Dom Jętki - James Hazel - ebook
Opis

Mistrz suspensu porównywany do Jeffery'ego Deavera. Z budowania napięcia do Thomasa Harrisa, z wrażeń do M. J. Alridge'a.

„Potwory istnieją naprawdę, jednak są zbyt nieliczne, by stanowić prawdziwe zagrożenie. O wiele groźniejsi są zwykli ludzie, funkcjonariusze gotowi uwierzyć i działać bez stawiania pytań”.
Primo Levi

„Jestem oszołomiona profesjonalizmem i wysokością jakości tej genialnej książki. W końcu nowy głos w świecie mistrzów wywoływania gęsiej skórki”.
goodreads.com

„Genialny debiut! Jak to dobrze, że ten bohater powróci!”.
goodreads.com

„Fantastyczna lektura! Jeżeli jesteś fanem thrillerów, to najzwyczajniej w świecie się nie zawiedziesz”.
goodreads.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 397

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Jo

Bez ciebie słowa tracą znaczenie

1

Grudzień. Okres poświąteczny. Zmarzniętą ziemię przykrywała cienka warstwa śniegu, który skrzypiał pod butami głównego inspektora Tiffa Rowlinsona. Domek z bali na polanie wyglądał, jakby wyjęto go z bajki, na dodatek miał wysoki kamienny komin i wyrżnięte nad drzwiami serduszka. Przed sześćdziesięciu laty miejscowy właściciel ziemski zbudował go dla swojej córki jako dom na lato, ale od dawna stał opuszczony, a teraz jeszcze obrósł pnączami i mchem. Azyl powstały z miłości i niewinności, sprofanowany w najbardziej groteskowy sposób.

Z rękami założonymi na plecach i postawionym kołnierzem pod białym plastikowym kombinezonem Rowlinson powoli obszedł małą drewnianą budowlę. Śledczy kręcili się niepewnie, uważając, gdzie stawiają kroki. Niebiesko-białą taśmą otoczyli polanę. Rowlinson był już tu wcześniej, i to nie raz. Widział za dużo ciał, za dużo szlochających osób, które straciły bliskich, i zbyt wiele śledztw. Niewiele już czuł. Usypiał go niekończący się cykl.

Tylko nie w tych lasach.

W tych lasach Rowlinson znowu zaczynał czuć.

Podszedł do drzwi domku i zanurkował do środka. Wewnątrz powietrze było stęchłe i ciężkie. Rowlinson w kieszeni płaszcza poszukał inhalatora. Gdy natrafił dłonią na znajomy kształt plastikowej tuby i czubek metalowego pojemnika, ogarnęła go ulga. Nie zwracał już uwagi na przejmujące zimno.

W pokoju było pusto, jeśli nie liczyć ofiary. I rojących się much, które zjadały ciało, a raczej to, co z niego zostało. Głowa nieboszczyka spoczywała na oparciu drewnianego krzesła; usta i oczy miał szeroko otwarte. Skóra mężczyzny była żółta i wysuszona. To reakcja na truciznę, jak powiedziano Rowlinsonowi, ale teraz zrozumiał komentarz jednego z techników kryminalistyki, który usłyszał przed chwilą: „Biedaczyna wygląda, jakby ktoś wyssał z niego całą duszę”.

Denat był nagi, a jego ręce pokrywały głębokie rany, ale to nic w porównaniu z piersią. Ciało z niej zwisało, odsłaniając szkarłatną sieć głębiej położonych mięśni. Podobne rany znajdowały się w dolnej połowie, ale wszystko tak przesiąkło krwią, że trudno było odróżnić, które części ciała pozostały nietknięte, a które nie.

– Jezu – rozległ się głos za plecami Rowlinsona.

Odwrócił się i zobaczył w wejściu Hardwicka, zasłaniającego dłonią usta.

– Cholera, szefie, co my tu mamy?

Sierżant był o trzydzieści centymetrów niższy od swojego przełożonego, ale i tak wypełniał mały domek swoją zażywną postacią. Był z niego mieszczuch o dziarskim kroku i porządny gliniarz.

– Sam to sobie zrobił – powiedział cicho Rowlinson.

– Co, szefie? Sam oderwał sobie ciało?

Rowlinson przyjrzał się uważniej. Ślinotok – wydzielanie pienistej śliny, ale w takim stopniu, że ofiara nie nadążała jej przełykać. W pewnym momencie włożyła sobie pięść do ust, aby wywołać wymioty, ale skończyło się na tym, że mocno zacisnęła zęby i niemal odgryzła sobie rękę.

– Przez wiele godzin alkaloid wywoływał niewyobrażalny ból. Aby go zwalczyć, ofiara próbowała wyfiletować samą siebie.

– Dlaczego?

– Żeby dotrzeć do serca, Hardwick. Tylko tak można było skończyć z bólem.

Trzy godziny później sir Philip Wren siedział w gabinecie swojej rezydencji w Kent, z brzuchem wypełnionym kurczakiem i porto oraz głową pełną egzaltowanych fraz przygotowanych do przemowy z okazji przyjęcia Orderu Imperium Brytyjskiego. Telefon odebrał zaledwie wczoraj i odbył poufną rozmowę – komitet przyznający tytuły postanowił uznać zasługi obecnego prokuratora generalnego dla prawniczej profesji oraz dla rządu Jej Królewskiej Wysokości i umieścił go na noworocznej liście do odznaczenia. Ostatecznie całe życie poświęcone służbie publicznej doczekało się uznania i Wren spędził ostatnie dwadzieścia godzin w euforii.

Jednak jego radość trwała krótko i teraz znajdował się na południu Walii, zmarznięty i zdenerwowany, z ostrym bólem głowy.

Spodziewał się takiego widoku – polany rojącej się od techników. Błyskających niebieskich świateł. Uczucia niepewności wiszącego w powietrzu. A w środku małego drewnianego domku z sercami wyrzeźbionymi nad drzwiami.

To znowu się dzieje.

Powiedziano mu, że detektyw zajmujący się sprawą, Rowlinson, jest kompetentny. Nie wątpił, że to prawda, ale miejscowemu śledczemu prawdopodobnie odbiorą sprawę. Z pewnością, jeżeli ziszczą się obawy Wrena. Znalazł Rowlinsona przy drzwiach chaty, gdzie stał z innym mężczyzną i spojrzał na niego z takim samym wyrazem niepokoju jak wszyscy detektywi, których widywał przez lata. Nie obwiniał ich. Gdyby mógł postępować inaczej, pozwoliłby im wykonywać swoją robotę… ale nie mógł. Nie tym razem.

Wren przeszedł przez polanę, świadom śledzących go oczu.

– Philip Wren. – Podał rękę i poczuł mocny uścisk na powitanie.

– Główny inspektor Rowlinson. Nie spodziewaliśmy się prokuratora generalnego. Czy zaistniała jakaś jurysdykcyjna kwestia, o której powinienem…?

– Skądże. Inspektorze, nikt nie chce wchodzić tu w niczyje kompetencje. Pański autorytet jest niekwestionowany.

Kłamał. Na miejscu była już ekipa, aby przejąć śledztwo, pododdział Krajowego Zespołu ds. Ekstremalnych. Tajna grupa policji stołecznej.

– W takim razie nie rozumiem…

– Mogę zobaczyć ciało, inspektorze?

Rowlinson przestąpił z nogi na nogę. Prokurator przyjechał jaguarem XJ w towarzystwie grupki mężczyzn w ciemnych garniturach. Ci mężczyźni zebrali zdezorientowaną ekipę techników i podsuwali im do podpisania deklaracje poufności. Po dłuższej chwili wahania Rowlinson ustąpił.

Wren łapczywie zaciągnął się chłodnym powietrzem, zanim wszedł do chaty. W żołądku mu się przewróciło. Nie chciał znowu oglądać tego kurczaka.

Inspektor stał w drzwiach, obserwując go z zaciekawieniem, z rękami wepchniętymi w kieszenie. Odchrząknął.

– Truciznę podano przez wenflon na przegubie, prawdopodobnie kiedy był nieprzytomny. Działa na całe ciało, paraliżuje każdy nerw z osobna. Ból jest nie do opisania, ale mózg jest zbyt przeciążony, aby się wyłączyć. Najwyraźniej odczuwa się to godzinami, podczas których, jak widać, ofiara sama siebie poraniła.

– Inspektorze, czy on ma coś w ustach?

Rowlinson się zawahał.

– Co takiego?

Wren poczuł gulę w gardle, coś tamowało mu oddech.

– W ustach, inspektorze. Czy ma coś w ustach?

