Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 337 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Doktor Śmierć - Jacek Caba

Dla Aleksa Wendta, młodego lekarza laryngologa zatrudnionego w Szpitalu Miejskim w Warszawie, medycyna stała się sensem życia. Po rozpadzie małżeństwa, skazany na samotność i tęsknotę za córką wychowywaną przez byłą żonę, całkowicie koncentruje się na pracy. Powszechność obcowania ze śmiercią nie zabiła w nim empatii wobec chorych, zwłaszcza dzieci. Pewnego dnia na Oddział Laryngologii zostaje przyjęty nowy pacjent w zaawansowanym stadium raka. Lokalizacja nowotworu sprawia, że rokowania są beznadziejne. Opiekując się umierającym Władysławem Szymańskim, Aleks nawiązuje z nim bliższy kontakt. Starszy człowiek, świadom swojej sytuacji, pragnie tylko jednego – godnej śmierci, poszanowania jego prawa do decydowania o własnym losie. Więź z pacjentem nabiera szczególnego wymiaru, gdy pojawia się córka Szymańskiego, Monika, piękna, tajemnicza, fascynująca kobieta, która budzi w lekarzu pragnienia miłości i bliskości, które dotąd skutecznie tłumił. Wikłając się w romans, poddając zauroczeniu Moniką, Aleks coraz bardziej skłania się ku popełnieniu kontrowersyjnego, zakazanego przez prawo czynu – eutanazji. Decyzja ta może jednak oznaczać koniec jego kariery, zawodowe samobójstwo, zwłaszcza gdy o czynie Wendta dowiedzą się jego przeciwnicy...

Opinie o ebooku Doktor Śmierć - Jacek Caba

Fragment ebooka Doktor Śmierć - Jacek Caba

Co­py­ri­ght © Ja­cek Caba 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2012

Re­dak­cja: Bar­ba­ra Sła­ma

Kon­sul­ta­cja me­dycz­na: doc. dr hab. Ja­nusz Je­rze­mow­ski

Kon­sul­ta­cja praw­na: mec. Grze­gorz Stęp­niew­ski

Ilu­stra­cja na okład­ce: De­way­ne Flo­wers/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-021-2

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2013. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

W cza­sie swe­go udrę­cze­nia wo­ła­li do Cie­bie,a Ty z nie­bios wy­słu­cha­łeśi we­dług wiel­kie­go mi­ło­sier­dzia Twe­goda­łeś im wy­ba­wi­cie­li…

Księ­ga Ne­he­mia­sza 9,271

Pro­log

Za­chy­łek grusz­ko­wa­ty.

Sły­sząc jego ła­ciń­ską na­zwę – Re­ces­su­spi­ri­for­mis – moż­na po­my­śleć o ja­kiejś eg­zo­tycz­nej ro­śli­nie, ta­jem­ni­czej bu­dow­li z okre­su ce­sar­stwa rzym­skie­go lub przed­sta­wi­cie­lu dzi­wacz­nych azja­tyc­kich pła­zów. A to frag­ment ludz­kie­go gar­dła.

Prze­cięt­ny czło­wiek, my­śląc „gar­dło”, nie wy­obra­ża so­bie tak na­praw­dę zu­peł­nie nic, no, może za wy­jąt­kiem an­gi­ny z dzie­ciń­stwa albo cze­goś do ssa­nia, co mniej lub bar­dziej przy­po­mi­na cu­kie­rek i ata­ku­je co­dzien­nie z te­le­wi­zyj­nej re­kla­my.

Jed­nak samo gar­dło to pust­ka, jed­na wiel­ka bio­lo­gicz­no-teo­re­tycz­na abs­trak­cja, a co do­pie­ro ja­kiś tam za­chy­łek grusz­ko­wa­ty, czy­li za­le­d­wie ma­lut­ki tej abs­trak­cji za­ka­ma­rek.

Trud­no so­bie wy­obra­zić, że ta­kie byle co jest waż­ne, że coś może od tego byle cze­go za­le­żeć, że to coś może zmie­nić bieg co­dzien­nych wy­da­rzeń, sło­wem, że oprócz ro­zu­mu i wol­nej woli Stwór­ca wy­po­sa­żył nas jesz­cze w za­chy­łek grusz­ko­wa­ty.

To miej­sce na sty­ku ukła­du po­kar­mo­we­go i od­de­cho­we­go, kon­kret­nie – jego czę­ści zwa­nej krta­nią.

Krtań może nie jest tak waż­na jak ser­ce albo ner­ki, ale to or­gan od­po­wie­dzial­ny za po­wsta­wa­nie gło­su – to prze­cież dzię­ki krta­ni Mick Jag­ger jest Mic­kiem Jag­ge­rem, a Ma­don­na Ma­don­ną.

Cho­ro­by krta­ni to cho­ro­by gło­su, cho­ro­by po­ro­zu­mie­wa­nia się, cho­ro­by tego, co od­róż­nia nas od zwie­rząt – mowy!

Naj­cięż­szą i naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ną z tych cho­rób jest nie­wąt­pli­wie rak krta­ni. Wy­stę­pu­je prze­waż­nie u męż­czyzn koło pięć­dzie­siąt­ki, pra­wie za­wsze pa­lą­cych, czę­sto nad­uży­wa­ją­cych al­ko­ho­lu, i wbrew obie­go­wym opi­niom, ale za to zgod­nie z wszel­ki­mi do­stęp­ny­mi sta­ty­sty­ka­mi, jest obok raka płuc i raka szyj­ki ma­ci­cy jed­nym z naj­czę­ściej spo­ty­ka­nych u czło­wie­ka no­wo­two­rów zło­śli­wych.

Mało kto wie, że tak na­praw­dę jest cał­ko­wi­cie wy­le­czal­ny. Wcze­sne wy­kry­cie daje prak­tycz­nie stu­pro­cen­to­wą pew­ność prze­ży­cia.

Roz­wi­ja się dość wol­no, bar­dzo póź­no daje prze­rzu­ty, a i te przez dłu­gi czas lo­ka­li­zu­ją się tyl­ko w oko­licz­nych wę­złach chłon­nych.

Sto­sun­ko­wo wcze­śnie po­ja­wia­ją się też ob­ja­wy – za­ata­ko­wa­nie strun gło­so­wych skut­ku­je upo­rczy­wie utrzy­mu­ją­cą się chryp­ką, któ­ra prę­dzej czy póź­niej zmu­sza cho­re­go do pod­da­nia się ba­da­niu le­kar­skie­mu. Ba­da­nie jest pro­ste: wy­star­czy rzut oka w lu­ster­ko la­ryn­go­lo­gicz­ne i wła­ści­wie wszyst­ko ja­sne. Pa­cjent zo­sta­je po­in­for­mo­wa­ny, że jest bar­dzo po­waż­nie cho­ry, ale są też i do­bre wia­do­mo­ści: je­że­li szyb­ko pod­da się ope­ra­cji, ma szan­sę!

Rak krta­ni jest od­por­ny na wszel­kie me­to­dy le­cze­nia. Nie re­agu­je na na­świe­tla­nie pro­mie­nia­mi Roe­ntge­na ani na naj­bar­dziej na­wet agre­syw­ną che­mio­te­ra­pię. Na nic, z wy­jąt­kiem za­bie­gu ope­ra­cyj­ne­go.

La­ryn­gek­to­mia. Cał­ko­wi­te usu­nię­cie krta­ni. Ko­niec mó­wie­nia. Czę­sto ele­men­tem le­cze­nia jest tak zwa­na ope­ra­cja Cra­ile’a – usu­nię­cie wszyst­kich wę­złów chłon­nych w oko­li­cy no­wo­two­ru z pod­wią­za­niem żyły szyj­nej. Dla cał­ko­wi­tej pew­no­ści.

Moż­na po­wie­dzieć – uczci­wy deal. Wy­so­ka staw­ka – wy­so­ka cena.

W koń­cu naj­waż­niej­sze jest ura­to­wa­nie ży­cia, więc w fa­cho­wym pi­śmien­nic­twie przyj­mu­je się, że ro­ko­wa­nie w przy­pad­ku tego typu no­wo­two­ru jest ra­czej po­zy­tyw­ne.

Ra­czej. No, może z jed­nym ma­łym wy­jąt­kiem.

Mamy z nim do czy­nie­nia tyl­ko w przy­pad­ku spe­cy­ficz­nej lo­ka­li­za­cji ogni­ska raka. Bo cza­sem to pa­skudz­two usa­da­wia się w za­chył­ku grusz­ko­wa­tym.

Wte­dy jest na­praw­dę nie­do­brze. Ob­ja­wy wy­stę­pu­ją zde­cy­do­wa­nie póź­niej – chryp­ka nie ostrze­ga o nie­bez­pie­czeń­stwie – na ogół pa­cjen­ci tra­fia­ją do szpi­ta­la wte­dy, gdy jest już za póź­no. Za póź­no na le­cze­nie, za póź­no na na­dzie­ję, za póź­no na ży­cie.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Roz­dział 1

Aleks Wendt stał przy oknie dy­żur­ki Od­dzia­łu Oto­la­ryn­go­lo­gii Szpi­ta­la Miej­skie­go w War­sza­wie i pa­trzył na su­ną­ce po szy­bie kro­ple desz­czu. Nie cier­piał li­sto­pa­da. Pew­nie mógł­by go ja­koś prze­żyć, le­żąc na le­ża­ku w ja­kimś cie­płym kra­ju, ale tu, w Pol­sce, li­sto­pad był po pro­stu nie do znie­sie­nia.

– I jak tu nie do­stać de­pre­chy? – mruk­nął tro­chę do sie­bie, a tro­chę do współ­to­wa­rzy­sza dy­żu­ru, Wojt­ka Sa­wic­kie­go, jo­wial­ne­go gru­ba­sa o ru­mia­nych po­licz­kach i nie­co sta­ro­mod­nym wą­si­ku, upo­dab­nia­ją­cym go bar­dziej do przed­wo­jen­ne­go go­li­bro­dy niż do spe­cja­li­sty la­ryn­go­lo­ga. Był naj­zdol­niej­szym stu­den­tem na roku, a te­raz jed­nym z naj­bar­dziej lu­bia­nych i ce­nio­nych le­ka­rzy w szpi­ta­lu. Lu­bi­li go pa­cjen­ci, bo po­tra­fił do­dać otu­chy, lu­bi­li i ce­ni­li ko­le­dzy, bo chęt­nie słu­żył radą i po­mo­cą. Nie miał wro­gów, na­wet dok­tor Paw­lak, eta­to­wa szpi­tal­na szu­ja, nie ko­pał pod nim doł­ków. Nie do wia­ry.

