Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 229 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dolina bez wyjścia - Thomas Mayne Reid

Dwaj angielscy podróżnicy, Karol Linden i jego młodszy brat Gustaw, wyruszają do Indii w celu poszukiwania osobliwych roślin ozdobnych. W wyprawie towarzyszy im pies Neron. W Kalkucie dołącza do nich hinduski przewodnik, Ossaro. W Himalajach mężczyźni schodzą w polodowcową dolinę i zostają w niej uwięzieni w wyniku osunięcia się głazów. Podejmują wiele prób wydostania się z pułapki, konstruując balon, wypuszczając latawce, używając wykonanych przez siebie drabin, lecz ostatecznie znajdują ocalenie dzięki niezwykłemu pomysłowi, na jaki wpadli bracia.

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Opinie o ebooku Dolina bez wyjścia - Thomas Mayne Reid

Fragment ebooka Dolina bez wyjścia - Thomas Mayne Reid

Thomas Mayne Reid

Dolina bez wyjścia

Przełożyła: Maria Julia Zaleska

ISBN: 978-83-7623-954-5

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Tytuł oryginałuThe Young Voyageurs

Redaktor serii Iwona Misiak

Korekta Teresa Lachowska

Projekt graficzny okładki Edyta Stajniak

Opracowanie graficzne okładki Stefan Łaskawiec

Układ typograficzny Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul Cegielniana 4A tel./fax (012) 266-62-94 tel. (012) 266-62-92 www.zielonasowa.pl

I Najwyższe góry na świecie

Czyż potrzebujemy wam mówić, gdzie leżą góry Himalaje, olbrzymim wałem oddzielające spieczone płaszczyzny Indii od zimnych płaskowzgórzy Tybetu i stanowiące granicę pomiędzy dwiema rozległymi krainami: państwem Niebieskim i Nadgangesowym. Już z początkowej geografii wiecie, że góry te są najwyższe na całej kuli ziemskiej, a szczyty ich bieleją wiecznym śniegiem.

Uczony przyrodnik mógłby wam opowiedzieć mnóstwo ciekawych rzeczy o składzie geologicznym tych gór, o faunie ich i fl orze, to jest o zwierzętach i roślinach właściwych tym strefom. Tomy już o tym zapisano, a wcale nie wyczerpano przedmiotu. W podręcznikach geograficznych Himalaje zowią zwykle łańcuchem gór, a jednak nazwa ta nie jest dla nich stosowna. Pod nazwą łańcucha rozumiemy szereg wyżyn ciągnący się nieprzerwanym wydłużonym pasmem; tymczasem góry himalajskie, jakkolwiek pokrywają przestrzeń ogromną – ze dwakroć sto tysięcy mil [Mila – jednostka długości stosowana w krajach anglosaskich, odpowiadająca 1,609 km; mila kwadratowa odpowiada 2,589 km] kwadratowych – na długość jednak nie mają więcej nad tysiąc mil; za to rozkładają się szeroko, a w kilku miejscach przerwane są w poprzek głębokimi kotlinami, przez które przepływają rzeki ogromne, kierujące się ku południowi, podczas gdy góry ciągną się od zachodu na wschód.

Podróżnik patrzący na Himalaje od strony południowej, z indyjskiej płaszczyzny, widzi przed sobą wał nieprzerwany, ale to jest złudzenie wzroku. Wyżyny te moglibyśmy sobie raczej wyobrazić jako bezładne nagromadzenie krótkich pasm, rozchodzących się na wszystkie strony świata. Klimat i płody tej rozległej górzystej przestrzeni przedstawiają wielką rozmaitość. Na spadzistościach, przylegających do nizin indyjskich, i w głębokich dolinach wewnętrznych roślinność zbliża się zupełnie do zwrotnikowej; widać tam palmy, bambus, wspaniałe paprocie drzewiaste. Wyżej cokolwiek pojawiają się drzewa stref umiarkowanych, potężne dęby, kasztany, orzechy, sykomory, a nawet sosny. Dalej idą różaneczniki, czyli rododendrony, brzozy i wrzosy, które zastępują trawy na miejscach odkrytych. Na koniec na wynioślejszych stokach rosną już tylko mchy i porosty, sięgające granicy wiecznych śniegów, zupełnie tak samo jak w okolicach podbiegunowych. Podróżnik, który z indyjskich płaszczyzn lub z dolin wewnętrznych posuwa się coraz wyżej ku wierzchołkom Himalajów, może w ciągu niewielu godzin przejść przez wszystkie klimaty kuli ziemskiej i oglądać okazy najrozmaitszych roślin.

