Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 593 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dola aniołów - J.R. Ward

Rodzina Bradfordów należy do śmietanki społecznej, a produkowany przez nich bourbon stanowi produkt z najwyższej półki. Nad ich ogromną posiadłością i nad skomplikowanym życiem jej mieszkańców czuwa dyskretnie personel, który siłą rzeczy zostaje wplątany w sprawy swoich pracodawców – zwłaszcza kiedy okazuje się, że samobójstwo patriarchy coraz bardziej wygląda na morderstwo…

Podejrzanym może być każdy, ale najwięcej uwagi skupia na sobie Edward, najstarszy syn. Powszechnie wiadomo o animozjach między nim a jego ojcem. Podczas gdy policyjne dochodzenie przybiera na sile, on szuka zapomnienia w alkoholu, jak również w towarzystwie córki swojego dawnego stajennego mentora. Tymczasem przyszłość rodzinnych finansów leży w doskonale wypielęgnowanych dłoniach rywalki Bradfordów w interesach, marzącej o tym, by mieć Edwarda tylko dla siebie.

Każdy czyn ma konsekwencje, wszyscy mają swoje tajemnice. Mało komu można ufać. Gdy upadek Bradfordów zdaje się już bliski, nagle zjawia się ktoś dawno uznany już za straconego. Nie wiadomo jednak, czy okaże się on zbawcą, czy raczej najgorszym ze wszystkich grzeszników.

Drugi tom – po Królach bourbona – napisanej z rozmachem sagi o dynastii z amerykańskiego Południa. Ich świat drży w posadach, gdy na jaw wychodzą kolejne tajemnice i przewinienia.

 

 

J.R. Ward jest autorką ponad dwudziestu powieści, w tym serii o Bractwie Czarnego Sztyletu, święcącej triumfy na liście bestsellerów „New York Timesa”. Na całym świecie ukazało się ponad piętnaście milionów egzemplarzy jej książek, które wydano w dwudziestu sześciu krajach. J.R. Ward mieszka na południu Stanów Zjednoczonych wraz z rodziną.

Opinie o ebooku Dola aniołów - J.R. Ward

Fragment ebooka Dola aniołów - J.R. Ward

Tytuł oryginału THE ANGELS’ SHARE
Przekład AGNIESZKA WILGA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja EWA POLAŃSKA
Korekta ANNA SIDOREK, JAN JAROSZUK
Projekt okładki ANTHONY RAMONDO
Adaptacja projektu okładki, opracowanie graficzne ANNA POL
Zdjęcia na okładce © Simon Watson / Stone / Getty Images
© Car Culture / Getty Images
© Djgis / Shutterstock Images
Łamanie | manufaktu-ar.com
The Angels’ Share Copyright © Love Conquers All, Inc., 2016 All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition published by arrangement with the New American Library, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC. Copyright © for the translation by Agnieszka Wilga Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017
Warszawa 2017 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65780-48-5
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dedykację prosto z serca otrzymuje

LeElla Janine Scott

Słowo od autorki

Terminu „dola aniołów” używają gorzelnicy produkujący bourbona. Młody trunek wlewa się w osmalone dębowe beczki, żeby w nich dojrzał – proces ten może trwać dwanaście lat lub jeszcze dłużej. Beczki przechowuje się w nieocieplanych budynkach, a pod wpływem naturalnych zmian klimatu właściwych czterem wspaniałym porom roku w stanie Kentucky drewno pęcznieje i kurczy się w zależności od temperatury, cały czas wchodząc w interakcję z leżakującym w środku bourbonem i nadając mu coraz więcej smaku i aromatu. Tak dynamiczne środowisko wraz z upływem czasu tworzy ostateczną alchemię odpowiedzialną za najbardziej charakterystyczny, najlepiej znany i cieszący się największą popularnością lokalny produkt. W procesie tym pewna część trunku wyparowuje i wchłania się w drewno. Tę stratę, która może wynosić około dwóch procent rocznie w stosunku do pierwotnej objętości (co zależy między innymi od wilgotności powietrza, wahań temperatury, jak również liczby lat przeznaczonej na dojrzewanie), nazywa się „dolą aniołów”.

Choć istnieje całkiem racjonalne i logiczne wyjaśnienie tego zjawiska, bardzo podoba mi się romantyczna koncepcja, wedle której do beczkowni prastarych gorzelni w Kentucky podczas swoich ziemskich eskapad zaglądają czasem anioły i pozwalają sobie uszczknąć odrobinkę dojrzewających trunków. Może w czasie derby, gdy jest już ciepło, przyrządzają sobie z nich miętowe koktajle, a z kolei w miesiącach zimowych popijają czystego bourbona? Może dodają go do swoich tart z orzechami, a może doprawiają nim czekoladki?

Jak miałam okazję się przekonać, przykłady spożytkowania dobrego bourbona można mnożyć bez końca.

Myślę jednak, że pojęcia „dola aniołów” można też użyć do opisania naturalnego procesu, który jest przyczyną zmian zachodzących w nas wszystkich wraz z upływem czasu. Chłód i skwar naszych doświadczeń i losów powoduje, że nasze uczucia, myśli i wspomnienia kurczą się i rozszerzają, aż koniec końców stajemy się zupełnie nowymi ludźmi, tak jak bourbon po leżakowaniu jest zupełnie innym płynem niż ten, który wlewano do beczek. W obu tych procesach jakąś część całości trzeba poświęcić.

Składamy się z tych samych podstawowych elementów, z których nas stworzono, ale cały czas się zmieniamy i nigdy nie wracamy do dawnej postaci. Jeśli mamy trochę szczęścia i rozumu, wówczas w odpowiednim czasie zostajemy wyzwoleni, a dzięki temu udoskonaleni. Jeśli jednak każe nam się dojrzewać zbyt długo, może się okazać, że już nie da się nas uratować.

Ludzki los czasem zależy od tego, czy coś dokona się w samą porę.

Osoby dramatu

Virginia Elizabeth Bradford Baldwine, zwana też Młodszą V.E.

Wdowa po Williamie Baldwinie, matka Edwarda, Maxa, Lane’a i Gin Baldwine’ów, a przy tym potomkini Elijaha Bradforda, założyciela Bradford Bourbon Company. Żyje w odosobnieniu, a jej silne uzależnienie od leków ma wiele przyczyn, z których część mogłaby podważyć fundamenty życia rodzinnego.

William Wyatt Baldwine

Nieżyjący mąż Młodszej V.E., ojciec Edwarda, Maxa, Lane’a i Gin Baldwine’ów, a także syna Rosalindy Freeland – również już nieżyjącej rodzinnej księgowej – oraz nienarodzonego jeszcze dziecka Chantal, z którą właśnie rozwodzi się Lane. Za życia pełnił funkcję prezesa Bradford Bourbon Company. Człowiek o wielkich aspiracjach i bardzo niskich standardach moralnych, pozbawiony skrupułów. Jego ciało zostało niedawno znalezione na brzegu rzeki Ohio, nieco poniżej wodospadów.

Edward Westfork Bradford Baldwine

Najstarszy syn Młodszej V.E. i Williama Baldwine’a. Formalnie główny kandydat do przejęcia sterów w Bradford Bourbon Company. Po potwornych przeżyciach, gdy na zlecenie własnego ojca został porwany i przez wiele dni torturowany, jest obecnie cieniem dawnego siebie, odwrócił się od rodziny i osiadł w stadninie Red & Black.

Maxwell Prentiss Baldwine

Drugi syn Młodszej V.E. i Williama Baldwine’a. Jako czarna owca w rodzinie przez wiele lat trzymał się z dala od Easterly – zabytkowej posiadłości Bradfordów w Charlemont w stanie Kentucky. Powrót tego zabójczo przystojnego zbuntowanego skandalisty na łono rodziny budzi kontrowersje nie tylko wśród jej członków.

Jonathan Tulane Baldwine, nazywany Lane’em

Najmłodszy syn Młodszej V.E. i Williama Baldwine’a. Wytrawny pokerzysta, a dawniej również playboy, obecnie usiłujący rozwieść się ze swoją pierwszą żoną. Wskutek chaosu w rodzinnych finansach związanego z potężną defraudacją dokonaną w Bradford Bourbon Company musiał nagle stać się głową rodziny. W tej roli jeszcze bardziej niż zwykle wspiera go miłość jego życia – Lizzie King.

Virginia Elizabeth Baldwine (wkrótce Pford), znana jako Gin

Najmłodsze dziecko i jedyna córka Młodszej V.E. i Williama Baldwine’a. Żądna uwagi, przekorna buntowniczka i zakała rodu, zwłaszcza odkąd urodziła nieślubne dziecko jeszcze na studiach, które ledwo ukończyła. Wkrótce ma wyjść za Richarda Pforda, spadkobiercę ogromnej fortuny i rodzinnej firmy zajmującej się dystrybucją trunków.

Amelia Franklin Baldwine

Córka Gin i jedynego mężczyzny, którego Gin kiedykolwiek kochała – Samuela T. Lodge’a. Uczy się w Hotchkiss School w stanie Connecticut i jest nieodrodną córką swojej matki.

Lizzie King

Dyplomowana ogrodniczka pracująca w Easterly już od prawie dekady i dbająca o to, żeby ogrody Bradfordów słynęły z rzadkich okazów roślin i przepięknych kwiatów. Zakochana w Lanie Baldwinie i całym sercem zaangażowana w związek z nim – choć niekoniecznie we wszystkie dramaty rodzinne Bradfordów.

Samuel Theodore Lodge Trzeci

Świetnie ubrany i zabójczo przystojny bezpruderyjny prawnik z szacownej rodziny z Południa. Jedyny w świecie mężczyzna naprawdę oddziałujący na Gin. Nie ma pojęcia, że Amelia jest jego córką.

