Dolce vita - Jarosław Mikołajewski - ebook
Opis

Czytając te opowiadania Wisława Szymborska śmiała się i wzruszała. Pewnie odnajdywała w nich tę samą piękną dziwność świata, nad którą zachwyt i którą zadziwienie uczyniły z niej Poetkę. Bo proza Mikołajewskiego jest na swój niezwykły sposób „szymborska” – erudycyjna i przewrotna, głodna wysmakowanych doznań i pełna pasji ukrytej za lekko ironicznym dystansem. I zawsze poetycka wrażliwością na obrazy, słowa, dźwięki, niuanse sytuacji.
Każde z kilkunastu opowiadań składających się na „Dolce vita” dotyka rzeczywistości w inny sposób, każde wydobywa z niej inny ukryty szczegół, nieznany wcześniej fenomen – i mówi o tym osobnym, własnym językiem.
Autor reprezentuje wysoką kulturę literacką i swobodnie operuje różnymi konwencjami. Potrafi budować intrygującą narrację, wciągającą fabułę i posługiwać się barwną anegdotą. Ta proza to szansa na zatrzymanie się w galopie. I obietnica czasu tylko dla siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 113

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Największą radość Rzym daje mi wówczas, gdy widzę go równocześnie w wielu odsłonach, postaciach i formach. W różnorodności mowy i zachowań objawia mi się wtedy idea, która wielu wydaje się naturalna, a mnie niemożliwa, a nawet szalona: morfologiczna jedność tego miasta, ciągłość jego ludzkiej historii. Czy można tu dostrzec lekcję Federica Felliniego, którego przywołuję w tytule? Zaprzeczyć byłoby niewdzięcznością, potwierdzić – aktem pychy.

Najpiękniejszą perspektywę podglądania Miasta dają mi najprostsze przyjemności: spacer bez celu, siedzenie w barze, na krawędzi fontanny. Bo właśnie w chwilach takich przyjemności nadciągają chmarami rzymskie postaci. Różni je wszystko, ale łączy w jedną rodzinę jakiś wspólny rdzeń życia, przechodnia aureola bycia w centrum świata, a tym samym na najbardziej odległej jego prowincji.

Z sześciu lat, które spędziłem w Rzymie, i właśnie zamknąłem, pozostało mi przed oczami mnóstwo figur, których nie miałem okazji ani czasu lepiej poznać, czyli opisać. Okazało się jednak, że ich kontury są szeroko otwarte na moje własne życiowe choroby i powroty. W myślach i w wyobraźni zacząłem wypełniać je sobą i tak oto powstały opowiadania, które składają się na ten zbiorek.

Nie każde z nich musi rozgrywać się w Rzymie, nie wszyscy bohaterowie to rdzenni rzymianie. Wśród nich trafiają się emigranci z Polski, Hindusi, żebraczka-Bóg-wie-skąd. Ich wspólną zasadą jest to, że gdyby te teksty były pisane przez Włocha, wszyscy mówiliby rzymskim dialektem. Nawet polski radca o nazwisku Kowal.

Jarosław Mikołajewski

Większość opowiadań miała swój debiut w czasopiśmie

„Nowa Okolica Poetów”, której redaktor naczelny

i mój przyjaciel Jacek Napiórkowski

niech zechce przyjąć wyrazy wdzięczności.

Tatusiu...

W jego najgłębszym wnętrzu słowo niewypowiadane od dawna rozbrzmiało głosem dziecka, którym nie był od czterdziestu lat, głosem ufnym, troskliwym, stęsknionym.

Tatusiu...

– Umyć? Umyć? – Pakistańczyk czy Hindus, na którego od kilkunastu sekund patrzył wielkimi dziecięcymi oczami, z przejęciem rzucił się do jego samochodu, jak gdyby usłyszał to wołanie i wiedział, że jest skierowane do niego, ale światło zmieniło się na zielone i kierowcy oczekujący w długim wężu aut wzdłuż skweru na rogu Flaminii i viale di Belle Arti zaczęli ponaglać go klaksonami.