Nie wyobrażajcie sobie, że ten górzysty obszar jest bezludną pustynią; są tam krainy zamieszkane: Bhutan, Sikkim, sławna dolina Kaszmiru i Nepal leżą pośród Himalajów. Niektóre są niepodległe, inne hołdują Anglikom lub Chinom. Mieszkańcy himalajskich wyżyn nie należą do jednego szczepu, po większej części znacznie się różnią od Hindusów. Na wschodzie, w krainie Bhutan i Sikkim, przebywa lud pochodzenia mongolskiego, obyczajami zbliżony do mieszkańców Tybetu, wyznający tę samą religię Buddy i wierzący w bóstwo Dalajlamy. W zachodnich okolicach osiadły różne plemiona indyjskie i mongolskie; można tam napotkać wyznawców trzech religii azjatyckich: mahometan, buddystów i hinduistów.

Ludność ta jest jednakże bardzo nieliczna w stosunku do obszarów ziemi, które zajmuje. Częstokroć też podróżnik przebywa tysiące mil, nie widząc po drodze twarzy ludzkiej ani dymu ogniska. Zwłaszcza w bliskości wiecznych śniegów są rozległe pustynie, nietknięte stopą człowieka lub rzadko tylko nawiedzane przez śmiałych myśliwych. Wiele tam jest także miejsc zupełnie niedostępnych; nie potrzebujemy dodawać, że na najwyższe wierzchołki, jak Dhaulagiri, Kanczendzanga, Czamulari i inne, wedrzeć się nie zdołali najodważniejsi podróżnicy; prawdopodobnie nawet na tych wyżynach człowiek nie mógłby żyć długo z powodu wielkiego zimna i rozrzedzenia powietrza.

Góry Himalaje znane już były ludom starożytnym, nazywano je za czasów greckich i rzymskich Imaus i Emodus, jednakże w nowożytnej Europie jeszcze do niedawna bardzo mało o nich wiedziano. Portugalczycy i Holendrzy najwcześniej osiedlili się w Indiach Wschodnich, lecz nie zajmowali się wcale górami, a i Anglicy przez czas długi nie zwracali na nie uwagi. Przerażające opowiadania o dzikich obyczajach ludów zamieszkałych wśród gór himalajskich odstraszały podróżnych. W czasach dawniejszych pojawiło się zaledwie parę opisów zachodnich okolic tej górzystej krainy, a i te były bardzo niedokładne, i prawie aż do dni naszych musiano na tym poprzestać.

Dopiero w XX stuleciu kilku odważniejszych Anglików zapuściło się w głąb puszcz tajemniczych, a bogactwa przyrody, zwłaszcza roślinności, które tam wykryli, sowicie im wynagrodziły podjęte trudy. Jednym z pierwszych był znakomity botanik Hooker [Joseph Dalton Hooker (1817–1911) – angielski botanik i podróżnik]. Znalazł on na tych wyżynach mnóstwo roślin nowych, nieznanych, wzbogacił naukę i wskazał drogę innym poszukiwaczom, którzy dla celów mniej wzniosłych zaczęli zwiedzać krainy hinduskie i uganiać się za osobliwymi roślinami. Mówimy tu o ogrodnikach, usiłujących przyswajać dla ozdoby ogrodów i cieplarni piękne zamorskie gatunki kwiatów. Roślinność himalajska przedstawia dla nich tę korzyść ogromną, że z łatwością zastosować się daje do umiarkowanego klimatu europejskiego. Dużo krzewów i ziół, przeniesionych stamtąd, może żyć u nas na świeżym powietrzu.

Tacy poszukiwacze pięknych roślin nieraz przysłużyli się bardzo nauce, chociaż przede wszystkim myśleli o własnej korzyści. Imiona ich nie są zapisane w rocznikach naukowych, zazwyczaj toną w niepamięci, a jednak i oni zasługują na wdzięczne wspomnienie. Ileż to razy skromny wysłaniec ogrodu botanicznego narażał się na największe niebezpieczeństwa, przeskakiwał huczące potoki, zawieszał się ponad przepaściami, wspinał na lodowce, zapuszczał w bagna i trzęsawiska, żeby zdobyć jakiś kwiat osobliwy, jakiś nowy gatunek różanecznika, storczyka lub wrzosienia.

Zamierzamy właśnie opowiedzieć wam dzieje takich nieustraszonych poszukiwaczy roślin, którzy zapuścili się w głąb Himalajów, w puszczę bezludną i nieznaną, przetrwali mężnie dziwne, nadzwyczajne przygody, tysiączne niebezpieczeństwa, a zawsze umieli sobie radzić i nie upadali na duchu.

II Widok ze szczytu góry Czamulari

Na północ od Kalkuty, w tej części himalajskich wyżyn, którą oblewa szerokim łukiem rzeka Brahmaputra, wśród bezładnego nagromadzenia ostrych, skalistych cypli, lśniących lodowców, wznosi się bielejący, wiecznym śniegiem pokryty szczyt Czamulari. Cała ta okolica jest dziką, nagą pustynią, chłód straszny wieje z poszarpanych grzbietów potężnych skał, które się skupiły dokoła tego olbrzyma. Nie on jeden wiecznym śniegiem jest przysypany i orszak jego – piętrzący się dumnie ponad chmury – przez rok cały przyodziany jest w świetną białą szatę.

