Doktor Seks - Rosa Sonia - ebook

Doktor Seks ebook

Rosa Sonia

3,6

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Wpadli na siebie przypadkiem i po krótkim flircie znacznie bliżej poznali się w garażu wspólnych przyjaciół, na masce ich bmw. Robert, przystojny seksuolog, miał już wiele kobiet, ale seksowna brunetka szybko zawróciła mu w głowie. Ilona poderwała go, żeby sobie udowodnić, że jest wolna i może robić, co chce. Po kilkuletnim związku z chorobliwie zazdrosnym prawnikiem chciała poczuć, że żyje, nie myśląc o konsekwencjach. To miała być tylko chwila przyjemności, zakazana zabawa na lodowato zimnej masce cudzego samochodu. A jednak przez długi czas nie potrafiła przestać myśleć o Robercie… Kiedy wpadają na siebie po raz kolejny, jej życie jest zagmatwane. On jej pragnie, ale nie wie, czy warto podejmować walkę o kobietę, która nie jest gotowa na coś więcej, niż przyjaźń. Krążą więc wokół siebie i jednocześnie wmawiają sobie, że to bez sensu. Ale nie da się oszukać własnych ciał i serc. W zaciszu swojego gabinetu Robert wysłuchuje setek intymnych zwierzeń. Dla pacjentów ma wiele cennych porad, ale czy sam wie, czego naprawdę pragnie dla samego siebie? Gorąca, zmysłowa, odważna, perwersyjna i dzika opowieść o miłości, pożądaniu, seksie i erotyce – „Doktor Seks” otworzy przed Wami drzwi, za którymi znajdziecie czystą rozkosz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 330

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kardynalna zasada wszechświata brzmi:

Pożądanie nie podlega negocjacjom.

Rollo Tomassi, Mężczyzna racjonalny

 

 

 

 

 

 

1.

 

ROBERT

 

 

 

– Prosecco? Byłam pewna, że poprosisz o whisky. – Odbierałem od barmana kieliszek, kiedy zagadnęła mnie drobna brunetka w wydekoltowanej szafirowej sukience na wąskich ramiączkach.

– Zawsze typujesz gatunek alkoholu na podstawie wyglądu kolesia? – zapytałem mocno sarkastycznym tonem, a ona parsknęła śmiechem i lekko się zachwiała.

– Pieprzone szpilki – zaklęła. – Grzęznę w tej trawie, zapadając się coraz głębiej i głębiej…

– Uważaj, żeby cię nie wciągnęło. Wiesz, jak w ruchome piaski. – Mrugnąłem do niej, a ona złapała mnie pod rękę.

– Wygląda na to, że musisz mnie uratować – rzuciła kokieteryjnym tonem.

– Na początek sprawię, że lekko zaszumi ci w głowie. Białe wino? Szampan? – Teraz z kolei ja usiłowałem wytypować, ale przecząco pokręciła głową.

– White Russian – rzuciła do barmana.

Posłał jej rozbawione spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: „Dokładnie tego się po tobie spodziewałem” i zabrał się za przyrządzanie drinka.

– Znasz gospodynię czy gospodarza? – zapytała, wciąż uwieszona na moim ramieniu.

– Oboje, a ty?

– Ją. Chodziłyśmy razem na jogę.

– Już nie chodzicie?

– Nie. Znudziło mi się. – Wzruszyła ramionami.

Chwilę później pochyliła się, żeby rozpiąć paski złoconych sandałków na cieniutkich obcasach, i zdjęła niewygodne buty.

– Skoro trawnik wygląda jak dywan, nie będę się męczyć – zdecydowała.

Drinka wypiła w pośpiechu i zadarła głowę, żeby spojrzeć mi w oczy.

– Masz ze dwa metry wzrostu czy jestem już naprana? – Parsknęła śmiechem, prosząc barmana jeszcze raz o to samo.

– Metr dziewięćdziesiąt sześć – sprecyzowałem, przyglądając się jej drobnym, niemal dziewczęcym stópkom i pomalowanym na ostry pomarańcz zadbanym paznokciom u nóg.

– Lubię wysokich kolesi, kręcą mnie. – Puściła mi oczko.

– Co jeszcze cię kręci? – zapytałem, zerkając w głąb ogrodu na dwa stojące pod samym płotem leżaki, które właśnie się zwolniły. – Usiądziemy? Zajmę nam miejsce. Zobacz, jakie romantyczne okoliczności przyrody. – Zerknąłem w stronę ciągnących się za domem przyjaciół malowniczych pól żyta, nad którymi złociła się ognista kula zachodzącego letniego słońca.

– Za późno – rzuciła, a ja zdałem sobie sprawę, że w klimatycznie zacieniony kąt ogrodu zmierza właśnie jakaś obejmująca się para.

– Życie… O wszystko trzeba walczyć. – Zaśmiałem się, a ona wsunęła palce w szlufki moich spodni, wspięła się na palce i szepnęła, że tej nocy o nią na pewno nie będę musiał się bić.

Drugiego drinka nie dopiła. Porzuciła niską szklankę na jednym z pustych krzeseł przy altance, złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę domu.

– Życie jest krótkie. Nie traćmy czasu. – Uśmiechnęła się wymownie, kiedy wchodziliśmy do wnętrza nowocześnie urządzonej willi naszych wspólnych znajomych.

– Sądzisz, że uda się nam znaleźć przytulny i dyskretny kącik? – Odgarnąłem jej ciemne włosy i pocałowałem ją w szyję.

Uśmiechnęła się zmysłowo i leciutko oblizała wargi.

– W ostateczności pójdziemy w żyto.

– Chcesz skończyć pod kombajnem?

– Wolałabym pod tobą. – Zaśmiała się cicho, rozglądając po pełnym kręcących się ludzi salonie.

– Nie widzę żadnego zacisznego kącika… – mruknąłem zawiedziony, a ona lekko uszczypnęła mnie w pośladek.

– Coś znajdziemy – obiecała moja kusicielka.

Niestety, gościnna łazienka była zajęta, trzy sypialnie na górze zamknięte na klucz, a dół pełen gości pałętających się wśród olbrzymich donic z palmami. Olśniło mnie, kiedy zatrzymaliśmy się na skraju salonu, tam, gdzie śnieżnobiałą ścianę zdobiło kilkanaście artystycznych zdjęć starych amerykańskich samochodów w posrebrzanych ramkach.

– Może garaż? – szepnąłem jej na ucho i poprowadziłem ją wzdłuż pogrążonego w półmroku korytarza.

