Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Dodaj do znajomych ebook

Zuzanna Łapicka  

4.06976744186047 (86)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 201 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dodaj do znajomych - Zuzanna Łapicka

Janusz Głowacki zawsze powtarzał Zuzannie Łapickiej: – Powinnaś pisać. Wreszcie go posłuchała!
Życie Zuzanny Łapickiej, córki Andrzeja Łapickiego, byłej żony Daniela Olbrychskiego, to idealny materiał na scenariusz serialu z życia tak zwanych wyższych sfer artystycznych, nie tylko Polski. W swej książce Łapicka kreśli portrety kilkudziesięciu intrygujących postaci, które spotkała, choćby Krzysztofa Kieślowskiego i Andrzeja Żuławskiego, ale równie ważny jak one same jest sposób, w jaki na nie patrzy: przenikliwie i dowcipnie. Zuzanna Łapicka pisze między innymi o Agnieszce Osieckiej i Jeremim Przyborze, o Federico Fellinim spotkanym w Cinecittà i Janie Pawle II odwiedzanym w Watykanie, o Andrzeju Wajdzie, Krystynie Jandzie i Magdzie Umer, Gustawie Holoubku i Tadeuszu Łomnickim, Elżbiecie Czyżewskiej i Jerzym Skolimowskim, Stanisławie Dygacie i Tadeuszu Konwickim i wielu innych, o emigracyjnym Paryżu z lat 80. i Warszawie, której już dziś nie ma.

„Od wielu osób słyszałam wielokrotnie, że powinnam swoje wspomnienia zanotować. Mówiono mi tak zwłaszcza wtedy, gdy zabawiałam towarzystwo anegdotami o znanych i intrygujących osobach, które udało mi się w życiu spotkać. Zabierałam się za pisanie parę razy, a potem je zarzucałam. W końcu uznałam, że jednak powinnam. Nie ma co odkładać na później, bo może nie być później, jak mawiała Agnieszka Osiecka. Nie jestem pisarką, dlatego doszłam do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli moje zapiski będą miały taki sam kształt jak moje towarzyskie monologi. Będą trochę chaotyczne, pełne dygresji oraz skoków w czasie i przestrzeni, między Paryżem, Warszawą, Chałupami i Nowym Jorkiem” – Zuzanna Łapicka

Opinie o ebooku Dodaj do znajomych - Zuzanna Łapicka

Fragment ebooka Dodaj do znajomych - Zuzanna Łapicka

Redakcja: Józef Stefanek

Korekta: Monika Ochnik

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Fotoedycja: Katarzyna Bułtowicz

Przygotowanie zdjęć do druku: Anna Biała

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki):

Maciej Zienkiewicz dla „Newsweek Polska” – okładka; archiwum Zuzanny Łapickiej s. 14, 24, 28, 31, 45, 48, 51, 56, 59, 60, 62, 65, 66, 69, 71, 76, 80, 87, 88, 93, 99, 101, 102, 104, 107, 108, 109, 112, 115, 120, 132, 135, 138, 143, 146, 156, 159, 160, 166, 174, 178, 183, 191, 194, 196, 200, 202, 207, 208, 210, 214, 219, 226, 228, 232, 235, 238, 241, 246, 248, 251; Piotr Porębski dla magazynu „Viva” s. 6; Wojciech Druszcz/Agencja Gazeta s. 34; Magda Umer s. 72, 82, 129, 184, 221; archiwum Krystyny Cierniak-Morgenstern s. 96; Szymon Szczęśniak s. 119; Stefan Kurzyp/Filmoteka Narodowa s. 122; Magdalena Czapińska s. 151; Mirosław Stankiewicz/TVP/East News s. 186; archiwum Katarzyny Gintowt s. 191, 192; archiwum Moniki i Witolda Markowiczów s. 222, 225; archiwum Małgorzaty Wende s. 242; Zenon Żyburtowicz/East News s. 244

Agora SA oświadcza niniejszym, że pomimo podjętych starań nie udało jej się ustalić osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce (poza oznaczonymi powyżej).

Osoby uprawnione z tytułu tych praw prosimy o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel. 22 555 40 00) w celu uregulowania należności prawnoautorskich.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Zuzanna Łapicka 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2134-9 (epub), 978-83-268-2135-6 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Arturowi i Wojtkowi, nieobecnym na kartach tej książki, a tak bardzo obecnym w moim życiu

Z Magdą i Krysią mamy wspólne wspomnienia, nie musimy sobie niczego tłumaczyć

Wstęp
ZUZIU, TY MUSISZ PISAĆ

Kiedy w stanie wojennym znalazłam się z Danielem, naszą córką Weroniką, Magdą Umer i jej synem Mateuszem na tymczasowej emigracji w Paryżu, odwiedziła nas Agnieszka Osiecka. Prowadziliśmy długie nocne Polaków rozmowy – zastanawialiśmy się na przykład nad pojęciem patriotyzmu, co on dla nas oznacza i na czym polega nasza tęsknota za krajem. Agnieszka powiedziała wtedy: – „Ja tęsknię najbardziej za ławeczką w Alejach Ujazdowskich. To jest mój patriotyzm”. – „No i za Głową na Krakowskim Przedmieściu” – zawołałyśmy chórem. Janusz Głowacki w rozpiętej, białej koszuli spacerujący codziennie od Czytelnika na Wiejskiej do kawiarni Literatów przy placu Zamkowym, gdzie spotykaliśmy się na najlepszych na świecie pierogach ruskich. To był obrazek, który wywiozłam pod powiekami na paryską emigrację, niczym wilnianie Ostrą Bramę.

– „Tak, za naszego Głowę poszłabym bić się na barykady” – rozkręcała się coraz bardziej Agnieszka. Już tylko czekałam, jak zacytuje wieszcza Wyspiańskiego: – „A jak my, to my się rwiemy ino do jakiej bijacki. Z takich jak my był Głowacki”. Asystujący przy tej rozmowie Francuzi, którym próbowałyśmy ją tłumaczyć, nic z tego nie rozumieli. Ja z kolei niczego nie rozumiałam z problemów, którymi oni żyli. Wiedziałam, że wybory prezydenckie właśnie wygrał François Mitterrand, ale do głowy mi nie przyszło, że ten potomek królewskiego rodu może być lewicowy. Kiedy na projekcji „Dantona” (1982) Andrzeja Wajdy w paryskiej Cinémathèque usiadłam tuż za nim i poprosiłam grzecznie, czy nie może przesunąć się lekko w prawo, bo nie widzę ekranu, usłyszałam salwę śmiechu. Obecni goście uznali moją prośbę za świetny polityczny dowcip. I tak dzięki marnemu wzrostowi zyskałam wśród obecnych tam dziennikarzy miano odważnej politycznie Polki. Francuskie media interesowały się wtedy artystami z Polski, którym udało się wyrwać z objętego stanem wojennym kraju. Pierwszego dnia po przyjeździe do Paryża Krysia Janda została zaproszona do głównego wydania francuskich wiadomości. Miała na sobie szary żakiet z wpiętym w klapę opornikiem, a na ręku czarną żałobną opaskę. Na pytanie dziennikarza, czy to żałoba po Polsce, zaczęła płakać. Nie odpowiadała na żadne pytanie prowadzącego to wydanie specjalne, tylko płakała. Zrobiło to takie wrażenie na Francuzach, że następnego dnia pisały o tym wszystkie gazety.