A teraz wyobraźmy sobie, że stoimy na samym wierzchołku góry Czamulari, i rzućmy okiem w dół, a ujrzymy o kilka tysięcy metrów niżej najosobliwszą w świecie kotlinę. Ma ona kształt regularnej elipsy, jest dość rozległa, a dokoła opasana, jakby murem olbrzymim, prostopadłymi prawie skałami, wznoszącymi się na kilkaset stóp wysokości ponad dnem kotliny. Mur ten ma jednostajną, czerwonawą barwę granitu, dalej zaś piętrzą się na kształt baszt i wieżyc szeregi pozębionych cyplów, po większej części śniegiem ubielonych.

Wzrok wasz zatrzymałby się niezawodnie na tej dolinie, która pięknością swoją i wdziękiem nieporównanym odbija od całego tego dzikiego otoczenia. Kształt jej przypomina krater wulkanu, ale zamiast żużlu, popiołów i zastygłej lawy widzimy tam wszędzie świeżą zieloność, kępy drzew liściastych i kwitnących krzewów, a w miejscach odsłoniętych łączki bujną trawą porosłe. U stóp skał wysokich, opasających dolinę, ciągnie się ciemny rąbek lasu, a w samym środku rozlewają się wody jeziora; zwierciadlana jego powierzchnia odbija śnieżyste okoliczne szczyty i najwyższy cypel góry Czamulari.

Gdybyście mieli dobrą lunetę, ujrzelibyście tam rozmaite zwierzęta pasące się na łąkach, ptactwo przelatujące z drzewa na drzewo lub unoszące się ponad jeziorem. Uroczy ten krajobraz wygląda na park starannie urządzony; mimo woli szukalibyście oczyma mieszkania ludzkiego, jakiejś wspaniałej willi, białych ścian wynurzających się spośród zieleni. I w rzeczy samej ujrzelibyście lekki obłoczek dymu unoszący się spomiędzy gromadki drzew, a przypatrując się uważniej, dostrzeglibyście małą chatkę, bardzo skromną, wcale niestosowną dla tego wspaniałego otoczenia.

Widok ten zachęciłby was niezawodnie do zwiedzenia tego czarującego ustronia, lecz szukając drogi prowadzącej do wnętrza doliny, przekonalibyście się ze zdziwieniem, że olbrzymi mur, otaczający ją szczelnie dokoła, nigdzie nie ma żadnej przerwy. Z jednej strony wprawdzie jest szczelina w skale, a nagromadzone w niej głazy piętrzą się jeden na drugim na kształt schodów, lecz przejście to prowadzi na grzbiet olbrzymiego lodowca, który w pobliżu jest pęknięty, i szpara szeroka rozwiera się ponad bezdenną przepaścią. Ptak chyba mógłby przelecieć na drugą stronę.

Jakże więc owi mieszkańcy, którzy tam chatkę zbudowali i rozpalili ognisko, dostali się do doliny bez wyjścia? Skąd się w niej wzięły zwierzęta czworonożne? Posłuchajcie, a opowiemy wam, jakim sposobem wszystko to się stało; nie ma w tym czarów, tylko osobliwy zbieg okoliczności.

Karol Linden był synem ogrodnika i zawczasu sposobił się do tegoż zawodu. Nie był to jednak młodzieniec bez wykształcenia, przeciwnie, ukończył wyższe nauki i znał dokładnie botanikę, a inne gałęzie wiedzy przyrodniczej nie były mu obce. Jak każdy młodzieniec marzył on o dalekich wycieczkach do krajów nieznanych, o nowych odkryciach i naukowych zdobyczach. Możecie sobie wyobrazić radość jego, gdy się dowiedział, że pewien bogaty ogrodnik z Londynu szuka odważnych ludzi, których chce wysłać do Indii w celu poszukiwania osobliwych roślin ozdobnych. Karol nie wahał się ani chwili. Ponieważ rodzice jego już nie żyli, był więc zupełnie niezależny. Młodszy brat jego, Gustaw, szesnastoletni młodzieniec, nie chciał za nic się z nim rozłączyć i razem odpłynęli do Kalkuty. Zabrali też z sobą nasi młodzi podróżnicy psa Nerona.

W Kalkucie znaleźli przewodnika Hindusa, nazwiskiem Ossaro, a był to także człowiek młody, odważny, przy tym zapalony myśliwy. Mała ta gromadka zapuściła się w górzyste okolice, któreśmy opisali powyżej, i przez czas jakiś nie doznała żadnych nadzwyczajnych przygód. Karol z największym zapałem uganiał się za kwiatami, a gdy znalazł piękny i nieznany gatunek kwitnący, starał się zapamiętać miejscowość, aby później, wracając, zebrać nasiona. Gustaw większe miał zamiłowanie do polowania, a dzielnego znalazł doradcę i pomocnika w Hindusie.

