Wydawca: Videograf Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Doktor Szu - Jan Purzycki, Przemysław Słowiński

Kontynuacja wątków zapoczątkowanych w powieści Wielki Szu. Niejednoznaczna końcowa scena filmu Sylwestra Chęcińskiego pozwala snuć spekulacje, co tak naprawdę stało się z legendarnym szulerem. W napisanej po niemal 30 latach powieści autorzy pokazują świat wielkich pieniędzy i niejasnych interesów prowadzonych w nowej rzeczywistości gospodarczej. Tytułowy bohater jest wprawdzie lekarzem, ale jednocześnie ma wyjątkowe uzdolnienia manualne, co dość ostentacyjnie wykorzystuje w kasynie. To ściąga na niego uwagę ludzi, którzy nie boją się ryzyka. Tym sposobem dochodzi do wielkiej konfrontacji – jej prawdziwe tło czytelnik odkrywa dopiero na końcu książki. Niesamowita intryga i barwne postacie powodują, że nowy film, który ma powstać na podstawieDoktora Szu, znów ma szansę stać się hitem.

Opinie o ebooku Doktor Szu - Jan Purzycki, Przemysław Słowiński

Fragment ebooka Doktor Szu - Jan Purzycki, Przemysław Słowiński

Projekt okładki

Marek J. Piwko {mjp}

Redakcja i korekta

Magdalena Swoboda

Anna Sakiewicz

Joanna Szewczyk

Fotografia na okładce

©Wojtek Stein/REPORTER

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Wydanie I, Chorzów 2013

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35; fax 32-348-31-25

office@videograf.pl;www.videograf.pl

Dystrybucja: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl;www.dictum.pl

Copyright © Jan Purzycki

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2012

ISBN 978-83-7835-153-5

1.

Hotel stał na lutyńskiej polanie, o której dawniej w miasteczku krążyły niezliczone opowieści. Romantyczne anegdoty, z których wynikało, że większość nieplanowanych ciąż tu miała swój szczęśliwy początek. Kiedy więc kilka lat temu pojawiły się koparki i maszyny budowlane, wielu mieszkańców Lutynia przyjęło to z przykrością. Bezczelny deweloper zabierał im miejsce najpiękniejszych, młodzieńczych wspomnień. Jednak gdy okazało się, że na polanie stanął hotel spa, który przywracał ludziom zdrowie, urodę i młodość, wiele kobiet z miasteczka zaczęło przyjeżdżać tu na zabiegi, by cofnąć się w czasie duchem i ciałem. Mieszkanki Lutynia miały specjalny rabat i płaciły o wiele mniej niż goście spoza okolicy, więc hotel na polanie szybko zyskał akceptację piękniejszej połowy mieszkańców miasteczka.

Właścicielem był doktor Szuster, który potrafił zdejmować bóle kręgosłupa i — w dosłownym znaczeniu — stawiać ludzi na nogi. Umiejętności zdobył podobno na dalekiej Syberii, choć na ścianach w poczekalni jego gabinetu wisiało wiele dyplomów i certyfikatów, które otrzymał na wyspecjalizowanych akademiach w Ameryce i Europie. To tam zdobył fortunę, dzięki której zbudował hotel i spa dla swojej młodej żony, Nataszy. Oboje byli tu obcy i nikt nie wiedział, dlaczego ich wybór padł na tę polanę, choć wielu przyznawało, że miejsce stało się jeszcze bardziej romantyczne.

Po zmroku rozjaśniony światłem hotel przypominał bajkowy okręt. Wydawało się, że lada moment odpłynie nad lasami kotliny i zniknie w dali. I taki moment rzeczywiście następował co noc. O północy gasły światła i hotel zasypiał. Znikał.

Henryk Szuster nosił kiedyś inne nazwisko i miał inny fach, był hazardzistą. Tamto życie upływało w luksusowych hotelach i w ekskluzywnych lokalach — do momentu, gdy dotknął go pech. Dzisiaj Szuster nie nazwałby tego pechem. Komuna nie tolerowała takich niebieskich ptaków i nie trzeba było pecha, by z jego profesją trafić za kraty. Po powrocie okazało się, że stracił żonę i dom, a za żoną i domem tęsknił najbardziej w ciągu tych kilku więziennych lat. I wtedy, wiele lat temu, szukając spokoju, po raz pierwszy trafił do Lutynia. Chciał tu kupić dom, ale okazało się, że chciał zbyt wiele.

Teraz doktor Szuster budził się każdej ciemnej nocy tylko po to, by sprawdzić, czy jego życie wygląda tak pięknie, jak mu się ostatnio wydawało. Najpierw jakiś czas leżał z zamkniętymi oczami i próbował usłyszeć oddech Nataszy. Spała obok niego, czy był sam? A może Natasza była tylko wytworem jego sennych marzeń? Zaniepokojony ciszą otwierał powieki i przez czas jakiś patrzył w sufit. Był w hotelu? W swoim hotelu? Czy w jakimś obcym miejscu, które być może powinien opuścić przed świtem?

