował, X A, no proszę!, jej siostra, cóż to się mogło stać?, zastanawiała się, a siostra stanęła akurat przed nią, ale Antal nie zniżył głosu, tylko kontynuował wyczytywanie, jakby zdemaskował w całości jakąś szajkę, X A, Csapó, i dalej, X A, Palocsay – bójka,jednym słowem, nierozłączne przyjaciółki!, i dziewczyny, drżąc, wyszły na środek czworoboku, a dziewczyna z VIII C z uwielbieniem patrzyła na te z X A, Palocsay miała rozciętą wargę, zaś starsza siostra dziewczyny ściskała w dłoni oderwaną kieszeń mundurka, bowiem Csapó zawiesiła się na niej, natomiast sama Csapó wyszła bez szwanku, bardzo dobrze wyglądała w nowym, niebiesko-cyklamenowym wełnianym płaszczu, który zrobiła na drutach jej matka, teraz też uśmiechała się pod nosem, jak ktoś, kto nie ma nic wspólnego z czworobokiem, bo wiedziała, że w przyszłym roku odchodzi stąd do technikum, zaś bójka przebiegła tak: na lekcji chemii Csapó napisała Palocsay, że trzecia członkini stowarzyszenia i TD spali ze sobą, i że stała się kobietą, dlatego też obie dziewczyny zdecydowały w liście, że wykluczą ją ze stowarzyszenia, nie dlatego, że spała z TD, w końcu Csapó też już nie była dziewicą, ale dlatego, że tamta trzymała to w tajemnicy i nie powiedziała im, a przecież we trzy zawarły przymierze na śmierć i życie, i kiedy w przerwie ani Csapó, ani Palocsay nie odpowiedziały na pytanie starszej siostry dziewczyny, czy idą na kawę do Arizony przy ulicy Egyetem, ta wzruszyła ramionami, odszukała w XI D – gówniany rumuński oddział, klasa mechaniczna – Moravek, czwartą członkinię stowarzyszenia, która już o wszystkim wiedziała, swoją drogą ona też już była po, nawet się tym przechwalała, Moravek wyzywająco oznajmiła, że tamta je zdradziła i że powinna się wstydzić, po czym odwróciła się plecami i weszła do ubikacji zapalić, no i wtedy starsza siostra rzuciła się w klozecie na Csapó, która akurat paliła z tą idiotką Ambrus, katoliczką, do której nigdy się nie odzywały, choć Csapó też była katoliczką, ale jej to pasowało, w końcu weszła za nimi też Palocsay, Pistiemu podczas czworoboku nie udało się złapać wzrokiem dziewczyny, która zabawnie wyglądała w sięgającej ziemi sukience, jakby zaszyli ją w worku, a teraz za karę wrzucą do morza, ale dziewczyna tego nie zauważyła, bo spojrzenie miała utkwione w starszych dziewczynach, rozmarzyła się, że i ona wygrywa nabór, to ona zostaje piątą członkinią sprzymierzenia, i lekcja biologii rzeczywiście zaczęła się dziesięć minut później, czterdziestoosobowa VIII C stała w napięciu w wypełnionej wonią nafty sali, kiedy z ogromnym, owiniętym w płótno i opatrzonym bogatym haftem dziennikiem klasowym pod pachą wkroczył doktor Antal, nauczyciel biologii, zatrzasnął za sobą drzwi z całych sił, tak że najpierw opadła klapa rozklekotanego pianina, potem po sekundowym, pełnym zaskoczenia wyczekiwaniu z wielkim hukiem spadł portret jednouchego, w szczelinę pomiędzy tablicą a katedrą, szkło pękło wzdłuż, na plamistej głowie nauczyciela znów nagle nabrzmiała i zaczęła pulsować żyła, dziennik i wielkie zwinięte płótno, przedstawiające nigdy w końcu niewyłożone uczniom rodzaje palmowców, rzucił na katedrę i zaczął wrzeszczeć, Kto jest dyżurnym?!, a przestraszona dziewczyna, bo na swoje nieszczęście w tym tygodniu przypadała jej kolej, w długiej sukience, w której niemal upadła na twarz, kiedy gramoliła się z niskiej ławki, wystąpiła z pierwszego rzędu pod oknem, gdzie dobrowolnie siedziała z najgorszym uczniem w klasie, wesołym Csabim Ürögdim, Kto to był?!, wrzeszczał nieprzytomnie Antal, Ja, jęknęła dziewczyna, na co Antal, nauczyciel biologii we wzorcowej węgierskiej elitarnej szkole o kilkusetletniej tradycji, znów ryknął, że nie słyszy, na co dziewczyna spuściła wzrok na ciemną, natartą naftą podłogę i spokojnie odpowiedziała, Towarzyszu nauczycielu, melduję, że to byłam ja, ale sama nie wiedziała, odnośnie do czego to mówi: czy że to ona była dyżurną, czy że ona była winna temu, że portret spadł ze ściany i zbiła się szybka, i jakie w ogóle było pytanie: kto był kim, który to był obraz, a który oryginał, i co tak naprawdę się roztrzaskało kilka minut po jedenastej przed południem.