Sutton Endicott Smythe

Nowa prezes Sutton Distillery Corporation – największego rywala Bradford Bourbon Company na rynku. Świetnie sobie radzi w interesach, ale jej życie uczuciowe od lat tkwi w martwym punkcie, ponieważ kocha się w Edwardzie Baldwinie, a nikt inny nie może się z nim równać.

Shelby Landis

Córka Jeba Landisa – legendy wyścigów konnych. To od jej ojca Edward nauczył się wszystkiego, co wie o koniach. Silna, pracowita dziewczyna, która postanawia zaopiekować się Edwardem, nawet wbrew jego woli.

Aurora Toms

Od kilkudziesięciu lat szefowa kuchni w Easterly. Potrafi serwować zarówno tradycyjne potrawy z Południa, jak i najbardziej wyszukane dania kuchni francuskiej. Nie znosi sprzeciwu, ale ma wielkie serce. Śmiertelnie chora na raka. Dla Lane’a, Edwarda, Maxa i Gin odgrywa rolę matki i jest dla nich punktem odniesienia w kwestiach etycznych.

Edwin „Mack” MacAllan

Naczelny gorzelnik Bradford Bourbon Company. Próbując wyhodować nowy szczep drożdży, ściga się z czasem i walczy z ograniczonym budżetem, żeby tylko nie musieć zamknąć destylarni. Od dawna (a może nigdy?) nie był zakochany. Jego jedyną miłością jest praca.

Chantal Blair Stowe Baldwine

Piękność nieskażona żadną głębszą myślą. Pierwsza żona Lane’a, z którą właśnie się on rozwodzi. Wkrótce ma urodzić dziecko z nieprawego łoża, spłodzone przez Williama Baldwine’a. Odgraża się, że zdradzi, kto jest ojcem dziecka, jeśli Lane nie spełni jej żądań finansowych.

Rosalinda Freeland

Nieżyjąca księgowa posiadłości rodzinnej Bradfordów. Popełniła samobójstwo w swoim gabinecie, zażywając szalej. Matka osiemnastoletniego Randolpha Damiona Freelanda, pochodzącego z jej skrywanego związku z Williamem Baldwine’em.

.

NEKROLOGI

WILLIAM W. BALDWINE

Przed dwoma dniami pan William Wyatt Baldwine stanął przed obliczem miłosiernego Pana. Ten światowej klasy biznesmen, filantrop i przywódca lokalnej społeczności przez trzydzieści sześć lat pełnił funkcję prezesa Bradford Bourbon Company. Dzięki jego staraniom rozpoczęła się nowa era w historii bourbona, a roczny dochód firmy wzrósł do miliarda dolarów.

Był człowiekiem wielce oddanym rodzinie. Opłakują go pogrążeni w żałobie: wierna żona Virginia Elizabeth Bradford Baldwine, jego ukochane dzieci Edward Westfork Bradford Baldwine, Maxwell Prentiss Baldwine, Jonathan Tulane Baldwine i Virginia Elizabeth Baldwine, jak również najukochańsza wnuczka Amelia Franklin Baldwine.

Pożegnanie zmarłego oraz kameralny pogrzeb pozostają w gestii jego rodziny. Zamiast kwiatów można w jego imieniu przekazać darowiznę na rzecz Uniwersytetu Charlemont.

1

Most Big Five, Charlemont, Kentucky

Jonathan Tulane Baldwine wychylił się przez barierkę nowego mostu łączącego Charlemont w stanie Kentucky z sąsiadującym z nim miastem New Jefferson w stanie Indiana. Piętnaście metrów niżej płynęła rzeka Ohio, w której odmętach odbijały się kolorowe światełka zdobiące każde z pięciu przęseł mostu. Stanął na palcach i przez chwilę zdawało mu się, że leci w dół, ale było to tylko złudzenie.

Wyobrażał sobie, jak jego ojciec skacze z tego właśnie miejsca na spotkanie śmierci.

Ciało Williama Baldwine’a znaleziono dwa dni wcześniej nieco poniżej wodospadów na rzece Ohio. Pomimo wszystkich życiowych osiągnięć i wielkich ambicji zakończył on swój ziemski żywot przy hangarze dla łodzi, gdzie jego sponiewierane szczątki zaplątały się w liny koło starego trawlera wartego jakieś dwieście, góra trzysta dolarów.

Co za upokorzenie!

Jakie to uczucie tak spadać? Pewnie poczuł na twarzy nagły pęd powietrza, gdy siła ciążenia pchała go prosto w wodę. Ubranie musiało mu trzepotać niczym flaga, smagając korpus i kończyny. Oczy zapewne łzawiły, choćby od samego podmuchu, a może nawet z powodu nagłych emocji?

Nie, raczej od podmuchu.

Uderzenie o taflę wody musiało boleć. A potem co? Panika i nagłe wciągnięcie przez nos tej obrzydliwej cieczy? Dławiące uczucie duszenia? Czy też w wyniku uderzenia stracił po prostu przytomność i nie musiał się już niczym przejmować? Albo... Może w tej końcowej chwili, w wyniku nagłego skoku adrenaliny wywołanego upadkiem nastąpił zawał serca – kłujący ból pośrodku klatki piersiowej promieniujący wzdłuż lewego ramienia i uniemożliwiający pływanie, które mogłoby mu uratować życie? Czy wciąż był przytomny, gdy uderzyła w niego barka węglowa, której śruba go przemieliła? Jedno było pewne: w chwili gdy znalazł się poniżej wodospadów, był już martwy.

Dobrze by było mieć pewność, że drań się nacierpiał – pomyślał Lane.

Świadomość, że William Baldwine odczuwał ból – potworny, dławiący ból połączony z panicznym, nieopanowanym strachem – stanowiłaby dla jego syna wielką ulgę, ukoiłaby emocje wywołane przez śmierć ojca w odmętach rzeki, w których Lane teraz tonął, choć stał na twardym podłożu.

– Sprzeniewierzyłeś ponad sześćdziesiąt osiem milionów dolarów – rzucił Lane w stronę niewzruszonej otchłani, leniwego nurtu rzeki i obojętnego na wszystko wiatru. – A firma jest zadłużona na jeszcze więcej. Coś ty, do diabła, zrobił z tymi pieniędzmi? Gdzie one się podziały?

Oczywiście nie mógł liczyć na żadną odpowiedź. Nie mógłby zresztą na nią liczyć nawet wówczas, gdyby ojciec wciąż żył i usłyszał te pytania z ust syna.

– A do tego jeszcze pieprzyłeś się z Chantal – wycedził przez zaciśnięte zęby Lane. – Z moją żoną! I to w tym samym domu, w którym mieszka moja matka. Pieprzyłeś się z moją żoną i zrobiłeś jej dziecko!

Wprawdzie małżeństwo Lane’a z Chantal istniało tylko na papierze, do którego podpisania został praktycznie przymuszony, niemniej jednak nawet ta życiowa pomyłka leżała w strefie jego osobistych kompetencji i zamierzał sam sobie z nią poradzić.

– Nic dziwnego, że matka uzależniła się od leków i skrywa się przed światem. Pewnie się dowiedziała o tych skokach w bok i wie, jaki z ciebie drań, podły kutasie.

Lane zamknął oczy i zobaczył trupa – ale nie spuchnięte, plamiste i poszarpane zwłoki ojca leżące na stole w kostnicy, dokąd pojechał, żeby je zidentyfikować. Nie, ukazała mu się postać kobiety siedzącej sztywno w swoim gabinecie w Easterly, schludnie ubranej w skromną spódnicę i doskonale leżącą bluzkę zapinaną na guziki, z równo obciętymi, ledwie nieco zmierzwionymi włosami i w ubrudzonych trawą sportowych butach zamiast płaskich czółenek, które zwykle nosiła.

Jej twarz wykrzywiała się w koszmarnym grymasie przypominającym szalony uśmiech Jokera.

Co było rezultatem zażytego przez nią szaleju.

Lane znalazł jej ciało na dwa dni przed tym, jak jego ojciec skoczył z mostu.

– To przez ciebie pani Rosalinda nie żyje, skurczybyku. Przez trzydzieści lat pracowała w naszym domu, a ty ją wykończyłeś. Równie dobrze mogłeś sam ją zabić, na jedno by wyszło.

To za jej sprawą Lane dowiedział się o brakach w rodzinnych funduszach. Rodzinna księgowa zostawiła coś w rodzaju listu pożegnalnego: pendrive z arkuszem kalkulacyjnym zawierającym listę mocno niepokojących przelewów na konto WWB Holdings.

William Wyatt Baldwine Holdings.

Miała sześćdziesiąt osiem milionów powodów, żeby się zabić. A wszystko wzięło się stąd, że ojciec Lane’a przymuszał ją do łamania zasad etyki, aż w końcu poczucie przyzwoitości kompletnie ją złamało.

– Wiem też, co zrobiłeś Edwardowi. Wiem, że to również twoja wina. Zleciłeś uprowadzenie własnego syna jakimś południowoamerykańskim zbirom. To na twoje polecenie go porwali, a ty odmówiłeś zapłacenia okupu, skazując go tym samym na śmierć. Chciałeś pozbyć się rywala w interesach, jednocześnie pozując na ojca pogrążonego w rozpaczy. A może zrobiłeś to właśnie dlatego, że on wpadł na trop twoich machlojek?

Edward wprawdzie przeżył, ale stał się cieniem dawnego siebie, o mocno zaburzonym rytmie serca. Nie był już kandydatem na prezesa rodzinnej firmy, godnym następcą tronu.

William Baldwine wyrządził tyle zła...

A to tylko sprawy, o których Lane akurat jakoś zdołał się dowiedzieć. Co jeszcze może wyjść na jaw?

Oraz nie mniej ważne pytanie: co z tym wszystkim zrobić? Co on ma z tym zrobić?

Czuł się tak, jakby stał na mostku kapitańskim wielkiego okrętu, który właśnie znosiło na skaliste wybrzeże i któremu lada chwila miała się oberwać płetwa sterowa.