Daniel, który chwilę po wylądowaniu na paryskim lotnisku miał miarę kostiumów do filmu Josepha Loseya „Pstrąg” (1982) u samego Diora, powiedział dziennikarzom: – „Rozbierają mnie dzisiaj już drugi raz, pierwszy raz na lotnisku w Warszawie”. Fakt, że przed wylotem z Warszawy celnicy zrobili mu mało przyjemną rewizję osobistą.

Mimo wrażenia, jakie robił na nas Paryż, i zainteresowania nami największych artystów tego kraju, czuliśmy się wyrzuceni z własnego domu. Szukaliśmy się nawzajem, spotykaliśmy po domach. Codziennie staraliśmy się dowiadywać, komu udało się dojechać. Nie było przecież komórek ani internetu. Sens genialnego zdania Głowy – „Na emigracji traci się wszystko oprócz akcentu” – coraz bardziej do nas docierał. Nic nas nie obchodziły francuskie filmy, bulwarowe sztuki teatralne. Telewizja była nie do oglądania, same durne teleturnieje i rozrywkowe show. Agnieszka Osiecka, patrząc na to w kuchni naszego paryskiego mieszkania, mówiła proroczo: – „Zobaczysz, to do nas przyjdzie za parę lat”. Nie myślałam wtedy, że nie tylko przyjdzie, ale będę tę komercję osobiście produkować, przez dwadzieścia lat pracy w TVP. Wtedy wydawało się nam, że nigdy nie wrócimy do zniewolonego kraju. Zajmowaliśmy się pakowaniem paczek dla internowanych, szukaniem osób, które zgodzą się przewozić wydawnictwa Kultury paryskiej do Polski. Jedną z takich odważnych była, oczywiście, Agnieszka Osiecka. Przed powrotem do Polski pakowała w naszym paryskim mieszkanku walizkę. Przeczuwając, że będzie rewidowana, poprosiła, żebym kupiła w sklepie na dole dwa tekturowe pudełka proszku do prania. – „Na dnie położymy książki z Kultury, przysypiemy proszkiem i nikt tam nie zajrzy” – tłumaczyła mi zachwycona swoim pomysłem.

Zrobiłam, jak kazała. Ale kiedy przed wyjściem zobaczyła się w wiszącym w przedpokoju lustrze, z dwoma pudełkami Persilu w rękach, jęknęła: – „No, teraz to każdy celnik mnie zatrzyma”.

Włożyła książki do walizki, dotarły szczęśliwie do kraju, a ja przez wiele tygodni prałam tak zawzięcie, że pewnego dnia wyprałam Danielowi zwitek franków, które trzymał w kieszeni dżinsów. Tak na mnie nakrzyczał, że zrozumiałam wtedy, iż pranie pieniędzy to niebezpieczne zajęcie.

Z kolei przewiezienia z Polski do Paryża wydawanych w podziemiu książek podjęła się Magda Umer. Wyrzucona, jak to wtedy nazywano – „niezweryfikowana” przez władze TVP jako groźny wróg socjalizmu, znalazła się bez środków i bez chęci do życia. Stanęliśmy na głowie, chcąc wydobyć ją z dzieckiem z kraju. Dzięki pomocy Krysi Zachwatowicz i Andrzeja Wajdy po paru miesiącach pojawiła się w naszym podparyskim domu razem z pięcioletnim synkiem. Mateusz zaczął chodzić do francuskiego przedszkola, a Magda, żeby dorobić, przepisywała wspomnienia Ireny Krzywickiej, która – jak się okazało – mieszkała w tej samej miejscowości co my. Trafić w miasteczku typu Grodzisk na słynną gorszycielkę Krzywicką, która – jak mówiono – „świat zdobyła pod Boyem”, to duża wygrana. Irena mieszkała w dużym domu pod lasem razem z synem fizykiem, który po przebytej w dzieciństwie chorobie Heinego-Medina był sparaliżowany. Sama traciła wzrok i widziała tylko zarysy, a mimo to wypatrywała żony dla swojego syna. Pokładała wielkie nadzieje w Magdzie.

Irena prowadziła salon literacki dla naszej emigracji. Bywali tam Kazimierz Brandys z żoną Marysią, Jacek Kaczmarski, Anka Kowalska z poetą Jackiem Bierezinem, Agnieszka Holland, Mirek Chojecki oraz cała grupa mieszkająca wtedy w pobliskiej miejscowości, w domu zwanym przez nas żartobliwie motelem Lambert. Rzeczywiście nastrój przypominał czasy Wielkiej Emigracji, kiedy to w hotelu Lambert na Wyspie Świętego Ludwika „Mickiewicz recytował, Chopin improwizował, nuda jak zwykle” – jak pisał Norwid w listach do przyjaciół. Tworzyliśmy prawdziwie emigracyjną rodzinę, spotykaliśmy się, żeby wspólnie śpiewać przy gitarze Kaczmarskiego czy uzdolnionego muzycznie reżysera Janusza Kijowskiego. Mała Julka Kijowska, dziś świetna aktorka, spała grzecznie w łóżeczku. Często odwiedzała nas Krysia Janda, wpadała swoim białym bmw między zdjęciami do filmów. Grała wtedy z gwiazdami francuskiego kina – Lino Venturą, Michelem Piccolim, co nam bardzo imponowało. A z kolei tym gwiazdom imponowali niezłomni artyści z Polski, okupowanego kraju. Jak wiadomo, Francuzi niezłomności wobec okupanta nie mają we krwi.

Kiedy po wojnie sądzono aktorkę Arletty za sypianie z Niemcami podczas okupacji, zwłaszcza z pewnym porucznikiem Luftwaffe, spokojnie odpowiedziała: – „Trzeba było ich nie wpuszczać”, a mowę obronną zakończyła patetycznym zdaniem: – „Moje serce należy do Francji, ale moja dupa jest międzynarodowa”.

Byliśmy więc we Francji darzeni szacunkiem, organizowano nam pracę i warunki do życia. Niektórzy, jak Andrzej Żuławski, byli tu zadomowieni wcześniej, w jego domu „w drodze do Fontainbleau”, spotykaliśmy paryską elitę intelektualną. Andrzej Wajda z kolei gościł nas w pięknym, wynajętym przez produkcję „Dantona” apartamencie przy Rue de la Baume. W jednym pokoju Robespierre Pszoniak prowadził rewolucyjny dialog z Dantonem Depardieu, a w drugim Krysia Zachwatowicz pakowała paczki dla naszych rewolucjonistów internowanych w Białołęce. Krysia, zawsze walcząca, ubierała się na czarno albo szaro, bo przecież nie wypadało inaczej, skoro w Polsce był stan wojenny. Opieprzała Wojtka Pszoniaka, że ten kupuje sobie płaszcz Kenzo. Pszoniak na to, że będzie sobie kupował, co chce.