Aleks lu­bił dy­żu­ro­wać z Sa­wic­kim. Co praw­da, uwa­żał, że w pra­cy nie moż­na zna­leźć praw­dzi­we­go przy­ja­cie­la – za dużo sprzecz­nych in­te­re­sów i śro­do­wi­sko­wych prze­py­cha­nek – ale Woj­tek nie był ty­pem ka­rie­ro­wi­cza, nie był „śro­do­wi­sko­wy”. Żył so­bie poza ukła­da­mi. Uwiel­biał ga­dać o po­li­ty­ce i słu­chać roc­ka. Był do­brym le­ka­rzem, ale me­dy­cy­na koń­czy­ła się dla nie­go po wyj­ściu z pra­cy. Oczy­wi­ście sta­rał się być na bie­żą­co, czy­tał dużo fa­cho­wej li­te­ra­tu­ry, ale nie na­le­żał do pra­co­ho­li­ków, a przy­najm­niej sta­rał się za­cho­wać dy­stans.

– De­pre­chy to moż­na do­stać, pa­trząc na tych kre­ty­nów w sej­mie – wes­tchnął Sa­wic­ki, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od te­le­wi­zo­ra, w któ­rym re­por­ter­ka wie­czor­nych wia­do­mo­ści in­da­go­wa­ła zna­ne­go po­li­ty­ka.

– Nie­wła­ści­wa dia­gno­za, pa­nie dok­to­rze, to gro­zi ra­czej ner­wi­cą. – Aleks nie miał ocho­ty słu­chać nie­koń­czą­cej się ty­ra­dy ko­le­gi na te­mat przy­war rzą­dzą­cej ko­ali­cji. Od­wró­cił się od okna i pod­szedł do sto­li­ka, na któ­rym stał elek­trycz­ny czaj­nik i kil­ka fi­li­ża­nek.

– Chcesz kawy? – za­py­tał.

– Nie, dzię­ki, pi­łem już dwie, po­cze­kam do ko­la­cji.

W tym mo­men­cie ostro za­brzę­czał dzwo­nek in­ter­ko­mu.

– Co tam? – Sa­wic­ki nie mu­siał wsta­wać ze swo­je­go ulu­bio­ne­go fo­te­la, żeby na­ci­snąć gu­zik od­bio­ru.

Z gło­śni­ka do­biegł znie­kształ­co­ny głos dy­żur­nej pie­lę­gniar­ki, Anki Stec:

– Cia­ło obce w za­bie­go­wym.

– Samo przy­szło? – Py­ta­nie nie było zło­śli­we, ale Sa­wic­ki nie lu­bił żar­go­no­wych okre­śleń. Nie na­le­żał do ję­zy­ko­wych pe­dan­tów, po pro­stu dbał o słow­nic­two, a ko­le­żan­ki le­kar­ki chęt­nie pod­kre­śla­ły, że jest „je­dy­nym przed­sta­wi­cie­lem dys­cy­plin za­bie­go­wych, któ­ry nie prze­kli­na przy ko­bie­tach”.

– Oj, dok­to­rze, niech dok­tor nie robi so­bie żar­tów. – Anka była tro­chę skon­fun­do­wa­na tym, że dała się zła­pać na błę­dzie. – Dziec­ko z cia­łem ob­cym, pięć lat, chło­piec – zre­fe­ro­wa­ła już jak na­le­ży.

– Do­bra, mo­ment – od­parł Sa­wic­ki i zwró­cił się do Alek­sa:

– Rzu­cisz okiem?

Tak na­praw­dę nie mu­siał py­tać. To Wendt był dzi­siaj pierw­szym dy­żur­nym i to on od­po­wia­dał za przy­ję­cia w za­bie­go­wym. Było ich dwóch dla­te­go, że na od­dzia­łach za­bie­go­wych za­wsze musi dy­żu­ro­wać ze­spół, któ­ry w ra­zie cze­go bę­dzie mógł prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję.

– Ja­sne – od­rzekł Aleks. – Za­lej mi kawę, jak się woda za­go­tu­je.

– A może Sha­ki­ra ci za­le­je? Wy­pij z nią kawę w za­bie­go­wym, bę­dzie mia­ła co wspo­mi­nać do Bo­że­go Na­ro­dze­nia. – Na py­za­tej twa­rzy Sa­wic­kie­go za­go­ścił prze­wrot­ny uśmie­szek.

– A może bym ci ją tak na łeb wy­lał? Co ty na to? – od­ciął się Aleks jak zwy­kle, gdy ktoś wy­ga­dy­wał ta­kie rze­czy.

Sha­ki­ra to był „służ­bo­wy” pseu­do­nim Anki Stec. Nikt nie mó­wił o niej in­a­czej, choć po­do­bień­stwo do słyn­nej wo­ka­list­ki nie było szcze­gól­nie ude­rza­ją­ce. Wła­ści­wie poza bu­rzą nie­sfor­nych blond lo­ków nie wi­dać było żad­nych wspól­nych punk­tów, ale ni­ko­mu to nie prze­szka­dza­ło, po pro­stu prze­zwi­sko przy­lgnę­ło do niej, i już. Poza tym Anka była ład­ną dziew­czy­ną, więc nikt nie pro­te­sto­wał, a naj­mniej sama za­in­te­re­so­wa­na.

Ko­cha­ła się w Alek­sie na za­bój. Wie­dział o tym cały od­dział, a dla mę­skiej jego czę­ści był to dy­żur­ny te­mat żar­tów, cho­ciaż wszy­scy sta­ra­li się, jak mo­gli, żeby nie spra­wić dziew­czy­nie przy­kro­ści ja­kąś nie­sto­sow­ną uwa­gą.

Je­że­li jed­nak ko­mu­kol­wiek te żar­ty spra­wia­ły przy­krość, to tyl­ko Alek­so­wi, choć nig­dy tego nie oka­zy­wał. Nie mógł po­zbie­rać się po roz­wo­dzie, i mimo że mi­nę­ły już pra­wie trzy lata, to nig­dy tak do koń­ca nie po­go­dził się z tym, że już nie ma ro­dzi­ny. Nie tę­sk­nił za Ewą, miał bar­dzo do­bry kon­takt z cór­ką Ma­ry­sią, uko­cha­ną je­dy­nacz­ką, ale nie mógł się przy­zwy­cza­ić do miesz­ka­nia w po­je­dyn­kę, do sa­mot­nych wie­czo­rów z książ­ką, i w ogó­le nie wy­obra­żał so­bie, że mógł­by za­cząć wszyst­ko od nowa z inną ko­bie­tą, z inną ro­dzi­ną. Dziw­ne, ma do­pie­ro trzy­dzie­ści sześć lat, po­win­no być ła­two. A nie jest.

Chłop­cy mie­li na­praw­dę do­bre za­mia­ry. To taka te­ra­pia gru­po­wa, jak tłu­ma­czy­li: je­że­li gru­pa coś in­ten­syw­nie wtła­cza jed­no­st­ce do gło­wy, jed­nost­ka w koń­cu przyj­mu­je to do wia­do­mo­ści i za­czy­na wie­rzyć. W tym przy­pad­ku jed­nost­ka mia­ła uwie­rzyć, że ży­cie po roz­wo­dzie jest w po­rząd­ku. A nie było. Wszy­scy wy­obra­ża­li so­bie, że Aleks znaj­dzie uko­je­nie w ra­mio­nach Anki, ale cóż… Anka była do­brą dziew­czy­ną, uczyn­ną i miłą. I na tym dla Alek­sa li­sta jej za­let się koń­czy­ła.

Od­wró­cił się szyb­ko, żeby Sa­wic­ki nie za­uwa­żył smut­ku w jego oczach. Nie był to dzień wy­słu­chi­wa­nia żar­ci­ków i do­brych rad. Zresz­tą w taki bez­na­dziej­ny li­sto­pa­do­wy wie­czór nie ma śmiesz­nych żar­tów i do­brych rad. Wszyst­kie są mniej lub bar­dziej do bani.

Nie ode­zwał się więc i ener­gicz­nym kro­kiem wy­szedł na ko­ry­tarz.

♦ ♦ ♦

W ga­bi­ne­cie za­bie­go­wym cze­ka­ła mło­da za­dba­na ko­bie­ta, ubra­na w mo­kry sza­ry płaszcz. W ręku ści­ska­ła weł­nia­ną czap­kę. Nie wy­glą­da­ła na prze­stra­szo­ną, była ra­czej zdez­o­rien­to­wa­na, jak każ­dy, kto nie­ocze­ki­wa­nie znaj­dzie się w szpi­ta­lu. To za­wsze wi­dać – czło­wiek wy­glą­da wte­dy tro­chę tak, jak­by przy­był z in­ne­go wy­mia­ru, nie jest zwy­czaj­nie zde­ner­wo­wa­ny, jest za­gu­bio­ny i nie­pew­ny. Cał­ko­wi­cie zda­je się na le­ka­rza – przy­najm­niej na po­cząt­ku.

– Dzień do­bry. Co się sta­ło? – za­py­tał Aleks spo­koj­nym, cie­płym gło­sem.

Ko­bie­ta po­da­ła mu skie­ro­wa­nie z po­go­to­wia ra­tun­ko­we­go i sza­rą ko­per­tę ze zdję­ciem rent­ge­now­skim. Na skie­ro­wa­niu była krót­ka ad­no­ta­cja: Cor­pus alie­num oeso­pha­gi – „cia­ło obce w prze­ły­ku” – pie­cząt­ka le­ka­rza i mały hie­ro­gli­ficz­ny pod­pis.

– Za­krztu­sił się pod­czas je­dze­nia, pa­nie dok­to­rze, a póź­niej cią­gle po­wta­rzał, że go boli – wy­ja­śni­ła ko­bie­ta i wska­za­ła sie­dzą­ce­go na ko­zet­ce chłop­ca. Ma­lec, wy­glą­da­ją­cy na mniej wię­cej pięć lat, wtu­lał się w płaszcz mat­ki. Zer­kał na boki i spra­wiał wra­że­nie ra­czej za­in­te­re­so­wa­ne­go nie­co­dzien­nym oto­cze­niem niż prze­stra­szo­ne­go.

Aleks po­chy­lił się i po­gła­skał go po gło­wie.

– Jak masz na imię? – za­py­tał.

– Pio­truś – od­par­ło dziec­ko re­zo­lut­nie.

– A przy­pad­kiem nie Piotr? – Aleks wie­dział, że war­to zdo­być za­ufa­nie dziec­ka i te­raz jest na to naj­lep­szy mo­ment.

– Nie, Pio­truś – pa­dła zde­cy­do­wa­na od­po­wiedź.

– No do­brze, to po­wiedz mi, Pio­tru­siu, kim zo­sta­niesz, gdy bę­dziesz duży?

– Już je­stem duży – po­wie­dział szkrab bez wa­ha­nia.

To prak­tycz­nie koń­czy­ło roz­mo­wę; ma­lec dał do zro­zu­mie­nia, że nie da się na­brać na ta­nie za­gryw­ki.

