Dokąd bądź - Krzysztof Siwczyk - ebook + książka

Dokąd bądź ebook

Krzysztof Siwczyk

0,0
12,72 zł

lub
Opis

Kilkuczęściowy poemat „Dokąd bądź” jest niezwykle ambitnym „zamachem na całość”, rozbudowaną grą językową, pełną jednak odniesień do rzeczywistości i – zapewne – wątków autobiograficznych. To obraz człowieka zanurzonego w świecie, oddany poprzez ciągi paradoksalnych obrazów, zderzanych ze sobą zwrotów z różnych obszarów współczesnej mowy publicznej, utartych, lecz tutaj wywróconych na nice związków frazeologicznych, kryptocytatów i aluzji – czasem czytelnych, czasem zaszyfrowanych. W tym świecie „fragmentaryczna pascha to cała nasza podróż w głąb księgi wyjścia, / z której zostały wióry po przejściu digitalizacji i nie ma, że boli istnienie / sentymentów, leżenie krzyżem bez dostępu do sieci wzmaga osteoporozę”... Wizja to nieco apokaliptyczna – przy czym mowa o apokalipsie, która dzieje się tu i teraz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB

Liczba stron: 89

Popularność




Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5pod redakcją Ryszarda Krynickiego Tom 80

I W piec u obok niebieski obłok

Nasz dom i my, nasze marzenie wypowiada w naszym imieniu chwast, ziemia, którą musimy nawieźć, dbać o przyszłość, drzewa, kopać głęboką dziurę, nie inaczej, nie kto inny jak właśnie my, jedyni, co zeszliśmy się pewnego dnia, w niedbałym cieniu, w raczej zwiędłym mieście, odpowiemy słońcu pod przysięgą, chcemy żyć, nie chcemy zanadto lękać się żyć, nic na siłę, dziecko, może być coś na tę modłę, sens inny, co bądź uchroni przed nami, dochowa wierności przykazaniu dalszego ciągu, gdy staniemy wespół przed południem, w szpicy ogrodu, susi jak kokosanki, co wyszły z obiegu, od dawien dawna o tym myślimy, kim może i chcieliśmy zostać, dla innych, jedyną możliwością, jedynym rozwiązaniem, tego chcemy, nic z tego nie wychodzi póki co, póki mamy kontakt z własnym wyobrażeniem, błędną wskazówką, której udzielił nam czas, cisi ochotnicy, bez zastanowienia wyrażający zgodę dniom łez, co wschodzą nad kołyską jak markizy, pod banderą dnieje niewiele dobrego.

Ono będzie naszym przewoźnikiem, nauczymy go zła się wystrzegać jak mszyc i moli, Boże drogi, dokąd to prowadzi, manny mamy od groma, kości leżą w spichlerzu, dobrze się wiedzie, jedzie się wygodnie, mamy speed i wiatr, pełną bibliotekę oraz zaufanie do ludzi, stąd nie widzimy już więcej powodów do obaw, daj nam rodzić, przepaść.

Albo daruj spokój, gdy opuszczamy słowa piosenki, kominy i wrony, świeci dobytek w dzielnicy emerytowanego proletariatu

jak puste krzesło w kancelarii rejenta, och jak pięknie działa

restauracja, wzmogły się wybiegi fasad, młodzież i moderna dają nogę,Ryby z Ustki jak Brama Brandenburska otwierają targi węgla, nic już nie wiemy, błyskawiczny wypad do pracy, mówi ci to coś, ale tylko w dni parzyste, kiedy idziemy pod rękę na działki, a tam tablice kompromisu,

zawieszenie prac egzekutywy, pijana inkwizycja, zwinięte wigwamy, kajaki w rowie melioracyjnym, ewakuacja kompostu z altany szefa.

Starczy dla wszystkich powietrza, zapewnia projekt konsorcjum,

i nie wypada wręcz nie wierzyć w ofertę lasu, ostre podejście

dzika, sarnę w bamboszach z fuzji, niczego już nie rozpoznajemy, jeden wykop, masowy grób, kabel doprowadza relatywnie małą ilość prądu tuszy, która puchnie w tirze, na rogatkach i bramkach, szkoda ich,

nasze zyski, niewielki kosmos, o jakim śniło się filozofom praktyki, chłopom w dobie klonów i dębów, które stanęły naprzeciwko stadniny, gdy tam odbywa się proste nabożeństwo, apel społeczności, do jakiej aspirujemy jak ból głowy do tabletki, na opak

patrzymy sobie w oczy, bo pragnienie donosi o rzeczach zawsze nowych, narzędziami finezyjnej obawy, co wystarcza za ratunkowe koło,

gdy siedzę sam w kubaturze jak Lennon przy pianinie, z głupią miną, bo najwidoczniej okiennice zapiekły się na zawiasach i w tej bieli

przyjdzie już spocząć, niedoczekanie, w towarzystwie muzyki.