Usta

A ty czym jesteś?, zapytał Csabi Ürögdi, zamarzając na kość przed kliniką dziecięcą, na przystanku trolejbusu numer dwadzieścia pięć, bo udawali się w jednym kierunku, do dzielnicy Györgyfalvi, ale trolejbus nie przyjeżdżał od pół godziny, i wysoka dziewczyna, ubrana w zniszczone, wywrócone na lewą stronę futro baranie wsiadłaby już do czegokolwiek, żeby tylko zjechać do dziadków i się ogrzać, ale nic nie nadjeżdżało, palce u stóp jej zdrętwiały, całe przedpołudnie stali na stadionie, na lodowatym styczniowym wietrze, bo choć z początkiem miesiąca niespodziewanie ogłoszono, że przedłużają ferie i ten błogosławiony stan będzie trwał nie trzy, tylko pięć tygodni, bo z powodu nadzwyczajnego mrozu nie mogą ogrzać szkół, to jednak w drugim tygodniu wszyscy musieli nagle stawić się w szkole, w ciepłym ubraniu i z drugim śniadaniem, podawano sobie dalej tę wieść, będzie praca społeczna, przebieranie zmarzłych ziemniaków albo marchwi, czy raczej pochód, zgadywano w domu, i rano na szkolnym podwórku ustawili się na czworoboku, a po krótkim wprowadzeniu ruszyli na stadion, gdzie teraz już od tygodnia chodzili ćwiczyć, Nie wiem, odpowiedziała niepewnie dziewczyna, wypatrując autobusów na ulicy Monostori, ale nic nie jechało, potem podejrzliwie spojrzała na tego smarkacza Csabiego, Nie jesteśmy literami?, patrzyła na obdarzonego ciemną karnacją i gęstymi, czarnymi brwiami, zawsze bez powodu wesołego kolegę z ławki, koło którego posadzono ją za karę w szóstej klasie, bo Csabi Ürögdi był najgorszym uczniem w klasie, i choć później dziewczyna, która ze swoimi „dość dobrymi” wynikami mogła wybrać towarzysza w ławce, została z nim, bo się zaprzyjaźnili, Jakiego koloru masz strój?, zapytał Csabi, bo na stadionie już nie stali koło siebie, niewysokiego chłopca skierowali gdzie indziej, cały dzień się nie widzieli, od kiedy rano ustawiono ich w szeregu na boisku piłkarskim pokrytym brudnym lodem i zeszłorocznymi jeszcze śnieżnymi plamami, potem nauczyciel biologii i wuefiści – wszyscy trzej rankami wonieli palinką i ostrym dymem papierosowym (podobno starsi uczniowie też przynieśli herbatę z rumem i palinkę) – skierowali ich na widownię stadionu, na stronę południową, gdzie na okrzyk La dreapta! należało obrócić się w prawo: stanęli na siedzeniach, na plastikowych krzesełkach w kształcie muszli, gdzie nic nie wolno im było ze sobą zabrać, plecaki w stertach podzielonych na klasy leżały na boisku w czarnym od błota śniegu, ale stroje rozdano dopiero po tygodniu, do tego czasu nauczyli się zwrotu w tył, skrętu głową, haseł i piosenek: nauczyciel historii o świńskich oczkach, Ghiţă, wrzeszczał w aluminiową tubę, stojąc na najwyższym, przewidzianym dla zwycięzców, oznaczonym jedynką stopniu wyciągniętego z magazynu podium, ustawionego w dole, na skraju boiska, jednocześnie próbując zmieniać wykładane tablice na zacinającym z boku lodowatym wietrze, zaś stojący na dwóch końcach rzędów przewodniczący klas i grup powtarzali słowa komend: to był znak, że czterema krokami należy obrócić się w rytmie, odpowiedzialni za to klaskali cztery razy: lewa noga w bok, prawą dostaw (to półobrót), lewa noga w bok, prawą znów dostaw (teraz już stoją tyłem), tylko że to wszystko trzeba było wykonać na plastikowych, przykręcanych krzesłach, na których ich zimowe buty ledwie się mieściły, zaś obrócić się było niemal nieprawdopodobieństwem, stąd też zawsze ktoś spadał albo spóźniał się z obrotem, gdyż mokre siedziska były śliskie, zaś źle przymocowane krzesełka chwiały się, bo śruby były wkręcane od spodu, Strój mam z jednej strony niebieski, z drugiej czerwony, odpowiedziała dziewczyna i pomyślała, że może lepiej będzie ruszyć na nogach do domu, z pewnością to przez brak prądu, bo w górę też nic nie jedzie, choć czekają większą grupą, ale możliwe, że tamci stoją w kolejce do sklepu przy przystanku, Czerwony? Nie ma czerwonego, oznajmił zdecydowanie Csabi, i dodał, Mój jest czarny i biały: biały to litera z jednego boku, a czarne są włosy z drugiego, i zaczął chuchać w czerwone dłonie, Nie