Detektyw spojrzał za siebie, jakby wziął to za jakiś sprawdzian, a potem zrobił dwa kroki po drewnianej podłodze i znalazł się tuż przy ofierze. Piana wokół rozwartych ust denata zaczęła zastygać, ale jej część spłynęła po boku twarzy niczym białko jajka. Wren patrzył, jak inspektor zagląda do środka.

– Nic tu nie ma. – Wyprostował się.

– Proszę sprawdzić dokładnie.

Inspektor znowu pochylił się nad ciałem i przyjrzał z bliska. Wren zacisnął dłonie w pięści. Może detektyw miał rację i rzeczywiście niczego tam nie było.

– Chwila – powiedział inspektor, wyciągając z kieszeni parę niebieskich nitrylowych rękawiczek i długopis. – Coś jest…

Wren poczuł w całym ciele napięcie, gdy Rowlinson ponownie się pochylił, wsunął długopis w usta ofiary i delikatnie go wyciągnął.

– Na Boga, co to takiego? – Podniósł do światła coś czarnego.

Za jego plecami Philip Wren pospiesznie wyszedł chaty.

2

6 kwietnia 1945

Obóz koncentracyjny Buchenwald, Niemcy

Kapitan Ainsworth stał przed główną bramą, z papierosem ledwo trzymającym się dolnej wargi. Deszcz przestał padać przed godziną, a słońce ośmielało się przeniknąć przez pokrywę chmur.

Osiemdziesiąta dziewiąta Dywizja Piechoty przybyła przed dwoma dniami. Byli przygotowani do walki, ale zamiast niej zastali obóz pod kontrolą więźniów. Wieści o nadejściu armii brytyjskiej i amerykańskiej dotarły do obozu z kilkudniowym wyprzedzeniem i Niemcy zaczęli pospiesznie się wycofywać. Gdy dowództwo rozpierzchło się i większość esesmanów albo uciekła, albo popełniła samobójstwo, grupa więźniów zaatakowała wieże strażnicze. Dzielni więźniowie – w większości komuniści – od lat ukrywali broń, którą wreszcie mogli wykorzystać. Mieli nawet odwagę wziąć jeńców, okazując łaskę nazistowskim strażnikom, którzy ich traktowali bestialsko.

Ludzie Ainswortha byli źle przygotowani na to, co czekało ich w Buchenwaldzie. Oczywiście, słyszeli o obozach, docierały do nich plotki o masowych mordach w komorach gazowych. Polsko-żydowski prawnik, niejaki Lemkin, nawet ukuł nowy termin, aby to opisać. Genocyd. Ludobójstwo. Jednak te słowa tak łatwo spowszechniały. Ainsworth nie był w żaden sposób przygotowany na widok człowieka, który ogarnięty ulgą po wyzwoleniu z piekła na ziemi padł martwy u jego stóp.

Wpierw spotkali Czechów. Tysiące ich stłoczono w miejscu przeznaczonym co najwyżej dla kilkuset. Byli nadzy, jeśli nie liczyć opasek na biodrach, zmarznięci, umierający. Ich ciała wyschły wskutek niedożywienia do tego stopnia, że wcale nie przypominali istot ludzkich. Chodzące trupy o pożółkłej skórze, która rwała się łatwo jak papier i była tak napięta, że Ainsworth mógł policzyć wszystkie żebra.

Więźniowie resztkami sił powitali 89. dywizję. Chociaż byli tak słabi, że sami ledwo mogli się poruszać, to jednak w jakiś sposób udało im się podnieść paru żołnierzy – smukłych i ciężkich chłopaków – aby w triumfalnym marszu obejść z nimi obóz. Żołnierze, zażenowani, ale nie chcąc nikogo urazić, niechętnie się na to zgodzili, chociaż niektórzy z więźniów padali przy tym z wysiłku.

Z tego, co widział Ainsworth, była to mieszanina narodowości. Czesi, Polacy, Sowieci, Francuzi, Chorwaci. Także kobiety. Wiele z nich zmuszano do niewolniczego seksu w obozowym burdelu. Może najbardziej satysfakcjonujący dla Ainswortha był fakt, że wyzwolił paru rodaków – amerykańskich lotników zestrzelonych nad okupowaną Francją – oraz Brytyjczyków. Nie pomogły im fałszywe dokumenty, w które ich zaopatrzono i dzięki którym mieli uciec z terytorium wroga. Kiedy zostali ujęci, naziści potraktowali ich jak szpiegów i wysłali do Buchenwaldu razem z Żydami.

Żydzi. Całą rasę naziści napiętnowali określeniem „uciążliwe istoty”.

Ktoś nieśmiało zakasłał. Ainswortha pochłonęły własne myśli i nie zauważył kaprala, który stanął za nim. Henderson był dobrym żołnierzem i bystrym, ale jak reszta chłopaków bladym i chorym.

– Kapitanie, pierwsza część harmonogramu dyżurów – powiedział Henderson.

Ainsworth wziął od niego papiery i spojrzał na horyzont, poza rozbite bramy, poza plac, gdzie oderwano od ściany szyld i wdeptano w błotnistą ziemię. Arbeit macht frei. Praca czyni wolnym.

– Kapitanie, nie mamy dosyć lekarstw dla tych wszystkich ludzi – dodał po chwili Henderson. – Nie zapobiegniemy śmierci wielu z nich.

Ainsworth ponuro skinął głową.

– Wprawdzie nie można powstrzymać krwawienia, nie ma powodu, żeby nie próbować. – W żołądku odczuwał jakieś sensacje; nie służyły mu tabletki z chlorem, które wrzucano do wody. Po krótkiej przerwie dodał: – To nie ma sensu, co, Henderson?

– Kapitanie?

– Już kilka miesięcy temu Hitler wiedział, że losy wojny się zmieniły. Inwazja na Związek Sowiecki skończyła się fiaskiem. Potrzebował zasobów, ale priorytetem były transporty Żydów do obozów śmierci, a nie zaopatrzenie własnej armii. Czołgi, żołnierze, broń, amunicja. Wtedy mogłoby być inaczej. To bez sensu.

– Niektórzy mówią, że składali ofiary nordyckim bóstwom, kapitanie.

– Tak uważasz, Henderson?

Kapral się zawahał.

– Może.

– Widziałeś dorę w drodze tutaj?

– Wszyscy widzieliśmy, kapitanie.

Chociaż załoga porzuciła dorę, podeszli do potężnego działa kolejowego z dużą ostrożnością. Ważyło tysiąc trzysta pięćdziesiąt ton z lawetą i platformą kolejową i miało lufę długości ponad trzydziestu dwóch metrów. Technicy wątpili, czy jest gotowa do użycia, ale szacunkowa donośność wynosiła ponad czterdzieści pięć kilometrów.

– Uważasz, że naród zdolny wyprodukować tak zaawansowaną broń wierzy także we wskrzeszenie bogów poprzez ofiary z ludzi?

Henderson nie odpowiedział. Odwrócił się, usłyszawszy pracujący silnik. W oddali pojawił się samochód. Jego koła wzbijały tuman kurzu. Ainsworth spojrzał na Hendersona, który odwrócił się z powrotem i wydał rozkazy najbliższym żołnierzom. Ustawili się w bramie, wykorzystując wszelkie możliwe kryjówki, i przygotowali karabiny.

Kapitan stał nieruchomo na otwartej przestrzeni, z rewolwerem zwisającym luźno na biodrze. Bardzo wątpił, żeby naziści wrócili i chcieli coś uratować z mienia, a nawet gdyby, to na pewno nie zjawiliby się w rolls-roysie.

Samochód zatrzymał się przed Ainsworthem. Karoseria pochlapana była błotem, ale czyste fragmenty wyraźnie zdradzały dobre utrzymanie. Nie był to cywilny samochód. Ainsworth podniósł rękę, sygnalizując Hendersonowi i reszcie ludzi, aby się wycofali. Opuszczono broń.

Z tyłu samochodu siedział wysoki mężczyzna o kręconych blond włosach. Wysiadł, włożył kapelusz i naciągnął trencz na garnitur w prążki; poły marynarki trzepotały gwałtownie na wietrze. Był młody jak na osobę jeżdżącą z szoferem po wrogim terytorium.

– Kapitan Ainsworth, jak mniemam.

Ainsworth uniósł brew, zanim ujął dłoń przybysza. Co, do diaska, tu robi tenAnglik? Kapitan zwrócił uwagę na mocny uścisk dłoni przybyłego. A zatem to nie reporter ani polityk.