Czas emigracji bardzo nas do siebie zbliżył. Moja przyjaźń z Krysią Jandą i Magdą Umer zawiązała się wtedy na dobre i na złe i trwa do dziś. Nie musimy sobie niczego tłumaczyć, mamy wspólne wspomnienia. Każdą rozmowę zaczynamy od słów: – „A pamiętasz, jak...”.

Od wielu osób słyszałam wielokrotnie, że powinnam swoje wspomnienia zanotować. Mówiono mi tak zwłaszcza wtedy, gdy zabawiałam towarzystwo anegdotami o znanych i intrygujących osobach, które udało mi się w życiu spotkać. Nawet Głowa powtarzał mi: – „Zuziu, ty musisz pisać”. I jeszcze dawał mi różne literackie rady, które pozwolę sobie zachować tylko dla siebie.

Zabierałam się za pisanie parę razy, a potem je zarzucałam. W końcu uznałam, że jednak powinnam. Nie ma co odkładać na później, bo może nie być później, jak mawiała Agnieszka Osiecka. Nie jestem pisarką, dlatego doszłam do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli moje zapiski będą miały taki sam kształt jak moje towarzyskie monologi. Będą trochę chaotyczne, pełne dygresji oraz skoków w czasie i przestrzeni, między Paryżem, Warszawą, Chałupami i Nowym Jorkiem.

Z grona osób mi bliskich wybrałam osoby publiczne, powszechnie znane. Uznałam, że jeśli i tak mają to nieszczęście być bohaterami mediów, którym przypisuje się wyssane z palca historie, to moje anegdoty nie wyrządzą im większej krzywdy wizerunkowej.

Zacznę najprościej, jak się da, od osoby na pierwszą literę alfabetu. Dalej opowieść potoczy się niejako naturalnie, jakby to ona decydowała o tym, kto, w którym momencie ma się tu pojawić.

Daniel, Andrzej Żuławski i ja. Miałam szczęście obcować z artystami w ich najlepszych latach. Paryż, 1979

Rozdział 1
WOLAŁBY TALENT OD ERUDYCJI

Anouk Aimée zachwycałam się – jak wszyscy – w filmach Federica Felliniego, nie mówiąc o oscarowej „Kobiecie i mężczyźnie” (1966) Claude’a Leloucha, ze słynnym śpiewanym „Szabadabada”. To wszystko było dla mnie, wówczas dwunastoletniej, jakieś magiczne, z innego odległego świata. I nagle po kilkunastu latach ta niezwykła kobieta z celuloidu zakochuje się w moim młodym, trzydziestoparoletnim wówczas mężu, który mimo stanu wojennego w Polsce pojawia się w Paryżu, żeby zagrać u Leloucha w „Les uns et les autres” (1981, „Jedni i drudzy”). Miał podpisany wcześniej kontrakt, więc go wypuścili, a ja zostałam bez paszportu w Polsce. Lelouch, na prośbę Daniela, przez parę miesięcy próbował przez Amnesty International wyciągnąć mnie z dzieckiem z Polski. Podobno Anouk też starała się w tym, na swoje późniejsze nieszczęście, pomóc, nie wiedziała jeszcze, że będzie tego kiedyś żałować. Ale nim to nastąpiło, byliśmy z Danielem w Cannes w maju 1981 roku, zaproszeni przez Leloucha na premierę „Jednych i drugich”, w których Daniel grał dyrygenta Karajana. Dzięki temu byliśmy świadkami sukcesu „Człowieka z żelaza”, zdobywcy Złotej Palmy. Wręczał ją Wajdzie Sean Connery, ale o tym później. Na pokaz filmu Leloucha Daniel szedł po czerwonym dywanie z innymi aktorami, ja zaś, w drugim rzędzie, pod rękę z kompozytorem – słynnym Michelem Legrandem. Padał deszcz, więc zaproponowałam autorowi muzyki do kultowych „Parasolek z Cherbourga” (1964), żeby otworzył parasolkę. Taki żarcik.

Po seansie, na kolacji wylądowaliśmy przy stole z Lelouchem, Anouk Aimée, Bernardo Bertoluccim i naszym reżyserem Jerzym Skolimowskim. Widziałam, że Anouk Aimée nie odrywa oczu od Daniela, więc żeby uniknąć tej krępującej sytuacji, poszłam zatańczyć ze Skolimowskim, o co Daniel, swoim zwyczajem, natychmiast zrobił mi awanturę, odwracając uwagę od zapatrzonej w niego Aimée. Potem zamęczał Bertolucciego, któremu, ku jego przerażeniu, wmawiał, że jestem polską wersją Marii Schneider, bo miałam loczki afro, noszone wtedy w Polsce przez co drugą kobietę, takie same jak Maria Schneider w kontrowersyjnym „Ostatnim tangu w Paryżu” (1972) Bertolucciego.

Rok po tej kolacji Daniel znalazł się w Paryżu, adoracja Anouk Aimée sięgnęła zenitu, bo żona z dzieckiem uziemiona w Polsce, czyli sytuacja wymarzona, jak z filmu Leloucha, z którym właśnie państwo pojechali na festiwal do Japonii. I wtedy jakiś być może złośliwy, znający sytuację ubek wręczył mi paszport. Obawiając się rychłej zmiany tej decyzji, wsiadłam w pierwszy samolot do Paryża. Na lotnisku, na prośbę nieobecnego Daniela, czekał na mnie mieszkający od lat we Francji Andrzej Żuławski. Zawiózł mnie na Rue Bonaparte w Dzielnicy Łacińskiej, gdzie Daniel wynajął dla nas mieszkanie – ulicę cudowną, pełną barów i nocnego życia, ale ostatnią, na której można mieszkać z rocznym dzieckiem w wózku. Żuław zobaczył mieszkanie, jego zdaniem norę, i powiedział: – „Nie zostaniesz tutaj”. Po czym zawiózł mnie do swojej posiadłości pod Paryżem, do wioski Fromont, co wydało mi się prorocze, gdyż moja babka, mama mojego ojca, biała Rosjanka o francuskich korzeniach, była Fromont z domu. Zainstalował mnie z Weroniką w domku gościnnym, był kochany, zrobił kolację i natychmiast mnie poinformował, że Daniel ma romans z Anouk Aimée. To było w jego stylu. Na pocieszenie dodał, że Lelouch podobno powiedział Anouk: – „Nie masz o co walczyć, bo są dwie rzeczy, których nie przewalczysz, jedna to Zuzia, druga to Polska i Solidarność”. Nie wiem, która miłość była ważniejsza, myślę, że Polska u Daniela przetrwała, a ja niekoniecznie, bo nasze małżeństwo w końcu i tak się rozpadło, tyle że wiele lat później.

Ale teraz nie o tym, tylko o Żuławskim. We Fromont Andrzej mieszkał z Hanią Wolską i z ich synem Ignacym. Hania była piękną, szaloną, niczym z czasów Witkacego, malarką. Często chodziła w turbanie, w jedwabnych szatach i z fifką w ręku. Cały czas stała przed sztalugami i malowała, w przerwach gotując wspaniałe potrawy. Jej obrazy to były świetne kolorystycznie abstrakcje, w intensywnych czerwieniach i błękitach.

