Wydawca: Nowy Świat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 275 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dogrywka - Agnieszka Szczepańska, Katarzyna Gacek

Powraca para zwariowanych przyjaciółek, znana z bestsellerowego komediowego kryminału „Zabójczy spadek uczuć” duetu Gacek & Szczepańska. W „Dogrywce” po raz kolejny przyjdzie im zmierzyć się ze śledztwem na własną rękę. Wiele się zmieniło. Beata z nieporadnej ofiary losu przeistoczyła się w energiczną bizneswoman, którą spotykamy w chwili, gdy otrzymuje fatalny w skutkach anonim. Tymczasem Monika, jej przyjaciółka dotychczas twardo stąpająca po ziemi, na jakiś czas zupełnie straci głowę. Na szczęście obie nie tracą rezonu. Jedno jest pewne: gdy wymaga tego sytuacja kumpelki bez wahania same poprowadzą dochodzenie, bo czego się nie robi, gdy w grę wchodzi rodzinne szczęście, miłość, a nawet czyjeś życie! Gacek & Szczepańska nie zawiodą swoich czytelników. „Dogrywka” ma w sobie wszystkie zalety, które zjednały autorkom szerokie grono fanów: pełnokrwiste postacie (zabawne charakterystyki na wstępie), ironiczny dystans (także do swoich bohaterek), humor (ujawniający się już nawet w tytułach rozdziałów), potoczysty styl i zabawną intrygę. Porcja porządnej rozrywki gwarantowana! O AUTORKACH KATARZYNA GACEK - z wykształcenia psycholog. Wiedzę zdobytą na studiach usiłuje zastosować w praktyce hodując stadko dzieci, pisząc książki i scenariusze filmowe. Jest bardzo towarzyska, uwielbia gości. Kiedy przed dwoma laty zaprosiła przyjaciółkę na kawę, ta tak się zasiedziała, że napisały razem trzy powieści. Z populacji wyróżnia się wzrostem, krótkowzrocznością i punktualnością wręcz obsesyjną. Nie wyobraża sobie mieszkania w mieście. AGNIESZKA SZCZEPAŃSKA – z wykształcenia prawnik, z powołania artystka. Była urzędnikiem państwowym, księgową, asystentką scenografa, managerem, dekoratorem wnętrz, ostatnio prowadziła własną firmę zajmującą się organizacją imprez, a obecnie usiłuje zarabiać pisaniem... Nie wyobraża sobie mieszkania poza miastem.

Opinie o ebooku Dogrywka - Agnieszka Szczepańska, Katarzyna Gacek

Fragment ebooka Dogrywka - Agnieszka Szczepańska, Katarzyna Gacek

Katarzyna Stachowicz-Gacek & Agnieszka Szczepańska

DOGRYWKA

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

GŁÓWNI BOHATEROWIE:

Beata– sympatyczna blondynka lat trzydzieści trzy. Prywatnie czuła żona i matka. Służbowo, mimo braku predyspozycji, podwójna pani prezes. Resztki dawnego romantyzmu spaliła na stosie domowego ogniska. W efekcie dramatycznych przejść z pierwszym mężem – podejrzliwa aż do bólu, co nie ratuje jej niestety przed kolejnymi kłopotami. Panicznie boi się zdrady.

Monika– energiczna i wysportowana brunetka, najlepsza przyjaciółka Beaty. Zarówno w życiu codziennym, jak uczuciowym potrzebuje silnych bodźców. Za sprawą nowego mężczyzny przechodzi gwałtowną metamorfozę. Jej szafa również. Boi się tylko jednego: zmarszczek.

Andrzej– mąż Beaty, przystojny weterynarz. Mężczyzna życzliwy wszystkim, co przez niektórych bywa omylnie interpretowane. Nie boi się robienia nietypowych prezentów własnej żonie.

Zbyszek– ze zwykłego architekta awansował niespodziewanie na prezesa firmy deweloperskiej. Gdyby wiedział, jakie jeszcze staną przed nim wyzwania, uzbroiłby się nie tylko w cierpliwość. Ma wnuka, co ostatecznie komplikuje jego związek z Moniką. Boi się nieproszonych gości.

Borys– młodzieniec równie przystojny co pewny siebie. Uzależniony od adrenaliny. Za odpowiednią kwotę podejmie się każdego, nawet najbardziej nietypowego zadania. Boi się jedynie o swój motocykl.

Jędrek– aktywny dwulatek, syn Beaty. Ma blond loki, zniewalające spojrzenie i ogromną wiarę we własne możliwości. Nie boi się obcych.

Marysia– dziewczę bujne nie tylko młodością. Jako niańka charakteryzuje się wątpliwą przydatnością. Boi się, że wyleci z pracy. I słusznie.

Justyna– niańka zbyt idealna, żeby mogła być prawdziwa. Boi się, że coś pójdzie nie tak.

Kurt– dyrektor prosto z Berlina. Ma trzymać rękę na pulsie firmy, tylko jakby za mocno zaciska palce. Boi się szefa.

Tajemniczy szatyn z rolexem– tajemniczy szatyn z rolexem. O jego lękach i obawach nie wiemy nic.

Maciek– miły, acz nieco gapowaty sekretarz Beaty. Ponieważ jego praca polega przede wszystkim na otwieraniu i zamykaniu drzwi do jej gabinetu, boi się przeciągów.

Sprite– karierę dozorcy na budowie podjął z powodu kontuzji nogi, a nie podeszłego wieku. Lubi oglądać telewizję i wtykać nos w nie swoje sprawy. Boi się konsekwencji służbowych.

Nowicki– kierownik budowy, pieniacz. W ciągłym konflikcie ze wszystkimi, również z własnym sumieniem. Boi się, że mu nie starczy do pierwszego.

Dębicki– prywatny detektyw. Profesjonalista dyskretny aż do bólu. Boi się braku klientów.

Aldona Zawistowska– również prywatny detektyw. Kobieta inteligentna i spostrzegawcza, potrafi umiejętnie wtopić się w tło. Nie boi się ryzyka.

Babcia– która nie wie, że jest babcią. Boi się, że nie doczeka się wnuków.

Komisarz Anna Pędzicka– policjantka, sprawna i skuteczna. W razie potrzeby nie boi się użyć broni.

ROZDZIAŁ 1,

po którym każdy, z wyjątkiem Beatki już wie, że coś się musi wydarzyć

Bezkresna, szmaragdowa powierzchnia oceanu, naznaczona białymi smugami piany w miejscach, gdzie z szumem załamywały się wysokie fale, zlewała się gdzieś daleko z jaśniejszym o kilka tonów, ale równie intensywnym w kolorze niebem. Powietrze nad położoną w niewielkiej zatoczce plażą drżało z gorąca. Nagrzany ostrymi promieniami słońca drobny, porcelanowobiały piasek aż parzył w stopy. Bajkową scenerię uzupełniało kilka rosnących niedaleko, nastroszonych kokosowych palm.