Dnia pewnego Ossaro spostrzegł w zacisznej kotlince małego piżmowca, skinął natychmiast na Gustawa, ale zanim młodzieniec wymierzył, zręczne zwierzę skoczyło na skałę i szybko zaczęło uciekać. Myśliwi biegli za nim, kozioł wspinał się coraz wyżej na górę, a chociaż trudno było iść z nim na wyścigi, Ossaro wytłumaczył młodzieńcom, że mogą go wypędzić tym sposobem nad brzeg przepaści lub strumienia i zagrodzić mu powrót. Wspinali się więc wszyscy trzej coraz wyżej, aż napotkali lodnik [Lodnik – lodowiec] spuszczający się z jakiejś niezmiernej wysokości w kotlinę.

Młodzi podróżnicy widzieli już nieraz lodniki, które są bardzo pospolite w górach himalajskich. Powierzchnia tych potężnych mas lodowych, zazwyczaj przysypana śniegiem, żwirem i piaskiem, nie była bardzo śliska, z łatwością więc wdrapali się na nią i gonili wytrwale za piżmowcem. Nadzieja zagrodzenia mu drogi stawała się nawet dość prawdopodobna, gdyż kotlina zwężała się, po obu jej stronach wznosiły się olbrzymie, prostopadłe skały, które zdawały się łączyć z sobą w oddaleniu, tworząc niezmiernie wydłużony trójkąt.

Na śniegu widać było ślady piżmowca, musiał więc ciągle biec naprzód w tym samym kierunku, a róg trójkąta stanowił coś na kształt pułapki. Gustaw biegł naprzód z Hindusem, zapał ich udzielił się Karolowi, który także podążał za nimi. Już przejście było tak wąskie, że zaledwie kilkanaście metrów dzieliło jedną skalistą ścianę od drugiej, gdy nagle myśliwi ujrzeli przepaść otwartą pod stopami. Lodnik był pęknięty w poprzek, a szczelina wynosiła parę metrów szerokości. Tymczasem po drugiej stronie można było dostrzec ślady piżmowca. Zwinne zwierzątko musiało więc przesadzić tę przestrzeń jednym susem. Ossaro zapewniał, że nic w tym nie było niezwykłego.

Karol najmniej zmartwił się tą przygodą, usiadł na kamieniu i odpoczywał, Gustaw odszedł nieco dalej i po chwili ozwał się okrzyk wesoły:

– Most, most! Znalazłem most!

Ossaro skoczył w stronę, skąd słychać było głos młodego chłopca, Karol także powstał i podążył za nim. Najosobliwszy w świecie widok przedstawił się jego oczom. Olbrzymi odłam skały zawieszony był nad przepaścią na kształt mostu, jego brzegi po obu stronach opierały się prawie na samych krawędziach pękniętego lodnika. Jakim sposobem się tam dostał i jak mógł utrzymać się w równowadze? Ciekawe to było pytanie. Może leżał w tym miejscu jeszcze przed pęknięciem masy lodowej, która się pod nim rozsunęła? Przypuszczenie to było najbardziej prawdopodobne.

Gustaw nie zastanawiał się wcale nad pochodzeniem mostu, lecz śmiało puścił się tą drogą niezbyt bezpieczną; gdyby starszy brat zdążył wcześniej, starałby się może go powstrzymać, ale gdy Karol nadszedł, ujrzał już Gustawa po drugiej stronie przepaści, unoszącego w górę kapelusz z okrzykiem triumfu. Neron skakał radośnie obok pana, Ossaro także się do nich przyłączył. Nie pozostawało więc nic innego Karolowi, jak tylko iść za nimi, co też uczynił. Wszyscy trzej przemknęli dalej za śladami piżmowca, pewni już teraz, że im nie ucieknie.

A wtem rozległ się huk straszliwy, jakby grom spadł z jasnego nieba, po nim nastąpił drugi, echa okoliczne powtórzyły te przerażające odgłosy, a jednocześnie młodzi podróżnicy poczuli, że grunt drży i chwieje się pod ich stopami. Przestrach ich ogarnął, przypomnieli sobie, że stoją na lodzie, żaden nie wymówił ani słowa, lecz wszyscy, zgodnym uczuciem wiedzeni, zaczęli szybko zawracać z drogi. W parę minut dobiegli do szczeliny, lecz jakiż widok oczy ich uderzył! Most runął w przepaść, a szczelina zdawała się znacznie rozszerzona. Gdy tak trzej podróżnicy stali nad tą czarną czeluścią, która im drogę zagradzała, ozwał się nowy łoskot, straszniejszy jeszcze. Cały lodnik zdawał się z posad swych poruszać. Ogromne głazy toczyły się po spadzistościach, bryły lodu odrywały się z hukiem złowrogim i uderzały o kamienne ściany, rozsypując się w drobne kawałki; zamęt najokropniejszy panował dokoła naszych młodzieńców, można było obawiać się, że cała ta potężna masa lodu runie w końcu w jakąś niezgłębioną otchłań.