Zrobił w kierunku człowieka ze zmywakiem bezradny ruch ręką i odjechał, myśląc, że równie gorzko było mu w chwili, kiedy jechał na kolonie, a ojciec, lekko utykając, biegł za oddalającym się autokarem, żeby mu pomachać.

Tatusiu...

Nie, twarz Hindusa czy Pakistańczyka nie była tak anonimowa jak twarze tysięcy ludzi, którzy myją szyby na skrzyżowaniach. Zapadał w pamięć bezradnością, a równocześnie beztroską, życzliwością, nadzieją, brakiem konieczności tego, o co prosił. Z takim obrazem Fabio odjechał ze skrzyżowania, taki zabrał do biura, do baru, potem do domu. Z takim się obudził, wyprowadził psa i wsiadł do samochodu, żeby jak najprędzej pojechać na skrzyżowanie i spłacić, jak to nazywał, dług. Dług niespełnionego spotkania, niezaspokojonej chęci umycia mu szyby, dług nierozradowanej twarzy, która mogłaby być twarzą jego ojca, gdyby urodził się Pakistańczykiem albo Hindusem.

Tatusiu...

Stanął na lewym pasie, blisko chodnika.

– Umyć? Umyć?

Było jeszcze wcześnie, dwaj kierowcy, którzy razem z nim zatrzymali się na czerwonym świetle, stanęli na prawym pasie, nikt nie nadjeżdżał z tyłu, więc swobodnie i serdecznie zachęcił człowieka do umycia szyby.

Lekko utykając, rozpromieniony Hindus jedną stroną kłębuszka dokumentnie zapaćkał mu okno, a drugą przetarł do czysta. Fabio spuścił szybę, dał człowiekowi jedno euro i trzydzieści centów i odjechał. Spojrzał w lusterko i zobaczył, że ten macha mu na pożegnanie z miną przekarmionego kota.

Tatusiu...

Nazajutrz Pakistańczyk, zamiast stać jak dotychczas na rogu, przed torami tramwaju, siedział na ławce, przy trawniku, i czytał gazetę. Żadną tam bezpłatną, tylko świeżutkie „Corriere” z kolorowym dodatkiem dla kobiet. „Ktoś zapomniał na ławce czy sobie kupił za moje?” – pomyślał złośliwie, a kiedy Hindus go dostrzegł, Fabiowi wydało się, że przez twarz przemknął mu wyrzut sumienia. Człowiek poderwał się, złożył gazetę, chwycił myjkę i już miał podbiec, ale zmieniły się światła i Fabio ruszył ze skrzyżowania. Kątem oka spostrzegł, że w oczy Hindusa znów wstąpił jego martwy ojciec, i w Fabiu na powrót otworzyła się dziwna rana.

Tatusiu...

Nie było komu powiedzieć, nie było więc jak usłyszeć siebie samego, żeby zobaczyć z lekkiego choćby dystansu Hindusa jako ojca, ojca jako Hindusa, Hindusa w ojcu, ojca w człowieku myjącym oczy.

Tatusiu...

Przy wszystkich różnicach ras, bliskości i doświadczenia ojciec we wspomnieniu i Hindus na skrzyżowaniu spotykali się w jakimś czułym punkcie, który wyzwalał w odczuciach Fabia ten sam rodzaj troski i niespełnienia. Ojciec, który pewnego dnia stracił równowagę i próbował przytrzymać się jego ramienia. Ojciec w chwili, kiedy otworzył drzwi pokoju i zobaczył syna w łóżku z kobietą. Ojciec, który zagląda do portfela i nie znajduje pieniędzy, choć to dopiero czternasty. Ojciec, który prowadzi syna na przyjęcie do biura, a szef mówi, że z dziećmi nie wolno. Hindus, który chce umyć mu szybę.

Tatusiu...

Następnego dnia Hindus już czekał na światłach, pomachał mu ręką i od razu się zabrał do mycia. Fabio sięgnął do kieszeni. Nie miał monet, miał tylko banknot dziesięć euro.