Czując nagły przypływ sił, przerzucił nogi przez solidną metalową barierkę. Jego mokasyny opadły na półkę o szerokości piętnastu centymetrów, stanowiącą krawędź mostu. Serce waliło mu jak młotem, z dłoni i stóp jakby odpłynęła krew, w ustach zaschło mu tak, że aż nie mógł przełknąć śliny. Zwieszone wzdłuż tułowia ręce wyciągnął nieco w tył i chwycił od dołu barierkę, po czym wychylił się jeszcze bardziej, patrząc w przepaść poniżej.

Jakie to uczucie?

Mógłby teraz skoczyć albo po prostu zrobić krok przed siebie i... spadać, spadać, spadać, aż dowiedziałby się już na pewno, co się czuje w takiej chwili. Czy gdyby teraz spadł, wypłynąłby potem przy tym samym hangarze dla łodzi? Czy jego ciało również natrafiłoby pośród brudnego nurtu rzeki Ohio na śrubę barki i zostało przez nią zmasakrowane?

W głowie wciąż rozbrzmiewały mu jasno i wyraźnie słowa wypowiedziane z silnym południowym zaśpiewem przez jego mamunię: „Pan Bóg nie daje nam zadań, co ich nie damy rady dźwignąć”.

Wiara Aurory pozwoliła jej uporać się z wieloma trudnościami, które przeciętnemu człowiekowi trudno byłoby znieść. Jako Afroamerykanka dorastająca na Południu w latach pięćdziesiątych doświadczyła dyskryminacji i niesprawiedliwości w stopniu, jakiego Lane nie potrafił sobie nawet wyobrazić. A jednak nie tylko przetrwała, ale też ukończyła szkołę gastronomiczną i prowadziła kuchnię w Easterly w stylu znacznie przewyższającym możliwości niejednego francuskiego mistrza. A do tego jak nikt inny matkowała zarówno jemu, jak i jego braciom i siostrze, dzięki czemu dla wielu osób stała się prawdziwą duszą Easterly, ich jedyną ostoją.

A dla niego – światłem przewodnim stanowiącym jedyny jasny punkt na horyzoncie. Przynajmniej dopóki nie spotkał Lizzie.

Żałował, że nie ma w sobie takiej wiary jak Aurora. A zresztą – Boże drogi! – przecież Aurora wierzyła nawet w niego, wierzyła, że on zdoła jakoś to wszystko odwrócić, ocalić swoją rodzinę, stać się mężczyzną, którym jej zdaniem mógł być.

Stać się mężczyzną, jakim jego ojciec nigdy nie był, pomimo całej spowijającej go otoczki zamożnego człowieka sukcesu.

Skoczyć, mógł sobie po prostu skoczyć. I po sprawie.

Czy tak właśnie myślał jego ojciec? Gdy już wyszły na jaw wszystkie jego kłamstwa i przekręty, gdy śmierć pani Rosalindy stała się zapowiedzią całej serii koszmarnych odkryć... Czy William Baldwine zjawił się tu, ponieważ w pełni zdawał sobie sprawę ze skali swoich czynów i ogromu tego, co miało wkrótce wyjść na jaw? Czy zrozumiał, że to koniec gry, że jego czas się skończył, a wcześniejsze sukcesy finansowe nie wystarczą do rozwiązania problemów, które stworzył?

Czy może chciał tylko upozorować własną śmierć, ale niechcący udało mu się do niej doprowadzić?

Czy na jakimś koncie zagranicznym albo w skarbcu któregoś ze szwajcarskich banków znajdowały się – zdeponowane na nazwisko ojca lub kogoś innego – wyprowadzone z firmy pieniądze?

Tak wiele pytań, a odpowiedzi brak. Jeśli dodać do tego stres wynikający z konieczności opanowania całego tego chaosu, można już tylko oszaleć.

Lane ponownie utkwił spojrzenie w wodzie. Z tej wysokości ledwo dostrzegał jej toń. Właściwie nie widział nic... oprócz czerni zdającej się gdzieniegdzie lekko połyskiwać.

Poczuł, że w drodze wybranej przez jego tchórzliwego ojca jest coś pociągającego, działającego niczym siła grawitacji, ale przynajmniej prowadzącego ku rozwiązaniu, nad którym w pełni się panuje. Jedno mocne uderzenie i następuje ostateczny koniec – nie ma już zdrad, strat i trupów, znika to całe ognisko zapalne, które coraz trudniej opanować i o którym lada chwila miałaby się dowiedzieć opinia publiczna. W jednej chwili znikają wszystkie zmartwienia.

Czy w życiu jego ojca zdarzały się bezsenne noce? Czy dręczyło go sumienie? Gdy tak tutaj stał, czy przez chwilę wciąż jeszcze rozważał, czy powinien polecieć i raz na zawsze odciąć się od potwornego bałaganu, którego narobił? Czy choć raz zastanowił się nad konsekwencjami swoich czynów? Czy miał świadomość, że fortuna, której wypracowanie zajęło ich rodzinie ponad dwieście lat, została roztrwoniona, i to wcale nie przez całe pokolenie, tylko przez niego samego w rok czy dwa?

W uszach Lane’a świszczał wiatr, jakby go namawiał do skoku.

Jego starszy brat Edward, wcześniej uosobienie doskonałości, niestety nie wyprowadzi już rodziny na prostą. Ich jedyna siostra Gin potrafi myśleć wyłącznie o sobie samej. Jego drugi brat Maxwell trzy lata temu przepadł bez wieści.

Ich otumaniona lekami matka nie opuszcza łóżka.

Wszystko więc spoczywa w rękach Lane’a: byłego playboya, pokerzysty bez żadnego znaczącego doświadczenia w finansach, zarządzaniu ani w ogóle jakimkolwiek praktycznym zajęciu.

Koniec końców mógł się pochwalić tylko tym, że zdobył serce dobrej kobiety.

Jednak w obliczu tak brutalnej rzeczywistości nawet to mu raczej nie pomoże.

Pikapy Toyoty zwykle nie rozwijają prędkości stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Zwłaszcza dziesięcioletnie.

Na szczęście prowadzący ją kierowca był w pełni rozbudzony, choć minęła dopiero czwarta rano.

Lizzie King z całej siły zaciskała dłonie na kierownicy i maksymalnie dociskała pedał gazu, zmierzając autostradą ku wzniesieniu.

Obudziła się w swoim domu na farmie sama. Jeszcze niedawno nie byłoby w tym nic dziwnego, ale ostatnio wszystko się zmieniło, odkąd w jej życie ponownie wkroczył Lane Baldwine. Bogaty playboy oraz główna ogrodniczka jego rodzinnej posiadłości w końcu się ze sobą na poważnie związali, a pomimo wszystkich dzielących ich różnic więzy łączącego ich uczucia okazały się silniejsze niż połączenia między atomami diamentu.

Wiedziała, że będzie przy nim trwać, cokolwiek miałoby się zdarzyć.

Znacznie łatwiej jest zresztą wyrzec się niesłychanego bogactwa, jeśli się go wcześniej nie zaznało ani nie pragnęło – zwłaszcza zaś jeśli miało się okazję zajrzeć za te połyskujące story i na własne oczy zobaczyć smętne spustoszenie kryjące się pod powierzchnią prestiżu i luksusu.

Boże drogi, Lane żyje teraz w tak wielkim stresie...

Wstała więc z łóżka, zeszła po skrzypiących schodach i pokręciła się chwilę po parterze swojego wiejskiego domku.

Wyjrzała na zewnątrz i zauważyła, że przy klonie rosnącym przed jej werandą nie stoi już porsche Lane’a. Zastanawiała się, dlaczego jej nie powiedział, że gdzieś sobie jedzie, i zaczęła się mocno niepokoić.

Minęło ledwie parę nocy od chwili, w której William Baldwine odebrał sobie życie, i tylko parę dni od momentu, gdy jego ciało znaleziono na brzegu rzeki Ohio poniżej wodospadów. Od tamtej pory Lane zdawał się nieobecny, jakby w głowie wciąż kłębiły mu się myśli o brakach w rodzinnych finansach, papierach rozwodowych, które dopiero co przekazał swojej pazernej żonie, nieopłaconych rachunkach za utrzymanie rezydencji, dramatycznej sytuacji w Bradford Bourbon Company, okropnym stanie fizycznym jego brata Edwarda i chorobie pani Aurory.

Ale ani słowem o tym wszystkim nie wspominał. Jedynym sygnałem świadczącym o odczuwanej przez niego presji była bezsenność. Lizzie bardzo to martwiło. Przy niej zawsze starał się panować nad emocjami – pytał o jej pracę w ogrodach Easterly, masował jej obolałe ramię, robił kolację, zwykle dość nieporadnie, ale kto by się tym przejmował. Gdy już wreszcie udało im się wyjaśnić wszystkie wcześniejsze nieporozumienia między sobą i w pełni zaangażować w ten związek, Lane praktycznie zamieszkał u Lizzie – a choć ją samą bardzo cieszyła jego stała obecność, to jednak wciąż odczuwała lęk, że lada chwila całkiem straci z nim kontakt.

Czasem myślała, że chyba łatwiej by jej było, gdyby ciskał wokół gromy.

Teraz zaś obawiała się, że nadeszła ta chwila. Z jakiegoś powodu zamartwiała się, dokąd Lane mógł pojechać. Pierwsze miejsce, które przyszło jej na myśl, to Easterly – rodzinna posiadłość Bradfordów. A może Stara Destylarnia, gdzie wciąż jeszcze produkowano i przechowywano rodzinny bourbon? Lub też kościół baptystów, do którego uczęszczała pani Aurora?

Oczywiście próbowała już do niego zatelefonować. Kiedy jednak rozdzwoniła się jego komórka, leżąca na szafce po jego stronie łóżka, Lizzie nie czekała ani chwili dłużej. Szybko się ubrała, złapała kluczyki i pobiegła do swojego pikapa.

