Doktor Faustus - Thomas Mann - ebook
Opis

Powieści Manna wyczekiwano z niecierpliwością, czego najlepszym dowodem był wysyp recenzji i komentarzy po jej wydaniu w 1947 roku. Spodziewano się, że książka udzieli odpowiedzi na pytanie, dlaczego naród „poetów i myślicieli” stał się na dwanaście lat ojczyzną „sędziów i katów” (słowa Karla Krausa). Nie powinno zatem dziwić, że interpretacja „Doktora Faustusa” jako powieści-paraboli zdominowała jej recepcję, a stawianie znaku równości między kuszeniem Adriana Leverkühna a uwiedzeniem narodu niemieckiego przez nazizm stało się czytelniczym nawykiem.
Huber Orłowski we „Wstępie” do niniejszej edycji zwraca uwagę na nurt kontestujący tę tradycję. Przywołuje m.in. opinię Stanisława Lema: „Diabeł faszyzmu to wielki i straszny skutek przyczyn małych i trywialnych, to reakcja lawinowa, zapoczątkowana rozkładem społecznym. Tak więc «Doktor Faustus» milczy o Niemcach z czasów połowy naszego stulecia. Opowiada podniosłą historię pewnego artysty, który miał szczęście wyjątkowe przeżyć tragedię, a zatem rzecz pełną najgłębszej wymowy cierpienia uzasadnionego, winy i kary zasłużonej”.
Komukolwiek przyznamy rację, „Doktor Faustus” pozostanie arcydziełem sztuki powieściowej XX wieku.


„Samotny myśliciel i badacz, teolog i psycholog w swej pustelni, który w pożądaniu rozkoszy światowych i władzy nad światem zapisuje własną duszę diabłu – czyż nie nastał teraz właściwy moment, aby w tym obrazie ujrzeć Niemcy, dziś, gdy Niemcy dosłownie diabli wzięli. Wielkim błędem sagi i dramatu jest to, że nie wiążą Fausta z muzyką. Musiał być muzykalny, musiał być muzykiem. Muzyka jest obszarem demonicznym”.
Thomas Mann, „Niemcy i naród niemiecki”

„«Doktor Faustus» już w chwili powstania [...] stał się jednym z ważniejszych punktów w powojennej dyskusji na temat niemieckiej tożsamości. Dyskusja ta trwa do dzisiaj, do dzisiaj też książka Tomasza Manna odgrywa w niej istotną rolę. Ale obok tej dyskusji toczy się inna: to dyskusja na temat autonomii sztuki, suwerenności literatury. I tu również powieść Manna odgrywa rolę znaczącą: ta książka bardziej niż wszystkie inne jego dokonania skupia uwagę na etycznym wymiarze dzieła literackiego”.
Leszek Szaruga

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1259

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


.

BIBLIOTEKA NARODOWA

Wydawnictwo „Biblioteki Narodowej” pragnie zaspokoić pełną potrzebę kulturalną i przynieść zarówno każdemu inteligentnemu Polakowi, jak i kształcącej się młodzieży

WZOROWE WYDANIA NAJCELNIEJSZYCH UTWORÓW LITERATURY POLSKIEJ I OBCEJ

w opracowaniu podającym wyniki najnowszej o nich wiedzy.

Każdy tomik „Biblioteki Narodowej” stanowi dla siebie całość i zawiera bądź to jedno z arcydzieł literatury, bądź też wybór twórczości poszczególnych pisarzy.

Każdy tomik poprzedzony jest rozprawą wstępną, omawiającą na szerokim tle porównawczym, w sposób naukowy, ale jasny i przystępny, utwór danego pisarza. Śladem najlepszych wydawnictw obcych wprowadziła „Biblioteka Narodowa” gruntowne objaśnienia tekstu, stanowiące ciągły komentarz, dzięki któremu każdy czytelnik może należycie zrozumieć tekst utworu.

„Biblioteka Narodowa” zamierza w wydawnictwach swych, na daleką metę obliczonych, przynieść ogółowi miłośników literatury i myśli ojczystej wszystkie celniejsze utwory poezji i prozy polskiej od wieku XVI aż po dobę współczesną, uwzględniając nie tylko poetów i beletrystów, ale także mówców, historyków, filozofów i pisarzy pedagogicznych. Utwory pisane w językach obcych ogłaszane będą w poprawnych przekładach polskich.

Z literatury światowej „Biblioteka Narodowa” wydaje wszystkie te arcydzieła, których znajomość niezbędna jest dla zrozumienia dziejów piękna i myśli ogólnoludzkiej.

Do współpracy zaprosiła redakcja „Biblioteki Narodowej” najwybitniejszych badaczy naszej i obcej twórczości literackiej i kulturalnej, powierzając wydanie poszczególnych utworów najlepszym każdego znawcom.

Kładąc nacisk na staranność opracowań wstępnych i objaśnień utworów, „Biblioteka Narodowa” równocześnie poczytuje sobie za obowiązek podawać najdoskonalsze teksty samych utworów, opierając się na autografach, pierwodrukach i wydaniach krytycznych.

Fragment deklaracji z pierwszych tomów „Biblioteki Narodowej”

Seria „Biblioteka Narodowa” ukazuje się pod patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Rada Naukowa „Biblioteki Narodowej”:Józef Bachórz, Tomasz Chachulski, Jerzy Jarzębski, Alina Kowalczykowa (przewodnicząca), Ryszard Nycz
Redaktor „Biblioteki Narodowej”: Stanisław Bereś
Recenzent tomu: Łukasz Musiał
Redaktor prowadząca: Anna Krzywania
RedakcjaWstępu i opracowania: Dorota Ucherek
Konsultacja muzykologiczna: Aleksandra Wróblewska
Korekta: Anna Gądek, Wanda Kreczmar
Redakcja techniczna: Stanisława Trela
Ilustracja na frontyspisie: Thomas Mann, 1944, © S. Fisher Verlag.
Skład: Robert Oleś / d2d.pl
Originally published as: Doktor Faustus © S. Fisher Verlag GmbH, Frankfurt am Main 1947 © Copyright by Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2016 © Copyright for the Polish translation by Aleksander Wirpsza
Wydanie I, elektroniczne Wrocław 2018
Nieupoważnione powielanie lub inne wykorzystywanie utworu stanowi naruszenie praw autorskich.
ISBN 978-83-65588-85-2
Wydawnictwo Ossolineum ul. Szewska 37, 50–139 Wrocław e-mail:wydawnictwo@ossolineum.plwww.wydawnictwo.ossolineum.pl Kontakt z „Biblioteką Narodową”: bn@ossolineum.pl
Konwersja:eLitera s.c.

WSTĘP

I. BRZEMIĘ NIEJEDNO MA IMIĘ

Tej powieści wyczekiwano z utęsknieniem. Zasadnym. Wszak przynieść miała ona odpowiedź na pytanie: „Dlaczego?”. Dlaczego naród niemiecki dał się „uwieść” Hitlerowi i ideologii nazizmu? Dlaczego naród „poetów i myślicieli” stał się na lat dwanaście ojczyzną „sędziów i katów”[1]?

Na długo przed ukazaniem się Doktora Faustusa, gdy tylko rozeszły się wieści o pracy Thomasa Manna nad kolejnym dziełem, zaczęto je obdarzać wyraziście zróżnicowanymi dookreśleniami: mianem powieści a to o losie i przeznaczeniu Niemiec, a to o kryzysie kultury oraz o tragizmie współczesnego artysty, wreszcie – powieści politycznej czy powieści epoki (Epochenroman). Rozdygotane poznawczo, co do częstotliwości zdumiewająco rozległe oraz zaskakująco rozpięte w sieciach kategorialnych, piśmiennictwo na temat tego dzieła Manna – poczynając od wielorako spolaryzowanej publicystyki, przez błyskotliwe eseje, aż po wypełnione drobiazgową wiedzą pozytywistyczną studia i monografie – stanowi usprawiedliwienie pogoni za odkrywaniem bogactw jego odniesień i ustaleń, jakże niepewnych w swej pewności. Nadto: wszystkie owe dociekania znajdują uzasadnienie zarówno w samej powieści, jak i w niezwyczajnie bogatej refleksji dookolnej samego autora. Właśnie, również autora. Dziś natomiast, współcześnie, te spory tużpowojennych obrońców i oskarżycieli „żywota niemieckiego kompozytora Adriana Leverkühna opowiedzianego przez przyjaciela” wydają się antykwaryczne; zwłaszcza ze względu na postępy badań nad korzeniami nazizmu.

Spojrzenie na Mannowski „kompleks Faustusa” przez pryzmat kategorii brzemienia, i to różnorodnego, jest jak najbardziej zasadne. Sam proces twórczy, formowanie (się) ideologii i przesłania powieści, to brzemię dla Manna niezwyczajne; wszak czuł się on odpowiedzialny przed swoimi rodakami, jako pisarz oraz emigrant polityczny, w sposób szczególny. Dawał temu wyraz niejednokrotnie. Mową Niemcy i naród niemiecki (Deutschland und die Deutschen), wygłoszoną 29 maja 1945 w Library of Congress, mową wyjątkową, o nieprzeciętnym rezonansie, powracał na grunt sobie najbliższy: uzewnętrzniał pragnienie odzyskania prawa do „niemieckości”. Skoro przymierzał się do roli reprezentanta epoki mieszczaństwa niemieckiego w XX wieku, nie mógł i nie powinien był obojętnie przyglądać się losom własnego narodu; również po kapitulacji Trzeciej Rzeszy. Jeśli chciał uchodzić za przedstawiciela tegoż narodu, mimo amerykańskiego obywatelstwa, musiał się wyraziściej kreować na niemieckiego, na arcyniemieckiego pisarza. Myśl o ryzyku, iż Niemcy będą uważać go za „dezertera z niemieckości”[2], prześladowała go nieledwie traumatycznie. Jak żaden z ludzi pióra, pragnął Mann budować swą wielkość na glebie narodowej, z jej autentycznych oraz zmistyfikowanych kompleksów. Nieprzypadkowo zatem jesienią 1946 przystał na opublikowanie fragmentów dziennika z lat 1933–1934, zatytułowanych znamiennie: Leiden an Deutschland (Cierpienie na Niemcy).

Brzemieniem był również, i wciąż jeszcze bywa, trud odpowiedzi na pytanie o sedno powieści, o jej kluczowy sens. Zmagali się z tym brzemieniem zarówno badacze akademiccy, jak i liczni komentatorzy przygodni. Lista kłopotów ze standardami „mannologii”, nie tyle czy nie tylko wyśrubowanej ponad potrzeby obywatelskiego odczytania, jest długa. Wahania samego twórcy co do konceptu Doktora Faustusa, horyzont przed(?)wczesnych oczekiwań względem powieści, autorskie przyzwolenie na rozmyte rozumienie filozoficznego przesłania dzieła, wreszcie: wybiórcza petryfikacja dominującej wykładni – to niektóre argumenty na rzecz właśnie takiej diagnozy. Niepodobna wreszcie pominąć nierozwiązanej jak dotąd kwestii konkurencyjnych modeli interpretacji: modelu, w którym nad „czystą interpretacją” dominuje intencja autora w procesie twórczym, i tego, w którym całkowicie się ją ignoruje.

Mann, świadek i uczestnik wielkich pęknięć cywilizacyjnych oraz zmierzchu dwu, trzech epok, zwolennik tyluż otwarć na kolejne fazy historii, posiadacz pięciu obywatelstw-paszportów, postać-alibi dla wielu, acz niepozbawiona stygmatu klinczu interpretacyjnego: te aspekty, wszystkie, składają się na postrzeganie wielkiego „czarodzieja” mistrzowskich opowieści. Obcy był mu nomadyzm, a jednak wiódł on życie „mobilne”. Choć bronił się przed wszelką jednoznacznością polityczną i ideologiczną, został napiętnowany za mglistą sympatię do NRD. Tak bardzo pragnął reprezentować całe Niemcy i całą kulturę niemiecką, a mimo to bywał odtrącany przez niemieckie środowiska literackie. Był świadom korzeni tych odtrąceń. Pisał z goryczą: „Wiem, że emigrant niewiele w Niemczech znaczy”[3].