– Jutro – powiedział, ale w oczy Hindusa znów wstąpił ojciec zbity jak pies, więc podał mu banknot. Hindus roześmiał się z serdeczną wdzięcznością i długo kuśtykał za odjeżdżającym samochodem Fabia, machając do niego ręką.

Tatusiu...

Fabio odjechał ze skrzyżowania z nieprzyjemnym uczuciem, że daje się naciągnąć na uczucia, wykorzystać, a równocześnie sam o to się prosił. „Tatusiu-sratusiu, Tato-srato” – kołatało mu w głowie. Był wściekły, że Hindus-Pakistańczyk wykorzystuje potajemną nutę, w której wybrzmiewało zagadkowe współbrzmienie bezradności wyciętej na jego twarzy i bezradności zapamiętanej z twarzy ojca. A równocześnie przyznawał, że chętnie jej się poddaje, z podskórnym podnieceniem, że może odbudować w Rzymie utracony spokój dzieciństwa gwarantowany przez jego fizyczną obecność. Jego-kogo? Pakistańczyka-Hindusa czy ojca? I ledwo znalazł się w okolicy Muzeów Watykańskich, przestał myśleć o swojej podatności na oszustwo, bo sumienie zaczęła mu kąsać wątpliwość, czy aby nie ruszył ze skrzyżowania zbyt demonstracyjnie i nie uraził Hindusa.

Tatusiu...

Pakistańczyk już z daleka machał ręką i mijając slalomem inne samochody, szedł szybko w jego kierunku spocony i zasapany. Fabio z ulgą przyjął tę serdeczność, jak gdyby odbudowywał sobie poranny świat ze zgliszcz potwornego snu. Z pewnym przejęciem patrzył na zdyszaną twarz, choć serce przeszył mu kolec irytacji, kiedy zdał sobie sprawę, że Hindus na głowie ma lekko zużytą coppolę, sycylijską czapkę mafiosa, która w sklepie z używaną odzieżą mogła kosztować od ośmiu do dwunastu euro, lecz złośliwy komentarz, który sam sformułował się w jego głowie i wypełzał na usta, żeby go powitać, zgasł pod falą współczucia, która spłynęła na niego na widok tej spoconej, zadyszanej twarzy.

Tatusiu...

Z czasem Fabio nauczył się przeglądać portfel przed każdym wyjazdem z garażu i jeśli nie widział w nim co najmniej stu euro, wysiadał z samochodu, szedł do bankomatu i dopiero wtedy jechał na skrzyżowanie, które bez względu na to, dokąd się wybierał, było prawdziwym celem każdej jego podróży. Prócz weekendów, które starał się spędzać z dziećmi w górskim domu, dokąd jechało się w drugą stronę – był tam raz dziennie, nie mniej i nie więcej, więc po miesiącu Pakistańczyk był już bardzo porządnie ubrany w markowe marynarki, koszule i krawat. Starą czapkę zastąpił nowym beretem w kratkę, obszywanym skórą, i do innych samochodów nawet nie podchodził. Choć Fabiowi wydawało się, że na niego też specjalnie nie czeka. Wygrzewał się na ławce jak kot na trawie, wystawiał twarz do słońca, co jakiś czas opuszczał wzrok na rozłożoną na kolanach gazetę i wydawało się, że przez słoneczne drzazgi nie widzi świata, lecz kiedy tylko Fabio dojeżdżał do skrzyżowania, nawet nie udając, że go widzi, podrywał się z ławki, wyciągał zza pnia cyprysa gąbkę na eleganckiej rękojeści, akuratnie pucował mu przednią szybę, a jeśli światła nie ponaglały, również boczną, od kierownicy, i zawsze zdążył wyciągnąć rękę, żeby wziąć banknot.

Tatusiu...