Potem ostrożnie, z niepokojem, obracał głowę w prawo. Na tle nieco jaśniejszego, ciemnoniebieskiego prostokąta okna widać było profil kobiety. To Natasza? Jego Natasza? Oczy wyławiały z mroku zadarty nosek. Tak, to była jego Natasza. Był w swoim hotelu, a obok niego bezgłośnie oddychała ukochana kobieta. Mógł spokojnie spać dalej, ale żal mu było przesypiać ten piękny czas. Już dawno skończył siedemdziesiąt lat i chociaż ciągle wyglądał na pięćdziesięciolatka i był najlepszą reklamą kliniki, wiedział, że jego szczęście nie może trwać wiecznie. Co pocznie Natasza, kiedy on odejdzie i zostanie sama z synem? Gdyby Bóg dał mu jeszcze chociaż dziesięć lat życia, mógłby nauczyć Borysa wszystkiego, co mężczyzna powinien umieć. Przede wszystkim opieki nad matką. W najgorszym scenariuszu po jego śmierci pojawiał się i obejmował władzę nad wszystkim, były mąż Nataszy, Władimir Okińczyc, skończony alkoholik.

Szuster miał świadomość, że jego obawy wynikają z ogromu dobra i radości, którymi został obdarowany na stare lata. Wiadomo było, że jego szczęście, jak każde, nie będzie trwać wiecznie, a moment, kiedy opuści na zawsze to czarodziejskie miejsce, nie zależy od niego. Mówiąc językiem pokerzysty, w tej ostatniej sprawie, w ostatniej grze, mógł się zdać jedynie na los. Nie byłby sobą, gdyby i w tej grze nie szukał przewagi. Żył zdrowo, dbał o siebie i rzeczywiście wyglądał na pięćdziesięciolatka. Był przekonany, że to jego ostatnie, aczkolwiek nieszkodliwe, oszustwo. Ciesząc się, że jeszcze żyje, patrzył na śpiącą Nataszę, patrzył i… znowu zasypiał.

Natasza była młodsza od męża o ponad trzydzieści lat. Mieli siedmioletniego syna, Borysa. Chłopiec był synem Nataszy z poprzedniego związku, ale swojego biologicznego ojca nie pamiętał. Szustera kochał, jak mały chłopiec potrafi kochać każdego mężczyznę, który uczy go podejmowania ryzyka. Natasza zaś kochała Szustera, jak potrafi kochać dojrzała kobieta, która już wie, czego oczekuje od życia.

O ile jednak tytuł doktora, który występował na wszystkich dyplomach i certyfikatach Szustera, był jedynie wyrazem uznania dla jego umiejętności i talentu, o tyle doktorat Nataszy z dermatologii był prawdziwym tytułem naukowym. Natasza specjalizowała się w medycynie estetycznej, przywracała ludziom młody wygląd i korygowała defekty urody. Miała znakomite kwalifikacje i wciąż doskonaliła je na kongresach, kursach oraz rozmaitych sympozjach prowadzonych przez wybitnych specjalistów na całym świecie.

Tu, na lutyńskiej polanie, Natasza była kobietą spełnioną i szczęśliwą, ale i ona nosiła w sobie różne niepokoje. Odwrotnie niż Szuster, przeżywała je w dzień, na jawie, realnie analizując i nazywając. Często były to normalne troski dojrzałej kobiety w jej sytuacji rodzinnej, a związane były z synem i mężem. Ale od czasu do czasu wracały też wspomnienia z okresu czelabińskiego. Wtedy zaczynała się bać. Jej były mąż mógł zniszczyć ich spokój. Dziwiła się, że jeszcze ich nie odnalazł, i dziękowała za to Bogu. Jednak miała świadomość, że może się pojawić w jej życiu w każdej chwili.

Były mąż Nataszy, Wołodia Okińczyc, służył przez kilka lat w specnazie jako strzelec wyborowy i dochrapał się tam stopnia podpułkownika. Z Czeczenii wrócił do rodzinnego Czelabińska z karabinem, na którego kolbie zaznaczył nożem szesnaście nacięć, i z nie mniejszą liczbą blizn na plecach i nogach po odłamkach granatów czeczeńskich bojowników. Czasami był też człowiekiem delikatnym, wrażliwym, uduchowionym i to ta strona jego natury oczarowała swego czasu Nataszę. Ich pożycie można metaforycznie określić jako jazdę na rollercoasterze, powiedzmy — czelabińską wersję Ferrari World Abu Dhabi, po której każdorazowo z zatrzymującego się na mecie wózka wypadał na ziemię, pijany do nieprzytomności, rosyjski bohater narodowy.

2.

wtorek, 1 września 2009

Kobieta i mały chłopiec z plecaczkiem przypiętym do bagażnika zjechali ze skarpy i zatrzymali się przed przejściem dla pieszych na szosie wyjazdowej z Lutynia. Mieli zielone światło, ale matka kazała chłopcu zejść z rowerka i pouczyła go, że na pasach rower przeprowadza się na piechotę. Chłopiec tego nakazu nie rozumiał, więc matka powiedziała mu, że takie są przepisy bezpieczeństwa i należy się im podporządkować. Kiedy weszli na szosę, zza pobliskiego zakrętu wyskoczyło pędzące z ogromną prędkością bmw. Kobieta w ułamku sekundy uświadomiła sobie, że popełniła błąd, ale na ucieczkę już nie było czasu. W tym dramatycznym momencie próbowała chwycić chłopca i odrzucić od siebie. Ledwie zdążyła go nieco unieść. Siła uderzenia była ogromna. Matka została wciągnięta pod karoserię i zmiażdżona szerokimi kołami, chłopczyk wyleciał w powietrze i spadł na ciało matki.