Tragizm Manna brał się nie tylko z tego, jakże steatralizowanego, odtrącania. Jako twórca wyczulony na polityczne konwulsje swej ojczyzny oraz naszego kontynentu, nie mógł autor Doktora Faustusa nie mieć świadomości dysonansu granej przez siebie roli twórcy (niemal) narodowego. Jeżeli bowiem komuś miano to miałoby przysługiwać w pierwszej połowie XX wieku, to z całą pewnością przede wszystkim Mannowi. Wspomniany dysonans – jak dowodzi Jochen Strobel – stanowił wypadkową aspiracji bycia reprezentantem tradycji narodowej oraz godzenia się z nieodwracalnością „odczarowywania narodu”, czyli procesu jego modernizacji. Utożsamianie się narodowych socjalistów z „niemieckością” z jednej strony stanowiło dla pisarza szok mobilizujący jego aktywność polityczną, z drugiej natomiast osłabiało przekonanie o „niewinności” niemieckiej kondycji narodowej, a wzmacniało – to o problematycznej wyjątkowości narodu niemieckiego. Stąd tylko krok do zrezygnowania z mandatu narodowej reprezentacji. Oto jak „naród” przestaje pełnić funkcję nadrzędnego regulatora twórczej aktywności. Takie momenty, jak piętnastoletnia praca nad tetralogią biblijną czy sięgnięcie po starotestamentowy, a więc ponadnarodowy wątek genezy tablic Mojżeszowych w opowieści Prawo, pozwalają na formułowanie wniosków zaskakujących.

Powieść Doktor Faustus – w tym kierunku zmierza narracja Wstępu – stanowi argument na rzecz dyskursu remityzacji, a nie „odczarowywania” dziejów własnego narodu. Stąd Strobel upatruje, i nie bez słuszności, w ewolucji całej, nie tylko eseistyczno-publicystycznej, twórczości Manna przypadek chwiejnej równowagi między przed- a ponowoczesną ofertą pojmowania narodu (jako wspólnoty wyobrażonej w rozumieniu Benedicta Andersona)[4]. Nie jest więc dziwne, iż Mannowskie widzenie siebie samego w roli (problematycznego) „wieszcza narodowego” poddawane było nieprzerwanej weryfikacji; zdumiewająco często z wynikiem niepomyślnym.

Finalny wydźwięk dzieła Manna – aczkolwiek dla miażdżącej większości jego odbiorców zrealizowany niezauważalnie – zanegowany został w sposób spektakularny i widowiskowy w chwili symbolicznego zjednoczenia Niemiec. W Boże Narodzenie 1989 roku wykonaniem IX Symfonii Ludwiga van Beethovena pokierował w Berlinie sam Leonard Bernstein. To głos człowieka miał w tej dla Niemiec szczególnej chwili dziejowej wyrażać emocje ludzkie. Śpiewano „O radości, iskro bogów...” oraz „Wszyscy ludzie będą braćmi...”. Również w ten sposób świętowano zjednoczenie Niemiec. Na płaszczyźnie politycznych zachowań symbolicznych był to niewątpliwie kres podziału tego państwa. Ale nie koniec na tym – miało być jeszcze bardziej groteskowo. 26 października 1996, a więc siedem lat później, po zawieszeniu wieńca na szczycie dwudziestodwupiętrowego wieżowca Renzo Piano na placu Poczdamskim światowej sławy dyrygent Daniel Barenboim polecił na największym placu budowy Europy u schyłku naszego stulecia tańczyć dźwigom, a właściwie ich ramionom, w takt Dziewiątej, w harmonii z Odą do radości. Uważny znawca tradycyjnie dominującej wykładni Doktora Faustusa winien był zadać sobie w tym momencie i w tym kontekście naiwne, acz kluczowe pytanie: czy wspomniany spektakl (polityczno-muzyczny) mógł (a może miał) stanowić symboliczne „anulowanie unieważnienia”?! Przypomnę, że Adriana Leverkühna symfoniczną kantatę Lament Doctoris Fausti, ów „niesamowity cykl wariacyjny skargi – i jako taki w negatywnym sensie spokrewniony z finałem Dziewiątej Symfonii i jej radosnymi wariacjami” – wieńczy przecież finał „czysto orkiestralny”[5]!

Komentarz narratora Zeitbloma nadaje muzycznemu dziełu Leverkühna wymowę szczególną. Miał – oraz ma do dziś – zadziwiający wpływ na recepcję twórczości Manna, a także na same badania nad nią. Sedno owego komentarza brzmi zaś:

symfoniczne adagio, w które po owym piekielnym galopie przechodzi stopniowo potężnie narastająca chóralna skarga – jest to zarazem przeciwieństwo drogi wiodącej do Pieśni do radości, kongenialny negatyw owego przejścia od symfonii do wokalnego uniesienia, jest jego o d e b r a n i e m...[6]

W wersji oryginalnej mowa tu o Zurücknahme. Bardziej trafnego odpowiednika w polszczyźnie poszukiwałbym wśród takich określeń, jak „unieważnienie”, „anulowanie”, „cofnięcie przyzwolenia”, „odwołanie”. Termin „odebranie” wydaje się w tym kontekście najmniej adekwatny.

Nie sposób podejrzewać organizatorów symbolicznego spektaklu z 1989 roku o znajomość owej niemal kanonicznej wykładni Doktora Faustusa. Czytelników powieści winna natomiast zastanowić właśnie symboliczna wymowa tego aktu; oczywiście przy założeniu, iż powieść Manna odbierana bywała (i nadal bywa) jako dzieło o wyrazistych ambicjach historiozoficznych. Sądzę również, że szczególna struktura narracji Doktora Faustusa, uprawniająca faktycznie do formułowania opinii o wymownej korespondencji losów Leverkühna i Niemiec, a więc do jedynej w swoim rodzaju wykładni „predestynacji demoniczności”, stanowi czynnik utrudniający zrozumienie mentalnego horyzontu możliwości kognitywnych samego Serenusa Zeitbloma, a więc – dodam z naciskiem – wytworu wyobraźni autora.

Zadziwiające „unieważnienie unieważnienia”! Rzec by należało: „Biedny Thomasie Mannie! Dokąd przyjdzie ci teraz, po zjednoczeniu Niemiec, uciekać wespół z twoją zbudowaną na teleologicznych zrębach pesymistyczną opowieścią mistrzowską (Meistererzählung), opowieścią-zaprzeczeniem Ody?”.

Aby dopowiedzieć tę przedziwną wykładnię (pozbawioną puenty) do końca, acz bez większej nadziei, iż wstrząśnie ona skamieliną hegemonialnej tradycji egzegetycznej, trzeba by przywołać pomijany dotąd wątek z zapisków wspomagających, sporządzonych przez Theodora W. Adorna na prośbę Manna. Nastąpi to w rozdziale IXWstępu.

II. KARIERA PISARZA NOWOCZESNEGO

Biografia wpleciona w narrację historyczną czyni ze znanej postaci „podmiot globalizujący” – skonstatował przed laty Jacques Le Goff[7]. Jego nie mniej sławny rodak, Pierre Bourdieu, sformułował koncept, który na pierwszy rzut oka wygląda na zgoła przeciwny: nie sposób mówić o czymś takim jak biografia, a jeśli już o czymś podobnym mówić wolno, to raczej o „iluzji biograficznej”. W odniesieniu do Manna zaryzykuję tezę, iż niemożliwa jest falsyfikacja zarówno pierwszej, jak i drugiej perspektywy. Sam Mann proponuje w eseju-bilansie życiowym Moje czasy dość prostą formułę na odczytanie własnego życia:

Moje czasy były pełne odmian, ale moje życie w nich stanowi jedność. Ład, z jakim trwa w liczbowym stosunku do nich, sprawia mi satysfakcję, podobnie jak wszelki ład czy wszelka harmonia[8].

Pisarz pragnął egzystencji uładzonej i taki ład świadomie organizował. Jeśli uprzytomnić sobie, że spędził w podróży, podczas tournée z odczytami i wystąpieniami autorskimi, jedną trzecią swego życia, natomiast (również!) w wyobraźni badaczy utrwalił się poprzez żywot człowieka osiadłego – wprawdzie w kilku kolejnych willach i mieszkaniach, ale prawie zawsze przy swoim ogromnym biurku, ze starannie rozłożonymi bibelotami i z równie akuratnie przestrzeganym rozkładem dnia – to rozdźwięk między tezami przywołanych francuskich uczonych okaże się mało znaczący: pisarz budował swoją biografię niby zamknięty tekst, określony również co do samej jego wykładni. Niechętnie przyznawał się do pęknięć w swym życiorysie, do uskoków. Na wścibstwo krytyków reagował alergicznie. Stąd gdyby trzymać się mniemań Manna o nim samym, nie sposób byłoby wątpić w spójność jego tożsamości w strumieniu czasu historycznego. Inaczej ma się rzecz z ujęciami monografistów, z tym że i dziś nierzadko buduje się biografię Manna oraz monografie o jego dziele według motywacji monotematycznej, choćby homoerotycznej.

Gdy przyjrzeć się pomieszkiwaniu ludzi pióra bliskich Mannowi przynależnością pokoleniową, jego zachowania stają się tym bardziej wyraziste. Większość pisarzy emigrantów mieszkała byle jak: w tandetnych pokoikach, w pośledniej jakości hotelikach i pensjonatach, oraz posilała się od przypadku do przypadku. Przejmujący obraz takiej emigracyjnej egzystencji hotelowej ilustrują m.in. powieści Ericha Marii Remarque’a. Iście nomadyczne żywoty Josepha Rotha, Roberta Musila, Hermanna Brocha czy Heinricha Manna dalekie są od strategii autora Doktora Faustusa. Osiadłemu trybowi życia Thomasa Manna najbliższy byłby Hermann Hesse, z tym że jego dom z tarasem w Gaienhofen czy też Casa Hesse w Montagnola, w przecudnie kiczowatym landszafcie, to przede wszystkim refugia przed złem współczesnej cywilizacji, nie zaś ostoje mieszczańskiej tożsamości.

Mann niezmiennie osiedlał się „na zawsze”; przeszkodę skuteczną stanowiły „jedynie” kolejne okoliczności dziejowe. Jeśli pominąć dzieciństwo w Lubece i mało stabilne lata młodzieńcze w Monachium, to można powiedzieć, że pisarz zamieszkiwał kolejno w sześciu willach czy nawet rezydencjach; tradycje patrycjuszowskich przodków z Lubeki kontynuował zatem na swój sposób. Hamburska wystawa Ogrody, rezydencje wiejskie i wille hamburskiego mieszczaństwa z 1975 roku daje wyobrażenie o funkcji i tradycji północnoniemieckiego domu mieszczańskiego, że wspomnę tzw. dom Buddenbrooków w Lubece oraz reprezentacyjną budowlę ojca Manna przy Beckergrube 52. W roku 1913, w Monachium, na zakupionej parceli Poschingerstraße 1, wybudował Mann siedzibę, zdaniem jego syna Klausa, wielce kapitalistyczną. Zamieszkiwał ją do 1933 roku. Tam wzrastały jego dzieci w liczbie pięciorga, tam świętował pierwsze wielkie triumfy literackie. Po decyzji o emigracji jesienią 1938 wynajął zapuszczoną willę w Princeton. Wciąż jednak marzył o własnej siedzibie. We wrześniu 1940 kupił parcelę z kilkoma palmami i mnóstwem drzew cytrynowych w Pacific Palisades.

Na marzec 1941 datuje się przeprowadzka do Kalifornii, do – wydawałoby się – ostatecznego miejsca zamieszkania pisarza. Po mianowaniu go konsultantem ds. literatury niemieckiej Library of Congress w Waszyngtonie z roczną pensją 4800 dolarów i nadaniu mu w czerwcu 1944 obywatelstwa USA jego pozycja na kontynencie amerykańskim wyglądała na niewzruszoną jak nigdy dotąd. A jednak zimnowojenna aura panująca w tamtych latach wymusiła na nim opuszczenie Stanów. W grudniu 1952 wynajął Mann dom w Erlenbach, niedaleko jeziora. Nie był jednak z niego zbytnio zadowolony. W liście do zaprzyjaźnionego publicysty, Roberta Faesiego, wyznawał: „poważnie nosimy się z myślą wybudowania tam stałej siedziby stosownej do naszych potrzeb, jeżeli nie znajdzie się jakiś odpowiedni gotowy obiekt w okolicy Vevey lub Montreux”[9]. Na rok przed śmiercią Mann nabył dom w Kilchberg w pobliżu Zurychu.

Definiował się jako spadkobierca liberalnego mieszczaństwa XIX stulecia. Był z pewnością, również na emigracji, w warunkach wolnego rynku wydawniczego, znakomicie prosperującym przedsiębiorcą w obszarze literatury niemieckiej: tworząc, występując publicznie, promując nie tylko bliskie sobie idee, ale i własne dzieło. Dzięki przezornej żonie Katii potrafił odnaleźć się w grze rynkowej, kreując się przy tym z pasją na „wielkopisarza” XX wieku. Czuł się dobrze, biorąc udział w rywalizacji wspartej na etosie obowiązku, pracowitości, uporządkowania i potrzeby dokonań. Ujął ten stan syntetycznie w bilansie rodzinnym Lubeka jako duchowa forma życia (1926).