jesteśmy literami z obu stron?, zapytała dziewczyna, Tak mi powiedzieli ci z X klasy, bowiem nikt oficjalnie nie poinformował ich o tym, co przedstawiają, wiedzieli tylko, że przygotowują się do uroczystości, to wielki zaszczyt i uznanie dla całej szkoły, że właśnie ich wybrano, dlatego dziewczyna też nie zastanawiała się nad znaczeniem kolorów, tylko codziennie czekała, kiedy wreszcie może sobie pójść, Ruszamy?, zaproponowała, bo często szli z Csabim do domu na nogach, Tak, chodźmy, nic nie jedzie. Raz jesteśmy białymi literami na niebieskim tle, potem obrazkiem na drugiej stronie. Którą stroną stoisz najczęściej?, dopytywał się chłopak, To znaczy względem stadionu? Niebieską. Jak daleko idziesz?,zapytała dziewczyna, bo w międzyczasie zdecydowała, że raczej pójdzie do babci, gdzie zawsze zostaje coś niewielkiego z obiadu, a teraz może dostanie nawet gorącą kawę z mlekiem, mama i tak wróci dopiero wieczorem, pojechała na wieś pracować, tak powiedziała, Nie wiem, wszystko jedno, nie wracam do domu, odparł Csabi, Ja częściej stoję białą. Jestem czapeczką nad „ă”, wiesz, tam na górze, na samym szczycie, bo przedłużyli widownię stadionu, żeby zmieścił się cały napis, słowa i obraz, inne stadiony podobno są wyższe niż kolożwarski, u nas przyspawali pręty do górnej poręczy, a my przez dwa dni tylko bumelowaliśmy, staliśmy na dole, jak je montowali, nie wolno było nawet pójść do szatni, potem pręty podparli od dołu, wsadzili między nie małe deski, na nich stoimy, za nami jest tylko lina, z całej szkoły wybrali najniższych i najlżejszych, są nawet ci z czwartej klasy, młodszych nie stawiali, bo jakaś niezdara z trzeciej spadła, tatuśku, całość tak się chwieje, kiedy wchodzimy i się obracamy – i Csabi zatrząsł czerwonymi rękami – wszyscy drżą, trafili tam najmniejsi, żeby cała ta prowizorka nie zarwała się pod większymi, rozumiesz, jesteśmy bardzo wysoko, człowiek ma pełne gacie, widać nawet krzyż na rynku, cały gród Fellegvár na wzgórzu, dzielnicę Kerekdomb i przystanek, nawet most na Samoszu, ulicę Donát, wzgórze Kányafő, dzielnicę Monostor, cmentarz, zasłonięte lwy na rumuńskim teatrze, jeszcze nigdy nie widziałem miasta z tak wysoka, nawet nie słyszymy, co Ghiţă wrzeszczy tam na dole – bo to on, nauczyciel historii, dyrygował z dołu, z głębin – u nas Kriszti stoi na końcu rzędu, biedaczka jest bardzo spietrana, cały czas ją mdli, no, więc ja jestem najwyżej ze wszystkich liter, pierwszą czapeczką w „Trăiască” (Niech żyje), kiedy się obracamy, jestem włosami, słuchaj, kiedy stoję tyłem i patrzę w dół, to robię w gacie!, kiedy stoimy tyłem, to wtedy jest obrazek, więc albo masz plecy czarne, albo białe, albo jesteś włosami, twarzą, okiem, ale innego koloru nie ma, nie słyszałem o czerwonym, chcesz jednego? – i Csabi wyjmuje paczkę albańskich apollonii, częstuje nimi dziewczynę, są już przy Muzeum Etnograficznym na ulicy Unió, mama Csabiego wie, że pali, a dziewczyna tylko się z niego śmieje, Głupi jesteś? Chcesz tu, na ulicy? Akurat teraz? – bo przed uroczystościami było więcej milicjantów, ale dorosłych też należało się obawiać, mogą spisać numer tarczy, i oboje skręcają w wąską ulicę Ion Raţiu, Inni też są w czerwonym, dodała, bo pod koniec ćwiczeń, stojąc w kolejce, trzeba było zdać stroje według koloru, wymiętego, różniącego się kolorem z tyłu i przodu płóciennego pajacyka, z zatrzaskami, z gumkami przy nogawkach i rękawach, z dwukolorowym kapturem, nakłada się wprost na płaszcz, tylko buty muszą zdejmować, zanim włożą strój, żeby go nie pobrudzić (wkładając go rankami, wszyscy skaczą w błocie na jednej nodze), pierwszego dnia każą im zdjąć długie płaszcze i futra, bo nowe mundurki nie wchodzą na nie, Marinka i Monduk na swoje szczęście dostają zapalenia płuc, mogą przynieść zwolnienie – przyjmowano papier tylko od lekarki szkolnej, doktor Polónyi, kto będzie miał nieusprawiedliwiony choćby jeden dzień, zostanie wyrzucony ze szkoły, wrzeszczy Ghiţă – następnego dnia wszyscy przychodzą w krótkich kurtkach, ubrania po próbie zdają według kolorów, podczas