Karol, najprzytomniejszy, zaczął się oglądać na wszystkie strony i zobaczył szczelinę wyżłobioną w jednej z bocznych skał, skinął więc na towarzyszy i weszli w tę kryjówkę, gdzie przynajmniej zawalenia nie potrzebowali się obawiać. Szczelina była niewielka, zaledwie się w niej mogli pomieścić we trzech, a i psisko przytuliło się do nich przestraszone i drżące.

III Dolina oddzielona od świata

Parę godzin przesiedzieli nasi młodzieńcy w swojej kryjówce, aż gdy się łoskot zupełnie uciszył, odważyli się wyjść i spojrzeć dokoła. Masa lodu pod ich stopami trzymała się dobrze, zaczęli więc szukać po wszystkich zakątkach, poza głazami i w zagłębieniach skał, owego piżmowca, który ich tu przyprowadził. Nie wątpili, że jest gdzieś ukryty, bo umknąć nie mógł, szczelina pękniętego lodowca była już teraz nawet i dla niego za szeroka. Wcale nie zapał myśliwski skłaniał ich do tego, lecz głód dotkliwy. Nie myśleli na razie o tym, co się z nimi później stanie, zaspokojenie głodu było w tej chwili najpilniejszą potrzebą.

Gustaw uwijał się najżwawiej, wszędzie zaglądał, wciskał się w każdy zakątek, pierwszy też dotarł do miejsca, gdzie wysokie ściany kamienne, piętrzące się po obu stronach lodowca, zdawały się stykać z sobą. Lecz gdy tylko tam stanął, okrzyk radości wyrwał się z jego piersi:

– Jesteśmy ocaleni – zawołał – znalazłem przejście, możemy się wydobyć z tej pułapki. Chodźcie, patrzcie, jaki stąd widok prześliczny!

Istotnie, dwie ogromne skały nie przytykały do siebie, chociaż tak się z daleka zdawało; przez szczelinę rozdzielającą je Gustaw zobaczył właśnie tę piękną dolinę, której opis podaliśmy w poprzednim rozdziale. Nietrudno też było dostać się stąd do niej, bo chociaż poziom doliny znacznie był niższy od powierzchni lodnika, stosy nagromadzonych tu kamieni tworzyły stopnie, po których można było wygodnie zejść aż na dół.

Młodzi podróżnicy nie namyślali się długo i po chwili byli już wszyscy w tej rozkosznej dolinie, a Neron wybiegł naprzód wesoło i natychmiast puścił się w pogoń za stadem rogatych zwierząt, pasących się na łące nad brzegami jeziora. Szczególne to były zwierzęta, z ogólnego kształtu podobne do wołów, ogony miały puszyste jak u koni, długi włos pokrywał także ich boki, spuszczając się prawie aż do ziemi. Ogólna barwa ich była ciemna, prawie czarna, niektóre jednak odznaczały się białymi ogonami i białym włosem po bokach. Karol poznał w nich od razu jaki, czyli woły mruczące, zwierzęta bardzo rzadko spotykane w górach himalajskich w stanie dzikim. Jaki od dawna były oswajane w Tybecie; w Chinach i w innych krajach azjatyckich hodowane są jako zwierzęta domowe i używane do pracy, dają też dobre mleko i mięso. One to dostarczają tych wspaniałych ogonów, które u Turków i innych wschodnich narodów zdobią buńczuki władców i wojskowych dowódców; niewłaściwie je nazywają ogonami końskimi.

Neron zanadto zuchwale rzucił się na stado jaków, o mało życiem nie przypłacił swej odwagi. Stary samiec z wystawionymi rogami biegł już prosto na niego, gdy celny strzał Gustawa położył go trupem. Jeszcze i wtenczas stado nie chciało ustępować z placu, dopiero gdy Ossaro zabił drugiego, a Karol trzeciego, reszta zaczęła szybko umykać i znikła w gęstwinie leśnej.

– Za dużo zwierzyny upolowaliśmy na raz – rzekł Karol – nie będziemy mogli tego mięsa zabrać z sobą, niepotrzebnie więc zgładziliśmy niewinne istoty.

– Młody sahib[Sahib – tytuł używany w Indiach w stosunku do osób zajmujących wysoką pozycję społeczną] jest nadto miłosierny – ozwał się Ossaro. – Gdybyśmy byli tych złośliwych zwierząt nie odstraszyli, to by one nas pewnie nie pożałowały. Jaki są nadzwyczaj silne i dzikie, niejeden myśliwy padł pod kopytami rozjuszonego byka, jeśli go nie trafił od razu.

Hindus nazbierał suchych gałęzi, rozpalił ognisko i upiekł wyborną pieczeń, którą młodzi podróżnicy spożyli z wielkim smakiem; napili się potem zimnej, czystej jak kryształ wody, wytryskującej z pobliskiej skały, i wypocząwszy, puścili się w dalszą drogę. Sądzili, że znajdą z łatwością przejście pomiędzy skałami, ale się okropnie zawiedli. Szli długo wzdłuż otaczającej dolinę prostopadłej opoki, zaglądali uważnie w każdą szczelinkę, a w końcu o zachodzie słońca doszli do tego samego miejsca, gdzie dogasały resztki ogniska.