Stąd brał się – jeśli pominąć porządek dni podczas krótszych podróży po kraju czy dłuższych tournée za granicą – rygorystycznie przestrzegany harmonogram pracy; niby w kantorku swoich przodków, siadywał Mann po śniadaniu przy swym biurku, „produkując” odpowiednią liczbę stron kolejnego dzieła. Średnio pisał dziennie – uwzględniając korespondencję i dziennik – pięć stron, a więc około tysiąca ośmiuset stron rocznie. Przez mniej więcej sześćdziesiąt lat twórczego życia zapełnił ponad sto tysięcy stron. Pracował – jak mawiał – na rzecz swego „kluczowego interesu [Hauptgeschäft]”!

W sześciu siedzibach, swoistych krzyżówkach domu patrycjuszowskiego i nowobogackiej willi, stworzył Mann coś na podobieństwo „firmy literackiej”. Jeśli przypatrzeć się jego zdjęciom zrobionym w zaciszu domowym, to nie może nie uderzyć upozowanie sylwetki pisarza przy „kantorku”, mianowicie przy olbrzymim biurku. Na jednej z fotografii z 1919 roku autor Buddenbrooków wygląda przy owym biurku niczym kupiec nad rozłożonymi księgami rachunkowymi. Nie dziwi, że Mann zabrał ten ogromny mebel na polityczne wygnanie.

Złudne wrażenie, iż preferował osiadłość, jest przeogromne; a przecież prowadził życie wcale nomadyczne, i to z racji nie tyle wspomnianego wygnania, ile filozofii pojmowania nowoczesnej roli pisarza. Należy do grona największych globtroterów i w skali objazdów jednego regionu, i kilku krajów. Z wyliczeń statystycznych[10] wynika, iż co czwarty dzień przebywał poza domem, w bliższych i dalszych, niekiedy wielotygodniowych podróżach. Jeśli uzmysłowić sobie, że nawet w ciągu dwustu dni ostatniego roku swego życia spędził tak co trzeci dzień, to potęga złudzenia mieszczańskości jego egzystencji musi być czymś więcej niźli tylko przypadkiem.

Zasadne zatem będzie pytanie o obecność Manna w życiu publicznym. Najpełniej tę obecność pojąć można, śledząc rok w rok wielorakie wymiary aktywności, setki tekstów różnego autoramentu, o różnej wartości. Nie te zebrane w dziesiątkach edytorsko sterylnych tomów stanowią o zasięgu i głębi owej obecności przez dekady dziejów Niemiec, nie laboratoryjnie czyste, mniej lub bardziej filologicznie opracowane książki dają wyobrażenie o skali publicznego istnienia Manna, ale właśnie ich pierwotne rozsianie po setkach pism, gazet, w dziesiątkach tomików, cząstkowych edycjach. W całej twórczości Manna szeroko rozumiane eseistyka i publicystyka zajmują blisko jedną trzecią. Z tego znacząca część krąży wokół wielkich dzieł powieściowych, zwłaszcza Czarodziejskiej góry (1924), tetralogii biblijnej Józef i jego bracia (1933–1943) orazDoktora Faustusa (1947). Odnaleziono i zarchiwizowano około dwudziestu tysięcy listów, napisać ich miał zaś Mann ponad dwadzieścia pięć tysięcy, jeśli nie więcej. Gdy dodać, że w ciągu całego życia udzielił blisko siedmiuset wywiadów, to nie sposób nie przyznać, iż i na tym polu był niepospolicie aktywny.

Publicystyka i eseistyka wypełniają kilkanaście potężnych tomów w ramach poszczególnych edycji dzieł wybranych oraz zebranych pisarza. Dla jego istnienia w powszechnej świadomości w ciągu dziesiątków lat nie miało to jednak większego znaczenia. Pierwszoplanową rolę odgrywała tu bowiem notorycznie ciągła obecność w periodykach, tomach zbiorowych, almanachach, na antenie radiowej oraz – rzecz niebagatelna – w licznych tomikach, edycjach łączonych: po kilka esejów i szkiców pod jednym tytułem. Wspieranie jubileuszy ważkich wydarzeń wystąpieniami także znakomicie poszerzyło obszar publicystyki Manna.

W tużpowojennych latach aktywność i obecność pisarza nabierała rozmachu sukcesywnie. W sierpniu 1919 Wydział Filozoficzny Uniwersytetu w Bonn nadał Mannowi doktorat honoris causa. Pucz Wolfganga Kappa i Walthera von Lüttwitza oraz mord na wybitnym polityku i ministrze Walterze Rathenau wyostrzyły wrażliwość Manna na ekstremizm prawicowy. Jesienią 1921 uczestnictwem w Nordyckim Tygodniu zbliżył się prozaik chybotliwie do rodzinnego miasta, Lubeki, gdzie wygłosił odczyt Goethe i Tołstoj. Sednem eseju jest pytanie o „patos środka” myśli humanistycznej. Na rozgłos w kraju wpływ miało też rosnące w sposób ciągły uznanie za granicą, a zwłaszcza kolejne przekłady dzieł twórcy Śmierci w Wenecji.

Rok 1923 to istna eksplozja podróży autorskich; Mann udał się wtedy do Austrii, Czechosłowacji, Węgier i Szwajcarii, w kwietniu i maju zaś – do Hiszpanii. W kolejnym roku – do Holandii i Anglii, a następnie do Danii. Był coraz bardziej obecny „w służbie dnia”. Bibliografia za lata 1922–1933 wykazuje 375 szkiców publicystycznych. Tomiki z ważniejszymi esejami i przemówieniami otrzymują znamienne tytuły: Rede und Antwort (Pytanie i odpowiedź, 1922), Bemühungen (Próby, 1925), Die Forderung des Tages (W służbie dnia, 1930). Rok 1925 dał Mannowi sposobność zaistnienia w roli reprezentanta kultury i tradycji mieszczańskiej. Rede zum 50. Geburtstag (Przemówienie na pięćdziesiąte urodziny) stanowiło zwieńczenie wielkich oficjalnych uroczystości w Monachium.

Kolejny rok przyniósł dyplomatycznie ważką wyprawę do Francji. Zaproszenie z Fundacji Carnegiego stanowiło dla Manna szansę na ostrożne kruszenie lodów politycznych. Swoją misję opisał on w Paryskiej relacji (1926). Obchodzone w 1926 roku siedemsetlecie Lubeki stworzyło z kolei okazję do ponownego podkreślenia własnej drogi jako reprezentatywnej narodowo; Lubeka jako duchowa forma życia – tak poznawczo nieskromnie brzmi tytuł wystąpienia, o którym tu mowa (wspomnianego już zresztą wcześniej). W tym samym roku czekały prozaika dalsze wyróżnienia, m.in. wybór na członka sekcji literatury Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po misji dyplomatycznej w Paryżu nastąpiła podobna w Warszawie. Nie należy jej przeceniać, ale też trzeba ją odpowiednio docenić. Mann przybył do stolicy Polski nie tyle jako znany pisarz, ile jako ambasador dobrych zamiarów Republiki Weimarskiej.

Koniec tzw. złotych lat dwudziestych w Niemczech charakteryzuje gwałtowna eskalacja ruchów ekstremistycznych. Główne zagrożenie dostrzega Mann w skrajnym nacjonalizmie oraz narodowym socjalizmie. Wrażenia z pobytów we Włoszech wyczulają pisarza na faszyzm. Wygłoszona w Pruskiej Akademii Sztuk pięknych Mowa ku czci Lessinga (1929) jest nie tyle, czy też nie tylko, wystąpieniem w obronie poniewieranego oświecenia, ile filipiką w sprawie własnej, mianowicie permanentnych zarzutów co do korzeni własnej twórczości spod znaku pisarstwa poeta doctus (Schriftsteller), a nie uduchowionej poezji (Dichter, poeta natus). Za rozróżnieniem tym kryło się coś głębszego, mianowicie wytyczanie linii frontu pomiędzy volkistowskimi a racjonalnymi poglądami na temat roli literatury. Wsparciem dla takiego odczytania wspomnianej mowy może być wygłoszony w Uniwersytecie Monachijskim wykład Pozycja Freuda w nowoczesnej umysłowości (1929), w którym – przy całym szacunku dla twórcy psychoanalizy – Mann nie akceptuje linii „głębi trzewi”, kojarzonej z takimi myślicielami, jak Johann Jakob Bachofen, Ludwig Klages i Oswald Spengler.

10 grudnia 1929 pisarz odebrał Nagrodę Nobla. Jest to niewątpliwie najważniejsze uznanie instytucjonalne dla jego trzydziestoletniej działalności pisarskiej; nic to, że nie Czarodziejska góra, ale młodzieńcza powieść Buddenbrookowie stanowiła dla szwedzkiego jury argument dostateczny i stosowny dla wyróżnienia Manna. Niepostrzeżenie, od momentu pierwszego sukcesu u progu naszego stulecia, ubiegając się – skuteczniej niźli sędziwy Gerhart Hauptmann – o wawrzyn „Goethego XX wieku”, przesuwał się autorŚmierci w Wenecji ku szczytom uznania. Szkic autobiograficzny (1930) był dla Manna jedną z wielu sposobności wypełnienia rubryk „Winien” i „Ma” w odniesieniu do własnej biografii. Noblista czuł się wówczas w pełni usatysfakcjonowany swym miejscem na mapie dokonań artystycznych. W prestiżowej prasie liberalno-demokratycznej uchodził bezsprzecznie za literata o wymiarze epokowym.

I znów przyszła pora na podróże, tym razem do Egiptu, w celu zebrania materiałów do przygotowywanej tetralogii biblijnej. Apele polityczne natomiast wystosowywał Mann w Europie, m.in. w Hadze, opisując Die geistige Situation des Schriftstellers in unserer Zeit (Duchową sytuację pisarza w naszych czasach, 1930). W kolejnych wystąpieniach, m.in. w wygłoszonej w Berlińskiej Sali Beethovena Mowie na rzecz Niemiec (1930), hałaśliwie zakłócanej przez bojówki SA, ostrzegał przed ideologią nazistowską. Również w przygotowanym na jubileusz czterechsetlecia lubeckiego gimnazjum Katharineum Ansprache an die Jugend (Przemówieniu do młodzieży, 1931) nie brak akcentów alarmujących. W tamtym okresie Mann stał się po części „oratorem rocznicowym”. Po tekstach sławiących Gottholda Lessinga na forum Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych zaprezentował wykład o Goethem jako przedstawicielu wieku mieszczaństwa (1932).

Przemówieniem-esejem Cierpienie i wielkość Ryszarda Wagnera, wygłoszonym 10 lutego 1933 w Auditorium Maximum uniwersytetu w Monachium, noblista – jeszcze o tym nie wiedząc – na zawsze pożegnał się z ojczyzną. Dziś trudno pojąć, skąd wzięło się wtedy przekonanie, iż tekst o Wagnerze kala własne gniazdo. A jednak taki pogląd się rozpowszechnił. Przeciwko opluwaniu „wielkiego Niemca” zaprotestowały głównie osobistości z „Monachium, miasta Ryszarda Wagnera”, m.in. Hans Pfitzner, Richard Strauss, Hans Knappertsbusch. Jak bardzo Mann poczuł się dotknięty, pokazuje choćby wzmianka zawarta w liście otwartym do Waltera von Molo z 1945 roku:

Nigdy nie zapomnę prymitywnej i morderczej nagonki w radio i prasie przeciwko mojemu artykułowi o Wagnerze, jaką urządzono w Monachium i która pozwoliła mi dopiero pojąć, iż odcięto mi drogę powrotu[11].

III. «GDZIE JA JESTEM, TAM SĄ NIEMCY»

Powyższą autodefinicję postawy przyjętej na czas pełnej emigracji w Stanach sformułował Mann po swojej pierwszej wizycie w Beverly Hills w 1938 roku. Jakże różnią się te słowa z listopada 1914 od hasła wyrażonego nie bez dumy w szkicu Myśli w czas wojny: „Niemcy to dziś Fryderyk Wielki”.

11 lutego 1933, w dzień po opublikowaniu w piśmie „Die Neue Rundschau” eseju o Wagnerze, Mann udał się na tournée po Holandii, Belgii i Szwajcarii. Prześladowanie opozycji po pożarze Reichstagu 27 lutego, jak również usilne namowy córki, Eriki, i syna, Klausa, oraz przyjaciół przekonały Manna, by nie wracać do kraju. Mnożyły się biurokratyczne szykany wobec prozaika ze strony funkcjonariuszy Rzeszy. Doszło do (częściowego) zablokowania jego dość zasobnych kont oraz do zajęcia monachijskiej willi: biblioteki, korespondencji i manuskryptów. Ryzykownej akcji Eriki autor zawdzięczał uratowanie pozostawionego w Monachium rękopisu tetralogii biblijnej.