Pustą autostradą jechała w stronę mostu, żeby przedostać się na drugą stronę rzeki. Wciąż dociskała pedał gazu, nawet gdy wjeżdżała na wzgórze, a potem z niego zjeżdżała ku brzegowi po stronie stanu Indiana. Jej stary pikap jeszcze bardziej się wówczas rozpędził, przy okazji klekocząc jak szalony, jakby lada chwila miały mu się poobrywać koła lub siedzenia. Lizzie wiedziała jednak, że jej przeklęty gruchot nie może się rozlecieć, ponieważ jest jej teraz niezbędnie potrzebny.

Gdzie jesteś, Lane?

Boże drogi, tyle razy pytała go, jak się czuje, a on zawsze odpowiadał: „W porządku”. Tyle mieli okazji, żeby porozmawiać, a on nigdy z nich nie skorzystał. Tyle razy rzucała mu ukradkowe spojrzenia, szukając wszelkich oznak przemęczenia lub załamania. Ale jakoś nie pojawiały się już między nimi żadne większe emocje – od tej chwili w ogrodzie, jednego intymnego, wyjątkowego momentu, gdy odnalazła go siedzącego pod kwitnącymi drzewami owocowymi i powiedziała mu, że całkowicie się co do niego pomyliła, źle go oceniła, a teraz jest gotowa udowodnić siłę swoich uczuć, przekazując mu akt własności swojego domu, który ma wystarczającą wartość, żeby opłacić prawników mogących uratować jego rodzinę przed upadkiem.

Lane mocno ją przytulił, powiedział, że ją kocha, i odmówił przyjęcia tego daru, tłumacząc, że zamierza sam wszystko naprawić, że jakoś odnajdzie sprzeniewierzone fundusze, spłaci ogromne długi, wyprowadzi firmę na prostą i odbuduje rodzinną fortunę.

A ona mu uwierzyła.

Zresztą nadal nie straciła tej wiary.

Ale od tamtej pory Lane coraz bardziej przypominał grzejnik elektryczny: fizycznie obecny i pełen ciepła, ale też całkowicie nieprzystępny i nieczuły.

Lizzie nie miała do niego o to najmniejszych pretensji.

Było to jednak dla niej dość przerażające.

W oddali, po drugiej stronie rzeki jaśniały i migotały światła dzielnicy biznesowej Charlemont, niczym opadająca na Ziemię galaktyka – fałszywy obraz, piękne złudzenie. Most łączący oba brzegi wciąż był jeszcze podświetlony na zielono i różowo z okazji niedawnego derby; wyglądał jak szykowna tęcza prowadząca prosto do ziemi obiecanej. Na szczęście na drogach nie było jeszcze samochodów, Lizzie zamierzała więc dostać się na drugą stronę rzeki, a potem od razu zjechać na River Road i pomknąć na północ na wzgórze Easterly, żeby sprawdzić, czy samochód Lane’a stoi przed rezydencją.

Nie wiedziała, co zrobi potem.

Nowo zbudowany most miał po trzy pasy po wschodniej i zachodniej stronie, ze względów bezpieczeństwa rozdzielone na całej długości betonową barierką. Przez środek konstrukcji biegły rzędy jasnych świateł, a wszystko dookoła lśniło, nie tylko dzięki oświetleniu, ale też dlatego, że most nie zdążył jeszcze poszarzeć od wiatru i deszczu. Został ukończony dopiero w marcu i oddany do użytku na początku kwietnia, dzięki czemu w całej okolicy znacznie zmniejszyły się korki...

Nagle na prawym pasie ruchu zobaczyła zaparkowany samochód – jej mózg go rozpoznał, zanim oczy zdążyły dobrze mu się przyjrzeć.

Porsche Lane’a. Lane’a!

Lizzie nadepnęła na hamulec jeszcze mocniej niż wcześniej na pedał gazu, a jej rozpędzony pikap nagle przeszedł od w pełni rozwiniętej prędkości do stanu nagłego hamowania, z lekkością wersalki wyrzuconej przez okno z pierwszego piętra. Wszystko się zatrzęsło i auto omal nie rozleciało się na kawałki, a co gorsza nadal pędziło przed siebie, jak gdyby stara toyota uznała, że włożyła zbyt wiele trudu w rozwinięcie pełnej prędkości, żeby teraz nagle ot, tak po prostu z niej zrezygnować...

Na krawędzi mostu stała ludzka postać. Na samej krawędzi, nad groźną przepaścią.

– Lane! – wrzasnęła Lizzie. – Lane!

Jej pikap wpadł w poślizg i obrócił się, tak że musiała wykręcić głowę, by nie stracić z oczu ukochanego. Wyskoczyła z samochodu, zanim jeszcze całkiem się zatrzymał. Zostawiła otwarte drzwi, włączony silnik, na luźnym biegu.

– Lane! Lane!!! Nieee!!!

Lizzie pobiegła w poprzek jezdni i pokonała barierki, które wydały jej się zbyt nędzne jak na zabezpieczenie przed potężnym spadkiem w stronę rzeki.

Lane obrócił głowę w tył...

A wówczas nagle omsknęła mu się dłoń trzymająca metalowy pręt.

W chwili gdy stracił punkt zaczepienia, na jego twarzy pojawiło się zdumienie, czy też raczej szok, który bardzo szybko przeszedł w panikę.

Jego ciało bowiem runęło prosto w pustkę poniżej mostu.

Usta Lizzie otworzyły się na całą szerokość, żeby wypuścić z jej krtani przeraźliwy krzyk.

2

Poker.

Gdy ciało Lane’a bezwładnie leciało w dół, mając pod sobą tylko słup powietrza dzielący je od toni rzeki Ohio, a w jego żyłach odezwał się spóźniony impuls do ataku lub ucieczki... umysł uczepił się myśli o partii pokera, którą siedem lat wcześniej rozgrywał w hotelu Bellagio w Las Vegas.

Na szczęście upadek przeżywał jakby w zwolnionym tempie.

Siedzieli w dziesięciu wokół stołu do gry na wysokie stawki (na wejście wymagano kwoty dwudziestu pięciu tysięcy dolarów): dwóch palaczy, ośmiu miłośników bourbona, trzech w ciemnych okularach, jeden brodacz, dwóch w czapeczkach bejsbolowych oraz tak zwany kaznodzieja w dziwnie skrojonym białym jedwabnym garniturze, jaki mógłby nosić Elvis w latach osiemdziesiątych, gdyby odpowiednio wcześnie zrezygnował z kanapek z bananami i masłem orzechowym i dożył czasów, kiedy indywidualizm lat siedemdziesiątych przerodził się w ruch punkowy.

Co jednak bardziej istotne, jak się okazało, dwa miejsca od Lane’a siedział były oficer marynarki wojennej. Kolejni gracze stopniowo odpadali, aż w końcu przy stole zostali tylko oni dwaj. Twarz byłego wojskowego nie zdradzała zupełnie nic – może dlatego, że przeżył już w życiu sytuacje znacznie niebezpieczniejsze niż siedzenie na wyściełanym stołku przy stole obciągniętym zielonym suknem. Miał też dziwne bladozielone oczy i zachowywał się podejrzanie skromnie.

Ciekawe, że ten właśnie gość, którego Lane w końcu pobił parą królów z asem, był ostatnią osobą, jaka przyszła mu na myśl.

No, może przedostatnią.

Lizzie. Boże drogi, zupełnie się nie spodziewał, że Lizzie przyjedzie i go tam zastanie, a skutki tego zaskoczenia mogą się okazać zabójcze.

O Boże, Lizzie...

Po chwili jednak w głowie Lane’a pojawił się tamten pokerzysta. Opowiadał o swoich doświadczeniach na lotniskowcu pływającym po oceanie. Szkolono ich w skokach z wysokości dziewięciu, dwunastu, piętnastu metrów ponad wodą. Mówił, że jeśli się chce przeżyć, trzeba ustawić całe ciało w odpowiedniej pozycji, zanim się uderzy w taflę wody.

Chodzi o to, żeby jak najbardziej zminimalizować współczynnik oporu.

Dobrze jest lecieć nogami w dół, ale koniecznie skrzyżowanymi w kostkach – jeśli się tego nie dopilnuje, nogi mogą się rozsunąć i wyłamać z miednicy, trzaskając niczym skrzydełka pieczonego kurczaka. Następną rzeczą, o której trzeba pamiętać, to żeby jednym ramieniem osłaniać tułów, dłonią chwytając za łokieć drugiej ręki. Ona zaś powinna kierować się w górę, wzdłuż klatki piersiowej, a rozłożoną dłonią należy zakryć usta i nos. Głowę należy ustawić równo z kręgosłupem, żeby uniknąć wstrząśnienia mózgu lub uszkodzeń odcinka szyjnego.

Trzeba przeciąć taflę wody niczym nóż.

Woda bowiem, jeśli się z nią zderzyć z ogromną prędkością, bardziej przypomina beton niż to, co zwykle wlewa się do szklanki.

Ciało musi być maksymalnie zwarte.

Jak u tych gości, którzy skaczą z klifów.

No i trzeba się modlić, żeby organy wewnętrzne zdołały przy uderzeniu utrzymać się w miejscach, w których są przyczepione do szkieletu. W przeciwnym bowiem razie – jak tłumaczył ten koleś z marynarki – będą przypominać dobrze rozbełtany omlet z warzywami w drodze na patelnię, czyli z wielką prędkością wypełnią wszystkie wolne miejsca w klatce piersiowej.

Lane zwarł ciało, zaciskając wszystkie możliwe mięśnie, żeby jak najbardziej przypominać cienkie, mocne ostrze stalowego noża. Wiatr, Boże drogi, nie tyle świszczał, co raczej ryczał mu w uszach niczym tornado. Ubranie jednak wcale nie trzepotało, a przynajmniej nic takiego nie zarejestrował. W gruncie rzeczy ten lot przypominał poniekąd piaskowanie, jakby o jego ciało uderzały całe roje cząsteczek.