Dwaj bracia z niepokojem spojrzeli po sobie, potem wzrok pytający zwrócili na Hindusa. Ten milczał uporczywie, a jego posępna twarz nic dobrego nie wróżyła. Na koniec na kilkakrotne zapytanie młodzieńców odpowiedział półgłosem, oglądając się z obawą dokoła, że dolina ta musi być mieszkaniem bóstwa, a ono zapewne obrażone jest wtargnięciem nieproszonych gości i srogo ich może ukarać, jeśli w porę nie przebłagają tej nadprzyrodzonej istoty. Gustaw, pomimo smutnych okoliczności, roześmiał się na całe gardło, czym bardziej jeszcze przeraził zabobonnego Hindusa.

Noc tymczasem zapadła, nie było więc innej rady, tylko upatrzyć dogodne miejsce na nocleg i czekać następnego rana, aby na nowo rozpocząć poszukiwania. O wschodzie słońca trzej podróżnicy rozpoczęli znów wędrówkę dokoła pięknej doliny, lecz i tym razem bezskutecznie. Nie tracili jednak nadziei, że z czasem wykryją jakieś przejście; zdawało im się niepodobieństwem, aby ta rozkoszna ustroń była zupełnie odcięta od reszty świata. Tymczasem roztropny Ossaro, obawiając się nade wszystko, aby im nie zabrakło zapasów żywności, zabrał się do ususzenia mięsa trzech zabitych jaków. Pokrajał je więc na wąskie paski i zawiesił na kijach ponad ogniskiem. Radził też towarzyszom, aby w miarę możności oszczędzali nabojów.

Mijały dni jedne za drugimi, a w położeniu naszych podróżników nic się nie zmieniło. Zwiedzili całą dolinę, napotykali po drodze różne zwierzęta, które zapewne dostały się tu w tym czasie, gdy jeszcze lodnik nie był pęknięty, a mając pod dostatkiem żywności, nie tęskniły za resztą świata. Ptaki tylko unosiły się ponad olbrzymim skalistym wałem, opasującym tę pustelnię, i używały swobody, a trzej więźniowie gonili tęsknym wzrokiem za nimi.

Obejrzawszy po sto razy każdą nierówność, każdą szczelinę w skale, młodzieńcy stracili w końcu nadzieję wydostania się z tej strasznej matni, przestali już nawet szukać nieistniejącego przejścia. Pewnej nocy przeraziły ich wycia dzikich psów, obawiając się więc napadu drapieżnych zwierząt, urządzili sobie chatkę z gałęzi i nocowali w tym bezpiecznym schronieniu.

IV Nowe zamiary

Trzej towarzysze siedzieli pewnego dnia na kamieniach przed swoją chatką, pogrążeni w smutnym rozmyślaniu. Spoglądali na olbrzymie skały, piętrzące się przed nimi, i ogarnęło ich głębokie przygnębienie. Każdego z nich dręczyła ta sama natrętna myśl: powtarzali sobie, że są skazani na wieczną samotność, że nigdy w życiu nie ujrzą innych ludzkich twarzy oprócz towarzyszy niedoli. Gustaw pierwszy wyraził słowami tę bolesną myśl.

– Cóż to za los okrutny – rzekł z ciężkim westchnieniem – będziemy więc musieli żyć i umierać w tym pustkowiu z dala od ziemi rodzinnej, od wszystkich, których kochamy, z dala od świata i ludzi. Jakże zdołamy wytrwać przez długie lata sami, zawsze sami!

– Nie, Gustawie – odrzekł Karol głosem wzruszonym – nie mów, żeśmy tu sami: Bóg jest wszędzie, On i tu przebywa, Opatrzność Jego czuwa nad każdym stworzeniem.

Biedny Gustaw musiał uznać słuszność słów brata, nie mógł jednak pokonać głębokiego smutku. A i Karol z trudnością panował nad sobą, spokój jego był udany, a rezygnacja, którą starał się natchnąć brata, dowodziła właśnie najlepiej, że nie miał już żadnej nadziei. Milczenie trwało przez czas jakiś, następnie ozwał się Ossaro:

– Jeżeli wielki Sahib, który panuje na niebie, zechce, abyśmy stąd wyszli, wyjdziemy. Jeśli nie, musimy tu żyć i umierać.

Wyrazy te, tchnące wschodnim fatalizmem, nie mogły pocieszyć więźniów. Dwaj bracia westchnęli tylko, nic nie mówiąc. Karol jednak prędko się ocknął z przygnębienia. Był on chrześcijaninem i wiedział, że Bóg dopomaga tym, którzy rąk nie opuszczają w nieszczęściu, ale starają się radzić sobie wszelkimi siłami. Gdy więc Gustaw ukrył twarz w dłoniach, oddając się niemej i bezczynnej rozpaczy, starszy brat ważył już w myśli nowe zamiary i układał sposoby ratunku.

