Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 533 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Doktor Łokietek i Tata Tasiemka - Jerzy Rawicz

Historia najsłynniejszego warszawskiego gangu z lat dwudziestych XX wieku. Barwny portret przedwojennego warszawskiego półświatka.

Tata Tasiemka i Doktor Łokietek, dwaj najsłynniejsi gangsterzy przedwojennej Warszawy kierowali gangiem, terroryzującym zwłaszcza tragarzy i rzeźników na Kercelaku, czyli ogromnym, dziś już nieistniejącym targowisku w rejonie dzielnicy Wola. Jerzy Rawicz pokazuje powiązania szefów gangu ze światem polityki, ich przestępczą działalność, bojówki i wymuszanie haraczów oraz huczne zabawy, które nieraz kończyły się strzelaniną. A w tle dwudziestolecie międzywojenne i dawna Warszawa. Książka jest wznowieniem i do dziś stanowi wzór reportażu historycznego.

Jerzy Rawicz (1914-1980) – polski pisarz, poeta, publicysta i tłumacz literatury niemieckojęzycznej.

Opinie o ebooku Doktor Łokietek i Tata Tasiemka - Jerzy Rawicz

Fragment ebooka Doktor Łokietek i Tata Tasiemka - Jerzy Rawicz

Je­rzy Ra­wicz

Dok­tor Łokie­tek i Tata Ta­siem­ka

Dzie­je gan­gu

Co­py­ri­ght © by Mag­da­le­na Dud­kie­wicz i Mar­cin Ra­wicz, MMXIV

Wy­da­nie II • War­sza­wa

Uli­ca Mio­do­wa w War­sza­wie, miej­sce po wy­bu­chu bom­by rzu­co­nej w 1905 r. przez bo­jowców PPS

I. Na­ro­dzi­ny bo­jow­ca

Opo­wieść za­czy­na się wówczas, gdy nowy wiek XX na pol­skiej zie­mi za­po­wia­dał wiel­kie od­mia­ny.

W tym cza­sie je­den z bo­ha­terów tej opo­wieści był kil­ku­na­sto­let­nim chłopcem, a dru­gi ― już do­rosłym ro­bot­ni­kiem. Za­po­znaj­my się z nimi.

W che­de­rze na­gle umilkł rej­wach. Mełamed1 stał z otwar­ty­mi usta­mi; w pod­nie­sio­nej ręce trzy­mał li­nijkę, której nie zdążył spuścić na pal­ce wy­stra­szo­ne­go kil­ku­na­sto­let­nie­go chłopca w myc­ce na głowie, z ob­wa­rzan­ka­mi pejsów za uchem i ka­po­cie do zie­mi. Oczy mełame­da i wszyst­kich chłopców skie­ro­wa­ne były ku drzwiom, w których po­ja­wiło się na­gle dwóch „gojów”. Dy­go­tały jesz­cze gwałtow­nie roz­war­te drzwi ― za­dy­go­tało ser­ce mełame­da. Przy­by­sze trzy­mali w ręku pi­sto­le­ty.

― Co to jest? Po­grom?

Był to burz­li­wy, nie­za­po­mnia­ny rok 1905. W tym roku ca­rat pierw­szy raz w dzie­jach za­chwiał się w po­sa­dach. Re­wo­lu­cjo­niści ro­syj­scy i pol­scy two­rzy­li hi­sto­rię. Ale sta­ry sys­tem bro­nił się, jak mógł. Niby ustępował, cofał się, by jesz­cze za­ja­dlej, bez­względniej na­trzeć, gdy fala re­wo­lu­cyj­na opa­dała. Do wypróbo­wa­nych me­tod należało: „Biej Żida, spa­saj Ras­sie­ju!”. Gra­so­wały po całej Ro­sji eu­ro­pej­skiej ko­hor­ty „czar­nej sot­ni”, or­ga­ni­zując po­gro­my Żydów. Znaj­do­wały się męty, które szły na to. Po­gro­my sku­tecz­nie od­wra­cały uwagę od wal­ki re­wo­lu­cjo­nistów. Mełamed z to­ma­szow­skie­go che­de­ru miał pra­wo się prze­stra­szyć, uj­rzaw­szy dwóch „gojów” z pi­sto­le­ta­mi w ręku.

― Nie bójcie się, ni­ko­mu nic się nie sta­nie ― po­wie­dział je­den z przy­byszów. ― Czy tu jest ja­kieś dru­gie wyjście?

Py­ta­nie za­wisło w po­wie­trzu. Byli zbyt prze­rażeni, by coś wy­krztu­sić.

― No, mówcie ― po­wie­dział dru­gi, potrząsając pi­sto­le­tem.

Oczy wszyst­kich skie­ro­wały się na broń. I na­gle roz­legł się cien­ki głosik, za­ci­nający się z przejęcia:

― Je… jest! Ja po­pro­wadzę. ― Jed­na z chłopięcych fi­gu­rek w chałacie ode­rwała się i ru­szyła ku przy­by­szom. ― Cho… chodźcie za mną.

Po­szli. Chłopiec wy­so­ki i gib­ki, o śmiałym, „nieżydow­skim” spoj­rze­niu, wy­pro­wa­dził przy­byszów przez podwórze na tyły domu, stamtąd ja­ki­miś zaułkami przez inne podwórza pełne ba­chorów i zdu­mio­nych Żydówek, wodzących nie­mo oczy­ma za dziwną trójką, aż wy­szli za mia­sto w po­bliże lasu.

― To ja już wrócę ― po­wie­dział chłopiec.

Nie­zna­jo­mi zaczęli się po ci­chu na­ra­dzać, w końcu je­den po­wie­dział do chłopa­ka:

― Nie możesz wrócić. Dzięku­je­my ci bar­dzo, żeś nam pomógł. My je­steśmy bo­jow­cy z PPS. Słyszałeś coś o tym?

Chłopak tyl­ko skinął głową.

― Oddałeś nam dużą przysługę ― powtórzył bo­jo­wiec ― ale wszy­scy nas wi­dzie­li. Gdy­byś te­raz wrócił, na­tra­fi­li­by na nasz ślad. Bar­dzo nam przy­kro, ale będziesz mu­siał pójść z nami. A może się bo­isz?

― Ja się nie boję ni­cze­go ― od­po­wie­dział re­zo­lut­ny chłopiec.

― Pa­trzaj­cie, jaki bo­jo­wiec ― roześmiał się obcy. ― Kto wie, może i będzie bo­jow­cem? No, to chodźmy.

Ale chłopiec jesz­cze się wahał.

― O co cho­dzi? ― rzu­cił nie­cier­pli­wie dru­gi. ― Może jed­nak się bo­isz?

― Nie, ale mama nie będzie wie­działa, gdzie się po­działem.

― To nic, jak będzie­my bez­piecz­ni, za­wia­do­mi­my ro­dziców, ale tak po ci­chu, żeby po­li­cja nie wywąchała. Chodźmy.

Po­szli. Do­tar­li do Łodzi. W Łodzi nie­zna­jo­mi, którzy, jak się oka­zało, bra­li udział w nie­uda­nym za­ma­chu na re­wi­ro­we­go w To­ma­szo­wie Ma­zo­wiec­kim, ru­szy­li pod zna­ny so­bie ad­res. Tam chłopcu dali jeść i pić i położyli go spać. Przed snem jesz­cze je­den z nich za­py­tał chłopa­ka, jak się na­zy­wa. Od­po­wie­dział:

― Józef Łokie­tek.

― Łokie­tek? Skąd u cie­bie ta­kie na­zwi­sko? Może je­steś królew­skim po­tom­kiem ― zaśmiał się. ― Ale to prze­cież nie Łokie­tek, tyl­ko Ka­zi­mierz kom­bi­no­wał z Es­terką…

Piętna­sto­let­ni chłopiec w chałacie, z pej­sa­mi nie wie­dział, dla­cze­go na­zy­wa się Łokie­tek. A pej­sy niedługo stra­cił ra­zem z jar­mułką i czarną ka­potą.

Dla chłopa­ka z che­de­ru zaczęło się nowe życie, tak nie­po­dob­ne do po­przed­nie­go, jak dzień różni się od nocy. Bo­jow­cy opo­wie­dzie­li to­wa­rzy­szom o tym, jak chłopiec im pomógł. Skie­ro­wa­no go do zwykłej szkoły, już nie do che­de­ru. Oka­zał duże zdol­ności, choć miał za­stra­szające luki. Stu­dia nad Tal­mu­dem i Torą oka­zały się mało przy­dat­ne, o tyle chy­ba, że wy­gim­na­sty­ko­wały chłonny umysł. Na do­miar mówił źle po pol­sku, rówieśnicy śmia­li się z nie­go, ale wkrótce prze­sta­li, gdy prze­ko­na­li się, że ten Żydek po­tra­fi nie­zgo­rzej władać pięścia­mi, a w gnie­wie sta­je się wprost strasz­ny. Z Łokiet­kiem le­piej nie za­dzie­rać ― mówio­no. Poza tym miał możnych opie­kunów. Ta­kich, którzy nie mie­li, co praw­da, pie­niędzy, ale za to pięści i ― w ra­zie po­trze­by ― jesz­cze coś w garści.

Minęło parę lat. Łokie­tek już wżył się w nowe śro­do­wi­sko. Skończył szkołę i rwał się do ro­bo­ty par­tyj­nej. Na od­czep­ne­go da­wa­li mu coś tam, używa­no go do trans­por­tu bibuły, do prze­no­sze­nia części gra­natów. I byłby się może nor­mal­nie po­to­czył los młode­go Józka, jak i in­nych łódzkich ro­bot­ników, którzy zwącha­li się z ro­botą so­cja­li­styczną i nie­pod­ległościową, gdy­by nie to, że któregoś dnia ktoś z To­ma­szo­wa roz­po­znał go na uli­cy. Łokiet­ko­wi udało się prysnąć, ale za­cho­dziła oba­wa, że car­ska po­li­cja na­tra­fi na jego ślad, a za­tem i na ślad or­ga­ni­za­cji bo­jo­wej. Mo­gli zacząć po­now­nie przesłuchi­wać ojca, sta­re­go ko­wa­la w To­ma­szo­wie, który ― uprze­dzo­ny ― głosił na pra­wo i lewo, że bo­jow­cy chy­ba za­bi­li mu dziec­ko.

W tym cza­sie wysyłano kogoś z pod­zie­mia so­cja­li­stycz­ne­go do Szwaj­ca­rii. Do tego „domu za­jezd­ne­go Eu­ro­py”, jak to ob­ra­zo­wo kie­dyś określił Piłsud­ski, jeżdżono wciąż, bądź na zjaz­dy i spo­tka­nia ― tam mieściła się cen­tra­la za­gra­nicz­na PPS ― bądź w wy­pad­ku, gdy ktoś był spa­lo­ny i trze­ba go było wysłać za gra­nicę. Tym ra­zem bo­dajże je­chał później­szy zna­ny działacz PPS Adam Pra­gier i za­brał ze sobą Łokiet­ka. Je­cha­li przez Kraków. Łokie­tek pierw­szy raz prze­kra­czał gra­nicę.

Ale był już jed­nym z ze­społu lu­dzi. Nic nie przy­po­mi­nało w przy­stoj­nym, wy­so­kim młodzieńcu, ciem­nym blon­dy­nie o po­wol­nych ru­chach, wysławiającym się ra­czej z tru­dem, jak­by z na­mysłem, ale doj­rza­le, daw­ne­go dziec­ka z che­de­ru. W Zu­ry­chu to­wa­rzy­sze wy­sta­ra­li mu się o pracę, a jed­no­cześnie uczył się da­lej.

In­te­re­so­wała go che­mia; kie­dyś za­py­tał jed­ne­go ze swo­ich opie­kunów, z cze­go się robi proch. Tam­ten nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć. Później, po ukończe­niu śred­niej szkoły za­wo­do­wej typu che­micz­ne­go, Łokie­tek sam już umiał robić proch. Ale on chciał cze­goś więcej, chciał „proch wymyślić”. Roz­począł stu­dia na wy­dzia­le che­mii. Szło mu tak do­brze, że pro­fe­sor Ber­thier zaczął go wyróżniać, a na­wet przyj­mo­wać w domu. Skończyło się jak w po­wieści ― małżeństwem młode­go Łokiet­ka z córką pro­fe­sora, u którego zo­stał asy­sten­tem, a następnie dok­to­ry­zo­wał się.

To była jed­na stro­na działalności Łokiet­ka. Była i dru­ga: ro­bo­ta po­li­tycz­na. Par­tia, Związek Wal­ki Czyn­nej i Związek Strze­lec­ki co­raz częściej posługi­wały się zdol­nym i odważnym młodym człowie­kiem2. Nie było dla nie­go zbyt trud­ne­go za­da­nia, spra­wy nie do załatwie­nia. Choć to­czyła się woj­na, dla Łokiet­ka nie ist­niały gra­ni­ce. Uzy­skał oby­wa­tel­stwo szwaj­car­skie (przy­czy­niło się do jego zgu­by w kil­ka­dzie­siąt lat później) i jeździł wszędzie: do Stanów Zjed­no­czo­nych i Fran­cji, do Bel­gii i Nie­miec, do Au­strii, do War­sza­wy i Łodzi. Cza­sem le­gal­nie, cza­sem przez zie­loną gra­nicę. Woził li­sty i pie­niądze, bibułę i broń, wszyst­ko, co było po­trzeb­ne. Na­uczył się wie­lu języków, mógł mówić po an­giel­sku i nie­miec­ku, po fran­cu­sku i włosku. Ale wszyst­ki­mi tymi języ­ka­mi mówił źle. Człowiek, który spo­ty­kał się z nim często, a znał również język żydow­ski ― ji­disz, opo­wia­dał mi, że i tym języ­kiem Łokie­tek mówił źle.

Wy­mie­nia­no ich za­wsze ra­zem ― Łokiet­ka i star­sze­go odeń Łuka­sza Sie­miątkow­skie­go. A tym­cza­sem byli to zupełnie różni lu­dzie, o od­mien­nej psy­chi­ce i spo­so­bie by­cia. O tym jesz­cze się prze­ko­na­my. Te­raz pozwólcie so­bie przed­sta­wić Łuka­sza. O jego życiu w la­tach przed pierwszą wojną świa­tową wiem nie­co więcej niż o ana­lo­gicz­nym okre­sie życia Łokiet­ka, człeka ta­jem­ni­cze­go ra­czej. Prze­cie o tym, skąd się wziął Łokie­tek, wie­działo za­le­d­wie paru lu­dzi. Na­to­miast…

Łukasz Sie­miątkow­ski, zna­ny w życiu ro­bot­ni­czym War­sza­wy jako „Ignac” i „Ta­siem­ka”, uro­dził się w Mi­lanówku 5 paździer­ni­ka 1876 roku. Sie­miątkow­ski, jed­no z czwor­ga dzie­ci ubo­gie­go cieśli3, wcześnie roz­począł za­rob­kową pracę; jako sie­dem­na­sto­let­ni chłopiec pra­co­wał w fa­bry­ce tkac­kiej w Gro­dzi­sku, w dzie­więtna­stym roku życia wstępuje do par­tii, w której na te­re­nie Gro­dzi­ska, wraz z Zabłockim, Ba­ra­nem, Gro­dzińskim, działa w ciągu lat trzech, utrzy­mując kon­takt z fa­bryką Blun­ka w War­sza­wie. Z zor­ga­ni­zo­wa­ny­mi przez sie­bie piętna­sto­ma ro­bot­ni­ka­mi kol­por­tu­je bibułę i pro­wa­dzi tech­nikę. W roku 1898 otrzy­mu­je Sie­miątkow­ski pracę w To­ma­szo­wie, gdzie po­zo­sta­je do roku 1904.