Beata zatrzymała się w cieniu płóciennego parasola, jednego z wielu rozstawionych tuż nad wodą i z przyjemnością śledziła wzrokiem wysoką, barczystą sylwetkę nadchodzącego od strony nadmorskiego barku mężczyzny. Ubrany w kolorowe szorty i słomkowy kapelusz z szerokim rondem, szedł wzdłuż brzegu, pozwalając leniwym falom obmywać bose stopy. W dłoniach trzymał dwa kolorowe drinki z parasolką, a po jego twarzy błąkał się uśmiech zadowolenia.

To był Andrzej, mąż Beaty.

W oczach Beaty pojawiło się rozczulenie. Jak to dobrze, pomyślała, że nie udało mi się usnąć. Zmarnowałabym takie piękne popołudnie…

Trzy kwadranse wcześniej, po obfitym lunchu złożonym z egzotycznych ryb i dziwnych owoców o nieznanych nazwach, mąż namówił ją na sjestę. Jednak kiedy po kwadransie sen uparcie nie przychodził, Beata porzuciła klimatyzowane wnętrze i poszła szukać Andrzeja, z zamiarem zrobienia mu niespodzianki.

Zaraz, zaraz. Dwa drinki?

Andrzej skręcił na piasek, między leżanki z rattanu przykryte poduszkami w granatowo-białe pasy. Na jednej z nich spoczywała malowniczo upozowana blondynka w skąpym, czarnym bikini, z trudem utrzymującym w ryzach obfity biust. Beata zmrużyła oczy. Dziewczyna kogoś jej przypominała.

Andrzej podszedł do blondynki, która na jego widok uniosła się wdzięcznie na łokciu i wyciągnęła dłoń po drinka, jednocześnie odwracając się trochę bardziej w stronę zaczajonej pod parasolem Beaty.

Marysia?! Ich opiekunka do dziecka?! Tutaj?!

Beata patrzyła w osłupieniu, jak Andrzej podaje tamtej kieliszek, a potem namiętnie całuje ją w usta. -Nie! – zdążyła jeszcze krzyknąć, zanim donośny terkot budzika nie wyrwał jej ze snu. Jeszcze nie całkiem przytomna, usiadła gwałtownie na łóżku i rozejrzała dookoła. Andrzeja nie było nigdzie w zasięgu wzroku. Nie było również morza, egzotycznej plaży – a przede wszystkim nie było Marysi w bikini.

Na kołdrze obok Beaty leżała tylko granatowa męska piżama, porzucona w pośpiechu. Pewnie jak zwykle w środku nocy wezwano męża do jakiegoś czworonożnego pacjenta.

Beata zamyśliła się. Kiedyś Andrzej, wychodząc wcześniej, zawsze zostawiał jej na poduszce żartobliwe liściki, w których na wszystkie możliwe sposoby odmieniał czasownik „kocham”. Jednak ostatnio takie karteczki pojawiały się coraz rzadziej. Małżeńska rutyna, czy.

Beatka poczuła nagłe ukłucie niepokoju. Westchnęła ciężko: że też tamta sytuacja sprzed trzech lat ciągle ją prześladuje – co z tego, że w innych dekoracjach i z innymi bohaterami, skoro motyw zdrady musi być w niej obecny obowiązkowo? Na moment zamknęła oczy. Pod powiekami zobaczyła obraz Pawła, swojego pierwszego męża, obejmującego przed kawiarnią na Rozdrożu prześliczną brunetkę. Brrr, wzdrygnęła się. Jaka ja byłam wtedy głupia, jaka głupia!

W efekcie fatalnego zauroczenia o mały włos nie straciła ukochanej ziemi oraz. życia. I choć wszystko, dzięki uporowi i poświęceniu jej najlepszej przyjaciółki Moniki skończyło się dobrze, fobia na tle podejrzeń o nieszczerość pozostała. Na szczęście jej drugi mąż, Andrzej, człowiek spokojny i łagodny, o niespotykanych pokładach cierpliwości i dystansu do drobiazgów tego świata był ostatnim człowiekiem, który mógłby dać jej jakikolwiek powód do zazdrości.

Skąd w takim razie w jej śnie wzięła się Marysia?

Żeby nie roztrząsać tematu i nie dawać pożywki wyobraźni, Beata podniosła się energicznie, podeszła do okna i rozsunęła zasłony. Do pokoju radosną falą wdarło się słońce, zieleń rosnących w ogrodzie drzew i dwie zaspane ćmy. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, pomyślała Beata, wciągając głęboko w płuca chłodne, ranne powietrze.

Poprzedniego dnia wrócili z wakacji z Portugalii i teraz trzeba się było na nowo odnaleźć w codziennej rzeczywistości. Beata owinęła się cienkim szlafrokiem i ruszyła na dół, żeby przejrzeć nagromadzoną przez ostatnie dwa tygodnie pocztę. Na niewielkiej komodzie, po lustrem, leżał pokaźny, kolorowy stos. Rachunki za telefon, wyciągi bankowe, reklamówki… i jedna duża, szara koperta bez nadawcy, z adresem wydrukowanym na drukarce komputerowej i przyklejonym trochę krzywo na szarym papierze: BEATA STOKOWSKA. DO RĄK WŁASNYCH. Ciekawe co to, przebiegło Beacie przez głowę i już miała zacząć otwierać przesyłkę, kiedy z góry dobiegł ją bardzo głośny, radosny okrzyk: – Mamiiiii!

Beata uśmiechnęła się.

– Już idę, syneczku!

Szybkim ruchem zebrała całą korespondencję i wrzuciła do stojącej obok torebki, żeby przejrzeć później w biurze.

I tak szara koperta z naderwanym rogiem trafiła na samo dno, a spokój Beaty nie został naruszony. Gdyby bowiem zdążyła ją otworzyć, zobaczyłaby w środku złożoną na pół, białą kartkę papieru i odcinający się od niej złowieszczą czernią napis: TWÓJ MĄŻ ZDRADZA CIĘ Z NIAŃKĄ!

***

Kiedy Beatka, wciąż uśmiechnięta, weszła do dziecinnego pokoju, wyraz jej twarzy uległ gwałtownej zmianie.

Słodki dwulatek o buzi barokowego amorka i blond loczkach, uosobienie niewinności, musiał już nie spać przynajmniej od kilku minut. A konkretnie od tylu, ile zajęło mu rozsmarowanie po sobie i kołderce podkładu w płynie Diora i posypanie tegoż wygrzebanym sprytnie z pudełeczka szarym cieniem do powiek. Skąd on to wziął? – przebiegło Beatce przez głowę, ale zaraz zauważyła leżącą na podłodze obok łóżeczka jej własną kosmetyczkę, którą mały musiał cichcem przynieść sobie z łazienki. Pokręciła z niedowierzaniem głową, podniosła synka i przytuliła ostrożnie, żeby nie pobrudzić sobie szlafroka.