– Witam w Buchenwaldzie – burknął Ainsworth. – Pan…

– Ruck. Pułkownik Ruck.

Gość wręczył Ainsworthowi jakieś dokumenty, a ten przeczytał je dokładnie. Kiedy skończył, spojrzał sceptycznie.

– Wywiad brytyjski?

– Nie inaczej. Wywiad Wojskowy, Sekcja Piąta. – Ruck uśmiechnął się uprzejmie, cienki wąsik nad górną wargą uniósł się niczym drugie usta. Wojskowy miał głos tak gładki jak maniery.

– Pułkowniku, w jaki sposób mogę pomóc?

– Po pierwsze, czy mogę pogratulować panu, kapitanie, doskonałej operacji?

– Tak. Kilka lat wcześniej może faktycznie dokonalibyśmy czegoś dobrego.

– Kapitanie, proszę nie pomniejszać swoich osiągnięć. Dzięki samej pana obecności szkopy czmychały, prawda? Moim zdaniem odniósł pan bardzo satysfakcjonujące zwycięstwo.

Ainsworth oparł się pokusie i nie powiedział: do rzeczy. Ten człowiek był biurokratą. Gryzipiórkiem. Nie przeżyłby na polu bitwy.

– To żadne zwycięstwo. Proszę mi wybaczyć, pułkowniku, ale co pana sprowadza?

Ruck gestem nakazał Ainsworthowi ponownie przejrzeć papiery.

– Z tyłu znajdzie pan list, który wszystko wyjaśnia.

Ainsworth znalazł list i przeczytał go uważnie.

– Nigdy nie słyszałem o tych ludziach – oświadczył.

– Może byłby pan tak dobry i zrobił rozeznanie.

Ainsworth odwrócił się i spojrzał na Hendersona, który stał z obojętną miną. List był podpisany przez admirała floty Williama D. Leahy – szefa sztabu Roosevelta. Pieczęć wyglądała na oryginalną. Podpis też. Potem, po raz pierwszy, kapitan spojrzał na rolls-royce’a i dwóch jankesów w mundurach z czerwonymi grotami na ramionach, stojących po obu stronach lśniącej maski. Black Devils. Komandosi. Eskortujący brytyjskiego tajnego agenta z listem od oficera najwyższej rangi po samym prezydencie, z rozkazem dla Ainswortha, aby przekazał im grupę ludzi pozostających pod jego pieczą, o ile zastaną ich żywych w Buchenwaldzie.

Ainsworth się zawahał. Pora wziąć się w garść.

– Pułkowniku, jeszcze nie mamy pełnej listy więźniów – wyjaśnił, oddając list Ruckowi. – Zanim znajdziemy tych ludzi, może minąć wiele dni.

Ruck uśmiechnął się cierpko.

– Proszę przeczytać list uważnie, kapitanie. Szukam nazistów, nie Żydów. W zasadzie to lekarzy.

– Lekarzy? – Ainsworth nie mógł opanować śmiechu. – Pułkowniku, tu nie ma żadnych lekarzy. To miejsce nie miało służyć przedłużaniu ludzkiego życia. To jest… był… obóz zagłady. Za tymi murami zamknięto dziesiątki tysięcy ludzi, trzymano ich w gorszych warunkach niż drób. Tym, którzy jeszcze nie umarli, wiele nie brakuje. Tu nie ma lekarzy.

Ruck wzruszył ramionami i zapalił papierosa, którego wyciągnął z małej paczki ukrytej w płaszczu. Jeden z komandosów przy samochodzie przeniósł ciężar ciała z nogi na nogę.

– Znalazł pan tu jakiś gabinet lekarski? – spytał Ruck.

– Gabinet? Tu nie ma nic takiego. Widzieliśmy tylko przestronne sale, w których zgromadzono setki przerażonych ludzi, aby ich zagazować. Potem ci, którzy nie zostali zagazowani, musieli wyciągać ciała i rzucać je na gigantyczne stosy. Tak tu jest. Jeżeli spodziewa się pan przytulnej poczekalni z akwarium i czasopismami na stoliku, to poniosła pana fantazja, pułkowniku.

Ruck wciągnął powietrze przez nos i przez chwilę Ainsworthowi przyszedł na myśl drapieżnik szukający ofiary.

– Poza tymi salami, coś mniejszego. Może narzędzia. Piły, skalpele, maski. Tego rodzaju rzeczy.

Ainsworth pokręcił głową.

– Tylko śmierć i…

– Kapitanie? – wtrącił Henderson. Zakasłał nerwowo. Ruck i Ainsworth odwrócili się do niego. – A pokoje o nazwie Piekło?

3

Charlie Priest smażył na patelni solę. Jak dotąd nie najlepiej mu to wychodziło. Patelnia była za gorąca, a masło wrzało po bokach. Ryba marszczyła się na brzegach i zwijała na jego oczach niczym papier w ogniu.

– Za wysoka temperatura – mruknął.

Wyrzucił do kosza swój nieudany eksperyment, gdzie już spoczywały dwie poprzednie ryby, a patelnia wylądowała w zlewie. Zasyczała gniewnie. Nawet naczynia kuchenne buntowały się przeciw jego wysiłkom.

Zastanawiał się nad zamówieniem jedzenia na wynos, ale jego uwagę zwróciło pukanie do drzwi.

W holu znajdował się mały monitor wideofonu, wszystkie penthouse’y były w niego wyposażone. Gdyby ktoś chciał, to przez judasza mógłby wbić szydełko. Priest zerknął na ekran. Wspaniale. Z każdą minutą wieczór robi się coraz ciekawszy.

Odryglował i otworzył drzwi.

– Dobry wieczór, panie władzo. – Westchnął.

Gość się uśmiechnął, ale jedynie kącikami ust, reszta mięśni twarzy nie drgnęła.

– Pan Priest?

Policjant trzymał pudełko. Tekturowe, nic nadzwyczajnego. Trochę większe od pudelka po butach. Mężczyzna był mniej więcej w wieku Charliego, może kilka lat starszy, z kosmykami przetłuszczonych czarnych włosów wystającymi spod wysokiego policyjnego hełmu. Ośmioramienna srebrna gwiazda połyskiwała w świetle padającym z wnętrza mieszkania.

– Czy mogę wejść? – zapytał mundurowy.

– Czy jest w tym coś do jedzenia? Umieram z głodu.

– Jeśli mógłbym wejść…

Priest wzruszył ramionami i przepuścił policjanta. Czemu nie? Sztuczny uśmiech pojawił się powtórnie na chwilę na twarzy gliniarza, zanim Priest wprowadził go do kuchni. Policjant postawił ostrożnie pudełko na boku. Jego mundur był nieskazitelny. Pewnie nowicjusz.

– Ładne mieszkanie – zauważył mężczyzna, rozglądając się dookoła.

Kuchnia była jak z żurnala. Blaty z czarnego granitu na jasnych drewnianych szafkach. Limonowe pasemka na ścianach nad urządzeniami, powtarzające się na wysokich, barowych stołkach. Zapach spalonej ryby unosił się w powietrzu.

– Ten zapach…? – zagadnął oficer.

– Sola.

– Rozumiem. Łatwo się przypala.

– Niezupełnie. W zasadzie to trudno ją zepsuć.

Uśmiech współczucia, ale mało przekonujący.

– W czym mogę pomóc?

– Przełożony mnie przysyła. Sprzątają archiwa i trafili na sporo pańskich starych rzeczy. W zasadzie nigdy o panu nie słyszałem, ale szef mówi, że był pan szychą w londyńskiej policji, więc powinienem to osobiście doręczyć.

– Odszedłem z dochodzeniówki dziesięć lat temu.

– Naprawdę? Najwyraźniej wywarł pan wrażenie.

– Na to wygląda. Jakoś niczego mi nie brakuje z tamtego okresu.

– Hm, zobaczmy, co my tu mamy.

Mundurowy uniósł wieko i wyciągnął długi metalowy przedmiot.

– Amerykańska pałka policyjna – powiedział Priest. – Z lat dziewięćdziesiątych, tak na oko. Nigdy takiej nie miałem.

– Naprawdę? – Mundurowy spojrzał na tonfę, najwyraźniej zaskoczony. Ponownie ją obejrzał, jakby mógł odkryć jakiś ukryty sekret. Sprawdził jej wagę w dłoni, lekko kiwając głową.

– Mówi pan, że szef pana przysłał?

– Tak.

– Pritchard?

– Tak.

– Nadinspektor Pritchard?

– Tak.