Gdy wślizgnęliśmy się do środka, okazało się, że bmw pana domu jest zamknięte, ale to nie przeszkadzało towarzyszącej mi brunetce. Zwiewną szafirową sukienkę zdjęła przez głowę i rzuciła na posadzkę. Stanika nie miała, a widok jej drobnych opalonych piersi z ciemnoróżowymi sutkami sprawił, że moje wąskie beżowe spodnie momentalnie zrobiły się przyciasne w kroku.

– Odkąd się zjawiłam, patrzyłeś na mnie takim wygłodniałym wzrokiem… – Zmysłowo kołysząc biodrami, podeszła bliżej.

Później położyła moją dłoń na swojej piersi, a ja lekko okrążyłem kciukiem jej sutek, pieszcząc go i lekko ściskając.

– Patrzyłem, bo jesteś piękna – rzuciłem, a ona rozpięła moje spodnie, opuściła je do kostek razem z bokserkami i bez słowa uklękła na podłodze.

Zanim wzięła do ust mojego kutasa, koniuszkiem języka dotknęła jego czubka i mocno zacisnęła palce na jego trzonie. Później wsunęła go sobie głęboko w gardło i, rytmicznie poruszając głową, pieściła go, na przemian przyspieszając i zwalniając. Kiedy doprowadziła mnie na sam skraj orgazmu, złapałem ją za włosy i eksplodowałem. Trysnąłem w jej usta, a ona przymknęła oczy, zdając się delektować chwilą, jakby sprawienie mi przyjemności i jej dało rozkosz. W końcu wstała, spojrzała mi w oczy i przeciągnęła kciukiem po mojej dolnej wardze.

– A jeśli poproszę o rewanż? – zapytała, przerzucając włosy na lewe ramię.

– Z największą przyjemnością – mruknąłem, zakładając krępujące mi ruchy spodnie.

Tymczasem ona wsunęła palce pod gumkę czerwonych koronkowych majteczek, zrolowała je na biodrach i seksownym ruchem wyswobodziła się z bielizny.

Chwilę później, zupełnie naga, położyła się na masce należącego do gospodarza bmw, zgięła nogi w kolanach i oparła stopy o jej skraj, a ja przykucnąłem z głową pomiędzy jej kusząco rozchylonymi udami i zagłębiłem język w mokrej od soków szparce. Pozycja była dla mnie mało komfortowa, przypuszczałem zresztą, że jej z kolei było zimno na niegościnnym metalu, ale jej cichutkie jęki i przesycony seksem zapach jej cipki sprawiły, że myślałem tylko o przyjemności mojej przygodnej kochanki.

Doszła szybko, z ekstatycznym wyrazem twarzy, cichutkim jękiem obwieszczając triumf mojego języka. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy w ciemnym i cichym garażu.

– Podasz mi sukienkę? – zapytała w końcu, zsuwając się z samochodowej maski na podłogę. – Cholernie zmarzł mi tyłek. – Zaśmiała się.

Podnosząc z betonowej podłogi jej kieckę, zastanawiałem się, co sprawiło, że tak hojnie podała mi się dziś jak na tacy. Czy zawsze była taka otwarta w sprawach seksu, czy w jej życiu stało się coś wyjątkowego i postanowiła zaszaleć? A może nie potrzebowała żadnego przełomu? Może po prostu była z tych kobiet, które potrafiły czerpać z życia garściami, nie przejmując się skostniałą moralnością i opiniami innych?

– Zamyśliłeś się? – Zaskakująco czułym gestem pogłaskała mnie po policzku i wzięła ode mnie sukienkę.

Zakładała majtki, kiedy zapytałem ją, jak ma na imię.

– A co za różnica? – Obojętnie wzruszyła ramionami.

„Fakt, w sumie żadna” – pomyślałem, przeczesując palcami gęste jasne włosy, lekko zmierzwione po akcji z jej szparką.

– Miło było. – Mijając mnie, przygodna kochanka pocałowała mnie w usta. – Smakujesz cipką – Uśmiechnęła się wymownie.

– Ciekawe czyją? – Zaśmiałem się, ale nie odpowiedziała.

Z butami w dłoni i zawieszoną na pozłacanym łańcuszku torebką w drugiej ręce wyszła z garażu, zostawiając mnie samego.

– Wow – mruknąłem pod nosem, opierając się o maskę bmw – niemego świadka naszych gorących igraszek.

„To było naprawdę coś” – pomyślałem.

Kilka minut później, myjąc twarz i ręce w łazience gospodarzy, zdałem sobie sprawę, że w ustach i nozdrzach wciąż czuję zmysłowy zapach jej kobiecości, a moje dłonie nadal lekko pachną mocną nutą jej perfum. „Spodobała mi się” – pomyślałem, wycierając ręce w zawieszony przy umywalce ręcznik. Była w moim typie, miała poczucie humoru, piękne włosy i przyjemny śmiech, a to w połączeniu z kompletnym brakiem zahamowań było dla mnie kuszącym koktajlem kobiecych cech. Problem polegał jednak na tym, że te nieliczne cudownie wyzwolone seksualnie laski, nieoczekujące od facetów niczego oprócz orgazmu, zazwyczaj nie miały ochoty nawet na to, żeby zdradzić swoje imię… Pojawiały się i znikały, biorąc po drodze to, co najlepsze i dając równie dużo. Odważne, zmysłowe, kokieteryjne, tajemnicze.

Wychodząc z łazienki, zastanawiałem się, kim jest. Lekarką? Nauczycielką? Artystką? Ma kogoś? A może po prostu bzyka się z kim popadnie, nie bawiąc się w stałe związki. Niektórzy nie lubią kajdan, a poważniejsza relacja zawsze jest zobowiązaniem. Sam co nieco o tym wiedziałem, przynajmniej w czasach, kiedy jeszcze chciało mi się inwestować czas, kasę i emocje w dłuższe znajomości.

Kiedy wróciłem pomiędzy gości, mojej ciemnowłosej kusicielki już nie było – musiała wymknąć się z imprezy bez pożegnania, mając gdzieś to, że będę się za nią rozglądać… Zamawiając kolejne prosecco, zdałem sobie sprawę, że zostawiła mnie w poczuciu niedosytu; spragnionego widoku jej włosów, przeciągniętych jasną szminką warg i uroczych drobnych stópek z paznokciami w kolorze owoców jarzębiny.

Sącząc wino, przesiedziałem jeszcze pół godziny na jednym z leżaków w kącie rozświetlonego lampionami ogrodu, ale szybko straciłem zainteresowanie imprezą i pożegnałem gospodarzy na długo przed północą.