Andrzej podziwiał jej talent i urodę, ale chyba bał się jej zaborczej miłości, bo Hanka wszystko, co robiła – malowała, gotowała, kochała – robiła z pasją. A Andrzej zawsze chciał mieć furtkę, przez którą mógłby wyjść. Jego pierwsza żona, Basia Baranowska, opowiadała mi, że wiele tygodni przed ich rozstaniem zauważyła za firanką wielki wór żeglarski, do którego Andrzej powoli się pakował, mimo że nic nie zapowiadało tego rozstania.

Żuławski był niesłychanie troskliwy, wykazywał wielką cierpliwość w stosunku do małych dzieci. Natychmiast uznał, że Weronika nie ma butów właściwych na tę porę roku, więc zawiózł nas do pobliskiego miasteczka, żeby je kupić. Ruszył jednak tak gwałtownie, że Weronika zwymiotowała. Ja podniosłam oczy do góry, myśląc, że Andrzej wścieknie się, że zabrudziłyśmy mu piękny samochód, ale on dostał ataku śmiechu. Mówił, że moja mina była warta wszystkiego. Zapomniałam wtedy, że wymioty to ulubiony motyw w fizjologicznym kinie Żuławskiego. Gdy byliśmy na planie „Opętania” (1981), w którym jest scena z Isabelle Adjani wymiotującą w metrze, on starannie dobierał składniki tych wymiotów, żeby zgadzały się z tym, co Adjani niosła wcześniej w siatce z zakupami.

Francja to było miejsce dla Żuławskiego: tu studiował reżyserię w IDHEC-u, miał swoich wyznawców, obracał się wśród intelektualnej elity. Prowadził we Fromont prawdziwy salon – bywali tam pisarze, krytycy literaccy i filmowi. Prowadzono rozmowy na najwyższym poziomie. Przysłuchiwałam się im z ciekawością, nie śmiąc się odezwać. Hanka ratowała się jednym zdaniem, które od czasu do czasu wtrącała: – „Czytałam ostatnio gnostyków”. Ja takiego zdania nie posiadałam, więc siedziałam cicho.

Sztukę konwersacji, tak cenioną we Francji, Żuławski miał w małym palcu. W Paryżu obracał się wśród erudytów i wśród nich błyszczał, w Polsce obracał się wśród ludzi utalentowanych, którym erudycja tylko by przeszkadzała. Zrozumiałam wtedy jego wieczną frustrację. Żuławski często cytował Wajdę, który mówił o nim: – „Skoro ty tak nas nienawidzisz, to dlaczego jesteś wśród nas?”. Bo Żuławski karmił się ich talentem. Sam był utalentowany w wielu dziedzinach, ale nie miał tego boskiego daru, któremu zawsze przeszkadza erudycyjna inteligencja. Mimo to powtarzał mi wieczorami przy winie: – „Zobaczysz, jak kiedyś będzie koniec tego świata, a tu wylądują Marsjanie i znajdą taśmy z moimi filmami, to tylko z nich dowiedzą się, kto żył na tej planecie. Nie z filmów Wajdy, nie z Hasa, nie z Kutza”. A na winie akurat znał się jak mało kto. Przychodząc do nich na kolację, starałam się wybierać dobre wino, ale i tak zawsze słyszałam, jak mówił do Hanki, przyglądając się mojej butelce: – „Otwórz jakieś nasze bordeaux, bo tego sikacza pić nie będziemy”.

Żuławski ubierał się jak francuski intelektualista – spodnie i marynarki z grubego sztruksu, kaszmirowe swetry: granatowy, szary albo brązowy. Koszule często w zieloną kratkę. To nie było dandysowate, po prostu nosił rzeczy w dobrym gatunku. Do tego perfumy Grey Flannel, które poczułam też, gdy spotkałam Felliniego. Dlatego ten zapach wydał mi się filmowy. Później obdarowywałam nim mojego Ojca.

We Fromont Żuławski żył na wysokim poziomie – na podłogach leżały perskie dywany, wszystko było arystokratycznie spatynowane. Okolica piękna, Andrzej godzinami spacerował po polach.

Żuławski sam był piękny. Gdy Wajda zobaczył go młodego, pomyślał, żeby zrobić z niego aktora, ale skończyło się na epizodach. W Żuławskim podkochiwała się producentka Marie-Laure. Musiała jednak znosić niewierność Żuławskiego flirtującego z aktorkami, które angażował.

Andrzej był czarujący w obejściu, choć nazywano go konwalijka-kanalijka – z powodu jego uśmieszku, któremu towarzyszyły celne złośliwości. Lubił dowalać innym, patrzeć, jak ktoś skręca się od tych jego nieprzyjemności. Chętnie wyciągał cudzą brzydotę. Przy mnie był inny, oglądaliśmy razem telewizję, siedząc na kanapie. Lubiłam go rozbawiać, śmiał się szczerze.

Marie-Laure często urządzała kolacje, na które zapraszała gwiazdy kina francuskiego. Andrzej powtarzał na nich, że uwielbia ze mną rozmawiać, bo niby jestem taka inteligentna. Isabelle Adjani wnikliwie mi się wtedy przyglądała, bo z tego, co do niej mówiłam, nie mogła zrozumieć, na czym ten mój urok polega. Przecież nie na urodzie ani na tym, że często nakładałam sobie jedzenie podczas kolacji.

Hania Wolska, z pędzlem w ręku albo z blenderem, w którym robiła genialne sosy, wyglądała na osobę żyjącą we własnym świecie. Kiedyś przyjechała do Fromont Magda Umer ze swoim synem Mateuszem. Ignacy – syn Hanki i Andrzeja – bawiąc się z Mateuszem, zatrzasnął go w średniowiecznej skrzyni zamykanej na kluczyk. Okazało się, że nie możemy otworzyć tego wieka. Mateusz krzyczy: – „Duszę się, duszę się”. Andrzej pyta Hankę: – „Gdzie jest kluczyk do skrzyni?”. Hanka na to: – „Nie mam pojęcia”. Groza pełna, nie wiemy, co robić, Magda odchodzi od zmysłów. Po paru minutach wchodzi Hania, cała na biało, z kluczykiem od skrzyni w ręku. Cud kompletny! Hania była nieprzewidywalna, na tym polegał jej urok.

Żuławski i Hanka w końcu się rozstali. Hanka wyjechała z Ignacym do Ameryki, gdzie mieszka do dziś. Mieszka tam też jej brat, Darek Wolski, słynny operator wielu hitów, między innymi „Marsjanina” (2015) Ridleya Scotta z Mattem Damonem – to pewnie ten Marsjanin, który miał docenić filmy Żuławskiego.