Pięknego jesiennego dnia jednak nie wstał z ławki, nie poderwał się, nie podbiegł. Kiedy Fabio stanął na światłach, tamten nawet na niego nie spojrzał. „Tatusiu” – poczuł, jak to spływa mu na usta, lecz tamten spojrzał dopiero w ostatniej chwili, kiedy Fabio odjeżdżał ze świateł. Spojrzał z pretensją. Albo ze smutkiem choroby. Nie pomachał mu na pożegnanie, nie wstał. „Tatusiu”... Fabio nie mógł się uspokoić ani w drodze, ani w biurze. Tatuś był chory? Miał raka? Może jego żona ma raka albo dziecko i te stueurowe banknoty, które Fabiowi wydawały się czasem bardzo hojnym napiwkiem, wobec konieczności leczenia w szwajcarskiej klinice chorób kobiecych albo dziecięcej białaczki to było nic, gówno, wstydliwy ochłap. Wstydliwy dla niego, dla Fabia, ma się rozumieć. Aż, jakoś tak na wysokości kina Adriano, zrozumiał i zrobiło mu się wstyd. Rozumiał, jakim się okazał padalcem, jakim bezdusznym cynikiem. On sam miał samochód, dom, a tatuś... Skórzana kierownica samochodu parzyła go w dłonie. Kiedy był już na prostej do domu, skręcił gwałtownie w lewo i zamiast na most, a potem na wzgórze Fleminga, pojechał na skwer przy Belle Arti, zahamował przez Hindusem, który nie mogąc się go spodziewać o tej porze, wyraźnie był zaskoczony. Wysiadł, nie wyłączając silnika, i prawie wepchnął mężczyznę do środka. Szybko, nie zważając na klaksony aut zmuszonych czekać na zielonym już świetle, obiegł auto i usiadł na miejscu pasażera.

Tatusiu...

Długo machał mu ręką sprzed domu, nawet wtedy, kiedy Hindus już nie mógł go widzieć w lusterku wstecznym.

Gdyby nie zawiść, a raczej święte, jak mu się zdawało, poczucie niesprawiedliwości i krzywdy, można by powiedzieć, że Marco bez reszty pogodził się, że nigdy nie zyska sławy w kategorii artysty plastyka, którym zresztą nie był. To, że pozbawiony był umiejętności myślowego i manualnego panowania nad przestrzenią, w tym najprostszego rysowania, nie budziło jego najmniejszych wątpliwości. Dobrze pamiętał wynaturzoną tonację głosu nauczycielki z podstawówki, w chwili gdy pokazywała klasie jego wydzierankę symetryczną, którą wykonał najlepiej jak umiał w ciągu czterdziestu pięciu minut lekcyjnych; nie mniej wyraźnie pamiętał śmiech kolegów i koleżanek, zwłaszcza Kasi z drugiej ławki od okna, obdarzonej wówczas miłością na bezkresną, drugą siedmiolatkę życia. Zapamiętał i nigdy już miał nie zapomnieć, co zdarzyło się kilka miesięcy temu – płacz córki na widok królika, którego na jej prośbę dorysował do wielkanocnej kartki dla przedszkolanki.

Krótko mówiąc, Marco nie umiał postawić prostej kreski czy foremnego koła, wyciąć nożyczkami kwadratu w zgiętej serwetce ani złożyć gotowego do zabawy latawca. Jego dłonie pozbawione były wszelkiej zręczności, a jego głowa wyobraźni, która pozwalałaby dłoniom stawiać wyższe cele. Od jakiegoś czasu podejrzewał, że te niedostatki mają jakąś wspólną, nie tak wcale głęboką, podstawę z daleko posuniętym brakiem orientacji w terenie, z winy którego, jeśli nie zaparkował samochodu, bo nie było miejsca, skręcał w prawo, żeby okrążyć dom i wrócić na to samo miejsce, może już wolne, nigdy nie był pewny, że w ogóle uda mu się tam dotrzeć. A przecież szczególna, rzucająca się w oczy nawet tym, którzy go znali pobieżnie, intuicja, przez niektórych nazywana wrażliwością, a nawet skłonnością do metaforycznego myślenia, która pozwalała mu przeżyć pomimo braku zręczności i umiejętności logicznego wiązania faktów, sprawiała, że myśl o własnej twórczości w dziedzinie sztuk plastycznych nie była mu całkiem obca. Zwłaszcza od chwili, kiedy zdał sobie sprawę, że oderwały się one zupełnie od umiejętności operowania rękami.