Wsiadając do taksówki, myślałem o spontanicznym garażowym seksie i w duchu przyznałem mojej tajemniczej kochance maksymalną liczbę punktów za drapieżny styl, odwagę i mistrzowsko wykonanego loda. Kobiety często pytają mnie, z kim sypiam. Seksuolog, podobnie jak ginekolog, to zawód posiadający otoczkę czegoś perwersyjnego i kuszącego jednocześnie. Pochlebia mi ich zainteresowanie, ale również lekko stresuje, bo presja, jaką czasem odczuwam w łóżku, bywa olbrzymia. Laski, z którymi się umawiam, myślą, że jako ekspert od seksu jestem rewelacyjnym kochankiem. Ale czy ktokolwiek nim jest?

 

 

 

 

 

 

2.

 

ILONA

 

 

 

Nie wiem, czemu pozwoliłam mu zostać. Facetów z Tindera wykopuję zazwyczaj tuż po zaliczonym orgazmie. A jednak Adam spędził u mnie całą noc i teraz, kilka minut po ósmej, całkowicie nagi kręcił się po mojej kuchni, radośnie pogwizdując.

– Jaką pijesz? Z cukrem i mlekiem? Czarną? – zapytał, zalewając wrzątkiem złoconą na brzegach filiżankę w kolibry, kruchą pamiątkę z Santorini, którą jakimś cudem udało mi się przewieźć w walizce i nie ukruszyć.

– Czarną – powiedziałam, tłumiąc ziewanie.

Kiedy podawał mi kawę, zerknęłam na dyndającego pomiędzy jego nogami kutasa i lekko się uśmiechnęłam na wspomnienie minionej nocy.

– Co? – zapytał, siadając naprzeciwko mnie.

– Nic. – Wzruszyłam ramionami i upiłam kilka łyków.

– Twój kot udrapał mnie w rękę – oznajmił, sięgając po cukier.

– To nie mój kot – zgodnie z prawdą wyparłam się Borysa, bo przechowywałam go jedynie przez tydzień, ubłagana przez kuzynkę. – I mam nadzieję, że cała sprawa nie skończy się w sądzie – wysiliłam się na kiepski żart.

– Nie twój? – Mój zeszłonocny kochanek zrobił naprawdę zaskoczoną minę.

– Nie mój. Nie mój kot, nie mój facet, tylko kuchnia moja. – Zaśmiałam się.

– Wiesz, w sumie gdybyś chciała, mógłbym zostać twoim facetem. – Adam złapał mnie za rękę i spojrzał mi głęboko w oczy. – A jeśli jeszcze kilka razy zrobisz mi takiego genialnego loda, może nawet się z tobą ożenię? Wiesz, twoja biała suknia i mój wypasiony garnitur, wynajęta limuzyna z szoferem, tony prezentów i morze szampana to w sumie nie taka zła perspektywa. A w podróż poślubną zabiorę cię na Kubę.

– Wybacz, chłopcze, nie ten adres. – Zabrałam rękę i przelotnie zerknęłam na zadrapany przez Borysa wierzch jego dłoni. – W łazience mam spirytus. Skocz po niego, to pobawię się w seksowną pielęgniarkę – dodałam, a on wstał i wyszedł z kuchni, nie komentując mojej ociekającej sarkazmem wcześniej wypowiedzi.

– W szafce nad umywalką?! – krzyknął chwilę później.

– Tak! I weź wacik!

Kiedy przemywałam ją spirytusem, ranka wciąż lekko krwawiła i przez chwilę pomyślałam o moich ostatnich przygodnych kontaktach z przypadkowymi facetami i ryzyku zakażenia HIV, ale szybko dałam sobie spokój z ponurymi wizjami. „Zresztą używałam gumek. Przynajmniej w większości przypadków” – pocieszyłam się w duchu.

– Czym mu podpadłeś? – zapytałam z uśmiechem, opuszkami palców muskając opaloną skórę przy jego kciuku.

– Komu? – Adam nie zajarzył, chyba się nie wyspał…

– Kotu.

– Nie twojemu kotu? Trudno powiedzieć… Może on nie lubi, kiedy pieprzą cię obcy faceci?

– Pieprzą mnie wyłącznie obcy faceci. Przynajmniej od niedawna. – Uśmiechnęłam się krzywo i sięgnęłam po filiżankę.

– Spieszysz się? – zapytał, nie podejmując dyskusji o tym, kto i w jakich konfiguracjach przewija się przez moją sypialnię.

– Dziś? Nie.

– A masz może ochotę na powrót do łóżka?

– Jeśli później zrobisz mi śniadanie… – Stanęłam do negocjacji.

– Co tylko zechcesz – zgodził się.

Chwilę później kotłowaliśmy się w zmiętej, przesiąkniętej zapaszkiem seksu pościeli, a on zębami szarpnął za koronkę moich majtek i zsunął je w dół, całując mnie przy tym po wzgórku łonowym, na samej granicy krótko przyciętych ciemnych włosków. Kiedy rozchyliłam uda, a on koniuszkiem języka dotknął mojej łechtaczki, cicho jęknęłam i wczepiłam palce w jego potargane ciemne loki, gdzieniegdzie poprzetykane srebrzącymi się pojedynczymi nitkami siwizny. Tym razem jednak pragnęłam poczuć go w sobie, więc lekko odchyliłam jego głowę i szepnęłam, że po prostu chcę się pieprzyć.

– Zerżnij mnie – wymruczałam zmysłowym tonem, który kiedyś uwielbiał Dawid, ale nie zamierzałam teraz myśleć o tym cholernym dupku, skoro w końcu się od niego uwolniłam…

– Skoro tego właśnie chcesz, laleczko… – Adam przesunął się nieco wyżej, pocałował mnie w usta i przez dłuższą chwilę smakował moje wargi, a nasze języki tańczyły swój własny taniec godowy.

Zanim we mnie wszedł, kolanem rozchylił mi nogi i było w tym geście coś tak władczo samczego, że momentalnie zrobiłam się jeszcze bardziej mokra. Posuwał mnie wolno, niespiesznie, dosłownie w nieskończoność celebrując każde pchnięcie, a kiedy poczułam rozlewającą się po dole brzucha ciepłą falę orgazmu, skończył we mnie niemal w tym samym momencie i ciężko, przeciągle dysząc, opadł na plecy.

– Masz w sobie coś, co sprawia, że mógłbym tu zostać na zawsze – stwierdził, a ja momentalnie stężałam.

Nie! Nie, do cholery! Żadnych stałych związków, żadnych deklaracji, romantycznych wyznań czy wicia miłosnego gniazdka! Nie po sześciu latach z Dawidem – narcyzem, despotą, egoistą i brutalem, który pod wieloma względami zamienił moją codzienność w piekło.

– Idź już – powiedziałam, odwracając się na plecy, bo to, co przed chwilą wyznał, momentalnie mnie zmroziło.

– Uraziłem cię czymś? – Adam, spocony i wciąż jeszcze nieco szybciej oddychający, przywarł do moich pleców, całując mnie po szyi, ale ostrym tonem kazałam mu się zabierać.