Tak roz­po­czy­na się Opis działalności Łuka­sza Sie­miątkow­skie­go na­pi­sa­ny 2 stycz­nia 1936 roku przez… sa­me­go Łuka­sza Sie­miątkow­skie­go, w każdym ra­zie pod­pi­sa­ny przez nie­go cha­rak­te­ry­stycz­nym od­pi­sem nie­wpraw­ne­go w tym kunsz­cie człowie­ka. W dal­szym ciągu opo­wieści wyjaśnię, jak do­tarłem do tego życio­ry­su. Słuchaj­my da­lej:

W roku 1904 przy­by­wa Sie­miątkow­ski do War­sza­wy i znaj­du­je pracę w fa­bry­ce gu­mo­wej przy uli­cy Oko­po­wej 24 jako wstążczaż [tak w ory­gi­na­le ― J.R.]; przy­bie­ra pseu­do­nim „Ta­siem­ka” i znów sta­je do ro­bo­ty w sze­re­gach PPS. Od tej chwi­li pra­cu­je na dziel­ni­cy powązkow­skiej, wraz z Ko­ster­skim, Ostrow­skim, Po­pie­lem, Bo­erem i wie­lu in­ny­mi. Przez żonę swą, za­miesz­kałą w Mi­lanówku, pro­wa­dzi kol­por­taż bibuły w okręgu pod­miej­skim, na Józefów i Lesz­no. Współpra­cu­je z Bo­lesławem Re­gie­rem „Kurc­kim” przy or­ga­ni­za­cji pierw­szych ma­ni­fe­sta­cji w War­sza­wie prze­ciw mo­bi­li­za­cji4. Od 1905 roku ma skład bro­ni w fa­bry­ce. Nie­ustan­nie bie­rze udział w sza­rej, lecz nie­bez­piecz­nej pra­cy agi­ta­cyj­nej i tech­nicz­nej. Współdziałał między in­ny­mi przy or­ga­ni­zo­wa­niu wy­kra­dze­nia dzie­sięciu więźniów z Pa­wia­ka.

W roku 1907 zo­sta­je wy­bra­ny do Ko­mi­te­tu Dziel­ni­co­we­go Powązki i pra­cu­je w ciągu długich lat, początko­wo z „Józkiem” ― Wesołym „Jo­nem” ― Jaskółką, „Slip­kiem” ― Ko­ci­szew­skim, Wróblew­skim, Ko­per­skim i dzielną „Zośką” ― Ener­giczną. Do­bry kon­spi­ra­tor, cu­dem wie­lo­krot­nie uni­kał wsy­py, pro­wadząc kol­por­taż i agi­tację w Mi­lanówku i War­sza­wie. Miesz­ka­nia jego przy uli­cy Żyt­niej 28, następnie Oko­po­wej 41, stały się miej­scem ze­brań i spo­tkań kon­spi­ra­torów. W okre­sie re­pre­sji po­re­wo­lu­cyj­nych5 otrzy­mu­je od par­tii po­le­ce­nie usu­nięcia szpic­la ― pro­wo­ka­to­ra, sto­la­rza „Sokoła”. Po pra­cach przy­go­to­waw­czych „Sokół” zo­stał za­bi­ty je­sie­nią 1908 roku na rogu Lesz­na i Oko­po­wej przez Wer­ni­ke­ra.

W 1909 roku wy­bra­no Sie­miątkow­skie­go do OKR. Wy­ko­nu­je on ciągle żmud­ne, uciążliwe zle­ce­nia par­tii i jej przed­sta­wi­cie­li w oso­bach: „Sy­me­ona” ― Ta­de­usza Wie­nia­wy-Długo­szow­skie­go, „Ja­dwi­gi” obec­nie Ja­wo­row­skiej, Ja­wo­row­skie­go, „Sławy”, „Cześka” ― To­ma­sza Woj­cie­chow­skie­go i „Ada­ma” ― Pry­sto­ra.

W roku 1911 zo­stał za­aresz­to­wa­ny wraz z je­de­na­sto­ma to­wa­rzy­sza­mi (między in­ny­mi „Fran­kiem” Le­wan­dow­skim-Rzep­now­skim, „Po­wstańcem”, „Króli­kiem”, Ma­jew­skim), uwol­nio­ny po zna­ko­mi­tej obro­nie me­ce­na­sa Sko­kow­skie­go, na­tych­miast znów sta­je do pra­cy par­tyj­nej pod pseu­do­ni­mem „Ignac”. W ciężkim cza­sie po­re­wo­lu­cyj­ne­go roz­bi­cia Sie­miątkow­ski współdziałał ofiar­nie z Du­low­skim i Słupskim przy trans­por­tach bibuły i wysyłaniu skom­pro­mi­to­wa­nych działaczy za gra­nicę.

Prze­rwij­my znów to swo­iste cur­ri­cu­lum vi­tae pi­sa­ne w trze­ciej oso­bie i za­wie­rające określe­nia ta­kie jak „współdziałał ofiar­nie”, „do­bry kon­spi­ra­tor” itd. Widać, kto inny pisał Sie­miątkow­skie­mu życio­rys (błąd we „wstążcza­rzu” jest ra­czej przy­pad­ko­wy, gdyż in­nych błędów or­to­gra­ficz­nych w ma­szy­no­pi­sie nie ma), a tyl­ko jego pod­pis jest ory­gi­nal­ny. Za­daj­my so­bie te­raz py­ta­nie: czy to wszyst­ko praw­da? Czy prawdą jest, co pi­sze o swo­ich zasługach we Frak­cji Re­wo­lu­cyj­nej PPS (o Frakcję bo­wiem tu za­wsze cho­dzi, gdy Ta­siem­ka pi­sze o par­tii, OKR, dziel­ni­cy) au­tor życio­rysu?

Nie sposób prześle­dzić wszyst­kie szczegóły; nie roz­porządzam, rzecz pro­sta, od­po­wied­ni­mi środ­ka­mi, ale wy­da­je mi się, że na po­sta­wio­ne py­ta­nia można w za­sa­dzie dać od­po­wiedź twierdzącą. Skłaniam się ku temu z dwóch przy­czyn.

Po pierw­sze: Sie­miątkow­ski złożył ten życio­rys w in­sty­tu­cji, wo­bec której trud­no ra­czej byłoby mu fan­ta­zjo­wać na te­mat zasług, po­nie­waż dys­po­no­wała ona możliwościa­mi spraw­dze­nia da­nych za­war­tych w życio­rysie. Była to Ka­pi­tuła Or­de­ru Krzyża Nie­pod­ległości. O tym, ja­kie spra­wy miał Sie­miątkow­ski w tej Ka­pi­tule, do­wie­my się później. Opis działalności Łuka­sza Sie­miątkow­skie­go był poza tym sy­gno­wa­ny pieczęcią okrągłą „War­szaw­ski Okręgowy Ko­mi­tet Ro­bot­ni­czy PPS d. FR”6.

Po dru­gie: nie­jed­no­krot­nie przy różnych oka­zjach mówio­no w la­tach dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych o bo­jo­wej przeszłości Ta­siem­ki, była o tym mowa również z oka­zji później­sze­go pro­ce­su, gdy Tata Ta­siem­ka za­siadł na ławie oskarżonych ― sąd w mo­ty­wach wspo­mniał o „młodości górnej” ― daw­nych zasługach Sie­miątkow­skie­go. Na­wet prze­ciw­ni­cy nie po­da­wa­li nig­dy w wątpli­wość jego zasług. Jeżeli cho­dzi o wspo­mniany w Opi­sie udział Sie­miątkow­skie­go w głośnej eska­pa­dzie wy­kra­dze­nia car­skich więźniów ― opo­wia­dał mi ktoś pamiętający te cza­sy, że ponoć w miesz­ka­niu Sie­miątkow­skie­go ― we­dle jego własnych opo­wia­dań ― szy­to szy­ne­le tych, którzy prze­bra­ni za car­skich żan­darmów wy­pro­wa­dzi­li więźniów z Pa­wia­ka7.

Wra­ca­my doOpi­su:

Po wy­bu­chu woj­ny otrzy­mał Sie­miątkow­ski po­le­ce­nie do­ko­ny­wa­nia wy­wiadów na rzecz Le­gionów, na od­cin­ku od Czer­ska przez Młochów, Książeni­ce, Nową Wieś, Mi­lanówek. Błonie, Lesz­no, Gra­binę do Wisły. Pra­ce te wy­ko­ny­wał wraz z Łaźnie­wskim i Roz­en­ta­lem na zle­ce­nie „Ja­dwi­gi”. Pod­czas oku­pa­cji nie­miec­kiej współdziałał z POW, pro­wadząc wer­bu­nek do Le­gionów. Po wejściu niemców [tak w ory­gi­na­le ― J.R.], po czte­ro­krot­nym aresz­to­wa­niu i zwal­nia­niu z więzie­nia, wpadł wresz­cie Sie­miątkow­ski w ręce po­li­cjan­ta Kla­ma, za udział w za­ma­chu na po­li­cjantów nie­miec­kich Pry­mu­sie­wi­cza i in­nych, or­ga­ni­zo­wa­nym wraz z Mes­sa­ro­wi­czem ― „Ma­szyną”, „Śmiałym” ― Kli­mem, „Białym” ― Szcze­pa­nia­kiem, „Ka­rol­kiem” ― An­der­sem; z po­wo­du złych na­boi za­mach się nie udał. Za­bi­to jed­ne­go agen­ta, lecz Pry­mu­sie­wicz zdołał się wy­mknąć. Dru­gie­go za­ma­chu do­ko­na­no 8 maja 1918 roku na No­wo­lip­kach. Pry­mu­sie­wicz ran­ny czte­re­ma ku­la­mi, po wy­le­cze­niu się z ran, na­tych­miast po­le­cił aresz­to­wać Sie­miątkow­skiego. W pie­kar­ni, w której wówczas pra­co­wał, aresz­to­wano naj­pierw, w nie­obec­ności Sie­miątkow­skiego, syna jego Jan­ka, po przy­by­ciu Sie­miątkow­skiego i jego aresz­to­wano. Zwol­nio­ny Ja­nek zdołał ostrzec przed nie­bez­pie­czeństwem Wik­to­ra „Wil­ka”, „Maj­stra z Bud”, Piżaka i in­nych.

Po dwu­mie­sięcznym więzie­niu w Cy­ta­de­li War­szaw­skiej zo­stał wy­wie­zio­ny Sie­miątkow­ski do Mo­dli­na, gdzie sie­dział z Wa­le­rym Sław­kiem, Nor­ber­tem Bar­lic­kim i in­ny­mi. Po pięciu ty­go­dniach (w li­sto­pa­dzie 1918 roku) prze­wie­zio­no Sie­miątkow­skiego do War­sza­wy na roz­prawę sądową. Wy­ro­kiem Sądu Nie­miec­kie­go [tak w ory­gi­na­le ― J.R.] zo­stał ska­za­ny na śmierć przez roz­strze­la­nie. Uzy­skał wol­ność z rąk pol­skich 11 li­sto­pa­da 1918 roku na trzy dni przed wy­ko­na­niem wy­ro­ku. Na­tych­miast po uwol­nie­niu wziął Sie­miątkow­ski udział z całą par­tią w roz­bra­ja­niu Niemców.

Również ten frag­ment działalności nie­pod­ległościo­wej Sie­miątkow­skie­go znaj­du­je sze­reg po­twier­dzeń. Między in­ny­mi czte­ry lata wcześniej sam Ta­siem­ka w wy­wia­dzie dla ob­li­czo­ne­go na sen­sację pi­sma z kra­kow­skie­go kon­cer­nu IKC „Taj­ne­go De­tek­ty­wa” opo­wie­dział ― we­dle re­la­cji re­por­te­ra:

Tak, pa­nie, roz­ma­icie bywało. Z to­wa­rzy­sza­mi Bar­lic­kim, Ar­ci­szew­skim, Ja­wo­row­skim i wie­lo­ma in­ny­mi się pra­co­wało. Od 1904 roku należę do PPS. W roku 1906, gdy nastąpił rozłam, prze­szedłem do Frak­cji i od tej pory do tego odłamu należę8. Gdy pod­czas oku­pa­cji zaczęli Niem­cy nas zbyt­nio gnębić, od­po­wie­dzie­liśmy akcją. Zaczęliśmy od szpic­la Pro­mu­sie­wi­cza [błąd ― po­win­no być Pry­mu­sie­wi­cza ― J.R.]. Było to w kwiet­niu 1918 roku. Do­ko­na­liśmy nań pierw­sze­go za­ma­chu przy zbie­gu ulic Dziel­nej i Oko­po­wej. Nie dosięgły go wte­dy kule, a za­bi­ty zo­stał tyl­ko to­wa­rzyszący mu szpi­cel, szewc. W maju do­ko­na­liśmy dru­gie­go za­ma­chu na No­wo­lip­kach. Czte­ry kule dosięgły Pry­mu­sie­wi­cza, ale wy­li­zał się z ran i po­tem zaczął sypać. Pew­nej nocy żan­dar­mi ob­sta­wi­li pie­kar­nię par­tyjną z tyłu uli­cy Tar­czyńskiej 3, gdzie pra­co­wałem, i aresz­to­wa­no nas wszyst­kich. Syn mój po­wia­do­mił o tym działaczy par­tyjnych, a na trze­ci dzień ten, co aresz­to­wał, zo­stał za­strze­lo­ny na Chłod­nej.

Po­tem zno­wu do­ko­na­no za­ma­chu na Pry­mu­sie­wi­cza przy zbie­gu Wol­ności i No­wo­li­pek. Ko­chan­ka szpic­la po­wia­do­miła żan­dar­me­rię, całą dziel­nicę oto­czo­no woj­skiem i wszyst­kich wyłowio­no.

Po­szliśmy na sąd połowy, ska­za­no mnie na karę śmier­ci, wy­rok za­twier­dzi­li i wy­wieźli mnie do Mo­dli­na. Na sta­cji w Mo­dli­nie patrzę, jest ofi­cer le­gio­no­wy. Oby­wa­te­lu, mówię, idę na roz­strzał, coś zróbcie, żeby się wy­do­stać. A w Mo­dli­nie roz­strze­li­wa­li tyl­ko w czwart­ki i so­bo­ty. Jest środa, ju­tro mam zginąć.

A tym­cza­sem w czwar­tek zaczęło się roz­bra­ja­nie Niemców. Miast pod kasz­tan, po­szedłem na wol­ność. Tak, pa­nie, to bywało. Robiło się wie­le, a człowiek nie pamięta, ile szpiclów car­skich i nie­miec­kich sprzątnął.

Jak wi­dzi­my ― opi­sy są nie­mal iden­tycz­ne, po­mi­jając drob­ne szczegóły. Oczy­wiście zda­nie ostat­nie o „nie­pa­mięci”, co do ilości sprzątniętych szpic­li, trze­ba ra­czej złożyć na karb fan­ta­zji dzien­ni­ka­rza lub też trak­to­wać jako bon mot sa­me­go Ta­siem­ki.

Cho­ciaż… Pro­fe­sor Adam Szczy­pior­ski, w la­tach dwu­dzie­stych se­kre­tarz OKR PPS w War­sza­wie, opo­wie­dział mi za­bawną hi­sto­ryjkę. W roku 1925 mój rozmówca, który był również ław­ni­kiem w Stołecz­nej Ra­dzie Miej­skiej, wy­je­chał na cze­le de­le­ga­cji war­szaw­skie­go ma­gi­stra­tu do Ber­li­na, by za­ku­pić tam pom­py, sa­mo­cho­dy strażac­kie itp. Po sfi­na­li­zo­wa­niu trans­ak­cji ówcze­sny nie­miec­ki mi­ni­ster prze­mysłu, zna­ny prze­mysłowiec Sie­mens, wydał przyjęcie dla pol­skiej de­le­ga­cji. Na przyjęciu byli obec­ni również dy­gni­ta­rze po­li­cyj­ni z sze­fem po­li­cji von Grze­sin­skym na cze­le. W pew­nym mo­men­cie je­den z wyższych ofi­cerów zwrócił się do Szczy­pior­skie­go po pol­sku, py­tając: „Czy zna pan Łuka­sza Sie­miątkow­skie­go?”. Szczy­pior­ski po­twier­dził. „To proszę mu oddać ukłony od Po­krze­wińskie­go”. Po­tem wyjaśnił, że „zna­jo­mość” po­cho­dzi stąd, że Tata Ta­siem­ka w 1918 roku przy­go­to­wy­wał za­mach na nie­go, wówczas oku­pa­cyj­ne­go ko­mi­sa­rza nie­miec­kiej po­li­cji ― za­mach jed­nak się nie powiódł.