Dobrze pamiętał, która z prac utkniętych w prawej komorze starego biurka była najstarsza: plastikowy miś przyklejony do czarnego kartonu, chwilę bowiem, kiedy ona powstała, naznaczyło silne wzruszenie. Mała Sofia trzymała w rączce plastikową zabawkę, trzonek białego trapezu w kształcie procy, do którego przymocowany był zielony miś wesoło obracający się wokół drążka, trzasnęła nim o podłogę, miś pękł na pół, w pionie, a tym samym odpadł z trapezu. Sofia nie zauważyła chyba nawet szkody, jaką wyrządziła zabawce, lecz Marco nie mógł pogodzić się z tym, co powiedziała jego żona Marta, podnosząc kawałki z podłogi:

– Siofijka dośtanie nowego misiaczka, Siofijka się nie maltwi, mamusia wyziuci misia bam do kosia, a tatuś zialaś ziejdzie i kupi nową ziabawećkę...

Nie dlatego, że był skąpy i żałował pieniędzy na zabawki, bo wcale taki nie był. Nie godził się po prostu na myśl, że niedźwiadek, którego jeszcze przed chwilą jego córeczka śliniła i gryzła wyrzynającymi się ząbkami, miał trafić na śmietnik razem z obierkami, olejami przepracowanymi i starymi butami sąsiadki. Nie godził się ze względu na Sofię, której pierwsza własność przechodziła właśnie do bezpowrotnej historii jej życia, a także ze względu na misia, w którym, jak w większości sztucznych, lecz człekopodobnych przedmiotów, zwykł widzieć iskierkę prawdziwego życia. I tak, wychodząc po nową zabawkę dla Siofijki, wziął śmieci, wyjął z nich pogruchotaną zabawkę, wsadził do kieszeni i kiedy tylko wrócił do domu z nowym plastikowym zwierzęciem, zamknął się w gabinecie i rozłożył, jedna obok drugiej, wszystkie części pogruchotanej zabawki, których były tylko trzy: przód misia, tył misia i trapez. I ledwie zobaczył to, co zostało, pochylił się po album na zdjęcia, wyciągnął zapasowy arkusz, który introligator włożył pod okładkę – czarny, gruby i sztywny karton – wziął klej, którym posmarował krawędzie przepołowionego misia i trapez na całej powierzchni jednej z dwóch identycznych stron, i przykleił na czarny karton w sekwencji: miś przodem głową w dół – trapez – miś tyłem głową do góry. Wziął następnie karteczkę samoprzylepną służącą do podpisywania zdjęć, nakleił na środku, pod trapezem, i napisał drukowanymi, w miarę prostymi literami: „ŚMIERĆ CYRKOWCA”.

Kiedy klej wysechł i plastikowe elementy misia oraz trapez dobrze trzymały się kartonu, w pierwszym odruchu oparł go o lampę, odsunął się i pomyślał, że praca dobrze pokazuje całe ludzkie życie, od dzieciństwa, którego znakiem była zabawka, poprzez śmierć, którą był upadek misia głową w dół, twarzą do świata, po znikomą pamięć, której znakiem były plecy odchodzącego niedźwiadka. W odruchu drugim Marco wetknął kompozycję do komory po prawej stronie biurka. W trzecim uznał, że to dla niej najlepsze miejsce, a w czwartym, usłyszawszy radosne „bam!”, znajomy trzask pękającego plastiku i zaraz potem: „Siofijka dośtanie nowego misiaczka”, otworzył drzwi gabinetu, z uśmiechem pełnym ojcowskiej miłości, ale też z dziwnym podnieceniem i chłodem, podniósł trzy rozpołowione różnokolorowe krowy i białe kółko, na które były nanizane, i zabrał do gabinetu. Tam do kolejnego arkusza przykleił sześć połówek w ciekawej, jak mu się zdało, kolejności, po łuku prowadzącym z dołu do góry, jak kolejne kadry filmu animowanego o krowie, która się wznosi do lotu, przy czym ostatnią połówkę przykleił tak, że była odwrócona do niego wnętrzem. Pod łukiem krów umiejscowił plastikowe kółko, krąg życia rwącego się w marzeniach z ziemi do nieba, a w rzeczywistości tak, jak kto wierzy, może do nieba, może tylko w dół, może dokoła, jak w diabelskim młynie, oparł kompozycję o lampę i odsunął się do drzwi, żeby ocenić. Wrócił, wycisnął na korowód pół tubki białego kleju. „Niech się domyślają” – warknął, samemu nie wiedząc, kto niby miałby się domyślać sensu kompozycji, skoro nikomu jej nie zamierzał pokazać, przykleił na dole kartkę i podpisał, tym razem pochyło: „Droga Mleczna, w pierwszych słowach listu...”. Po czym położył pracę na poprzednim arkuszu, w komorze pod biurkiem.