Samochód nie zatrzymał się. Zwolnił dopiero przed tablicą „Lutyń” i ostrzeżeniem o kontroli radarowej na ulicach miasta. Po chwili znikł za następnym zakrętem.

Na przejściu dla pieszych została martwa kobieta z rozrzuconymi na boki rękami. Na niej — skulone ciało dziecka. Matka, Natasza Szuster, chciała pokazać synkowi drogę do szkoły. Ciała odkryła doktor Grzywacz, jadąca na dyżur do hotelu. Samego wypadku nikt nie widział.

Wiele godzin spędził doktor Szuster na skarpie nad przejściem dla pieszych przy szosie wyjazdowej z Lutynia. Zgarbiony, stał i patrzył. Próbował ogarnąć rozumem katastrofę, która tu się wydarzyła i coraz bardziej uświadamiał sobie, że w jego życiu i w jego duszy zostało zniszczone to, co było najcenniejsze. Natasza nie żyła, świat dla niej przestał istnieć. I tak samo dla niego świat bez Nataszy nie powinien istnieć, a jednak istniał. Nie był w stanie przyjąć tego, co stało się z Nataszą, z Borysem i co miało zdarzyć się z nim samym. Nocne niepokoje zwiastowały, że coś takiego może się stać. Może je zlekceważył, nie docenił przeczucia? Czy mógłby zapobiec? No i to najgorsze pytanie, które wieńczyło każdą gmatwaninę myśli: dlaczego? Pytanie bez odpowiedzi. Mógłby jeszcze pogodzić się z myślą, że to kara za jakieś jego grzechy z przeszłości. Za co jednak spotkała Nataszę? A za co siedmioletniego Borysa? Czy istniał Ktoś, kto to postanowił, zaplanował, a przynajmniej na to pozwolił?

Jego życie, w swojej pięknej jesieni, straciło sens. Chciał umrzeć, ale przedtem powinien coś jeszcze załatwić.

3.

Stara cerkiew pod wezwaniem Świętej Trójcy w Czelabińsku była niewielka i zaniedbana. Ściany z jasnego niegdyś piaskowca poczerniały od sadzy, okna z kolorowymi szybkami przyciemniał brud, a całe wnętrze aż prosiło się o renowację. Centralną przestrzeń świątyni wypełniało panikadiło, czyli żyrandol w kształcie krzyża greckiego, z oliwnymi lampkami. Jaśniejący odblaskiem mnóstwa świec złoty ikonostas pozwalał dostrzec cały ołtarz, z przepięknym prestołem. Nad prestołem wisiała ikona Chrystusa Pantokratora, do którego z obu stron podchodzą apostołowie. Zbawiciel odziany był w purpurowy chiton, symbolizujący jego ludzką naturę, męczeństwo i królewską godność, oraz ciemnobłękitny himation wyrażający boskość.

Przed ołtarzem stał i patrzył na ikonę Wołodia Okińczyc. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę, wysoki, barczysty. Wyglądał, jakby składał się z samych tylko ostrych kątów, cięć i linii prostych. Twarz miał zmęczoną, pociętą mimicznymi zmarszczkami.

Tego dnia obudził się z potwornym kacem. Powrót do przytomności był powolny i bolesny, zwłaszcza że przedtem, od ponad pół roku, żył w permanentnej trzeźwości. A teraz Natasza i Borys nie żyli.

Tuż za Wołodią stał pop. Wielki, z długą czarną brodą, w czarnej sutannie ze stułą na szyi, zdawał się wypełniać sobą większość pomieszczenia. Ojciec Sergiusz był człowiekiem łagodnego usposobienia i gołębiego serca. Miał też przedziwną umiejętność niesienia i darowania ukojenia tym, którzy go potrzebowali. W tym mieście wielu było chojraków, którzy nie bali się nikogo i niczego, a jednak, bywało, przychodzili do niego. Ojciec Sergiusz potrafił nagle pochylić się, zgiąć wpół i ze łzami w oczach największemu draniowi powiedzieć: „Jesteś człowiekiem. Lepszym niż ja”. Kochali go i czuli przed nim respekt.

Ojciec Sergiusz znał Wołodię od lat. I to on, po szczęśliwym powrocie Wołodii z drugiej wojny czeczeńskiej, dawał w tej cerkwi ślub jemu i Nataszy. Małżeństwo nie przetrwało, ubolewał nad tym i cierpiał za tych dwoje. Niestety, czeczeński diabeł ten węzeł rozplątał. Diabeł, który zaczął przychodzić nocą do sypialni, przynosił ciała kolegów Wołodii z odciętymi głowami iukładał je w małżeńskim łożu. Jedynym sposobem na czarta było czuwanie. Lecz ile nocy można nie spać. Wołodia rozpił się i doszło do tego, że na noc kładł pod łóżkiem karabin. Natasza przeczuwała, że dręczą go upiory i starała się mu pomóc, umawiała z terapeutą, ale Wołodia nie był w stanie z nikim rozmawiać o swoich czeczeńskich przeżyciach. W końcu postawiła mu ultimatum. Nie dzień, tydzień, czy miesiąc — dała mu pół roku na wyjście z nałogu. Była dobra dla niego. Wołodia to doceniał, ale zwłaszcza jej nie mógł powiedzieć, co przynosi do ich łóżka czeczeński diabeł, kiedy dostanie komunikat, że Wołodia jest trzeźwy. Potem wyjechała do Moskwy, cierpiał, ale nie miał do niej żalu.