Jak kupiłem ― sprze­daję.

Może więc Tata rze­czy­wiście się nie prze­chwa­lał? Spra­wa za­machów na Pry­mu­sie­wi­cza9 zna­na jest nie tyl­ko z opo­wia­dań Ta­siem­ki. Au­tor „opi­su działalności” własnej za­tem nie fan­ta­zjo­wał. A że z ko­lei nie na­pi­sał wszyst­kie­go, trud­no się dzi­wić. Po­minął na przykład pe­wien szczegół w związku ze wspo­mnianą tyl­ko pie­kar­nią „Pro­mień”. Zna­ny działacz pe­pe­esow­ski Bień, w owym cza­sie członek Cen­tral­ne­go Po­go­to­wia Bo­jo­we­go PPS, które było ini­cja­to­rem i or­ga­ni­za­to­rem za­machów na nie­miec­kich oku­pantów wspo­mniał w roz­mo­wie ze mną: „Mie­liśmy wte­dy z Ta­siemką spo­ro kłopotów, trze­ba go było zdjąć z pie­kar­ni, były ja­kieś mal­wer­sa­cje i stra­ty fi­nan­so­we”. Ten „Schönhe­its­feh­ler” Sie­miątkow­ski prze­mil­czał, choć spo­ro lu­dzi go pamiętało10; był on na­der cha­rak­te­ry­stycz­ny dla później­szej dro­gi Ta­siem­ki.

Po­mi­jając ten szczegół, wy­pa­da jed­nak stwier­dzić, że Sie­miątkow­ski „wszedł” w nie­pod­ległą Polskę z zupełnie ład­nym bagażem ide­owym. Kon­stan­cja Ja­wo­row­ska w swych wspo­mnie­niach11 w pełni to po­twier­dzi: „W cza­sach car­skich i nie­miec­kich 1918 roku [Ta­siem­ka ― do­po­wie­dze­nie moje J.R.] był mężem za­ufa­nia par­tii. Pod jego opieką były składy bibuły nie­le­gal­nej na dziel­ni­cy. Zaj­mo­wał się nie­le­gal­nym kol­por­tażem i pełnił funkcję or­ga­ni­za­to­ra na swo­jej dziel­ni­cy”.

Do­tar­liśmy za­tem do owe­go mo­men­tu, gdy „wy­buchła Pol­ska” po stu dwu­dzie­stu czte­rech la­tach nie­wo­li. Gdzież są nasi bo­ha­te­ro­wie? Są już w pełni doj­rzałymi ludźmi, w swych kręgach dość zna­ny­mi działacza­mi. Gdy Piłsud­ski w li­sto­pa­dzie 1918 roku wra­ca z Mag­de­bur­ga do Pol­ski, czter­dzie­sto­let­ni Sie­miątkow­ski jest działaczem stołecz­nej PPS, a dwu­dzie­stoośmio­let­ni Łokie­tek myśli, po la­tach szwaj­car­skiej emi­gra­cji i włóczędze po świe­cie, o po­wro­cie do kra­ju.

Tu jed­nak mu­si­my na­szych bo­ha­terów na chwilę opuścić, by po­wie­dzieć parę słów o kil­ku spra­wach na­tu­ry po­li­tycz­nej, gdyż in­for­ma­cje te okażą nam się później po­trzeb­ne, choć te­raz jesz­cze mogą się wydać nie à pro­pos, a zna­ne są i skądinąd. In­for­ma­cja pierw­sza: za­nim Józef Piłsud­ski zo­stał aresz­to­wa­ny przez Niemców i osa­dzo­ny w Mag­de­bur­gu, stwo­rzył kon­spi­ra­cyjną or­ga­ni­zację, tak zwa­ny Kon­went A z pułkow­ni­kiem Ry­dzem-Śmigłym i Jędrze­jem Mo­ra­czew­skim na cze­le. Or­ga­ni­za­cja ta wysyłała swo­ich za­ufa­nych do wszyst­kich le­wi­co­wych ugru­po­wań po­li­tycz­nych, działała w kie­run­ku roz­bu­do­wy Pol­skiej Or­ga­ni­za­cji Woj­sko­wej (POW) i ini­cjo­wała za­ma­chy na przed­sta­wi­cie­li nie­miec­kiej oku­pa­cji. O Kon­wen­cie A pa­ro­krot­nie będzie mowa. Działo się to w roku 1918.

In­for­ma­cja dru­ga: wcześniej jesz­cze w 1917 roku po­wstał Cen­tral­ny Wy­dział Po­go­to­wia Bo­jo­we­go PPS, re­kru­tujący bo­jowców spośród daw­nych „beków”12 z 1905–1906 roku i ze spe­cjal­nych od­działów Le­gionów. Między Po­go­to­wiem a ist­niejącą już nie­mal le­gal­nie Polską Or­ga­ni­zacją Woj­skową, jądrem przyszłej ar­mii we­dle założeń Piłsud­skie­go, ist­niała w pierw­szym okre­sie współpra­ca; z ra­mie­nia Po­go­to­wia ― działacz PPS Ta­de­usz Hołówko, a z ra­mie­nia POW ― ma­jor Kościałkow­ski „Zyn­dram”13, utrzy­my­wa­li kon­tak­ty. Wie­my już, że PB PPS or­ga­ni­zo­wało za­ma­chy na Niemców.

In­for­ma­cja trze­cia: w okre­sie lu­bel­skie­go rządu lu­do­we­go w 1918 roku, kie­dy w PPS moc­ne były prądy re­wo­lu­cyj­ne, par­tia ta utrzy­my­wała utwo­rzoną jesz­cze w paździer­ni­ku 1918 roku Mi­licję Lu­dową PPS jako własną nie­za­leżną for­mację bo­jową. Gdy przy­szedł okres rządów pre­mie­ra Mo­ra­czew­skie­go, mi­li­cja zo­stała upaństwo­wio­na ― Piłsud­ski nie chciał kon­ku­ren­cji dla woj­ska. Mi­licja PPS zo­stała or­ga­nem szczątko­wym, porządkową strażą na wie­ce i uro­czy­stości. Broń, której było dużo, od­da­no.

Po tych in­for­ma­cjach, które wkrótce okażą się nam przy­dat­ne, możemy przejść do dal­sze­go toku opo­wia­da­nia.

Dok­tor che­mii Józef Łokie­tek

II. Ko­men­dant war­szaw­skiej mi­li­cji

Choć Łokie­tek był młod­szy od Ta­siem­ki, trze­ba dalszą re­lację o tym, co działo się z tytułowy­mi po­sta­cia­mi tej książki w nie­pod­ległej Pol­sce, zacząć od nie­go. Przede wszyst­kim dla­te­go, że większą ode­grał rolę i uczest­ni­czył w wy­da­rze­niach, które gotów je­stem, mimo de­pre­cja­cji, ja­kiej uległo to słowo na sku­tek częste­go używa­nia, na­zwać hi­sto­rycz­ny­mi. Bo były nimi w isto­cie.

Wie­my już, że gdy skończyła się woj­na, Łokie­tek po­sta­no­wił wrócić do Pol­ski, tak jak i wie­lu in­nych emi­grantów z okre­su walk o nie­pod­ległość. Przy­je­chał do Pol­ski wte­dy, kie­dy się ro­dziła, w grud­niu 1918 lub w stycz­niu 1919 roku jako ko­men­dant pociągu wiozącego dary dla społeczeństwa pol­skie­go, praw­do­po­dob­nie od ve­vey­ow­skie­go ko­mi­te­tu, którego założycie­la­mi byli między in­ny­mi Sien­kie­wicz i Pa­de­rew­ski. Pa­ro­krot­nie jesz­cze wra­cał do Szwaj­ca­rii, gdzie zo­sta­wił żonę; w końcu i żonę przy­wiózł. Nie mogła jed­nak w Pol­sce się za­akli­ma­ty­zo­wać, może też zresztą i inne czyn­ni­ki od­gry­wały tu rolę; Łokie­tek bo­wiem prze­stał już zupełnie być owym pięknie za­po­wia­dającym się che­mi­kiem-na­ukow­cem, na­to­miast stał się prak­ty­kiem w zupełnie in­nej dzie­dzi­nie. Z che­mią łączyła go tyl­ko założona w la­tach dwu­dzie­stych fa­brycz­ka, a właści­wie wytwóren­ka pa­sty do zębów, do obu­wia itp.14.

Tyle zo­stało z wiel­kiej che­mii. Pani Łokiet­ko­wa wróciła do ojca do Szwaj­ca­rii.

Byli le­gio­niści, pe­owia­cy, strzel­cy, nie mówiąc już o lu­dziach z Po­go­to­wia Bo­jo­we­go, zna­leźli się w nie­pod­ległej Pol­sce ― o ile w ogóle uczest­ni­czy­li w życiu po­li­tycz­nym ― w większości swej w PPS. Tak i Łokie­tek. Wo­bec tego, że zna­no go jako ob­rot­ne­go i odważnego ak­ty­wistę, mniej po­li­ty­ka, bar­dziej wy­ko­nawcę na­wet nie­bez­piecz­nych zadań w la­tach woj­ny, po­wie­rzo­no mu w PPS bar­dzo poważną funkcję ko­men­dan­ta war­szaw­skiej par­tyj­nej „mi­li­cji porządko­wej”. Ko­men­dan­tem głównym był To­masz Ar­ci­szew­ski15, sta­ry bo­jo­wiec i działacz PPS.

Wie­my już, że ta par­tyj­na mi­li­cja po­wstała po upaństwo­wie­niu tak zwa­nej Mi­li­cji Lu­do­wej PPS, której dowódca Igna­cy Bo­er­ner 16  „roz­wod­nił ją” na roz­kaz Piłsud­skie­go, wciągając do niej ele­men­ty me­so­cja­li­stycz­ne. Mi­li­cja Lu­do­wa PPS stała się bo­wiem w pew­nym okre­sie nie­posłuszna, w niektórych od­działach an­ty­pe­owiac­ka ― do­cho­dziło na­wet do starć.

W końcu i tę upaństwo­wioną for­mację roz­wiązano; część lu­dzi poszła do woj­ska, do tak zwa­nych Ba­ta­lionów Białoru­skich17, część do po­li­cji.

Z tych, którzy ze służby zre­zy­gno­wa­li, a byli działacza­mi PPS zwłasz­cza z byłych lu­dzi z Po­go­to­wia, utwo­rzo­no wówczas par­tyjną mi­licję, której war­szaw­skim wo­dzem zo­stał właśnie Łokie­tek.

I od tego mo­men­tu roz­po­czy­na się etap ka­rie­ry Józefa Łokiet­ka, dzięki któremu młody człowiek, nie­zna­ny do­tych­czas poza kręgami lu­dzi pod­zie­mia bądź emi­gra­cji, stał się bo­ha­te­rem, najczęściej ne­ga­tyw­nym, do­nie­sień pra­so­wych o ak­cen­tach początko­wo sen­sa­cyj­no-po­li­tycz­nych, a później wręcz kry­mi­nal­nych.

Łokiet­ka używa­no jed­nak do in­nych jesz­cze zadań. W roku 1921 wysłano go do Ame­ry­ki, jako prze­wod­ni­ka pe­pe­esow­skiej gru­py działaczy, która je­chała z od­czy­ta­mi dla tam­tej­szej Po­lo­nii i po do­la­ry na cele par­tyj­ne (z ze­bra­nych do­larów miał zo­stać założony „pe­pe­esow­ski” Bank Lu­do­wy). Łokie­tek jako obznaj­mio­ny z te­re­nem i po­sia­dający od­po­wied­nie kon­tak­ty miał wpro­wa­dzić ta­kich działaczy jak Do­rotę Kłuszyńską, „Wojt­ka” Ma­li­now­skie­go i in­nych18. Być może jed­nak, że i inne cele przyświe­cały wy­jaz­do­wi Łokiet­ka, już w tym cza­sie bo­wiem związany był z II od­działem Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go; współpra­ca ta miała po­trwać aż do osta­tecz­nej kom­pro­mi­ta­cji che­mi­ka, u którego do­mi­no­wały jed­nak za­in­te­re­so­wa­nia nie­wiążące się ra­czej z „za­wo­dem wy­uczo­nym”, jak to się pi­sze w an­kie­tach.

War­szawską mi­licję bu­do­wał Łokie­tek z roz­ma­chem. Mi­li­cja przed Łokiet­kiem to było chałupnic­two. Oczy­wiście ― jeżeli po­trak­tu­je­my mi­licję nie jako ochronę i osłonę par­tii, lecz jako czyn­nik, którym wkrótce stała się w isto­cie: jako bojówkę. Do daw­nych doświad­czeń „kra­jowców” z Or­ga­ni­za­cji Bo­jo­wej i Po­go­to­wia Bo­jo­we­go PPS dodał doświad­czenia na­by­te w licz­nych roz­jaz­dach po świe­cie, a chy­ba przede wszyst­kim w USA, gdzie bojówki, zwa­ne tam gan­ga­mi, miały swoją tra­dycję i wy­so­ki sto­pień or­ga­ni­za­cyj­ny; po­zwo­liło to Łokiet­ko­wi na wy­pra­co­wa­nie i udo­sko­na­le­nie me­tod działania. Przede wszyst­kim mi­licja wzrosła ilościo­wo; two­rzo­na przy każdej dziel­ni­cy PPS miała na cze­le lu­dzi za­ufa­nych częścio­wo daw­nych „beków”, umiejących posługi­wać się nie tyl­ko laską czy pałką, lecz także bro­nią palną. Bli­skie powiąza­nia ze „Strzel­cem”, którego działaczem Łokie­tek po­zo­sta­wał (często cho­dził w mun­du­rze ofi­ce­ra Związku Strze­lec­kie­go), po­zwa­lały ćwi­czyć mi­licję pe­pe­esowską na po­li­go­nach tej pa­ra­mi­li­tar­nej or­ga­ni­za­cji. Mi­li­cja uzy­skała również broń, przede wszyst­kim brow­nin­gi. Z młodzieży re­kru­to­wa­no do mi­licji „moc­nych lu­dzi”, mniejszą wagę przy­wiązy­wa­no do ide­owej po­sta­wy kan­dy­datów. Stąd też zna­lazło się tam wie­lu ta­kich, którzy znacz­nie le­piej włada­li ka­ste­tem czy pi­sto­le­tem niż Mark­sem czy En­gel­sem. Zwrócono też baczną uwagę na związki za­wo­do­we, a zwłasz­cza na te gru­py związko­we, gdzie uzy­skanie mo­no­po­lu pra­cy pod pre­tek­stem obro­ny in­te­resów kla­sy ro­bot­ni­czej mogło przy­spo­rzyć ko­rzyści ma­te­rial­nych. Tu właśnie ame­ry­kańskie doświad­czenia Łokiet­ka przy­dały się naj­bar­dziej. Nie wy­bie­gaj­my jed­nak naprzód.

To­masz Ar­ci­szew­ski, ps. „Sta­nisław”, „Mar­cin”, członek wy­działu bo­jo­we­go

Za­cho­dzi py­ta­nie: czy władze PPS, czy Cen­tral­ny Ko­mi­tet Wy­ko­naw­czy apro­bo­wały taką mi­licję, czy chciały ta­kiej bojówki i ta­kich me­tod? W za­sa­dzie na to py­ta­nie wy­pad­nie od­po­wie­dzieć twierdząco.

Ge­nezę po­wsta­nia mi­li­cji PPS wyjaśnia jej twórca, To­masz Ar­ci­szew­ski, ze­znając jako świa­dek pod­czas pro­ce­su brze­skie­go: „Już na­wet w 1919 roku roz­poczęły się ata­ki na PPS ze stro­ny ko­mu­nistów i wo­bec tego należało stwo­rzyć Straż Porządkową dla ochro­ny par­tii i ta or­ga­ni­za­cja prze­trwała do dziś”. Tak więc CKW na pew­no wie­dział o tym, co się dzie­je. Być może na niektóre spra­wy przy­my­kał oczy w imię wyższych celów. Co­rocz­ne nie­mal star­cia pierw­szo­ma­jo­we z ko­mu­nistami, pod­czas których od­by­wały się jak gdy­by be­ne­fi­sy bojówki, spra­wiały, że nie tyl­ko CKW, lecz także cała War­sza­wa wie­działa o Łokiet­ko­wych chłopa­kach, którym pi­sto­le­ty tkwiły lek­ko w kie­sze­niach, bo nie w ka­bu­rach je trzy­ma­li, i prędko strze­lały. Góra PPS była w tym cza­sie zde­cy­do­wa­nie antyko­mu­nistyczna, inne prądy zaczęły się prze­ja­wiać do­pie­ro w la­tach trzy­dzie­stych, a tra­dy­cje bo­jo­we były świeże. Prze­ciw ko­mu­nistom też kie­ro­wało się przede wszyst­kim ostrze bojówek, padały ofia­ry.