Uporządkujmy jednak sny w czytelne konieczności, czego domaga się od nas przestrzeń, opiłki i nasiona mają opad przed południem, czego nie można powiedzieć o niecce, wypiętrzeniach, podatnym gruncie dla lekkiej konstrukcji,

wokół której tańczymy jak czerwoni, blade twarze wystawiając donikąd, skąd przybywa w sumie całkiem urocza próżnia, starter

zupełnie zbędnych tożsamości, z przyzwyczajenia nazywanych historią wzrostu i zmagań w klimacie ustrojowych ograniczeń jak warzywo pod folią, podróżujące z ogromną prędkością wprost ku otchłaniom zadośćuczynienia w wprawnych dłoniach Pana Kleksa, o tak,

nie widzimy więcej powagi w wydukanym przebiegu kariery życia, ładnie opisanej w logicznym cyklu przemiany, w segregatorach jesteśmy złamani niczym inwestycja w niepewny kruszec, którą żyrują cienie dzieciństwa spędzonego w idealnej kapsule, w gównianej wyściółce, w pocałunku za budką wartownika, ustawioną pod nosem chatki masarza, jakbyśmy chcieli podać to dalej we fragmentach jak urwane ścięgna, łącza głuchego telefonu, odwracając głowę do ściany bloku, lustra,

w jakim nie odbija się nic innego niż myślimy, niemrawi uczestnicy pielgrzymki włóczek, co skończyły się przed labiryntem, jeszcze w szybie windy, która miała zabrać nas z zsypu do ziemi, a tak nici z tego, skłonność do zwierzeń, reprodukcja, album za albumem oglądam, co widzę, pozostawia niewiele do życzenia, wszystko jest na górze, na wierzchu, na dachu świata, dla którego próżno szukać podstaw akurat w percepcji siebie sprzed lat, do czego namawia na okrągło oko, w którym zakręciła się łoza, gdy szliśmy właśnie po worki na śmieci i budzik zaświecił niejasno. Grzech, konwencjonalny jak lubrykant w porzuconej hurtowni maści, o który możemy się upomnieć, w ostateczności potwierdzi czas i miejsce naszego przybycia, konkret przeciwstawiony mglistej obietnicy, raj jak najbardziej znamy, to chyba będzie wszystko, odsłaniam zasłony jak tłuste karty do skata, które przeszły przez tyle palców, leżały

jeszcze długo po śmierci właściciela w, jak mówił, byfyju, by gnić,

i chyba z tego względu wyrzucam rzeczy przed rozpakowaniem,

zbieram jedynie drobne przedmioty, upycham je po kątach, żeby nie pamiętać więcej niż to konieczne, skoro zjawisko pojawi się w pełnej krasie,

nagie, wyłoni się ze mnie dosłownie wywłok, ale ze skłonnościami do ustawicznej wiary jak wąż pracujący nad raciczkami bydła, bez buta jak Jazon zostanę na ostatku, nie udam się już po nic, tym razem

wszystko przyniosą do wyra, pod gardło podejdzie jedynie żal i złoto, prośba o wybaczenie, również ciężkie przypadki herosów.

Demonstracja memów jako jedyny dowód człowieczeństwa

w ogólnym rezerwacie fikcji, tak chcielibyśmy się znowu zobaczyć, słyszałem, że zniknął gatunek i problem śmierci, i o to biega co drugi miejski wytwórca dobrobytu, nie można się nie wzruszyć, zwycięstwo woli nad kompletną kapitulacją pod nożem praktykanta lub w studni botoksu jak kaczuchy topione o północy na poprawinach, odzysk zmęczenia, zwrot majątku mocy, która będzie potrzebna w nocy przejścia, chociaż wszyscy moi bliscy wyszli nad ranem, gdy inni spali, tak to już jest, w rękach kijki, na nogach betonowe japonki, lekki uśmiech i hop do przodu, gdzie czeka na nas odwieczna błogość, sukcesy pociech skazanych na sukces, z których wyrosły potwory, my, raz na zawsze obiecujący poprawę, starzy i dalej bez życia,

koniec końców ani me ani be, mlaskacze, dziąsła, organy,

których nikt nie odwiedzi, realne kłopoty zarządu, zdany klaser ze znaczkami ruskiego kosmosu w depozycie oraz masa utylizacyjna, zdarzyć się może udana biografia, w piecu obok niebieski obłok, nasze splecione dłonie, obiecujące sobie być może nazbyt wiele.