Czas stanął w miejscu.

Lane’owi zdawało się, że na zawsze zawisł w niebycie, pomiędzy chwilą, kiedy czuł twarde oparcie pod stopami, a momentem zanurzenia w wodnistym grobie, który miał go zaraz pochłonąć, tak jak wcześniej pochłonął jego ojca.

– Kocham cię! – krzyknął, czy raczej tylko usiłował krzyknąć, bo trudno było stwierdzić, co właściwie wydobyło się z jego ust, zanim uderzył w taflę wody.

Najmocniej poczuł to uderzenie w biodrach i kolanach – nogi nagle jakby mu się wbiły w korpus. Potem zaś zalała go fala chłodu. W chwili gdy jego mózg zarejestrował ból, nagle całe jego ciało zaczął przenikać coraz większy ziąb.

Rzeka pochłonęła jego klatkę piersiową i głowę, jakby zamknięto je w worku na zwłoki. Miał wrażenie, że spowija go czarna zasłona odcinająca dopływ powietrza, światła i dźwięków.

Wszystko zostało niemal całkowicie wytłumione.

Płyń, myślał. Płyń!

Początkowo ramiona nie chciały go słuchać, kiedy jednak wytracił nieco prędkość, jego nogi poszły w ruch, a następnie – tak! – dłonie zaczęły rozgarniać wodę, która teraz już znów przypominała ciecz, a nie beton. Otworzył oczy – zresztą może wcale nie były zamknięte? – ale poczuł gwałtowne pieczenie, jakby polano je kwasem.

Nie oddychał. Choć czuł nieodpartą potrzebę wypuszczenia z siebie nadmiaru wrażeń i wykonania głębokiego wydechu, ze wszystkich sił próbował jak najdłużej zatrzymać w płucach bezcenny tlen.

Z całej siły machał nogami i rękami, walcząc o życie.

Żeby móc wrócić do kobiety, której już przedtem wcale nie chciał opuszczać – a teraz tym bardziej nie miał takiego zamiaru.

I udowodnić, że wcale nie jest taki sam jak jego ojciec.

Oraz mieć szansę odmienić los swojej rodziny, co do której żywił wielkie obawy, że zmierza prosto ku ostatecznemu bankructwu.

Gdy Lane spadał z mostu, Lizzie pomyślała w pierwszej chwili, że skoczy za nim. Mało brakowało, a pokonałaby barierkę i rzuciła się do rzeki.

Powstrzymała się jednak, bo zdała sobie sprawę, że w ten sposób wcale mu nie pomoże. Jasna cholera, pewnie wylądowałaby mu na głowie w chwili, gdy akurat wynurzyłby się na powierzchnię, żeby zaczerpnąć tchu. Zakładając, oczywiście, że w ogóle... O Boże...

Zaczęła nerwowo szukać telefonu w torebce. Gdzie jest ten...

Ledwo dosłyszała pisk opon samochodu hamującego koło niej. Spojrzała w jego stronę tylko dlatego, że komórka wyślizgnęła jej się z ręki i poleciała właśnie w tym kierunku.

– Skoczył? – krzyczał mężczyzna. – Skoczył?

– Spadł! – odkrzyknęła, łapiąc telefon w locie, zanim uderzył o asfalt. – Spadł!

– Mam brata w policji...

– Dziewięćset jedenaście...

Oboje jednocześnie wybrali numer alarmowy. Lizzie obróciła się i stanęła na palcach, spoglądając przez barierkę w dół. Niczego nie mogła dostrzec z powodu otaczających ją świateł oraz łez, które wzbierały jej w oczach. Serce waliło jak oszalałe, a resztkami świadomości zarejestrowała specyficzne mrowienie w dłoniach i stopach. Pot... Było jej tak gorąco, jakby prażyło południowe letnie słońce; miała wrażenie, że ocieka potem.

Trzy sygnały. A jeśli nikt nie odbierze?

Odwróciła się z powrotem w stronę faceta stojącego obok. Spojrzeli na siebie... i wówczas dopadło ją dziwne wrażenie, że zapamięta tę chwilę na zawsze. Możliwe, że on poczuł to samo.

– Halo! – wrzasnęła do słuchawki. – Jestem na moście Big Five! Przed chwilą ktoś...

– Halo! – odezwał się facet koło niej. – Tak, ktoś właśnie skoczył...

– Nie skoczył, tylko spadł! Co? A po co wam moje nazwisko? Przyślijcie tu kogoś! Nie, nie na most! Na dół, na brzeg rzeki...

– ...z tego nowego mostu. Wiem, że masz teraz dyżur... Jesteś tam na dole? Możesz kogoś ściągnąć?

– ...żeby go wyłowić. Nie, nie wiem, czy przeżył! – Lizzie zamilkła na chwilę, żeby pośród paniki zebrać myśli, a następnie powtórzyła zadane jej pytanie. – Kto to jest?

Nawet w tak dramatycznej chwili musiała chwilę się zastanowić, zanim podała jego nazwisko. Każdy strzęp informacji dotyczący Bradfordów zaraz trafiał na nagłówki, i to nie w samym Charlemont, ale w całym kraju, a Lane na pewno by nie chciał, żeby o jego skoku – cholera, nie skoku, tylko upadku – trąbiono w całym kraju. O ile, oczywiście, przeżył.

A niech tam! To sprawa życia i śmierci.

– Nazywa się Lane Bradford, to mój narzeczony. Pojechałam za nim, bo...

Bełkotała coś dalej, znów odwracając się w stronę rzeki. Jeszcze raz wychyliła się przez barierkę, z nadzieją, że zobaczy, jak głowa Lane’a wydostaje się na powierzchnię wody. Boże drogi, w ogóle nic nie widać!

Lizzie podała swoje nazwisko i numer telefonu oraz pozostałe okoliczności zdarzenia, po czym się rozłączyła. Facet koło niej też zakończył rozmowę i teraz coś do niej mówił – że zaraz przyjedzie jego brat albo kuzyn, a może i sam Święty Mikołaj. Ale Lizzie już tego nie słuchała. Miała w głowie tylko jedną myśl: że musi się jakoś dostać do miejsca, w którym jest Lane, musi...

Spojrzała na swojego rozklekotanego pikapa.

A potem na kabriolet Lane’a. Porsche 911 turbo.

W ciągu ułamka sekundy znalazła się za kierownicą jego samochodu. Na szczęście Lane zostawił kluczyk w stacyjce, bez trudu więc odpaliła silnik i wcisnęła gaz do dechy, co dało rezultat zupełnie niepodobny do tego, który znała ze swojej starej toyoty. Z piskiem opon zawróciła i popędziła szosą pod prąd.

Nie ma sprawy. Mogą ją aresztować, ale najpierw będą musieli ją dogonić – a żeby to zrobić, będą musieli dotrzeć na brzeg rzeki.

Zobaczyła przed sobą parę reflektorów, natychmiast więc zjechała na prawo. Klakson kierowcy jadącego z naprzeciwka rozdzwonił się w jej głowie niczym syrena alarmowa. Mało brakowało, a w wyniku dekoncentracji wypadłaby z jezdni, ale wciąż prowadziła ją jedna myśl – dotrzeć do Lane’a.

Pędząc z prędkością stu trzydziestu kilometrów, skręciła na wjazd na autostradę – na szczęście nikogo akurat na nim nie było. Na dole znów skręciła niezgodnie z przepisami, aż w końcu znalazła się na właściwym pasie. Dalej jednak łamała zasady ruchu drogowego: przeskoczyła krawężnik, przejechała po trawie i wylądowała na lokalnej szosie prowadzącej wzdłuż wybrzeża.

Rozpędziła się do niemal stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.

A potem gwałtownie nacisnęła hamulec.

Na brzegu, w wiktoriańskim domu o ciekawej przeszłości znajdowała się lodziarnia należąca do popularnej lokalnej sieci. Działała tu też wypożyczalnia rowerów oraz... łodzi.

Lizzie nie tyle zaparkowała kabriolet Lane’a, ile raczej porzuciła go na trawiastym poboczu, nie troszcząc się o to, że samochód jest przekrzywiony jak czapka pijaka. Zostawiła włączone światła skierowane prosto na rzekę, po czym przeskoczyła przez płot i popędziła krótko przyciętym trawnikiem w stronę przystani. Cumowało tam kilka motorówek, ale oczywiście nie było do nich kluczyków. Była też jedna dość mizerna, wywrotna łódź płaskodenna z silnikiem przyczepnym odpalanym przez pociągnięcie za linkę.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności nie była przypięta kłódką do słupka.

Lizzie wskoczyła do środka i pociągnęła linkę. Już za drugim razem udało jej się uruchomić silnik. Następnie zerwała cumę i ruszyła na środek rzeki. Przypominająca puszkę łódka podskakiwała na falach, a na twarz Lizzie pryskała woda. W świetle rzucanym przez reflektory kabrioletu niewiele dawało się dostrzec, Lizzie wytężała więc wzrok, żeby przypadkiem nie wjechać w Lane’a.

Po przebyciu niecałych stu metrów w poprzek rzeki (która zdawała się teraz wielka jak ocean) Lizzie dostrzegła w oddali coś, co uznała za cud.

Cud.

Prawdziwy cud.

3

Lane nigdy by nie podejrzewał, że woda w rzece Ohio może być taka zimna. Ani że brzeg wyda mu się tak odległy, jakby miał do przepłynięcia kanał La Manche. Ani że własne ciało tak mu będzie ciążyć, jakby do stóp przyczepiono mu betonowe bloki. Płuca zaś wcale nie chciały należycie pracować.

Prąd niósł go bardzo szybko – i nie zwiastowało to niczego dobrego, chyba że miał zamiar wylądować poniżej wodospadów, tak jak jego ojciec. Oczywiście jak na złość nieustępliwy nurt rzeki wciąż go znosił ku jej środkowi, jak najdalej od brzegu, musiał więc z nim walczyć, jeśli miał zamiar jakoś się przedostać do...