Niedługo mieszkał w Sanary-sur-Mer – skromnej, dopiero powstającej kolonii niemieckich emigrantów: literatów i artystów. Na początku jesieni wynajął willę w Küsnacht w pobliżu Zurychu. Dzięki wcześniejszej obecności na amerykańskim rynku wydawniczym dość rychło otrzymał zaproszenie od wydawcy Alfreda Knopfa na tournée autorskie po Stanach (maj i czerwiec 1934). Można domniemywać, iż był nim usatysfakcjonowany, skoro w czerwcu i lipcu następnego roku rozpoczął kolejną wielką podróż tego rodzaju. W jej trakcie Uniwersytet Harvarda wyróżnił pisarza doktoratem honorowym. Po raz pierwszy gościł też Mann wtedy u prezydenta Franklina D. Roosevelta. Ta oficjalna znajomość po latach przerodzić się miała zresztą w zażyłość.

W Rzeszy tymczasem, nadspodziewanie szybko, ukazały się – w oficynie Samuela Fischera – pierwsza i druga część tetralogii biblijnej, a mianowicie Historie Jakubowe (październik 1933) w nakładzie dziesięciu tysięcy egzemplarzy (!) oraz Młody Józef (kwiecień 1934). Śmierć wydawcy w październiku 1934 skomplikowała publikowanie w Rzeszy. 28 marca 1935 wyszedł tam ostatni utwór Manna, zbiór esejów Leiden und Größe der Meister (Cierpienie i wielkość mistrzów). Powieść Józef w Egipcie, trzecia część tetralogii, ukazała się jesienią 1936, już w Wiedniu, u Gottfrieda Bermanna Fischera. Wielki „Sami” Fischer zadbał bowiem roztropnie o przyszłość swego domu wydawniczego: oficjalnie przekazał część uprawnień córce Brigitte i zięciowi Gottfriedowi. Instytucja ta nie była – przynajmniej do chwili swej przeprowadzki do Sztokholmu – emigracyjna.

W tym czasie zaczęły się mnożyć świadectwa coraz szerszej aktywności Manna na rzecz emigrantów. Jesienią 1935 pisarz opowiedział się za przyznaniem Pokojowej Nagrody Nobla Carlowi von Ossietzky’emu, przetrzymywanemu w obozie koncentracyjnym, a następnie uśmierconemu przez nazistów publicyście i działaczowi pacyfistycznemu. Pomysł powieści Lotta w Weimarze z Johannem Wolfgangiem Goethem w roli głównej, z października 1936, wziął się z chęci pokazania Niemcom rodaka potężnego nie orężem, ale duchem.

Nadszedł 1936 rok, moment dramatycznego zerwania z ojczyzną. Stało się tak za sprawą opublikowanego 3 lutego na łamach „Neue Zürcher Zeitung” listu otwartego. Stanowił on zdecydowaną odpowiedź na artykuł Deutsche Literatur im Emigrantenspiegel (Literatura niemiecka w zwierciadle emigrantów, 26 stycznia) szwajcarskiego publicysty Eduarda Korrodiego. Autor sugerował, że emigracyjna literatura niemiecka jest równoznaczna z piśmiennictwem osób żydowskiego pochodzenia. Krążyły plotki, iż Korrodiego zainspirowało gestapo. Mann poczuł się dotknięty: jego twórczość, miąższ kultury niemieckiej i sedno mieszczańskiej tradycji kulturowej, miałaby zostać całkowicie zbagatelizowana?! List jest mądry, stanowczy. Mann pisze:

Występuje Pan przeciwko utożsamianiu literatury emigracyjnej z niemiecką i w tejże samej chwili przeprowadza Pan inną, równie niedopuszczalną identyfikację: bo – rzecz szczególna – tym, co Pana oburza, jest nie sam błąd, lecz fakt, że popełnił go pisarz żydowski; z faktu tego wyciąga Pan wniosek, że – potwierdzając stary ojczysty zarzut – utożsamiono tu znowu literaturę żydowskiej proweniencji z literaturą niemiecką, równocześnie zaś stawia Pan sam znak równania między literaturą emigracyjną a żydowską. Czyż mam udowadniać, że to się nie godzi? Mój brat Henryk i ja nie jesteśmy Żydami, Leonhard Frank, René Schickele, żołnierz Fritz von Unruh, rdzenny Bawarczyk Oskar Maria Graf, Annette Kolb, A[lexander] M[oritz] Frey, a z młodszych chociażby Gustav Regler, Bernard von Brentano i Ernst Glaeser też nimi nie są. Fakt, że wśród emigracji element żydowski jest stosunkowo dość licznie reprezentowany, wynika z natury rzeczy: z nieubłaganej rasistowskiej polityki narodowych socjalistów i – z drugiej strony – ze szczególnego lęku, jaki w żydowskiej umysłowości i psychice budzą państwowe instytucje naszych czasów[12].

Nie sposób sobie wyobrazić, by po tej publikacji Mann mógł powrócić do Niemiec.

Odbiór samej polemiki był nadspodziewanie rozległy; w propagandowej logistyce aparatu Josepha Goebbelsa czy w koncepcji „czystości rasowej” Alfreda Rosenberga antysemityzm biologiczny odgrywał przecież rolę kluczową. Jak żadne inne kryterium, pozwalał na „odcedzenie” literatury „niemieckiej” od „nie-niemieckiej”, od „żydowsko-emigracyjnej”. Sam motyw wyosobniania nacjonalistyczno-rasowego pobrzmiewa zresztą już dość wcześnie w niemieckiej przestrzeni publicznej, że wspomnę głośny spór Klausa Manna z Gottfriedem Bennem o status moralny emigranta niemieckiego. Publicyści Rzeszy chętnie korzystali z oszczerczego kryterium rasowego. Oficjalne wystąpienie Thomasa Manna miało tej kampanii odebrać jej pierwszoplanowe znaczenie. Tak oto pisarz z dnia na dzień stał się jedną z naczelnych wielkości w emigracyjnym kosmosie. Odebranie mu obywatelstwa niemieckiego 2 grudnia 1936 poprzedziło moment przyznania mu obywatelstwa przez Republikę Czechosłowacką 19 listopada. Rok kategorycznych, sensu stricto politycznych decyzji zamknęła najgłośniejsza, najbardziej spektakularna i w skutkach niewątpliwie najdonioślejsza wypowiedź Thomasa Manna, mianowicie jego list otwarty, skierowany do dziekana Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu w Bonn. List ten stanowił odpowiedź na oficjalną wieść o odebraniu prozaikowi doktoratu honorowego, nadanego w 1919 roku. Widowiskowa Wymiana listów z Bonn ukazała się rychło w licznych przekładach.

Emigranci – z przymusu czy z wyboru – znaleźli się w sytuacji swoiście powielającej ofertę dyskursów estetycznych, światopoglądowych oraz partyjno-politycznych z ostatnich lat Republiki Weimarskiej. Przenikliwy Alfred Döblin dostrzegł to i utrwalił w programowym szkicu Die deutsche Literatur. Ein Dialog zwischen Politik und Kunst (Literatura niemiecka. Dialog między polityką a sztuką, 1933), w którym dokonał – oceniając z dzisiejszej perspektywy – politycznie uproszczonego podziału tytułowego piśmiennictwa. Pewne wyobrażenie o powiązaniach, napięciach i kontrowersjach w środowiskach emigracyjnych dają zabiegi wokół prób powoływania do życia periodyków i oficyn emigracyjnych. Dla przykładu: jeszcze w październiku 1933 Mann domagał się, pod naciskiem wydawcy Samuela Fischera, skreślenia swego nazwiska z listy współpracowników emigracyjnego miesięcznika „Die Sammlung”. Fischer obawiał się bowiem, iż współpraca z pismem redagowanym przez Klausa Manna mogłaby uniemożliwić sprzedaż Historii Jakubowych w Rzeszy.

W kwietniu 1937 Mann wyruszył w trzecią wielką podróż do wielu amerykańskich miast uniwersyteckich, w kilka zaś miesięcy później (luty–lipiec 1938) udał się na czwartą i najdłuższą wyprawę po Stanach. Wygłosił mowy (m.in. polityczne) w piętnastu miastach. Pracował też wtedy nad programowymi tekstami, m.in. Vom zukünftigen Sieg der Demokratie (O przyszłym zwycięstwie demokracji). Otwarcie Czytelni Thomasa Manna na Uniwersytecie Yale daje wyobrażenie o wzroście uznania dla pisarza w amerykańskim świecie akademickim.

Nic dziwnego, iż prozaik rozważał całkowitą emigrację na kontynent północnoamerykański. Atak Rzeszy na Austrię w marcu 1938 sprawił jednak, że zakończył się okres rozmyślań i wahań. 5 maja 1938 Mann ogłosił publicznie, iż osiedla się w Stanach na stałe. Kolejne wydarzenia, mianowicie oferta profesury w Princeton, a wkrótce potem nadanie mu w nowojorskim Columbia University tytułu doktora honoris causa utwierdziły prozaika w przekonaniu, iż podjął on właściwą decyzję. 17 września 1938 opuścił kontynent europejski, ale – jak miało się okazać za lat kilka – nie na zawsze, jeno na półtorej dekady.

Z końcem 1938 roku opublikował zbiór Achtung, Europa! (Uwaga, Europo!). Przestroga zawarta w tytule dotyczyła zagrożeń nie tyle ściśle politycznych, ile głębszych, cywilizacyjnych. W tekście tym autor pisał, jak rzadko kiedy, o nowoczesnym manipulowaniu tłumem. Z kolei wydany w marcu 1939 w emigracyjnym periodyku „Das Neue Tagebuch” tekst Brat Hitler pociągnął za sobą sporą lawinę dociekań, jak rozumieć Manna, oraz – co ważniejsze – jak pojmować skomplikowane wątki popularności Hitlera. Lektura ponadtysiącstronicowej monografii Güntera Scholdta[13] o wizerunku przywódcy Trzeciej Rzeszy odmalowanym przez niemieckich literatów każe zastanowić się nad tym, co jest ważniejsze: czy samo potępianie „Führera” przez jego przeciwników politycznych, czy też wnikanie w wysiłki zmierzające do zgłębienia motywów jego postępowania. Mnożyły się w tamtym okresie wystąpienia i eseje dotyczące bardziej lub mniej aktualnych wydarzeń i ich mniej jawnego tła. Wyszedł też esej Manna Schopenhauer (1938), a na kongresie pisarzy świata w Nowym Jorku (maj 1939) prozaik wygłosił kolejne przemówienie.

W roku 1939 także dwa następne uniwersytety – Princeton i Iowa – obdarzyły autora Czarodziejskiej góry godnością doktora honorowego. Te oraz dalsze wyróżnienia ze strony instytucji amerykańskich ułatwiły Mannowi mentalne zadomowienie się na kontynencie. Od czerwca do września 1939, a zatem już jako amerykański emigrant, odbywał prozaik swoje pierwsze wielkie tournée po Europie. Przeprowadzał odczyty we Francji, w Holandii, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii, a na kongresie Pen Clubu w Sztokholmie zamierzał wygłosić programowy tekst Das Problem des Friedens (Problem pokoju). Kongres nie doszedł jednak do skutku – wybuchła wojna. Powrót samolotem 9 września zamknął europejskie bytowanie emigracyjne pisarza. Tekstem Dieser Krieg (Co za wojna) z grudnia 1939 prozaik opowiedział się po stronie Brytyjczyków, zagrożonych atakiem.

W latach wojny Mann odbył kolejne liczne tournée po Stanach, angażował się na rzecz emigrantów, udzielał poręczeń, ułatwiał uzyskiwanie wiz. Swą aktywność określał mianem „humanizmu w praktyce [praktizierte Humanität]”. Na taką postawę wpływ miały niewątpliwie również obawy o los najbliższych: o brata Heinricha i jego żonę oraz o własnego syna, Golo. Brytyjskim liniowcem płynęła do Stanów córka Manna, Monika, z mężem. Storpedowany statek zatonął, ale jej udało się uratować życie. Przybywali kolejni wygnańcy, m.in. Döblin i Franz Werfel. Sytuacja ekonomiczna większości emigrantów była nie do pozazdroszczenia. Mann dwoił się i troił, by ulżyć doli swoich rodaków.

Od października 1940 za pośrednictwem BBC nadawał comiesięczne mowy do „niemieckich słuchaczy” (Deutsche Hörer!), łącznie 55 audycji. W roku 1941 „zamerykanizował się” jeszcze bardziej: po styczniowym ugoszczeniu go wraz z żoną Katią w Białym Domu przez Roosevelta oświadczył w wystąpieniu radiowym: „Jestem Amerykaninem”. W kwietniu 1941 na stałe osiadł w Pacific Palisades. Ten rok zamknął długie tournée po południowych, wschodnich i środkowo-zachodnich stanach. Wystąpienia z tamtego okresu dotyczą głównie dwóch kwestii: wojny i przyszłości (The War and the Future – jak brzmi tytuł jednego z ówczesnych tekstów publicystycznych).