Priest, padając, wyrżnął w narożnik blatu. Tym samym dostał w głowę dwa ciosy. Jeden czubkiem pałki, która gwałtowanie spadła, trafiając go w skroń – niewiele brakowało i zdołałby się uchylić. Drugi, gdy uderzył o róg granitowego blatu. Ten drugi pozbawił go przytomności.

Charlie otworzył oczy i przez moment nie było nic. Tylko szum krwi w uszach.

Pritchard przeszedł na emeryturę przed trzema laty. Mundur był prawdziwy, ale człowiek, który go nosił, nie był policjantem. Powinien się był tego domyślić. Facet miał na głowie wysoki hełm. Najbliższy posterunek policji oddalony był o pięć kilometrów. Hełmy nosili policjanci na obchodzie – funkcjonariusze w samochodach mieli czapki z daszkiem. Ten człowiek nie mógł przejść pięciu kilometrów w hełmie, niosąc pudełko ze zbiorem jego starych rzeczy.

Cholerny idiota. Jakby nie wystarczyło spalić ryby…

Z początku nie wyczuwał nikogo w pokoju, ale był pewien, że fałszywy gliniarz jeszcze gdzieś tu jest. Rzucił go na krzesło. Przywiązał mu ręce do oparć kablem, podobnie nogi. Plastik wrzynał się w skórę. Kiedy Charlie był nieprzytomny, porobił sobie głębokie rany na kostkach. Pierś obwiązano mu taśmą klejącą, która trzymała go na krześle. Mógł ruszać głową, ale niczym innym.

Głowę miał przykrytą mokrą ścierką do naczyń, która ograniczała pole widzenia. Mógł być wszędzie, ale smród spalonej ryby podpowiadał mu, że nadal jest we własnej kuchni.

Szarpnął pętami na rękach, ale ból w odpowiedzi powędrował aż do ramienia. Na razie nigdzie się nie wybierał. Jak dotąd przewagę miał facet w mundurze. Priest pomyślał, że zostało mu tylko kilka minut, aby zmienić sytuację. W normalnych okolicznościach wynik mógłby być tylko jeden. Fałszywy gliniarz nie miał nawet metra osiemdziesięciu i nie wyglądał na potężnie zbudowanego. Charlie miał metr osiemdziesiąt osiem i ważył dziewięćdziesiąt trzy kilogramy, z czego większość stanowiły mięśnie. Napastnik powalił go dzięki łutowi szczęścia.

Siedział unieruchomiony chyba całe wieki, chociaż domyślał się, że to tylko kilka minut. Kilka minut, podczas których myślał o szumie w głowie i cuchnącej spalonej rybie.

Nagle zerwano ścierkę z jego twarzy i zobaczył własną kuchnię oraz uśmiechniętego policjanta.

– Ha! – rzucił fałszywy glina.

Charlie nie odpowiedział, tylko spoglądał na intruza tak obojętnie, jak tylko mógł.

– Priest, czemu się tak martwisz? Nie spodziewałeś się? – Uśmiechnięty fałszywy gliniarz cisnął ścierkę na bok i cofnął się o kilka kroków, zakładając ręce na piersi. – Za ten mundur wybuliłem dwa kawałki, więc nie bądź taki zły.

Pewnie nie kłamał co do ceny. Tak dobra replika musiała słono kosztować. Priest zaczął rozważać własne szanse.

Fałszywy policjant kontynuował:

– Ale było warto. Domyśliłem się, że nie otworzysz drzwi nikomu innemu. Dozorca na dole też był bardzo pomocny.

– Czego chcesz?

– Tylko porozmawiać. Na razie. Troszkę. Abyś mnie lepiej poznał.

– A ty mnie znasz?

Fałszywy glina się uśmiechnął.

– Jesteś Charles Priest, ale wszyscy nazywają cię Charlie. Rozwodnik. Bezdzietny. Czterdzieści trzy lata. Najpierw Cambridge. Do policji stołecznej wstąpiłeś w dziewięćdziesiątym czwartym, dwa lata patrolowałeś ulice. W dziewięćdziesiątym siódmym awansowałeś w dochodzeniówce na sierżanta, w dwa tysiące pierwszym na inspektora. W dwa tysiące czwartym odszedłeś z policji w niełasce i przekwalifikowałeś się na prawnika. Pracowałeś w dziale sporów handlowych międzynarodowej firmy, zanim założyłeś własną kancelarię w City specjalizującą się w tropieniu oszustw. Teraz zarabiasz pół miliona rocznie i jesteś jednym z najbardziej szanowanych adwokatów w Wielkiej Brytanii. Twoi rodzice nie żyją, ale masz siostrę, Sarah Boatman, laty trzydzieści dziewięć, współwłaścicielkę agencji PR, i brata, Williama, lat czterdzieści sześć, obecnie przebywającego decyzją Jej Królewskiej Wysokości w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym poza miastem po orzeczeniu niepoczytalności pięć lat temu. Cierpisz na rozszczepienie osobowości, co oznacza ciągłe oderwanie od rzeczywistości, od czasu do czasu doznajesz ataków, czegoś w rodzaju wyjścia poza ciało. Mam mówić dalej?

Charlie pociągnął nosem. W zeszłym roku zarobił więcej niż pół miliona, ale reszta się zgadzała.

– Najwyraźniej przeczytałeś mój profil na Facebooku.

Blada cera i rozszerzone źrenice intruza sugerowały, że jego wątpliwy urok bierze się z czegoś więcej niż tylko z naturalnej buty. Priest dostrzegł coś w jego oczach poza kokainowym hajem. Coś, co martwiło go bardziej niż ręce i nogi spętane kablem. Coś śmiercionośnego.

Fałszywy gliniarz zaczął przekopywać się przez stos papierów na biurku. Nie było ich wiele – rachunki, zestawienia, pokwitowania. Instrukcja obsługi drogiego ekspresu do kawy, który kupiła mu siostra na gwiazdkę w zeszłym roku, ale z którego jeszcze nie korzystał. Jednak mimo wszystko grzebał w jego rzeczach.

– Priest i Spółka – mruknął fałszywy glina. Przyglądał się wizytówce. – Pewnie, że to przesłał tobie. – Schował wizytówkę do kieszeni i odwrócił się do Charliego.

– Powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi? – Charlie sam się zdziwił, z jakim spokojem się odezwał, chociaż wzbierała w nim wściekłość.

– Wszedłeś w posiadanie czegoś, co należy do mnie. Czegoś, co jest dla mnie bardzo ważne.

– Adres twojego dermatologa? Powinieneś zaskarżyć gnoja.

– Nie, Priest. Czegoś nieskończenie cenniejszego.

Priest w doskonały sposób odgrywał faceta, który wzrusza ramionami, będąc przywiązany do krzesła.

Kiedy nic nie odpowiedział, fałszywy gliniarz kontynuował:

– Hm, w takim razie pomogę ci trochę. Szukam pendrive’a. Pamięci USB. Chcę go odzyskać. Potem spalę twój dom, Priest. Od tego, czy oddasz mi ten pendrive dobrowolnie, czy nie, zależy, czy pozostaniesz przywiązany do krzesła, kiedy zapłonie zapałka.

Były inspektor nic nie powiedział, ale dalej się przyglądał. Patrzył, jak mężczyzna podchodzi do pudła stojącego na kuchennym stole i szpera w środku, a następnie wyciąga wiertarkę.

– Chcesz tu montować półki? – zażartował.

Tym razem intruz się nie uśmiechnął.

– Priest, mam całą noc. A ty nigdzie się nie wybierasz. Wiesz, ile dziur mogę w tobie wywiercić, zanim stracisz przytomność?

– Nie.

– Ja też nie. Może dowiemy się razem.

Fałszywy glina wyciągnął wiertło z pudełka i zamocował. Kilka razy nacisnął spust, patrząc, jak wiruje bęben. Charliego ogarnęła panika. Straciłem te kilka cennych minut. Przełknął ślinę, ale w gardle nadal miał sucho. Zaczął poruszać ramionami, chcąc coś zrobić, lecz był bezradny.

Intruz wziął wiertarkę i przyłożył bęben do ucha ofiary. Charlie miał zamknięte usta, starał się kontrolować napływ tlenu przez nos. To nie mogło być prawdą – nigdy nie było. Ale tym razem wyglądało na prawdziwe. Musiał wystrzegać się hiperwentylacji. Kiedy był przytomny, miał cień szansy przekonać faceta, żeby go uwolnił. Chociaż ta szansa malała z każdą sekundą.