Nie było też tak, jak myślała Natasza, że Wołodia nie mógł ich odnaleźć. Wołodia wytropił ją w Moskwie i wiedział, że zaczęła się spotykać z mężczyzną, Polakiem, na tyle starszym od niej, że romans raczej nie wchodził w grę, więc nie reagował. Potem zniknęła z Borysem. Wołodia szukał jej daremnie, aż przypadkiem udało się ustalić, że Polak, z którym się spotykała, nazywa się Szuster. Odnalazł ich w Polsce. Okazało się, że Natasza i Borys noszą jego nazwisko.

Zastanawiał się, co zrobić w tej sytuacji. Upiory sugerowały, że powinien zabić mężczyznę, który udaje ojca jego syna. Nawet pojechał w tej sprawie do Polski. Trzeźwym wzrokiem obserwował z ukrycia żonę, syna itego człowieka, który prędzej mógłby być dziadkiem Borysa niż jego ojcem. Natasza była pogodna, bo żyła w normalnym związku. Borys też lubił tego człowieka, to było widać. Wołodia miałby go zabić? Pomysły upiorów były absurdalne. Za co? Że dał normalne życie jego żonie i synkowi? Prędzej powinien zabić siebie.

Uspokojony i pogodzony z sytuacją wrócił do Czelabińska, ale tu znowu zaczął się taniec z demonami, które z niego szydziły. Wołodia pił, pijany wpadał w rozpacz i różne myśli przychodziły mu do głowy. Ale pewnego dnia wory porwali synka potężnego Pieszowa i pół Rosji wstrzymało oddech. Przysłali ojcu najpierw jeden maleńki paluszek, potem drugi, trzeci… Pieszow spełnił wszystkie żądania porywaczy, a i tak na koniec spoczął z synkiem we wspólnym grobie.

Wtedy Okińczyc wytrzeźwiał. Miał w Czelabińsku więcej wrogów niż Pieszow. Przyszedł do cerkwi i nawet zapalił świeczkę za to, że Natasza rozeszła się z nim i wyjechała z Borysem za granicę. Mężczyzna, z którym się związała, mógł od tej pory spać spokojnie. Chociaż nie był tego świadomy.

Od tamtego wydarzenia minęło pół roku. Wołodia nie pił i przestały nękać go koszmary. Zaczął wchodzić w biznes. Tak się składało, że różne drogi prowadziły go do Polski. Układało mu się. Do czasu. Zadzwonił do niego detektyw Gutowski, który pomagał mu odnaleźć Nataszę w Polsce. Powiedział, że jest we Wrocławiu. W gazecie przeczytał nekrolog o śmierci Nataszy i Borysa. Zadzwonił do recepcji hotelu, przedstawiając się jako pacjent doktora Szustera. Dziewczyna potwierdziła to najgorsze. Matka i syn zginęli na pasach potrąceni przez nieznanego sprawcę.

Ojciec Sergiusz powiedział, że Natasza i Borys są teraz w niebie. Dla Wołodii było to wątpliwe pocieszenie. W pierwszym odruchu chciał chwycić popa za szyję i udusić, ale duchowny spojrzał mu głęboko w oczy i Wołodia nagle poczuł jakieś kojące ciepło, jakiego nigdy wcześniej nie doznał. Zamknął oczy, pod powiekami była jasność. „To może być prawda — pomyślał. Natasza i Borys mogą być teraz w niebie. Oni oboje na pewno są w niebie!” To ciepło i ta jasność przyniosły mu ulgę, ale po chwili zrobiło mu się słabo, zachwiał się i może by się przewrócił, ale ojciec Sergiusz wziął go pod rękę i wyprowadził z cerkwi na świeże powietrze. Po chwili na bladej twarzy Okińczyca pojawił się rumieniec.

— Tak, oni są w niebie — potwierdził. — To dla mnie wielka pociecha.

Duchowny potaknął głową. Nagle Wołodia zbladł.

— Ale ja się tam nigdy nie dostanę! — jęknął.

— Dlaczego nie? — zapyał ojciec Sergiusz.

— Zabijałem…

Ojciec Sergiusz spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Byłeś na wojnie. Wyznałeś winy, okazałeś żal i skruchę, dostałeś rozgrzeszenie. Wyrzekłeś się grzechu zabójstwa.

— Wyrzekłem się… A gdybym mimo to znowu zabił?

— Wyrzekłeś się na zawsze grzechu zabójstwa — powtórzył spokojnie duchowny.

Okińczyc milczał, patrząc w posadzkę świątyni.

— Na początek odmów panichidę.

Wołodia bezradnie wzruszył ramionami.