dwutygodniowych ćwiczeń nie wolno ich zabrać do domu, dopiero ostatniego dnia, we wtorek, 25 stycznia, przed uroczystościami obowiązkowo trzeba je było zabrać do domu i wyprasować, babcia nie mogła się powstrzymać od krytykowania taniego materiału i niedbale zszytego, żałosnego worka, Co za maskarada! Wyglądasz w tym zupełnie jak błazen! Co za niefrasobliwa robota! Takiego brakoróbstwa w życiu nie widziałam!, ubrania po użyciu przechowują w kartonowych pudłach, na nich mazakiem wypisano: Cluj 26 ianuarie (Kolożwar, 26 stycznia), poniżej widnieje przekreślony lub zaklejony poprzedni napis: Miercurea Ciuc 23 august (Csíkszereda, 23 sierpnia), Tîrgu Mureş 26 ianuarie (Marosvásárhely, 26 stycznia), z trójki zrobiono szóstkę, przekreślano tylko nazwy miesięcy, jakby zmieniały się jedynie miasta i miesiące, ale nie lata, te stały w miejscu lub kręciły się w kółko, było wszystko jedno, czy jest ’79, ’83, ’84 czy ’86, dla wszystkich był tylko jeden rozmiar stroju, jak mundurek, mały Ogrucán wyglądał w ogromnym białym pajacyku jak cyrkowy niedźwiedź polarny w za dużym futrze, Ile czerwonych jest, jak sądzisz? Ile stert, kiedy je zdajecie?, zapytał nagle Csabi, jakby coś przyszło mu do głowy, bo na końcu próby zdawano ubrania w stertach po dziesięć, Niedużo, niebieskich jest dużo więcej, mnóstwo, stwierdziła dziewczyna na rogu rynku, No, to już wiem, powiedział Csabi i zgasił papierosa na ścianie budynku, bo ręka mu przemarzła, długi niedopałek schował z powrotem do pudełka, Słuchaj, muszę wejść do mamy do biura, serwus, rzuciła dziewczyna i gwałtownie skręciła, ale nie poszła w stronę biura matki, tylko do dziadków, co prawda okrężną drogą, bo nagle zrozumiała, że nie może być niczym innym, jak jego ustami: mięsistymi, rozciągniętymi w uśmiechu wargami na pierwszej stronie podręczników, krwistoczerwonymi ustami jak maliny na klasowej ścianie nad podwójną tablicą, uśmiechniętymi wargami na pierwszej stronie świątecznego wydania gazety – zębów w uśmiechu nigdy nie było widać – ustami rozbrzmiewającymi długimi przemowami w telewizji, jest ustami na ogromnym obrazie ustawionym z uczniów kilku szkół, który z urodzinowych życzeń zmienia się nagle w uśmiechnięty portret na południowej stronie stadionu, ustami, które skandują hasła, i same też wiwatują, kiedy maleńki oryginał podobizny podczas urodzinowych uroczystości ląduje helikopterem pośrodku posypanego kamykami, przykrytego czerwonym chodnikiem dywanowym stadionu, wybrany chłopiec i dziewczynka podbiegają do niego i radośnie go witają – prymusi spośród przewodniczących klas i szkoły przyszli w pierwszych dniach w pionierskich mundurkach i ćwiczyli w szatni – kwiatami, solą i ogromnym, błyszczącym, plecionym kołaczem, którego usta nie dotkną, podchodzą do skraju rozłożonego dywanu, tak jak maluchy, sokoły ojczyzny, w samych koszulach i spódnicach, jakieś starsze dziecko z zapałem recytuje do mikrofonu wiersz pod tytułem Ce-ţi doresc eu ţie, dulce Românie (Czego ci życzę, droga Rumunio), reszta śpiewa, i wówczas wszyscy, stojąc na plastikowych krzesełkach stadionu, na rozkaz gwałtownie odwracają się tyłem, i wtedy pojawia się portret, bo ten portret, który do tej pory istniał jedynie w podręcznikach, salach, gazetach, zdobnie wydawanych książkach, przygotowanych na przeróżne rocznice, i w telewizji, staje się teraz rzeczywistością: oryginał podobizny będzie świętował sześćdziesiąte piąte urodziny także w innych miastach, przybywając samolotem i helikopterem, w końcu na wieczór wróci do domu, gdzie przed dziesiątkami tysięcy ludzi wygłosi urodzinową przemowę na oświetlonym rynku stolicy, w zimowym palcie i kuczmie z karakułów, Być może i tak się nie zjawi, krzyknął za nią Csabi Ürögdi, kiedy już przechodziła podcieniami (gdzie spełniają się życzenia, przyszła jej do głowy dziecięca zabawa, ale możliwe, że Csabi jej nie znał), Nie zjawi się, bo pewnie nawet nie istnieje, pomyślała dziewczyna, albo przybędzie tylko jego sobowtór, przecież ma ich kilku, w jednym czasie odwiedzają miasta, kto mógłby to wiedzieć poza