Mężczyzna nacisnął spust. Charlie szarpnął głową w bok, gdy bęben otarł mu policzek. Usłyszał maniakalny śmiech. Skurwysyn ma ubaw! Brakowało mu pomysłów, więc postanowił zyskać na czasie.

– Dobra, dobra. USB jest tam. – Ruchem głowy wskazał mroczny salon.

Gość odsunął się niechętnie.

– Gdzie?

– Przeniosłem dane na komputer w rogu pokoju i zniszczyłem pendrive.

– Dlaczego?

Dobre pytanie.

– Po prostu.

Facet spojrzał na niego. Potarł dłonią wiertarkę. Pochylił się bliżej. Priest wyczuwał woń papierosów i alkoholu.

– Jeżeli kłamiesz, najpierw wydłubię ci oczy.

4

Uznał, że fałszywy glina będzie potrzebował przynajmniej trzech minut, aby zorientować się, że to blef. W świecie Priesta druga szansa rzadko się trafiała. Zapytaj moją byłą żonę. Tej nie zmarnuje.

Nie mógł pochylić się do przodu, ale dał radę zgiąć kark. Na tyle, aby sięgnąć do zapalniczki schowanej w kieszeni koszuli na piersi. Wciągnął brzuch i wygiął plecy, aż usłyszał, jak coś pęka, dzięki czemu zdołał ustami chwycić metalowy koniec zapalniczki. Kiedy już ją dobrze trzymał, uniósł głowę. Obrócił prawy nadgarstek tak, że spodnia część dłoni była skierowana ku górze. Wtedy uspokoił się i wypluł zapalniczkę.

Przez chwilę zdawała się wisieć w powietrzu, jakby zawieszona na niewidzialnej pajęczynie. Trajektoria lotu wyglądała na niewłaściwą. Grawitacja była jakby za silna. Najwyraźniej nie doleci. Priest zamrugał i w tej chwili scena znowu się zmieniła.

Zamknął palce na plastikowym cylinderku, ale chwyt był niepewny. Wstrzymał oddech. Obracał zapalniczkę między palcem wskazującym a kciukiem. W końcu ustawiła się pionowo w dłoni. Westchnął ciężko. Minęło dwadzieścia pięć sekund, może trzydzieści. Zakręcił kółkiem. Płomień zatańczył niepewnie i się ustabilizował. Jeszcze trochę manipulacji palcami i udało mu się przesunąć zapalniczkę w stronę nadgarstka, a potem pchnąć ją palcem dalej po dłoni.

Natychmiast poczuł ogień. Ramię się naprężyło. Ból przeszył całe ciało, wysyłając do mózgu sygnały, aby puścił zapalniczkę. Był nie do zniesienia, ale Priest wytrzymał.

W końcu płomień natrafił na plastik. Charlie mocno zagryzł wargę, pozwalając sobie tylko na stłumiony wydech. Ręka potwornie go bolała. Z początku plastik nie reagował. Płomień jedynie go obejmował, parząc skórę. Ramię ogarnęło drżenie przechodzące aż do nadgarstka. Wiedział, że więcej nie wytrzyma. Splunął i zaklął; ciało wygrywało, chęć ucieczki była nie do zniesienia. Czuł słabą woń mięsa powoli opiekanego na rożnie.

Pomyślał, że będzie musiał zrezygnować ze swojego planu ucieczki, ale gdy doszedł do wniosku, że więcej nie zniesie, zauważył chemiczną zmianę w strukturze plastiku. Miękł – powoli, boleśnie wtapiając się w skórę. Charliemu napłynęły łzy do oczu.

Dłużej nie mógł tego znieść. Rękaw koszuli zaczął się tlić. Gdyby się zapalił, Priest miałby słabe szanse na ugaszenie samego siebie. Teraz wiem, jak się czuła moja ryba…

W końcu opaska pękła i spadła na podłogę. Końcówki plastiku świeciły, uniosła się smużka dymu. Bał się spojrzeć na nadgarstek. Czuł się, jakby miał wbity w rękę nóż.

Zapalniczka spadła na podłogę, ale to nie miało znaczenia. Wolną ręką sięgnął do szuflady w stole kuchennym i wyciągnął nóż do rozcinania papieru. Należał do jego zmarłego ojca – proste ostrze z inicjałami ojca, FP, wyrzeźbionymi na łukowatej kościanej rączce.

Wsunął nóż między nadgarstek a kabel i piłował nim plastik, aż się uwolnił. To samo z nogami, potem z taśmą na piersi. Kiedy skończył, wstał z krzesła, dysząc i sapiąc, a później pochylił się nad stołem kuchennym. Minęły dwie minuty, może mniej. Nieźle, Houdini. Chociaż pewnie już nigdy nie zagrasz na pianinie. Miał czas. Zmrużył oczy. Pokój wirował dookoła. Przyszło mu do głowy, że pewnie ma wstrząśnienie mózgu. Czuł się dziwnie. Jednak to nic nowego. Piętnaście sekund. Pozwoli sobie na piętnaście sekund powolnego, kontrolowanego oddechu, zanim zrobi następny ruch.

Piętnaście sekund później ruszył.

Pudełko nadal stało na stole, obok niego leżała tonfa. Sięgnął po nią. Ramię przeszył mu ból, gdy dłoń ujęła pałkę, ale wytrzymał. Krótko zastanawiał się nad nożem o kościanej rękojeści lub czymś większym z kuchennej szuflady. Nie. Noże robią bałagan i rzadko szybko unieszkodliwiają zdeterminowanego przeciwnika. Jeden dobrze wymierzony cios pałką może zakończyć sprawę.

Ujął ją za poprzeczny uchwyt, tak że długa część sterczała do przodu i osłaniała mu przedramię. Gdyby chwycił ją za rękojeść, byłaby jak każde inne tępe narzędzie. Natomiast w ten sposób stanowiła przedłużenie przedramienia.

Przez chwilę stał nieruchomo, nasłuchując. Żadnego stukania w klawiaturę ani klikania myszą. Ani warkotu starego wentylatora. Czy intruz ciągle był w mieszkaniu?

Zsunął buty, żeby poruszać się bezgłośnie po kuchennej podłodze. Buty narobiłby dużo hałasu, nawet gdyby uważał. Drzwi do salonu były uchylone. Widział wycinek pokoju, ale nie pod takim kątem, żeby dojrzeć biurko. Nie miał pojęcia, czy intruz nadal tam siedzi. Nasłuchiwał, ale bez rezultatu.

Drzwi nie zaskrzypiały, gdy powoli otworzył je na zewnątrz, używając końca pałki. Odsłonił trochę więcej pokoju. Czerwona skórzana kanapa stała przy stoliku do kawy ze szklanym blatem. Pięćdziesięciodwucalowa plazma wisiała na ścianie nad sztucznym kominkiem. Półki zajmowały całą jedną ścianę, wypełnione różnymi książkami od podłogi po sufit. Kryminały, horrory, klasyka. Akademickie wydawnictwa z zakresu psychologii i hipnozy oraz sztuki wojennej. Biografie wielkich przywódców, powieści graficzne. Różnorodny i najwyraźniej przypadkowy zbiór.

Jedyne światło dochodziło z konstelacji punktowych lamp nad kanapą i z akwarium – zaprojektowanego dla nastroju, nie oświetlenia. Ściana naprzeciw półek była cała ze szkła. Zaciągnięte zasłony przysłaniały panoramę miasta. Drzwi prowadziły do innych pomieszczeń: dwóch sypialni, toalety, gabinetu i klatki schodowej wiodącej do prywatnego ogrodu na dachu wychodzącego na Covent Garden. Fałszywy glina mógł być wszędzie.

Otworzył drzwi trochę szerzej. Wszystkie mięśnie miał napięte, był gotów walnąć tonfą przez łeb tego sukinsyna. Każde uderzenie serca wydawało odgłos armii maszerującej unisono po twardej ziemi. To nie był jedyny dźwięk. Na wysokości dziewięciu pięter nawet wzmocnione szkło nie blokowało odgłosów tłumów w dole, ludzi odwiedzających domy towarowe i kawiarnie, warkotu silników i dudnienia ulicznych grajków, których melodie kłóciły się ze sobą. W nocy siadywał w ogrodzie na dachu i słuchał połączonych dźwięków, jakby perkotania jakiejś gigantycznej maszyny bez końca obracającej się na ulicy w dole.