— Odmów — powiedział ojciec Sergiusz i odszedł.

Wołodia został sam na sam z Chrystusem Pantokratorem. Patrzył na Władcę i Sędziego Wszechświata z bezradnością. Z bezradnością o niebo większą od bezradności złodzieja złapanego na gorącym uczynku. Bo choćby wyrzekł się zabijania raz na zawsze, to przecież zabójca Nataszy i Borysa nie miał prawa żyć.

Wyszedłszy na zewnątrz boczną furtką, Okińczyc znalazł się na terenie cerkiewnego cmentarza.

Tutejsza tradycja każe umieszczać na mogiłach fotografie zmarłych, najznamienitszych honoruje się pomnikami. Spojrzał na wykonane z brązu ogromne rękawice bokserskie, zdobiące mogiłę byłego wicemistrza Rosji wagi ciężkiej, zabitego w mafijnych porachunkach. Minął, wznoszący się przy głównej alei, kapiący od złota, grób dziewczyny imieniem Masza. Przeszedł obok mogiły Wasilija Kubaszowa, dyrektora czelabińskiego oddziału, zajmującego się prywatyzacją Komitetu Własności Państwowej, którego zastrzelono przed własnym domem

Obok wznosiło się miejsce ostatniego spoczynku bankiera Arkadija Kowalowa i jego ochroniarza. W pobliżu — otoczony żelaznymi barierkami — grób szefa miejscowej telewizji, Leonida Iljina.

W Czelabińsku wszystko mogło się zdarzyć — i zdarzało się co dnia.

Z bocznej alejki wyłonił się żałobny kondukt prowadzony przez innego popa, malutkiego i zasuszonego. Trumna wieziona była przez karawan marki Cadillac, lśniący od czerni i chromu.

Pomyślał, że ten karawan powinien wieźć Nataszę i Borysa, że powinien sprowadzić ich zwłoki… Odwrócił głowę. Ta myśl była nie do zniesienia.

Ruszył do wyjścia.

4.

Śledztwo w sprawie wypadkuprowadził prokurator Jerzy Morel, stały klient Szustera. Był to otyły mężczyzna, z nieco wyłupiastymi oczami, które wydawały się wychodzić z orbit, szczególnie gdy łypał nimi lubieżnie zza grubych soczewek okularów w kierunku co atrakcyjniejszych klientek spa. Był niski, obwisła dolna warga nadawała mu odpychający wygląd. Braki fizyczne starał się nadrabiać strojem, jednak z wątpliwym skutkiem. Często nosił szkarłatny krawat, który miał mu przynosić szczęście w kartach i u kobiet.

Szuster czasami grywał z Morelem w pokera w zaufanym towarzystwie i zdarzało się, że pan prokurator wygrywał, ale jego krawat nie miał z tym nic wspólnego. Podobnie mogło być z kobietami. Kiedyś, w obecności Szustera, Morel ukłonił się pięknej żonie znanego wrocławskiego lobbysty, który miał kłopoty z prawem. Kobieta nie była w stanie opanować zawstydzenia, odpowiedziała ukłonem i szybko się oddaliła. Lubieżny uśmiech Morela mógł świadczyć o tym, że zabiegała u niego o uwolnienie męża.

Morel powiedział Szusterowi, że przejście przez szosę było fatalnie usytuowane, bo w pobliżu zakrętu osłonionego skarpą, a wypadek prawdopodobnie spowodował ktoś, kto poruszał się z nadmierną prędkością, co w Polsce jest normą. Potrącił kobietę z dzieckiem, a zorientowawszy się, że obie ofiary nie żyją, po prostu uciekł. Znalezione na miejscu wypadku kawałki plastyku i inne ślady, pozwoliły ustalić, że sprawca poruszał się samochodem bmw X1, koloru ciemnoniebieskiego. Morel powiedział też, że jeśli w ciągu pierwszych dwóch tygodni nie odnajdą samochodu i sprawcy, szanse na skuteczne zakończenie śledztwa będą znikome.

Minęły owe dwa tygodnie, miesiąc, kolejny miesiąc.

Doktor Szuster w dalszym ciągu budził się każdej nocy, ale teraz — by sprawdzić, czy jego życie jest tak przerażające, jak mu się ostatnio wydawało. Najpierw jakiś czas leżał z zamkniętymi oczami i próbował usłyszeć oddech Nataszy. Zaniepokojony ciszą, otwierał powieki i przez czas jakiś patrzył na sufit. Potem wolno, z niepokojem, obracał głowę w prawo. Obok niego nie było nikogo. Jeszcze pojawiała się rozpaczliwa myśl, że może Natasza jest w łazience, ale zaraz dopadał go rozrywający serce ból.

Wstawał, ubierał się i wychodził przed hotel. Na trawniku stała rzeźba wiotkiej, niczym z obrazów Modiglianiego, kobiety. Zza jej nóg wyglądał mały chłopiec. Był to dar artysty Błonnego, który podkochiwał się w Nataszy.