Dwaj towarzysze spostrzegli to na koniec i domyślili się, że jakiś ważny pomysł go zaprząta, nie chcieli mu jednak przeszkadzać, czekali więc, aż sam się odezwie i wyjawi swoje zamiary. Karol istotnie przerwał wkrótce milczenie i mówił:

– Przyjaciele, nie upadajmy na duchu, nigdy rozpaczać nie należy, bo ocalenie może się przybliżyć, gdy najmniej się tego spodziewamy. Wpatrując się uważnie w tę skałę, która się piętrzy przed nami, spostrzegłem, że powierzchnia jej, prawie prostopadła, nie jest jednak zupełnie równa. W pewnych odstępach widać tam jakby wyżłobienia; pod każdym takim wyżłobieniem jest wystająca krawędź, coś na kształt gzymsu. Cały ten mur olbrzymi wygląda, jakby był podzielony na piętra. Otóż przyszło mi na myśl, że można by tam ustawić kilka długich drabin, jedną nad drugą, opierając je na owych krawędziach. Na nieszczęście na tej skale, którą mamy tu wprost przed sobą, ostatni, najwyższy przedział ma wysokość ogromną, co najmniej sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt stóp; takiej drabiny nie potrafimy zrobić, to nadaremne.

– Ale może gdzieś w innym miejscu łatwiej nam pójdzie! – zawołał Gustaw, ożywiony nową nadzieją. – Trzeba starannie obejrzeć wszędzie skały, nie traćmy czasu…

– Dziś już jest za późno – odrzekł Karol – za chwilę się ściemni. Chodźmy więc posilić się wieczerzą, pomódlmy się gorąco, aby Bóg przedsięwzięciom naszym pobłogosławił, i spocznijmy przez noc, a jutro rozpoczniemy nowe poszukiwania.

Słowa te przypomniały Gustawowi, że mu już głód zaczynał dokuczać, poszedł więc chętnie za radą starszego brata. Ossaro zabrał się do przyrządzania wieczerzy, a Neron usiadł na progu chatki, czekając na swoją kolej. Wieczerza wszystkim wybornie smakowała, potem dwaj bracia odmówili modlitwę wieczorną, Ossaro po swojemu polecił się bóstwu i sen wkrótce skleił ich powieki.

V Niespodziewane odwiedziny

Trzej młodzieńcy spali już smacznie od kilku godzin, gdy szczekanie Nerona przebudziło ich nagle. Wierny pies spał także w chatce na posłaniu z suchych liści, a był to stróż nadzwyczaj czujny, za najlżejszym szelestem zrywał się, wybiegał, szczekając głośno, i póty nie powracał na swoje miejsce, póki się nie przekonał, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa w pobliżu.

Nie był to jednak wcale pies hałaśliwy lub niespokojny; Neron za dużo świata widział w swoim życiu, za dużo nabył doświadczenia, aby miał darmo płuca zrywać. Odzywał się tylko wtedy, gdy miał do tego ważne powody, ale w takim razie nie żałował głosu. Gdy więc około północy zaczął szczekać, trzej nasi znajomi przebudzili się od razu, chociaż spali twardo i smacznie. Pies wybiegł z chatki i popędził na wybrzeże jeziora, głos jego stamtąd dochodził groźny, przeraźliwy, powtórzony przez echa okoliczne.

– Cóż to może znaczyć? – zapytał Karol.

– Musiał się czegoś przestraszyć – odrzekł Gustaw, który znał najlepiej naturę psa. – Neron nigdy tak gwałtownie nie szczeka na zwyczajną zwierzynę, tylko gdy jest w najwyższej trwodze. Musiał zwietrzyć jakiegoś strasznego nieprzyjaciela. Gdybyśmy nie zabili starego byka, przewodnika stada jaków, sądziłbym, że to on.

– Kto wie, może tu są tygrysy w tej dolinie – mówił Karol. – Nie przyszło mi to na myśl, a przecież rzecz jest możliwa. Mylnie sądzą niektórzy, że tygrys trzyma się wyłącznie strefy zwrotnikowej; zwierz ten, według świadectwa wiarygodnych podróżników, posuwa się daleko na północ, spotykano go nieraz na wybrzeżach Amuru, na pięćdziesiątym stopniu szerokości geograficznej.

– O Boże! – krzyknął Gustaw przerażony. – Cóż poczniemy, jeżeli to rzeczywiście tygrys? Nasza chatka nie zamyka się nawet, zginiemy niechybnie…

A wtem usłyszano dziwne, nieznane odgłosy, wtórujące gwałtownemu szczekaniu Nerona. Było to coś na kształt trąby, ale dźwięki te – ostre, przeraźliwe – przypominały raczej trzygroszową trąbkę mosiężną niż odgłosy wojennej surmy, a jednak przerażające wywierały wrażenie. Pies umknął natychmiast, gdy je posłyszał, i ukrył się w najdalszym kącie chatki, chociaż nie przestawał szczekać jak szalony.