Andrzej związał się na wiele lat z Sophie Marceau, wtedy mieliśmy już ze sobą mniejszy kontakt. Tego, że tęskni za nami i że traktował nas jak rodzinę, dowiedziałam się dopiero z jego książek. Występuję w nich jako Pucanna Dzierżacka, z racji mojej okrągłej wtedy buzi. Do Daniela miał słabość od czasów „Popiołów” (1965), przy których asystował Wajdzie, ciągle chciał go w czymś obsadzać. W końcu obsadził w „Blue note”, czyli „Błękitnej nucie” (1990), filmie o Chopinie, w roli Grzymały, przyjaciela Chopina. Kazał mu, zgodnie z wymogami epoki, zapuścić bokobrody, no i Daniel chodził parę tygodni w bokobrodach – w czasach, w których nikt nie nosił już nawet małych baczków. Potem jednak Daniel pożarł się o coś z Żuławskim, nawymyślał mu przez telefon i, rzucając słuchawkę, powiedział: – „Nigdy u niego nie zagram!”. Ja mu wtedy przypomniałam scenę, jak to Żuławski, kręcąc w Lisim Jarze w Jastrzębiej Górze „Na Srebrnym Globie” (1976–87), kazał w gospodarstwie pomalować wszystkie kury na fioletowo, bo takie potrzebne mu były do ujęcia. Biedne gospodynie kaszubskie wpadły w popłoch, ale produkcja dobrze zapłaciła, więc się na to malowanie zgodziły. Kury chodziły cały dzień na fioletowo, po czym skończyła się ekspozycja i Żuławski rzucił komendę: – „Koniec zdjęć”. Kury w filmie nie zagrały, za to do końca życia zostały fioletowe. Więc gdy Daniel odłożył słuchawkę, w bokobrodach, powiedziałam: – „Wyglądasz jak ta fioletowa kura, weź się ogol”.

Dla Marceau, nastolatki z proletariackiej rodziny, Żuławski był całym uniwersytetem, kompletnie ją ukształtował. Wiadomo było, że ona musi kiedyś dorosnąć i się od niego oderwać. Myślę, że jej rozpacz na jego pogrzebie wynikała z tego, iż zdała sobie sprawę, że w sumie to był najważniejszy związek w jej życiu.

Andrzej po odejściu Marceau już się nie podniósł. Miał potem różne romanse, czasem dosyć żałosne. Nie mogłam patrzeć na tabloidy, które go ośmieszały. Taki był mądry w ocenianiu innych, a sobie nie potrafił niczego wytłumaczyć. Kpił ze mnie, osiemnastolatki, kiedy nosiłam modny wówczas badge, czyli plakietkę z napisem „You are my destiny”: – „Czy ty w ogóle wiesz, kto jest twoim destiny? Całe życie będziesz miała tylko ten guzik z napisem, a przeznaczenia nie zauważysz”. Czasem myślę, że chyba mnie przeklął, bo rzeczywiście ostał mi się jeno guzik.

Często wracam myślami do wakacji ’82 roku, które spędzaliśmy na Cote d’Azur w Beaulieu z Andrzejem, Hanką, naszymi dziećmi – Weroniką, Ignacym, Rafałem, synem Daniela z pierwszego małżeństwa, i Xawerym, synem Andrzeja i Małgosi Braunek, dziś znanym reżyserem. Była też z nami Agata Miklaszewska, autorka musicalu „Metro”, z córką Urszulką. Jej mąż, operator Sławek Idziak, kręcił wtedy film we Włoszech. Wynajęliśmy dom, prowadząc w nim wspólne gospodarstwo. Nasze rozliczenia pod hasłem: – Kto kupił brzoskwinie, których nikt nie je? Jak się dzielimy opłatą za telewizor?, kontrastowały z rozmowami telefonicznymi Andrzeja z producentem Dino De Laurentiisem z Hollywood, w których padały jakieś miliony, na które rozkapryszony artystycznie Żuław i tak się, ku naszemu zdumieniu, nie godził. Wieczorami jeździliśmy do Monte Carlo, do drive in, czyli kina na powietrzu, gdzie filmy ogląda się, siedząc w samochodzie. Często w samochodzie obok siedział tancerz Rudolf Nurejew, który popatrywał ukradkiem na Daniela, będącego wówczas smakowitym trzydziestosześcioletnim słowiańskim kąskiem. Któregoś dnia Nurejew zdobył się na odwagę, podszedł, spytał, co robimy w Monte Carlo, i poprosił o numer telefonu. Ale po dwóch telefonach od niego Daniel wyczuł, że Nurejew ma chyba inne, oprócz towarzyskich, zamiary i nie podchodził już do aparatu. Lejtmotywem naszych wakacji stało się zdanie Daniela: – „Jak Nurejew, to mnie nie ma”.

Zrobiłam to zdjęcie, kiedy wpadliśmy z Danielem na weekend do Deauville: Claude Lelouch z żoną Gunnar i siostrą Martine

Rozdział 2
NO I SZABADABADA

Claude Lelouch, który unieśmiertelnił Anouk Aimée, stał się, obok stanu wojennego, sprawcą naszej paryskiej emigracji, obsadziwszy Daniela w filmie „Jedni i drudzy” w roli dyrygenta, którego pierwowzorem był Herbert von Karajan. Karajana za zdjęcie, na którym ściska dłoń Hitlera, bojkotowali nowojorscy Żydzi. Scena z pustą Carnegie Hall – Żydzi wykupili całą salę, żeby nikt nie mógł przyjść na koncert Karajana – jest w tym filmie.

Claude traktował nas bardzo rodzinnie. Zaprosił do Deauville, nadmorskiej miejscowości w Normandii, gdzie wybudował, jakby się dziś powiedziało, wielkie spa – Club 13, bo trzynastka to jego szczęśliwa liczba. Wybudował je tuż obok swojego domu, czyli przerobionej farmy normandzkiej położonej na klifie z widokiem na Atlantyk. W Deauville, gdzie nakręcił „Kobietę i mężczyznę”, przeżył dzieciństwo w biednej rodzinie, marząc o tym widoku. Daniel świetnie go rozumiał, bo jako biedny uczeń liceum Batorego marzył, żeby zamieszkać w pięknym domu na Górnośląskiej, z widokiem na ogród sejmowy. Spędziliśmy na Górnośląskiej pierwsze dziesięć lat naszego małżeństwa.

Lelouch miał wtedy piękną szwedzką żonę – Gunnar, która – żeby się czymś zająć – produkowała tenisówki z liczbą trzynaście. Zadawałam nimi szyku w Polsce. Claude miał syna Simona z poprzedniego małżeństwa i córkę Sarę z obecnego, bo wszystkie dzieci, a ma ich dzisiaj siedmioro, noszą imiona na „S”.

Z urody trochę mi przypominał Kubę Morgensterna, chociaż o Kubie mówiono z kolei, że jest Omal Sharif z powodu rzekomego podobieństwa do Omara Sharifa. Podczas tych wakacji Daniel codziennie grał z Lelouchem w tenisa. Błagałam go, żeby nie starał się wygrać, przecież jesteśmy gośćmi Claude’a, tyle nam daje prezentów, ale Daniel nie. Musiał z nim wygrać. Po meczu schodziłam Lelouchowi z linii ciosu, a on wściekły walił rakietą o fotel.

Gdy jechaliśmy do Deauville, zaproponował, żebym zadzwoniła z samochodu do Polski, do rodziców. No to dzwonię i mówię: – „Mamo, dzwonię z samochodu, jadę do Deauville”. Mama na to: – „Jak to z samochodu? Boże, to ja jeszcze jeździłam powozem, a ty dzwonisz z samochodu?”. Przetłumaczyłam to zdanie Lelouchowi, bardzo mu się spodobało.