Aleks lu­bił le­czyć dzie­ci, choć poza dy­żu­ra­mi i przy­chod­nią spe­cja­li­stycz­ną dwa razy w ty­go­dniu rzad­ko mie­wał z nimi kon­takt. Za­raz po sta­żu, któ­ry od­był czę­ścio­wo na od­dzia­le dzie­cię­cym, na sta­łe za­do­mo­wił się na od­dzia­le mę­skim, któ­ry mógł tak na­praw­dę no­sić na­zwę on­ko­lo­gicz­ne­go, bo był w prze­wa­ża­ją­cej i prze­ra­ża­ją­cej więk­szo­ści miej­scem le­cze­nia przy­pad­ków no­wo­two­ro­wych. Dla­te­go le­cze­nie dzie­ci było dla Alek­sa od­skocz­nią od po­nu­rych aspek­tów „do­ro­słej” me­dy­cy­ny.

Wziął z rąk mat­ki ko­per­tę, wy­jął z niej zdję­cie rent­ge­now­skie i usta­wił pod świa­tło.

Na tle nor­mal­nie za­ry­so­wa­ne­go prze­ły­ku wid­nia­ła nie­wiel­ka bia­ła­wa plam­ka o nie­re­gu­lar­nym kształ­cie. Dość ty­po­we za­cie­nie­nie wska­zy­wa­ło praw­do­po­dob­nie na kość ob­le­pio­ną reszt­ka­mi je­dze­nia.

– Co to było, kur­czak? – spy­tał Aleks, od­wra­ca­jąc się do mat­ki.

– Tak, ugo­to­wa­łam zupę ja­rzy­no­wą, pa­nie dok­to­rze, zo­sta­wi­łam tro­chę kur­czacz­ka, mu­sia­łam ja­kiejś kost­ki nie za­uwa­żyć – tłu­ma­czy­ła się ko­bie­ta. Gdy dzie­ciom dzie­je się coś złe­go, cza­sem przez zu­peł­ny przy­pa­dek, mat­ki czę­sto ob­wi­nia­ją sie­bie. Aleks wi­dział to wie­le razy. Nie ob­wi­nia­ły się tyl­ko te, któ­re na­praw­dę mia­ły coś na su­mie­niu.

– To się zda­rza – uspo­ko­ił ją. – Na­wet pani nie wie, co dzie­cia­ki po­tra­fią po­łknąć – do­dał z uśmie­chem. – Do­ro­sły by nie mógł, a dziec­ko jak naj­bar­dziej.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się lek­ko, ale w oczach mia­ła łzy.

– Pro­szę się nie mar­twić, usu­nie­my to – za­pew­nił ją Aleks.

– Pa­nie dok­to­rze, czy to… ko­niecz­ne?

– Nie­ste­ty, tak. Kość za­kli­no­wa­ła się w prze­ły­ku i sama się nie roz­pu­ści. Je­że­li ją zo­sta­wi­my, za­cznie się roz­kła­dać i wy­wo­ła pro­ces za­pal­ny w swo­im oto­cze­niu, a jesz­cze, nie daj Boże, ja­kimś ostrym kan­ci­kiem spo­wo­du­je ska­le­cze­nie i bę­dzie kło­pot. Ko­niecz­nie trze­ba ją usu­nąć, ale nie ma się czym nie­po­ko­ić, za­bieg jest ba­nal­nie pro­sty, po­trwa za­le­d­wie kil­ka mi­nut.

Aleks wie­dział, że je­że­li do­kład­nie wy­tłu­ma­czy ko­bie­cie sy­tu­ację, strach nie mi­nie, ale sta­nie się ra­cjo­nal­ny. I o to cho­dzi. To nie tyl­ko kwe­stia ludz­kie­go po­dej­ścia do pa­cjen­ta – po­trze­bo­wał jej pi­sem­nej zgo­dy na za­bieg.

– Bę­dzie go bo­la­ło?

– Nie, spo­koj­nie, to jest za­bieg w znie­czu­le­niu ogól­nym, Pio­truś ni­cze­go nie po­czu­je.

Ko­bie­cie wy­raź­nie ulży­ło. Pu­ści­ła rękę syn­ka, wy­ję­ła z to­reb­ki chu­s­tecz­kę hi­gie­nicz­ną i otar­ła łzy.

– No, przy­ja­cie­lu, pora się zdrzem­nąć – Aleks zwró­cił się we­so­ło do chłop­ca.

– Nie je­stem śpią­cy. – Trze­ba przy­znać, że mło­dziak na­le­żał do kon­kret­nych i dziel­nych za­wod­ni­ków. Jego mama była o wie­le bar­dziej prze­ra­żo­na niż on, choć to prze­cież jemu mia­no za chwi­lę wło­żyć do gar­dła kil­ku­dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wą rur­kę. – Le­ża­ko­wa­łem w przed­szko­lu. No i nie oglą­da­łem jesz­cze do­bra­noc­ki. A za­wsze oglą­dam.

– No, na to aku­rat mo­że­my coś po­ra­dzić. A tak na­praw­dę to jest taka za­mia­na.

– Jaka za­mia­na? – za­cie­ka­wił się chłop­czyk.

– No wła­śnie, za­mia­na – cią­gnął Aleks. – Te­raz tro­chę po­śpisz, za to po po­wro­cie do domu spa­nie bę­dzie za­li­czo­ne i bę­dziesz mógł przez cały wie­czór oglą­dać baj­ki.

Ta per­spek­ty­wa zde­cy­do­wa­nie bar­dziej ucie­szy­ła mamę.

– To zna­czy, że bę­dzie­my mo­gli po­tem wró­cić do domu? – za­py­ta­ła.

– Tak. Po­cze­ka­cie ja­kiś czas w po­ko­ju ob­ser­wa­cyj­nym, ale nie ma pod­staw do za­trzy­my­wa­nia dziec­ka w szpi­ta­lu.

Mat­ka wy­raź­nie się od­prę­ży­ła.

Trze­ba za­bie­rać się do ro­bo­ty. Aleks ru­szył do drzwi, żeby wy­dać dys­po­zy­cje pie­lę­gniar­kom, ale coś so­bie przy­po­mniał i się od­wró­cił.

– Aha, bę­dzie po­trzeb­ny pani pod­pis, zgo­da na za­bieg.

– Oczy­wi­ście, pa­nie dok­to­rze.

– Dzię­ku­ję. Sio­stra Ania się pań­stwem zaj­mie, do zo­ba­cze­nia.

Aleks wy­szedł na ko­ry­tarz.

– Pani Aniu, ezo­fa­go­sko­pia. Pro­szę wszyst­ko przy­go­to­wać i za­dzwo­nić po ane­ste­zjo­lo­ga, je­stem u sie­bie – rzu­cił do wy­chy­la­ją­cej się z dy­żur­ki pie­lę­gniar­ki.

– Do­brze, dok­to­rze, robi się. – Dziew­czy­na po­sła­ła mu uro­czy uśmiech.

Aleks od­wró­cił się i wol­nym kro­kiem po­szedł w stro­nę po­ko­ju le­kar­skie­go, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go pie­lę­gniar­ki tak go lu­bią.

Te­raz pora na kawę. O ko­la­cji moż­na chwi­lo­wo za­po­mnieć, ale tym zbyt­nio się nie przej­mo­wał. Nie cier­piał szpi­tal­ne­go żar­cia.

♦ ♦ ♦

– No i co tam? – Sa­wic­ki nadal sie­dział, a wła­ści­wie pół­le­żał w fo­te­lu. Kawa cze­ka­ła na sto­li­ku, jesz­cze go­rą­ca, a na ekra­nie te­le­wi­zo­ra roz­mo­wy o po­li­ty­ce za­stą­pi­ły ko­lej­ne roz­mo­wy o po­li­ty­ce. Woj­tek nie wy­glą­dał na zbyt­nio za­in­te­re­so­wa­ne­go. Po­dob­nie zresz­tą jak sy­tu­acją w ga­bi­ne­cie za­bie­go­wym. Py­ta­nie było ra­czej zwy­cza­jo­we.

– Ezo­fa­go­sko­pia – od­rzekł Aleks. – Wiesz może, kto dzi­siaj znie­czu­la? – W za­leż­no­ści od ane­ste­zjo­lo­ga moż­na było okre­ślić, czy za­bieg zo­sta­nie prze­pro­wa­dzo­ny za dwa­dzie­ścia mi­nut, czy za pół­to­rej go­dzi­ny. Nie­któ­rzy ko­le­dzy z Od­dzia­łu In­ten­syw­nej Opie­ki Me­dycz­nej przy­cho­dzi­li od razu, gdy zo­sta­li we­zwa­ni na blok ope­ra­cyj­ny, inni spo­koj­nie koń­czy­li kawę, obiad albo po­ga­węd­kę z ko­le­ga­mi, oczy­wi­ście je­że­li nie cho­dzi­ło o ra­to­wa­nie ży­cia.

– Chy­ba Za­dym­ka. Wi­dzia­łem go rano na par­kin­gu – mruk­nął nie­wy­raź­nie Sa­wic­ki, bo chy­ba przy­snął w fo­te­lu.

Ro­bert „Za­dym­ka” Ku­ja­wiak dum­nie no­sił swój przy­do­mek. Nie mo­gło być in­a­czej, bo od kil­ku lat był re­gio­nal­nym prze­wod­ni­czą­cym Związ­ku Za­wo­do­we­go Le­ka­rzy i wsła­wił się twar­dy­mi, a czę­sto agre­syw­ny­mi ne­go­cja­cja­mi z przed­sta­wi­cie­la­mi ad­mi­ni­stra­cji rzą­do­wej w spra­wie pod­wy­żek płac w służ­bie zdro­wia. Mó­wio­no, że gdy­by to od nie­go za­le­ża­ło, le­ka­rze straj­ko­wa­li­by trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni w roku. A i nie­je­den już mi­ni­ster zdro­wia zo­stał­by pew­nie ze­sła­ny do ka­mie­nio­ło­mów z wie­lo­let­nim wy­ro­kiem. Wi­ze­ru­nek związ­ko­we­go twar­dzie­la nie zjed­ny­wał Ku­ja­wia­ko­wi przy­ja­ciół, ale każ­dy, kto go znał, wie­dział, że jest do­sko­na­łym ane­ste­zjo­lo­giem. Co do tego wszy­scy byli zgod­ni.

Nie ka­zał na sie­bie dłu­go cze­kać i już po nie­speł­na pół go­dzi­nie w dy­żur­ce dał się sły­szeć jego tu­bal­ny ba­ry­ton:

– Halo, halo, jest tam kto?!

Dy­żur­ka na la­ryn­go­lo­gii była urzą­dzo­na w dość spe­cy­ficz­ny spo­sób. Otóż wcho­dzą­cy nie wi­dział, co dzie­je się w po­ko­ju. Drzwi od resz­ty po­miesz­cze­nia od­gra­dza­ła usta­wio­na w po­przek sza­fa na ubra­nia. Naj­pierw trze­ba było przejść wzdłuż niej i do­pie­ro po­tem wi­dać było, kto jest w po­ko­ju i co robi. Wy­god­ne.