– Jędrek! Rzeczy mamy nie wolno ruszać! Umawialiśmy się, pamiętasz? – pouczyła, ale w jej głosie zabrakło stanowczości. Mały wykorzystał to natychmiast, obejmując szyję matki ramionkami, wtulając buzię w jej włosy i ucinając w ten sposób w zarodku temat dopuszczalności pewnych zachowań.

Chwilę później Beata rozpoczęła ubieranie synka, co nie było czynnością prostą. Dwulatek miał bowiem ściśle wyrobione zdanie na temat tego, co zamierza na siebie włożyć, a jego koncepcja w żadnym punkcie nie pokrywała się niestety z koncepcją matki. Kiedy w końcu Beata zeszła z Małym na dół, jego strój był wynikiem daleko idącego kompromisu. Chłopczyk miał na sobie ulubione czerwone bojówki, które poprzedniego dnia oblał sokiem, oraz za małą bluzę z Batmanem. Ze swojej strony Beacie udało się przeforsować jedynie majtki i skarpetki.

Wchodząc do kuchni rzuciła okiem na zegar. Ósma dwadzieścia pięć. Opiekunka powinna już dawno być, ale Beata wiedziała z doświadczenia, że nie ma co liczyć na jej punktualność. Marysia spóźniała się notorycznie, usprawiedliwiając na zmianę kłopotami komunikacyjnymi lub zdrowotnymi. I, niestety, nie była to jej jedyna wada. Dziewczyna, obdarzona przez naturę figurą Marylin Monroe, eksponowała ją bez skrępowania, co nie mogło jej raczej zaskarbić sympatii pracodawczyni. Gdyby nie to, że Mały ją po prostu uwielbiał, Beata już dawno wymieniłaby tę dziewczynę na inny model.

Sprawnym ruchem umieściła synka w wysokim krzesełku, postawiła przed nim plastikowy kubeczek z sokiem pomarańczowym, rzuciła mu na stół kilka samochodzików i, w zasadzie gotowa do wyjścia, wypiła jeszcze dietetyczny jogurt z lodówki. Musiał jej starczyć zamiast śniadania.

No, gdzie ta dziewczyna…?!

Pół do dziewiątej przy drzwiach wejściowych odskoczyła zasuwa i do kuchni wpadła bujna blondynka w króciutkich dżinsowych szortach i czarnej bluzeczce na cienkich ramiączkach. Była zaczerwieniona i zdyszana.

Ciekawe, co tym razem…

– Kurczę, strasznie przepraszam! Autobus się spóźnił! Nawet specjalnie dzisiaj wcześniej wyszłam na przystanek, żeby na pewno zdążyć, a tu proszę, jak na złość! – Rzuciła na podłogę czarny płócienny plecak Nike i podeszła do Jędrka. – Piąteczka, Mały, chcesz śniadanko?

– Chcem! – Jędrek, ucieszony widokiem opiekunki, entuzjastycznie wyraził chęć współpracy.

– Marysiu! – Beata postanowiła po raz kolejny przemówić do odpowiedzialności dziewczyny. – Przecież prosiłam, żebyś przychodziła PUNKTUALNIE! Dobrze wiesz, że im później się od nas wyjedzie, tym większe korki przed Warszawą. Czy naprawdę nie możesz się trochę postarać?

Marysia otworzyła szeroko wielkie błękitne oczy i spojrzała na swoją pracodawczynię ze szczerym zdziwieniem.

– Ależ pani Beato, przecież ja się staram!

ROZDZIAŁ 2,

po którym ulubiony t-shirt Moniki wyląduje w śmieciach

Monika biegła przed siebie, ile sił w nogach. Nie zwracała uwagi na gałęzie, które uderzały ją w twarz, ani na gęste poszycie, które hamowało kroki. Jeżeli zwolni, dopadną ją. Miała nad nimi przewagę kilku minut, ale oni znali ten teren jak własną kieszeń. Nie będzie łatwo im uciec.

Dobiegła do potężnego dębu, oparła się plecami o szeroki pień i próbowała uspokoić oddech. Gdyby nie to, że miała niezłą kondycję, byłoby z nią naprawdę krucho.

Gdzieś w lesie trzasnęła gałązka. Monika spięła się w sobie i zacisnęła palce na kolbie broni, ale na szczęście odgłos się nie powtórzył. Po kilku minutach odważyła się wyjrzeć ostrożnie zza drzewa. Przed nią rozpościerała się niewielka polana. Słońce przeświecało przez gałęzie, tworząc na trawie misterny wzór świateł i cieni. Śpiewały ptaki, las intensywnie pachniał żywicą, było sennie i spokojnie, ale Monika świetnie zdawała sobie sprawę, że to tylko pozory. I wiedziała, że musi zachować wyjątkową czujność.

Rozejrzała się jeszcze raz i na oko oceniła odległość dzielącą ją od przeciwległej ściany drzew. Dosłownie kilkadziesiąt metrów… Jeżeli tylko uda jej się przedostać na drugą stronę, będzie bezpieczna.

Odczekała jeszcze chwilę, wzięła głęboki oddech i ruszyła sprintem przed siebie. Biegła zakosami, żeby utrudnić trafienie. Jeszcze tylko dziesięć metrów, pięć, trzy.

Bang! – rozległ się stłumiony huk wystrzału i jednocześnie Monika poczuła bolesne uderzenie w pierś. Zamarła w pół kroku i zaskoczona patrzyła, jak na jej koszulce wykwita wielka, ciemnoróżowa plama.

– Prosto w serce – usłyszała głęboki, trochę zaczepny męski głos.

Gałęzie naprzeciwko niej rozchyliły się i na polanie pojawił się wysoki, barczysty mężczyzna w czarnym kombinezonie, z karabinkiem w ręku. Twarz miał zasłoniętą ochronną maską, jaką dostawali wszyscy uczestnicy gry paintballowej.

– Powinnaś bardziej uważać – rzucił wesoło, przebiegając obok.

Zaskoczona przyglądała się, jak mężczyzna przecina sprintem polankę i znika w krzakach po drugiej stronie.

Bardziej uważać? – powtórzyła w myślach czując, jak całe podniecenie grą gdzieś z niej wyparowuje. Wyjęła z kieszeni chusteczkę higieniczną i zaczęła ścierać farbę z zielonkawego trykotu koszulki. Bez powodzenia. Tarła uparcie, coraz mocniej, a jednocześnie do oczu napływały jej łzy. Przypomniała sobie bowiem okoliczności, w jakich poprzednio miała na sobie tę bluzkę. To było równo miesiąc temu, podczas ostatniego wyjazdu ze Zbyszkiem.

Pac, pac, pac – na jej plecy posypał się nagle grad trafień, a kiedy odwróciła głowę, pod drzewami po prawej stronie dostrzegła przemieszczającą się małą grupę zawodników. No tak, nic dziwnego, że wykorzystali sytuację, skoro tkwiła na otwartym terenie jak jakaś kretynka. Pomasowała sobie okolice prawej łopatki i ruszyła przed siebie.