Sofia wyrosła na dzielną pierwszoklasistkę, a w komorze biurka Marco zgromadził już chyba ponad sto kompozycji, nie myśląc nigdy o tym, że warto je komuś pokazać, drżąc wręcz na myśl, że mogłaby odkryć je żona, aż przeczytał, że na Biennale w Wenecji do reprezentowania kraju został wytypowany artysta, który w ministerstwie kultury wydębił miesięczny pobyt z żoną na Sycylii, by chodzić w przebraniu mafiosa i melancholijnie szczekać. Jego żona miała to wszystko filmować rodzinną amatorską kamerą, a w narodowym pawilonie film o tym szczekającym pseudomafiosie miał być puszczany na białą ścianę. Krytycy cmokali, pisząc, że to poetyckie, że szczególnie niespieszne, kulturowo osadzone, a równocześnie odrębne i świeże. Nie mniejsze wrażenie zrobił na nim fakt, że narodowi jurorzy dosłownie wzięli się za łby, ponieważ część z nich, naprawdę nieznaczna mniejszość, głosowała na artystkę, która do pięciu przeszklonych szaf garmażeryjnych wstawiła śnieżne kule, od największej do najmniejszej, i podczas wernisażu miała z nich ustawić bałwana, który – przecież był sierpień – na oczach publiczności powinien stopnieć na brudną kupkę.

Tak, to wtedy coś w nim pękło, zawyły wszystkie lata Siofijki, wszystkie zepsute przez nią zabawki, przerabiane na przedmioty artystyczne już nie tylko techniką prostego naklejania kawałków na arkusz. Ostatnia praca na przykład była efektem złożonej operacji zoologiczno-twórczej, zatytułowanej „ZIEMIA NIE CHCE MUZYKI”. W ramach tego działania Marco włożył rozbitą przez Sofię na tuzin odłamków płytę kompaktową z preludiami Chopina do kopca kreta i sfilmował, jak kret wypchnął ją pyszczkiem z powrotem na powierzchnię. Dwanaście kadrów z tego filmu, pokazujących pryskające grudki ziemi i wypychane kawałki płyty, przykleił do arkusza w rzędzie na dole, a na górze przykleił dwanaście odłamków kompaktu... I teraz, ze świadomością, jaka praca została wybrana do Wenecji i jaka o mały włos wybrana nie była, zakipiał z poczucia krzywdy zaprawionego zawiścią. Otworzył drzwi gabinetu, podszedł do garderoby, wyjął z marynarki portfel, przeliczył banknoty po sto euro, których do końca miesiąca pozostały mu cztery, choć był dopiero 15 sierpnia, odjął te czterysta euro od pięćdziesięciu tysięcy, które pseudomafioso wziął za swoją akcję artystyczną, i trzydziestu tysięcy, które jako nagrodę pocieszenia zainkasował budowniczy bałwana, i wściekł się tak strasznie, że choć powziął właśnie ostateczną i nieodwołalną decyzję, która miała zmienić niesprawiedliwy układ tego świata i zakończyć czas jego względnego, choć dotkliwego ubóstwa, dostał wylewu i miał do końca życia leżeć nieprzytomnie w łóżku, i ani ten od psa, ani ta od śnieżnych kuli nigdy się mieli nie dowiedzieć, jak bardzo mu nie dorastali do pięt. I nie dowiedzą się, bo przestali interesować się nowymi kierunkami sztuki, tylko założyli jeden własną galerię rzeźby ze szkła na Soho, druga sieciową agencję reklamową, i gwizdali na to, że żona Marca razem z Siofijką, która skończyła właśnie historię sztuki i szukała pomysłu na życie, postanowiły pokazać dziwne arkusze wydobyte z biurka obrotnemu narzeczonemu Siofijki, który ukończywszy jak ona historię sztuki, stał się marszandem wypowiadającym swoje sądy tak autorytatywnie, że Siofijka i jej mama nie ośmieliły się zaprzeczyć, gdy doradził serdecznie kompozycje Marca zniszczyć. I tak kolejne tygodnie życia upłynęły Marcowi w otoczeniu najbliższej rodziny, która postanowiła wyrazić mu wdzięczność za ojcowskie uczucie w ten sposób, że na jego oczach opłakiwała wspólny szczęśliwy czas, odrywając od arkuszy zabawki i kawałki płyty i odtwarzając związane z nimi wydarzenia, choć raczej wątpiły, że on rozumie ich słowa.