Intensywna praca nad Doktorem Faustusem nie przeszkodziła Mannowi w angażowaniu się w bieżącą politykę USA; jego urzeczenie Ameryką było głębokie i autentyczne. Stanom przecież, New Dealowi jako formule rozumnego demokratycznego rządzenia, poświęcił Józefa Żywiciela, ostatnią część tetralogii biblijnej. 23 czerwca 1944 Mannowi oraz jego żonie Katii zostało nadane obywatelstwo amerykańskie. W październiku 1944 prozaik wygłosił mowy wyborcze na rzecz prezydenta USA. Nie sposób jednak nie zauważyć, że po śmierci Roosevelta zainteresowanie Manna problematyką wewnętrzną Stanów gasło.

Choć pisarz nigdy już nie miał osiąść na stałe w swojej ojczyźnie, to jednak dość rychło powrócił do niej swoimi tekstami publicystycznymi. Już 30 kwietnia 1945 w periodyku „Tagebuch” ukazał się przedruk głośnej Wymiany listów z Bonn, w maju zaś, pod różnymi zresztą tytułami, w kilku licencjonowanych gazetach amerykańskich w zachodnich strefach okupacyjnych – tekst Die deutschen KZ (Niemieckie obozy koncentracyjne). Von Molo, „emigrant wewnętrzny”, zareagował nań, prosząc Manna o powrót do ojczyzny. Autor Czarodziejskiej góry odpowiedział listem otwartym Dlaczego nie wracam do Niemiec?, opublikowanym w całości na łamach nowojorskiego nieregularnika „Aufbau” we wrześniu 1945 oraz w szwajcarskim periodyku „Neue Schweizer Rundschau” w październiku tegoż roku. W postaci wyimka natomiast list ukazał się w wielu gazetach i czasopismach niemieckich.

Mann mylił się, stwierdzając w owym liście otwartym:

Może to jest przesąd, ale w moim pojęciu te książki, które w latach 1933–1945 mogły się w ogóle ukazać drukiem w Niemczech, są bardziej niż bezwartościowe i nie zasługują, by je wziąć do ręki. Przylgnęła do nich woń krwi i hańby; powinno się je wszystkie oddać na przemiał[14].

Prozaik nie tylko wolał nie pamiętać o ważkich tekstach niemieckiej emigracji wewnętrznej; podświadomie wyparł i to, że sam opublikował w Rzeszy powieści Historie Jakubowe orazMłody Józef, jak również zbiór esejów Größe und Leiden der Meister (Mistrzów wielkość i cierpienie). Choć ostrożność co do wytyczania obszaru „emigracji wewnętrznej” wedle życzeniowych wyobrażeń samych zainteresowanych jest uzasadniona, to jednak nie sposób nie zauważyć, iż twórczość wielu prozaików stanowi wyrazisty argument na poparcie tezy o funkcjonowaniu – w tamtym czasie – piśmiennictwa kreowanego w poetyce ezopowej, a więc w „języku niewolników”[15]. Mann z kolei mógł się czuć urażony wystąpieniem „emigranta wewnętrznego” Franka Thiessa, który w liście otwartym pt. Emigracja wewnętrzna wynosił doznane w Trzeciej Rzeszy dokuczliwości własne oraz innych „emigrantów wewnętrznych” ponad cierpienia emigrantów właściwych. Polemika nabrała rozmachu; nie przebierano w słowach, nie szczędzono złośliwości. Zasłynął z nich zwłaszcza Erich Kästner, którego Mann niedługo później, bo na kongresie Pen Clubu w czerwcu 1947, poświęconym m.in. utworzeniu, a właściwie odtworzeniu niemieckiej filii tej instytucji, miał zaproponować jako wiceprzewodniczącego stowarzyszenia.

W roku 1947 pisarz zgodził się na pierwszą powojenną, kilkumiesięczną (kwiecień–wrzesień) podróż po Europie. Odwiedził Wielką Brytanię, Szwajcarię i Holandię, by m.in. przedstawić swój esej Filozofia Nietzschego w świetle naszych doświadczeń, nad którym pracował od stycznia 1946. W Botschaft an das deutsche Volk (Orędziu do narodu niemieckiego, 24 maja) podał przyczyny, dla których nie przyjeżdża do swej ojczyzny. Na orędzie zareagował „emigrant wewnętrzny” Manfred Hausmann, sugerując, iż to właśnie Mann w latach 1933–1934 paktował z Wilhelmem Frickiem, ministrem spraw wewnętrznych Rzeszy, na temat powrotu do kraju. Tymczasem inkryminowany list dotyczył zwrotu mienia, które zostało zagrabione pisarzowi.

Druga wielka podróż Manna do Europy przypadła w dwusetną rocznicę urodzin Goethego. Po Anglii, Szwecji, Danii i Szwajcarii autor Czarodziejskiej góry zawitał, po wahaniach i zwlekaniu, do podzielonych Niemiec. Uczestnictwo prozaika w oficjalnych obchodach oraz niektóre enuncjacje nie sprzyjały poprawie jego politycznego wizerunku, również w Stanach. Zimna wojna właśnie nabierała rozmachu, i to z zadziwiającymi niekiedy następstwami. 25 lipca Mann wygłosił we Frankfurcie nad Menem Ansprache im Goethejahr (Przemówienie w roku Goethego) oraz odebrał Nagrodę Goethego, w Monachium natomiast, dwa dni później, opowiedział o Goethe und die Demokratie (Goethem i demokracji). Z wizyty w radzieckiej strefie okupacyjnej tłumaczył się potrzebą reprezentowania interesów wszystkich Niemców: „Strefy okupacyjne są mi obce. Moje odwiedziny dotyczą samych Niemiec, Niemiec jako całości, a nie którejś ze stref okupacyjnych”[16]. Zawitał więc do Weimaru, ale nie do Buchenwaldu. Obywatelstwo honorowe miasta Weimar oraz (druga z kolei) Nagroda Goethego to wyróżnienia pisarza w radzieckiej strefie okupacyjnej. Obecna na tamtejszych uroczystościach Maria Dąbrowska długo rozpamiętywała spotkanie z Mannem.

W Stanach zaś wokół prozaika robiło się wówczas coraz bardziej pusto. Wiosną 1950 Library of Congress wymówiła mu współpracę. Nie miało już być dane Mannowi wygłoszenie bilansu własnego życia Moje czasy w murach znakomitej książnicy. Publicystycznie incydentalne i niekiedy niefortunne wypowiedzi na temat aktualnych wydarzeń politycznych, nierzadko wyrwane z kontekstu i zręcznie instrumentalizowane przez graczy politycznych, sympatyków mu nie przysparzały. Pisarz „patosu środka”, uznawany od czasów opublikowania Rozważań człowieka apolitycznego (1918) za rzecznika chwiejnej równowagi, nie potrafił się odnaleźć w świecie podzielonym żelazną kurtyną. List do Waltera Ulbrichta z czerwca 1951, w którym protestował przeciwko prześladowaniom politycznym w NRD, minimalnie poprawił amerykańskie notowania Manna. Po latach miało się okazać, że FBI starannie gromadziło materiały dotyczące prozaika, i to nie tylko te dotyczące jego działalności po 1950 roku. Zbierane one były w latach 1937–1954, a zatem jeszcze zanim pisarz osiadł w Stanach. Dossier zawiera około tysiąca dokumentów; dotąd nie wszystkie zostały udostępnione[17].

Od lipca do września 1951 Mann znów przebywał w Europie – w Szwajcarii i Austrii. W czerwcu 1952 ponownie wyjechał na Stary Kontynent, nie przeczuwając, że już nie powróci do swojej małej (amerykańskiej) ojczyzny, Pacific Palisades. Na Boże Narodzenie wprowadził się z rodziną do domu w Erlenbach niedaleko Zurychu, następnie zaś nabył willę w Kilchberg.

W ostatnim roku życia Mann doznał wielu oficjalnych honorów. Umarł 12 sierpnia, niedługo po osiemdziesiątych urodzinach, świętowanych uroczyście 6 czerwca.

IV. NARODZINY POWIEŚCI. ZAMYSŁY, PODSZEPTY, ŹRÓDŁA

Miano politycznego bestsellera w tużpowojennych okupowanych Niemczech przysługuje wyłącznie Doktorowi Faustusowi, powieści, której przytrafiła się zadziwiająca, niemal powszechna zgoda co do wykładni, zgoda podejrzanie długo trwająca, i to zarówno w świecie krytyki literackiej, jak i w dyskursach akademickich. Nie brakowało, to prawda, w obszarze wymierzania dziełu sprawiedliwości egzegetycznej również zróżnicowań oraz udoskonaleń w sferze niuansów interpretacyjnych i finezji filologicznych. W jednym wszakże i krytycy profesjonalni, i przygodni recenzenci – nierzadko wybitni intelektualiści i znawcy literatury – mieli zadziwiająco podobne zdanie: powieść należy rozumieć jako alegorię polityczną, historiozoficzną i moralną, jako eksplikację niemieckiej historii. Dlaczego? Ano dzięki korespondencji losów tytułowej postaci z ową historią.

Po upadku Trzeciej Rzeszy, po pierwszych obrachunkach politycznych i prawnych z jej grupami przedstawicielskimi, wykładnia sensu dziejów niemieckich znalazła się na rozdrożu. Oczekiwano odpowiedzi na pytania o psychospołeczne korzenie narodowego socjalizmu, o „niemiecki” charakter samego ruchu, o jego związki z ojczystą historią, o myślowe zakotwiczenie nazizmu w niemieckim dziedzictwie duchowym, o szczególną rolę kultury w tym obszarze. Chodziło o narodowe samookreślenie – nie tyle poprzez literaturę, ile dzięki odwoływaniu się do postaci referencyjnych, do autorytetów. Wszak zasadne były pytania o odpowiedzialność i o winę, zarówno narodu jako całości, jak i indywidualne. Wystąpienia radiowe Karla Jaspersa poświęcone kwestii winy oraz rozległe spory wokół pytań tego filozofa wytyczają jeden z kluczowych traktów tużpowojennych debat tożsamościowych. Zredagowany w serii „Poznańska Biblioteka Niemiecka” tom „Sonderweg”. Spory o niemiecką „drogę odrębną” wyraziście dokumentuje wspomniane oczekiwanie na wykładnię kojącą „sumienie narodu”. Pokaźną cząstkę owej próżni egzegetycznej wypełniał niewątpliwie utwór Manna.

Zajęciem zaiste fascynującym jest podglądanie horyzontu oczekiwań czytelników niemieckich wobec – jak powtarzał wielokrotnie sam autor – „monstrum powieściowego”[18], czytelników wypatrujących ładu w wyjaśnianiu dziejowego chaosu. Wczesną, nieakademicką recepcję dzieła należałoby zatem zdefiniować jako specyficznie zorientowaną na „niemiecką katastrofę” w rozumieniu Friedricha Meineckego. Jedno wszak nie podlega dyskusji: przekonanie o parabolicznym charakterze Doktora Faustusa jest wszechobecne w prawie wszystkich omówieniach powieści czy też wzmiankach o niej.

A jak się ma to swoiście „grupowe” zauroczenie do intencji samego Manna? Podejmując 15 marca 1943 swój pomysł sprzed lat czterdziestu, dotyczący stworzenia powieści o Doktorze Fauście, pisarz nie myślał jeszcze o tekście historiozoficznym, zbudowanym podług modułów paraboli. Pierwsze plany związane z postacią Fausta, wywołane z pamięci lekturą notatek z 1904 roku, były li tylko wskazaniem, niejasnym refleksem. Wówczas bowiem, w swym już siódmym notatniku roboczym, Mann nakreślił – z myślą o kreatywnym rozważeniu na przyszłość – następującą istotną kwestię:

Dotknięty syfilisem artysta zbliża się, tęsknotą wiedziony, do nieskalanej młodej dziewczyny, realizuje zaręczyny z niczego nieświadomą i strzela do siebie przed samym weselem[19].

Kolejna notatka natomiast dotyczy samej koncepcji przyszłej opowieści:

Postać syfilitycznego artysty: doktor Faust diabłu zapisany. Trucizna działa jako odurzenie, stymulant, inspiracja; dane mu jest tworzyć w ekstatycznym entuzjazmie genialne, zadziwiające dzieła, diabeł prowadzi jego rękę. Na koniec jednak diabeł bierze go w posiadanie: paraliż. Kwestia z nieskalaną młodą dziewczyną, z którą obcuje aż do samego wesela, jest wcześniejsza[20].

Mann przywiązywał do kontekstu narodzin samego pomysłu wagę niezwyczajną, co obszernie dokumentują liczne cytaty z zapisków zawartych w rozdziale trzecim „powieści o powieści” – Jak powstał „Doktor Faustus”[21].