Warto mu było coś opowiadać, bo z ciekawości chłonął wszystko. W sali projekcyjnej w swoim domu pokazywał nam między innymi najlepsze filmy krótkometrażowe z całego globu. Pamiętam świetny film, argentyński czy brazylijski, o samobójcy, który chce się rzucić z mostu. Zanim to zrobi, całe życie przesuwa mu się przed oczami. Claude wyświetlił mi też swoją pierwszą etiudę, w której umieścił kamerę na masce białego kabrioletu z lat sześćdziesiątych. Pędził nim o świcie przez pusty Paryż, od Łuku Triumfalnego aż po Sacré-Coeur. Cały film jest z punktu widzenia tej nisko umocowanej kamery: widzimy nogi ludzi i mijane samochody. Na końcu, na schodach Sacré-Coeur, czeka na niego kobieta, z którą był umówiony, w pięknej sukni. Takie zabawy zawsze Claude’a kręciły. Żałuję, że po wspaniałym początku kariery popadł w grafomanię filmową. Jego wczesny minimalizm mnie zachwycał.

Mijały lata, spotykaliśmy się co kolejną jego żonę, bo zawsze chciał nam pokazać nową miłość. Uwielbiał się zakochiwać, ale żyć w małżeństwie już nie bardzo, więc popadł w nałóg żenienia się i rozstawania. Po rozwodzie ze Szwedką zrobił film o Edith Piaf – „Edith i Marcel” (1983), gdyż zadurzył się w młodziutkiej aktorce Évelyne Bouix, podobnej trochę do Anouk Aimée i do Piaf, drobnej i kruchej, ale niekoniecznie z wnętrzem Piaf. W każdym razie, co by Claude nie powiedział, ona miała łzy w oczach. Myślę, że to bardzo dobry patent na to, żeby mężczyzna się ożenił. Więc on się ożenił. Urodziła się Salome, bardzo rezolutna córeczka na „S”, no i Lelouch obsadzał Bouix w filmach, które niestety nie odniosły sukcesu. Ich związek szybko się skończył. Zdążyli jeszcze pojechać z kolejnym filmem i z Danielem, który w nim zagrał, do Japonii. Tym razem Daniel wrócił z Japonii nie z Anouk Aimée, ale z kotylionem, na którym japońskimi krzesełkami było napisane – tak przynajmniej twierdził – że wygrał tamtejszy plebiscyt popularności. Był w nim, jak zwykle, przed Robertem De Niro. – „O, tu jest napisane Daniel Olbrychski” – pokazywał mi palcem. Pech chciał, że miesiąc później zostaliśmy zaproszeni do Stodoły, gdzie odbywał się zjazd Solidarności. Jest Wałęsa, na scenie wypisane hasło „Zbudujemy drugą Japonię”. Daniel wchodzi na scenę, w pierwszym rzędzie obok Wałęsy siedzą działacze Solidarności, między innymi Japończyk Yosiho Umeda, który działał w naszej opozycji. Daniel ma ten japoński kotylion, mówi do tłumu: – „Proszę państwa, możemy budować drugą Japonię, bo ja w Japonii wygrałem plebiscyt na najpopularniejszego aktora”. I pokazuje na kotylion: – „Wiedzą państwo, co tu jest napisane?”. A Yosiho Umeda, z pierwszego rzędu, czyta: – „Évelyne Bouix”. Mina Daniela: wściekłość, że niechcący zamienili się kotylionami, a przede wszystkim, że Yosiho tak mu zepsuł tę opowieść! Sala nic z tego nie zrozumiała. Tak skończyła się japońska kariera Daniela i małżeństwo Leloucha z Évelyne.

Claude Lelouch z kolejną żoną, Évelyne Bouix, i Danielem w Japonii – to wtedy Évelyne i Daniel zamienili się kotylionami

Po Évelyne była kolejna aktorka, która z nazwiska Leloucha wzięła tylko pierwszą literę, że niby na resztę sama zapracuje, i nazywała się Helene L. Zamiast kariery urodziła mu dwoje dzieci, en vitesse, czyli w pośpiechu, jak powiedziała wieloletnia producentka Leloucha, Arlette Gordon. Potem Daniel kręcił w Mediolanie film z Alessandrą Martinez, piękną wysoką włoską aktorką. Okazało się, że ona już romansuje z Claude’em. Wkrótce przeniósł się z nią na Montmartre, obok domu otworzył kino studyjne. Alessandra urodziła mu kolejne dziecko na „S”. Myślałam, że Lelouch zestarzeje się spokojnie z tą włoską pięknością. Aż tu nagle, dwa lata temu, jestem we Włoszech i na plaży widzę włoskie pismo plotkarskie: na okładce Martinez za rękę z dwadzieścia lat młodszym byczkiem, specjalistą od karate. Biegną po plaży, niczym Anouk Aimée z Jean-Louis Trintignantem, w Deauville w „Kobiecie i mężczyźnie”. Tytuł jak to w tabloidzie: „Wreszcie spotkała miłość życia”. No i szabadabada. To są, niestety, blaski i cienie starości. Najgorsze, że czyściec jest jeszcze za życia.

Ostatni raz widziałam Leloucha na planie filmu, w którym dał mi statystować, nawet nie pamiętam jego tytułu. Wiedział, że zawsze chciałam mieć jakieś własne pieniądze. Akcja tego dnia zdjęciowego toczyła się na cmentarzu Père-Lachaise. Szłam w kondukcie z gwiazdami francuskiego kina, gdy nagle, zza grobu, wychynęła Anouk Aimée w woalce. Spojrzałyśmy sobie w oczy, ja się miło uśmiechnęłam, czym podobno zepsułam ujęcie. Ale Claude pewnie i tak mnie wyciął.

Wspomniany Robert De Niro, z którym Daniel rzekomo wygrał w japońskim plebiscycie popularności, zagrał w „Novecento” (1976) Bernardo Bertolucciego. Poznał wtedy Gérarda Depardieu, który dostał w tym filmie rolę, w której Bertolucci chciał obsadzić Daniela. Bertolucci zwrócił się oficjalnie do naszego Zarządu Kinematografii, bo to nie był jeszcze czas agentów gwiazd, a nasz zarząd, nie kontaktując się w ogóle z Danielem, odmówił, tłumacząc, że Daniel ma w tym czasie inne zajęcia.

Po paru latach puścili Daniela do Paryża, do teatru, w którym zagrał z Wojtkiem Pszoniakiem i z Depardieu w sztuce Petera Handkego „Ludzie nierozumni zanikają”. Zaprzyjaźnił się z Depardieu, który w trakcie spektaklu wypijał butelkę whisky. Zależnie od tempa picia przez Depardieu alkoholu spektakl trwał trzy albo cztery godziny. Mój biedny Ojciec trafił na ten czterogodzinny, Wołodia Wysocki uciekł z niego, tłumacząc się bólem brzucha. Do tego konserwatywna widownia obrzucała aktorów pomidorami, krytykując lewackość tej sztuki Handkego.