Grunt, to się nie rozklejać, pomyślała, składając się do strzału, i od razu poczuła się lepiej.

***

Po skończonej grze Monika oddała maskę i karabinek, na który mówiono tutaj marker, przy stanowisku organizatorów, i zaczęła rozglądać się za Agatą.

Agata, jej koleżanka jeszcze z liceum, miała na punkcie paintballa kompletnego świra. Była jedynym w Polsce kobietą-sędzią klasy międzynarodowej i spędzała w lesie każdą wolną chwilę. Od dawna bezskutecznie namawiała Monikę, żeby też spróbowała. Przed dwoma dniami zadzwoniła znowu.

– Kochana, w sobotę gramy. Tym razem musisz przyjść. Odreagujesz po tym wszystkim.

– Ale ja naprawdę.

– Przecież masz wakacje. Będę po ciebie o ósmej.

Faktycznie, po kilku godzinach biegania, kluczenia, ukrywania się i czołgania Monika musiała przyznać, że Agata miała rację – udało jej się odreagować, to pewne. Zaczęła się rozglądać za przyjaciółką, ale jakoś nie mogła jej znaleźć.

Na kawałku łąki i na wąskiej gruntowej drodze panowało totalne zamieszanie. Samochody wykręcały, rycząc silnikami, trąbiły i wzniecały tumany kurzu. Monika stanęła na poboczu, próbując się zorientować, w którym miejscu po przyjeździe zaparkowały z Agatą, kiedy tuż obok niej zahamował gwałtownie jakiś mężczyzna na czerwonym motocyklu.

– Czekasz na kogoś? – spytał, przekrzykując silnik.

– My się znamy? – zdziwiła się Monika.

– W pewnym sensie – roześmiał się, wskazując różową plamę na jej t-shircie.

Nareszcie mogła mu się dobrze przyjrzeć. Miał wyjątkowo przystojną twarz o regularnych rysach, a w szeroko rozstawionych zielonych oczach migotały młodzieńcze, zawadiackie błyski. Ale szczeniak, uświadomiła sobie Monika. Najwyżej dwadzieścia pięć…

Chłopak przeczesał niecierpliwie palcami zmierzwione, ciemne włosy:

– Wskakuj, podrzucę cię do miasta.

***

Monika przeciągnęła się i otworzyła oczy, a na jej ustach pojawił się rozmarzony uśmiech. To wszystko było jak sen. Ciągle nie mogła uwierzyć, że to się STAŁO zaledwie trzy dni temu. A konkretnie – trzy dni, siedem godzin i dwadzieścia minut. A już na pewno nie mogła uwierzyć, że to się cały czas DZIEJE.

Z zaplecza salonu fryzjerskiego wyszła szczupła blondynka i podeszła do fotela, na którym od pół godziny siedziała Monika z jeżem foliowych igieł na głowie.

– Pobudka – zażartowała i zaczęła uważnie oglądać jeden z pomalowanych farbą kosmyków. – Bardzo będą jasne te refleksy. Tak, jak pani chciała… Poproszę do mycia.

ROZDZIAŁ 3,

w którym nie wiadomo po co pojawia się tajemniczy szatyn

Pochylił się nad umywalką w męskiej toalecie warszawskiego lotniska im. Chopina. Przez chwilę przemywał twarz zimną wodą, w końcu po raz ostatni zanurzył dłonie w orzeźwiającym strumieniu, ochlapał policzki i podniósł wzrok na swoje odbicie. Głębokie cienie pod oczami, blade policzki… wyglądał na zmęczonego. Był zmęczony. Cholernie zmęczony. Oczywiście nie z powodu podróży. Lot z Berlina trwał przecież niecałą godzinę.

Przybliżył twarz do lustra i przesunął palcami po cienkiej bliźnie, ukrytej pod starannie przystrzyżonym, ciemnym zarostem. Jego usta wykrzywił ironiczny uśmiech.

Był pewien, że nie spieprzy tej sprawy. Nie tym razem.

Kilka kropel wody spłynęło mu po szyi, zatrzymując się na ciemnym materiale eleganckiej koszuli. Sięgnął szybko do podajnika, wziął dwa szorstkie, papierowe ręczniki i osuszył twarz, a potem przez chwilę energicznie pocierał nimi skronie, żeby pobudzić krążenie. Rzucił ostatnie spojrzenie w lustro, przeczesał palcami krótkie, ciemne włosy, złapał za rączkę eleganckiej walizki i ruszył energicznym krokiem w stronę wyjścia.

W hali przylotów rozejrzał się uważnie, po czym podszedł do kiosku. Chwilę przeglądał wyłożone gazety, wreszcie kupił tę, w której zauważył najwięcej ogłoszeń, schował ją starannie do bocznej kieszeni w walizce i już szedł szybkim krokiem prosto w kierunku stanowiska firmy wynajmującej samochody.

Siedząca za kontuarem szczupła, ładna blondynka obrzuciła go zaciekawionym spojrzeniem.

- Hello, may I help You?– spytała, uśmiechając się zachęcająco.

– Dzień dobry – odpowiedział, ku jej zaskoczeniu, poprawną polszczyzną. – Chciałbym wypożyczyć samochód.

ROZDZIAŁ 4,

czyli rozmyślania blondynki

Korek zaczął się już w Jankach. W stronę Warszawy, jak okiem sięgnąć, ciągnął się kolorowy sznur aut, pełen wściekłych, spóźniających się właśnie do pracy kierowców. Beata zrezygnowanym wzrokiem wpatrywała się w światła stopu posuwającej się przed nią w żółwim tempie hondy accord. Zapalały się co chwila, sygnalizując Beacie, że również powinna nacisnąć hamulec.

– Jak ja nie lubię poniedziałku! – westchnęła i podkręciła klimatyzację, bo wnętrze auta zaczynało się już nagrzewać. Najbardziej denerwujące było to, że po przeciwnych pasach, szosą w kierunku Katowic, samochody śmigały jeden za drugim, skrępowane tylko znakami ograniczającymi prędkość. Korciło ją, żeby machnąć na wszystko ręką i na najbliższym skrzyżowaniu zawrócić do domu, do synka, ale oczywiście było to zupełnie nierealne.