Znacz­nie bar­dziej od CKW za­piekły w an­ty­ko­mu­ni­zmie był Ko­mi­tet War­szaw­ski par­tii, a przede wszyst­kim jego dyk­ta­tor i prze­wod­niczący, Raj­mund Ja­wo­row­ski. Nie będzie chy­ba prze­sadą twier­dze­nie, że to Ja­wo­row­ski był oj­cem du­cho­wym Łokiet­ka i Ta­siem­ki, że bez „Świa­to­pełka” (tak brzmiał jego pseu­do­nim z or­ga­ni­za­cji bo­jo­wej) nie byłoby Łokiet­ka, nie byłoby też dzie­siątków ofiar walk bra­tobójczych w łonie war­szaw­skiej kla­sy ro­bot­ni­czej. Łokie­tek stał się narzędziem w ręku Ja­wo­row­skiego do re­ali­zo­wa­nia celów, idących często znacz­nie da­lej w kie­run­ku re­ak­cyj­nym, niż chciał tego CKW. A je­den i dru­gi ― zarówno Ja­wo­row­ski na swo­im szcze­blu, jak i Łokie­tek na swo­im ― mie­li związki inne jesz­cze, po­ta­jem­ne, związki nie tyl­ko z II od­działem i de­fen­sywą, czy­li po­licją po­li­tyczną, lecz również z in­ny­mi ma­fij­ny­mi komórka­mi piłsud­czy­zny i ro­bi­li dla nich ro­botę.

Nie czy­ni­li z tego na­wet wiel­kiej ta­jem­ni­cy. Choć Piłsud­ski od pierw­szej chwi­li w nie­pod­ległej Pol­sce nie ukry­wał, że nie za­mie­rza wraz ze swy­mi daw­ny­mi to­wa­rzy­sza­mi z PPS je­chać da­lej „czer­wo­nym tram­wa­jem”, wie­lu wy­bit­nych działaczy tej par­tii nadal uważało go za człowie­ka bli­skie­go, za swo­je­go ko­men­dan­ta. W lo­ka­lu War­szaw­skie­go Okręgo­we­go Ko­mi­te­tu Ro­bot­ni­cze­go PPS stało po­pier­sie Piłsud­skiego, a gdy do władzy w kra­ju doszła pra­wi­ca, z po­wro­tem „dziad­ka” łączo­no wszel­kie na­dzie­je. O tym, jak sil­ne były te powiąza­nia, nie­chaj świad­czy re­la­cja w następnym roz­dzia­le.

Gmach Sej­mu

III. Bój na pla­cu Trzech Krzyży i „od­wet”

Głośne wy­da­rze­nia, o których trak­tu­je ten roz­dział, zna­ne są z dziejów naj­now­szych Pol­ski ― był to czas przełomo­wy, kie­dy namiętności po­li­tycz­ne do­pro­wa­dziły do wrze­nia umysłów, a nie­po­ha­mo­wa­na i nie­prze­bie­rająca w środ­kach agi­ta­cja Na­ro­do­wej De­mo­kra­cji do mor­der­stwa, do­ko­na­ne­go na pierw­szym pre­zy­den­cie państwa, Ga­brie­lu Na­ru­to­wi­czu. Nas te spra­wy będą in­te­re­so­wały w ta­kim stop­niu, w ja­kim wiążą się one z to­kiem nar­ra­cji o lu­dziach, o których lo­sach opo­wia­dam.

A rola ich, zwłasz­cza dok­to­ra Łokiet­ka, ko­men­dan­ta war­szaw­skiej mi­li­cji PPS, jak się okaże, była nie­pośled­nia. I te spra­wy są mniej zna­ne.

9 grud­nia 1922 roku odbyło się wspólne po­sie­dze­nie Sej­mu i Se­na­tu, tak zwa­ne Zgro­ma­dze­nie Na­ro­do­we, na którym po różnych pe­ry­pe­tiach ― nie tu miej­sce na ich opis ― były mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych19, inżynier Ga­briel Na­ru­to­wicz, zo­stał 289 głosa­mi prze­ciw 227 głosom, które padły na kontr­kan­dy­da­ta hra­bie­go Mau­ry­ce­go Za­moy­skie­go, ob­ra­ny pre­zy­den­tem Rze­czy­po­spo­li­tej. Na Na­ru­to­wicza głoso­wały PPS i „Wy­zwo­le­nie” oraz po dra­ma­tycz­nych wa­ha­niach również wi­to­so­wy „Piast”20, a także posłowie mniej­szości na­ro­do­wych. En­de­cja i gru­py z nią sprzy­mie­rzo­ne, for­sujące kan­dy­da­turę Za­moy­skie­go, po­niosły porażkę, z którą nie chciały się po­go­dzić.

Już następne­go dnia, 10 grud­nia, roz­poczęła się ma­so­wa ak­cja en­de­cji prze­ciw­ko nowo ob­ra­ne­mu pre­zy­den­to­wi, pro­wa­dzo­na z furią na nie­znaną do­tych­czas skalę. Zmie­rzała ona do szka­lo­wa­nia go w opii­nii pu­blicz­nej: jako żydow­skie­go kan­dy­da­ta (używa­no słów znacz­nie bar­dziej do­sad­nych), jako ma­so­na itd.; jed­no­cześnie przed­sięwzięto próby unie­możli­wie­nia objęcia prze­zeń funk­cji przez po­ru­sze­nie uli­cy przy po­mo­cy do­brze zor­ga­ni­zo­wa­nych bojówek. Nie brakło też „wy­roków śmier­ci”, a na­wet gróźb za­mor­do­wa­nia mu syna, jeśli zde­cy­du­je się złożyć pre­zy­dencką przy­sięgę.

Tegoż dnia, 10 grud­nia, en­dec­kie bojówki, w skład których wcho­dziło dużo bo­ga­tej młodzieży aka­de­mic­kiej ― przez całe dwu­dzie­sto­le­cie ostoi wstecz­nic­twa ― zor­ga­ni­zo­wały napaści na Żydów na uli­cach War­sza­wy, awan­tu­ro­wały się pod MSZ-em. W alei 3 Maja odbył się wiec, na którym prze­ma­wiał poseł Sta­nisław Grab­ski; uczest­ni­cy wie­cu po­ma­sze­ro­wa­li następnie w Ale­je Ujaz­dow­skie, gdzie miesz­kał ge­ne­rał Józef Hal­ler, en­dec­kie bożysz­cze. Hal­ler przemówił do tłumu z bal­ko­nu (po­działał nie­daw­ny przykład Mus­so­li­nie­go), wzy­wając do wal­ki z Żyda­mi, głosząc, że przez wybór Na­ru­to­wi­cza „Polskę spo­nie­wie­ra­no”, i wzy­wając do wy­trwałości. Awan­tu­ry przy zupełnej bier­ności po­li­cji trwały przez cały dzień. Okrzy­ki na cześć Hal­lera prze­pla­tały się z okrzy­ka­mi na cześć Mus­so­li­nie­go, którego marsz na Rzym uskrzy­dlił wszelką re­akcję na świe­cie. Jako or­ga­ni­za­to­rzy de­mon­stra­cji wyróżnili się posłowie: księża No­wa­kow­ski, Wyrębow­ski i Lu­tosław­ski oraz Wier­czak, Sta­nisław Grab­ski, Sta­nisław Stroński i Dy­mow­ski21. Ta nie­dzie­la sta­no­wiła wstęp. Na­za­jutrz, 11 grud­nia, Na­ru­to­wicz miał składać przy­sięgę. Na długo przed­tem zgro­ma­dził się wie­lo­ty­sięczny tłum, który oto­czył Sejm, by unie­możliwić pre­zy­den­to­wi i posłom do­jazd na Zgro­ma­dze­nie Na­ro­do­we. Szczególna nie­na­wiść bojówek kie­ro­wała się prze­ciw posłom so­cja­li­stycz­nym i żydow­skim. Po­bi­to pe­pe­esow­ca Pio­trow­skie­go i żydow­skie­go posła Ko­wal­skie­go. W oko­li­cach pla­cu Trzech Krzyży osa­czo­no i „aresz­to­wa­no” w bra­mie, by unie­możliwić im do­tar­cie do Sej­mu na Wiejską, posłów Igna­ce­go Da­szyńskie­go i sta­rusz­ka Bo­lesława Limanowskie­go.

Dal­szy prze­bieg wy­da­rzeń re­la­cjo­nuję według wspo­mnień lu­dzi, którzy w nich uczest­ni­czy­li.

Wśród posłów pe­pe­esow­skich osa­czo­nych na pla­cu Trzech Krzyży znaj­do­wał się również prze­wod­niczący OKR Raj­mund Ja­wo­row­ski. Udało mu się jed­nak wy­mknąć i z ap­te­ki na pla­cu Trzech Krzyży za­te­le­fo­no­wać do OKR-u o po­moc. Te­le­fon przyjął se­kre­tarz Adam Szczy­pior­ski. W po­wstałej sy­tu­acji uważał, że ko­niecz­na jest mo­bi­li­za­cja nie tyl­ko mi­li­cji, lecz wszyst­kich członków par­tii, a na­wet związków za­wo­do­wych. Można to było osiągnąć je­dy­nie przez ogłosze­nie straj­ku po­wszech­ne­go w War­sza­wie. Szczy­pior­ski nie chciał jed­nak na własną rękę, mając odciętą możliwość po­ro­zu­mie­nia się z przywódca­mi par­tii, zdążającymi na Zgro­ma­dze­nie Na­ro­do­we bądź za­trzy­ma­ny­mi w dro­dze przez bojówki en­dec­kie, podjąć tak ważkiej de­cy­zji. Próbował po­ro­zu­mieć się z po­szczególny­mi człon­ka­mi CKW, se­kre­tarzem Pużakiem i Praus­sową22. Po­in­for­mo­wa­no go jed­nak, że obo­je po­szli in­ter­we­nio­wać do mi­ni­stra spraw wewnętrznych Kamińskie­go z żąda­niem, by po­li­cja prze­ciw­sta­wiła się fa­szy­stow­skim bojówkom. Wte­dy Szczy­pior­ski po­sta­no­wił ru­szyć w ślad za nimi, na­tknął się na nich jed­nak na No­wym Świe­cie. Wra­ca­li z mi­ni­ster­stwa z ni­czym, nie za­sta­li Kamińskie­go. Roz­mo­wa po­zwo­liła jed­nak zde­cy­do­wać o straj­ku po­wszech­nym. Po po­wro­cie Szczy­pior­skie­go do OKR-u na­tych­miast zaczęto dzwo­nić do de­le­gatów wszyst­kich fa­bryk z żąda­niem ogłosze­nia straj­ku i we­zwa­niem do przy­by­cia zor­ga­ni­zo­wa­nych grup ro­bot­ni­czych w Ale­je Je­ro­zo­lim­skie 6 do lo­ka­lu OKR-u. Bar­dzo szyb­ko zaczęły się też zja­wiać pierw­sze gru­py. Przy­szedł Ta­siem­ka ze swo­imi ludźmi z Powązek, Krugłakow­ski z ro­bo­cia­rza­mi z Pra­gi, ro­bot­ni­cy z rzeźni, którzy mie­li bli­sko z Sol­ca, Piłacki ze swoją grupą itd.

Ko­mendę nad całością objął Józef Łokie­tek. Za­da­nie brzmiało: roz­bić bojówki fa­szy­stow­skie, oswo­bo­dzić „aresz­to­wa­nych” posłów na pla­cu Trzech Krzyży i do­pro­wa­dzić ich bez­piecz­nie do Sej­mu. Łokie­tek po­dzie­lił zgro­ma­dzo­nych na dwie gru­py, z których jed­na, idąca ulicą Bracką w stronę pla­cu Trzech Krzyży, miała po­zo­ro­wać główny atak, pod­czas gdy właściwe ude­rze­nie miało nastąpić od No­we­go Świa­tu. Pochód ten skie­ro­wał się Ale­ja­mi Je­ro­zo­lim­ski­mi i No­wym Świa­tem w stronę uli­cy Książęcej. Na cze­le szli Łokie­tek, Szczy­pior­ski, Mar­ce­li Piłacki; sztan­dar OKR-u niósł ro­bot­nik z rzeźni na Sol­cu, Jan Kałuszew­ski23. Już przy mi­ja­niu Mi­ni­ster­stwa Ko­mu­ni­ka­cji (mieściło się ono mniej więcej tam, gdzie dziś jest Dom Par­tii) na głowy uczest­ników po­sy­pały się połama­ne krzesła, susz­ki, bu­tel­ki z atra­men­tem itd. Uczest­ni­cy po­cho­du jed­nak nie re­ago­wa­li, pragnąc jak najprędzej do­trzeć do uwięzio­nych posłów. Gdy pochód do­tarł do Książęcej, po­sy­pały się strzały. Śmier­tel­nie ra­nio­ny osunął się na zie­mię chorąży Kałuszew­ski. Sta­ry bo­jo­wiec Piłacki, o by­najm­niej nie­ro­bot­ni­czym wyglądzie, w fu­trze i me­lo­ni­ku ukląkł pod mu­rem i oddał kil­ka strzałów w stronę, z której strze­la­no do po­cho­du. Również inni zaczęli strze­lać. Sze­re­gi odzia­nych w spe­cjal­ne mun­du­ry fa­szystów załamały się. Łokie­tek chwy­cił pa­dający sztan­dar, prze­ka­zał komuś in­ne­mu i ru­szył w stronę fa­szystów wraz z postępującymi za nim ro­bot­ni­ka­mi. Bra­ma domu przy pla­cu Trzech Krzyży 10 ob­sta­wio­na była przez inną grupę młodzieżowo-en­decką, którą jed­nak odpędzo­no bez strzału. Posłowie Li­ma­now­ski i Da­szyński zo­sta­li uwol­nie­ni i w oto­cze­niu ro­bot­ników po­szli w stronę Wiej­skiej. Tam stała następna bojówka en­decka, za­gra­dzająca dostęp do uli­cy. Wśród bojówka­rzy działacze PPS za­uważyli ze zdu­mie­niem członka PPS, Opęchow­skie­go. Był to pro­wo­ka­tor, jak się później oka­zało. Roz­po­zna­ny, zmie­szał się i zaczął wołać do bojówki, by ustąpiła. Kor­don prze­rwa­no, posłowie zo­sta­li od­pro­wa­dze­ni do Sej­mu, a ro­bot­ni­cy wrócili do OKR-u. W dro­dze po­wrot­nej doszło jesz­cze do sze­re­gu starć z bojówka­mi en­deckimi; w cza­sie jed­ne­go z nich Łokie­tek zo­stał ran­ny w głowę. Przy­pusz­czał też, że jest ran­ny se­kre­tarz OKR-u, Szczy­pior­ski, ale jak się oka­zało, był tyl­ko za­la­ny czer­wo­nym atra­men­tem z bu­tel­ki, która zrzu­co­na z któregoś z okien Mi­ni­ster­stwa Ko­mu­ni­ka­cji roz­biła się na jego głowie24.