Komputer na biurku stał nietknięty. W pokoju panował całkowity bezruch. Przez kilka sekund Charlie czuł się, jakby pozostawał w próżni. Wyszedł na środek pokoju, trzymając pałkę przed sobą. Wszystkie drzwi były zamknięte. Wyprostował się. Minęło sporo czasu, od kiedy w mundurze chodził na patrol, ale przeistoczenie się w detektywa, a potem w prawnika w żaden sposób nie pomniejszyło jego sprawności fizycznej. Nadal był urodzonym sportowcem, szerokim w ramionach i szczupłym. Teraz jednak miał wstrząśnienie mózgu, a broń trzymał w koszmarnie bolącej ręce. Właśnie z tego powodu znowu zareagował ułamek sekundy za późno.

Uniósł pałkę, aby zasłonić twarz, ale poleciał na bok, kiedy fałszywy glina skoczył mu na plecy i zarzucił sznur na szyję. Próbował złapać oddech, lecz z przerażeniem się zorientował, że napastnik miażdży mu tchawicę. Ogarnęła go panika, gdy odciął mu dopływ powietrza. Dławił się. Uruchomił się odruch wymiotny. W niczym nie pomógł, a tylko pogorszył sytuację. Bardzo. Wykonali piruet w gwałtownym uścisku, gdy Priest starał się zrzucić napastnika. Uderzyli w regał. Wgniatał faceta w mebel, ale tamten trzymał się mocno i zaciskał sznur.

Charlie poczuł gorący oddech na karku, usłyszał cichy krzyk triumfu. Przed oczyma pojawiły mu się błyski, gdy zmęczony i niedotleniony mózg zaczął się wyłączać. Obrona słabła, kiedy po kolei słabły mięśnie. Przez chwilę pomyślał o ojcu. Jego olśniewającym uśmiechu i ciemnobłękitnych oczach. Miał takie same. Staruszek bezczelnie patrzył na niego, przyzywał go. Mówił mu, żeby się nie poddawał. Nigdy nie ustępuj. Nie ulegaj. Nie pozwól się popychać, Charlie. Bez względu na wszystko.

Uderzył rękojeścią pałki w żebra napastnika. Czuł, jak ciało ugina się pod naporem metalu, i fałszywy glina na chwilę poluzował sznur. To wystarczyło, aby Charlie nabrał powietrza. Uderzył ponownie w to samo miejsce, tym razem mocniej. Mężczyzna krzyknął z bólu. Odskoczył w bok, ale dalej go trzymał, Charlie zyskał jednak na tyle swobody, że mocno wbił tonfę w bok intruza. W końcu rozległ się miły dla ucha trzask pękającej kości.

W jednej chwili Charliemu udało się obrócić w prawo i przy użyciu pałki ściągnąć w dół bark fałszywego gliny, odsłaniając jego głowę. Wtedy uderzył lewą ręką tak mocno, jak nigdy dotąd. Następnie podrzucił pałkę i złapał ją zgrabnie za rękojeść. Dość zabawy. Przez moment górował nad mężczyzną. Tamten krwawił – wyglądało na to, że pałka zdarła skórę z części twarzy. Teraz mógł łatwo z nim skończyć, wystarczyło zdzielić go pałką w głowę, aby pękła jak arbuz. Uniósł tonfę, ale coś go powstrzymało. Zawahał się.

Dosyć, Charlie, powiedział ojciec. Nie jesteś jak twój brat.

Opuścił rękę. Nie jesteś jak twój brat, Charlie. William Priest by się nie zawahał – rozłupałby głowę intruza, aby sprawdzić, co jest w środku.

Dlatego William nigdy nie wyjdzie z zamkniętego szpitala w Fen Marsh.

– Kim jesteś?

– Co za różnica?

– Okłamałem cię. Nie mam żadnej twojej pamięci USB.

– Kurwa! – Intruz odkasłał zabarwioną na czerwono ślinę. – On mówił, że tu jest.

– Jaki on?

Kiedy fałszywy glina nie odpowiadał, Charlie zrobił krok w jego stronę. Zamierzał go podnieść i wycisnąć odpowiedzi. Ale intruz jeszcze był skory do bitki. Kiedy Priest zbliżył się ponownie, rzucił się i złapał go za nogę, zatapiając zęby w kostce. Przez chwilę Charlie myślał, że przegryzł się przez nią, gdy fala bólu przeszyła mu nogę. To wystarczyło, aby stracił równowagę. Gdy uderzył o podłogę, intruz uciekł przez kuchnię i chwilę później Priest usłyszał, jak otwierają się drzwi frontowe. Na zewnątrz uliczni muzykanci nadal grali bluesa.

5

24 marca 1946

Odosobnione gospodarstwo w środkowej Anglii

Dwóch szeregowców z przewieszonymi przez ramię karabinami posadziło nazistowskiego rzeźnika na krześle naprzeciw Rucka. Ręce skuli mu za plecami i ściągnęli worek z głowy. Wtedy wycofali się, jakby jeniec cierpiał na jakąś chorobę zakaźną.

Ruck obserwował, jak jego gość rozgląda się po pomieszczeniu – stodole, z której usunięto pługi i maszyny niegdyś tu magazynowane. Poza stołem, przy którym siedział Ruck i jego więzień, były tu tylko łańcuchy zwisające z krokwi i kołyszące się upiornie w podmuchach wiatru wpadającego przez szczeliny w ścianach.

Ruck odgarnął włosy z oczu. Były starannie przycięte, chociaż kilka luźnych blond kosmyków nadal opadało na twarz. Garnitur miał nieskazitelny, szyty na miarę na Savile Row. Do nędznej stodoły, częściowo oświetlonej promieniami światła padającymi na podłogę, zdecydowanie nie pasował.

Nazista miał na sobie łachmany jeńca wojennego, bardziej worek niż ubiór, ale siedział sztywno wyprostowany, z podniesioną głową, pełen godności i patrzył Ruckowi prosto w oczy. Ruck zastanawiał się, ilu ludzi spoglądało w te niebieskie oczy Niemca, błagając o litość. Zetknął się już wcześniej z taką desperacją, jaką teraz wykazywał się nazista.

Kurt Schneider był wyższy od Rucka, ale przeraźliwie chudy. Nie przypominał tych szkieletów, które wyzwolili z obozu koncentracyjnego, ale Ruck pozbawił go snu i żywności przez kilka tygodni, a ten stres uwidaczniał się na jego bladej skórze. Mimo to pułkownik jeszcze nie skończył ze Schneiderem. Głębokie bruzdy na twarzy Niemca i kosmyki siwych włosów, które zaczynały się wysoko nad pooranym zmarszczkami czołem, nienaturalnie go postarzały. Jedno oko spoglądało przenikliwie i wyzywająco na Rucka, podczas gdy drugie uciekało gdzieś w bok. Pułkownik zapalił papierosa. Patrzę na szaleństwo. Unikał zbyt długiego kontaktu wzrokowego. Podsunął paczkę Schneiderowi, potem spojrzał na związane ręce doktora. Wzruszył ramionami i zabrał papierosy. Posiedzi i poczeka chwilę, aby sprawdzić, czy Schneider przemówi pierwszy. Podejrzewał, że nie.

Nie, nie szaleństwo. Zło.

Okazało się, że był w błędzie. Schneider nagle się poruszył, unosząc całe ciało, zanim ciężko usiadł z powrotem. Nie była to próba ucieczki. Frustracja. Gniew. Znak protestu. Trudno powiedzieć. Ruck uniósł brew.

– Myślisz, świnio, że sprowadzenie mnie do stodoły to poniżenie? – zapytał Schneider. Dobrze mówił po angielsku – tego Anglik się spodziewał – ale z wyraźnym akcentem.

Szorstki ton rasy panów. Język diabła.

Ruck pozwolił, aby cisza zapadła i trwała.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał Schneider.

– Na wsi. Daleko od Londynu. I bardzo daleko od Berlina.

– Nigdy szczególnie nie lubiłem żadnego z tych miast.

– To dobrze. Oba są tak okaleczone, że nie można ich poznać. Chociaż jedno płonie trochę jaśniej niż drugie. – Ruck dostrzegł zainteresowanie w oczach Schneidera. – Nie wiedział pan, doktorze? Wojna się skończyła. Hitler nie żyje. Związek Sowiecki pozostaje komunistycznym zaściankiem.

– To w zasadzie bez znaczenia. Jeżeli pan kłamie, wkrótce dojdzie do inwazji i zostanę zabity. Jeżeli mówi prawdę, także zginę.

Ruck zauważył błysk w błądzącym oku Schneidera, kiedy powiedział mu o śmierci Hitlera. Zastanawiał się, czy Niemiec w jakiś sposób wyćwiczył oko, aby patrzyło w drugą stronę. W sumie odpowiadał za dziwniejsze wypaczenia.