nim i pilotem, bo on sam dzięki innym staje się nieśmiertelny, w końcu znają go tylko ze zdjęcia i telewizji, nie jest wykluczone, że istnieje tylko na zdjęciu, i istnieją jego sobowtóry, on sam nie, i z tego powodu nie może umrzeć, przecież nigdy nie istniał, ktoś go wymyślił, a potem wszyscy w to uwierzyli, Wymyślili go, tak jak mieszkańcy Kolożwaru dom kata przy ulicy Petőfiego, nikt nie wie, kto i kiedy to wykoncypował, żeby trzymać miasto w garści, my zaś bez wątpliwości i zastanowienia przyjmujemy, że tak jest, żebyśmy mieli przed czym drżeć, stwierdziła w myślach dziewczyna, ciągle idąc drugą stroną ulicy Petőfiego, bo obawiała się tego domu, A teraz jestem jego odrażającymi ustami, przyszło jej nagle do głowy, i z niesmakiem w ustach pomyślała o sobie i o ubraniu, które niedawno zdjęła, czuła, jakby jej bezbronne ciało całowały zimne, obślinione wargi, te ogromne, toczące pianę usta wypluwały na nią białe, pryskające litery, ona sama zaś była kawałkiem wyrwanego żywego, odrażającego, różowego mięsa, wystawionego na widok publiczny, bo Ja jestem nim, albo odwrotnie, on mną:jestem jego ciałem, nierozerwalnie z nim zrośnięta, wśliznął się w moją skórę, żebym nie mogła go zmyć z siebie, jego podobiznę wypalili na mnie jak hańbiące piętno, ja jestem nim, a dokładniej: wszyscy jesteśmy nim, bo razem, ustawieni w pięknym, karnym porządku i obracając się na rozkaz, jesteśmy nim: przecież on sam nigdzie nie istnieje, nikt nigdy go nie widział, chociaż nie: widział go Tata i wujek Pista, kiedyś razem siedzieli na zebraniach, ale teraz to tylko obraz, obraz, obraz, nie człowiek, ale obraz, który my razem wymyśliliśmy, i nieświadomie układamy z naszych ciał, jakbyśmy nie mieli pojęcia, w czym bierzemy udział i ile to potrwa, bo z bliska tak samo nie widzimy całości, jak uczennica VIII klasy nie widzi samej siebie w tej chwili, tylko zmięte ciuchy błazna, w których na rozkaz, w rytmie na cztery obracają się na pustym, odbijającym dźwięk stadionie, gdzie nikt nie przyjeżdża, bo w dniu urodzin też nie wyląduje na środku stadionu, ale jeśli jednak się zjawi, to i tak go nie zobaczą, bo głowy muszą odwrócić w lewo, żeby zamiast ich twarzy widać było najpierw niebieską, a potem czerwoną stronę kaptura, ponieważ nie mają już własnych twarzy, istnieje tylko jego ogromna głowa, widoczna na stadionie mającym kształt kominka, ale możliwe, że z góry, z pokrytego plamami śniegu Fellegváru lub zabłoconego Törökvágásu, z wysokości nagrywają ich dla wiecznego świadectwa, że stąpił między nich, i na próżno stoją całymi godzinami, czekając w milczeniu, bezruchu, sami świętują to, co nieświadomie i bezradnie wymyślili, jego nigdzie nie ma, bo to tylko sen, mroźny styczniowy koszmar, z którego trzeba by się wreszcie obudzić, albo zasnąć na stojąco lub też zupełnie wystygnąć, Jestem jego ustami, muszę stać nieruchomo, jak pomnik, jeśli się poruszę, wargi poruszą się wraz ze mną, otworzą się i mnie pożrą, albo zaczną mówić przeze mnie, słowa zaczną się wylewać, bo nawet nie ma innych słów, tylko ten jego wrzeszczący głos, bo ja, ja, ja utrzymuję go przy życiu, moim krwistoczerwonym strojem,z wyjątkiem dziewczyny i Csabiego Ürögdiego, i Monduka, i Marinki cała VIII C, cała elitarna, na razie otwierająca jedynie czysto węgierskie, w przyszłym roku już rumuńskie profile szkoła, bo tak zaczyna się rumunizacja szkoły, i licea przemysłu drzewnego, muzyczne i energetyczne, i wszyscy inni, wybrańcy, oni wszyscy, bowiem to oni dostarczali mu krwi – to jest to przetoczenie, dziecięca krew, którą demon dostaje co tydzień, żeby przeżyć – kiedy usłyszą z końca rzędu żołnierski rozkaz, la stîîîîîîîînga!, pierwsza sylaba złowieszczo obniżona, długo przetrzymana, druga gwałtownie urwana, w lewo zwrot!, z miejsca zmieniają się w obraz, w usta, włosy, skórę, oczy, krawat w podkowy i ucho, a przecież nie widzą, nie słyszą nic, nie patrzą na nic, milczą, milczą, milczą, Jeśli obrócisz się w lewo, natychmiast się nim stajesz, a teraz „w lewo zwrot!”, i nie czują żadnego bólu w styczniowym mrozie.