Tym ra­zem Łokie­tek posłużył niewątpli­wie do­brej spra­wie. Nieczęsto mu się to później zda­rzało. Nic więc dziw­ne­go, że po la­tach ten właśnie fakt przy­po­mni25 swym daw­nym to­wa­rzy­szom, a zwłasz­cza po­zna­ne­mu jesz­cze w cza­sach szwaj­car­skich Da­szyńskie­mu, gdy ce­ka­wiści będą na nim psy wie­sza­li po rozłamie, do­ko­na­nym przez Ja­wo­row­skie­go, za którym i on po­szedł:

Czy pan Da­szyński i jego to­wa­rzy­sze pamiętają, jak ban­dy­ci z en­de­cji na­pa­dli na nich na pla­cu Trzech Krzyży i gdy ja ich prze­pro­wa­dziłem do Sej­mu? Za­pew­niłem im bez­pie­czeństwo, sam zaś, wra­cając, przez tych sa­mych zbirów (obec­nych ich przy­ja­ciół) zo­stałem ra­nio­ny?

Wbrew wszel­kim usiłowa­niom en­de­cji ― mimo jed­nej ofia­ry śmier­tel­nej i dzie­siątków ran­nych, mimo ab­so­lut­nej bier­ności po­li­cji, nie­re­agującej na roz­wy­drze­nie band bijących posłów i ob­rzu­cających błotem pre­zy­den­ta, zdążającego do Sej­mu.

Na­ru­to­wicz zdołał jed­nak złożyć przy­sięgę.

Ko­lej­ne dni ― to co­dzien­ne, na­ra­stające, co­raz bar­dziej nie­okiełzna­ne ju­dze­nie pra­sy en­dec­kiej prze­ciw no­we­mu pre­zy­den­to­wi za­po­wie­dzi, że „za­miast stru­mie­ni krwi, które wi­dzie­liśmy na uli­cach oneg­daj [tj. 11 grud­nia ― J.R.], popłyną krwi tej rze­ki” (Sa­dze­wicz w „Ga­ze­cie Po­ran­nej ― 2 gro­sze”), aż nad­szedł fa­tal­ny dzień: so­bo­ta 16 grud­nia 1922 roku. Tego dnia były pra­cow­nik de­fen­sy­wy, ma­larz Eli­giusz Nie­wia­dom­ski, za­mor­do­wał kil­ko­ma strzałami przy­byłego na otwar­cie wy­sta­wy w Zachęcie pierw­sze­go pre­zy­den­ta Rze­czy­po­spo­li­tej, Ga­brie­la Na­ru­to­wi­cza. Mo­ral­nych wi­no­wajców zbrod­ni opi­nia pu­blicz­na do­pa­try­wała się w przywódcach en­de­cji, którzy aż do obłędnej hi­ste­rii wzmo­gli na­gonkę na pre­zy­den­ta.

Gdy tyl­ko wia­do­mość o śmier­ci pre­zy­den­ta ro­zeszła się po mieście, lud­ność War­sza­wy zaczęła się bu­rzyć prze­ciw in­spi­ra­to­rom zbrod­ni. Traf chciał, że właśnie w tym sa­mym cza­sie, gdy padał ugo­dzo­ny ku­la­mi sfa­na­ty­zo­wa­ne­go en­de­ka pre­zy­dent, ze Szpi­ta­la Dzie­ciątka Je­zus ru­szał kon­dukt żałobny za po­grze­bem za­strze­lo­ne­go przez en­deków ro­bot­ni­ka Kałuszew­skie­go. W kon­duk­cie szło we­dle re­la­cji jed­nych sześćdzie­siąt, we­dle in­nych ― na­wet sto tysięcy lu­dzi.

W tłum ten jak pio­run ugo­dziła wieść o mor­dzie do­ko­na­nym na pre­zy­den­cie. Hołówko no­tu­je: „groźba ze­msty i od­we­tu istot­nie wi­siała w po­wie­trzu… jed­no słowo wy­star­czyłoby, aby tłum runął do mia­sta pełen gnie­wu i ze­msty. A jed­nak to słowo nie padło”26.

Dla­cze­go?

Od­po­wia­da Hołówko: „Bo ci, którzy mo­gli dać roz­kaz, nie mo­gli prze­wi­dzieć, gdzie i kie­dy skończyłaby się ta woj­na do­mo­wa”.

To na­der istot­ne i traf­ne spo­strzeżenie. Wyszło ono prze­cież spod pióra ówcze­sne­go pe­pe­esow­ca, lecz człowie­ka Piłsud­skie­go. Po­twier­dza je i Pra­gier:

W ra­chu­bach po­li­tycz­nych Piłsud­skie­go ― no­tu­je ― or­ga­ni­za­cja war­szaw­ska [PPS ― J.R.] miała szczególne zna­cze­nie. W nie­usta­lo­nych sto­sun­kach w pierw­szych la­tach po od­ro­dze­niu Pol­ski po­sta­wa uli­cy war­szaw­skiej w chwi­lach nie­prze­wi­dzia­nych napięć czy kon­fliktów mogła mieć zna­cze­nie nie­pośled­nie czy na­wet de­cy­dujące. Toteż Piłsud­ski dys­kret­nie i z da­le­ka, ale bacz­nie czu­wał nad tym, by po­zo­sta­wała ona w ręku Ja­wo­row­skie­go, którym za­wsze mógł dys­po­no­wać.

Sy­tu­acja taka, kie­dy w oba­wie przed „dal­szym ciągiem” re­wo­lu­cji PPS sto­so­wała za­bie­gi ha­mujące, po­wta­rzała się jesz­cze kil­ka­krot­nie: w rok później w Kra­ko­wie, w roku 1926, a na­wet w pew­nym sen­sie w roku 1930 i 1936. Ale to dal­sze spra­wy.

Słuszny pogląd Hołówki nie daje jesz­cze jed­nak całko­wi­tej od­po­wie­dzi. Była tam spra­wa, o której ci­cho było, za­dzi­wiająco ci­cho, przez wszyst­kie lata między­wo­jen­ne. Naj­wyżej na­po­my­ka­no o niej, choć rzecz zna­na była wie­lu lu­dziom z obo­zu piłsud­czy­zny, z PPS i z en­de­cji. Na­po­mknięto o niej dla doraźnych celów po­li­tycz­nych po rozłamie PPS w roku 1928, kie­dy to w bro­szu­rze nowo po­wstałej par­tii (przy­znał mi się do au­tor­stwa bro­szu­ry pan Szczy­pior­ski) można było prze­czy­tać ta­kie zda­nie:

W kil­ka dni po wal­kach na pla­cu Trzech Krzyży padł z ręki fa­szy­sty pre­zy­dent Na­ru­to­wicz. Masy ro­bot­ni­cze żądały od­we­tu. Pro­le­ta­riat war­szaw­ski gotów był do czy­nu. „Re­wo­lu­cjo­niści” z CKW na­ka­za­li uspo­ko­je­nie.

Po­dobną tezę powtórzył Szczy­pior­ski w Sej­mie w po­le­mi­ce z posłami z CKW PPS nad budżetem na rok 1929. Uchy­lo­no wówczas rąbek ta­jem­ni­cy, nie zdra­dzając zresztą, o jaki „czyn” to cho­dziło, gdyż Frak­cja, będąca w isto­cie zależną od piłsud­czy­zny, stroiła się w bar­dzo ra­dy­kal­ne piórka. Próbo­wa­no więc „z od­wrot­nej po­zy­cji” kom­pro­mi­to­wać CKW. To OKR z Ja­wo­row­skim, czy­li rozłamow­cy byli „re­wo­lu­cyj­ni”, a je­dy­nie CKW ich ha­mo­wało. Stąd też po­mi­nięta była w tych wy­po­wie­dziach rola Ja­wo­row­skie­go i sa­me­go Szczy­pior­skiego, a była to rola nie­mała, jak się prze­ko­na­my, i nie­co inna, niż mogłoby to wy­ni­kać z cy­to­wa­nej bro­szu­ry.

Jesz­cze dwu­krot­nie padło wspo­mnie­nie owej sy­tu­acji gru­dnio­wej 1922 roku pod­czas pro­ce­su więźniów brze­skich. Wówczas, w dzie­więć lat po wy­da­rze­niach gru­dnio­wych 1922, je­den z czołowych przywódców PPS, oskarżony w pro­ce­sie poseł dok­tor Her­man Lie­ber­man, pod­kreślił jako zasługę PPS jej po­stawę pod­czas wy­da­rzeń gru­dnio­wych:

Po zabójstwie pre­zy­den­ta Na­ru­to­wi­cza gru­pa piłsud­czyków bar­dzo znacz­na, dzi­siaj na wy­so­kich sta­no­wi­skach, zgłosiła się do nas i zażądała, abyśmy do­ko­na­li gwałtow­ne­go i krwa­we­go od­we­tu… Wte­dy PPS wydała odezwę do ro­bot­ników, w której wyraża swój wstręt do prze­le­wu krwi. Ode­zwa ta, z 22 grud­nia 1922 roku brzmi: „Nie chce­my ani od­ruchów ze­msty, ani anar­chii, chce­my ra­to­wać Państwo”.

I to wszyst­ko, choć Lie­ber­man mówi już nie­co więcej; no­wym ele­men­tem jest „gru­pa piłsud­czyków bar­dzo znacz­na”, która zgłosiła się do PPS, pro­po­nując „od­wet”; słówko „od­wet”, przy­po­mnij­my, zna­lazło się i u Hołówki, powtórzy je Pobóg-Ma­li­now­ski ― do­brze określa ono sens pro­jek­to­wa­ne­go „czy­nu”, jeśli cho­dzi o in­ten­cje ini­cja­torów.

Nie­co in­a­czej sfor­mułuje to inny przywódca PPS, To­masz Ar­ci­szew­ski, występujący pod­czas pro­ce­su brze­skie­go jako świa­dek. Nie mówi on o „gru­pie piłsud­czyków”, lecz tyl­ko o jed­nym, wy­mie­nia za to jego na­zwi­sko, co nie jest dla nas bez zna­cze­nia. „Po śmier­ci pre­zy­den­ta Na­ru­to­wi­cza ― ze­znał ten były ofi­cer Le­gionów i współto­wa­rzysz walk Piłsud­skie­go ― pod­czas po­grze­bu za­bi­te­go ro­bot­ni­ka przy nie­do­pusz­cze­niu do Sej­mu posłów, poseł Kościałkow­ski zwrócił się do nas o czyn­ne wystąpie­nie na uli­cach kla­sy ro­bot­ni­czej, za­pew­niając nam swo­bodę działania”. Proszę zwrócić uwagę na kil­ka istot­nych ele­mentów tej wy­po­wie­dzi:

1. Rzecz dzie­je się pod­czas po­grze­bu Kałuszew­skie­go;

2. ini­cja­to­rem jest poseł, wówczas z PSL „Wy­zwo­le­nie”, ma­jor WP, były le­gio­ni­sta i ko­men­dant od­działów bo­jo­wych POW, wi­ce­pre­zes ko­mi­sji woj­sko­wej Sej­mu;

3. Kościałkow­ski za­pew­nia PPS „swo­bodę działania”;

4. mowa tyl­ko o „czyn­nym wystąpie­niu”. Co to zna­czy? De­mon­stra­cja? Za­mach sta­nu? Nie wia­do­mo…

Ar­ci­szew­ski w dal­szym ciągu swe­go wystąpie­nia po­twier­dza to, co mówił Lie­ber­man: „Po­sta­no­wi­liśmy potępić mor­der­stwo pre­zy­den­ta Rze­czy­po­spo­li­tej, ale jed­no­cześnie wydać odezwę, nawołującą do spo­ko­ju uważając, że rząd ma dosyć środków, aby ścigać mor­derców. Ro­bio­no nam po­tem za­rzut, żeśmy się nie roz­pra­wi­li z en­de­ka­mi na uli­cy”27.

Cóż jed­nak wówczas w rze­czy­wi­stości miało miej­sce? Czym miał być ów „od­wet” bądź owo „wystąpie­nie ulicz­ne”? Kim byli ini­cja­to­rzy tych nie­doszłych do skut­ku za­mie­rzeń? W czy­im imie­niu za­pew­nia­li pe­pe­esow­com „swo­bodę działania”? Co dziś możemy po­wie­dzieć o tej nie­uda­nej próbie?

Choć próba była nie­uda­na, sta­no­wi ona jed­nak je­den z naj­bar­dziej in­te­re­sujących frag­mentów wy­da­rzeń po­li­tycz­nych okre­su między­wo­jen­ne­go. Pierw­szy ob­szer­niej na­pi­sał o tym do­pie­ro po woj­nie, zmarły parę lat temu emi­gra­cyj­ny hi­sto­ryk, Pobóg-Ma­li­now­ski; wy­pad­nie nam też go ob­szer­niej za­cy­to­wać i przed­sta­wić następnie nie­co od­mienną wersję wy­da­rzeń, których jed­nym z bo­ha­terów obok lu­dzi o najgłośniej­szych na­zwi­skach z obo­zu Piłsud­skie­go, z en­de­cji i PPS ― jest Józef Łokie­tek. Ale o tym później. Od­daj­my głos Pobóg-Ma­li­now­skiemu28:

W sfe­rze istot­nych sprawców tego ha­nieb­ne­go czy­nu [tj. za­mor­do­wa­nia Na­ru­to­wi­cza ― J.R.] za­pa­no­wała pa­ni­ka, po­czu­cie prze­ciągniętej stru­ny ro­dziło obawę przed uspra­wie­dli­wio­nym i ― zda­wało się nie­unik­nio­nym strasz­nym od­we­tem. Tak hałaśliwi i tak bez­czel­nie buńczucz­ni na dzień przed zbrod­nią me­ne­rzy pra­wi­cy bali się opusz­czać miesz­ka­nia i lękli­wie a ostrożnie po­ro­zu­mie­wa­li się przez te­le­fon, uma­wiając się na spo­tka­nia w go­dzi­nach noc­nych. Z dru­giej stro­ny obu­rze­nie, zwłasz­cza na przed­mieściach ro­bot­ni­czych wzbie­rało z go­dzi­ny na go­dzinę i szu­mieć za­czy­nał gniew ludu, w najgłębszym i naj­praw­dziw­szym jego wy­ra­zie. W or­ga­ni­za­cji war­szaw­skiej PPS ode­zwały się tra­dy­cje ścisłej współpra­cy z POW z roku 1918, kie­dy to Po­go­to­wie Bo­jo­we PPS i Od­działy Lot­ne POW or­ga­ni­zo­wały wspólne ak­cje bo­jo­we prze­ciw oku­pan­tom. Sta­rzy współbo­jow­cy z ini­cja­ty­wy Ja­wo­row­skie­go z PPS (Igna­cy Ma­tu­szew­ski, Adam Koc, Igna­cy Bo­er­ner, Ka­zi­mierz Sta­mi­row­ski, Hen­ryk Flo­jar-Rajch­man z POW29) po­ro­zu­mie­li się i za­pla­no­wa­li akcję kar, na którą całko­wi­cie zgo­dziło się kie­row­nic­two war­szaw­skiej or­ga­ni­za­cji PPS, pcha­ne zresztą w tym kie­run­ku przez masy ro­bot­ni­cze. Punk­tem wyjścia dla ak­cji miał być po­grzeb ro­bot­ni­ka, za­bi­te­go przez bojówkę pra­wi­cową na pla­cu Trzech Krzyży 11 grud­nia. Po uro­czy­stym po­grzebie to­wa­rzy­sza wie­lo­ty­sięczna masa ro­bot­ni­cza miała być z cmen­ta­rza skie­ro­wa­na do Śródmieścia; wy­dzie­lo­ne gru­py z PPS i spośród byłych członków POW ob­sta­wić miały uprzed­nie miej­sca po­by­tu głównych mo­ral­nych sprawców mor­du, popełnio­ne­go na Na­ru­to­wi­czu, i nie dopuścić do ich ukry­cia się czy uciecz­ki; cała spra­wa w ogóle przy­go­to­wa­na była umiejętnie przez lu­dzi w tym za­kre­sie doświad­czo­nych z czasów woj­ny. […] Plan ten miał być za­ko­mu­ni­ko­wa­ny Piłsud­skie­mu z prośbą, by się nie prze­ciw­sta­wiał temu na­tu­ral­ne­mu i spra­wie­dli­we­mu od­ru­cho­wi, aby w ciągu pierw­szej doby nie po­zwo­lił użyć woj­ska dla tłumie­nia tej ak­cji i by wkro­czył z woj­skiem do­pie­ro po dwu­dzie­stu czte­rech go­dzi­nach, dla przywróce­nia porządku i ładu30. […] Do wy­ko­na­nia pla­nu nie doszło jed­nak, Da­szyński, lo­jal­nie po­wia­do­mio­ny przez war­szawską or­ga­ni­zację PPS, zażądał od główne­go ini­cja­to­ra, Ja­wo­row­skie­go, na­tych­mia­sto­we­go skon­tak­to­wa­nia go z kie­row­nic­twem pla­no­wa­nej ak­cji i z przed­sta­wi­cie­la­mi POW; przy­pro­wa­dzo­ny zaś przez Ja­wo­row­skie­go do miesz­ka­nia A. Koca, w pa­te­tycz­nym przemówie­niu za­kli­nał ze­bra­nych, aby po­rzu­ci­li ten pro­jekt, według nie­go ― błędny po­li­tycz­nie i szko­dli­wy państwo­wo. […] Da­szyński za­po­wie­dział za­sto­so­wa­nie naj­ostrzej­szych środków dys­cy­pli­ny par­tyj­nej wo­bec tych członków par­tii, którzy wzięliby udział w pla­no­wa­nej ak­cji. PPS uległa au­to­ry­te­to­wi Da­szyńskie­go, a lu­dzie z POW sami, bez opar­cia o masy ro­bot­ni­cze nie wi­dzie­li możliwości prze­pro­wa­dze­nia ak­cji. Do krwa­we­go od­we­tu nie doszło.