Zarazem, co nie mniej istotne, pragnąc utwierdzić czytelników w przekonaniu, że od samego początku, właśnie od narodzin pomysłu, miał świadomość, na co się porywa, Mann komentuje:

Tym razem po raz pierwszy, przy tym starczym moim dziele, było inaczej[22]. W tym jednym jedynym wypadku wiedziałem, czego chcę i jakie podejmuję zadanie: ni mniej, ni więcej, tylko powieść o mojej epoce, przybraną w dzieje skomplikowanego i grzesznego żywota artysty[23].

Mann wczytuje się również w piśmiennictwo na temat późnego średniowiecza oraz reformacji, zwłaszcza zaś w anonimową Historię o Doktorze Faustusie (1587).

Współczesny stan badań na temat tego tekstu, jego recepcji, a zwłaszcza twórczych przekształceń pierwowzoru i egzegez losów Fausta, to zadziwiająco bogaty rozdział w dziejach kultury europejskiej. Wojciech Kunicki poświęcił owej opowieści i jej recepcji obszerne Wprowadzenie do polskiej edycji[24]. Mann był świadom zaistnienia oraz siły ciążenia mitu Fausta w rozwoju „ducha niemieckiego”, był świadom (niekiedy milczącej) roli wielkich odnowicieli i egzegetów tego mitu, zwłaszcza Lessinga i Goethego. Kunicki zasadnie podkreśla ewolucję mnogich odczytań opowieści o Fauście:

Najbardziej fascynującym elementem Historii jest oczywiście główny bohater. Fascynacja ta, warunkująca późniejszą produktywność motywu, nie mogła wynikać z moralizatorskiej tendencji tekstu, ale z sympatii, jaką wzbudzać musiał człowiek, który przede wszystkim dla wiedzy zaprzedał ciało swe i duszę diabłu[25].

Ta syntetyczna ocena oglądu kilku wieków rozmaitego prezentowania mitu faustycznego zasługuje na uzupełnienia, choćby co do wielości wariantów i obszaru jego zaistnienia.

Na pytanie, czy w świetle współczesnych badań wolno mówić o zmierzchu owego mitu, o porzucaniu tego konceptu jako narzędzia (historiozoficznej) wykładni biegu dziejów, odpowiedź winna być dwoista. Zapewne tak jest w kwestii obfitości samych utworów literackich, w mniejszym natomiast stopniu jeśli chodzi o obecność mitu w refleksji kulturoznawczej i nie tylko.

W modnej w ostatnim ćwierćwieczu, a niekiedy nawet ideologicznie nadwerężanej narracji paradygmatycznej, opierającej się na kategorii „miejsc pamięci”, pojawiły się, co znamienne, dwa syntetyczne studia na temat mitu Fausta jako „niemieckiego miejsca pamięci”. Mowa o tekstach encyklopedycznych: Der „deutsche Faust” – für immer gestorben? („Niemiecki Faust” – czy umarł na zawsze?) Charlotte von Wrede oraz Faust Gerta Mattenklotta. W obu tych miniaturach sprawozdawczość uzupełniona została próbą rekonstrukcji ewoluującej roli samego mitu Fausta.

Przygotowana przez Hansa Henninga – jak dotąd najobszerniejsza, bo pięciotomowa – bibliografia publikacji na temat Fausta odnotowuje blisko szesnaście tysięcy tytułów: opracowań, sztuk teatralnych, rysunków i obrazów, kompozycji, konferencji[26]. Nie to jest jednak w tym przypadku relewantne. Śledząc piśmiennictwo faustowskie, jakie powstawało w ciągu stuleci, von Wrede dochodzi bowiem do wniosku, iż dopiero wiek XIX „znacjonalizował” mit Fausta; wpisał go w mechanizm przyswojonego przez nauki historyczne paradygmatu nation building. Postać Fausta, znana dzięki edycji Historii z 1587 roku oraz kolejnych (modyfikowanych) wydań, opracowań i odczytań, w epoce tworzenia (się) nowoczesnych narodów, w „długim wieku XIX”, nabrała nowych barw: narodotwórczych, nacjonalistycznych. Według von Wrede „pod koniec XIX wieku jedynie Niemcy pretendowali do uznawania Fausta za symbol wyłącznie niemieckiego charakteru”[27]. Polityczny po części – bo czymże jak nie polityką jest pomysł na naprawę świata – charakter postawy protagonisty w drugiej części Fausta Goethego miał niewątpliwy wpływ na „upolitycznienie” samego wątku tego bohatera od czasów kongresu wiedeńskiego, jak również na dalsze losy postaci w semiosferze niemieckiej. Wtedy to słowotwórcze zawirowania wokół miana Faust/Faustus nabrały istnego rozmachu. Wyrażenia takie jak „faustyczny” (faustisch), „charakter faustyczny” (faustische Natur), „faustyczny Niemiec” (faustischer Deutscher), „faustyczne dążenie” (faustisches Streben) i szereg pokrewnych wypełniły niemiecką przestrzeń publiczną schyłku XIX oraz pierwsze dekady XX wieku.

Mattenklott w sposób zbliżony sytuuje mit Fausta w haśle popularnego leksykonu Deutsche Erinnerungsorte (Niemieckie miejsca pamięci):

Najpóźniej od czasów Goethego odgrywa Faust rolę centralnego gwiazdozbioru mitologii niemieckiej, a poprzez ideologię „faustyczności” wyciska swoje piętno komunału niemieckich dziejów ideologii, od Spenglera, poprzez ideologów niemieckiego nacjonalizmu i faszyzmu, aż po ich krytyków marksistowskich[28].

Już na samym początku przygotowań do kolejnej powieści studiował Mann edycje Historii o Doktorze Faustusie, m.in. drugą z nich, krytyczną (pod redakcją Roberta Petscha), oraz wydanie przygotowane przez Johanna Scheiblego pt. Die Sage vom Faust bis zum Erscheinen des ersten Volksbuches, mit Literatur und Vergleichung aller folgenden [...] (Saga o Fauście aż do ukazania się pierwszej książki popularnej, wraz z literaturą oraz porównaniem wszelkich kolejnych [...], 1847). Znał również inne ważniejsze utwory związane z tą legendą.

Dzieje nie tyle nawet samej recepcji Historii, ile kreatywnego przekształcania motywu oraz losów Fausta w potężną tradycję literacką pozwalają na stwierdzenie, iż Mann na kilku płaszczyznach podjął wątek kluczowy dla niemieckich narodowych debat tożsamościowych. Częste przywoływanie reformacji jako specyficznie niemieckiej rewolucji – „rewolucji ducha”, a więc w swej istocie ważniejszej, bo głębszej, bardziej fundamentalnej – jeszcze mocniej osadza powieść in statu nascendi w głównym nurcie debat narodowych.

W miarę wczytywania się Manna w Historię, jak również we wciąż rozleglejsze piśmiennictwo dookolne, koncept samego „paktu diabelskiego” wraz z jego następstwami zaczyna wyraziście ewoluować. Autor podejmuje decyzję o wkomponowaniu problematyki narodowej, bardziej ogólnych rozważań historiozoficznych oraz – w jego mniemaniu – tragedii muzyki nowoczesnej w jądro, w sedno samego statusu „paktu z diabłem”.

Dokumentują to nawet przeformułowania tytułu i podtytułu powieści. Pierwsza ich wersja brzmiała: Doktor Faust. Das seltsame Leben Adrian Leverkühns erzählt von einem Freunde (Doktor Faust. Osobliwy żywot Adriana Leverkühna, opowiedziany przez przyjaciela). Rok później Mann postanowił zmienić podtytuł przez uzupełnienie go o człon o wymownym brzmieniu alegorycznym: Żywot niemieckiego kompozytora Adriana Leverkühna, opowiedziany przez przyjaciela. Wpisanie dopowiadającego określenia nie mogło nie mieć wpływu na wykładnię powieści.

Zastanawiać musi decyzja wydawnictwa, a być może autorów przekładu, o rezygnacji z podtytułu w przypadku pierwszej polskiej edycji dzieła. Dopiero w drugiej, z 1962 roku, tytuł zostaje uzupełniony o następujący podtytuł: Żywot niemieckiego kompozytora Adriana Leverkühna, opowiedziany przez jego przyjaciela. Umieszczając w podtytule zaimkowe wskazanie-wyróżnienie „jego”, tłumacze wyróżnili pozycję narratora, Serenusa Zeitbloma. Domniemywać wolno, że Maria Kurecka i Witold Wirpsza zamierzali w ten sposób uprzywilejować relację Leverkühn–Zeitblom. W najnowszej, znakomitej edycji włoskiej, o której będzie jeszcze mowa, próżno szukać zbliżonego zabiegu[29]; ani twórca przekładu, ani wydawca nie podjęli kroku tak wyraziście odbiegającego od oryginału.

Pod koniec 1944 roku oraz przez rok kolejny Mann dzielił się – przede wszystkim z przyjaciółmi, a także z szerokim kręgiem znajomych – bardziej lub mniej szczegółowymi uwagami o postępach prac nad swą wielką (przy)powieścią. A przy tym również wątpliwościami: czy sam pomysł jest aby trafny, czy koncept udźwignie wkomponowywane w procesie twórczym elementy wykładni o charakterze historiozoficznym. Nierzadko autor prosił o materiały, o radę i wsparcie.

Wątek „dobrych i złych Niemiec” po raz pierwszy dobitnie pojawia się w głośnym eseju Brat Hitler. Mann wyraził tam nienawiść wobec Niemiec nazistowskich, a zarazem się z nimi utożsamił. Z wybuchem wojny głos prozaika zaczął docierać do tych odbiorców z Trzeciej Rzeszy, którzy nie obawiali się słuchać jego przemówień radiowych, nadawanych przez radio BBC. Również samolotyRAF-u zrzucały wówczas nad Niemcami ulotki z wyimkami z wystąpień pisarza oraz z cytatami z powieści Lotta w Weimarze. Spośród literatów przebywających na emigracji wyłącznie jemu dane było oddziaływać na własnych rodaków tak szeroko; z jego nazwiskiem kojarzyć się miała Niemcom wielka niemiecka literatura humanistyczna. Kluczowym tekstem tego okresu było niewątpliwie wspomniane już przemówienie Niemcy i naród niemiecki, wygłoszone 29 maja 1945 w Library of Congress. Manna historiozoficzna wykładnia losów narodu niemieckiego docierała tym samym – choć z pewnością wybiórczo – do psychicznie i moralnie obolałych rodaków prozaika, zarówno wywołując oburzenie, jak i spotykając się z akceptacją.

Ale nie tylko tezy tego wystąpienia znalazły się w centrum uwagi odbiorców znad Renu. Mann wskazał przecież także na specyficznie niemieckie wykluczanie się muzyki i refleksji, ducha protestantyzmu i postawy rewolucyjnej; przede wszystkim zaś sformułował tezę o narodowej reprezentatywności postaci Fausta i szatana:

A szatan, szatan Lutra, szatan Fausta, jawi mi się jako postać bardzo niemiecka, pakt z nim, zaprzedanie duszy diabłu, aby za cenę zbawienia wiecznego pozyskać na pewien czas wszelkie skarby i władzę nad światem, jako coś w osobliwy sposób bliskiego istocie niemieckiej. Samotny myśliciel i badacz, teolog i psycholog w swej pustelni, który w pożądaniu rozkoszy światowych i władzy nad światem zapisuje własną duszę diabłu – czyż nie nastał teraz właściwy moment, aby w tym obrazie ujrzeć Niemcy, dziś, gdy Niemcy dosłownie diabli wzięli. Wielkim błędem sagi i dramatu jest to, że nie wiążą [one] Fausta z muzyką. Musiał [on] być muzykalny, musiał być muzykiem. Muzyka jest obszarem demonicznym[30].

Mimochodem (?) rzucone słowa, niewątpliwie kluczowe w tym przemówieniu, stały się przewodnikiem dla większości interpretatorów powieści. Myśli te, acz formułowane w różnych kontekstach, stanowiły od momentu jej wydania wyrazistą sugestię jej wykładni. Co więcej, gdy tylko – a miało to miejsce na rok przed ukazaniem się książki – na łamy gazet przedostała się wieść, że pisarz pracuje nad dziełem wywodzącym współczesność Niemiec z narodowej przeszłości, a do tego zatytułowanym symbolicznie, interpretacyjna legenda stała się przedustawną perspektywą, zanim jeszcze powieść dotarła do czytelników.

Doktor Faustus wyszedł 17 października 1947 jako jeden z tomów sztokholmskiego wydania zbiorowego. Wcześniej, bo 10 czerwca oraz 5 sierpnia, Mann czytał na spotkaniach autorskich fragmenty tekstu – w Zurychu, w Amriswil. Publikacja w czerwcowym numerze periodyku „Die Neue Rundschau” z 1946 roku dwu obszernych fragmentów wzbudziła szersze zainteresowanie: trwało oczekiwanie na powieść, na sumę dziejów Niemiec, na dzieło szczególne, bo odsłaniające zręby „diabelskiego paktu”: Niemiec i Niemców ze złem.