Ono

Już na schodach stukała butami na wysokim obcasie, potem powoli wspięła się na piętro i szła przez korytarz drobnymi, stawianymi ściśle przed sobą, ostrożnymi kroczkami, jakby stąpała po niebezpiecznym terenie: po dużej przerwie pełna napięcia cisza czekała w klasie na mniej więcej pięćdziesięcioletnią, drobnokościstą nauczycielkę rumuńskiego o ciemnej karnacji, nauczycielską gwiazdę szkoły imienia Adyego i Şincaia, noszącą długą, wykończoną falbaną, dzierganą spódnicę i buty na obcasie, wysoką, kruchą, zadbaną i smutną, na szczupłych palcach niczym ciężkie kajdany noszącą grube pierścionki ze srebra i dwie obrączki – w szkole mówili, że mąż bezdzietnej nauczycielki literatury, jakiś oficer czy pułkownik, zmarł w nieszczęśliwych okolicznościach, i że kobieta podobno wtedy się załamała, bo cicha, temperamentna i wybuchowa „Ono” cieszyła się sławą budzącej strach uczonej, w nowej szkole humanistycznej wykładała takie przedmioty, o jakich w innych placówkach nawet nie słyszano: literaturę światową, estetykę, językoznawstwo ogólne i teorię literatury, i oczywiście literaturę rumuńską, tak jak i teraz, tego sennego październikowego dnia, kiedy między dziennikiem i wielką wieczorową torebką w kształcie koperty, zrobioną z delikatnej skórki, ściskała wczorajsze karne kartkówki, które, kiedy położyła stosik na zniszczonej katedrze, rozfrunęły się, pokrywając podest katedry, zaś dyżurna, rosła, dojeżdżająca ze wsi, zawsze rozsiewająca owczy zapach Vica tkwiła bezradnie obok katedry, czekając na polecenie, czy ma teraz schylić się po wypracowania, czy też nie, Ono stała przez chwilę, z wyrzutem patrząc na stertę na ziemi, potem stłumionym głosem nakazała: Ia-le (Pozbieraj), po czym zmęczonym ruchem uniosła wąską, kościstą twarz, spojrzała po składającej się dwukrotnie z osiemnaściorga uczniów, w połowie rumuńskiej, w połowie węgierskiej, tak zwanej bliźniaczej klasie, szczupłymi, brązowymi palcami przekartkowała wypracowania, które w tym czasie Vica ostrożnie pozbierała, nawet nie zerkając na nie, nauczycielka odchrząknęła i jakby mowa przychodziła jej z trudem, wydusiła: Habar n-aveţi de Caragiale, szeptała z wyrzutem milczącej klasie: Nie macie pojęcia o Caragialem – jego sztukę Burzliwa noc wystawią tej zimy w węgierskim teatrze w parku Sétatér, najstraszniejszą sceną nie będzie ta, kiedy zakochani się ukrywają, by nie dopadł ich zdradzony, do tej pory ciapowaty, ale teraz już całkowicie oszalały mąż, ale kiedy zakochanemu poecie chlustają w kark miską zimnej wody, na co śmiejąca się, ubrana w płaszcze publiczność, dwa czy trzy tuziny ludzi z mieszczącego osiemset osób gmaszyska, syknie od przebiegającego ją dreszczu, reżyser, opowiadał gimnazjalistce jeden z aktorów, za zaledwie czterysta lei stworzył porywające, wesołe przedstawienie, i nowa uczennica szkoły o profilu filologicznym, imienniczka reżysera sztuki Caragialego, obejrzała niemal każde przedstawienie, jakie w ogóle zagrali, regularnie wślizgiwała się bocznymi drzwiami od strony podwórza (portier nie zatrzymywał jej, bo już ją znał), zespół grywał sztuki nawet dla dwóch osób, jeśli tyle przyszło, przedstawienia często przerywano albo w ogóle się nie zaczynały, bo nie było prądu, w takich chwilach widzowie w ciszy i bezruchu czekali przez kwadrans, pół godziny lub pozostawali nawet do końca wyimaginowanego, nieodegranego danego dnia przedstawienia, jakby nigdzie się nie spieszyli, jakby czas był bezkresny i pozbawiony specjalnie naglącego celu, a zwrotu kosztu biletu też nie miano w zwyczaju żądać w zamkniętej do tego czasu kasie, czy też zgłaszać reklamacji u kierownika widowni, bo przedstawienie w swoisty, niewidzialny sposób i tak się odbywało, Paştele mă-tii! albo Duceţi-vă la mama dracului!, klął mimowolnie aktor, kiedy podczas spektaklu nagle wszystko gasło, robił to po rumuńsku, żeby adresat na pewno zrozumiał przesłanie, chociaż na tej scenie nigdy nie mówiono po rumuńsku (Wielkanoc, twoja mać! Idźcież do diablej