– Są dwie cy­ca­te blon­dyn­ki. A kto pyta? – rzu­cił Sa­wic­ki.

– Nel­son Man­de­la, oczy­wi­ście. – Zza sza­fy wy­ło­ni­ła się nie­na­gan­na spor­to­wa syl­wet­ka ane­ste­zjo­lo­ga. Uści­snę­li so­bie dło­nie. – Lecę na ope­ra­cyj­ną, wpa­dłem się tyl­ko przy­wi­tać. Co sły­chać u pa­nów dok­to­rów? Ga­bi­ne­ci­ki pry­wat­ne pro­spe­ru­ją? – La­ryn­go­lo­dzy wie­dzie­li, że to żart z pod­tek­stem. Krą­ży­ły le­gen­dy o tym, ile za­ra­bia­ją gi­ne­ko­lo­dzy na nie­le­gal­nych skro­ban­kach i la­ryn­go­lo­dzy na pry­wat­nym le­cze­niu drob­nych scho­rzeń mig­dał­ków u bo­ga­tych star­szych pań.

– Bida z nę­dzą. Trze­ba się nie­źle na­mor­do­wać, żeby mar­ne sto ty­sia­ków mie­sięcz­nie wy­cią­gnąć – od­pa­ro­wał bez­czel­nie Aleks.

– Do­bra, pa­no­wie, do ro­bo­ty, bo wie­czo­rem jest Lot nad ku­kuł­czym gniaz­dem na Dwój­ce. Uwiel­biam ten film.

– Wi­dzia­łem z osiem razy. Do­bra, za­raz się zbie­ra­my. – Sa­wic­ki wstał cięż­ko z fo­te­la i za­czął szu­kać cze­goś w szaf­ce z do­ku­men­ta­mi. Ku­ja­wiak wy­szedł znie­czu­lać.

♦ ♦ ♦

Gdy Aleks i Woj­tek we­szli na blok ope­ra­cyj­ny, chło­piec już spał. Był przy nim Ku­ja­wiak, któ­ry re­gu­lo­wał urzą­dze­nia nad­zo­ru­ją­ce ci­śnie­nie i inne pa­ra­me­try gazu i ob­ser­wo­wał po­ja­wia­ją­ce się na zie­lo­nych ekra­nach cy­fer­ki sy­gna­li­zu­ją­ce pra­wi­dło­wość funk­cji ży­cio­wych znie­czu­la­ne­go pa­cjen­ta.

Ewa Mel­cer, dy­żur­na in­stru­men­ta­riusz­ka, ubra­na w zie­lo­ną blu­zę i spodnie, w rę­ka­wicz­kach, czep­ku i z ma­ską na twa­rzy, sta­ła przy sto­li­ku na­rzę­dzio­wym, spraw­dza­jąc po raz nie wia­do­mo któ­ry ide­al­ne uło­że­nie ste­ryl­ne­go ze­sta­wu do ezo­fa­go­sko­pii.

Aleks pod­szedł do sto­łu i za­jął miej­sce za gło­wą dziec­ka. Sa­wic­ki sta­nął po jego pra­wej stro­nie, nie­co z tyłu, żeby nie prze­szka­dzać in­stru­men­ta­riusz­ce w po­da­wa­niu na­rzę­dzi. Nie­wiel­kie­go roz­mia­ru rur­ka ezo­fa­go­sko­po­wa roz­po­czę­ła po­wol­ną wę­drów­kę. Prze­łyk pię­cio­let­nie­go dziec­ka jest wą­ski i wpro­wa­dze­nie do nie­go na­wet bar­dzo cien­kiej rur­ki jest nie lada sztu­ką. Żeby co­kol­wiek zo­ba­czyć, na­le­ży go roz­sze­rzyć, ale nie­zbyt moc­no, uni­ka­jąc przy tym ja­kich­kol­wiek gwał­tow­niej­szych ru­chów, któ­re mo­gły­by do­pro­wa­dzić do ro­ze­rwa­nia sprę­ży­stej, ale bar­dzo de­li­kat­nej ścia­ny na­rzą­du. Aleks prze­su­wał rur­kę po­wo­li i ostroż­nie. Prze­pro­wa­dził ją przez gar­dło, póź­niej po­ko­nał lek­ki opór u wej­ścia do prze­ły­ku. Jesz­cze tro­chę, jesz­cze ka­wa­łek… Aleks pa­mię­tał mniej wię­cej po­ło­że­nie cia­ła ob­ce­go, któ­re wi­dział na zdję­ciu. Jesz­cze parę mi­li­me­trów. wresz­cie jego oczom uka­za­ła się prze­szko­da. Prak­tycz­nie całe świa­tło prze­ły­ku zaj­mo­wał nie­po­gry­zio­ny ka­wa­łek mię­sa, nie­znacz­nie po­ły­sku­ją­cy, usta­wio­ny w po­przek. Nie był duży, pro­blem sta­no­wi­ło ra­czej jego po­ło­że­nie. W środ­ku znaj­do­wa­ła się praw­do­po­dob­nie kost­ka, któ­ra opar­ła się o bocz­ne ścian­ki, co unie­moż­li­wi­ło jej po­łknię­cie. Od dołu prze­świ­ty­wał, jak­by przy­kle­jo­ny do głów­nej masy, spo­ry ka­wa­łek mar­chew­ki. Aleks uznał, że wy­star­czy ob­ró­cić kost­kę o dzie­więć­dzie­siąt stop­ni, usta­wić wzdłuż prze­ły­ku, a bę­dzie do­brze wi­docz­na i ła­twa do wy­cią­gnię­cia.

– Sztan­ca – rzu­cił, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od wą­ziut­kie­go, le­d­wo wi­docz­ne­go pola ope­ra­cyj­ne­go.

Wy­cią­gnął pra­wą rękę do in­stru­men­ta­riusz­ki. Po se­kun­dzie o wnę­trze jego dło­ni ude­rzy­ły dłu­gie szczyp­czy­ki. Ostroż­nie wpro­wa­dził je w świa­tło ezo­fa­go­sko­pu. Była to czyn­ność na po­gra­ni­czu ekwi­li­bry­sty­ki, bo wi­docz­ność, na­wet w zu­peł­nie pu­stej ru­rze, była pra­wie ze­ro­wa. Sztan­ca ze szczyp­ca­mi wę­dro­wa­ła w dół, wie­dzio­na bar­dziej wy­czu­ciem Alek­sa niż jego wzro­kiem. Za­ci­snął uchwyt po­dob­ny do oczek ma­łych no­ży­czek. Ni­cze­go nie chwy­ci­ły. Jesz­cze raz. Tym ra­zem po­czuł opór. Uda­ło się uchwy­cić brzeg kost­ki ob­le­pio­nej mię­sem.

– Mam tę dziw­kę – mruk­nął.

– Da­waj, po­wo­li… – Sa­wic­ki za­glą­dał mu przez ra­mię. Ni­cze­go nie wi­dział, ale był bli­sko, go­tów w ra­zie cze­go przy­trzy­mać któ­reś z na­rzę­dzi.

Wy­da­wa­ło się jed­nak, że Aleks pew­nie chwy­cił „za­wa­li­dro­gę”. Po­wo­li za­czął prze­su­wać trzy­ma­ną w szczyp­cach kost­kę w górę prze­ły­ku. Po­ma­lut­ku, sta­ra­jąc się nie do­pu­ścić do mi­ni­mal­ne­go na­wet od­chy­le­nia na boki, mi­li­metr po mi­li­me­trze wy­cią­gał kost­kę. Już pra­wie… już wła­ści­wie była na ze­wnątrz…

I wte­dy sta­ło się!

Aleks przez cały czas trzy­mał szczyp­ca­mi mię­so z kost­ką w środ­ku, jed­nak ode­rwał się od nie­go ka­wa­łek mar­chew­ki. Sil­niej­sze po­cią­gnię­cie spra­wi­ło, że się od­kle­ił. Nie by­ło­by w tym nic strasz­ne­go, gdy­by mar­chew­ka po­zo­sta­ła w prze­ły­ku. Praw­do­po­dob­nie nie trze­ba by jej było wy­cią­gać, chłop­czyk po­łknął­by ją po pro­stu po prze­bu­dze­niu. Spa­dła jed­nak w naj­bar­dziej nie­od­po­wied­nie miej­sce, ja­kie moż­na było so­bie wy­obra­zić…

– Tcha­wi­ca! – krzyk­nął Aleks. Dla wszyst­kich sta­ło się ja­sne, że pro­sty za­bieg za­mie­nił się w wal­kę o ży­cie.

Tego nikt się nie spo­dzie­wał.

– Spo­koj­nie. Wy­cią­gniesz. – Sa­wic­ki od­su­nął się i za­marł w ocze­ki­wa­niu. Te­raz rze­czy­wi­ście spo­kój był chy­ba naj­cen­niej­szą rze­czą.

– Nie od­dy­cha – stwier­dził Ku­ja­wiak rów­nie spo­koj­nie, lecz sta­now­czo. – Masz mało cza­su.

– La­ryn­go­skop! – rzu­cił Aleks do in­stru­men­ta­riusz­ki. Za­czął się po­cić. Na jego far­tu­chu pod pa­cha­mi po­ja­wi­ły się ciem­ne pla­my.

Rura ezo­fa­go­sko­po­wa była już na ze­wnątrz, zu­peł­nie nie­przy­dat­na. Aleks w pra­wej ręce trzy­mał szczyp­ce, a lewą chwy­cił la­ryn­go­skop i pod­wa­żył ję­zyk.

– Gdzie ona jest? – mam­ro­tał zde­ner­wo­wa­ny. – Gdzie jest, kur­wa, ta je­ba­na mar­chew­ka?! – Czas mi­jał nie­ubła­ga­nie. Dziec­ku zo­sta­ły już tyl­ko se­kun­dy ży­cia.

– Re­ani­ma­cja! – za­rzą­dził Ku­ja­wiak i rzu­cił się, by roz­po­cząć ma­saż ser­ca. Za­wa­dził przy tym nogą o sto­łek sto­ją­cy przy apa­ra­tu­rze, któ­ry zwy­kle słu­żył ane­ste­zjo­lo­go­wi do sie­dze­nia pod­czas dłu­gich za­bie­gów. Ku­ja­wiak kop­nął go tak moc­no, że sto­lik ude­rzył w sto­ją­cą w rogu szaf­kę z le­ka­mi. Roz­legł się brzęk tłu­czo­ne­go szkła, stal za­dzwo­ni­ła o ka­fel­ki. To wszyst­ko jak­by wy­rwa­ło Sa­wic­kie­go z odrę­twie­nia. W jego ręku nie wia­do­mo skąd po­ja­wił się skal­pel.