– Po prostu wyjdź, Adam! To miała być jedna noc, przegadaliśmy to przecież przez telefon. Tinder, czyli dobra zabawa, ekspresowy orgazm i do widzenia – mruknęłam, nieczuła na jego pieszczoty.

– Szkoda.

Chwilę później wstał, w milczeniu pozbierał z podłogi swoje ciuchy, które leżały tam od poprzedniego wieczoru, i nagi wyszedł z sypialni, a mnie naszły wyrzuty sumienia, że potraktowałam go zbyt szorstko.

– Jeśli masz ochotę na prysznic, nie krępuj się – powiedziałam, wychodząc do korytarza.

– Dzięki, wezmę u siebie – zdecydował, sięgając po kluczyki.

Wyszedł bez słowa pożegnania, wyraźnie urażony, ale, prawdę mówiąc, chyba jednak miałam to gdzieś.

Kiedy się zmył, zmieniłam pościel, wzięłam długą, gorącą kąpiel i powróciłam wspomnieniami do zeszłego tygodnia i sobotniej imprezy u znajomej, na której dość blisko zapoznałam się z pewnym wysokim blondynem i lodowato zimną maską samochodu gospodarza. I chociaż obiecywałam sobie przecież, że w ciągu nadchodzącego roku, a może nawet dłużej, nie wpierniczę się w żaden stały związek, pod wpływem nagłego kaprysu wybrałam numer Marty, gospodyni sobotniego garden party.

– Słuchaj, kim był ten wysoki blondyn, którego u was poznałam? Wiesz który, prawda? Prawie dwa metry wzrostu, przydługa grzywka, piwne oczy – zapytałam, kiedy już obgadałyśmy menu, przystojniaków z cateringu i Jagodę Nowakowską, która zrobiła sobie ostatnio cycki i chirurgicznie poprawiła nos.

– Robert Koch, nasz dobry przyjaciel.

– Robert Koch, jak ten noblista? – Parsknęłam śmiechem, sięgając po długopis.

Chociaż za cholerę nie przyznałabym się do tego Marcie, zapisałam sobie jego nazwisko na skraju kuchennej papierowej serwetki w chabry, chociaż, zważywszy na okoliczności i zbieżność nazwisk z noblistą, i tak zdążyłam już sobie utrwalić je w pamięci.

– Tak, chociaż Nobla z medycyny to on raczej nie zgarnie. A co, lecisz na niego? Wydawało mi się, czy na jakiś czas razem zniknęliście?

Marta momentalnie zwietrzyła okazję do poplotkowania, ale nie zamierzałam się jej zwierzać. Chciałam się tylko dowiedzieć, czyj giętki i zwinny język miał niewątpliwą przyjemność pofiglować z moją szparką.

– Wydawało ci się – powiedziałam więc, a ona dodała, że to dość znany w mieście seksuolog, z którym kiedyś studiował medycynę jej Artur.

– Seksuolog? – Prawie zakrztusiłam się kawą, którą dopijałam, siedząc na balkonie. – Marta, ty mówisz poważnie czy robisz sobie ze mnie jaja?

– Nie no, mówię poważnie. Robert wygląda młodo, ale ma trzydzieści cztery lata, wykłada na jednej z prywatnych uczelni i przyjmuje pacjentów we własnym gabinecie. Więc jednak na niego lecisz? No, przyznaj, nie bądź pindą!

– Okay, lekko zawrócił mi w głowie – przyznałam, a Marta głośno się roześmiała.

– Lekko zawrócił ci w głowie? Biorąc pod uwagę, że widziałam was wślizgujących się potajemnie do naszego garażu, nazwałabym to nieco inaczej… Dobry był? Gadaj, wyduś to z siebie!

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – skłamałam, a Marta zachichotała.

– Uważaj, bo doktorek ma wśród naszych znajomych całkiem konkretną opinię…

– Czyli? – zapytałam niby od niechcenia.

– Posuwa wszystko, co na drzewo nie spiernicza. Teraz ogarniasz sytuację?

– To tak, jak ja. Trzeba korzystać z życia, póki nam nie opadną cycki, a facetom co innego. – Uśmiechnęłam się na wspomnienie jego zwinnego języka w mojej piczce i pospiesznie zakończyłam rozmowę, żeby Marta nie wyciągnęła ze mnie wszystkich pikantnych szczegółów.

Nigdy nie przepadałam za zbyt otwartymi rozmowami o seksie, zresztą nie znałam jej aż tak dobrze, żeby opowiadać przez telefon o gorącej zabawie na bezlitośnie zimnej masce bmw jej męża.

Myjąc filiżankę po kawie, zdałam sobie sprawę, że nie potrafię przestać myśleć o Robercie, i okropnie mnie to wkurzyło. Może właśnie dlatego, trochę na przekór samej sobie, na wieczór umówiłam się z kolesiem, którego kilka dni wcześniej poznałam w delikatesach. Żadnych stałych związków! Nie!

 

 

 

 

 

 

3.

 

ROBERT

 

 

 

– Lubię, kiedy on jest w pobliżu. – Po serii zachęt z mojej strony czerwony na twarzy i skulony ze wstydu mój nowy pacjent wykrztusił w końcu, z czym do mnie przyszedł. – Gaspar, mój wąż – dodał, precyzując, kim jest tajemniczy „on”. – Lubię się kochać z dziewczynami, wiedząc, że on jest tuż obok, w terrarium. Wyobrażam sobie, że w pewien sposób mi kibicuje i podziwia to, co robię. Dotąd nie stanowiło to najmniejszego problemu, ale panna, z którą jestem od pół roku, nienawidzi węży. – Młody mężczyzna zamilkł, jakby zbierał myśli. – Ale jest coś jeszcze – dodał po chwili. – Bez niego już nie potrafię…

– Nie udaje się panu utrzymać erekcji?

– Utrzymuję, ale to już nie jest nic ekscytującego. Podniecam się tylko, kiedy widzę węża albo przynajmniej wiem, że on jest obok, gdzieś za moimi plecami. Znaczy nie to, że chciałbym coś ten tego z nim… Po prostu chcę, żeby tam był i żeby ona też go widziała. Ale Anita się nie zgadza. Mówi, że to obrzydliwe, i wpada w histerię za każdym razem, kiedy proponuję przejście do pokoju z terrarium.

– Powiedział jej pan, że to go kręci? – zapytałem.

– Co? Nie! – Chłopak jeszcze bardziej poczerwieniał. – Wzięłaby mnie za jakiegoś zboczeńca. Zresztą może nawet nim jestem?

– Czego pan oczekuje od terapii w moim gabinecie?