Gérard Depardieu z Danielem podczas próby spektaklu według Petera Handkego „Ludzie nierozumni zanikają” w podparyskim Teatrze Nanterre

De Niro sztuki nie obejrzał, ale wpadał za kulisy i wyciągał Depardieu na nocne wędrówki. Kiedyś na placu Pigalle pobili się z żołnierzami Legii Cudzoziemskiej. De Niro nie wyglądał wtedy na De Niro, chodził w robotniczym waciaku. Innym razem zajrzeli do tamtejszego SPATiF-u, czyli Chez Castel, gdzie Daniel miał butelkę podpisaną swoim nazwiskiem. Był z tego bardziej dumny niż z Legii Honorowej, którą wręczył mu w tamtych czasach minister kultury Jack Lang. Pijany Depardieu zaczął nas przedstawiać swojemu kumplowi De Niro, mimo że poznaliśmy się wcześniej w garderobie. W końcu pokazał na mojego Ojca, mówiąc z szacunkiem: – „A to jest Andrzej Wajda”. Ja do Ojca, żeby nie prostował, więc on nie prostował. Przecież zagrał Wajdę we „Wszystko na sprzedaż”.

Mijają kolejne lata, jest Solidarność, De Niro zjawia się w Polsce, ma grać Wałęsę w filmie Romana Polańskiego. Jadą do Gdańska, do Wałęsy, wracają do Warszawy na kolację w Świętoszku, jedynej wtedy reprezentacyjnej knajpie na Starym Mieście. Jest Polański, jest Wajda, tym razem prawdziwy, i tak się składa, że siadam naprzeciwko De Niro. Akurat tego dnia kłóciłam się z Danielem, przechodziliśmy już pierwsze kryzysy. Moim słabym angielskim zaczynam opowiadać De Niro o tym, jakie to mam ciężkie życie. Wyrzucałam z siebie tę historię, niczym u terapeuty. Dopiero po pół godzinie zorientowałam się, że mówię tylko ja. De Niro milczy, totalnie znudzony, jak w „Taksówkarzu” (1976). Tylko kiwa głową i słabo się uśmiecha. Gdyby mnie ktoś spytał, czego się w życiu wstydzę, to odpowiedziałabym, że zabawiania De Niro w Świętoszku. Następnego dnia było kolejne przyjęcie, w dworku w Jabłonnej należącym do Janka Zylbera, pierwszego męża Basi Pszoniak, jazzmena i menedżera artystów. Gdy zobaczyłam tam De Niro, uciekłam ze wstydu do drugiego pokoju. A on, o dziwo, powiedział mi: – „Hi”, i miło się uśmiechnął, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Ale już zawsze, tak jak Daniel przed Nurejewem, będę uciekać ze wstydu przed De Niro.

Co prawda na tym drugim przyjęciu Daniel recytował ze swadą erotyczną XIII księgę „Pana Tadeusza”, wywołując tym zachwyt Romka Polańskiego, który bezskutecznie próbował coś z tego tłumaczyć De Niro. Jednym słowem, De Niro miał fajny weekend w Polsce. Z tego, co wiem, więcej do nas nie przyjechał, a Wałęsę w filmie Wajdy zagrał, zresztą genialnie, Robert Więckiewicz.

Po De Niro będzie trochę o Depardieu. Z nim, jego ówczesną żoną Elisabeth i małymi wtedy dziećmi zaprzyjaźniliśmy się podczas tournée teatralnego po Francji i Szwajcarii. W Genewie mieszka arystokratyczna część rodziny mojej Mamy. Z powodu naszej wizyty moja kuzynka Renata urządziła w swym pięknym ogrodzie przyjęcie, na którym oczom zdumionych gości ukazał się kompletnie pijany Depardieu. Widząc wytworne towarzystwo, poczuł, że musi wyjaśnić swój stan, więc rzekł: – „Je suis un peu ivre-mort”, co znaczy – „Jestem troszeczkę w dupę pijany”, po czym runął jak długi i przespał pod drzewem resztę wieczoru.

Ta anegdota nabiera po latach gorzkiego smaku, zwłaszcza gdy przypomnę sobie, że patrzył na to jego dziesięcioletni wówczas blond synek Guillaume, także aktor. Gdy dorósł, miał po przedawkowaniu narkotyków wypadek na motorze. Stracił nogę, a po niedługim czasie zmarł. I tu pojawia się odwieczne pytanie: – Czy żyjącemu nieskrępowanie artyście wolno się żenić i zakładać rodzinę?

À propos, podczas tej teatralnej trasy postanowiliśmy z Danielem wziąć w Paryżu ślub. Zespół teatru, w którym oprócz Depardieu była też znana z „Wielkiego żarcia” (1973) Andréa Ferréol oraz dziesięciu innych wspaniałych aktorów francuskich, zaczął składać się na prezent ślubny, o czym się w tajemnicy dowiedziałam. Byliśmy wtedy nie najbogatsi, spodziewałam się przynajmniej miksera do owoców albo ekspresu do kawy. Ku mojej radości aktorzy wnieśli wielkie pudło, tyle że były w nim dwa wspaniale inkrustowane żółwie, które są symbolem szczęścia i długowieczności. Chyba nie umiałam ukryć zawodu, że to nie pralka. Muszę jednak przyznać, że te żółwie przeprowadzały się z nami wszędzie, a kiedy definitywnie rozstałam się z Danielem po dwudziestu latach od tamtego ślubu i dzieliliśmy majątek, jeszcze z dołu Daniel wrócił windą i powiedział: – „Biorę mojego żółwia”.

Krzysztof Kieślowski – reżyser nas wszystkich

Rozdział 3
INNEJ WERONIKI NIE ZNAM

Żyjącego w Polsce i we Francji Krzysztofa Kieślowskiego spotykałam jeszcze w latach siedemdziesiątych, bo pracował i przyjaźnił się ze Sławkiem Idziakiem, który był wtedy mężem mojej przyjaciółki Agaty Miklaszewskiej. Agata uwielbiała Kieślowskiego za jego poczucie humoru. Mnie wydawał się surowy i chłodny. Ja pewnie robiłam na nim wrażenie panienki z tak zwanego środowiska, zwłaszcza że na jakiś bankiet w ogrodzie, na którym był Krzysztof, podjechałam złotym mercedesem ze Skolimowskim, którego on słusznie uważał za playboya.

Mijały lata, wyszłam za mąż za Daniela, nieprzepadającego za Kieślowskim, który go nie obsadzał. Nie było okazji do kontaktów. Wreszcie jest rok 1988, rozwodzę się z Danielem, a Kisiel kończy odcinek „Dekalogu” „Nie zabijaj”, którego operatorem jest Idziak. W marcu do Warszawy przyjeżdża opiniotwórcza dziennikarka z francuskiego magazynu „Télérama”, Claude Trémois. Jej recenzja może zdecydować o przyjęciu filmu do Cannes.