Osobliwy odgłos zbliżał się tymczasem, wkrótce ozwał się prawie przy samej chatce; straszna istota, która go wydawała, musiała także zwęszyć nieprzyjaciela i dążyła prosto w tę stronę. Jeden Ossaro poznał te dźwięki od razu, bo słyszał je nieraz w swoim życiu. Wiedział on dobrze, co to za zwierz się zbliża, ale był tak zdziwiony i przerażony, że w pierwszej chwili ust otworzyć nie zdołał.

– Czy to podobna? – wyrzekł wreszcie półgłosem. – Skąd on mógł się tu wziąć? To rzecz niepojęta!

– Ale cóż to jest? Mów prędzej – wołali dwaj bracia.

– Tak, tak, to on, nie ma wątpliwości! – wołał Hindus, drżąc cały z przerażenia. – Teraz już po nas, zginiemy…

Młodzieńcy nic się od niego dowiedzieć nie mogli, przerażenie przytomność mu prawie odbierało, padł na kolana i przyciszonym głosem błagał towarzyszy, aby się nie odzywali. Dwaj młodzieńcy nie śmieli mu się sprzeciwić i pomimo całej swej odwagi zadrżeli także, bo niebezpieczeństwo nieznane jest zawsze najstraszniejsze.

I znów dziwne dźwięki ozwały się bliżej jeszcze. Karol i Gustaw na palcach przysunęli się do progu; promienie księżyca oświecały łączkę rozciągającą się przed chatką; ujrzeli tam cień jakiś olbrzymi, jakby czarna chmura stanęła nagle pomiędzy nimi i księżycem. Cień ten poruszał się leniwie, potem stanął na miejscu, a przypatrując się uważnie, młodzieńcy spostrzegli wyraźnie ogromne jakieś cielsko wspierające się na nogach podobnych do grubych słupów.

Przerażenie Nerona doszło do takiego stopnia, że przestał szczekać i w milczeniu przytulił się do nóg Gustawa, Ossaro ciągle był nieruchomy, a dwaj bracia, nie wiedząc, jakiego rodzaju niebezpieczeństwo im zagraża, powstrzymywali się także od najlżejszego szelestu. Głucha ta cisza musiała uspokoić tajemniczą istotę, która zatrąbiwszy raz jeszcze donośnie, oddaliła się z wolna i podążyła w stronę rzeczułki. Przy świetle księżyca widać było doskonale, jak potwór porusza się ociężale na olbrzymich nogach, a gdy przechodził przez rzeczkę, dał się słyszeć plusk wody. Gustaw nie mógł już ciekawości swej dłużej powstrzymywać i chwytając Hindusa za ramię, zapytał:

– Powiedzże nam na koniec, co to jest takiego?

– Sahibie – szepnął Ossaro – jeżeli to nie jest bóstwo Brahma we własnej osobie, to chyba stary samotnik.

– Samotnik? – powtórzył Gustaw zdumiony. – Cóż to znaczy?

VI Słówko o słoniach

Samotnik – mówił dalej Ossaro, trochę spokojniejszy – to jest stary słoń samiec, który unika towarzystwa podobnych sobie zwierząt i żyje zupełnie odosobniony w puszczach leśnych.

– Ach, to słoń! – zawołali dwaj bracia z radością, bo wyobraźnia przedstawiała im tak przerażające obrazy, że woleli już mieć do czynienia ze słoniem niż z jakimś niebezpieczeństwem nieznanym.

– Ale jakimże cudem ten zwierz mógł się tu dostać? – zapytał Gustaw.

Hindus milczał; on także zadawał sobie to pytanie i nie umiał na nie odpowiedzieć, dlatego też usiłował tę dziwną zagadkę rozwiązać przypuszczeniem, że to Brahma, bóstwo indyjskie, wzięło na siebie postać słonia, aby ich przerazić.

– Ten słoń musiał się tu zabłąkać dziwnym jakimś trafem – mówił Karol – zapewne szukając samotności, zaszedł aż do tej doliny.

– Ale jaką drogą mógł się tu dostać?

– Tą samą, którą tu sami przyszliśmy.

– Zmiłuj się, czyż takie ciężkie zwierzę mogło przejść przez ten chwiejący się most?

– O nie – rzekł Karol – tego nie przypuszczam, ja co innego myślałem.

– Że on tu dawniej przyszedł, nieprawdaż?

– Otóż właśnie – mówił brat starszy – inaczej tego wytłumaczyć niepodobna. Słoń musiał się tu dostać w czasie, gdy jeszcze lodowiec nie był wcale pęknięty. To jedno mnie dziwi, żeśmy go dotąd nie widzieli. Ty zwłaszcza, Gustawie, tak często zapuszczałeś się w lasy, a nigdy go nie spotkałeś, nawet śladów jego nie spostrzegłeś, bo przecież byłbyś na nie zwrócił uwagę…

– Nigdy nawet o tym nie pomyślałem – rzekł Gustaw – któż by się spodziewał, ażeby słoń mógł się drapać po górach i żyć na takich wyżynach.

– Trudno