– No nie wiem… Normalności? Żeby mi pan wybił z głowy węża czy coś. – Pacjent podrapał się po ogolonej na łyso czaszce i dodał, że zdecydował się na wizytę, bo jest coraz gorzej. – Zaczynam się bać samego siebie i tego, że zrobię Anicie coś złego. Nocami, nie mogąc spać, leżę obok niej i wyobrażam sobie, że wyjmuję Gaspara z terrarium i kładę go na naszym łóżku, a on wije się po jej nagim ciele, z cichym sykiem krążąc pomiędzy jej piersiami, po brzuchu albo pośladkach, a później, wciąż śpiąc, ona rozchyla uda, a on wślizguje się do jej piczki i…

– I? – zapytałem.

– No, wie pan, penetruje ją. Wyobrażam sobie, że mieści się tam cały, a spomiędzy jej nóg wyłania się jedynie końcówka jego ogona. Jej się to podoba. Budzi się i prosi o jeszcze, wije się z rozkoszy, dochodzi z krzykiem i wyjmuje sobie węża spomiędzy nóg, robiąc miejsce mojemu twardemu kutasowi. Później ją rżnę. Najpierw wąż, później ja. Czemu to on jest ważniejszy? Nie ja, tylko on? Co on takiego ma, że pozwalam mu wślizgnąć się w nią, zanim to ja w nią wejdę? I skąd takie porąbane fantazje? Jestem zboczeńcem?

– A czuje się pan tak?

– No raczej. – Łypnął na mnie spode łba i wbił paznokcie w drewniane poręcze fotela, w którym siedział. – Boję się, że którejś nocy naprawdę go wypuszczę, a on w nią wejdzie albo… Czy wąż może wejść w kobietę? A może jestem opętany, a to wszystko to jakieś demoniczne wyobrażenia, które mną zawładnęły?

– Jest pan wierzący? Dopuszcza pan możliwość opętania? – zapytałem.

– Jestem ateistą, ale… Doktorze, a jeśli ja zrobię jej krzywdę? W dzieciństwie lunatykowałem. Co, jeśli teraz do tego wrócę?

– A lunatykuje pan obecnie?

– Nie. To co z tym wężem? Może w nią wejść?

– A jak pan to sobie wyobraża? Że ona śpi, a on się w nią wbija? Jak pana zdaniem udaje mu się w nią wślizgnąć?

– Wiem, to niedorzeczne. – Pacjent zaśmiał się nerwowo i jeszcze mocniej zacisnął palce na drewnianych oparciach fotela. – Słyszałem o ciele kobiety znalezionym w siedmiometrowym wężu i pytonie, który ugryzł jakąś laskę w pośladek, ale nigdy o czymś takim.

– Czy dręczy pana czasami kompleks małego członka? – palnąłem z brutalną szczerością i nie owijając w bawełnę, a koleś spojrzał na mnie z takim wyrzutem, jakbym mu matkę, ojca i psa ubił. – Czy zdarzało się panu myśleć, że nie zaspokaja partnerki? Boi się pan, że ją skrzywdzi, ale może chodzi o coś zupełnie odwrotnego. Może, bojąc się, że nie zaspokaja jej pan wystarczająco, w swoich marzeniach przodem wpuszcza pan w nią węża. Jest duży, prawda?

– Olbrzymi, a kiedy go sobie w niej wyobrażam, jest jeszcze większy. Kurwa… Więc chodzi o mojego fiuta? Kiedyś Anita trochę za dużo wypiła i wygadała się, że jej były ma naprawdę nieziemską pytę. Pamiętam, że strasznie się wkurzyłem i często o tym myślałem. O tym wielkim kutasie Mariusza w jej cipce. I o tym, że ona nas porównuje, a ja wypadam gorzej na jego tle. Kurde, doktorze! To by było takie proste?

– Nie wiem, czy proste. Ważne, że być może uświadomił sobie pan właśnie przyczynę problemu. Nie ma nic złego w tym, że chce pan uprawiać seks w pokoju z terrarium. W pana wyobrażeniach również nie ma nic złego, to tylko mroczniejsze fantazje, które miewają wszyscy. Nieco niepokoi mnie natomiast fakt, że wmawia pan sobie to, że zrobi pan dziewczynie krzywdę. Ale przecież pan tego nie chce?

– Nie! Nie chcę zrobić jej krzywdy! Chcę tylko, żeby miała zajebiste orgazmy i…

– Z panem nie ma?

– Ma, ale kiedy myślę o tej gigantycznej pycie Mariusza, to…

– Musi się pan wyzwolić z obsesji na punkcie rywala. Zresztą to nawet nie pana rywal, bo przecież oni nie są już razem. Dodam – jaką pan ma pewność, że koleś jest aż tak nieprzeciętnie obdarzony? Może partnerka powiedziała to, będąc podenerwowana, żeby zrobić panu na złość, a może zwyczajnie przesadza, dając się ponieść wyobraźni? Omówimy to następnym razem, o ile zdecyduje się pan kontynuować terapię – zakończyłem rozmowę, a chłopak podniósł się z fotela i wyciągnął do mnie rękę.

– Dzięki, doktorze. Trochę mi się rozjaśniło w głowie – mruknął.

Kiedy wyszedł, przez dłuższą chwilę zastanawiałem się nad dalszą diagnostyką. Podejrzewałem, że być może mam do czynienia z formą ofidyfilii, chociaż przypuszczałem, że w jego przypadku bardziej chodziło o kompleks małego członka i mocno przesiąkniętą erotyzmem prastarą symbolikę węża i kobiety.

W drodze do domu przypomniałem sobie Renatę, jedną z moich pierwszych kobiet, i jej sięgające talii długie ciemne włosy, którymi lubiła owijać mojego fiuta, zanim wzięła go do buzi. Nigdy później żadna laska nie zrobiła dla mnie czegoś takiego, a ja do dziś pamiętam cudowną szorstkość jej włosów na moim kutasie, przeplataną aksamitną miękkością pieszczot jej języka. Ale Renata to była zamierzchła przeszłość…

 

* * *

 

Przed dwudziestą wziąłem pospieszny prysznic i owinięty frotowym szlafrokiem wybrałem numer Tamary, Ukrainki, z którą od czasu do czasu chodziłem do łóżka.

– Robert… Dawno nie dzwoniłeś… – kochanka powitała mnie lekkim wyrzutem, chociaż jej głos brzmiał ciepło i zmysłowo.

– Tym bardziej jestem stęskniony… Mogę do ciebie podjechać?

– Przyjedź – zgodziła się.

Kwadrans później otworzyła mi drzwi, złapała mnie za rękę i niemal wciągnęła do mieszkania.

– Tęskniłam – wymruczała, kładąc dłoń na moim kroczu, a mój kutas momentalnie ożywił się w spodniach.