– Tra­che­oto­mia! Aleks, puść mnie, na­ci­nam!

Na­cię­cie tcha­wi­cy po­ni­żej miej­sca za­tka­nia da­ło­by moż­li­wość wpro­wa­dze­nia po­wie­trza do ukła­du od­de­cho­we­go.

– Po­cze­kaj, kur­wa, nie wiesz, jak głę­bo­ko spa­dło – po­wie­dział Aleks. I to był wła­śnie pro­blem. Tra­che­oto­mia, nie dość, że kar­ko­łom­na w tych wa­run­kach, nie da­wa­ła gwa­ran­cji po­wo­dze­nia. – Daj mi kil­ka se­kund.

– Tra­ci­my go. – Szyb­kość ru­chów Ku­ja­wia­ka kon­tra­sto­wa­ła z jego spo­koj­nym gło­sem. Aleks wie­dział, że jest to spo­kój po­zor­ny, ale wie­dział rów­nież, że na sali ope­ra­cyj­nej nie ma nic gor­sze­go niż spa­ni­ko­wa­ny ane­ste­zjo­log. Ro­bert to do­sko­na­ły fa­cho­wiec.

Aleks wpro­wa­dził szczyp­ce przez krtań do tcha­wi­cy. Mi­nę­ło może pięć, może sie­dem se­kund, ale wy­da­wa­ło mu się, że trwa to całe go­dzi­ny, jak­by po­ru­szał się w zwol­nio­nym tem­pie.

– Mam! – sap­nął w koń­cu i uła­mek se­kun­dy póź­niej cały ka­wa­łek mar­chew­ki, jak­by wy­strze­lo­ny z pro­cy, wy­le­ciał z buzi dziec­ka. Ku­ja­wiak, nie cze­ka­jąc ani chwi­li, na­tych­miast za­czął wen­ty­lo­wać ma­łe­go pa­cjen­ta.

– Uda­ło się. Mamy go – po­wie­dział po chwi­li.

Ewa Mel­cer, bla­da jak ścia­na, klap­nę­ła na sto­łek i ode­tchnę­ła głę­bo­ko. Sa­wic­ki starł tyl­ko z czo­ła kro­pel­ki potu. Przez cały czas ści­skał w ręku skal­pel, jak­by szy­ko­wał się do za­da­nia cio­su. Ku­ja­wiak nadal re­gu­lo­wał coś na urzą­dze­niach mo­ni­to­ru­ją­cych.

Nikt nic nie mó­wił.

Alek­so­wi krę­ci­ło się w gło­wie. Mu­siał wyjść. Jak naj­szyb­ciej. Jak naj­da­lej.

Otwo­rzył drzwi i wy­padł na ko­ry­tarz. Pod­szedł do ścia­ny, chcąc się o nią oprzeć, i wte­dy za­uwa­żył mat­kę chłop­ca. Zu­peł­nie o niej za­po­mniał. Szła w jego stro­nę. W oczach mia­ła na­dzie­ję – Aleks tak czę­sto wi­dział ją w oczach lu­dzi, któ­rych bli­scy byli ope­ro­wa­ni. Oni po pro­stu nie do­pusz­cza­li do sie­bie my­śli, że mogą usły­szeć złe wia­do­mo­ści.

W ułam­ku se­kun­dy przez jego gło­wę prze­wi­nę­ła się naj­pierw cała ope­ra­cja, a póź­niej po­ja­wi­ła się nie­okre­ślo­na, ale nie­mal fi­zycz­nie bo­le­sna świa­do­mość, że jesz­cze kil­ka se­kund i trze­ba by­ło­by ko­bie­cie, któ­ra za­le­d­wie parę go­dzin temu ba­wi­ła się ze swo­im dziec­kiem, a po­tem przy­wio­zła je na ba­nal­ny za­bieg, wy­tłu­ma­czyć, że sta­ła się naj­strasz­liw­sza rzecz, jaką tyl­ko moż­na so­bie wy­obra­zić.

Aleks ogrom­nym wy­sił­kiem woli zmu­sił się do przy­wo­ła­nia na twarz gry­ma­su, któ­ry, miał na­dzie­ję, choć tro­chę przy­po­mi­na uśmiech.

– W po­rząd­ku. Już po wszyst­kim – zdo­łał wy­krztu­sić. Na twa­rzy ko­bie­ty od­ma­lo­wa­ła się ulga, ale on nie był w sta­nie z nią roz­ma­wiać.

Od­wró­cił się i po­biegł do dy­żur­ki.

Za­trza­snął za sobą drzwi, po­chy­lił się nad umy­wal­ką i zwy­mio­to­wał.

Pu­ścił wodę, pod­niósł gło­wę i spoj­rzał na swo­je od­bi­cie w lu­strze. Jego twarz była tru­pio bla­da.

– O kur­wa – za­klął ci­cho.

Roz­dział 2

Ci­szę zi­mo­we­go po­ran­ka roz­darł pisk bu­dzi­ka.

Aleks nie­chęt­nie otwo­rzył oczy i po omac­ku roz­po­czął po­szu­ki­wa­nie źró­dła tego upior­ne­go dźwię­ku. W koń­cu na­krył ręką te­le­fon ko­mór­ko­wy i po kil­ku nie­uda­nych pró­bach uda­ło mu się na­ci­snąć od­po­wied­ni kla­wisz. Wziął apa­rat do ręki i spoj­rzał na wy­świe­tlacz: szó­sta trzy­dzie­ści. Wstał i pod­szedł do okna. Na dwo­rze było jesz­cze zu­peł­nie ciem­no i pró­szył drob­ny śnieg. Ter­mo­metr wska­zy­wał zero. Kosz­mar. Po­wo­li po­czła­pał do ła­zien­ki.

Go­le­nie, szyb­ki prysz­nic i po dwu­dzie­stu mi­nu­tach zbie­gał w dre­sie z dru­gie­go pię­tra, go­to­wy do po­ran­ne­go jog­gin­gu.

Nie cier­piał bie­gać. Wła­ści­wie gdy­by ktoś go za­py­tał, dla­cze­go co­dzien­nie z re­gu­lar­no­ścią szwaj­car­skie­go ze­gar­ka roz­po­czy­na po­ran­ny trucht, ka­tu­jąc się w ten spo­sób za­wsze przez do­kład­nie dwa­dzie­ścia pięć mi­nut, nie mógł­by udzie­lić lo­gicz­nej od­po­wie­dzi. Nig­dy nie miał pro­ble­mów z nad­wa­gą, był zdrów jak ryba i nie dbał o syl­wet­kę czy stan zdro­wia. Wma­wiał so­bie jed­nak, że tak na­le­ży, że tak jest zdro­wo. Ła­pał się w po­trzask prze­ko­nań, któ­re sam so­bie na­rzu­cał.

Całe jego ży­cie było udo­wad­nia­niem, że po­tra­fi. Komu? Z tym to róż­nie by­wa­ło. Na po­cząt­ku na pew­no ro­dzi­com, a naj­bar­dziej chy­ba ojcu.

Aleks po­cho­dził z tak zwa­nej do­brej ro­dzi­ny. Oczy­wi­ście le­kar­skiej. Nikt wła­ści­wie nie wie, dla­cze­go dzie­ci le­ka­rzy naj­czę­ściej zo­sta­ją le­ka­rza­mi, ale tak po pro­stu jest i chy­ba za­wsze bę­dzie. Aleks nie od­bie­gał od ste­reo­ty­pu, cho­ciaż nig­dy nie był chło­pa­kiem ste­reo­ty­po­wym. W li­ceum pi­sał wier­sze i sztu­ki dla ama­tor­skie­go te­atru, ko­chał mu­zy­kę, grał zresz­tą pra­wie na wszyst­kim, co wziął do ręki, mimo że jego edu­ka­cja mu­zycz­na ogra­ni­czy­ła się do kil­ku lat pry­wat­nych lek­cji gry na for­te­pia­nie. Po­tem, już na stu­diach, śpie­wał w ze­spo­le roc­ko­wym o za­bój­czej na­zwie Me­di­po­wer, zresz­tą bar­dzo lu­bia­nym i po­pu­lar­nym w krę­gach uczel­nia­nych. Sło­wem, za­wsze sta­rał się wy­róż­niać z tłu­mu. Po ma­tu­rze my­ślał o pra­wie, a może o szko­le ak­tor­skiej, a jed­nak skoń­czył na me­dy­cy­nie. Dla­cze­go? Może dla­te­go, że chciał po­ka­zać, iż po­tra­fi? Ale komu? Ojcu czy so­bie?

Było pięt­na­stu kan­dy­da­tów na jed­no miej­sce, a on do­stał się oczy­wi­ście za pierw­szym po­dej­ściem. Kie­dy był star­szy, też szu­kał wy­zwań. Co­raz mniej ob­cho­dzi­ły go opi­nie in­nych, co­raz czę­ściej mu­siał udo­wad­niać sam so­bie, że po­tra­fi, że wy­gra, że znów bę­dzie naj­lep­szy. Sta­rał się nie oka­zy­wać sła­bo­ści, pra­wie za­wsze uśmiech­nię­ty, spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka, któ­re­mu wszyst­ko się uda­je.

Z mał­żeń­stwem było tak samo. Ewę po­znał na stu­diach, w dys­ko­te­ce, pod­czas jed­ne­go z wa­riac­kich wie­czo­rów, ja­kie urzą­dza­li z kum­pla­mi z roku. Naj­pierw była tak zwa­na pre­me­dy­ka­cja, ter­min jak naj­bar­dziej fa­cho­wy, ozna­cza­ją­cy wstęp­ne znie­czu­le­nie – pili przez dwie, trzy go­dzi­ny w domu albo w pu­bie, po czym roz­po­czy­na­li rajd po knaj­pach i za­wo­dy, kto wy­rwie naj­faj­niej­szą dziew­czy­nę. Aleks miesz­kał jesz­cze wte­dy z ro­dzi­ca­mi i cza­sem wra­cał do domu nad ra­nem, a cza­sem wca­le. Szedł pro­sto na za­ję­cia, przy­sy­pia­jąc póź­niej gdzieś w ką­cie.

Ewkę na po­cząt­ku po­trak­to­wał jak za­da­nie. Była ślicz­na, wy­so­ka, smu­kła. Sta­ła opar­ta o bar, za­my­ślo­na, nie­przy­stęp­na, po­pi­ja­ła colę i pa­trzy­ła na tań­czą­cych lu­dzi. Ko­le­dzy nie wie­rzy­li, że mu się uda, spe­cjal­nie go pod­pusz­cza­li, wie­dział o tym, ta­kie były za­sa­dy. Póź­niej wie­le razy wspo­mi­na­li z Ewą tam­ten wie­czór. Pa­mię­tał pierw­sze sło­wa, któ­re wy­po­wie­dział, kie­dy do niej pod­szedł.