– A tego misiaczka na trapezie tatuś kupił ci raz, chociaż miał kupić dwa razy – mówiła żona niby do Siofijki, a tak naprawdę do Marca – bo kiedy zepsułaś, tatuś zszedł, żeby kupić ci nowego, ale już nie było, więc kupił ci te krówki...

– Kochany tatuś – chlipała ze wzruszeniem Siofijka. – I nie wyrzucałeś tych zabawek? Przez tyle lat zbierałeś te pamiątki?

– Tatuś nigdy nie miał zmysłu praktycznego – załkała mama. – Dlatego nigdy się nie dorobił.

I w przypływie czułości pogłaskała go po policzku i zdjęła z jego oczu łzę, przez którą, jak przez ogromną soczewkę, Marco aż nader wyraźnie widział dzieciństwo Siofijki i ich życie rodzinne, swoją sztukę i strzępy, na które darła je rodzinna komitywa. I na skroniach nabrzmiały mu żyły w rozpaczliwym wysiłku przekazania Siofijce do realizacji konceptu, którego nie zdążył wykonać, czyli projektu, w którym miał zrobić setki zdjęć popękanym na cmentarzu grobom i bez względu na to, czy groby pękały wzwyż, od wypychających ich korzeni, czy w dół, od zwykłego zarwania, nadać im wspólny tytuł: „Dzień sądu”, „Sąd Ostateczny” albo „Zmartwychwstanie”.

Aha, i dodam jeszcze, że właśnie wtedy umarł, a żona długo potem powtarzała, że miał szczęście, bo śmierć przyszła na niego w chwili, kiedy byli razem i kiedy rojnie powracały do niego najszczęśliwsze chwile ich życia.

© Copyright by Agora SA 2012
© Copyright by Jarosław Mikołajewski 2012
REDAKCJA: Robert Siewiorek
KOREKTA: Emilia Niedzielak
FOTOEDYCJA: Agnieszka Żelazko, Waldemar Gorlewski
PRZYGOTOWANIE ZDJĘĆ: Paweł Bajer
AUTORZY ZDJĘĆ: Bob Krist/FotoChannels – okładka; Waldemar Gorlewski/Agencja Gazeta; Maria Mikołajewska; Martin Child/FotoChannels; Luigi Nifose/BEW; Christina Anzenberger-Fink & Ton/Forum; Cathrine Stukhard/Czarny Kot; Barbara Dombrowski/Czarny Kot.
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Urszula Pągowska – KreacjaPro, dyrektor artystyczny – Andrzej Pągowski
OPRACOWANIE GRAFICZNE: Elżbieta Wastkowska
PRODUCENCI WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak
KOORDYNACJA PROJEKTU: Katarzyna Kubicka
Wydanie I elektroniczne