– Dlaczego nie uciekł pan z innymi, kiedy była okazja? Wiedział pan, że Amerykanie się zjawią, zanim przybył Ainsworth ze swoimi ludźmi. Dlaczego pan się nie ratował?

– Gdybym to zrobił, nie zaznałbym przyjemności spotkania pana. – Ciągle wpatrywał się w Rucka. Najwyraźniej wyćwiczył to cholerne oko, aby również nie mrugało.

Ruck oparł się wygodnie i zaciągnął papierosem. Przez dwa lata pracował w tym miejscu odosobnienia w Kensington znanym jako Klatka, tajnym więzieniu, gdzie torturowano hitlerowskich jeńców wojennych, aby wyciągnąć z nich informacje. Odpowiadał bezpośrednio przed szefem Sekcji Przesłuchań Jeńców Wojennych, oddziałem Zarządu Wywiadu Wojskowego, który oficjalnie nie istniał. Ruck był specjalistą w szybkim wyciąganiu informacji. Skoro wojna się skończyła, mógł służyć swoimi umiejętnościami MI5 i sprawdzić, czy wśród wojennych popiołów znajdują się jakieś cenne klejnoty.

– Nazywam się Ruck. Pracuję dla rządu Wielkiej Brytanii, dla Sekcji Piątej Wywiadu Wojskowego. Mam stopień pułkownika, chociaż rzadko go wykorzystuję. Specjalizuję się w przesłuchaniach, zbieraniu informacji pod przykrywką i szpiegostwie. Nie powstanie żaden zapis, że ta rozmowa się odbyła, poza raportem, który przygotuję do wiadomości wybranych, a który zostanie zniszczony zaraz po odczytaniu. Jeżeli podczas procesu, lub w jakichkolwiek innych okolicznościach, wspomni pan o naszych spotkaniach, zaprzeczę, że do nich doszło. Rozumie pan?

Schneider milczał i zastanawiał się.

– Herr Ruck, słucham uważnie. Przynajmniej teraz.

Za Schneiderem otworzyły się drzwi stodoły. Wlało się światło. Ruck patrzył, jak dwóch żołnierzy wprowadza kobietę. Innych dwóch wniosło małe biurko i krzesło. Ustawili je w pobliżu drzwi. Na biurku spoczęła maszyna do stenografowania. Kobieta usiadła. Przez cały ten czas Schneider się nie poruszył.

– Perfumy – powiedział doktor, wciągając głęboko powietrze i zamykając oczy. – Jakieś francuskie. – Otworzył oczy i spojrzał na Rucka w podnieceniu. – Nasza osobista protokolantka. Żeby napisać pański raport, Herr Ruck! Mam rację, prawda?

Ruck nic nie odpowiedział. Kobieta podniosła wzrok. Była dużo młodsza, niż Ruck się spodziewał – najwyżej dwudziestoletnia. Nie chciał, aby rzucała się w oczy, ale nie mógł się oprzeć i zerknął za siebie, żeby sprawdzić, czy za pierwszym razem dobrze ją ocenił. Po kilku sekundach wiedział wszystko. Lśniące kasztanowe włosy i okulary w grubych czarnych oprawkach. Drobna, trójkątna twarz. Śliczna. Sznur pereł na szyi. Prosta spódnica. Kobieta całkowicie tu niepasująca. Wyglądała, jakby zaraz miała przespacerować się Oxford Street do banku, a nie spisywać zeznania w stodole.

Ruck skinął do niej głową, a ona zaczęła pisać.

– Jakie zadanie wyznaczono panu w Buchenwaldzie, doktorze Schneider?

– Byłem lekarzem dyżurnym w tamtejszym szpitalu.

– Szpitalu? Tak to nazywaliście?

Schneider zamilkł.

– Powołano sąd, doktorze Schneider. W Norymberdze. Nazywają to pierwszym prawdziwym Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym. W październiku tego roku zostanie przedstawiony akt oskarżenia. Będzie na nim pańskie nazwisko. Co pan na to?

– Norymberga? Herr Ruck, widział pan Norymbergę? To złomowisko. Bombowce Churchilla ją zniszczyły.

– Amerykanie odbudowali. Powinien pan zobaczyć dzisiaj Pałac Sprawiedliwości.

Schneider prychnął.

– Nie popełniłem żadnych przestępstw. Nie mam się czego obawiać.

– Pańska przynależność do SS wystarczy do skazania na karę śmierci.

– Nigdy nie byłem członkiem SS.

– Skoro pan tak twierdzi, doktorze. Zresztą pańskie polityczne powiązania nie mają teraz dla mnie większego znaczenia. SS zostało uznane za nielegalną organizację. Może mądrze pan robi, wypierając się przynależności do niej, ale Amerykanie bez problemu powiążą kilka papierków ze sobą i pana oskarżą.

Schneider zastanawiał się przez chwilę albo chciał, żeby stenotypistka nadgoniła pisanie. W każdym razie przez dłuższą chwilę słychać było jedynie uderzanie w klawiaturę. Wreszcie spojrzał z ożywieniem na Rucka.

– Herr Ruck, jeżeli spogląda pan na trupa, to czemu nie spełni pan jego ostatniego życzenia i nie powie, czego właściwie sobie życzy?

Ruck skinął głową i uśmiechnął się kącikiem ust. Nazista był poruszony. Poranna praca została wykonana. Wyciągnął z torby stos papierów i położył na stole.

– Doktorze, chociaż twierdzi pan, że był lekarzem w szpitalu, obaj wiemy, że angażował się pan w różne eksperymenty na ludziach. Zgadza się pan z tym?

– Nie do końca.

– Dobrze.

Ruck ułożył starannie fotografie przed Schneiderem. Przedstawiały pomieszczenie pod różnymi kątami. Metalowy stół operacyjny pośrodku. Skórzane pasy zwisały z boków. Wszędzie walały się instrumenty medyczne. W pokoju panował bałagan. Czarne plamy znaczyły podłogę.

– To pańska sala operacyjna. Zgadza się pan?

– Tak.

– Tak zwane Piekło. W każdym razie tak ją nazywają Amerykanie. Uważam, że to dobra nazwa. Żadna z pańskich ofiar nie wyraziła zgody na tortury, które im pan zadał. Co pan powie sądowi w Norymberdze? Że pracował dla dobra ludzkości?

– Czy przydzielą mi adwokata, Herr Ruck, jak pan sądzi? Jakie dowody będą uznawać na tym waszym procesie?

– Zniszczył pan całą papierową dokumentację swoich eksperymentów przed tym exodusem z Buchenwaldu. Osobiście został pan z rozkazu Himmlera, aby spalić te papiery. Chyba dlatego złapano pana po wyzwoleniu obozu. Mam rację?

Podmuch wiatru zatrząsł drzwiami stodoły. Ruck zauważył, że stenotypistka ciaśniej otuliła się marynarką. Było w niej coś, czego nie potrafił nazwać. Może sposób, w jaki siedziała albo wyraz skupienia na jej twarzy. Cokolwiek to było, zaniepokoiło go.

– Były trzy Piekła – kontynuował Ruck. Mina Schneidera pozostawała obojętna. – W dwóch pierwszych znaleźliśmy dowody na przeprowadzanie operacji chirurgicznych na więźniach… głównie przez pana, ale również przez innych pod pańskim nadzorem. Usuwaliście kończyny, chociaż nigdy nie ustaliłem, w jakim celu. Wykonywano też eksperymenty z gazem musztardowym i różnymi truciznami. W jednym przypadku znaleźliśmy dowód na to, że kobiecie strzelono z bliska w udo, abyście mogli obserwować skuteczność różnych metod leczenia ran postrzałowych. Większość osób, które wprowadzono do tych sal, nigdy z nich nie wyszła.

– Herr Ruck, zaczyna pan mnie nudzić.

– Nie chce pan rozmawiać o swojej pracy, doktorze? To niezwykłe jak na takiego pioniera, nie sądzi pan?

Schneider prychnął, jakby odganiał natrętną muchę.