maci! – rozbrzmiewały kwieciste niedorzeczności), i w końcu przedstawienie przerywano, bileterki z latarkami w ręku odprowadzały widzów, ale Zagubionego listu, z którego na poprzedniej lekcji rozgniewana Ono kazała im pisać wypracowanie, Scharakteryzujcie jedną z postaci sztuki, macie na to dziesięć minut, wysyczała z błyszczącymi oczami, nowa uczennica jeszcze nie mogła obejrzeć na scenie, zaś Ono z wykrzywionymi, bladymi, zaciśniętymi ustami wczytywała się teraz w jedno z poprawionych wypracowań, potem spojrzała znad niego, podniosła zmęczone spojrzenie na uczniów siedzących po prawej stronie sali i pogardliwie oznajmiła, Mi-e ruşine de voi, românilor (Wstyd mi za was, Rumuni), następnie zaczęła rozdawać wypracowania, odczytywać nazwiska, tak jak szły, pomieszane: Iordache, Vizy, Cornea, Boc, Horváth, Amăriei, Vălean, Vica, Szilágyi, Gönczöl (wymawiała: Gjoncol), Covaci, Kovács, Váncsa, Vancea, Oltean, Oltyán – w jej ustach wszystkie brzmiały jednakowo, węgierskie nazwiska wymawiała z wysiłkiem, jakby odczytanie ich stanowiło nienaturalne zadanie i było niegodnym trudem – wszyscy dostali trójki, czwórki, piątki, najwyżej szóstki, kilkoro, ci, co oddali pustą kartkę, dwójki, wypracowania trójkowe przekreśliła długopisem, na czwórkowych stał tylko miniaturowy ptaszek, jednak wciąż liczyły się jako niezdane, a najlepszą oceną była szóstka: dostały ją Boc i Cornea, których wypracowania po pewnym zastanowieniu skomentowała, Tu vrei să intri la actorie? Cu lucrarea asta despre Caragiale? (I ty chcesz zdawać na aktorstwo? Z takim wypracowaniem o Caragialem?), bo Cornea chciała zostać aktorką, zaś niewysoka Iolanda Boc z Nagybányi, która miała talent do pisania wierszy i należała do ulubienic Ono, również usłyszała, În loc să-ţi faci codiţe ca o fetiţă de cinci ani (Zamiast robić sobie warkoczyki, jak pięcioletnia dziewczynka) – i rzeczywiście, Iolanda, przyszła przyjaciółka nowej uczennicy, tego dnia pojawiła się w dwóch splecionych warkoczach, M-m-m-m-m-m-da, dodała niepewnie nauczycielka, jakby wątpiła we własną decyzję, şase, zatem Iolanda dostała szóstkę, potem Ono rozdawała dalej puste i na wpół puste kartki, mamrotała z pogardą, kolejny był Sângerean, tak dumnie noszący literę „â” w nazwisku, której używano tylko w dawnej ortografii rumuńskiej, jak jakiś szlachecki herb, Mă rog, rzuciła do niego Ono, nici nu mă mir, trei, dragă, trei, băiatule (No proszę, ja już niczemu się nie dziwię, trzy, drogi chłopcze, trzy), a kiedy Pompiliu Sângerean, rudowłosy przystojniak, wracał zawstydzony na miejsce, w drżącej dłoni Ono zostało już tylko jedno wypracowanie, tej, której przygotowywała się wymierzyć ostatni, unicestwiający cios: spojrzała na papier, zrobiła teatralną pauzę, potem już miała to powiedzieć, ale gwałtownie zamilkła, jakby nie umiała zdecydować, jakimi słowami ma opisać widniejącą na kartce hańbę, Să vă fie ruşine, powiedziała i znów spojrzała na rząd ławek po prawej stronie, gdzie siedział rumuński oddział klasy X B, Că singura lucrare ca lumea a fost scrisă de o unguroiacă (Wstydźcie się, żeby jedyne nadające się wypracowanie napisała Węgierka), potem dodała, Nouă, i dziewczyna, którą paliła twarz, już miała podejść po wypracowanie ocenione na dziewiątkę, kiedy Ono przyszło nagle do głowy, Care a mai şi lipsit primele două săptămîni, dodała gniewnie, to znaczy, która w dodatku była nieobecna przez pierwsze dwa tygodnie, bo dziewczynie nie udało się jeszcze załatwić przepisania do szkoły humanistycznej i przeniesienia bez egzaminów wstępnych, dlatego dwa tygodnie musiała czekać na pozwolenie z kuratorium, za którym chodziła niemal przez całe lato, matka wcale jej nie pomogła, chociaż znała kogoś w oświacie, bez szans, machnęła ręką na prośbę córki, jednak uparta dziewczyna tak długo nachodziła wysoką, elegancką, uczesaną w kok inspektorkę, specjalistkę od literatury rumuńskiej, aż tamtej zrobiło się jej żal – a może postąpiła tak z powodu humanistycznej solidarności? – i