Gdy powierzchnię wody przecięła jaskrawa wiązka światła zza jego pleców, przez ułamek sekundy pomyślał, że wiara jego mamuni okazała się jednak słuszna, właśnie bowiem przyszedł po niego Jezus, żeby zabrać go do bram raju.

– Mam go! Mam go!

No dobra, głos brzmiał nieco zbyt zwyczajnie jak na istotę biblijną, a poza tym wyraźny południowy akcent wskazywał, że to człowiek, a nie Bóg.

Lane wypluł wodę i przekręcił się na plecy. Musiał zakryć oczy ramieniem, tak go oślepił blask reflektorów.

– Żyje!

Zatrzymała się obok niego łódź kabinowa, która miała z dziesięć metrów długości. Przy wyłączonym silniku obracała się rufą w jego stronę.

Rzucono mu linę, po której podciągnął się bliżej łodzi. Następnie wgramolił się na podest nad śrubami napędowymi i padł na plecy. Patrzył w noc. Nie mógł dostrzec gwiazd – może ginęły w jasnej łunie bijącej od miasta albo miał zbyt zamglony wzrok.

W jego polu widzenia znalazła się twarz kudłatego mężczyzny o siwej brodzie.

– Widzieliśmy ten skok. Na szczęście akurat...

– Z prawej burty ktoś się zbliża!

Zanim jeszcze Lane się odwrócił, od razu wiedział kto to. Po prostu wiedział. I rzeczywiście: gdy światło reflektorów skierowano w odpowiednią stronę, jego oczom ukazała się Lizzie, płynąca ku nim chybotliwą płaskodenną łodzią, której metalowe burty obijały się o powierzchnię wody. Jego silna kobieta siedziała w kucki przy pracującym całą parą silniku przyczepnym, którego jazgot doskonałe uzupełniał panikę malującą się na jej twarzy.

– Lane!

– Lizzie! – Dźwignął się i złożył dłonie przy ustach, żeby jego głos dalej się poniósł. – Nic mi nie jest! Dałem radę!

Niczym wytrawny żeglarz zatrzymała swoją łódź zaraz obok, a Lane, nie zważając na to, że jest całkiem przemoczony i przemarznięty do szpiku kości, rzucił się w jej stronę. A może to ona się na niego rzuciła? Najpewniej zrobili to oboje.

Przycisnął ją mocno do siebie, a ona odwzajemniła uścisk. Po chwili jednak wyrwała się z jego objęć i tak przywaliła mu pięścią w ramię, że o mało na powrót nie wylądował w wodzie.

– Auć!

– Coś ty, do diabła, robił na tym moście?

– Wcale nie chciałem...

– Czyś ty całkiem oszalał?

– Ja wcale...

– Mogłeś się zabić!

– Lizzie, ja...

– Jestem na ciebie po prostu wściekła!

Łódź rybacka kołysała się w przód i w tył, podczas gdy stali jakby do niej przyrośnięci. Lane nie zwracał specjalnej uwagi na to, że całej scenie przygląda się z zainteresowaniem trzech rybaków na sąsiedniej łodzi.

– Powinnam dać ci w pysk!

– Dobrze, jeśli to ci przyniesie ulgę...

– Nie przyniesie! – warknęła Lizzie. – Nie ma szans! Myślałam, że nie żyjesz!

Zaczęła płakać. Zaklął cicho pod nosem.

– Przepraszam, bardzo cię przepraszam.

Przyciągnął ją znów do siebie i mocno przytulił. Gładził ją po plecach i szeptał do ucha jakieś słowa, których potem nie pamiętał, choć sama ta chwila miała zachować się w jego wspomnieniach już na zawsze.

– Przepraszam... Naprawdę przepraszam...

A Lizzie, jak to ona, wkrótce wzięła się w garść i spojrzała mu prosto w oczy.

– Naprawdę mam ochotę znów ci przywalić.

Lane potarł obolały biceps.

– Zasłużyłem na to.

– Wszystko w porządku? – spytał jeden z mężczyzn, rzucając w ich stronę wypłowiały ręcznik o zapachu ryby. – Zadzwonić pod dziewięćset jedenaście? Czy któreś z was potrzebuje pomocy?

– Już wiedzą – odparła Lizzie.

I rzeczywiście, na moście migotały czerwono-niebieskie światła, podobne zbliżały się też do brzegu rzeki po stronie stanu Indiana.

Świetnie, pomyślał Lane, owijając się ręcznikiem. Po prostu, kurna, świetnie.

– Nic nam nie będzie – powiedział, wyciągając rękę do rybaka. – Dziękuję.

Mężczyzna o siwej brodzie uścisnął mu dłoń.

– Dobrze, że nikomu nic się nie stało. Wie pan, ludzie skaczą z tego mostu. O, w zeszłym tygodniu jeden taki skoczył i się zabił. Znaleźli go tam pod wodospadami, przy hangarze dla łodzi.

Tak, wiem, to mój ojciec – pomyślał Lane.

– Naprawdę? – udał zdziwienie. – A nic nie pisali...

– To hangar mojego kuzyna. O ile wiem, to była jakaś szycha czy coś. Nie chcą za dużo gadać.

– No cóż, przykra sprawa. Znaczy dla jego rodziny, bo pewnie jakąś miał.

– Dziękuję panom – powiedziała Lizzie do rybaków. – Bardzo dziękuję, że go panowie wyciągnęli.

Potem nastąpiła jeszcze jakaś wymiana grzeczności, z której Lane niewiele zapamiętał – poza tym, że rybacy kazali mu zatrzymać ręcznik, a on im podziękował. Następnie zaś usiadł na środkowej ławce i szczelnie opatulił się wszystkim, co miał, żeby się nie wychłodzić. Tymczasem Lizzie kilkoma mocnymi pociągnięciami odpaliła silnik i pokierowała łódź w stronę brzegu. Lane poczuł mdlący zapach benzyny i oleju silnikowego, co przywiodło mu na myśl wspomnienia z wakacji w dzieciństwie. Gdy oddalali się od łodzi rybackiej, obrócił się, żeby jeszcze raz na nią spojrzeć.

I głośno się roześmiał.

– Co? – spytała Lizzie.

– Popatrz, jak ta łódź się nazywa – odparł. – Nie do wiary!

Wskazał napis namalowany na rufie złotymi literami: „Aurora”.

No jasne, jego mamunia troszczy się o niego, chroni go i ratuje przed zgubą nawet wtedy, gdy jest fizycznie nieobecna.

– To niesamowite – przyznała Lizzie, po czym dodała gazu, a ich łódka pomknęła po falach w stronę brzegu.

Przy każdym mrugnięciu Lane’owi stawała przed oczami przepaść, w którą spadał. Wciąż na nowo przeżywał tę chwilę. I choć właśnie wraz z ukochaną kobietą zmierzał w stronę suchego lądu, myślami nadal był w tej przestrzeni niczyjej, gdzie przed chwilą stracił wszelkie poczucie bezpieczeństwa i gdzie nic prócz niewzruszonego powietrza nie oddzielało go od brutalnego zderzenia z wodą, co do której żywił poważne obawy, że go zabije.

Spojrzał teraz na Lizzie: mierzył wzrokiem ostre rysy jej twarzy, skupione spojrzenie, rozwiane jasne włosy. W miejscach, gdzie ją obejmował, miała mokre ubranie, ale najwyraźniej w ogóle nie zwróciła na to uwagi.

– Kocham cię – powiedział.

– Co?

Pokręcił tylko głową i uśmiechnął się pod nosem. Imię jego mamuni na rufie... jego kobieta u steru...

– Ukradłaś tę łódź? – spytał, przekrzykując ryk silnika.

– Tak! – krzyknęła w odpowiedzi. – Nic by mnie nie powstrzymało! Musiałam cię odnaleźć i tyle!

Dopłynęli do przystani. Lizzie prowadziła łódź wprawną ręką, naciskając dźwignię w kierunku przeciwnym do tego, w którym miał obrócić się dziób, a potem tak zręcznie wycofując, że pomimo silnego prądu ich blaszana miska tylko musnęła pomost.

Lane zarzucił cumę dziobową na słupek, Lizzie zaś zrobiła to samo z rufową. Wyciągnął ku niej dłoń, żeby jej pomóc wejść na pomost. Jednak nie od razu do niego podeszła. Najpierw sięgnęła ręką do kieszeni kurtki. Coś z niej wyjęła i zatknęła za klapkę wlewu paliwa, a potem samodzielnie wskoczyła na pomost.

– Co to było? – spytał Lane.

– Pięciodolarówka – odpowiedziała. – Zużyłam im trochę benzyny.

Lane przez dłuższą chwilę stał nieruchomo i się w nią wpatrywał, choć po kąpieli w rzece Ohio wciąż był przemarznięty do szpiku kości, a ponadto znajdowali się na terenie prywatnym, na który bezprawnie wkroczyli.

Aha, no i przy szosie właśnie zatrzymywał się radiowóz.

A Lane wciąż przeżywał bezwładne spadanie, połączone z oczekiwaniem rychłej śmierci.

Wyciągnął ręce przed siebie i ujął w dłonie śliczną twarz Lizzie, oświetloną reflektorami samochodu. Pomyślał, że ta kobieta to całkowite przeciwieństwo wszystkiego, co reprezentuje jego rodzina. Pod każdym względem.

Między innymi właśnie dlatego ją kochał. A choć to może dziwne, poczuł nagłą potrzebę scementowania ich związku.

– Słucham? – szepnęła Lizzie.

Zaczął opadać na jedno kolano.

– Lizzie...

– Boże drogi, słabo ci? – Szybkim ruchem postawiła go z powrotem na nogi i potarła mu ramiona. – Zasłabłeś! Chodź, musimy wezwać karetkę!