– Też tęskniłem – powiedziałem, zakładając jej za ucho rudy kosmyk włosów, a ona przez dłuższą chwilę pieściła mojego penisa poprzez materiał spodni, aż w końcu cofnęła rękę.

– Zobacz, co na ciebie czekało. – Tamara rozpięła kilka guzików kwiecistej letniej kiecki i odsłoniła pełne mlecznobiałe piersi z bladoróżowymi otoczkami, a później, patrząc mi prosto w oczy, zaczęła się pieścić.

Przyglądałem się jej jak zahipnotyzowany – jej długie krwistoczerwone paznokcie idealnie kontrastowały z bladością jej skóry, a malujący się na twarzy wyraz rozkoszy pobudził mnie tak, że z trudem panowałem nad własnym fiutem.

– Zostaw coś dla mnie. – Pochyliłem się nad nią i łapczywie złapałem w usta jeden z jej twardych sutków, a ona odchyliła głowę i z błogością zmrużyła oczy.

Ssałem jej pierś przez dłuższą chwilę, napawając się znajomym zapachem jej ciała. W końcu oderwałem wargi od jej sutka, rozpiąłem spodnie, w pośpiechu założyłem wyjętą z portfela gumkę i złapałem ją za pośladki, z lekkością unosząc dziewczynę. Wchodząc w nią, przypomniałem sobie rozmowę z nowym pacjentem i nagle w mojej głowie zaroiło się od grubych, oślizgłych węży, wijących się wśród nagich i pulchnych kobiecych ciał, a Tamara powiedziała coś po ukraińsku. Doszedłem kilka minut później, pohamowując się tylko dla jej przyjemności, bo byłem tak podjarany, że najchętniej spuściłbym się z marszu, kiedy tylko jej wąska, gorąca szparka zacisnęła się na moim fiucie.

„Czemu spotykamy się tak rzadko?” – zastanawiałem się, patrząc, jak ona zapina sukienkę.

Wtedy przywróciła mnie do rzeczywistości, jednym krótkim zdaniem mordując nastrój.

– Nie możesz dziś dłużej zostać, mój mąż może wcześniej wrócić – szepnęła mi na ucho, zanim pocałowała mnie w usta.

Czekając na windę, wyobraziłem sobie wielkiego, wytatuowanego kierowcę TIR-ów, z którym od ośmiu lat była Tamara, i zacząłem się zastanawiać, jak wyglądałaby nasza samcza zaciekła walka o nią. W końcu jednak porzuciłem bezsensowne rozważania i, pogwizdując, wsiadłem do samochodu. Tym bardziej że przecież nie była kobietą, o którą, przyparty do muru, w ogóle chciałbym walczyć. Nadarzyła się okazja do gorącego romansu z piękną Ukrainką, to z niej skorzystałem. Na konfrontację z jej mężem z całą pewnością nie miałem ochoty.

Przed domem, kiedy wysiadłem, żeby zajrzeć do skrzynki na listy, zaczepiła mnie córka Zielińskich z sąsiedniej uliczki – siedemnastoletnia pyskata gówniara z zielonymi końcówkami włosów, która skądś dowiedziała się, że jestem seksuologiem, i najwyraźniej bardzo ją to bawiło.

– Doktorze, mam uderzenia gorąca i suchą piczkę. Czy to już menopauza? – zapytała Weronika, mijając mnie w wąskiej polnej drodze przed moim domem, a dwie towarzyszące jej smarkule w kusych kieckach i pełnej tapecie na buźkach parsknęły głośnym śmiechem.

– Zapytaj ginekologa – burknąłem, wsiadając do samochodu, zadowolony, że brama wjazdowa zdążyła się już rozsunąć i nie muszę sterczeć przed domem wyszydzany przez gówniary.

„Lada dzień pogadam sobie z jej rodzicami” – zdecydowałem, bo to nie był pierwszy raz, kiedy pyskata lolita zaczepiała mnie w tak bezczelny sposób. Wybuchłem śmiechem dopiero, kiedy zamykałem garażowe drzwi. „Nie, nie będę konfidentem” – pomyślałem. Smarkulemają tupet, bywa. Łażenie na skargę do Zielińskich z pewnością nie poprawi naszych relacji.

Wieczorem wydrukowałem znalezioną w sieci stronę z pierwszymi objawami menopauzy, włożyłem złożoną na pół kartkę do białej koperty, zapisałem na niej imię smarkuli z sąsiedztwa i wyszedłem przed dom, żeby podejść pod willę sąsiadów i dla jaj wcisnąć kopertę do ich skrzynki. Odchodziłem, kiedy w oknie na górze zauważyłem jakiś ruch i zdałem sobie sprawę, że Weronika przygląda mi się zza lekko uchylonej firanki.

Godzinę później dostałem MMS-a z nieznanego numeru, na widok którego dosłownie zaniemówiłem. Zdjęcie było kolorowe i dosadne w sposób niepozostawiający niczego wyobraźni.

„Moja muszelka chętnie by w sobie poczuła twoją maczugę” – przeczytałem dołączony do zdjęcia tekst.

– Ja pierdolę! – zakląłem, wykasowując je z telefonu.

I chociaż nie miałem przecież pewności, bo fotkę mogła mi wysłać którakolwiek z dawnych kochanek, coś mi mówiło, że dostałem ją od napalonej nastolatki z sąsiedztwa. Coś podszeptywało mi również, że koperta z wydrukiem też była błędem i niepotrzebnie „odbiłem piłeczkę”, dając się wmanewrować w jej gierki. Ale cóż, stało się… Zresztą nie ja ten cyrk rozpocząłem…

 

 

 

 

 

 

4.

 

ILONA

 

 

 

Do Czarnego Konia wyciągnęła mnie Olga. Nie lubiłam tego klubu i starałam się go omijać. Był dla mnie zbyt głośny, tłoczny, duszny i pełen rozpychających się łokciami bogatych gówniarzy tuż po dwudziestce, którzy tłumnie wpadali tu co weekend, żeby się naćpać, pieprzyć po kiblach, a nierzadko puścić pawia na cudze buty.

Ale Olga nalegała, a kto jak kto, ale ona potrafiła być naprawdę kurewsko nachalna…

– Zabawimy się, upijemy i trochę zeszmacimy po ciężkim dniu – kusiła mnie przyjaciółka i w końcu, pomimo nawału pracy, którą powinnam ogarnąć na przyszły tydzień, zgodziłam się wyskoczyć z nią na kilka drinków.

– Patrz na tamtego kolesia w jasnej koszuli! – krzyknęła mi na ucho, kiedy z kieliszkami w dłoniach zasiadłyśmy przy zarezerwowanym dzień wcześniej stoliku. – Fajnie się rusza!