podpowiedziała jej, żeby przyniosła zaświadczenie lekarskie, że ma astmę i nie może odbyć praktyk w fabryce maszyn w liceum matematyczno-fizycznym – w szkole humanistycznej bowiem „praktyką” będzie stenografia – wtedy załatwi jej przeniesienie, dziewczyna zaś następnego dnia, na początku sierpnia, przyniosła wystawione zamaszystym pismem lekarza rodzinnego, doktora Löwyego, zaświadczenie o astmie, ale szkoła zaczęła się w połowie września, a na pozwolenie wciąż trzeba było czekać, w końcu pewnego piątkowego ranka, z dwutygodniowym opóźnieniem, przybyła do nowej klasy, akurat na lekcję literatury rumuńskiej, dokąd odprowadziła ją i przedstawiła wychowawczyni wysoka, elegancka nauczycielka francuskiego, Ono jednak nawet się nie odwróciła, dalej rozpisywała na tablicy analizę wiersza Eminescu pod tytułem Sara pe deal (Wieczorem na wzgórzu), stopy metryczne, odgłosy wieczoru, zmienność samogłosek, ukrytą symetrię metafor, eliptyczną strukturę utworu, wznoszące się, falujące zbocza wzgórz i zwieszającą się do wody wierzbę, i księżyc, strzałki i promienie, jednocześnie ciągle mamrotała kolejne strofy, i nowa uczennica urzeczona usiadła w pustej pierwszej ławce, jakby pierwszy raz w życiu obserwowała skomplikowany i niebezpieczny pokaz analizy wiersza, powoli wyswobadzającą się, ale humanistyczną orgię, zaś Ono szeptała przed siebie słowa: „struktura”, „model świata”, „melodyjność”, i ciągle rysowała sięgające nieba drzewo, niebo i ziemię, noc i dzień, teraźniejszość i przyszłość, zmierzch i mgłę, aż tablica i jej okolice zmieniły się w jedną wielką chmurę kredy, nierozwikłany, pulsujący rysunek, potem nagle zadzwonił dzwonek, Ono odwróciła się, odłożyła skrawek kredy, jej ciemna dłoń błyszczała bielą od pyłu, jak u akrobaty, który wspaniałym saltem do tyłu zeskoczył z osobliwej poręczy, gdzie pokazał nigdy niewidziany numer, wycierała drżące ręce, dyszała i patrzyła przed siebie, M-m-m-m-m-da (Tak), powiedziała ledwie słyszalnie, patrząc z roztargnieniem na uczniów, jakby tylko przypadkiem byli obecni, Pe ora viitoare se citeşte Scrisoarea pierdută de Caragiale, podyktowała w nigdy wcześniej niesłyszanej przez zdumioną uczennicę bezosobowej formie zadanie (Na przyszłą lekcję należy przeczytać Zagubiony list Caragialego) plus citiţi (i jeszcze przeczytajcie) – i wymieniła dodatkowe trzy analizy, i już podczas pierwszego trymestru coraz częściej stawała przy nowej uczennicy, spiczastym paznokciem stukając w jej zeszyt, jakby mówiła tylko do niej, Mai citeşte acolo Pompiliu Constantinescu, Perpessicius, Adrian Marino – care o să-ţi profesor la facultate (Przeczytaj też Pompiliu Constantinescu, Perpessiciusa i Adriana Marinó, który swoją drogą będzie cię uczył na uniwersytecie), bo zdanie Ono brzmiało jak przepowiednia albo wręcz żądanie, zaś uczennica stale wypożyczała książki z miejskiej biblioteki, Ono na przerwach, kiedy nieprzystępnie spacerowała drobnymi krokami po podwórzu, rzucając krótkie spojrzenia, kontrolowała, co czyta jej uczennica, ale nie komentowała, zaś dziewczyna nigdy nie czytała na podwórzu węgierskich książek, bo te nie interesowały Ono, wręcz drażniły ją, raz już odwróciła głowę rozczarowana, wykrzywiając usta, aż potem w XI klasie, jak jakąś ogromną łaskę, zaoferowała dziewczynie, żeby to ona poprowadziła lekcję literatury światowej o Godocie, Dar să nu-mi vorbeşti prea mult de Dumnezeu că mă plictisesc (Ale nie mów mi zbyt dużo o Bogu, bo mnie zanudzisz), bo wszystko stało się potem, w maju, przy końcu roku, przed egzaminami wstępnymi, i być może lekcję o Godocie nauczycielka też traktowała jak przeprosiny, bo nigdy wcześniej nikomu nie oddała żadnej godziny, żadnemu innemu uczącemu, a zwłaszcza jakiemuś uczniowi, Zacznę od kwestii czekania, dobrze?, zaproponowała nauczycielce poważna, już zdobywająca laury na olimpiadach literackich, pewna siebie humanistka, Pewnie Kafką, na co Ono odparła, że zrobisz, co zechcesz, Numai că, draga mea, aşteptarea n-a început cu Kafka