Miała dziś o dziesiątej spotkanie z zarządem Pawbudu, firmy deweloperskiej, której była właścicielką do spółki z pewnym Niemcem, Johannesem Wiesbaumem. Wiesbaum szczęśliwie trzymał się od spraw firmowych z daleka, ograniczając swoją aktywność do pobierania z konta należnych mu kwot. Natomiast Beatka, jako jednoosobowa rada nadzorcza musiała trzymać rękę na pulsie, choć naprawdę nie miała do tego predyspozycji. Miała za to Zbyszka, kompetentnego pracownika, a przede wszystkim – przyjaciela. Dlatego kiedy odziedziczyła firmę po pierwszym mężu, natychmiast mianowała Zbyszka prezesem, i okazało się, że był to najlepszy ruch, jaki mogła wykonać. Zbyszek zdjął z jej ramion ciężar odpowiedzialności, którego na dłuższą metę nie potrafiłaby dźwigać, a obowiązki Beaty zostały ograniczone wyłącznie do oficjalnych i reprezentacyjnych, do których żadna specjalna wiedza nie była potrzebna. Dlatego czas i energię, zaoszczędzone w ten sposób, postanowiła przeznaczyć na coś innego – za pieniądze odziedziczone po zmarłym mężu założyła fundację pomocy dla wykorzystywanych kobiet. I choć gabinet, w którym urzędowała, znajdował się w nowoczesnym biurowcu na Pięknej, gdzie mieściły się biura Pawbudu, to przede wszystkim zajmowała się tam sprawami swojej fundacji.

Z zamyślenia wyrwało ją natarczywe trąbienie. Machnęła uspokajająco ręką do kierowcy z tyłu i ruszyła, doganiając hondę, która odbiła kilka metrów w przód. Jednocześnie we wstecznym lusterku mignęło jej własne odbicie – twarz bez makijażu, włosy ściągnięte w koński ogon… No cóż, pani prezes jak się patrzy.

Sięgnęła do ogromnej, beżowej torby, wyjęła z niej kosmetyczkę Burberry i, zapatrzona w samochodowe lusterko, zaczęła pokrywać bladą twarz pudrem w kremie. Nie było to łatwe, bo widoczność miała fatalną, ale jakoś sobie poradziła. Następnie wzięła się za robienie oka i kiedy wreszcie zaczęła z grubsza przypominać człowieka, wściekły klakson auta stojącego za nią w korku spowodował, że maznęła się tuszem po policzku.

Cholerny poniedziałek!

ROZDZIAŁ 5

o tym, jak pani prezes radzi sobie z emocjami

.Beata Stokowska, Beata Stokowska, Beata Stokowska.

Ostatni zamaszysty podpis, i Beata z westchnieniem ulgi odłożyła długopis na jasny blat biurka. Podpisywanie dziesiątków dokumentów, których treści w większości nie rozumiała, było czynnością monotonną i bardzo nużącą, dlatego Beatka szczerze jej nie znosiła. Teraz, pocierając palcami skronie, rozparła się wreszcie wygodnie w szerokim, jasnym, skórzanym fotelu i wyciągnęła przed siebie bose stopy – praktyczny przywilej posiadania własnego gabinetu. Eleganckie, ale potwornie niewygodne sandałki na obcasie zdjęła już dawno, co zdecydowanie podniosło wydajność jej pracy.

Nareszcie udało się jej uporać z pierwszym, wyjątkowo pokaźnym stosem papierów, które przygotował dla niej Maciek. Po dwutygodniowej nieobecności było tego naprawdę dużo. Dokumenty podsunięte przez zarząd Pawbudu, dokumenty dotyczące jej fundacji… Bolały ją oczy, kark, prawy nadgarstek, odniosła nawet przedziwne wrażenie, że boli ją długopis. Do tego czuła, że żołądek ma po prostu zaciśnięty w pięść z głodu.

W tym momencie ktoś cicho zapukał do drzwi. Zanim zdążyła jakoś zareagować, drzwi otworzyły się powoli i ukazała się w nich szpakowata głowa Zbyszka Wierzbickiego.

– Można…? – spytał bez uśmiechu.

– To ty?! Chodź…

Zbyszek bez słowa wszedł do środka. Nie wyglądał za dobrze. Garbił się, wyraźnie schudł, a wzrok miał przygaszony i smutny. Powoli podszedł do biurka i zapadł w fotel dla interesantów. Beata przyjrzała mu się z troską. Od razu zwróciła uwagę na jego wymięte spodnie i plamę z przodu koszuli. A więc nadal nie doszedł do siebie po sprawie z Moniką… Kiedy widzieli się poprzednio, Zbyszek był świeżo po zerwaniu. Zrozpaczony, przygnębiony, rozkojarzony. Mimo to, a może właśnie dlatego zgodził się jechać do Berlina w poszukiwaniu dodatkowych funduszy na budowę luksusowego osiedla w Jankach, z którego finansowaniem mieli ostatnio poważne kłopoty.

No cóż, kryzys.

– Tak się cieszę, że cię widzę! – zaczęła sztucznie ożywionym głosem. – Kiedy wróciłeś?

– Dziś rano – odparł ponuro Zbyszek i wlepił puste spojrzenie w ścianę, gdzieś nad ramieniem Beatki.

O Boże, nic mu się nie polepszyło – ze smutkiem uświadomiła sobie Beata.

– Zmęczony? – spytała miękko.

– Trochę.

– Jak rozmowy z Wiesbaumem?

– Tak sobie. Wysłałem ci sprawozdanie mailem.

– Jeszcze dzisiaj zerknę. Napijesz się czegoś?

Zbyszek pokręcił przecząco głową i zapadło między nimi ciężkie milczenie. Beata, nie wiedząc jak je przerwać, wstała i nalała sobie wody do szklanki. Kiedy wróciła na swoje miejsce, Zbyszek odetchnął głęboko i spytał pozornie obojętnym tonem:

– Co u Moniki?

– U Moniki? – Beata nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Nie widziała jeszcze przyjaciółki po powrocie z wakacji. Poza tym miała wrażenie, że wszystko, co powie, w jakiś sposób Zbyszka zrani. – U niej… Nie wiem dokładnie… chyba wszystko dobrze.

– Aha – przyjął do wiadomości. – A. nie wiesz, czy kogoś ma? – drążył dalej z uporem masochisty.

– Nie! Nie, no coś ty!

– Jest wolna. Może być z kim chce – zadeklarował grobowym głosem i dla odmiany wbił wzrok w podłogę.

Beata pokręciła głową.

– Zbyszek… daj spokój. Może wszystko się jeszcze jakoś ułoży? Co ja mówię, na pewno się ułoży! Ona też to wszystko przeżywa, też jej nie jest łatwo. Musisz jej dać trochę czasu.

Zbyszek ukrył twarz w dłoniach, a kiedy po chwili spojrzał na Beatkę, wydawało jej się, że w jego oczach dostrzega łzy.

– Beata, ja ją wciąż kocham – wyszeptał. – I tak strasznie za nią tęsknię. – Znowu ciężko westchnął i z wysiłkiem podniósł się z fotela. – Aha, jeszcze jedno. Mam prośbę.

– Jasne, mów. – Beata również się podniosła i podeszła do niego. Myślała, że prośba Zbyszka będzie dotyczyć Moniki, ale pomyliła się.