– Je­że­li roz­glą­dasz się za przy­stoj­niej­szy­mi fa­ce­ta­mi, to tu­taj ta­kich nie ma. Spraw­dzi­łem.

Ro­ze­śmia­ła się. Wy­grał. Za­wsze wy­gry­wał. No, pra­wie za­wsze.

Pół roku póź­niej byli mał­żeń­stwem.

Wła­ści­wie dia­bli wie­dzą, dla­cze­go ich zwią­zek się roz­padł. Mie­li wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­ją do szczę­ścia mło­dzi lu­dzie.

On – mło­dy am­bit­ny le­karz, ona – świe­żo upie­czo­na zdol­na praw­nicz­ka. Chcia­ło­by się po­wie­dzieć: pięk­ni, mą­drzy i bo­ga­ci. Bo­ga­ci co praw­da nie byli, ale wte­dy zbyt­nio się tym nie przej­mo­wa­li – na wszyst­ko, co waż­ne, wy­star­cza­ło.

Mi­łość. Może na nią wła­śnie za­bra­kło cza­su?

Pro­ble­my za­czę­ły się po przyj­ściu na świat Ma­ry­si. Była wspa­nia­łym dziec­kiem, nig­dy nie cho­ro­wa­ła, nie pła­ka­ła po no­cach, roz­wi­ja­ła się ide­al­nie. Aleks ko­chał ją nad ży­cie, ale chy­ba nig­dy nie po­tra­fił tak na­praw­dę od­na­leźć się w roli ojca, choć bar­dzo chciał. Ale od po­cząt­ku to­czy­ła się w jego pod­świa­do­mo­ści ja­kaś dziw­na wal­ka o wzglę­dy Ewy. Nie chciał, żeby tak było, nig­dy się do tego nie przy­znał, na­wet przed sobą, jed­nak nie po­tra­fił być na dru­gim pla­nie. Na­wet we wła­snej ro­dzi­nie. Może dla­te­go, że był je­dy­na­kiem? De­ner­wo­wa­ło go, że Ewa nie chcia­ła się ko­chać wte­dy, kie­dy on chciał. Zmę­czo­na nie­prze­spa­ny­mi no­ca­mi – bo mała mia­ła ape­tyt – zro­bi­ła się draż­li­wa. Go­dzi­na­mi ga­da­ła z ko­le­żan­ka­mi o pie­lu­chach i kup­kach. Po roku chcia­ła iść do pra­cy. To też Alek­sa de­ner­wo­wa­ło. Uwa­żał, że Ewa po­win­na dłu­żej opie­ko­wać się cór­ką. Aż wresz­cie… sam nie wie­dział, cze­go chce.

Wy­trzy­ma­li ze sobą trzy lata. Roz­wód prze­biegł spo­koj­nie. Kul­tu­ral­nie. Prze­cież obo­je po­cho­dzi­li z do­brych ro­dzin.

♦ ♦ ♦

Dwa­dzie­ścia pięć mi­nut mi­nę­ło i zdy­sza­ny Aleks wbiegł na scho­dy. Otwo­rzył drzwi, zrzu­cił dres, znów krót­ki prysz­nic, i wresz­cie po­ran­na kawa. Uwiel­biał ten mo­ment. Za­czął się ko­lej­ny dzień.

Za dwa­dzie­ścia ósma wsiadł do swo­je­go peu­ge­ota 307CC. Nie miał da­le­ko do pra­cy. Za­raz po roz­wo­dzie wy­na­jął miesz­ka­nie za­le­d­wie parę ulic od szpi­ta­la, jak­by za­de­cy­do­wał, że od tego mo­men­tu to pra­ca bę­dzie wy­peł­niać jego ży­cie.

Punk­tu­al­nie o ósmej, prze­bra­ny w zie­lo­ny ope­ra­cyj­ny uni­form i na­rzu­co­ny na nie­go świe­ży bia­ły far­tuch, wkro­czył ener­gicz­nie do sali przy­jęć, go­to­wy do po­ran­nej od­pra­wy.

♦ ♦ ♦

– Wi­tam pań­stwa, po­pro­szę o ra­port z dy­żu­ru. – Do­cent Ma­lak, or­dy­na­tor la­ryn­go­lo­gii w Miej­skim, od lat za­wsze za­czy­nał od­pra­wę tymi sa­my­mi sło­wa­mi.

Aleks co dzień ła­pał się na iden­tycz­nym sko­ja­rze­niu: Ma­lak wy­da­wał mu się ro­bo­tem po­wta­rza­ją­cym za­pro­gra­mo­wa­ną fra­zę. Od­li­czał za­wsze czas od mo­men­tu za­mknię­cia drzwi do chwi­li, kie­dy pad­nie ma­gicz­na for­mu­ła. Taka za­ba­wa. Wy­nik po­mię­dzy pięt­na­sto­ma a dwu­dzie­sto­ma se­kun­da­mi za­po­wia­dał do­bry dzień, po­wy­żej – kło­po­ty. Dzi­siaj było osiem­na­ście. Nie­źle.

Krzy­siek Olko, pierw­szy dy­żur­ny z ostat­niej nocy, roz­po­czął skła­da­nie ra­por­tu. Nikt go oczy­wi­ście nie słu­chał, nie­któ­rzy jesz­cze nie do koń­ca się obu­dzi­li, ale Do­cent prze­strze­gał nie­pi­sa­nych za­sad – ra­port to była świę­tość, ab­so­lut­nie nie­odzow­ny po­czą­tek dnia.

Or­dy­na­tor od­dzia­łu musi wzbu­dzać sza­cu­nek i po­mi­mo drob­nych dzi­wactw do­cent dok­tor ha­bi­li­to­wa­ny Zbi­gniew Ma­lak taki sza­cu­nek wśród swo­ich pra­cow­ni­ków nie­wąt­pli­wie wzbu­dzał.

Nie był ła­twym czło­wie­kiem. Jego ob­se­syj­na pryn­cy­pial­ność i ma­nia­kal­ne przy­wią­zy­wa­nie wagi do po­rząd­ku by­wa­ły cza­sem de­ner­wu­ją­ce. Po­tra­fił zro­bić kar­czem­ną awan­tu­rę z po­wo­du ba­ła­ga­nu w szaf­ce z le­ka­mi w dy­żur­ce pie­lę­gnia­rek albo pa­ję­czy­ny, któ­rą do­strzegł gdzieś w za­ka­mar­kach ga­bi­ne­tu za­bie­go­we­go. Ab­sol­went Woj­sko­wej Aka­de­mii Me­dycz­nej, co sta­no­wi­ło chy­ba je­dy­ną prze­szko­dę dla daw­no już za­słu­żo­nej pro­fe­sor­skiej no­mi­na­cji w „cy­wil­nej” me­dy­cy­nie, był woj­sko­wym nie z wy­kształ­ce­nia, ale z cha­rak­te­ru. Wszyst­ko mu­sia­ło być pod li­nij­kę. Ale ci, któ­rzy pra­co­wa­li z nim dłu­żej, wie­dzie­li, że Do­cent to w grun­cie rze­czy czło­wiek o go­łę­bim ser­cu, a przede wszyst­kim szef, któ­ry za swo­ich pod­wład­nych odda ży­cie i pew­nie w ra­zie po­trze­by jesz­cze coś do­ło­ży. Nie był sym­pa­tycz­nym fa­ce­tem, ale każ­dy chciał­by mieć ko­goś ta­kie­go przy so­bie w trud­nym mo­men­cie. Poza tym był do­sko­na­łym le­ka­rzem.

Po­wo­ła­nie to coś ulot­ne­go, coś, o czym już na dru­gim roku me­dy­cy­ny na­wet się nie wspo­mi­na, bo i po co? Są eg­za­mi­ny, za­li­cze­nia, po­tem pra­ca, obo­wiąz­ki, za­bie­gi, dy­żu­ry. Jest szpi­tal, przy­chod­nia, cza­sem pry­wat­ny ga­bi­net, pa­cjen­ci, cho­ro­by, prze­waż­nie wciąż ta­kie same. I są le­ka­rze. Prze­waż­nie wciąż tacy sami. Jak pa­cjen­ci i ich cho­ro­by. Po­wta­rzal­ni.

A jed­nak wśród nich są tacy, po któ­rych na pierw­szy rzut oka wi­dać, że się do tego uro­dzi­li, i tacy, dla któ­rych to za­wód jak każ­dy. To nie zna­czy, że są gor­si, wręcz prze­ciw­nie, cza­sem na­wet bar­dziej sku­tecz­ni, le­piej ra­dzą­cy so­bie w śro­do­wi­sku, na­wet bar­dziej lu­bia­ni. Ale me­dy­cy­na to cięż­ki ka­wa­łek chle­ba i bez tego wła­śnie nie­okre­ślo­ne­go „cze­goś”, szum­nie zwa­ne­go po­wo­ła­niem, czło­wiek po pro­stu bar­dziej się mę­czy. I to wi­dać.

Do­cent Ma­lak był wła­śnie ta­kim le­ka­rzem z po­wo­ła­nia. Żył pra­cą, miesz­kał w pra­cy, my­ślał chy­ba też tyl­ko o pra­cy.

A przede wszyst­kim, co było nie­wy­tłu­ma­czal­ne, miał nie­praw­do­po­dob­ną cier­pli­wość do pa­cjen­tów. Fa­cet, któ­ry po­tra­fił zmie­szać z bło­tem le­ka­rza, pie­lę­gniar­kę czy sa­ni­ta­riu­sza za drob­ny prze­jaw le­ni­stwa lub ba­ła­ga­niar­stwa, drąc się na cały szpi­tal czer­wo­ny ze zło­ści, ła­god­niał jak ba­ra­nek przy cho­rym dziec­ku, któ­re mo­gło do­słow­nie wejść mu na gło­wę.

Każ­dy z pa­cjen­tów, rów­nież do­ro­słych, mógł o do­wol­nej po­rze dnia lub nocy przyjść, po­roz­ma­wiać, za­dać do­wol­ną licz­bę py­tań, za­jąć do­wol­ną ilość cza­su, a Do­cent nig­dy nie oka­zy­wał znie­cier­pli­wie­nia. W przy­chod­ni Ma­lak sie­dział za­wsze do ostat­nie­go pa­cjen­ta, nig­dy nie od­mó­wił ni­ko­mu przy­ję­cia, na­wet z naj­bar­dziej bła­he­go po­wo­du. Ten fa­cet po pro­stu nie miał ży­cia pry­wat­ne­go i nikt się nie dzi­wił, że jest naj­bar­dziej za­twar­dzia­łym sta­rym ka­wa­le­rem, ja­kie­go moż­na so­bie wy­obra­zić. Po pro­stu nikt, na­wet świę­ty, nie wy­trzy­mał­by pod jed­nym da­chem z ta­kim czło­wie­kiem.