– Nie wrzeszcz, słyszę! – odkrzyknęłam, lustrując tańczącego na środku parkietu bruneta, który faktycznie nieźle się ruszał, ale za to miał kompletnie nijaką twarz.

Przez kolejne półtorej godziny wlewałyśmy w siebie drinki, oglądałyśmy fotki w swoich telefonach i gadałyśmy o pracy, w końcu Olga krzyknęła, że idzie do kibla.

– Idziesz ze mną?!

– Zajmą nam stolik – zawahałam się.

– To będziemy tańczyć! Chodź, podnieś tyłek! – ponagliła mnie.

W łazience pachniało odświeżaczem powietrza o mocnym aromacie lilii i było zaskakująco pusto jak na ten lokal i tę porę.

– Przespałam się z szefem – pochwaliła mi się Olga, poprawiając przekrzywiony szew w seksownej czarnej pończosze. – I muszę ci powiedzieć, że było całkiem, całkiem, ale teraz nie wiem, gdzie oczy podziać, kiedy siedzę na firmowym zebraniu, a on rozbiera mnie wzrokiem. Zresztą „rozbiera” to mało powiedziane… Ewidentnie rżnie mnie w myślach, kiedy ja usiłuję się skupić na gadce o wynikach sprzedaży.

– Wow, co mogę dodać? Miałaś na niego ochotę i w końcu go dorwałaś, kocico. No co? Chyba nie żałujesz? – zapytałam, wyjmując z torebki buteleczkę perfum, którymi spryskałam nadgarstki i skórę na karku, tuż pod linią włosów.

– Nie, no co ty. Było miło, no i już wiem, co chowa w spodniach. – Olga uśmiechnęła się lisio i wyjęła z kopertówki szminkę, którą przeciągnęła pełne wargi.

Tych ust zawsze jej zazdrościłam. Moje też były w miarę ładnie wykrojone, ale jej miały modny wygląd tego charakterystycznego wydęcia, kojarzącego się z umieszczanymi w modowych magazynach zdjęciami modelek i aktorek.

– Irek dzwoni! – pisnęła, kiedy zamknęłam się w kabinie.

Rozmawiała przez chwilę, a kiedy myłam ręce, zapytała, czy nie miałabym ochoty skoczyć z nią do nowych znajomych, pod miasto.

– Jeśli we dwie zrzucimy się na taryfę, to może w tym miesiącu nie zbankrutuję – mruknęła, poprawiając przed lustrem długie jasne włosy.

– A co to za ludzie? – zapytałam, wklepując w dłonie krem nawilżający.

– No znajomi, spiknęliśmy się niedawno, na jazzowym koncercie. Piszą, że robią spontanicznego grilla, i pytają, czy wpadnę. Jedziesz?

– Dobra, co mi tam – zdecydowałam i kilka minut później obie władowałyśmy się do taksówki.

Znajomi Olgi okazali się parą koło trzydziestki, mieszkającą w olbrzymim domu na skraju lasu. Ogród, opadający nieco kaskadami zieleni, był rozległy i klimatycznie zapuszczony, co momentalnie mnie zauroczyło.

Pan domu, ciemnooki i ciemnowłosy, przewracał właśnie karkówkę, a gospodyni, drobniutka blondynka w czarnej sukience, kręciła się wśród gości z tacą pełną drinków. Podeszłam, żeby się przywitać, i dopiero wtedy ją poznałam. Na studiach, tuż po rozpoczęciu drugiego roku, odbiłam jej faceta. „Ja pierdolę” – pomyślałam, chcąc jakoś się wycofać, żeby zachować twarz, ale w tym samym momencie ona również mnie rozpoznała.

– Wow, poważnie? Masz, kurwa, tupet – syknęła, odstawiając tacę na masywny ogrodowy stół.

– Wybacz, nie miałam pojęcia, że na siebie wpadniemy – powiedziałam, ale ona nawet nie udawała, że słucha.

Wykrzywiła się z pogardą, ostentacyjnie odwróciła się do mnie plecami i ignorując mnie, zagadnęła którąś ze swoich koleżanek.

„Pizda – pomyślałam, czując, że policzki płoną mi z wściekłości. – Dobra, przyznaję, zrobiłam jej świństwo, ale, do kurwy nędzy, to było wieki temu!”.

– Wychodzę! – Chwilę później odszukałam wzrokiem Olgę, podeszłam do niej, złapałam ją za ramię i ruszyłam w stronę furtki, dosłownie ją za sobą ciągnąc. – A może powinnam powiedzieć „wychodzimy”? – dodałam, dosłownie kipiąc ze złości, bo pełne pogardy zachowanie pani domu mocno podniosło mi ciśnienie.

– Pojebało cię? Przecież ledwo przyjechałyśmy. – Moja przyjaciółka wyglądała na nieźle skołowaną. – Co jest, Ilona?

– Dobra, skoro już musisz wiedzieć… Miałam kiedyś niezbyt ciekawe przejścia z panią domu. Błagam, nie pytaj… – mruknęłam.

– I co? Mam wracać sama? Widziałaś przecież, ile zapłaciłyśmy za taryfę – jęknęła moja przyjaciółka, ale w tym momencie miałam to naprawdę głęboko gdzieś.

– Olga, nie zostanę tutaj. Nie ma chuja! – rzuciłam przez zęby i chwilę później pchnęłam furtkę. – Jeśli chcesz, wracaj ze mną.

– Chyba cię pogięło, bejbi! Ja już czekam na pieczarki z masłem czosnkowym. – Zaśmiała się. – Czym wrócisz?! – krzyknęła w ślad za mną.

– Nie mam pojęcia! – odkrzyknęłam, ruszając w dół wąskiej drogi i przeklinając w duchu własną niefrasobliwość.

Trzeba było zostać w Czarnym Koniu. Skrzywiłam się, sekundę później prawie wykręcając kostkę na wyżłobionych przez samochody koleinach.

Do pobliskiej szosy dotarłam pieszo, z nadzieją, że wypatrzę przystanek PKS-u bądź busa, ale jak na złość wzdłuż drogi ciągnęły się tylko domy. Miałam już dzwonić po taryfę, kiedy jadący srebrną terenówką koleś zjechał na pobocze i urywanie zatrąbił.

– Przecież nie łapałam stopa – mruknęłam pod nosem, zastanawiając się, co robić.

Tymczasem on odpiął pasy, pochylił się i zapraszająco uchylił drzwi od strony pasażera. „Dobra, raz kozie śmierć” – pomyślałam, podchodząc do srebrnego volva. Kierowca był młody i wyglądał sympatycznie, ale wciąż się wahałam.

– Niech pani wsiada, idzie burza. – Uśmiechnął się zachęcająco.

„Ted Bundy też był ponoć miły, kiedy wabił niczego niepodejrzewające ofiary do swojego samochodu” – przeszło mi przez myśl. A jednak wsiadłam.