– Nie bardzo mam teraz gdzie mieszkać. Chwilowo nocuję na budowie, to znaczy, rozumiesz, w biurze… Mógłbym się tam zatrzymać, dopóki czegoś nie wynajmę?

– Oczywiście! – Beata pogłaskała go serdecznie po ramieniu – A może wołałbyś u nas? Mamy przecież tyle miejsca…

– Nie. Nie… – odpowiedział cicho. – Biuro mi wystarczy. Idę! Na razie…

– Trzymaj się – uścisnęła go na pożegnanie. I dodała dobitnie:

– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz!

– Jasne – uśmiechnął się słabo Zbyszek.

Kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi, Beata jeszcze chwilę patrzyła zamyślona przed siebie, a potem zdecydowanym krokiem podeszła do biurka i sięgnęła po słuchawkę telefonu stacjonarnego.

– Monisia? Tak, już wróciliśmy… Jak ty się trzymasz, kochana? Słuchaj, tak sobie pomyślałam, czy byś czasem nie wyskoczyła do centrum na kawę? Coffee Heaven przy Świętokrzyskiej? Za pół godzinki?

Beata odłożyła słuchawkę, chwyciła komórkę i kluczyki do auta, i otworzyła torebkę, żeby je wrzucić do środka. Większość przestrzeni w torebce wypełniały koperty i rachunki, które rano zgarnęła z domu, i o których od tamtej pory na śmierć zdążyła zapomnieć. Bez sensu się z tym nosić, stwierdziła, wyjmując gruby plik korespondencji i kładąc na biurku. Na samej górze sporego stosu znalazła się duża, szara koperta z adnotacją „do rąk własnych”. A właśnie, miałam sprawdzić, co to – przypomniała sobie Beata i zdecydowanym ruchem rozerwała kopertę. Na białej kartce papieru znajdowało się tylko jedno zdanie.

Beatka przeczytała je raz. Potem drugi, a kiedy jego treść wreszcie do niej dotarła, osunęła się zemdlona na podłogę.

ROZDZIAŁ 6,

na którym zarabia agencja nieruchomości

– … To jest bardzo dobra dzielnica, a mieszkanie, sam pan widzi… cacko! I jaki znakomity widok! Jeden z najlepszych w Warszawie – agentka nieruchomości otworzyła z rozmachem podwójne drzwi balkonowe i, dla potwierdzenia swych słów, zatoczyła ręką szeroki krąg.

Wyszedł na balkon i rozejrzał się ciekawie. Na tle błękitnego nieba rysowały się ostrym konturem charakterystyczne sylwetki warszawskiego City.

– Piękny balkon, można tu urządzać wspaniałe przyjęcia – zachęcała agentka.

Ta energiczna kobieta musiała być dobrze po pięćdziesiątce, choć na pierwszy rzut oka nie było tego wcale widać. Młodzieżowo ubrana, modnie ostrzyżona atrakcyjna blondynka, emanowała rzadko spotykaną pogodą ducha i pozytywną energią.

Przeszła właśnie tanecznym krokiem w stronę połączonej z salonem kuchni.

– Mieszkanie jest w pełni wyposażone: zmywarka, mikrofala, a nawet, uwaga, specjalna lodówka na wina.

– A pralka, suszarka?

– Tak, oczywiście. W pomieszczeniu gospodarczym. O, proszę – agentka otworzyła wąskie drzwi w bocznej ścianie kuchni.

– A co z garażem?

– Jest, oczywiście. Przepiękny garaż podziemny, bardzo szerokie miejsce, łatwo zaparkować.

– Czy winda jedzie z garażu?

– Tak, jak najbardziej. Naprawdę, to mieszkanie to świetna okazja. Szczególnie za tę cenę. Więc jak będzie? Decyduje się pan?

– Pani… – tu zerknął na elegancką wizytówkę, którą trzymał w ręku – …Anno, sprawa wygląda tak, że potrzebuję mieszkania maksimum na trzy miesiące.

– Ale jest pan zainteresowany?

– Tak.

– Proszę chwilę zaczekać – pani Anna uśmiechnęła się, przeszła do salonu i po chwili prowadziła przez telefon ożywioną dyskusję. Kiedy wróciła, jej uśmiech był jeszcze szerszy.

– Załatwione. Wynajem na kwartał, płatne z góry. Zapraszam jutro do nas do agencji, dokończymy formalności.

– Świetnie – uśmiechnął się, zadowolony. Apartament był faktycznie znakomity, szczególnie do jego celów. I to położenie, w samym centrum! Najciemniej jest zawsze pod latarnią, pomyślał, wychodząc za agentką na elegancką klatkę schodową.

ROZDZIAŁ 7,

Czyli o tym, jak Monika niechcący dobija Beatkę

Beata, wchodząc do Coffee Heaven przy Świętokrzyskiej, czuła się fatalnie. Na tyle doszła do siebie po omdleniu, że była w stanie prowadzić samochód, jednak czuła, że jest na granicy histerii. Oddychała z trudem i z całej siły zaciskała wargi, żeby nie wybuchnąć płaczem. Między innymi dlatego obiecała sobie, że na razie nie przyzna się Monice do niczego. Nie tak na świeżo. Nie przy ludziach. Nie, na razie – nie!

Ale natrętne pytania powracały, nieproszone. Jak on mógł jej to zrobić?! Jak?! I dlaczego akurat z niańką?!

Zmusiła się, żeby kilka razy głębiej odetchnąć i zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu przyjaciółki. Podświadomie szukała wzrokiem kobiety smutnej i nieszczęśliwej, bo przecież Monika po rozstaniu ze Zbyszkiem nie miała prawa wyglądać inaczej.

– No hej, tutaj jestem! – usłyszała nagle radosny okrzyk i zobaczyła machającą do niej wesoło przyjaciółkę. Monika stała przy stoliku na drugim końcu sali. Ostrzyżona krótko i ekstrawagancko, ubrana w kusą, jaskrawoszmaragdową kieckę w kształcie trapezu, która odsłaniała śmiało ramiona, a jeszcze śmielej nogi, z pewnością nie wyglądała na osobę pogrążoną w depresji.

Beata ruszyła do niej przez salę nie bardzo wiedząc, czy powinna się z tego cieszyć, czy raczej martwić.

Cmoknęły się na powitanie w policzek. Wyjątkowo intensywny zapach „Envy” Gucciego, unoszący się wokół Moniki, również nie bardzo pasował do jej codziennego, sportowego wizerunku nauczycielki wf.

– No, co tam u ciebie? – zaczęła podekscytowanym tonem Monika, nachylając się nad stolikiem. W jej głęboko wyciętym dekolcie błysnął czernią biustonosz push up. A jeszcze miesiąc temu nabijała się z kobiet, które w ten sposób eksponują biust!

Jednocześnie widać było wyraźnie, że dużo bardziej niż nowiny interesuje Monikę jej własna komórka. Cały czas obracała ją w palcach, zerkając co chwila niecierpliwie na wyświetlacz.