Po trzech miesiącach Morel wprosił się na zabieg. Szuster ułożył go na łóżku, i układając mu kręgi, słuchał relacji o śledztwie. W pierwszych tygodniach policjanci sprawdzili kilkaset warsztatów samochodowych i znaleźli w naprawie kilka samochodów bmw X1 po kolizjach. Jednak żaden z tych samochodów nie mógł brać udziału w wypadku pod Lutyniem. Śledztwo utknęło i wszystko wskazywało na to, że zakończy się umorzeniem. Ale niedawno, w pobliżu Wrocławia, z rzeki wyciągnięto rozbite bmw. Auto miało poważne uszkodzenia. Na masce i podwoziu znaleziono mikroślady. Szczegółowe badania wykazały, że to ten samochód. Został skradziony dzień wcześniej, zaś właściciel złożył telefoniczne zawiadomienie o kradzieży na dwie godziny przed wypadkiem.

Szuster natychmiast zapytał, kto był właścicielem pojazdu. Usłyszał, że międzynarodowa firma prowadząca wynajem samochodów na całym świecie. Samochód wynajął w Warszawie obywatel amerykański, który wyemigrował jako dziecko z Wrocławia zaraz po wojnie. W czasie, kiedy doszło do wypadku, był w hotelu we Wrocławiu i jest osobą poza wszelkim podejrzeniem.

Następnie Morel w najgłębszej tajemnicy przedstawił mu inną poszlakę. Otóż dziesięć dni po wypadku, w letnim domku w górach, znaleziono ciało znanego gangstera, Klaudiusza Z. Został zastrzelony przez zawodowego mordercę. Świadczył o tym wlot od kuli znajdujący się między brwiami. W określonych środowiskach strzał taki nazywany jest mozambikiem. Badania wykazały, że mógł zginąć tego dnia, kiedy doszło do wypadku, w którym zginęła Natasza i Borys, a samo przejście dla pieszych pod Lutyniem mogło być na trasie ucieczki kilera.

Na pytanie, kto mógł być tym kilerem, Morel wzruszył bezradnie ramionami. Potem przyznał, że w wyniku działań operacyjnych uzyskano enigmatyczne informacje, jakoby miał być nim, wynajęty przez rodzimą mafię, Rosjanin.

Szuster natychmiast pomyślał o byłym mężu Nataszy.

Śledztwo trwało nadal, ale prokurator Morel nie był optymistą.

— A coś o tym Rosjaninie wiadomo? Cokolwiek? — zapytał doktor.

Morel pokręcił głową.

— Nic. Zresztą to niezbyt pewna informacja.

— A kto mógłby chcieć zabić tego gangstera, Klaudiusza Z.?

Morel uśmiechnął się ironicznie.

— Wrocław! — odpowiedział jednym słowem.

— Wrocław? Co to znaczy Wrocław? — zapytał Szuster.

— Wrocław to znaczy Wrocław. Mafia! I nic więcej już pan ode mnie nie usłyszy — odpowiedział Morel i zamilkł.

Doktor Szuster nie zadawał dalszych pytań. Miał o czym myśleć.

Szuster nigdy nie pytał Nataszy o jej byłego męża. Wiedział o nim tyle, ile uskładało się w jego pamięci z jej sytuacyjnych, wyrywkowych, emocjonalnych wypowiedzi. Wiedział więc, że walczył w Czeczenii, że rozpił się i że często na noc pod łóżkiem kładł snajperski karabin z lunetą.

Przejrzał papiery Nataszy. Znalazł metrykę ślubu, który odbył się w cerkwi pod wezwaniem Świętej Trójcy w Czelabińsku. Szuster miał w Moskwie pacjenta, niejakiego Gwidona, który był kimś ważnym w hierarchii cerkwi moskiewskiej i nawet znał osobiście Władimira Michajłowicza Gundiajewa, który w lutym tego roku został intronizowany na urząd patriarchy moskiewskiego, przyjmując imię Cyryla I. Szuster pieczołowicie pielęgnował takie kontakty. Zadzwonił do Gwidona i usłyszał, że ten często o nim myśli, a nawet tęskni za jego rękami.

Dwa tygodnie później Gwidon, ciągle występujący przed Szusterem jedynie pod swoim imieniem, zatrzymał się przejazdem w hotelu spa w Lutyniu i z radością wystawił swoje plecy pod ręce doktora. W trakcie, trwającego ponad dwie godziny, zabiegu Szuster opowiedział mu historię swojego związku z Nataszą, opowiedział o tragicznej śmierci jej i jej synka na pasach szosy wjazdowej do Lutynia oraz o dotychczasowych wynikach śledztwa.

— Czy ty myślisz, że ten domniemany kiler, Rosjanin, który zabił tu jakiegoś gangstera, a uciekając mógł zabić twoją Nataszę i Borysa, to jej były mąż? — zapytał zaszokowany Gwidon.

— Nie wiem — odpowiedział Szuster. — Ale dręczy mnie ta myśl i nie mogę się jej pozbyć.

— A myślisz, że to był przypadek… czy może z rozmysłem?

— Nie wiem. Wyobraźnia podpowiada mi na przykład… Nie, to chore…

— Powiedz.

— Mógł nadjechać, kiedy oni… i to byłby przypadek. A jak ją zobaczył, mógł nacisnąć pedał gazu… — powiedział Szuster i opuścił głowę.

— Mąż może tak, ale czy ojciec mógłby to zrobić?