W re­la­cji Pobóg-Ma­li­now­skie­go jest spo­ro nie­praw­do­po­do­bieństw, brak kon­fron­ta­cji różnych opisów prze­bie­gu wy­da­rzeń. Au­tor za­pew­ne czer­pał in­for­ma­cje z jed­ne­go źródła.

Za­sad­ni­czy błąd Pobóg-Ma­li­now­skie­go to nie­uwzględnia­nie ele­mentów cza­so­wych. Po­grzeb Jana Kałuszew­skie­go, chorążego PPS, po­ległego na pla­cu Trzech Krzyży, od­by­wał się tego sa­me­go dnia, w którym Eli­giusz Nie­wia­dom­ski za­mor­do­wał pre­zy­den­ta Na­ru­to­wi­cza, tj. 16 grud­nia 1922 roku. Jak stwier­dza Hołówko, pre­zy­dent przy­je­chał do Zachęty kil­ka mi­nut po dwu­na­stej, wkrótce po­tem padły strzały. W tym cza­sie Ja­wo­row­ski był już od dłuższe­go cza­su w Szpi­ta­lu Dzie­ciątka Je­zus, z którego kost­ni­cy miał ru­szyć po­grzeb. Ja­wo­row­ski nie od­da­lał się stamtąd przez wie­le go­dzin; początko­wo or­ga­ni­zo­wał, a po­tem wiódł kon­dukt żałobny. Jakże więc „sta­rzy współbo­jow­cy z ini­cja­ty­wy Ja­wo­row­skiego” mo­gli „po­ro­zu­mie­wać się i za­pla­no­wać akcję karną, na którą całko­wi­cie zgo­dziło się kie­row­nic­two war­szaw­skiej or­ga­ni­za­cji PPS”? Jakże więc „punk­tem wyjścia dla ak­cji miał być po­grzeb ro­bot­ni­ka za­bi­te­go przez bojówkę na pla­cu Trzech Krzyży”? Prze­cie Nie­wia­dom­ski nie in­for­mo­wał przed­tem pe­pe­esowców, że za­mie­rza za­strze­lić pre­zy­den­ta! Kon­dukt żałobny Kałuszew­skie­go właśnie for­mo­wał się, gdy do­tarła tam wieść o śmier­ci pre­zy­den­ta. Jeżeli­byśmy na­wet przyjęli, że do Ja­wo­row­skiego na po­grzeb przy­by­li emi­sa­riu­sze owe­go z nagła zor­ga­ni­zo­wanego spi­sku, co w cza­sie i w świe­tle faktów, o których będzie mowa za chwilę, wy­da­je się nie­praw­do­po­dob­ne, za­pro­po­no­wa­li mu „od­wet” i uzy­ska­li jego zgodę, to jakże tu mówić o ini­cja­ty­wie Ja­wo­row­skiego i o zgo­dzie „kie­row­nic­twa war­szaw­skiej or­ga­ni­za­cji PPS”? Kie­dy zdołało się ze­brać, by o tym za­de­cy­do­wać?

Zgo­da jed­nak była. Ale tyl­ko dok­to­ra Józefa Łokiet­ka. Spra­wa jest pa­sjo­nująca i skut­ki jej byłyby da­le­ko­siężne w wy­pad­ku, gdy­by rze­czy­wiście doszło do „od­we­tu”. Niewątpli­wie słusznie na­zy­wa ją cy­tujący Ma­li­now­skie­go Ste­fan Ar­ski31 „za­mysłem mon­stru­al­nej pro­wo­ka­cji po­li­tycz­nej na skalę do­tych­czas w Pol­sce nie­znaną”. Niewątpli­wie też słusznie wnio­sku­je Pobóg-Ma­li­now­ski, że „gdy­by w grud­niu 1922 doszło do ta­kiej roz­pra­wy z pra­wicą ― Piłsud­ski wkro­czyłby z woj­skiem jako czyn­nik ładu i porządku i jako oczy­wi­sty gwa­rant tego ładu wróciłby do władzy”. Maj 1926 byłby zbędny!

Miałem okazję od­by­cia kil­ku rozmów z nie­wy­mie­nio­nym przez Pobóg-Ma­li­now­skie­go uczest­ni­kiem tych wy­da­rzeń, który jed­nak ode­grał w tym wszyst­kim istotną rolę. Moim rozmówcą był pro­fe­sor Adam Szczy­pior­ski, wówczas se­kre­tarz war­szaw­skie­go OKR-u, a więc dru­ga oso­ba po Ja­wo­row­skim na te­re­nie stołecz­nej or­ga­ni­za­cji PPS. Wy­da­je mi się, że jego re­la­cja z prze­bie­gu wy­da­rzeń po­win­na uzu­pełnić luki w na­szej wie­dzy na ten te­mat. Być może znaj­dzie się jesz­cze ktoś, kto po­tra­fi do­rzu­cić pew­ne ele­men­ty naświe­tlające tę groźną sprawę, która mogła zaważyć na lo­sach kra­ju. Oto co opo­wie­dział dok­tor Szczy­pior­ski:

― Po wy­da­rze­niach na pla­cu Trzech Krzyży i śmier­ci Kałuszew­skie­go odbyło się po­sie­dze­nie eg­ze­ku­ty­wy OKR. Sy­tu­acja była taka, że spo­dzie­wa­liśmy się dal­szych ataków, a na­wet zbroj­nych wystąpień en­de­cji po za­przy­siężeniu pre­zy­den­ta Na­ru­to­wi­cza. Uważaliśmy wszel­kie pro­wo­ka­cje z ich stro­ny za możliwe, dla­te­go też chcie­liśmy się za­bez­pie­czyć. Na po­sie­dze­niu zde­cy­do­wa­no, że po­grzeb or­ga­ni­zu­je Ja­wo­row­ski (i tam pro­wo­ka­cja była ― jak sądzi­liśmy ― nie­wy­klu­czo­na), mnie przy­padł w tym cza­sie obo­wiązek po­zo­sta­wa­nia w OKR-ze wraz z ob­stawą na­sze­go lo­ka­lu Ale­je Je­ro­zo­lim­skie 6, a dok­to­ro­wi Józe­fo­wi Łokiet­ko­wi, ko­men­dan­to­wi mi­li­cji porządko­wej przy­dzie­lo­no mia­sto, tj. od­po­wie­dzial­ność za zor­ga­ni­zo­wa­nie ochro­ny re­dak­cji „Ro­bot­ni­ka” przy uli­cy Wa­rec­kiej i lo­ka­li dziel­nic par­tyj­nych.

Tego dnia, tj. w dniu po­grze­bu Kałuszew­skie­go, Ja­wo­row­ski wcześniej już po­je­chał do Szpi­ta­la Dzie­ciątka Je­zus, skąd miał ru­szyć kon­dukt żałobny, by wszyst­ko przy­go­to­wać ― była to duża ro­bo­ta ― prze­cież dzie­siątki tysięcy lu­dzi, jak prze­wi­dy­wa­liśmy i jak też się stało, miało pójść za po­grze­bem; Łokie­tek był w OKR-ze, ale wciąż wy­ska­ki­wał na mia­sto, by kon­tro­lo­wać „ob­stawę”, posyłał też w tym celu lu­dzi na kon­trolę, te­le­fo­no­wał na pra­wo i lewo, ja zaś nie ru­szałem się z OKR-u, tak jak to było zde­cy­do­wa­ne.

Na­gle, było to chy­ba około wpół do pierw­szej, przy­biegł do OKR-u i wbiegł do mo­je­go po­ko­ju działacz pe­pe­esow­ski z Powiśla, Ro­man Błasz­czyk, i zawołał: „W tej chwi­li za­mor­do­wa­no pre­zy­den­ta Na­ru­to­wi­cza!” ― „Co, gdzie?!” ― Od­po­wie­dział, że był w Zachęcie na­ocz­nym świad­kiem śmier­ci pre­zy­den­ta. Chwy­ciłem za słuchawkę te­le­fo­nu, by przede wszyst­kim za­wia­do­mić o tym Da­szyńskie­go. Miesz­kał bli­sko OKR-u, w Ale­jach, tam gdzie dziś jest bar Pra­ha32. Opo­wia­dam Da­szyńskie­mu, co mówił Blasz­czyk, a on swo­im zwy­cza­jem: „A co na to Ko­men­dant?” (Ko­men­dantem na­zy­wał oczy­wiście Piłsud­skie­go). Od­po­wie­działem, że nie wiem. Wo­bec tego Da­szyński po­le­cił mi na­tych­miast je­chać do Piłsud­skie­go i za­wia­do­mić go o śmier­ci Na­ru­to­wi­cza. Po­wie­działem, że sko­ro ja już o tym wiem, to na pew­no wie i Piłsud­ski, więc po co je­chać? W od­po­wie­dzi usłyszałem: „Nie fi­lo­zo­fuj­cie, lecz jedźcie”.

Nie było rady, mu­siałem je­chać, choć w OKR-ze nie było ni­ko­go z od­po­wie­dzial­nych lu­dzi. Również Łokie­tek znów gdzieś wy­sko­czył. Wziąłem Błasz­czy­ka ze sobą, złapa­liśmy dorożkę i poje­chaliśmy do miesz­ka­nia Piłsud­skie­go. Miesz­kał przy zbie­gu Ko­szy­ko­wej i No­akow­skie­go na dru­gim piętrze. Otwo­rzył mi drzwi Ka­zi­mierz Świ­tal­ski, a w głębi zo­ba­czyłem Alek­sandrę Piłsudską i Nor­ber­ta Bar­lic­kie­go33. Do miesz­ka­nia mnie nie wpusz­czo­no. Po­wie­działem o śmier­ci Na­ru­to­wi­cza. Świ­tal­ski od­po­wie­dział: „My już o tym wie­my”.

Cóż? Mi­sja moja była skończo­na. Piłsud­skie­go nie wi­działem, ale niewątpli­wie mu­siał być w domu. Po­sta­no­wiłem wra­cać do OKR-u. Na szczęście dorożka, mimo że jej nie za­trzy­my­wa­liśmy, była jesz­cze pod do­mem. Wsie­dliśmy w dorożkę i po­je­cha­liśmy w Ale­je Je­ro­zo­lim­skie.

W OKR-ze dziw­ny ob­raz. Ruch! Ko­men­de­ru­je dwóch byłych pe­owiaków, zna­nych mi ofi­cerów, i Łokie­tek. Je­den z tych ofi­cerów to ka­pi­tan Włosko­wicz34, co do dru­gie­go zaś mogę się mylić. Zo­stało mi w pamięci, że to był Adam Koc, ale wie­le osób po­tem mówiło, że to był Ma­rian Zyn­dram-Kościałkow­ski35. Przede wszyst­kim jed­nak zdałem te­le­fo­niczną re­lację Da­szyńskie­mu z wi­zy­ty w miesz­ka­niu Piłsud­skie­go, a następnie wróciłem na salę, gdzie obok wy­mie­nio­nych było jesz­cze wie­lu in­nych lu­dzi. Za­py­tałem, co się tu dzie­je. Łokie­tek był nie­co zmie­sza­ny, ale on i Włosko­wicz zaczęli mi wyjaśniać, że na pod­sta­wie po­ro­zu­mie­nia Piłsud­skie­go z Da­szyńskim roz­po­czy­na się „od­wet”. To zna­czy, wysyła się „trójki”, które mają „zli­kwi­do­wać” tych przywódców en­de­cji, których opi­nia uważa za głównych mo­ral­nych wi­no­wajców mor­der­stwa, do­ko­na­ne­go na pre­zy­den­cie Na­ru­to­wi­czu, a więc: ge­ne­rała Józefa Hal­le­ra, pu­bli­cystę Sta­nisława Strońskie­go, wy­dawcę en­dec­kiej „Dwu­groszówki” An­to­nie­go Sa­dze­wi­cza i pre­ze­sa „Roz­wo­ju” posła Dymowskie­go. Te na­zwi­ska utkwiły mi w pamięci. Łokie­tek do­wodzący or­ga­ni­za­cyj­nie całą akcją, wysłał już pierwszą trójkę ― bez bro­ni, ale z kubłami czer­wo­nej far­by, którą mają nazna­czyć domy ska­za­nych, by ułatwić ro­botę tym, którzy będą strze­lać.

Złapałem się za głowę. Prze­cież dwu­krot­nie roz­ma­wiałem te­le­fo­nicz­nie z Da­szyńskim i ani słowa o tym. Byłem też w miesz­ka­niu Piłsud­skie­go… Po­le­ciłem na­tych­miast prze­rwać tę akcję, którą uznałem za pro­wo­kację, i cofnąć trójkę z kubłami, która już wyszła na mia­sto. Ofi­ce­ro­wie usiłowa­li mnie prze­ko­ny­wać, ale gdy za­rzu­ciłem im kłam­stwo, mówiąc, że roz­ma­wiałem z Da­szyńskim i byłem u Piłsud­skie­go, nie po­tra­fi­li oczy­wiście nic od­po­wie­dzieć i wy­szli. Łokie­tek po­zo­stał. Chwy­ciłem za te­le­fon i opo­wie­działem oględnie Da­szyńskie­mu, o co cho­dzi. „Łokie­tek osza­lał! Daj­cie go na­tych­miast do apa­ra­tu!” Oddałem Łokiet­ko­wi słuchawkę. Da­szyński krzy­czał tak głośno, że i ja, stojąc obok, słyszałem: „To pro­wo­kacja! Jak daliście się na to na­brać? Jak śmie­cie słuchać ja­kichś ofi­cerków?! Na­tych­miast cofnąć to wszyst­ko!” Mówił jesz­cze coś, cze­go nie dosłyszałem.

Gdy Łokie­tek odłożył słuchawkę, po­wie­działem do nie­go: „No wi­dzisz, w co wlazłeś…” Tłuma­czył, że jeśli dwóch ofi­cerów, których znał od daw­na jako lu­dzi bli­skich Piłsud­skie­mu, przyszło z taką sprawą, był prze­ko­na­ny, że jest to spra­wa uzgod­nio­na.

Po tych wy­da­rze­niach Łokie­tek zaczął or­ga­ni­zo­wać wzmoc­nie­nie ochro­ny oso­bi­stej przywódców: Da­szyńskie­go, Per­la i in­nych.

Już po­przed­nio in­for­mo­wa­no mnie, że z tra­sy kon­duk­tu te­le­fo­no­wał Ja­wo­row­ski, żądając, abym przy­był do nie­go na po­grzeb, by się po­ro­zu­mieć. Te­raz za­dzwo­nił po­now­nie z tym żąda­niem. Nie wspo­mniałem mu o spra­wie z ofi­ce­ra­mi, nie chciałem przez te­le­fon o tym mówić. Po­wie­działem do Łokiet­ka: „Nie wol­no ci więcej robić kro­ku beze mnie!” ― wsiadłem w dorożkę i po­je­chałem na trasę po­grzebu. Kon­dukt do­go­niłem na Chłod­nej. Rozmówiłem się z Ja­wo­row­skim. Na moje in­for­ma­cje o wy­da­rze­niach w OKR-ze za­re­ago­wał tak jak Da­szyński. Kazał mi wziąć część ob­sta­wy z po­grzebu i wzmoc­nić tymi ludźmi ochronę dziel­nic i miesz­kań przywódców.