To nie­praw­da, że nikt nie słu­chał po­ran­ne­go ra­por­tu. Ma­lak słu­chał.

– …poza tym trzy nowe przy­ję­cia na od­dzia­le dzie­cię­cym – zda­wał spra­woz­da­nie Olko – chło­piec lat sześć i dziew­czyn­ka lat pięć, oby­dwo­je z pod­gło­śnio­wym za­pa­le­niem krta­ni. Po­da­no ste­ry­dy, zle­co­no in­ha­la­cje, stan dzie­ci jest do­bry. Oprócz tego dziew­czyn­ka lat sześć do ade­no­to­mii… – re­fe­ro­wał mo­no­ton­nie. – …nie było przy­jęć na od­dzia­le ko­bie­cym. – Bez­barw­ny głos le­ka­rza spra­wiał, że my­śli więk­szo­ści per­so­ne­lu krą­ży­ły wo­kół dzban­ka kawy. – Jed­na nowa oso­ba na od­dzia­le mę­skim. Cho­ry, lat sześć­dzie­siąt dzie­więć, przy­ję­ty z ewen­tu­al­ną kwa­li­fi­ka­cją do za­bie­gu. Zmia­ny w za­chył­ku grusz­ko­wa­tym.

Po­de­szli ra­zem z Ma­la­kiem do star­sze­go czło­wie­ka sie­dzą­ce­go w rogu sali na fo­te­lu prze­zna­czo­nym do ba­da­nia cho­rych i wy­ko­ny­wa­nia drob­nych za­bie­gów. To dla­te­go od­pra­wy za­wsze od­by­wa­ły się w sali przy­jęć. Or­dy­na­tor oglą­dał wte­dy wszyst­kich nowo przy­ję­tych do­ro­słych pa­cjen­tów.

Olko nie­przy­pad­ko­wo użył sfor­mu­ło­wa­nia „zmia­ny”. Wszy­scy wie­dzie­li, że cho­dzi o no­wo­twór zło­śli­wy, jed­nak nie wol­no było wy­po­wia­dać przy cho­rych sło­wa „rak”. Sam fakt przy­ję­cia z ewen­tu­al­ną kwa­li­fi­ka­cją do za­bie­gu ope­ra­cyj­ne­go wska­zy­wał na oczy­wi­sty cha­rak­ter ogni­ska cho­ro­bo­we­go, po­twier­dzo­ny mi­kro­sko­po­wym ba­da­niem wy­cin­ka, któ­re za­wsze jest je­dy­nym i osta­tecz­nie pew­nym wer­dyk­tem, pre­cy­zyj­nie okre­śla­ją­cym cha­rak­ter cho­ro­by.

Do­cent usiadł na­prze­ciw­ko cho­re­go, wziął do ręki lu­ster­ko, wpro­wa­dził je do gar­dła i przez chwi­lę oglą­dał krtań i oko­li­ce w świe­tle lam­py.

– Tak – po­wie­dział, wsta­jąc.

Wszy­scy wie­dzie­li, co to ozna­cza.

Ten pa­cjent nie ma żad­nych szans.

Roz­dział 3

Czwar­tek był jed­nym z dwóch dni w ty­go­dniu pra­cy na la­ryn­go­lo­gii, w któ­rym nie od­by­wa­ły się za­bie­gi. W po­nie­dział­ki, śro­dy i piąt­ki prak­tycz­nie cała eki­pa ope­ro­wa­ła. Za­bie­gi były roz­pi­sy­wa­ne je­den po dru­gim w dwóch sa­lach. Za­czy­na­ły się za­raz po od­pra­wie, koń­czy­ły jak Bóg dał, a zda­rza­ło się, że i póź­nym po­po­łu­dniem. La­ryn­go­lo­gia to wbrew po­zo­rom dys­cy­pli­na za­bie­go­wa, w kra­jach an­glo­sa­skich okre­śla­na w ofi­cjal­nym na­zew­nic­twie jako „chi­rur­gia gło­wy i szyi”.

Łą­czy w so­bie za­rów­no re­la­tyw­nie roz­le­głe „duże” ope­ra­cje, jak choć­by te w przy­pad­kach no­wo­two­ro­wych – ot, zwy­czaj­na chi­rur­gia – po nie­zwy­kle pre­cy­zyj­ne re­kon­struk­cje w ob­rę­bie ucha re­ali­zo­wa­ne pod spe­cja­li­stycz­ny­mi, ope­ra­cyj­ny­mi mi­kro­sko­pa­mi. Je­że­li do­dać do tego za­bie­gi pla­stycz­ne wy­ko­ny­wa­ne na prze­gro­dzie czy chrząst­kach no­so­wych oraz cały za­kres chi­rur­gii dzie­cię­cej, ła­two moż­na zna­leźć dla sie­bie ja­kiś fa­scy­nu­ją­cy ka­wa­łek me­dycz­nej pro­fe­sji.

Jed­nak ope­ru­ją­cy ta­śmo­wo le­ka­rze na kon­takt z pa­cjen­tem mie­li czas tyl­ko we wtor­ki i czwart­ki. Ale wte­dy też mu­sie­li od­wa­lić całą pa­pier­ko­wą ro­bo­tę.

Nikt tego nie lu­bił, ale do­cent Ma­lak za brak choć­by naj­mniej waż­ne­go wpi­su w pod­sta­wo­wym do­ku­men­cie szpi­tal­nym, ja­kim jest hi­sto­ria cho­ro­by, po­tra­fił zwy­my­ślać le­ka­rza przy wszyst­kich, na od­pra­wie, ni­czym ucznia­ka w pod­sta­wów­ce.

Dla­te­go Aleks czwart­ki zwykł spę­dzać, po­dob­nie jak więk­szość ko­le­gów, nad kla­wia­tu­rą kom­pu­te­ra. Dla­te­go w te dni o po­ga­dusz­kach z cho­ry­mi nie było mowy. To spe­cjal­ność Sa­wic­kie­go. On ja­koś znaj­do­wał na to czas. A może to był jego spo­sób na obi­ja­nie się.

Aleks pod­szedł do wi­szą­cej na ścia­nie ta­bli­cy, gdzie każ­de­go dnia po­ja­wia­ły się nowe przy­ję­cia, roz­pi­sa­ne we­dług nu­me­rów sal cho­rych, i spraw­dził, co no­we­go się po­ja­wi­ło. Opie­ko­wał się bez­po­śred­nio, jako le­karz pro­wa­dzą­cy, czte­re­ma pa­cjen­ta­mi. Dziś na ta­bli­cy zo­ba­czył tyl­ko jed­no nowe na­zwi­sko.

Wła­dy­sław Szy­mań­ski, sala nu­mer dwa­dzie­ścia je­den. Całe szczę­ście, nie­du­żo pa­pie­rów.

W prze­gród­ce pod ta­bli­cą cze­ka­ła na nie­go czy­sta hi­sto­ria cho­ro­by. Wy­peł­nio­ne zo­sta­ły tyl­ko ru­bry­ki z da­ny­mi per­so­nal­ny­mi. Było też skie­ro­wa­nie od le­ka­rza re­jo­no­we­go, na któ­rym wid­nia­ło roz­po­zna­nie: Ca pha­ryn­gis.

Ca, pierw­sze li­te­ry od sło­wa car­ci­no­ma, co ozna­cza po pro­stu „rak”. Da­lej lo­ka­li­za­cja. Gar­dło. Tak mało słów. A to prze­cież wy­rok śmier­ci.

Na dru­kach szpi­tal­nych skie­ro­wań nie ma miej­sca na żad­ne do­dat­ko­we in­for­ma­cje o cho­rym. Nie ma miej­sca na na­zwi­sko ulu­bio­ne­go pi­sa­rza ani na ko­lor oczu. Aleks pa­mię­tał, jak, bę­dąc na stu­diach, prze­ży­wał pierw­sze tego typu roz­po­zna­nia, czy­ta­ne jesz­cze pod­czas po­cząt­ko­wych me­dycz­nych prak­tyk.

To było ta­kie przy­gnę­bia­ją­ce, strasz­li­wie bez­oso­bo­we.

Wów­czas po raz pierw­szy ze­tknął się z ta­kim na­gro­ma­dze­niem ludz­kie­go nie­szczę­ścia w prze­li­cze­niu na metr kwa­dra­to­wy.

Wy­my­ślił wte­dy, że w hi­sto­rii cho­ro­by z roz­po­zna­niem no­wo­two­ro­wym po­win­no być spe­cjal­ne miej­sce do obo­wiąz­ko­we­go wy­peł­nie­nia, gdzie opi­sy­wa­ło­by się naj­pięk­niej­sze chwi­le, ja­kie prze­żył pa­cjent. Ale nig­dy nie po­dzie­lił się z ni­kim swo­im dziw­nym po­my­słem. I tak nie by­ło­by szans na wpro­wa­dze­nie go w ży­cie.

Stu­den­ci me­dy­cy­ny dość wcze­śnie mają kon­takt ze śmier­cią. Na pierw­szych za­ję­ciach z ana­to­mii co słab­sze psy­chicz­nie ko­le­żan­ki mdla­ły w pro­sek­to­rium. Ale po­wo­li wszy­scy przy­zwy­cza­ja­li się do wszech­obec­ne­go wi­do­ku ludz­kich zwłok i cha­rak­te­ry­stycz­ne­go, gry­zą­ce­go za­pa­chu for­ma­li­ny, w któ­rej trzy­ma­ne były słu­żą­ce do ce­lów na­uko­wych pre­pa­ra­ty na­rzą­dów.

Już po pierw­szym se­me­strze cała stu­denc­ka brać bez że­na­dy wy­cią­ga­ła pod­czas za­jęć ka­nap­ki z ple­ca­ków. Prze­cież stu­dent, jak każ­dy czło­wiek, jeść musi. Wszyst­ko w któ­rymś mo­men­cie po­wsze­dnie­je, więc i cią­gły kon­takt z nie­bosz­czy­ka­mi stał się w koń­cu czymś na­tu­ral­nym, a na­wet za­czy­na­no so­bie na ten te­mat żar­to­wać. Aleks pa­mię­tał, jak kie­dyś pew­nej nie­lu­bia­nej ko­le­żan­ce ra­zem z chło­pa­ka­mi z gru­py wło­ży­li do ple­ca­ka od­cię­tą na sto­le pre­pa­ra­cyj­nym sto­pę. Bi­du­la wra­ca­ła po za­ję­ciach do domu tram­wa­jem. Chłop­cy usta­wi­li się w dru­gim koń­cu wa­go­nu i z roz­ba­wie­niem za­pra­wio­nym nie­ma­łą sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wa­li re­ak­cję pa­sa­że­rów na fakt, iż z ple­ca­ka skrom­nej mło­dej osób­ki wy­sta­je ni mniej, ni wię­cej, tyl­ko praw­dzi­wa ludz­ka sto­pa.