— Dlatego mówię, że to, co mam w głowie, jest chore — przyznał Szuster.

— A skąd wiesz, że ten kiler to Rosjanin? — zapytał Gwidon.

— Nie wiem, to tylko domniemanie. A wiem w tajemnicy… od prokuratora. On też przychodzi do mnie z kręgosłupem.

— Strasznie cierpisz… — powiedział Gwidon i zamyślił się.

Potem do końca zabiegu nie zamienili już ani słowa. Dopiero wieczorem, po kolacji, podczas której obaj przeważnie milczeli i tylko od czasu do czasu wymieniali uwagi na temat umiejętności kucharza, wyszli na wieczorny spacer. Gwidon chciał się dowiedzieć czegoś więcej o Nataszy. Szuster odpowiedział mu krótko:

— Brali ślub w cerkwi pod wezwaniem Świętej Trójcy w Czelabińsku, 4 października 2000 roku. Jej mąż nazywa się Władymir Okińczyc. Wiem, że masz znajomości, znasz nawet patriarchę moskiewskiego, ale nie śmiem…

— Znam również Hioba, Tywoniuka, metropolitę eparchii czelabińskiej i złatoustowskiej… — odpowiedział Gwidon.

— Naprawdę, nie spodziewam się… — powiedział Szuster.

— A gdyby to był on, co byś zrobił? — zapytał Gwidon.

— Nie wiem — odpowiedział doktor.

Resztę spaceru odbyli w milczeniu. Rano Gwidon wyjechał w swoich sprawach dalej, do Genewy.

Minęło kilkanaście dni i Szuster dostał e-mail od Gwidona: „Okińczyc niewinny”.

Do tego momentu doktor Szuster pozostawał pod wpływem obsesyjnych myśli o zaklętym, przeklętym węźle zdarzeń, w którym były snajper z Czeczenii, na zlecenie polskiej mafii, morduje gangstera, a następnie uciekając z miejsca zbrodni, zabija na pasach, przypadkowo lub świadomie, swoją byłą żonę i synka. Jeśli przypadkiem — byłby to dramat, w którym surowy Bóg niemal natychmiast wymierza sprawiedliwość zawodowemu zabójcy? Ofiary poniosłyby biblijną karę za to, że był dla nich mężem i ojcem?

Tak mogło być. Szuster bezradnie nosił rozdzierający ból w dzień i w nocy. Czasami ogarniał go bunt, oślepiała go fala nienawiści i ślepa żądza zemsty, którą jednak tłumiło i obezwładniało następujące nieuchronnie przeświadczenie, że Sprawca i Jego Zamiary były poza jego zasięgiem.

W środku nocy Szuster uświadamiał sobie, że ból Okińczyca musi być niewyobrażalny, kosmiczny, przy którym jego ból, aczkolwiek równie nieskończony, jest bólem człowieka z boku, marginalnego w tym dramacie. Człowieka, któremu wydawało się, że znalazł swoje małe szczęście na polanie lutyńskiej i nikt mu go nigdy nie odbierze.

Wstawał, szedł po ciemku na skarpę i patrzył na to Miejsce.

Kto? Jaka siła sprawiła, że Okińczyc znalazł się w pędzącym aucie tu, w momencie kiedy Natasza odprowadzała Borysa do szkoły?

Czuł się wtedy ziarenkiem piasku.

Gwidon napisał: „Okińczyc niewinny!”.

5.

Wołodia Okińczyc dowiedział się od ojca Sergiusza, że pytano o niego.

— Kto pytał? — zdziwił się.

Duchowny tylko westchnął, powiedział, że „daleko” i wzniósł oczy do kopuły cerkwi. Potem jednak zlitował się nad nieszczęsnym wdowcem i powiedział, że prawdopodobnie Nataszę i Borysa zabił zawodowy morderca.

— A co mógł chcieć zawodowy morderca od Nataszy i Borysa? — zdumiał się Wołodia.

— Nic. Wcześniej zabił innego gangstera i uciekał. I tam w Polsce podejrzenie mają, że był to Rosjanin… — dodał pop.

— Że Rosjanin? I dlatego o mnie pytali? — zdenerwował się nie na żarty.

— Może w takich wypadkach o każdego pytają…

— I co pop powiedział?

— Że nie jesteś mordercą, a poza tym w tamtych dniach byłeś w Czelabińsku, przychodziłeś do cerkwi. Upiłeś się dopiero, kiedy się dowiedziałeś — odpowiedział pop.

— A kto o mnie pytał?

Ojciec Sergiusz zgiął się nagle wpół i z jego oczu zaczęły płynąć łzy. Wypowiedział swoje: „Pamiętaj, że jesteś człowiekiem” i poprosił, żeby Wołodia odprowadził go do drewnianej ławy.

Patrzył ze współczuciem, jak pop z zaciśniętymi zębami powoli rozprostowuje swoje członki, by na koniec ułożyć się na plecach.

— A ten zabity gangster to kto to był? Też Rosjanin? — zapytał jeszcze.

Ojciec Sergiusz tylko pokręcił głową.

— Polak. Kazała go zabić jakaś mafia wrocławska — powiedział i jęknął z bólu. Potem pokazał ręką, żeby Wołodia zostawił go samego.