Znów wróciłem do OKR-u, mogła być go­dzi­na 3–3.30. To wszyst­ko następowało bar­dzo szyb­ko, jed­no po dru­gim. Le­d­wo wróciłem, te­le­fon. Tym ra­zem Da­szyński dzwo­nił do mnie i po­le­cił mi za­wia­do­mić Mo­ra­czew­skie­go, Bar­lic­kie­go i ofi­cerów-pe­owiaków (ro­zu­miałem, że tu cho­dzi o Sta­mi­row­skie­go, Włosko­wi­cza, Hołówkę, Mie­dzińskie­go36), by sta­wi­li się o siódmej wie­czo­rem w miesz­ka­niu se­na­to­ra Iwa­now­skie­go na pla­cu Wa­rec­kim. Tłuma­czyłem Da­szyńskie­mu, że nie zdołam tego zro­bić, stanęło na tym, że tyl­ko niektórych za­wia­do­mię.

W chwilę po­tem następny te­le­fon. Dzwo­ni do mnie z miesz­ka­nia Mie­dzińskie­go Ta­de­usz Hołówko. „Czy zgo­dzisz się tu przyjść do nas, pil­na spra­wa?” Zgo­dziłem się. Znów po­le­ciłem Łokiet­ko­wi zo­stać w OKR-ze i po­szedłem. U Mie­dzińskie­go byli poza go­spo­da­rzem Hołówko, Włosko­wicz, Sta­mi­row­ski, chy­ba Koc i jesz­cze jacyś ofi­ce­ro­wie. Je­den Włosko­wicz w mun­du­rze. Byłem za­sko­czo­ny ze­sta­wem lu­dzi.

Zaczęła się wiel­ka dys­ku­sja, czy słusznie zro­biłem, za­bra­niając Łokiet­ko­wi czyn­ności „od­we­to­wych”. Na­pa­dli na mnie za to, że uda­rem­niłem ich pla­ny, które w wy­ni­ku za­sko­cze­nia i możliwości wy­ko­rzy­sta­nia pod­eks­cy­to­wa­ne­go tłumu na uli­cach miały wszel­kie szan­se po­wo­dze­nia. Znów mówiłem im o tym, że Włosko­wicz usiłował wpro­wa­dzić mnie w błąd, wy­su­wając twier­dze­nie o po­ro­zu­mie­niu Piłsud­skie­go z Da­szyńskim. Tę sprawę po­mi­ja­li, na­to­miast ar­gu­men­to­wa­li, że jeżeli się nie wy­ko­rzy­sta obec­nej szan­sy do kontr­ak­cji, stra­ci się też Wi­to­sa i jego wiel­kie stron­nic­two. Widząc brak kontr­ak­cji z na­szej stro­ny, „pia­stow­cy” prze­ko­nają się o na­szej słabości i na do­bre sprzy­mierzą się z pra­wicą37. Ten ostat­ni ar­gu­ment tra­fił do mnie. Po­wie­działem: „To, co się stało, już się nie od­sta­nie, ale prze­ko­na­liście mnie. Wie­cie zresztą chy­ba, że o siódmej jest kon­fe­ren­cja u Iwa­now­skie­go, zo­ba­czy­my, co da­lej. W od­po­wie­dzi na to usłyszałem, że Ja­wo­row­ski już wy­ra­ził zgodę. Za­prze­czyłem temu, stwier­dzając, że wi­działem się z Ja­wo­row­skim i otrzy­małem od nie­go je­dy­nie po­le­ce­nie dla Łokiet­ka ― wzmoc­nie­nie ochro­ny. Wówczas Hołówko po­wie­dział: „Właśnie w tym celu jest kon­fe­ren­cja u Iwa­now­skie­go, gdzie wszy­scy spre­cy­zują swo­je sta­no­wi­ska”. „Więc po co mnie prze­ko­nu­je­cie ― po­wie­działem ― moje sta­no­wi­sko nie będzie od­gry­wało roli. Na kon­fe­ren­cji u Iwa­now­skie­go będą czołowi przywódcy PPS, którzy po­dejmą de­cyzję”. Hołówko od­po­wie­dział, że tam odbędzie się głoso­wa­nie i cho­dzi im również o mój głos. Przy­rzekłem, że będę głoso­wał wraz z nimi.

Po tym ze­bra­niu wróciłem do OKR-u. Wkrótce przy­je­chał Ja­wo­row­ski z po­grze­bu i ra­zem z nim po­szliśmy na ko­lej­ne spo­tka­nie. Po dro­dze szczegółowo roz­ma­wia­liśmy o wy­da­rze­niach z ofi­ce­ra­mi i Łokiet­kiem. Ja­wo­row­ski po­wie­dział: „Co Łokiet­ko­wi wpadło do głowy? Albo wpro­wa­dzo­no go w błąd, albo też działał w po­ro­zu­mie­niu z nimi. W każdym ra­zie zro­biłeś do­brze, żeś temu za­po­biegł”. Odpo­wie­działem, że nie je­stem pe­wien, czy zro­biłem do­brze, gdyż Hołówko mnie prze­ko­nał. Opo­wie­działem Ja­wo­row­skiemu o kon­fe­ren­cji u Mie­dzińskie­go. Raj­mund jed­nak trwał przy swo­im.

Przy­szliśmy do miesz­ka­nia Iwa­now­skie­go. Byli tam już obec­ni: Da­szyński, Mo­ra­czew­ski, Włosko­wicz, Sta­mi­row­ski i Hołówko. Długo cze­ka­liśmy na Bar­lic­kie­go, który miał również przyjść. Da­szyński po­wie­dział, że za­wia­do­mił go o ze­bra­niu, za­staw­szy jesz­cze w miesz­ka­niu Ko­men­dan­ta, skąd nie wy­cho­dził. Gdy Bar­lic­ki nadal się spóźniał, Da­szyński roz­począł na­radę, z miej­sca ata­kując pe­owiaków za po­mysł od­we­tu. Po­wie­dział: „Do­brze, że to­wa­rzysz Or­wicz (był to mój pseu­do­nim) za­dzwo­nił do mnie i w ten sposób spra­wa się za­trzy­mała. Następnie za­brał głos Sta­mi­row­ski, twierdząc, że od­wet nie po­le­ga je­dy­nie na za­bi­ciu pew­nej ilości przywódców en­dec­kich, to ma być tyl­ko początek, po którym nastąpi prze­chwy­ce­nie władzy. „Mamy załatwio­ne ― re­fe­ro­wał Sta­mi­row­ski ― że 30. pułk będzie za­mknięty w Cy­ta­de­li, a inny w ko­sza­rach na 11 Li­sto­pa­da. Dowódcy pułków są po na­szej stro­nie. Gdy roz­pocznie się od­wet, przyjdą nam z po­mocą”.

Również Hołówko i ja za­bie­ra­liśmy głos, po­pie­rając Sta­mi­row­skie­go. Hołówko oświad­czył, że spra­wa jest uzgod­nio­na z Piłsud­skim. Jed­nak Da­szyński prze­ciw­sta­wił się tym me­to­dom od­we­tu za śmierć Na­ru­to­wi­cza. Pamiętam, że użył ta­kie­go po­wie­dze­nia, które zresztą po­tem powtórzył na Ra­dzie Na­czel­nej PPS: „Tyś zabił mo­je­go ojca, a ja twoją świnię, niech głowa za głowę gi­nie”. Da­szyńskie­go moc­no po­parł Mo­ra­czew­ski, po­parł go również Ja­wo­row­ski.

Dys­ku­sja prze­ciągnęła się i zo­stała roz­strzy­gnięta do­pie­ro przez przy­by­cie Nor­ber­ta Bar­lic­kie­go. Bar­lic­ki przy­szedł około dzie­siątej wie­czo­rem i po­wie­dział: „Wszyst­ko zakończo­ne. U mar­szałka odbyła się kon­fe­ren­cja z Ra­ta­jem, Si­kor­skim i Świ­tal­skim. Ko­men­dant stanął na sta­no­wi­sku, że nie wol­no prze­ciągać stru­ny, nie po­zwa­la na to sy­tu­acja między­na­ro­do­wa. W kra­ju musi być, jak najprędzej, za­pro­wa­dzo­ny ład i porządek. Zo­stało usta­lo­ne, że pre­mie­rem będzie Si­kor­ski”. Da­szyński i Mo­ra­czew­ski, a także Ja­wo­row­ski przyjęli tę in­for­mację z za­do­wo­le­niem, na­to­miast na Sta­mi­row­skie­go i Włosko­wi­cza zwłasz­cza, którzy twier­dzi­li, że spra­wa „od­we­tu” uzgod­nio­na jest z Piłsud­skim, in­for­macja po­działała jak kubeł zim­nej wody.

Na­sza czwórka, tj. Sta­mi­row­ski, Hołówko, Włosko­wicz i ja, była od­osob­nio­na.

Trze­ba było odwoływać wszyst­ko. Zgod­nie z po­le­ce­niem na dziel­ni­cach było po­go­to­wie. Tysiące ro­bot­ników nie poszło z po­grze­bu do domów, lecz gro­ma­dziło się na uli­cach oraz przy lo­ka­lach par­tyj­nych i związko­wych. Obu­rze­nie na en­decję wciąż na­ra­stało, lu­dzie spo­dzie­wa­li się czynów. Te­raz to wszyst­ko trze­ba było odwoływać. Nie­wdzięcznej roli podjęliśmy się w trójkę: Ja­wo­row­ski, Hołówko i ja. Bar­lic­ki i Da­szyński odmówili, po­dob­nie jak Mo­ra­czew­ski. Do rana trze­ba było uspo­ka­jać ro­bot­ników38.

To, co pro­fe­sor Szczy­pior­ski mi opo­wie­dział ― i co powyżej zo­stało zre­la­cjo­no­wa­ne ― zre­fe­ro­wał znacz­nie wcześniej pani Ja­wo­row­skiej, która za­no­to­wała ten opis w swo­ich pamiętni­kach. W szczegółach są tu różnice ― wie­czor­ne ze­bra­nie miało się odbyć w OKR-ze, a nie u Iwa­now­skie­go, inny nie­co jest ze­staw jego uczest­ników, brak również wie­lu ele­mentów, przy­to­czo­nych prze­ze mnie ― ale ge­ne­ral­nie oby­dwie re­la­cje po­kry­wają się. Zwłasz­cza oce­na po­sta­wy Ja­wo­row­skie­go jest iden­tycz­na. „Ja­dwi­ga” pi­sze, że jej mąż nie zgo­dziłby się na wy­ko­rzy­sta­nie tłumów ro­bot­ni­czych na uli­cach mia­sta dla prze­pro­wa­dze­nia od­we­tu na en­de­kach. Od sie­bie zaś au­tor­ka do­da­je i własną ocenę: „Prze­cież to zupełnie głupie, ta cała ko­me­dia”.

Poza tym Ja­wo­row­ska uzu­pełnia jesz­cze własnym wspo­mnie­niem opis sy­tu­acji na cmen­ta­rzu pod­czas po­grze­bu Kałuszew­skie­go:

Na po­grzeb wy­de­le­go­wa­ny poseł Bar­lic­ki wygłosił tak re­wo­lu­cyj­ne przemówie­nie, że to­wa­rzy­sze i ro­bot­ni­cy ma­sow­cy zro­zu­mie­li to jako we­zwa­nie do na­tych­mia­sto­wej re­wo­lu­cji. Kie­dy się do nie­go zwrócili, by dał broń i pro­wa­dził, oświad­czył, że za­de­cy­du­je o tym CKW. Obu­rzyło to ro­bot­ników bar­dziej uświa­do­mio­nych, że tak nie li­czył się z tym, co mówi, i że wzy­wał, jak ro­zu­mie­li, do re­wo­lu­cji na­tych­mia­sto­wej, nie będąc do tego przy­go­to­wa­nym i nie mając ta­kich pełno­moc­nictw. Skut­ki tego mogły być bar­dzo poważne i krwa­we, bez ko­rzyści dla spra­wy. CKW oczy­wiście nie uchwa­lił tej re­wo­lu­cji i po­dob­no Bar­lic­ki prze­ra­ził się i ochłódł.

Coś w tym wszyst­kim nie­ja­sne­go. Nie­wia­dom­ski za­mor­do­wał Na­ru­to­wi­cza tuż po dwu­na­stej. Szczy­pior­ski był u Piłsud­skie­go około pierw­szej i za­stał tam Bar­lic­kie­go. Po­grzeb Kałuszew­skie­go ru­szył o 1.30. Na cmen­ta­rzu prze­ma­wiał Bar­lic­ki.

Należy chy­ba wnio­sko­wać, że jego wystąpie­nie na cmen­ta­rzu po wyjściu od Piłsud­skie­go było jakoś uzgod­nio­ne z Ko­men­dan­tem. A w ta­kim ra­zie: Piłsud­ski był za „re­wo­lucją”, a Ja­wo­row­ski, Da­szyński i CKW ― prze­ciw? Nie jest to wszyst­ko jed­no­znacz­ne.

Pre­zy­dent RP Ga­briel Na­ru­to­wicz, za­mor­do­wa­ny po ohyd­nej, nie­ludz­kiej kam­pa­nii en­dec­kiej

Spróbuj­my może jesz­cze skon­fron­to­wać re­lację Szczy­pior­skie­go z opi­sem Pobóg-Ma­li­now­skie­go39. Oto naj­istot­niej­sze różnice:

1. Pobóg-Ma­li­now­ski pi­sze, że po­mysł od­we­tu po­wstał „z ini­cja­ty­wy Ja­wo­row­skie­go z PPS” w po­ro­zu­mie­niu z pe­owia­ka­mi i że na po­mysł ten „całko­wi­cie zgo­dziło się kie­row­nic­two war­szaw­skiej or­ga­ni­za­cji PPS”. Szczy­pior­ski na­to­miast twier­dzi, że Ja­wo­row­ski nie miał nic wspólne­go z ideą „od­we­tu”, zgo­dził się na nią w pierw­szym mo­men­cie je­dy­nie Łokie­tek, który do kie­row­nic­twa sen­su stric­to nie należał, choć był prze­wod­niczącym dziel­ni­cy Śródmieście i ko­men­dan­tem war­szaw­skiej mi­li­cji PPS. Następnie również sam Szczy­pior­ski dał się prze­ko­nać. Może to uznał Ma­li­now­ski za „zgodę” kie­row­nic­twa war­szaw­skiej or­ga­ni­za­cji?

Prak­tycz­nie też, jeżeli prze­bieg wy­da­rzeń był taki, jak to opi­su­je Szczy­pior­ski, trud­no było przy­puścić, że zajęty cały czas na po­grze­bie Ja­wo­row­ski mógł być ini­cja­to­rem. Na­su­wa się jed­nak kon­tro­wer­syj­ne py­ta­nie: cze­mu ― jak już wie­my ― po odejściu od PPS do Frak­cji w 1928 roku Ja­wo­row­ski i Szczy­pior­ski za­rzu­ca­li CKW, że utrącił akcję? Za­rzut byłby prze­cież niesłuszny, jeżeli Ja­wo­row­ski stał na tym sa­mym sta­no­wi­sku, co Da­szyński, Mo­ra­czew­ski i Bar­lic­ki?40

Tę sprawę wyjaśnią nam je­dy­nie ― jeśli w ogóle ist­nieją i będą kie­dyś ogłoszo­ne, oczy­wiście pod wa­run­kiem praw­dzi­wości re­la­cji ― pamiętni­ki Ja­wo­row­skie­go. W każdym ra­zie Mo­ra­czew­ski w swo­ich wspo­mnie­niach wy­da­rze­nia te zupełnie po­mi­ja, a Da­szyński nie do­pro­wa­dził swych pamiętników do tego mo­men­tu, wątpli­we zresztą, czy pisałby o całej spra­wie; za­mor­do­wa­ny w Oświęci­miu Bar­lic­ki i za­mor­do­wa­ny jesz­cze przed wojną Hołówko nie po­zo­sta­wi­li żad­nych wspo­mnień. Łokie­tek także nie. Skąd za­tem mógł czer­pać in­for­ma­cje Pobóg-Ma­li­now­ski? Od „pe­owiaków”. I tu prze­cho­dzi­my do spra­wy dru­giej.