– Ręce do góry! – padła komenda. – I to już!

Lane spojrzał na migoczące światła i zaklął w duchu. W różnych okolicznościach można się kobiecie oświadczyć, ale jeśli człowiek w kilka minut po śmiertelnie niebezpiecznym locie prosto w odmęty rzeki Ohio wciąż jeszcze ocieka brudną wodą, a do tego otaczają go funkcjonariusze lokalnej policji...

Nie-za-bardzo.

– Zaraz, zaraz – odezwał się jeden z gliniarzy. – Ja wiem, kto to jest. To Lane Bradford, ten...

– Stul dziób – syknął inny.

– Był o nim artykuł...

– Hicks, przymknij się!

Hicks umilkł, a Lane uniósł ręce i patrzył prosto w oślepiający blask reflektorów. Nie widział przed sobą dosłownie nic. Co w pewnym sensie odpowiadało jego ogólnej sytuacji życiowej.

– Mogą mnie aresztować za korzystanie z tej łodzi? – szepnęła Lizzie, unosząc dłonie.

– Zajmę się tym – szepnął Lane. – Nic się nie martw.

Jasna cholera!

4

Easterly, posiadłość rodziny Bradfordów

– Nienawidzę cię!

Gin Baldwine – najmłodsza z trzech wciąż jeszcze żyjących kobiet w rodzinie Bradfordów noszących imiona Virginia Elizabeth – rzuciła się w stronę lampy, ale nie zdążyła jej chwycić. Może to i lepiej – pomyślała. Podstawę lampy zrobiono z wazonu z japońskiej porcelany imari, który Gin od zawsze bardzo lubiła, a na jej ręcznie wykonanym jedwabnym abażurze prawdziwą złotą nicią wyhaftowano jej inicjały.

Szkoda by było zniszczyć coś tak pięknego – a nie ulega wątpliwości, że gdyby udało jej się tą lampą rzucić, rozbiłaby się w drobny mak.

Nie doszło jednak do tego, ponieważ narzeczony Gin złapał ją za włosy, pociągnął i uniósł, aż szpilki zsunęły jej się z nóg. Przez chwilę czuła się lekka jak piórko, co było nawet dość zabawne, ale zaraz cisnął nią w dół, aż zabolały ją łopatki, zęby uderzyły o siebie, a bezużyteczna kość ogonowa przypomniała o swoim istnieniu.

Ból w dolnej części ciała przywołał też wspomnienia z dzieciństwa, gdy ojciec lał ją jednym ze swoich pasków ze skóry aligatora.

Oczywiście stanowczo odmawiała wówczas wyciągania jakichkolwiek wniosków z tych aktów przemocy i pilnowała, żeby nawet w najmniejszym stopniu nie wpływały na jej zachowanie. Zrobiłaby wszystko, by udowodnić, że ojciec nie ma władzy nad jej życiem.

No a od tamtej pory wszystko się przecież cholernie dobrze ułożyło, no nie?

Nad jej głową wyrosła chuda, kanciasta twarz Richarda Pforda.

– Możesz mnie nienawidzić, proszę bardzo. Ale nigdy więcej nie będziesz mnie tak lekceważyć. Zrozumiano?

Wciąż jeszcze ciągnął ją za włosy, zmuszając tym samym jej kark i kręgosłup do wielkiego wysiłku, nie chciała bowiem, by narzeczony urwał jej głowę.

– Ludzie i tak dobrze wiedzą, co o tobie myśleć, i to od dawna – mruknęła. – Moje zachowanie nic tutaj nie zmieni.

Spiorunowała go wzrokiem, jednocześnie się uśmiechając. Jego szczurze oczka zdradzały, że właśnie wraca wspomnieniami do czasów, gdy oboje chodzili do szkoły, a on – jako wychudzony, pryszczaty, nieznośnie rozpieszczony chłopaczek o głosie Kaczora Donalda – był obiektem licznych drwin, co ugruntowało jego niską samoocenę. Gin należała do szajki bezlitosnych szyderców i nie szczędziła mu złośliwości. Nawet jego bajeczny rodzinny majątek nie zdołał mu zapewnić odpowiedniej pozycji wśród rówieśników, ani tym bardziej nie pozwalał zdobyć którejkolwiek z dziewczyn.

A w młodzieżowym żargonie lat dziewięćdziesiątych nie brakowało form uwłaczających męskiej godności: leszcz, cienias, młot, kołek, wypierdek mamuta.

Richard otrząsnął się z zamyślenia.

– Kiedy mam spotkanie w interesach, na które mojej żony nie zaproszono, to oczekuję, że będzie ona czekać na mnie w domu. – Znów szarpnął ją za włosy. – A nie lecieć sobie do Chicago...

– Mieszkasz w moim domu!

Richard mocniej ją złapał, jakby tresował psa, trzymając go mocno za kark.

– Zwłaszcza w sytuacji, w której wyraźnie jej zakazałem korzystania z moich samolotów!

– Ale przecież gdybym wzięła któryś z floty Bradfordów, to nie miałabym gwarancji, że się o tym dowiesz.

Dezorientacja malująca się na jego twarzy rekompensowała Gin wszystko, co się dotąd stało – jak również to, co miało jeszcze nadejść.

Wyrwała się z jego uścisku i stanęła z powrotem na nogi. Jej suknia od Gucciego mocno się przekrzywiła, Gin zastanawiała się więc przez chwilę, czy ma tak zostać, czy jednak ją poprawić.

Uznała jednak, że garderoba w nieładzie lepiej się prezentuje.

– Ależ to była boska impreza – zachwycała się. – Obaj piloci też byli boscy. Wiesz, kogo zatrudniać.

Richardowi para poszła uszami i zamierzył się do uderzenia.

– Uważaj na twarz. Mam dobrą wizażystkę, ale podkład wszystkiego nie ukryje! – zaśmiała się Gin.

W jej głowie i całym ciele rozbrzmiewała szalona aria, której nic nie mogło powstrzymać. Na ułamek sekundy pomyślała o matce leżącej w łóżku w swoim apartamencie, niezdolnej do podjęcia jakiegokolwiek życiowego zadania, w czym przypominała bezdomnych narkomanów.

Tyle że ludzie z rodu Bradfordów zamiast na kartonach spali w luksusowej pościeli, a środki odurzające przepisywali im prywatni lekarze, nazywając je „lekami”.

Niezależnie jednak od przyjętej nomenklatury łatwo zauważyć, że stan odurzenia jest znacznie przyjemniejszy niż zmaganie się z rzeczywistością.

– Jestem ci potrzebny – syknął Richard. – A kiedy dokonuję jakiegoś zakupu, chcę, żeby wszystko działało należycie. Jeśli zaś coś nie działa, wyrzucam wadliwy towar do śmieci.

– Ktoś, komu marzy się stanowisko gubernatora Kentucky, powinien wiedzieć, że bicie żony bardzo źle wpływa na wizerunek.

– Oj, żebyś się nie zdziwiła. Pamiętaj, że jestem republikaninem.

Gin zerknęła ponad ramieniem Richarda w owalne lustro nad jedną z jej dwóch osiemnastowiecznych włoskich komód w stylu Ludwika XV. Odbijał się w nim idealnie skomponowany obraz ich dwojga: ona ze szminką rozmazaną na twarzy niczym krew, jej błękitna suknia podciągnięta wysoko i ukazująca koronkową górę pończoch, ciemne włosy w potarganych falach, niczym aureola (raczej średnio współgrająca z jej reputacją); on w staroświeckiej koszuli nocnej, z przedziałkiem godnym maklera z Wall Street z lat osiemdziesiątych, wszystkie mięśnie tyczkowatego ciała tak napięte, jakby zaraz miał się przewrócić. A dookoła nich – jedwabne draperie niczym suknie balowe, upięte wokół okien wysokich jak wodospady, antyki godne miejsca w londyńskim Muzeum Wiktorii i Alberta, łoże o rozmiarach sali bankietowej nakryte kołdrą z monogramem.

Tylko oni – w dezabilu, niezdolni do przeprowadzenia uprzejmej rozmowy – byli niczym fałszywy akord w pięknej sonacie, niczym rozdarcie idące przez sam środek obrazu Vermeera, niczym przebita opona w luksusowym rolls-roysie.

Gin jednak ekscytował ten upadek. Widok ich dwojga stojących na skraju szaleństwa dawał jej satysfakcjonujące poczucie wydobywania na światło dzienne czegoś podstępnie ukrytego.

Oboje jednak mieli swoje racje. Jeśli wziąć pod uwagę nagły kryzys finansowy w jej rodzinie oraz jego gubernatorskie ambicje, stanowili związek pasożyta z żywicielem, niebezpieczne połączenie jego odwiecznej słabości do najatrakcyjniejszej niegdyś panny w Charlemont oraz jej nagłej konfrontacji z perspektywą bankructwa.

Ale przecież małżeństwa zawierano już na podstawie znacznie bardziej wątłych przesłanek... takich jak na przykład złudzenie wiecznej miłości, iluzja wierności czy śmiertelnie groźna mikstura zwana przeznaczeniem.

Gin nagle poczuła się zmęczona.

– Kładę się spać – oświadczyła, odwracając się w stronę łazienki. – Nudzi mnie ta rozmowa.

Tym razem chwycił ją już nie za włosy.

– Ale ja jeszcze z tobą nie skończyłem!

Obrócił ją w swoją stronę i mocno przyciągnął do siebie. Ziewnęła mu prosto w twarz.

– Tylko się pospiesz, dobrze? Och, co ja mówię. Przecież zawsze załatwiasz sprawę ekspresowo; to właśnie najbardziej lubię w naszym pożyciu.

5

Wiejski dom Lizzie, Madisonville, Indiana

– Nie myślałaś chyba, że naprawdę chciałem skoczyć?