W drodze do miasta przedstawił się jako Kuba i zapewnił mnie, że nieczęsto bierze do auta obcych ludzi.

– Rozczuliły mnie twoje buty. To nie jest droga na szpilki. – Uśmiechnął się, kiedy już przeszliśmy na „ty”, i na chwilę oderwał wzrok od szosy.

– Zawsze tak szybko się rozczulasz? – rzuciłam lekko kpiącym tonem, a on głośno się roześmiał.

– Okay, przyłapany. Tak naprawdę spodobał mi się twój tyłeczek w tej wąskiej kwiecistej sukience. Chciałaś szczerość, to masz.

– Szczery do bólu. Ale fakt, mam niezły tyłek.

Zapytał, czy dałabym się wyciągnąć na późną kolację.

– A może wolałabyś po prostu napić się dobrego wina? Niedawno przywiozłem kilka butelek z pięknej Chorwacji.

– A może po prostu powiesz wprost, że miałbyś ochotę mnie przelecieć? – zapytałam, a on lekko się zaczerwienił.

– Kobiety rzadko bywają tak bezpośrednie – zauważył.

– Przeszkadza ci to?

– Nie, wręcz przeciwnie. Mieszkam niedaleko, gdybyś serio chciała…

– Mam lepszy pomysł – powiedziałam. – Kojarzysz opuszczony budynek dworca ? Tuż za nim są puste magazyny.

– Mówisz poważnie? Latem chyba sporo tam lumpów.

– A co, boisz się? – zakpiłam.

– Nie – mruknął, lekko urażony.

Chwilę później skręcił w polną drogę wiodącą na nieczynną stację. Kiedy dotarliśmy na miejsce, nad naszymi głowami zagrzmiało.

– Zaraz lunie – powiedział Kuba. – Patrz pod nogi, pełno tu ukruszonych cegieł – dodał, wyciągając do mnie rękę.

Do pierwszego magazynu nie udało się nam dostać, ale w drugim budynku ktoś wyważył drzwi, więc weszliśmy w ciemną czeluść pustostanu. Kiedy otoczył nas mrok, poczułam strach. „Szczury? Bezdomni? Ćpuny? Co lub kogo tu zastaniemy?” – zastanawiałam się, podczas gdy on wszedł nieco w głąb olbrzymiej sali, a rozgniatane podeszwami jego eleganckich mokasynów szkło cicho chrzęściło. A jednak, pomimo że serce biło mi w szaleńczym tempie, czułam również podekscytowanie i przyjemne, mrowiące w dole brzucha podniecenie.

– Tam chyba jest jakiś materac, ale nie sądzę… – Kuba włączył latarkę w telefonie i gęstniejącą ciemność wokół nas rozproszył wąski snop światła.

– Tutaj – powiedziałam, przystając obok spiętrzonego stosu drewnianych skrzynek.

Majtki zdjęłam chwilę później, a on złapał mnie od tyłu za biodra i, ocierając się o mnie, zapytał, czy to wszystko dzieje się naprawdę…

– Pospiesz się – ponagliłam go, z kusząco wypiętymi pośladkami opierając się dłońmi o skrzynki.

Wtedy powiedział, że nie ma gumki.

– Łap – rzuciłam, mając gdzieś, co o mnie pomyśli, i czubkiem eleganckiego sandałka trąciłam leżącą na betonowej posadzce torebkę.

Kiedy zakładał prezerwatywę, przeszło mi przez myśl, że przeginam, ale szybko opędziłam się od wyrzutów sumienia. „Żyje się tylko raz, i to cholernie krótko” – powiedziałam sobie. Chwilę później Jakub wbił się we mnie i zaczął posuwać, a ciszę w ciemnym magazynie przerywał jedynie stłumiony odgłos naszych stykających się co chwilę ciał. Kiedy dochodził, krzyknął i złapał mnie za pierś, zaciskając palce na kwiecistym materiale sukienki.

– O Boże, to było nieziemskie – wymamrotał, zanim się ze mnie wysunął.

W tym samym momencie za naszymi plecami rozległ się głuchy łomot i oboje rzuciliśmy w tamtą stronę spłoszone spojrzenia, ale – jak się okazało – to tylko wychudzony kot strącił chwiejną stertę cegieł.

W samochodzie, kiedy już z powrotem wyjechaliśmy na szosę, przyjrzałam mu się lepiej i zdałam sobie sprawę, że jest znacznie młodszy ode mnie. Nie żeby robiło mi to jakąkolwiek różnicę.

– Zatrzymaj się przed tamtym biurowcem – poprosiłam, kiedy dotarliśmy w moją okolicę.

– Myślałem, że podrzucę cię pod sam dom. – W jego głosie usłyszałam rozczarowanie.

– Źle myślałeś – mruknęłam, rozpinając pasy.

– Zobaczymy się jeszcze? No wiesz, może któregoś dnia…

– Nie – ucięłam.

Wysiadając, pomyślałam, że w sumie miałabym nawet na to ochotę, ale przecież sobie obiecałam – żadnej wymiany numerów, stałych związków czy przywiązania. Seks bez zobowiązań, nic więcej. „Jasne, oksytocyna, pobudzająca w mózgu chęć zacieśniania fizycznej więzi kochanków, niejednej kobiecie spłatała figla, ale ja się nie dam” – powiedziałam sobie, trzaskając drzwiami od jego samochodu. Zanim odjechał, długo stał na chodniku, a ja dosłownie czułam na plecach jego żarłoczne, zachłanne spojrzenie, a pomiędzy nogami wymownie wilgotną pozostałość po erotycznych igraszkach w opuszczonym magazynie.

W domu, biorąc długą kąpiel, sama doprowadziłam się do orgazmu, ale nie myślałam o chłopaku z opuszczonego dworca. Myślałam o nim. O cholernym Robercie Kochu (nie mylić z noblistą), który tak cudownie wylizał mnie na masce samochodu Artura i jakimś dziwnym trafem zauroczył. „Czemu właśnie on?” – zastanawiałam się, zanurzona w pianie, a przyjemne ciepło w dole brzucha przypominało o niedawnym orgazmie. Seksuolog… „Pewnie jakiś dziwkarz” – skrzywiłam się, dolewając do wanny ciepłej wody. „Dziwkarz, perwers, zblazowany pseudointelektualista i palant w jednym” – wmawiałam sobie. Czemu więc ciągle widziałam w wyobraźni jego duże piwne oczy? Cholera jasna, no!

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

Copyright © by Sonia Rosa, 2020

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Zdjęcie na okładce: © Diane Kerpan/Arcangel

 

Redakcja: Anna Seweryn-Sakiewicz

Korekta: Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-464-8

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.