2. Kil­ka osób, które występują w re­la­cji Szczy­pior­skie­go, zo­stało po­mi­niętych przez Pobóg-Ma­li­now­skie­go. Nie ma sa­me­go Szczy­pior­skie­go, który ode­grał poważną rolę we wszyst­kich wy­da­rze­niach, nie ma Łokiet­ka, nie ma również pew­nych osób obec­nych na ze­bra­niu (ze­bra­niach) w tym dniu. Bo również o ze­bra­niu, co praw­da jed­nym, pi­sze Ma­li­now­ski. Miało to być jed­nak ze­bra­nie ― jak pamiętamy ― w miesz­ka­niu Koca, dokąd ponoć Da­szyńskie­go przy­pro­wa­dził Ja­wo­row­ski, obec­ni byli również „przed­sta­wi­cie­le POW”. Poza tym Pobóg-Ma­li­now­ski cy­tu­je również list Bo­gusława Mie­dzińskie­go z 12 kwiet­nia 1955 roku, w którym mowa jest o in­nym ze­bra­niu w Szta­bie Głównym u Igna­ce­go Matuszewskie­go z udziałem Koca, Li­bic­kie­go41, Włosko­wi­cza, Bo­er­ne­ra, Sta­mi­row­skie­go, Flo­jar-Rajch­ma­na i kil­ku in­nych. „Przez całą noc na­sza gru­pa de fac­to spra­wo­wała funk­cje rządu” ― pi­sze w tym liście Mie­dziński, no­tując jed­no­cześnie, że „władze państwo­we prze­stały funk­cjo­no­wać”.

Po­kry­wa się w tych re­la­cjach (a również według Pra­gie­ra) tyl­ko jed­no: oce­na po­sta­wy Da­szyńskie­go ― w oby­dwu re­la­cjach przywódca PPS jest prze­ciw­ni­kiem od­we­tu. Ale resz­ta jest nie­ja­sna.

Przede wszyst­kim war­to się za­sta­no­wić, kim byli uczest­ni­cy wy­da­rzeń o mniej głośnych na­zwi­skach, występujący jed­nakże w oby­dwu re­la­cjach: mam na myśli Włosko­wi­cza i Sta­mi­row­skie­go. Po­wiedz­my krótko: byli to ofi­ce­ro­wie z dru­gie­go od­działu Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go. I ich, występujących zarówno w no­men­kla­tu­rze Da­szyńskie­go, jak i w re­la­cjach Malinowskie­go jako „pe­owia­cy”, czym w swo­im cza­sie byli w isto­cie, prze­wi­dzia­no we­dle wszel­kie­go praw­do­po­do­bieństwa jako głównych wy­ko­nawców pla­nu, podjętego w pierw­szej gorączce, którego re­ali­za­cja jed­nak nie doszła do skut­ku. Trud­no jed­nak sądzić, by oni byli ini­cja­to­ra­mi za­mie­rzo­nej wiel­kiej pro­wo­ka­cji; tych trze­ba szu­kać wyżej.

A Mie­dziński? W re­la­cji Szczy­pior­skie­go Bo­gusław Mie­dziński jest tym człowie­kiem, w którego miesz­ka­niu i w którego obec­ności odbyło się pierw­sze ze­bra­nie popołudnio­we z udziałem wyłącznie zwo­len­ników „od­we­tu”. A za­tem ― kon­wen­ty­kiel, jądro spi­sku! Mie­dziński był w hie­rar­chii le­gio­no­wo-pe­owiac­ko-dwójkar­sko-piłsud­czy­kow­skiej kimś niewątpli­wie znacz­nie wyższym aniżeli Włosko­wicz czy Sta­mi­row­ski. Znacz­nie wyższym od tych dwóch ofi­cerów w tejże hie­rar­chii był również Zyn­dram-Kościałkow­ski, ten, który przy­szedł do OKR-u i kon­fe­ro­wał z Łokiet­kiem, a później ze Szczy­pior­skim. Wresz­cie jesz­cze wyższy szcze­bel re­pre­zen­to­wał Ta­de­usz Hołówko, uczest­nik spo­tka­nia w miesz­ka­niu Mie­dzińskie­go. I wy­da­je się, że właśnie ci trzej: Mie­dziński, Zyn­dram-Kościałkow­ski i Hołówko byli ini­cja­to­ra­mi nie­doszłego „od­we­tu”.

Jeżeli nie jesz­cze wyżej. Naj­wyżej!

Za­py­tałem wprost pro­fe­so­ra Szczy­pior­skie­go:

― Ja­kie pan wówczas odniósł wrażenie, czy Piłsud­ski był po­in­for­mo­wa­ny o pla­nie od­we­tu?

Pro­fe­sor Szczy­pior­ski za­prze­czył, jak naj­ener­gicz­niej, uważając, że taka ak­cja „nie była w sty­lu Piłsud­skie­go”. To jed­nak tyl­ko oce­na. „Zresztą ― dodał mój rozmówca ― byłem prze­cież w miesz­ka­niu Piłsud­skie­go i wi­działem Bar­lic­kie­go. Prze­by­wał tam cały dzień. Nic nie wska­zy­wało na to, by Bar­lic­ki czy Świ­tal­ski orien­to­wa­li się w tych pla­nach, a wystąpie­nie Da­szyńskie­go na wie­czor­nym ze­bra­niu bar­dzo zde­cy­do­wa­nie prze­ciw­ne od­we­to­wi zo­stało po­par­te de­cy­zja­mi Piłsud­skie­go, które za­ko­mu­ni­ko­wał nam Bar­lic­ki. Jed­nak również w re­la­cji pana Szczy­pior­skie­go pe­owia­cy pa­ro­krot­nie pod­kreślają, iż cała rzecz dzie­je się z wiedzą Piłsud­skie­go. Czyż śmie­li­by powoływać się na ten naj­wyższy również dla nich ― czy przede wszyst­kim dla nich ― au­to­ry­tet, mogąc prze­wi­dzieć, że nie­za­leżnie od tego, czy im­pre­za się po­wie­dzie, czy też nie, wyj­dzie to później na jaw i na­ra­zi ich na gniew Ko­men­dan­ta? I skąd owo „re­wo­lu­cyj­ne” wystąpie­nie Bar­lic­kie­go na cmen­ta­rzu? Nie prze­ko­nały mnie też ar­gu­men­ty pro­fe­so­ra Szczy­pior­skie­go. Za­pew­ne zbyt mało mam da­nych, by móc zdo­być się na sąd zde­cy­do­wa­ny, trze­ba pozo­stać w sfe­rze przy­pusz­czeń. Ta spra­wa chy­ba poza sferę przy­pusz­czeń nig­dy nie wyj­dzie.

A Ja­wo­row­ski?

Tu kon­tro­wer­sja między Ma­li­now­skim a Szczy­pior­skim jest całko­wi­ta. Wy­ra­ziłem wo­bec mo­je­go rozmówcy następującą hi­po­tezę: ini­cja­to­rzy próby „od­we­tu” po­ro­zu­mie­li się z Ja­wo­row­skim jesz­cze przed­tem, za­nim Zyn­dram-Kościałkow­ski i Włosko­wicz przy­by­li do OKR-u, ale Ja­wo­row­ski nie chciał się przed Szczy­pior­skim z tym zdra­dzić. Fakt, że Szczy­pior­ski prze­szko­dził ofi­ce­rom i Łokiet­ko­wi w or­ga­ni­zo­wa­niu od­we­tu i po­ro­zu­miał się z Da­szyńskim, mógłby wska­zy­wać na to, że Ja­wo­row­ski li­czył się z taką właśnie jego re­akcją i dla­te­go nie chciał go w tę sprawę wta­jem­ni­czyć. Wzy­wał go zaś te­le­fo­nicz­nie na po­grzeb właśnie po to, by odciągnąć go z OKR-u, gdzie tym­cza­sem dwójka­rze i Łokie­tek ro­bi­li­by swo­je. Prze­cież po­le­ce­nie lep­sze­go ob­sta­wie­nia lo­ka­li PPS i ochro­ny przywódców mógł mu prze­ka­zać te­le­fo­nicz­nie, po to nie mu­siał je­dy­ne­go przed­sta­wi­cie­la władz OKR-u wzy­wać na po­grzeb.

Pro­fe­sor Szczy­pior­ski od­rzu­cił i tę hi­po­tezę, wska­zując na to, że Ja­wo­row­ski odniósł się ne­ga­tyw­nie do „od­we­tu”, gdy mu za­ko­mu­ni­ko­wał o prze­bie­gu wy­da­rzeń, a także później na kon­fe­ren­cji w miesz­ka­niu Iwa­now­skie­go. I zno­wu: jeśli Ja­wo­row­ski nie był od początku szcze­ry w sto­sun­ku do swe­go zastępcy se­kre­ta­rza OKR-u, nie mógł i później, gdy sy­tu­acja się zmie­niła, gdy ― jak przy­pusz­cza­my ― rze­czy­wiście był wciągnięty w spi­sek, do tego się przy­zna­wać. A sy­tu­acja, jeśli przyj­mie­my tę kon­cepcję, zmie­niła się z chwilą „mi­mo­wol­ne­go” uda­rem­nie­nia przez Szczy­pior­skie­go i świa­do­me­go uda­rem­nie­nia przez Da­szyńskie­go „od­we­tu”, przez co od­padł mo­ment za­sko­cze­nia; dal­sza de­cy­dująca zmia­na wy­nikła z rozmów Piłsudskie­go z przywódcą „Pia­sta” Ra­ta­jem, Si­kor­skim i in­ny­mi. O do­ga­da­niu się tej gru­py świadczą zresztą i później­sze wy­da­rzenia; nowy ga­bi­net będzie ściśle współdziałał z Piłsud­skim; jego mężem za­ufa­nia na sta­no­wi­sku, do którego przy­wiązywał naj­większą wagę, na sta­no­wi­sku mi­ni­stra spraw woj­sko­wych, sta­nie za­ufa­ny człowiek Piłsudskie­go, ge­ne­rał Ka­zi­mierz Sosn­kow­ski.

Pierwszą jego czyn­nością będzie pod­pi­sa­nie „Roz­ka­zu dzien­ne­go Mi­ni­ste­rium Spraw Woj­sko­wych Nr 217”:

Do Pana Mar­szałka Józefa Piłsud­skie­go. Uwzględniając zgłosze­nie Pana Mar­szałka, jako ofi­ce­ra ar­mii czyn­nej, oraz za­ko­mu­ni­ko­wa­nie mi po­sta­no­wie­nia Pana Mar­szałka poświęce­nia się pra­cy woj­sko­wej, powołuję Pana w po­ro­zu­mie­niu z Radą Mi­nistrów cza­so­wo na sta­no­wi­sko sze­fa Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go.

De­cy­zja ta za­padła jesz­cze tej nocy na po­sie­dze­niu no­wej Rady Mi­nistrów. W tymże cza­sie nie­do­szli od­we­tow­cy uspo­ka­ja­li war­szaw­skich ro­bot­ników.

Tak więc skłaniam się ra­czej do przy­pusz­cze­nia, że i Ja­wo­row­ski wciągnięty był w spi­sek, którego górą w tej kon­ste­la­cji by­li­by Ja­wo­row­ski i Mie­dziński, w dru­giej ko­lej­ności Zyn­dram-Kościałkow­ski i Hołówko, następnie zaś: Sta­mi­row­ski, Włosko­wicz i… Łokie­tek.

W miarę roz­wo­ju na­szych rozmów z pa­nem Szczy­pior­skim, także z in­nym działaczem ówcze­sne­go PPS-u, który również, jak pan Szczy­pior­ski, wraz z Ja­wo­row­skim uczest­ni­czył w rozłamie w 1928 roku i wresz­cie w roz­mo­wach nie z po­li­ty­ka­mi, ale działacza­mi in­nych frontów, na­zwij­my je ― po­li­cyj­no-dwójkar­ski­mi i ban­dyc­ki­mi, co­raz wyraźniej ry­so­wała się po­stać dok­to­ra Józefa Łokiet­ka jako współpra­cow­ni­ka II od­działu Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go. Nie zna­czy to, by Łokie­tek miał być szpic­lem, do­no­si­cie­lem, nie tak spra­wa wygląda. Był on człowie­kiem, który mógł wy­ko­nać inne, bar­dziej ważkie za­da­nia. I wy­ko­ny­wał je, jak się prze­ko­na­liśmy, również w później­szych la­tach nie raz. W tym wy­pad­ku Kościałkow­ski i Włosko­wicz mo­gli przyjść do Łokiet­ka, bo ja wiem, z po­le­ce­niem lub też ini­cja­tywą „od­we­tu”, wiedząc, że na­tra­fią na właści­we­go człowie­ka do wy­ko­nania tych zadań, co więcej, na­wet chy­ba na je­dy­ne­go człowie­ka, który może te za­da­nia wy­ko­nać. Łokie­tek od­zna­czał się dużą od­wagą, ba, ry­zy­kanc­twem i bra­kiem skru­pułów. Łokie­tek był człowie­kiem za­ufa­nym, prze­biegłym, nad­to małomównym i dys­kret­nym (w odróżnie­niu od dru­gie­go na­sze­go bo­ha­te­ra opo­wieści ― Łuka­sza Sie­miątkow­skiego), cze­go do­wo­dy dał nie­jed­no­krot­nie, wy­ko­nując różne po­uf­ne po­le­ce­nia w okre­sie szwaj­car­skim i później. Łokiet­ka zna­li również „wiel­cy” właśnie z okre­su szwaj­car­skie­go. I Łokie­tek wresz­cie po­sia­dał apa­rat lu­dzi zdol­nych do wy­ko­nania każdego za­da­nia i będących w każdej chwi­li do dys­po­zy­cji. Czy można byłoby ich wziąć skądinąd? Po­li­cja ― nie­pew­na, mnóstwo w niej było en­deków i lu­dzi z nimi sym­pa­ty­zujących. Woj­sko ― za­pew­ne zna­lazłoby się gro­no ofi­cerów, którzy go­to­wi by­li­by wy­ko­nać i to za­da­nie. Ale za­nim by się ich ze­brało, mo­ment za­sko­cze­nia daw­no by minął. I to wszyst­ko, żad­nych in­nych możliwości nie było.

A za­tem tyl­ko i je­dy­nie Łokie­tek. Dla­te­go też praw­do­po­dob­na jest wer­sja pana Szczy­pior­skie­go o roli Łokiet­ka w całej afe­rze. Nie jest też rzeczą przy­pad­ku zupełne po­mi­nięcie tej spra­wy przez Pobóg-Ma­li­now­skie­go. Może sam po­minął świa­do­mie rolę Łokiet­ka, a może to jego in­for­ma­tor czy in­for­ma­torzy ją po­minęli.

Zresztą ta­kich prze­mil­czeń jest więcej. Pobóg-Ma­li­now­ski nie uwzględnia, jak po­wie­dzie­liśmy, roli Bo­gusława Mie­dzińskie­go (z wyjątkiem wie­czor­ne­go ze­bra­nia w Szta­bie Ge­ne­ral­nym), nie występuje tu Kościałkow­ski, nie ma też Hołówki. Być może cho­dziło o to, by uchro­nić tych lu­dzi przed in­fa­mią nie­uda­nej pro­wo­ka­cji w osądzie „po­tom­ności”. Zresztą któż mógł być źródłem in­for­ma­cji dla emi­gra­cyj­ne­go hi­sto­ry­ka? Chy­ba właśnie Mie­dziński, na którego list powołuje się Pobóg-Ma­li­now­ski. Mie­dziński zaś tak właśnie chciał przed­sta­wić sprawę, jak ją hi­sto­ryk przed­sta­wił.