Dla nor­mal­ne­go czło­wie­ka coś ta­kie­go jest nie do po­my­śle­nia, ale stu­den­tów me­dy­cy­ny trud­no tak do koń­ca na­zwać nor­mal­ny­mi ludź­mi.

Aleks wziął do ręki for­mu­larz hi­sto­rii cho­ro­by i nie spie­sząc się, po­ma­sze­ro­wał do sali nu­mer dwa­dzie­ścia je­den.

– Pan Szy­mań­ski? – rzu­cił ni to stwier­dze­nie, ni to py­ta­nie.

– To ja – pa­dła od­po­wiedź i Aleks stwier­dził, że wi­dział tego pa­cjen­ta dzień wcze­śniej pod­czas po­ran­nej od­pra­wy. Był to po­staw­ny męż­czy­zna o gę­stych si­wych wło­sach. Sie­dział wy­pro­sto­wa­ny na brze­gu łóż­ka i pa­trzył na Alek­sa prze­ni­kli­wy­mi nie­bie­ski­mi ocza­mi.

– Za­pra­szam pana na ba­da­nie.

Pa­cjent wstał, Aleks prze­pu­ścił go przo­dem i wy­szli z sali.

Wpro­wa­dził go do ga­bi­ne­tu za­bie­go­we­go.

– Pro­szę sia­dać. – Wska­zał fo­tel.

Cho­ry po­słusz­nie za­jął miej­sce. Był bar­dzo spo­koj­ny. Cze­kał.

– Na­zy­wam się Aleks Wendt i będę pań­skim le­ka­rzem pro­wa­dzą­cym – przed­sta­wił się Aleks.

Roz­po­czął do­kład­ny wy­wiad. Szy­mań­ski na py­ta­nia od­po­wia­dał krót­ko i pre­cy­zyj­nie.

Ob­ja­wy – ja­kie, od kie­dy, prze­by­te cho­ro­by, do­tych­cza­so­wy prze­bieg le­cze­nia. Po­wo­li za­peł­nia­ły się wszyst­kie ru­bry­ki.

Przy­szedł czas na ba­da­nie. Wła­ści­wie dzień przy­ję­cia to je­dy­ny mo­ment po­by­tu w szpi­ta­lu, w któ­rym czło­wiek jest tak na­praw­dę so­lid­nie i do­kład­nie ba­da­ny. Wy­da­wać by się mo­gło, że prze­cież w ta­kim miej­scu po­win­no się to dziać dość czę­sto, a jed­nak póź­niej­sze kon­tak­ty le­ka­rza z cho­rym do­ty­czą prze­waż­nie już tyl­ko oce­ny kon­kret­nych, frag­men­ta­rycz­nych zmian da­ne­go na­rzą­du. A zda­rzy­ło się nie raz, że cho­ry z oku­li­sty­ki, kom­plek­so­wo le­czo­ny z po­wo­du ja­skry, umie­rał na za­wał.

Dla­te­go Aleks sta­rał się nig­dy nie za­nie­dby­wać bar­dzo do­kład­ne­go ba­da­nia ogól­ne­go: osłu­chał pa­cjen­ta, zmie­rzył ci­śnie­nie. Szcze­gól­nie osłu­chi­wa­nie było w przy­pad­ku cho­rych no­wo­two­ro­wych ogrom­nie waż­ne – prze­rzu­ty naj­czę­ściej umiej­sca­wia­ją się w płu­cach.

W koń­cu prze­szedł do ba­da­nia spe­cja­li­stycz­ne­go. Przy­szła ko­lej na oce­nę pier­wot­ne­go ogni­ska cho­ro­bo­we­go. Przy­szła ko­lej na spo­tka­nie z ra­kiem.

– Pro­szę otwo­rzyć usta i wy­su­nąć ję­zyk na bro­dę – po­pro­sił, bio­rąc lu­ster­ko la­ryn­go­lo­gicz­ne i ogrze­wa­jąc je nad pło­mie­niem pal­ni­ka, żeby nie za­pa­ro­wa­ło.

Cho­ry wy­ko­nał po­le­ce­nie.

Aleks spraw­dził wierz­chem dło­ni tem­pe­ra­tu­rę przy­rzą­du i zde­cy­do­wa­nie, choć de­li­kat­nie, wpro­wa­dził lu­ster­ko do jamy ust­nej, opie­ra­jąc je o tyl­ną ścia­nę gar­dła.

Pa­cjen­ci czę­sto re­agu­ją na tę część ba­da­nia od­ru­chem wy­miot­nym, krztu­szą się, co utrud­nia spra­wę, lecz Szy­mań­ski po­zo­stał nie­wzru­szo­ny. Na­wet nie mru­gnął.

Aleks spoj­rzał w lu­ster­ko. Jego oczom uka­za­ła się krtań i dol­na część gar­dła. Prak­tycz­nie cała lewa stro­na była wy­peł­nio­na sza­ro­po­pie­la­tą masą no­wo­two­ro­wą, gdzie­nieg­dzie po­prze­pla­ta­ną drob­ny­mi na­czyn­ka­mi krwio­no­śny­mi. Ra­czy­sko, wy­wo­dzą­ce się naj­praw­do­po­dob­niej pier­wot­nie z za­chył­ku grusz­ko­wa­te­go, ro­sło po­wo­li, pew­nie bez­ob­ja­wo­wo, przez dłu­gi czas, aż ob­ję­ło w po­sia­da­nie całą lewą część gar­dła dol­ne­go, chrząst­ki krta­ni po­ło­żo­ne po są­siedz­ku, a tak­że lewą stru­nę gło­so­wą na ca­łej dłu­go­ści.

– Pro­szę po­wie­dzieć „eee” – po­pro­sił Aleks cho­re­go.

Pod­czas ge­ne­ro­wa­nia gło­ski lewa stro­na krta­ni mia­ła bar­dzo ogra­ni­czo­ną ru­cho­mość. Stru­ny zwie­ra­ły się le­d­wo, le­d­wo.

Na­ciek był więc ra­czej głę­bo­ki, ob­jął naj­praw­do­po­dob­niej całą gru­bość na­rzą­du. Było źle. Bar­dzo źle. Pa­cjent zo­stał przy­sła­ny, by oce­nić moż­li­wo­ści i ce­lo­wość wy­ko­na­nia ewen­tu­al­ne­go za­bie­gu ope­ra­cyj­ne­go, ale zda­niem Alek­sa po tym po­bież­nym ba­da­niu wi­dać było, że ope­ra­cja, żeby być sku­tecz­na, mu­sia­ła­by ob­jąć prak­tycz­nie po­ło­wę szyi. A to ra­czej nie­re­al­ne. Oczy­wi­ście z osta­tecz­ną de­cy­zją na­le­ża­ło po­cze­kać na wy­ni­ki ba­dań to­mo­gra­ficz­nych, któ­re pre­cy­zyj­nie ska­no­wa­ły zmia­ny cho­ro­bo­we, szcze­gól­nie te o cha­rak­te­rze no­wo­two­ro­wym, okre­śla­jąc ich roz­le­głość prak­tycz­nie co do mi­li­me­tra. Na­le­ża­ło zro­bić też la­ryn­go­sko­pię, któ­ra po­zwa­la zaj­rzeć głę­biej niż zwy­kłe ba­da­nie wy­ko­ny­wa­ne za po­mo­cą lu­ster­ka, ale tak na­praw­dę to wszyst­ko mo­gło tyl­ko po­twier­dzić nie­we­so­łe roz­po­zna­nie i roz­wiać wszel­kie wąt­pli­wo­ści co do ro­ko­wa­nia – je­że­li jesz­cze ja­kieś były. Aleks przy­po­mniał so­bie minę do­cen­ta Ma­la­ka na wczo­raj­szej od­pra­wie. Była cał­ko­wi­cie ade­kwat­na do ob­ra­zu wi­docz­ne­go w lu­ster­ku. Smut­na.

Odło­żył lu­ster­ko na sto­lik i wy­rzu­cił ka­wa­łek gazy, któ­rym przy­trzy­my­wał ję­zyk pa­cjen­ta.

Te­raz cze­ka­ło go naj­gor­sze. Te­raz trze­ba coś po­wie­dzieć. Taki jest, nie­ste­ty, obo­wią­zek le­ka­rza. Jest tyl­ko je­den pro­blem: nikt jesz­cze nie wy­my­ślił co.

Na­pi­sa­no co praw­da całe tomy na te­mat naj­róż­niej­szych spo­so­bów po­stę­po­wa­nia w przy­pad­kach cho­rych z no­wo­two­ra­mi nie­kwa­li­fi­ku­ją­cy­mi się do le­cze­nia ope­ra­cyj­ne­go, o bez­na­dziej­nym ro­ko­wa­niu. Jed­ne szko­ły mó­wi­ły o ko­niecz­no­ści utrzy­my­wa­nia czło­wie­ka w nie­świa­do­mo­ści, aby nie od­bie­rać mu na­dziei, nie psuć zły­mi wia­do­mo­ścia­mi ostat­nich chwil ży­cia. Inne wręcz prze­ciw­nie, ra­dzi­ły in­for­mo­wać o wszyst­kim, da­jąc ludz­kiej isto­cie na­leż­ne jej pra­wo do przy­go­to­wa­nia się na ten nie­uchron­ny mo­ment. Wszyst­kie te fa­cho­we wy­po­ci­ny były jed­nak two­rzo­ne przez lu­dzi, któ­rzy pro­blem ana­li­zo­wa­li czy­sto teo­re­tycz­nie, bio­rąc pod uwa­gę naj­róż­niej­sze wzglę­dy i punk­ty wi­dze­nia. Był w tym wszyst­kim tyl­ko je­den szko­puł: to nie ich, to nie pi­szą­cych i ana­li­zu­ją­cych do­ty­kał pro­blem. To nie z nich po­wo­li ucho­dzi­ło ży­cie, to nie oni wi­dzie­li dzień po dniu, jak ich cia­ło sta­je się co­raz słab­sze i słab­sze, aż w koń­cu naj­zwy­czaj­niej w świe­cie się roz­pa­da. Gni­je za ży­cia. I co naj­waż­niej­sze: to nie ich boli.

Wszyst­kie te roz­wa­ża­nia w ob­li­czu tra­ge­dii czło­wie­ka sie­dzą­ce­go na­prze­ciw­ko le­ka­rza w ta­kim mo­men­cie były po pro­stu fun­ta kła­ków nie­war­te.

– Nie jest do­brze, pa­nie dok­to­rze, praw­da? – ode­zwał się Szy­mań­ski.

Aleks usły­szał te sło­wa, kie­dy stał po­chy­lo­ny nad ko­szem na śmie­ci, bo pod­stęp­ny ga­zik przy­kle­ił mu się do pal­ców. Wresz­cie ga­zik wy­lą­do­wał w ko­szu. Aleks się wy­pro­sto­wał.

To