– Herr Ruck, mam zaspokoić pana ciekawość. Niby dlaczego? Amerykanie osądzą mnie i skażą na śmierć. Ale to, co osiągnąłem, przetrwa wieki. Nie wiem, jak zapamięta mnie historia. Jako mordercę? Naukowca? Rewolucjonistę? Przypuszczam, że to zależy od tego, kto napisze podręcznik. Tak czy inaczej historia mnie zapamięta. I moją pracę. Czy jest coś ważniejszego? Zastanawiam się, jak historia zapamięta pana, Herr Ruck. Jako nazwisko? Numer? Stopień wojskowy? Albo wcale pana nie zapamięta. Stanie się pan pyłkiem na stronach należących do mnie. Niczym więcej. Więc niech pan mówi, póki może. Wykorzysta swój czas. Niech inni to usłyszą. Proszę przeprowadzić mnie przez każdą procedurę, jaką wykonywałem. Po kolei, jeśli łaska. Nie obchodzi mnie to. A za kilka lat nikogo innego też to nie będzie obchodzić.

Zapadła cisza. Słychać było jedynie stukot maszyny. Ruck pogłaskał się po brodzie w zamyśleniu.

– Jak powiedziałem, doktorze, były trzy Piekła.

Schneider otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował.

Ruck zauważył, że nazista zmienił pozycję.

– Wie pan co, Herr Ruck? – Schneider pochylił się do przodu, na tyle, na ile pozwalały mu kajdanki. – Przypomina mi się dzień, kiedy lustrowałem szeregi nowo przybyłych. Myśleli, że nic mnie nie obchodzą, że nie uważam ich za ludzi. To nieprawda. Każdemu przyglądałem się uważnie. Każdej ranie, każdemu znamieniu, każdemu skrzywieniu. Byłem drobiazgowy przy wyborze pacjentów. Podchodziłem do tego z pewną czułością. Oczywiście wiedzieli, kim jestem. Pozwalałem, aby pogłoski o mojej pracy rozchodziły się po obozie, jak fala po wrzuceniu kamyka do stawu. Wzdrygali się, gdy przeglądałem szereg, wybierając kilkoro z nich.

Ruck strząsnął popiół z papierosa i zaciągnął się mocno. Zauważył, że dziewczyna nadal uderza w klawisze z absolutną precyzją, ale wolniej. Ruck zastanawiał się, jakie myśli przychodzą jej do głowy. Co takiego w niej niepokoiło Rucka? Tak, już wiedział, co jest nie tak. Ona się nie bała. Niewystarczająco.

– Doktorze Schneider, proszę opowiedzieć o eksperymentach z trucizną. W tym się pan specjalizował, prawda? – rzekł Ruck, odrywając oczy od kobiety w narożniku.

– O, jest pan chemikiem, Herr Ruck?

Ruck ponownie się zaciągnął.

– Słyszeliśmy dość intrygujące plotki, że eksperymentował pan z trucizną, czymś tak silnym, że ofiary okaleczały się, aby tylko powstrzymać ból, który ogarniał całe ciało.

Schneider nie odpowiedział, ale spojrzał na Rucka dość obojętnie.

– Znaleziono więcej dowodów na to, że oficerowie SS i strażnicy obozowi zbierali się, aby oglądać podawanie trucizny. Dlaczego tak się działo?

– Nie zrozumie pan.

– Proszę mi wyjaśnić.

Schneider się zaśmiał.

– Herr Ruck, schlebia pan sobie. Jak miałby pan zrozumieć coś, czego nigdy nie był świadkiem?

– Co to było, doktorze? – zachęcał go Ruck. – Co widownia wynosiła z pańskich zabiegów? Przyjemność? Oświecenie?

– Chce pan wiedzieć, jak wyprodukować tę truciznę? Dobrze… pokażę panu. Poproszę pióro. I kartkę papieru.

Schneider odwrócił głowę tak daleko, jak dał radę, i wskazał kobietę. Ruck poczekał chwilę, przygryzając papierosa. Nie zamierzał rozkuć więźnia i nieopatrznie uzbroić go w pióro. Po chwili skinął na dwóch strażników. Pierwszy mierzył do nazisty z karabinu, drugi rozpiął mu kajdanki i położył kartkę na biurku. Schneider wyczekująco spojrzał na Rucka, który zawahał się, zanim pchnął pióro w stronę doktora. Ten wziął je i napisał coś, a potem odsunął pióro.

Ruck wziął kartkę.

– Modyfikuje pan strychninę. Dlaczego? Ona i tak już dobrze zabija, nieprawdaż?

– Może za dobrze.

Ruck się skrzywił. Miał to nieszczęście, że był świadkiem śmierci spowodowanej przez strychninę, alkaloid uzyskiwany z nasion kulczyby wroniego oka rosnącej w Indiach. Trucizna działała szybko, ale śmierć następowała w męczarniach – ofiary doznawały skurczów mięśni i wykręcały się dziwacznie, jakby były opętane.

– Jaki był cel tych modyfikacji?

– Całkiem prosty: zatrzymać śmierć przy drzwiach i nie wpuszczać jej, nie otwierać drzwi.

– Kiepski sposób przeprowadzania przesłuchań – zauważył Ruck. – Skoro taka była intencja.

– Nie była.

– W takim razie jaki był cel?

Schneider był lekko rozbawiony.

– Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne[1].

– Ewangelia według świętego Jana, rozdział trzeci werset szesnasty.

– Zna pan Biblię. Niezwykłe.

– Mój ojciec był pastorem. Dobrym, uczciwym człowiekiem, aż zabiła go hitlerowska bomba.

Schneider wzruszył ramionami. Twarz miał jak maskę. Skóra wokół oczu i ust była tak naciągnięta, że nie pozwalała na jakąkolwiek ekspresję.

Pochylił się i powiedział ściszonym głosem:

– Herr Ruck, jak dobrze zna się pan z Nim? – Wskazał ku górze.

– Z Bogiem?

– Oczywiście. Z Bogiem.

– Na tyle dobrze, aby wiedzieć, że nie było go w Buchenwaldzie, kiedy pan tam rządził.

– Nie. – Schneider zdecydowanie pokręcił głową. – To naiwne. To, co osiągnąłem, dawało wierzącym w Jego istnienie okazję, aby odejść z tego świata tymczasowo i ujrzeć Trójcę Świętą.

– Widział pan Boga? Poprzez torturowanie ludzkiej istoty?

– Uciążliwej istoty. Nie człowieka.

Zamyślony Ruck odchylił się na oparcie krzesła. Spojrzał na stenotypistkę. Po raz pierwszy jej palce ześlizgnęły się z klawiszy. Strażnicy przestąpili z nogi na nogę. Powiew wiatru na zewnątrz zatrząsł drzwiami stodoły… nadciągała burza.

[1] Biblia Tysiąclecia, wydawnictwo Pallottinum, Poznań 1991

6

Biura Priest i Spółki zajmowały cztery piętra wąskiego segmentu ujętego na liście zabytków. Znajdował się on niecałe piętnaście minut piechotą od Królewskiego Pałacu Sprawiedliwości przy ulicy nazwanej stosownie The Nook – zakamarkiem. Ulica była tylko przedłużeniem Strandu, a biuro Charliego Priesta stanowiło jedyny wyraźny obiekt zainteresowania, poza absurdalnie małym przybytkiem naprzeciw znanym jako Piccolo Cafe, który Priest regularnie odwiedzał. Przeważnie zamawiał tam jedynie herbatę ku zniesmaczeniu baristy.

Charlie pokonał schody po dwa stopnie naraz, mijając małą tablicę z brązu, która identyfikowała zajmujących budynek, po czym wpadł do recepcji. Woń starej skóry wisiała w powietrzu. Wyposażenie wykonano z ciemnego mahoniu i dębu. Jedna ze ścian była w całości zakryta karykaturami w tuszu przedstawiającymi słynnych prawników i sędziów. Pod drugą stała biblioteka od podłogi po sufit wypełniona prawniczymi raportami. Był też wyblakły plakat reklamujący słynną Carbolic Smoke Ball.

Charlie nienawidził biura – nie wyłączając sztucznych kwiatów nad kominkiem – ale ta dekoracja była dla klientów, nie dla niego.

Maureen zza biurka rzuciła mu spojrzenie, które wyrażało pytanie: „Gdzieś ty był, do cholery?”. Rano miał spotkanie w banku, ale poprosił, żeby je przełożyła. Najwyraźniej w banku nie byli uszczęśliwieni. Priest nie brał pożyczek pod zastaw budynku i nigdy nie przekraczał stanu konta. Zdecydowanie nie stanowił problemu dla banku.

Spojrzał na Maureen, przekazując jej wzrokiem wiadomość: „Przepraszam, ale poranek był skomplikowany”, i zniknął w gabinecie, zamykając za sobą drzwi, zanim zdążyła się odezwać.

Miał największy gabinet w budynku, chociaż wybór wynikał raczej z przypadku niż z premedytacji. Przypadkiem to on miał najwięcej akt do przechowywania.