Beata nie wiedziała, co odpowiedzieć. W głowie cały czas pulsowało jej jedno zdanie: TWÓJ MĄŻ ZDRADZA CIĘ Z NIAŃKĄ, ale nie była w stanie wypowiedzieć go na głos. Zamiast tego nabrała powietrza i wypaliła:

– Widziałam się ze Zbyszkiem!

– Aha – w głosie Moniki, nie było ani deka zaciekawienia. Za to wyraźnie się ożywiła, kiedy ciche piknięcie zasygnalizowało nadejście sms-a.

Beata przyglądała jej się, zszokowana.

– Monika, no coś ty?! Byliście ze sobą prawie trzy lata i nawet nie spytasz, co u niego?

– OK. Co u niego?

– Wygląda jak z krzyża zdjęty. Strasznie przeżywa to wasze rozstanie. Strasznie… Czy ty mnie w ogóle słuchasz?!

Monika właśnie wystukiwała pracowicie odpowiedź na klawiaturze komórki.

– Hm… tak… o Zbyszku mówisz, że przeżywa… – nacisnęła wyślij i dopiero wtedy spojrzała na przyjaciółkę – No, przecież wiem. Będę go miała na sumieniu. Ale trudno, nic nie poradzę. I please, Becia, nie patrz tak na mnie, jakbym ci ciotkę zamordowała – zasunęła klapkę komórki, ziewnęła leniwie i sięgnęła po torebkę. – Idę po kawę. Jak się nie napiję, to padnę. Ostatnio… mało sypiam nocami. Ty jaką chcesz?

– Wszystko jedno… – Beata oszołomiona patrzyła, jak przyjaciółka wstaje od stolika, przeciąga się jak kot powodując, że sukienka podjeżdża jej prawie do pępka, a potem rusza przez salę, kołysząc szczupłymi biodrami. Kołysząc biodrami? Monika?! Ona, która nigdy, nawet kiedy była po uszy zakochana w Zbyszku, nie podkreślała swojej kobiecości i twierdziła, że mężczyzna powinien kochać kobietę za jej wnętrze, bo wnętrza nie da się umalować? Dziwny sposób odreagowywania po rozstaniu z facetem.

Zanim Beata zdążyła pogrążyć się na nowo w czarnej rozpaczy spowodowanej anonimem, Monika postawiła na stoliku dwie wysokie szklanki z beżowym, aromatycznym płynem i zadowolona opadła na fotel.

– Muszę ci coś powiedzieć… – zaczęła tajemniczym głosem.

– Tak?

– Mam nowego faceta!

– Co?! – Beata zakrztusiła się kawą.- Jak to, masz faceta?

– No, normalnie. Poznaliśmy się na paintballu. On jest… po prostu rewelacyjny… – na twarzy Moniki pojawiło się rozmarzenie.

Beata przez chwilę nie mogła z siebie wydusić słowa.

– Przecież dopiero zerwałaś ze Zbyszkiem – jęknęła w końcu oszołomiona.

– I to znaczy, że do końca życia mam tkwić w celibacie? Daj spokój! – Monika wzruszyła ramionami -Zresztą… samo tak jakoś wyszło… Nic nie poradzę. I wiesz, co? Znowu jestem szczęśliwa. Klin klinem. Borys jest zupełnie inny niż Zbyszek. Taki… energetyczny. Uprawia różne sporty, sztuki walki, jeździ motocyklem, naprawdę mamy ze sobą dużo wspólnego.

Beata spiorunowała ją wzrokiem:

– Jak możesz?! Przecież to zdrada!

Monika wydęła wargi.

– O czym ty mówisz, Becia? Jestem wolna i mogę robić, co chcę. A chcę być z Borysem. Z nim się nie można nudzić, nie to, co ze Zbyszkiem. Zbyszek po pracy to tylko kanapa i gazeta. Nawet na kino trudno go było namówić. A jak już się gdzieś ruszał, to na działkę do córki, bawić wnuka. Wnuka, rozumiesz?! Czy ja, do cholery, wyglądam na babcię? Becia, ja mam dopiero trzydzieści lat.

– Trzydzieści trzy konktretnie!

– .i nie zamierzam dać się żywcem pogrzebać!

– Jakie pogrzebać! – zirytowała się Beata. – Chyba zwariowałaś, dziewczyno! Zbyszek to cudowny człowiek i kochał cię do szaleństwa. Co ja mówię, ciągle kocha! A to, że taki spokojny, to pamiętam, kiedyś ci bardzo odpowiadało.

– Za spokojny. I skończmy ten temat. Dla mnie Zbyszek to już zamknięty rozdział.

Przyjaciółki, obie zdenerwowane, choć każda z innego powodu, mierzyły się coraz mniej przychylnymi spojrzeniami. Po chwili nieprzyjemnego milczenia pierwsza odezwała się Beata.

– Nie rozumiem, jak możesz… przecież Zbyszek cierpi… nie widzisz tego?!

Odpowiedziała jej cisza. Monika pochylona nad komórką, znowu coś na niej wystukiwała. Beata poczuła, jak powoli budzi się w niej wściekłość.

– Jak, mówiłaś, ten twój nowy książę z bajki ma na imię? Bogdan? Bohun?

– Borys! Jest taki… przystojny, inteligentny, szalony…

– A czym on się zajmuje, ten ideał?

– Studiuje kulturoznawstwo.

– Co, przepraszam, robi?!

– Studiuje. Kulturoznawstwo. Na uniwerku.

– Jak to? To ile on ma lat?!

– Dwadzieścia trzy! – odpowiedziała Monika zaczepnym tonem. – A bo co?

Beata poczuła nagle, że ma już dosyć tej rozmowy i dziwnego zachowania przyjaciółki. Zaczęła zbierać swoje rzeczy ze stolika. Zapragnęła nagle, żeby znaleźć się w swoim łóżku, wtulić w poduszkę i płakać, płakać, płakać..

– Chyba ci kompletnie odbiło. Przecież on mógłby być twoim.

– No, synem raczej nie – zakpiła Monika.

– Ale uczniem owszem! Czy ty kompletnie zwariowałaś? – Beata wstała gwałtownie.

Chwyciła torebkę i ruszyła w kierunku wyjścia.

– Poczekaj! – Monika dogoniła ją przy drzwiach.

Beata, mimo wszystko skłonna się pogodzić, przystanęła na progu.

– Mówisz tak… – usłyszała – bo jesteś zazdrosna.

– Coo?! – Beatę zamurowało. – Ja? Zazdrosna? Przecież ja tego Borysa nawet nie znam!

Monika uśmiechnęła się z wyższością.

– Oczywiście, że jesteś zazdrosna. O to, że moje życie uczuciowe kwitnie, a twoje już nie! Cześć! – i wybiegła na zalaną słońcem ulicę.