We wstępie do Dzienników (1946–1948) Manna badaczka Inge Jens tak zasadnie sproblematyzowała ową sytuację oczekiwania: „Nigdy przedtem ani nigdy później nie uzależniał Thomas Mann walorów [swego] utworu od jego recepcji tak bardzo, jak miało to miejsce w przypadku Doktora Faustusa”[31]. Pytanie o expressis verbis wypowiedziane zdanie w kwestii samooceny na pierwszy rzut oka wydaje się zbędne; wyłożył je przecież autor w obszernym komentarzu do swojej powieści, spisanym jako relacja z procesu pisania. Nic bardziej mylnego! Choć sprawozdanie Jak powstał „Doktor Faustus” nie jest – jak przekornie głosi podtytuł – „powieścią o powieści”, to jednak niemało w nim elementów z pogranicza zmyślenia i prawdy. Relacja ta – obok wspomnianych tekstów pobocznych – utwierdzała czytelników i badaczy w przekonaniu, że popularna wykładnia Doktora Faustusa okazuje się jak najbardziej słuszna. Opiera się bowiem na opowieści dziennikowej, na dzienniku, który Mann prowadził w okresie, kiedy dzieło powstawało. Prozaik zaglądał jednak do notatnika i wykorzystywał go dość wybiórczo. Omawianą relację sporządził rok po zakończeniu pracy nad książką, a zatem odnosimy się tu do zapisu ex post, a nie paralelnego wobec procesu twórczego; zapis ten stanowi więc szczególny rodzaj wykładni dzieła – wykładnię zaproponowaną przez samego autora.

Pod koniec 1944 roku oraz przez prawie cały rok następny Mann informował swych korespondentów raz mniej, a raz bardziej wyraziście, że przygotowuje (przy)powieść o wymowie historyczno-politycznej. W liście do krytyka Enzo Paciego z 8 sierpnia 1950 stwierdzał: „Podczas tworzenia [Doktora Faustusa] doszło do poszerzenia głównej idei na obszary polityczne”[32]. Inne wskazówki z kolei dopuszczają domniemanie, iż alegoryzacja dzieła dokonała się dopiero po wypracowaniu kluczowej dla niego koncepcji.

Wolno wreszcie przyjąć, że również autokomentarze Manna przyczyniły się – w stopniu trudnym do przecenienia – do sukcesu oraz utrwalenia konceptu paralelizmu wykładni. Nadto „eseistyczne pokłosie” powieści, tj. esej Filozofia Nietzschego w świetle naszych doświadczeń, także dotyka wątków Doktora Faustusa i redukuje „problem niemiecki” do dość prostej narracji.

Mając na uwadze szczególność warsztatu Manna, mianowicie nader częste przywoływanie i powtarzanie własnych przemyśleń, nie sposób pominąć i tego wątku wykładni. W liście do Margot Klausner z 8 stycznia 1948 prozaik określał Leverkühna mianem „postaci-symbolu” i pisał: „Doszło, oczywiście, do zdecydowanego wypracowania relacji symbolicznych między jego osobistym losem a losem Niemiec”[33]. W liście do Siegfrieda Marcka z 28 stycznia 1944 zaś potwierdzał: „Mimo iż los to indywidualny, to gdzieś tam głęboko [w powieści] niezmiennie mowa jest o niemieckim losie”[34]. Trudno o bardziej jednoznaczne stanowisko egzegetyczne.

Niekiedy pisarza ogarniały wątpliwości, czy nie zaszedł aby za daleko z alegoryzacją. W liście do szwajcarskiego publicysty Kuno Fiedlera z 5 lutego 1948 bronił swego stanowiska:

Życie w grzechu oraz porwanie przez diabła zostało przyrównane do niemieckiego rauszu i załamania. I właśnie to Pana irytuje, i właśnie tym przysparzam sobie niemiłych gości. Wszystko układa się na modłę niebezpiecznego kreowania nowego niemieckiego mitu. Tego nie chciałem, choć z drugiej strony musiałem tego zapewne chcieć[35].

Również przed politologiem Iringiem Fetscherem (list z 15 lipca 1948) miał Mann potrzebę usprawiedliwienia się:

Łatwo o nieporozumienie, jeśli się tej książce wmawia zamiar zbudowania nowego niemieckiego mitu oraz połechtania Niemców wraz z ich „demonizmem” albo też w chwili ich upadku wymyśla się im od diabelskiego pomiotu[36].

Na pierwszy rzut oka narracja Doktora Faustusa wydaje się wyrazista, jednoznaczna i koherentna: jest prowadzona w pierwszej osobie. Wolno zatem na tej podstawie przyjąć, że obie przestrzenie powieściowe, tzn. płaszczyzna samej „praktyki narracyjnej” i sfera rzeczywistości opowiadanej, są tożsame co do statusu. Narrator, a zarazem jedna z postaci, należy do świata przedstawionego. Pociąga to za sobą określone roszczenia iluzji. „Zaufanie” czytelnika do narratora auktorialnego i do „medium” przynależnego do świata przedstawionego jest bowiem zróżnicowane. Message narratora w pierwszej osobie podlega – w ramach konwencji wchodzącej w rachubę – specyficznej „obróbce” relatywizowania: weryfikacji, względnie falsyfikacji. „Złamany” status tego medium narracyjnego pozwala na przekazywanie bardziej złożonych treści. Nie tylko, a niekiedy nawet nie tyle „co”, ile „jak” zostało opowiedziane to „co”, stanowi o nadrzędnym przesłaniu dzieła.

Swoista zabawa w ciuciubabkę „narratora” Zeitbloma z czytelnikiem, ukształtowanym według tradycji narracji monologowej, dostarcza wielu argumentów na rzecz dekonstrukcji idącej jeszcze o krok dalej. Narrator (a więc Mann?!) miesza bowiem – wcale przytomnie – konwencje narracyjne biografii i powieści. Z jednej strony przypomina nieustannie czytelnikowi, iż ma on do czynienia z autentyczną rekapitulacją przebiegu życia jednostki, z drugiej natomiast bynajmniej nie kryje się z mniej lub bardziej mglistymi sugestiami co do fikcjonalnego charakteru tej rekapitulacji. Sugeruje, że odbiorca styka się z „ową pierwszą i z pewnością bardzo pobieżną biografią”[37], jak również szczyci się złożeniem „biograficznego świadectwa”[38]. Ale zdradza też swoje całkiem fikcjonalne plany:

Oto mam tutaj zamiar wprowadzić do mojej opowieści pewną postać [Figur], na sposób, w jaki powieściopisarzowi nigdy nie wolno by było jej swoim czytelnikom przedstawić, ponieważ n i e w i d z i a l n o ś ć  jest czymś oczywiście sprzecznym z prawem sztuki, a więc i powieściową narracją[39].

Skory do polemik filozof strukturalista Manfred Frank przywołał swego czasu inflacyjnie cytowane zdanie Manna o Doktorze Faustusie jako powieści epoki oraz „ich [Zeitbloma i Leverkühna] tajemnicy”, by następnie wyciągnąć wniosek mający doniosłe konsekwencje interpretacyjne:

Możliwe jest wyzwolenie tej formuły z oparów tajemnej estetyki tekstu wyłącznie wtedy, gdy się obnaży – tak jak to uczynił wzorcowo Orłowski – obok sytuacji narracji i postawy narracyjnej, cały system wprowadzonych poza tematem założeń, projekcji tradycji, mistyfikacji oraz ideologicznych przeformowań, dzięki którym Zeitblom p r z y s p o s a b i a  i  m o d e l u j e  b i o g r a f i ę  swegoalter ego[40].

Do zasygnalizowanej tu kwestii nawiążę w kolejnych rozdziałach Wstępu.

W naszkicowanej sytuacji nieodzowne staje się spojrzenie na rolę, jaką Mann – nieświadomie czy na wpół świadomie – odegrał w procesie recepcji Doktora Faustusa. Do funkcji reprezentanta dwudziestowiecznej kultury mieszczańskiej przymierzał się od dawna. Nie mógł zatem obojętnie patrzeć na dolę własnego narodu, zwłaszcza po kapitulacji Trzeciej Rzeszy. Jeżeli pragnął uchodzić za Niemca, być „jednym z nich” – mimo amerykańskiego obywatelstwa, którego przyjęcia znaczna część rodaków nigdy prozaikowi nie wybaczyła – musiał wyraziściej kreować się na niemieckiego pisarza. Jako jeden z niewielu twórców należących do tej nacji wywodził swój dorobek z narodowego dziedzictwa, z autentycznych oraz zmistyfikowanych kompleksów narodowych. Ale tego było zbyt mało, by uchodzić – zwłaszcza po wyemigrowaniu, po opuszczeniu własnego narodu – za prozaika najbardziej niemieckiego. Podobnie jak przed laty nie mógł się Mann zdecydować na porzucenie kraju, tak po wojnie czynił niemało, by zaistnieć jako ten, który cierpiał z narodem.

Szczególną pozycję uzmysłowiła Mannowi „wielka kontrowersja”, czyli głośny nie tylko w niemieckich strefach okupacyjnych spór pomiędzy literatami z kręgów tzw. emigracji wewnętrznej a Mannem, wywołany cytowanym już listem otwartym von Molo. Mann był zaskoczony atakiem ze strony środowisk emigracji wewnętrznej (w części zresztą zasadnym). Uważał się za usprawiedliwionego; wszak miał przekonanie, iż słuszność jest po jego stronie. To nie on opuścił rodaków duchowo, moralnie w latach niedoli. W tym upatrywałbym jedną z przyczyn, dla których Mann nie tylko nie zareagował negująco na alegoryczne odczytanie dzieła, ale sam przyczynił się do takiego odczytania swej – jak to wielokrotnie określał – „księgi boleści [Schmerzensbuch]”.

Odbiór Doktora Faustusa stymulowany był swoistym zapotrzebowaniem grupowym, w którego cieniu kryły się mechanizmy obronne, swoiście – poprzez formuły historiozoficzne – nobilitujące trywialność i nijakość nazizmu jako praktyki społecznej. W relacji Jak powstał „Doktor Faustus” Mann wspomina rozmowę z wybitnym amerykańskim publicystą i socjologiem Walterem Lippmannem:

bardzo [mu] odpowiadało odrzucenie przeze mnie legendy o „złych” i „dobrych” Niemcach, jak i moje oświadczenie, że zło jest jednocześnie dobrem, natomiast dobro zeszło na błędne drogi i zdąża do zguby[41].

Do takiego rozumienia powieści Mann przywiązał się zadziwiająco na trwałe.

Rekonstruując refleksję autora na temat Doktora Faustusa, należy uwzględnić kolejny wątek, mianowicie relację: muzyka – ideologia – kultura – myśl narodowa. Mann podkreślał – jego zdaniem specyficznie niemieckie – wykluczanie się muzyki i refleksji, ducha protestantyzmu i postawy rewolucyjnej. (Kwestii tej poświęcony jest rozdział IX niniejszegoWstępu). Formułował hipotezę o narodowej reprezentatywności Fausta (i jego diabła). Szczególnie wyraziście czynił to w eseju Niemcy i naród niemiecki. Tropy tego eseju, otrzymując różne formy, stały się dla większości interpretatorów Doktora Faustusa poręcznym kluczem i nieledwie egzegetycznie obligatoryjnym drogowskazem.

Czy w istniejących do dziś i dostępnych wypowiedziach odautorskich nie zachowało się choćby jedno źdźbło, choćby jedno źródło, na którego podstawie dałoby się udokumentować tezę, iż to sam Mann autokrytycznie sproblematyzował predestynacyjną opcję Zeitbloma? Jest to pytanie kluczowe, odnoszące się do strategii interpretacyjnej wobec powieści, a więc do zasad zorientowania na (sam) tekst. Stąd też podzielam krytyczny sąd Franka o przesłaniu Doktora Faustusa:

Ten, kto nie pozwoli zamącić sobie w głowie iluzją powieściową, jest oczywiście świadom tego, że zarówno Leverkühn, jak i Zeitblom cieszą się bytowaniem [inaczej: istnieniem – H. O.] z gatunku être de papier; że status powieści równy jest alegorii oraz że Doktor Faustus stanowi k ł o p o t l i w ą  i  s k a z a n ą  n a  p o r a ż k ę  próbę Thomasa Manna, by określić  k a t a s t r o f i c z n ą  m e t a f i z y k ę  jako taką, w jakiej świetle drobnomieszczańsko-estetyzujące Niemcy dopasowują do siebie swoją katastrofę oraz czynią wysiłki, aby się jej przeciwstawić. Właściwym bohaterem powieści jest zatem  i d e o l o g i a  n i e m i e c k a  jako taka; krzywdą dla autora – ze względu na strukturę narracyjną powieści – stałoby się imputowanie mu postawy, zgodnie [...] z którą miałby on wykorzystywać zdemonizowany i faustycznie zabarwiony obraz Niemiec [...] jako pozytywne źródło wykładni historii. Wręcz przeciwnie: owa wykładnia [...] staje się tematem jego refleksji[42].