Lizzie słuchała, co mówi jej ukochany, siedzący na drugim końcu kanapy, i próbowała się jakoś pozbierać. Ponieważ jednak słabo jej to szło, skupiła się na miętoleniu ręcznie robionej narzuty, którą okryła sobie nogi. Jej niewielki salon znajdował się w przedniej części domu i miał ogromne sześcioczęściowe okno wychodzące na werandę, z widokiem na trawnik i podjazd. Wnętrze utrzymane było w przytulnym wiejskim stylu: na ścianach wisiały zabytkowe narzędzia rolnicze, w rogu stało staroświeckie pianino, plecione dywaniki w żywych kolorach kontrastowały z naturalnym drewnem podłóg.

Jej samotnia zazwyczaj szybko koiła skołatane nerwy. Tego ranka jednak nie było to takie proste.

Co za noc! Zanim wyjaśnili policji, co się stało, wyrazili skruchę, uporządkowali sprawy związane z samochodami i wrócili do domu, minęło około dwóch godzin.

Ale gdyby nie kumpel Lane’a, wiceszeryf Mitchell Ramsey, pewnie wciąż jeszcze tkwiliby nad brzegiem rzeki przy wiktoriańskiej lodziarni – lub może siedzieliby w komisariacie. Poddani rewizji osobistej, w kajdankach.

Mitch Ramsey potrafił jednak odpowiednio zadbać o swoich przyjaciół, nawet w najtrudniejszych sytuacjach.

Teraz więc siedzieli na jej kanapie. Lane zdążył już wziąć prysznic i miał na sobie swoją ulubioną bluzę z godłem Uniwersytetu Charlemont, ona zaś przebrała się w jedną z jego koszul i włożyła legginsy. A mimo to, Chryste Panie, choć był już maj, co na Południu coś przecież znaczy, wciąż czuła się przemarznięta do szpiku kości. Co poniekąd stanowiło chyba odpowiedź na pytanie zadane przez Lane’a.

– Lizzie? Naprawdę myślałaś, że chciałem skoczyć?

– Oczywiście, że nie.

Boże drogi, chyba nigdy nie zapomni tej chwili, gdy stał na krawędzi mostu, odwrócił się, żeby na nią spojrzeć, omsknęła mu się dłoń trzymająca barierkę i poleciał, znikając Lizzie z oczu.

– Lizzie...

Wyrzuciła ręce w górę i powiedziała, starając się (niezbyt skutecznie) panować nad głosem:

– Skoro nie miałeś zamiaru skakać, to coś tam robił, do diabła? Wychylałeś się w stronę rzeki. Tak jakbyś chciał...

– Próbowałem sobie wyobrazić, jakie to uczucie...

– Ponieważ chciałeś się zabić – dokończyła Lizzie ze ściśniętym gardłem.

– Nie. Ponieważ chciałem go zrozumieć.

Lizzie zmarszczyła brwi.

– Kogo? Twojego ojca? – No nie, przecież kogo innego miałby spróbować zrozumieć? – Lane, naprawdę istnieją inne sposoby, żeby się z tym uporać.

Można na przykład pójść na terapię i siedzieć sobie na jakiejś innej kanapie, czyli spróbować zapanować nad własnym życiem bez ryzyka, że się poleci na spotkanie własnej śmierci.

A wówczas Lizzie nie musiałaby się trapić tym, że przywłaszczyła sobie czyjąś łódkę.

Ciekawe, czy ta pięciodolarówka wciąż jeszcze tkwi w klapce wlewu paliwa...

Lane wyciągnął przed siebie zesztywniałą rękę i zaklął, gdy coś strzyknęło mu w łokciu czy może ramieniu.

– Posłuchaj. Teraz, gdy ojciec nie żyje, nigdy się już od niego niczego nie dowiem. Tkwię w tym pieprzonym bigosie, którego on narobił, a który ja teraz muszę ogarnąć. Wkurza mnie to jak diabli i nic z tego nie rozumiem. Każdy ci powie, że był z niego kawał drania, i będzie to prawda, ale od takiego stwierdzenia zbyt wiele mi się nie klaruje. Leżałem więc tutaj i gapiłem się w sufit, nie mogąc zasnąć, aż w końcu nie mogłem już tego znieść. Pojechałem na most i przeszedłem przez tę barierkę, żeby stanąć tam, gdzie on stał... Bo chciałem mieć chociaż jakieś wyobrażenie o tym, co on mógł wtedy czuć. Marzyłem o odpowiedziach na moje pytania, a nie mam gdzie ich uzyskać. Przysięgam na duszę Aurory.

Lizzie po chwili pochyliła się w jego stronę i ujęła jego dłoń.

– Przepraszam, myślałam... No cóż, zobaczyłam to, co zobaczyłam, a ponieważ nic mi o tym wszystkim nie mówiłeś...

– A co tu jest do opowiadania? Wciąż mam w głowie tylko plątaninę myśli, aż czasem chce mi się krzyczeć.

– Ale gdybyś cokolwiek mówił, przynajmniej wiedziałabym, co się dzieje. A twoje milczenie mnie przeraża. Nie tylko twoje myśli szaleją.

– Przepraszam. – Lane pokręcił głową. – Ale będę walczył. O moją rodzinę, o nas. I możesz mi wierzyć: gdybym chciał popełnić samobójstwo, na pewno nie wybrałbym takiego sposobu odebrania sobie życia jak mój ojciec. Nie chcę mieć z tym człowiekiem nic wspólnego. Noszę w sobie jego DNA i nic nie mogę na to poradzić. Ale na pewno nie mam zamiaru w jakikolwiek inny sposób się do niego upodabniać.

Lizzie wzięła głęboki oddech.

– Czy mogę jakoś ci pomóc?

– Gdyby istniało coś, co byś mogła zrobić, na pewno dałbym ci znać. Ale to wszystko teraz moja broszka. Muszę dokopać się do tych zaginionych funduszy, spłacić Prospect Trust i z Bożą pomocą postawić to wszystko na nogi. Bradford Bourbon Company istnieje od ponad dwustu lat. Nie może teraz nagle upaść. Po prostu nie może.

Lane odwrócił się w stronę okna i wyjrzał na zewnątrz. Lizzie patrzyła na jego twarz. Jak by to ujęła jej babcia, prawdziwy adonis. Przystojny jak diabli, o błękitnych oczach w odcieniu bezchmurnego jesiennego nieba, ciemnych gęstych włosach, które Lizzie lubiła przeczesywać palcami, i o tak pięknie rzeźbionym ciele, że w każdym towarzystwie przykuwało uwagę.

Dla Lizzie nie była to jednak miłość od pierwszego wejrzenia. Bynajmniej. Uważała, że niesfornego najmłodszego syna z rodu Bradfordów należy trzymać na dystans – choć tak naprawdę sama przed sobą rozpaczliwie ukrywała fakt, że on ją niesamowicie pociąga. Później zaś jakoś się zeszli... a ona zakochała się w nim niczym bohaterka filmu Sabrina.

Tyle że w jej wypadku posada „ogrodniczki” oznaczała stanowisko głównego konserwatora terenów zielonych, z dyplomem architektury krajobrazu Uniwersytetu Cornell.

Niestety po czterech tygodniach sielanki Chantal udała się do mediów i ogłosiła, że zaręczyła się z Lane’em, ponieważ jest z nim w ciąży. Dla Lizzie oznaczało to koniec, a dla Lane’a – ślub.

Zaraz po nim zresztą wyjechał na Północ i przepadł tam bez wieści.

Coś potwornego. Ależ to był okropny czas. Zaraz po ich rozstaniu Lizzie próbowała ze wszystkich sił się nie załamywać, nadal pracować w Easterly i skupić się na swoich zadaniach. Nie dało się jednak ukryć, że Chantal wkrótce potem jakoś już nie była w ciąży.

Później dopiero wyszło na jaw, że nie tyle „straciła” to dziecko, ile raczej „załatwiła sprawę” w pewnej prywatnej klinice w Cincinnati.

Nie do wiary. Chwała Bogu, że Lane się z nią rozwodzi.

Chwała Mu też za to, że Lizzie w końcu przejrzała na oczy i zdołała ponownie zaufać temu człowiekowi, nie kierując się jego marną reputacją. Chociaż mało brakowało, a całkiem by go straciła.

– Słońce wstaje – powiedział Lane. – Zaczyna się nowy dzień.

Niespiesznie przejechał dłonią po jej bosej stopie, aż dotarł do kostki. Nie była pewna, czy robił to świadomie. Często tak się działo: gdy po rozmowie z Lizzie jego uwaga skupiała się na czymś innym, jego ciało zdawało się automatycznie do niej lgnąć, jakby próbowało fizyczną bliskością nadrobić mentalny dystans między nimi.

– Boże, jak ja kocham to miejsce. – Lane uśmiechnął się, patrząc na złotą poświatę i długie cienie kładące się na trawniku przed domem i dalej, na świeżo obsianych polach. – Tak tu spokojnie...

Miał rację. W porównaniu z posiadłością Bradfordów jej wiejski dom wraz z otaczającym go kawałkiem ziemi, odizolowany od innych gospodarstw w okolicy, stanowił zupełnie inny świat. Spokój zakłócały jedynie odgłosy pługów pracujących w oddali albo czasem jakaś niesforna krowa.

W Easterly nigdy nie czuło się spokoju, nawet gdy we wszystkich pomieszczeniach panowała cisza. A już zwłaszcza teraz.

Długi, zgony, ogólny chaos.

– Chciałem się tylko dowiedzieć, czego on doświadczył, kiedy umierał – szepnął Lane. – Bo mam nadzieję, że odczuwał ból. Chciałbym wiedzieć... że cierpiał.

Lizzie pogłaskała stopą jego przedramię.

– Nie rób sobie z tego powodu wyrzutów. Taki gniew jest zupełnie normalny.

– Aurora mówi, że powinienem raczej się za niego modlić. Modlić się za jego duszę.

– No ale twoja mamunia to święta.

– To akurat racja.