ROZDZIAŁ 8,czyli bilans szkód

Beata, połykając łzy, zmierzała szybkim krokiem w kierunku parkingu pod Filharmonią, gdzie zostawiła swoje volvo kombi. Monika niechcący trafiła ją w najczulszy punkt. Jeszcze do wczoraj Beata była absolutnie przekonana, że jej życie uczuciowe kwitnie jak ogród botaniczny wiosną. Owszem, zmieniły się proporcje, codzienność trochę przytłoczyła dawny romantyzm, a w łóżku nie było już tak ekscytująco jak na początku, ale cóż, nie można przecież mieć wszystkiego. Nie tylko seks się liczy. W każdym związku na dłuższą metę przestaje być ważna adrenalina, a zaczyna się liczyć przyjaźń, wsparcie, wzajemne zaufanie. Beata nagle poczuła się tak, jakby zaraz miało jej z hukiem pęknąć serce. Zaufanie! Po tym, co zrobił jej pierwszy mąż, obdarzenie zaufaniem Andrzeja nie było proste. A kiedy się w końcu udało, kiedy pokochała go całym sercem wierząc bez zastrzeżeń w jego miłość i dobre intencje, okazało się, że to wszystko jest nic niewarte. Po prostu nic.

Beata dotarła wreszcie do samochodu. Po dłuższej chwili poszukiwań wyjęła kluczyki z torebki, nacisnęła guzik na pilocie i wsiadła do nagrzanego, dusznego wnętrza. Nie zwracając uwagi na cieknące jej po twarzy łzy, wrzuciła wsteczny, nacisnęła gaz i z impetem wpakowała się w przejeżdżające z tyłu błękitne renault laguna z logo TVP info na drzwiczkach.

***

Szkody okazały się niewielkie. To znaczy volvo nie ucierpiało wcale, a renówce tylko lekko wgniotły się boczne drzwi.

Mimo to Beata zareagowała klasycznie, czyli najpierw wybuchła niepohamowanym płaczem, a potem sięgnęła po komórkę i w pierwszym odruchu zadzwoniła do Andrzeja. Niestety, po ośmiu sygnałach włączył się sygnał poczty głosowej. Spróbowała jeszcze raz, znów to samo.

A przecież do tej pory zawsze odbierał! Zawsze! Nawet jeśli wyłączał telefon na czas zabiegów, od razu zgłaszała się poczta głosowa.

Na pewno jest teraz z tą. tą. A kiedy wyobraziła sobie męża w niedwuznacznej sytuacji z Marysią, oparła czoło o kierownicę i rozpłakała się jeszcze bardziej.

– Mąż. nie. o.o.odbiera – wyszlochała, zachłystując się łzami.

Przystojny trzydziestolatek, kierowca potrąconej renówki, pochylił się nad Beatką z troską.

– Czyli że auto należy do męża? – zapytał niepewnie, nie bardzo wiedząc, jak w tej sytuacji zareagować. Pomimo tego, że wina Beaty była ewidentna, w jego tonie pobrzmiewała raczej życzliwość niż pretensja.

– Nieee, do mnie – pociągnęła nosem Beata.

– Naprawdę, nie ma o co tak płakać – mężczyzna wyglądał na zdziwionego.

– Nic pan nie rozumie…!

Udało jej się wygrzebać z czeluści torebki paczkę chusteczek i próbowała się jakoś doprowadzić do stanu używalności.

– To co teraz będzie? Czy. czy pan wezwie policję? – spojrzała na mężczyznę błagalnie, zaczerwienionymi od płaczu oczami.

Mężczyzna spojrzał na swój samochód, potem na zegarek, i znów na samochód.

– Wie pani co? Odpuścimy sobie tę policję. I mężowi też niech pani głowy nie zawraca. Mnie się spieszy jak cholera, za pół godziny muszę być w studio, a szkoda tak naprawdę minimalna. Oświadczenie wystarczy. Zwłaszcza, że to służbowe auto – uśmiechnął się do Beatki porozumiewawczo. – No, niech się pani nie denerwuje – dodał. – Nie zabiorą pani za to prawa jazdy.

Wyjął ze swojego auta dużą, skórzaną teczkę i wyłowił ze środka czysty arkusik papieru.

– Proszę mi tylko podać pani imię i nazwisko.

ROZDZIAŁ 9,

w którym Beatka robi to, co umie najlepiej – pogrąża się w rozpaczy

Beata zawsze wracała z pracy jak na skrzydłach, nie mogąc się doczekać, kiedy zobaczy męża i synka. Dzisiaj wlokła się sześćdziesiątką, całą drogę zastanawiając się, jak ma wyglądać jej spotkanie z Andrzejem. Raz wydawało jej się, że powinna natychmiast z nim porozmawiać, pokazać mu list, poprosić o wyjaśnienia, chwilę później pomysł wydawał jej się niedorzeczny i głupi. Andrzej nie mógłby zrobić czegoś takiego, myślała, jestem pewna! Przy czym ta pewność trwała minutę, wypierana przez powracający nie wiadomo skąd refren piosenki „Facet to świnia”. Jednocześnie samopoczucie zmieniało się jej jak w kalejdoskopie, trochę pochlipywała, trochę uśmiechała pocieszająco do swojego odbicia w lusterku – bardzo męcząca huśtawka. A na dodatek dzisiejsza sprzeczka z Moniką sprawiła, że Beata nie mogła zrobić jedynej rzeczy, która pomogłaby jej ze stuprocentową skutecznością – nie mogła wyżalić się przyjaciółce. I właśnie kiedy o tym myślała, zadzwoniła komórka. Nie patrząc nawet, kto dzwoni, Beata otworzyła aparat.

– Słucham?

– Masz podłączony zestaw czy tak gadasz? – Monika podarowała Beacie na gwiazdkę zestaw słuchawkowy i lubiła sprawdzać, czy go używa.

– Nie wiem, gdzieś mi się zapodział – przyznała się od razu Beatka. – Jak dobrze, że dzwonisz.

Monika od razu rozpoznała specyficzny ton w głosie przyjaciółki.

– Ryczałaś. Coś się stało?

Beata minęła właśnie białą tablicę z napisem „Czerwińsk”. Jeżeli teraz zacznie się zwierzać przyjaciółce, nic nie zdoła powstrzymać potoku łez i do domu wróci napuchnięta jak Michelin.

– Nic… To znaczy… stało się… ale to nie na telefon.

Po stronie Moniki na chwilę zapadła cisza.

– Chodzi ci o mnie i Borysa?

– Nie, nie! – zaprzeczyła gwałtownie Beata. – I przepraszam, że… tak dziś na ciebie wsiadłam.

– Daj spokój… – stwierdziła Monika. – Już wybaczone. Kurczę, Becia, czyli musimy się znowu koniecznie spotkać. Jutro koło dziesiątej, OK?

– OK – zgodziła się smętnie Beatka, choć tak naprawdę wsparcia potrzebowała natychmiast.

– Podjechać