Jeszcze tego samego dnia Okińczyc zadzwonił do przyjaciela ze Lwowa, który ze swoimi chłopcami działał na południowym pasie Polski, od granicy niemieckiej do ukraińskiej i zapytał oględnie o Wrocław. Ukrainiec miał tam znajomych, ale z Polakami trzymali się na dystans i nie wchodzili sobie w drogę. Obiecał popytać.

Potem Okińczyc zadzwonił do detektywa Gutowskiego, który mógł coś wiedzieć o mafii wrocławskiej.

— Co chcesz wiedzieć konkretnie? — odpowiedział pytaniem zaspany Gutowski.

— Konkretnie to, czy mają swojego kilera?

— Masz zlecenie? — zażartował Gutowski, jakby chcąc mu w ten sposób przypomnieć o ewentualnym podsłuchu i dodał: — A co? Pisałbyś się jakby co?

— Pytam tylko, czy mają. To dla mnie ważne.

Gutowski wiedział już wystarczająco dużo o sprawie, by rozumieć, dlaczego Wołodia pyta o kilera.

— Na pewno mają. Czasem można coś o nim przeczytać w gazetach.

— A ty, Krzysztof, nie wiesz kto to? — nie mógł się powstrzymać, by nie zadać tego pytania.

— Tego się na pewno nie dowiesz.

— Ja to ja, a ty? Ty się tego nie dowiesz?

Gutowski sporo wiedział o środowisku nazywanym mafią. Nie była to organizacja podobna do tych, znanych z sensacyjnych filmów i powieści. Niemniej we wrocławskim światku ktoś ściągał pieniądze z różnorakich przestępczych działań. Ktoś rozprowadzał narkotyki. No i od czasu do czasu zdarzały się też krwawe porachunki i morderstwa.

— A wiesz, że mam pewne podejrzenia — zaśmiał się. — Ale byś nie uwierzył.

— Może bym uwierzył.

Gutowski zaśmiał się.

— Nie, Wołodia, nie mam pojęcia, kto jest tu kilerem. I nie wiem, czy mają swojego, czy jak co, to importują…

Okińczyc zrozumiał, że Gutowski coś wie, ale teraz trzeba zakończyć rozmowę, a dalszy jej ciąg może nastąpić w cztery oczy. Pożegnał się więc i poprosił na koniec:

— Ale jakbyś coś wiedział, to zadzwoń.

— Zadzwonię — zapewnił go detektyw.

Rozłączyli się.

Detektyw Gutowski podejrzewał, że cynglem mafii jest Karol Komur, właściciel kancelarii prawnej, która mieściła się w najbardziej ekskluzywnym wieżowcu w mieście. Podejrzenia na pozór niedorzeczne, ale detektyw przypadkowo natrafił na ciekawe informacje o Komurze, ściślej mówiąc o jego młodości. Postanowił teraz tę wiedzę pogłębić.

6.

Karol Komur oficjalnie figurował jako właścicielkancelarii prawnej. Godzina jego pracy kosztowała między 500 a 1000 euro, w zależności od skali trudności sprawy, ale w rzeczywistości mecenas przede wszystkim zajmował się sprawami Korporacji, a od pewnego czasu starał się o nadzór nad jej aktywami. Był blisko, został nawet zaproszony na wirtualną kolację, którą prezes Marczuk i wiceprezes Molina odbywali zazwyczaj w czwartkowe wieczory. Dania kolacyjne były jak najbardziej realne i każdy znich zamawiał je samodzielnie, w swoich restauracjach, natomiast spożywali je we własnych gabinetach, widząc się nawzajem na ogromnych monitorach i prowadząc rozmowę na zaszyfrowanych łączach.

Na tej pierwszej, historycznej dla siebie, kolacji, Karol przedstawił swoją wizję rozwoju Korporacji. Działała ona w dwóch przestrzeniach: nielegalnej, dynamicznej i przynoszącej ogromne zyski oraz legalnej, zaniedbanej i pozostającej w stagnacji, niezdolnej przyjąć nadmiaru aktywów, które bezużytecznie spoczywały w tak zwanych bankach ziemskich. Według Karola walory, które były w posiadaniu Korporacji, powinny pracować i przynosić zyski wcale nie mniejsze niż działalność podziemna, a działalność legalna wręcz powinna być sferą dominującą.

— To co? Ja się nie liczę? A może jestem przeznaczony do likwidacji? — zapytał żartem Molina.

— Spraw, które pan prowadzi, nigdy nie wypuścimy z rąk, bo one zawsze będą przynosiły dochody — uspokoił Komur. — Ale w dzisiejszych czasach są sposoby, żeby w legalny sposób multiplikować pieniądz. Na przykład, ktoś wpłaca do naszego banku tysiąc złotych, to bank zrobi z tego dziesięć tysięcy, bo da dziesięć tysięcy kredytu.

— Co on bredzi? Do jakiego „naszego banku”? — zdziwił się Molina.

— Zachariasz, nie przeszkadzaj. Mów dalej, Karol — powiedział Marczuk.

Zachariasz Molina posłusznie zamilkł, ale na jego twarzy, widocznej na wielkim monitorze, widać było niesmak.