Kiedy młynek proch miele, kawa jest taka zgrana, słyszałem

całkiem dużo o nowościach, mianowicie nowa literatura przyszła,

sporo w niej dorzecznego idiomu, jest temat i opracowanie, mocny autor, indywidualny jak telewizja śniadaniowa, o której opowiada pierwsza zmiana adwokatury, tak bardzo potrzebna z samego rana, bo mamy mało sił, nie wiemy, jak o tym opowiedzieć, większość protez wyłapie detektor humanisty, i masz ci go, w wewnętrznej kieszeni, głęboko w sercu jak mitralne tiki, odzywa się na granicy pastwiska, gdziekolwiek znać insze inspiracje, rykowisko kibola, Pan Tadeusz, poezja po i przed Oświęcimiem, co to to nie, chodzi przecież o wzruszenie istot przed obliczem istnienia,

którego nie uniknęły jak sanitariuszki gwałtu, książki ognia, miasto dystynkcji.

Znajomy po piórze umarł przed czasem, zostawiając pełen porządek w papierach, co pisze mu się na plus, nie ma czego się wypierać, na tacy leży światło, co się zowie obrachunek, którego nie było, w umowie stoi, że ma pracować jeszcze nad materiałem, czuj duch stary grzybie, bez kapelusza, problemów, zgryzot emigracji, został liścik, projekt okładki i sporo paranoi, ale jego to nie dotyczy, my mamy w zamian odegraną scenkę współczucia, wszystko dopięte na ostatni guzik, prewencyjne wycinki, strach i wstyd, spadkowy patos, gdy do podziału pójdą długi i zrzeknie się wnusio późny, różowy jak tucznik wspomni i nas, zniecierpliwiony i zażenowany, na bieżąco będzie sekował skan dagerotypów, stan martwy, imię i nazwisko weźmie za swoje.

Wszystko jest zawsze inaczej, doprawdy doprowadzone do białej gorączki nerwy planistów poległych na deskach, czy nie przypadkiem mówią coś o nas, gdy stanęliśmy przed wyborem rodzaju bankructwa, a jednak pomocną dłoń podało nam czyjeś marzenie, ukonkretnione w naszej codzienności,

którą poniechaliśmy dla wizji przyszłej, stanowiska dalece problematycznego, na jakie mogliśmy jednak liczyć, gdyż został spełniony wymóg konsekwencji, jakubowa drabina prawie przetarła się na szczebelkach, po jakich nasze stopy dreptały w kółko jak, nie przymierzając, mały Conan wokół wyschniętego źródła, albo inny los tragiczny, tytaniczna praca bez nieba i piekła, w nudnym horyzoncie, do jakiego dobiegł kiedyś twój zmarły pies, potem w prawo i przed siebie ku kolejnym horyzontom, zawsze w prawo kochany Migdale, zjawo z dawien dawna, jesteśmy ci winni przeprosiny, kochamy teraz koty i to się nie musi kłócić z twoim poglądem na nas, ludzi słabego ducha, wątłej wiary, pozbawionych potężnej pasji pierwszych osadników, z których zlewa byle podrostek

podczas szkolnej wycieczki do muzeum ludzi, co nie tyle świadczy o rodzicach, ile o sile perswazji paleontologów, widzących w grudzie miału zagadkę dla zainteresowanych, a nie przemoc milusiej nicości, jakiej chcemy

oszczędzić zwłaszcza dzieciom, co wiedzę o wszystkim od zaraz, zanim jeszcze pomrą po kątach, cośmy je wycierali,

tacy detaliści, tacy dobrzy i heroiczni oprawcy, dbający o swój lęk,

wkładający go w innych jak wosk w uszy, żeby już nie słyszeć krzyków miłości, która zawczasu dba o swój koniec jak przezorny metafizyk

wystawiający majątek w testamencie według cynicznego rozdzielnika,

stopnia pokrewieństwa z chimerą dobra wspólnego, jakie stanie się

zaproszeniem do izby pamięci, jej gwarancją, wyrzutem sumienia, wszystkim, na co liczymy odchodząc od zmysłów, na chwilę przed ścięciem języka, sekundę przed inkarnacją w organiczny pokrowiec, zamknięty w sobie jak larwa, co pożarła motyla.