Podążając tym tropem, możemy się natknąć na określone pokrewne odczytania.

Potrzeba swoiście ponowoczesnej interpretacji – w opozycji do tej tradycyjnej – każe pójść w ślad za myślą Franka. Do kwestii tej odniosę się w dalszych rozważaniach. Spojrzenie pierwsze należy się recepcji, historii rekonstruowania przesłania powieści Manna. Dzieje te są bowiem niezwyczajne, jedyne w swoim rodzaju.

V. AKCJA I FABUŁA

Analityczne rozróżnienie między akcją a fabułą nierzadko ma nikłe znaczenie dla wykładni konkretnego dzieła, dla idei utworu. Nie brak jednak i takich tekstów prozatorskich, których akcja czy dzianie się dopiero po dokonaniu tego rozgraniczenia nabiera walorów referencyjnej nośności, a to dzięki przemianie – w strumieniu świadomości wykoncypowanego narratora – akcji w fabułę. Niekiedy nawet w rozumieniu swoistego „znaczenia naddanego”. W takich sytuacjach wspomniane tradycyjne, „seminaryjne” rozróżnienie ma znaczenie fundamentalne. To właśnie przypadek Doktora Faustusa.

W stosunkowo dużym uproszczeniu akcja powieści da się opowiedzieć dość składnie. Serenus Zeitblom, z wykształcenia filolog klasyczny, 23 maja 1943 podejmuje decyzję spisania drogi życiowej swego przyjaciela, sporządzenia biografii niedawno zmarłego kompozytora Adriana Leverkühna. Dzieje się to w szczególnych okolicznościach, zarówno historycznych, jak i zwyczajnie ludzkich, osobistych. Trzecia Rzesza powoli dogorywa, koniec rządów nazistowskich bliski. Zeitblom w roli opowiadacza ma tego świadomość. Zarazem powoduje nim pragnienie opowiadania osobistego, prywatnego. Samym pomysłem i jego realizacją uczony dokonuje więc paralelizacji losów Leverkühna i Niemiec.

Przeżycia i doświadczenia indywidualne kompozytora, wplecione w chronologię wydarzeń historycznych, narrator układa w zasadzie chronologicznie, zgodnie z ich biegiem. „W zasadzie”, czyli jednak nie bezwyjątkowo! Zeitblom ignoruje ten porządek nie za często, ale zawsze wtedy, gdy wpisuje w swoją opowieść perspektywę predestynacji. Adriana Leverkühna, urodzonego w 1885 roku w gospodarstwie-mająteczku Buchel w Oberweiler, w pobliżu miasteczka Weissenfels, poznaje w gimnazjum. Już wtedy definiuje łączące go ze szkolnym kolegą więzy jako przyjacielskie, a spotkania z nim jako przebiegające w atmosferze pełnego zaufania. Dzięki wspólnym wycieczkom, wyprawom oraz najrozmaitszym kontaktom osobistym i rodzinnym Zeitblom wnika w środowisko Adriana, wiejskie oraz rzemieślnicze. Do szkoły podstawowej Leverkühn nie uczęszcza, wszak jest ponadprzeciętnie utalentowany. Dzięki temu zostaje wysłany do gimnazjum w (fikcyjnym) miasteczku Kaisersaschern nad rzeką Saale. Tam korzysta z gościnności stryja Mikołaja, właściciela sklepu z instrumentami muzycznymi. W niby przypadkowej przygodzie z fortepianem demonstruje nieprzeciętny talent pianistyczny. Bohatera urzeka „matematyczna asceza” muzyki, komponowania.

Oprócz nauk w gimnazjum Adrian pobiera lekcje gry na fortepianie u organisty katedralnego Wendella Kretzschmara, który fascynuje młodzieńca niezwyczajnymi wykładami z zakresu muzykologii i historii muzyki. Udziela mu również instrukcji dotyczących gry na organach oraz teorii komponowania. Leverkühn nie wybiera się jednak na studia muzykologiczne, jeno na teologiczne – w Halle. Przerywa je wszakże po kilku semestrach i przenosi się na te pierwsze. Ponownie spotyka Kretzschmara, powołanego na stanowisko docenta na tym wydziale. Uczęszcza też na wykłady z filozofii, uzyskuje nawet tytuł doktora w tej dziedzinie.

Podczas pobytu w Lipsku dochodzi do zbliżenia płciowego z chorą na syfilis prostytutką Esmeraldą – mimo ostrzeżeń z jej strony. Leverkühn jest świadom zagrożenia wspomnianą chorobą i faktycznie na nią zapada. Nieleczona, czyni potworne spustoszenie, zwłaszcza w zwojach mózgowych artysty. Jej objawy pojawiają się jednak dopiero po latach. Pokuszenie, jakiemu uległ, Leverkühn przeformułowuje w formację tonów h-e-a-e-es, dominującą w jego późniejszej twórczości.

Z przyjacielem Rüdigerem Schildknappem (za wzór dla tej postaci posłużył Mannowi jego monachijski kompan, Hans Reisiger) bohater wyrusza do Włoch, do miasteczka Palestrina. Tam dochodzi do (wyimaginowanej? wywołanej chorobą?) kluczowej rozmowy z diabłem, uwieńczonej sfinalizowaniem swoistego paktu. Szatan, Zły, gwarantuje Leverkühnowi genialność przyszłych kompozycji na lat dwadzieścia cztery. Istotnie: w następnych dwóch dekadach, przepełniony niebywałą pasją kreacji przy równoczesnym błogosławieństwie talentu, Leverkühn tworzy kolejne dzieła w opętańczym szale. Płaci za to życiem bezuczuciowym, w gorsecie lodowatego zimna.

W międzyczasie podróżuje, poznaje różne środowiska. Miasto Monachium to jedno z kluczowych miejsc socjalizacji towarzyskiej i artystycznej bohatera. Mieszka on krótko u wdowy Rodde, matki Inez i Klaryssy. Wreszcie osiada w Pfeiffering w pobliżu stolicy Bawarii – w swego rodzaju eremie: zagrodzie chłopskiej – i tam z pasją komponuje. Nadal utrzymuje kontakty z nobliwym towarzystwem monachijskim. Spotkania w mieszkaniu Sykstusa Kridwissa dają sposobność toczenia debat nad przemocą i jej filozofią.

Planowane zaręczyny z Marie Godeau kończą się fiaskiem; to przyjaciel Adriana, Rudolf Schwerdtfeger, jest beneficjentem jego zabiegów. Zdradzona w ten sposób kochanka Rudiego, Inez Rodde (wówczas już Institoris), zabija go z zazdrości. (Epizod ten, podobnie jak tuziny innych, karmi się materią przeżyć i doświadczeń rodzinnych samego autora). Z kolei szantażowana przez podrywacza lekkomyślna siostra Inez, Klaryssa, popełnia samobójstwo. (Również ten pomysł żywi się tragicznym przypadkiem z dziejów rodziny Mannów). Śmierć przyjaciół wpycha Leverkühna w coraz większą samotność.

Siostrzeniec muzyka, pięcioletni Nepomuk, istny aniołek z usposobienia, a zarazem pełen mądrości dziecięcej, zostaje oddany wujowi pod opiekę. Protagonista kocha malca głęboką miłością. Chłopca dopada jednak choroba: śmiertelne zapalenie opon mózgowych. Kona on w straszliwych boleściach. Adrian ma pewność: to ostrzeżenie i zarazem kara za niedotrzymanie paktu. Wszak Leverkühn „nie ma prawa” pokochać kogokolwiek spośród śmiertelnych. Traci więc wiarę w sens życia i pracy twórczej. Coraz bardziej słabnie na zdrowiu.

Rok 1930 to data domknięcia czasu „danego” Adrianowi przez Złego. Kompozytor zaprasza grono przyjaciół i znajomych na specyficzny „koncert”. Pragnie przedstawić swoje ostatnie dzieło – fragmenty właśnie ukończonej partytury w konwencji dwunastotonowego oratorium (czy też symfonicznej kantaty) Lament Doctoris Fausti. Demonstracji dzieła towarzyszy wykład-interpretacja wzbogacony grą na fortepianie, z minuty na minutę przekształcający się w spowiedź życia, w chaotyczną miazgę słowną. Zaproszeni wpadają w panikę, niektórzy uciekają. Leverkühn traci przytomność. Wybudzony, nie poznaje już najbliższych krewnych i znajomych. Ostatnie lata spędza w klinice. Po niezakończonej rekonwalescencji przez finalną dekadę swego życia mieszka u swej matki. Umiera 23 maja 1940.

VI. NIEZWYCZAJNE DZIEJE RECEPCJI. NIEMIECKI HORYZONT OCZEKIWAŃ

O wyjątkowości chwili recepcyjnych narodzin Doktora Faustusa zadecydowały dwa czynniki: po pierwsze, stymulujące zapotrzebowanie na literacką wizję dziejów narodowych w szczególnym dla niemieckiej ojczyzny momencie, wraz z „gotowością” do rozszyfrowywania dzieła w wierze, iż chodzi o historiozoficzną alegorię, po drugie zaś – „uprzedzenie” przyszłych interpretatorów powieści; zarówno konstruktywne, tj. szukające sensu dzieła według wskazań „przedustawnych”, jak i krytyczne, negatywne, czyli a priori wykluczające odczytania odmienne od (już) spetryfikowanych hipotez historiozoficznych, stanowiących (przecież) projekcję swoistych „zapotrzebowań”. Niemałą rolę w konstruowaniu „recepcji uprzedzonej” odegrał sam Mann, zwłaszcza poprzez silnie wyrażoną afirmację (iście modelowej) roli pisarza narodowego, a więc poprzez autokreację.

Wśród wczesnych recenzji, omówień oraz obszerniejszych wzmianek nie sposób natrafić na tekst poddający uważnej krytyce status poetologiczny Doktora Faustusa jako przypowieści politycznej. Nie brak natomiast interpretacji, których autorzy w ogóle się do tej kwestii nie odnoszą albo też powątpiewają w prawomocność takiej możliwości interpretacyjnej. Konstatacja ta nie neguje jednak kluczowej tezy: we wszystkich dostępnych źródłach owa symbolika polityczna postrzegana jest jako zrozumiała sama przez się.

Stwierdzenie o niezwyczajnej – w porównaniu z innymi tużpowojennymi premierami – recepcji Doktora Faustusa znajduje swoje uzasadnienie choćby w statystycznym oglądzie popularności powieści niemieckich tego okresu. Badania przeprowadzone przez Gerharda Roloffa w odniesieniu do piętnastu gazet kluczowych dla wszystkich czterech stref okupacyjnych w latach 1945–1949 potwierdzają wstępne przypuszczenia. W rankingu częstotliwości wzmianek pierwsze miejsce zajmuje Thomas Mann (777 przytoczeń i przywołań), drugie natomiast (tylko 387 przytoczeń) – Johannes R. Becher[43]. Wymowa tych danych jest jednoznaczna.

W powojennych dziejach literatury nie sposób natknąć się na drugie dzieło, które w historycznie jakże syntetycznej chwili zderzyłoby się z tak wielowarstwowym „horyzontem oczekiwań” (w rozumieniu Reinharda Kosellecka[44]). Skrupulatni bibliografowie doliczyli się ponad trzystu recenzji i omówień powieści Manna w okresie zaledwie kilku lat. W kolejnej fazie odbioru jest tego rodzaju tekstów ośmiokrotnie mniej. Co ważniejsze: ową mało „akademicką” recepcję cechuje głęboka reprezentatywność ideologiczna, polemiczne przerastanie i ideologiczne zazębianie się, a także – co najistotniejsze – realizująca się in statu nascendi tematyzacja oraz metarefleksja samej recepcji. Ta ostatnia prawidłowość dotyczy przede wszystkim wypowiedzi autorów niemieckich (a po części i austriackich), czyli około dwu trzecich wspomnianego zbioru. W znakomitej większości autorami wzmiankowanej refleksji nie są recenzenci profesjonalni, jeno intelektualiści, przygodni „świadkowie epoki”, baczni obserwatorzy bieżącej polityki.

Tożsamość strategicznej wykładni dzieła literackiego proponowanej przez krytyków literackich i historyków literatury oraz tej formułowanej przez potoczną (literacką) opinię publiczną to zjawisko nader rzadkie[45]. Gdy