Tak dużo uniesienia mieści się w listopadowych obłokach, jak widać można tak powiedzieć, bez skrupułów, z czystym sumieniem, mało tego, stopniowo popadam w rodzaj stanowczej afirmacji na widok każdej przecinki, najmniejszego nawet prześwitu pustego pola, rozoranej plantacji buraków, czegokolwiek z werwą jak zając czekający w strefie nadgranicznej,

nigdy jednak nie przechodzący dalej, niczym znaczenie słów,

ukryte w konwencjonalnej odzywce pastewnego rodaka na obczyźnie, które oczekuje na uruchomienie, kiedy nie ma większego powodu

do wszczynania alarmu, nie dzieje się nic specjalnego, miesiące

regulujemy arbitralnym gestem infantylnych estetów produkujących czas według kalendarza lektur, najpierw idą tomiszcza moralistyki,

potem cieniutkie varia i krzyżówki, co pozostaną na nocnym stoliku, między tabletkami otępienia, o jakie upomną się odpowiedzialni

bliżsi lub dalsi znajomi, trzymać będą czule nasze opiaty na swoją kolej, pozamiatają okruszki naszego chleba, wyrzucą grysik z wiekowej porcelany, tak może i będzie, takie mogą być intencje, dobre chwile, jednak nie teraz tym jesteśmy, obecnie kochamy się zapiekle, w zimnych wnętrzach, swoich celach, w imię czego karze nas świt, wezwanie do okazania

stosunku, przegląd motywacji, pomór w szeregach użytecznej bajki, zmartwychwstanie obowiązku świadczenia powtórce

z niczyjej rozrywki, której nie wytrzymały, rany boskie, nasze serca.

Drobni drobimy w skutej błotem drodze, liche talizmany, oto co przeciwstawić przychodzi gwałtownym zmierzchom dni, którymi się nie nacieszyliśmy niczym łagiernym menu,

wybieramy jakiś pokarm z listy, przebłysk nadziei trwa do skutku

ironicznego, gdy odwołać się można chyba tylko do dużych projektów, aniołów albo innej tandety, mieć na uwadze coś jeszcze poza własnym pępkiem, tym szlachetnym znamieniem pomyłki, masz ci los, masz i zdolności, trwaj według własnej miary, studiuj pismo jak pożogę, płoń głosko,

lekko się pieść, bądź mi, kiedy boję się przenikliwego spojrzenia byle materii, jak to ma miejsce, jak to w ogóle było możliwe, pobielone ściany

i wapno w ustach, żywcem brani przez olśnienia, przy wszystkich,

klepiąc pacierze na intubacji, bez grozy reszta ściecze po gresie,

i ahoj intymności i godności, ahoj fakultetom i cynicznym katedrom, wlezie skrucha i błaganie, rozpocznie się uczta kłamstewek,

płeć pójdzie w odstawkę, jak również nasze przyrzeczenia, co akurat stanowi najmniejszy problem, bo ich praktycznego zastosowania

nikt już nie sprawdzi, nie będzie już nikogo z głównych zainteresowanych, pozostaną gapie, do nich mamy skłonność, patrzaj, duszo, dużo nas,

idziemy jak chochoły na metę złożyć ofiarę, palimy niskie ogniska,

stosy płoną niebosiężne, nie ma obaw, wszystko ulga spopieli.

Urodzajne łuny otworzą nowe możliwości, wyjdzie szpaler głosów w polarne landszafty, rozpoznamy się po bezgłośnych murmurandach, powtarzać będziemy słowa, które kiedyś już mówiliśmy czyimiś ustami, to będą nasi bliźni, zaszłości zrozumiemy w sposób zaskakujący, nie będziemy wybaczać życia postaci, puścimy w niepamięć koniec weny, z jaką dopowiadały nasze pustkowia jak znudzony demiurg,

który wie lepiej, bo ma wiedzę i obdziela do woli, marny narrator,

jakiego