Dzwoni Agata: – „Kieślowski szuka tłumaczki z francuskiego, podałam mu twój numer. Czy mogłabyś podczas projekcji na Chełmskiej tłumaczyć jego film tej dziennikarce?”. Po paru minutach dzwoni Kieślowski, w pierwszych słowach pyta: – „Czy jesteś osobą solidną?”. Tak mnie zaskoczył tym pytaniem, żywcem wyjętym z jego filmów, że natychmiast odpowiedziałam: – „Tak”. Cały Krzysztof, tolerancyjny wobec ludzkich wad, przecież mogę sobie być niesolidna, ale wymagający prawdy. – „To świetnie, bądź jutro o osiemnastej na Chełmskiej, w holu. Pa, cześć”. W sali projekcyjnej byliśmy w trójkę. Nikt oprócz montażysty nie widział jeszcze filmu. Od pierwszych minut projekcji czuję, że to arcydzieło, tłumaczę z zachwytem. Dziennikarka, wyglądająca trochę jak kierowniczka domu kultury z Konina, szepcze mi do ucha: – „C’est genial”. Zapala się światło, ja, zapominając, że jestem tu tylko tłumaczką, zaczynam przemowę, jaki to genialny film. Zachwycony Kieślowski patrzy na mnie tak, jakbym wyglądała niczym Claudia Schiffer. Dziennikarka skwapliwie potakuje. Wręcza Krzysztofowi prezent – kawę owiniętą w gazetę, mnie czekoladę, też w gazecie – w „Journal de Paris”. Ona przeprasza, że nie ma innego papieru. Ja mówię, że nie szkodzi, bo przy okazji będę miała lekturę.

Po jakimś czasie Krzysztof zadzwonił z informacją, że we wspaniałej recenzji w „Téléramie” Trémois zacytowała jakieś moje pochlebne zdanie, za co mi bardzo dziękował. Przy okazji powiedział, że leci za parę dni do Cannes, i spytał, czy nie mogę mu pożyczyć walizki. A jak przyszedł po walizkę, zapytał, czy nie mam muszki do smokingu. Znalazłam muszkę „po Danielu” i mu ją wręczyłam. Po powrocie Krzysztof oddał tylko walizkę. Unikał tematu muszki, coś mi tam bąknął, że zginęła. Dopiero po latach, poznawszy bliżej Krzysztofa, jaki jest przesądny, zrozumiałam, że nie oddał mi muszki, bo przyniosła mu szczęście. Pewnie jeździł z nią na kolejne festiwale, zbierając nagrody. Po Cannes Kieślowski kręcił następne odcinki „Dekalogu”. Do trzeciego, opartego na przykazaniu „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”, zaangażował Daniela. Zadzwonił do mnie z pytaniem, czy nie zagrałabym jego żony. – „To wspaniała propozycja, ale po niedawnych szamotaninach rozwodowych nie jestem w stanie zagrać zakochanej w nim kobiety” – odpowiedziałam. – „Rozumiem” – zamknął temat. W trakcie naszej rozmowy słychać było miarowe stukanie młotkiem w ścianę: sąsiad z Górnośląskiej robił remont. Krzysztof na koniec rzucił zdanie: – „Słyszysz, Daniel ciągle do Ciebie puka”.

Panowie nie pokochali się. Daniel był przyzwyczajony do pracy z Wajdą, do którego dzwonił o trzeciej w nocy, żeby powiedzieć mu, jaki ma świetny pomysł na jutrzejszą scenę. I często miał. Ale Kieślowski wcześniej ułożył sobie cały film w głowie i żadnych rad nie potrzebował. Poza tym chciał się wyspać. Montował po zdjęciach i był wykończony. A tu, ledwie zasnął, Daniel budził go telefonem. Kieślowski dostawał wtedy szału. Wybudzony do rana już nie zmrużył oka.

Ja miałam z Kieślowskim lepiej. Przez kilka lat umawialiśmy się w Alejach Ujazdowskich, w nieistniejącej już dziś kawiarni Ambasador, z tiulowymi firankami przypominającymi damskie peniuary z tamtych czasów. Była kawa i wuzetka, Krzysztof opowiadał mi, co teraz szykuje, i – jak mówił – wyciągał ze mnie prawdę o układach damsko-męskich. Twierdził, że się na tym znam.

Gdy pisał z Krzysztofem Piesiewiczem „Podwójne życie Weroniki”, miałam słaby moment w życiu: dałam się omotać szaleńcom z Towarzystwa Antropomorficznego, którzy, wierząc w UFO, gromadzili pieniądze na budowę lądowiska dla przedstawicieli obcej cywilizacji. Zobaczyli we mnie zamożną rozwódkę, idealną do oskubania. Znosili mi pseudonaukowe prace na temat kosmitów. Ja oddałam je Krzysztofowi, który tę lekturę pełną opisów tajemniczych znaków, przeczuć i światełek wędrujących po ścianie podsumował krótko: – „Co ty mi za bzdury każesz czytać. Uważaj, żeby ci nie podpieprzyli telewizora”. Drwił, ale nie do końca, sam powtarzał przecież: – „Wszędzie są jakieś znaki, wszyscy je dostajemy, tylko nie chcemy ich zauważyć”. On je zauważał. Bohaterka „Podwójnego życia Weroniki” śledzi przecież światełko wędrujące po ścianie, co z tego, że okazuje się to być zajączek puszczany lusterkiem. Po premierze Kieślowski zadzwonił, chichocząc: – „Dostałem nagrodę od tego twojego cholernego Towarzystwa Antropomorficznego za treści, które przekazałem w filmie”.

À propos znaków, to moja dziesięcioletnia wówczas córka Weronika na lotnisku dała Krzysztofowi czerwone sznurowadło, które on przywiązał do dziurki w skórzanej kurtce, z którą się nie rozstawał. W filmie o Weronice jest scena o tym, że bohater dostaje pocztą sznurowadło. Nikt z krytyków, a zapewne i widzów, nie mógł do końca tej sceny zrozumieć. Za to gdy powstawał polski plakat do filmu, zadzwonił do mnie Andrzej Pągowski, pytając o sznurowadło, o którym mówił mu Kieślowski. Dałam mu więc mój złoty bucik z podobnym sznurowadłem – został uwieczniony na plakacie. Gdy spytałam Krzysztofa, czy imię bohaterki ma związek z moją córką, powiedział sucho: – „Nie wiem, ale innej Weroniki nie znam”. To był cały on. Kiedyś spytał, czy za pomysły, które mu podrzucam, ma wpisać mnie w tyłówkę. Krygując się, odpowiedziałam, licząc w duchu na sprzeciw z jego strony: – „Nie, wolę pozostać w twojej twórczości anonimowo”. – „OK, rozumiem” – odparł. I tyle z tego miałam. To znaczy miałam wiele: mogłam opowiadać o swoim życiu, niczym u terapeuty, wrażliwemu artyście, a potem widzieć fragmenty tego życia w filmach, którymi zachwycał się świat. Daniel w tym czasie krążył między naszym domem w Warszawie a Hamburgiem, w którym mieszkała Barbara Sukova z ich synem, i starał się utrzymać przy sobie nas obie. Do tego stopnia, że z Brazylii, gdzie kręcił film, przywiózł nam takie same szmaragdy.

Omawiając z Krzysztofem scenę w „Niebieskim” (1993) – spotkania żony granej przez Juliette Binoche z kochanką jej męża – zaproponowałam, żeby kochanka miała na szyi taki sam krzyżyk co żona, która dzięki temu dowiaduje się o romansie męża. Jakiś czas po premierze „Niebieskiego” Krzysztof dzwoni z Irlandii: – „Kurwa, dziennikarze męczą mnie o ten cholerny krzyżyk. Czy to dowód mojego katolicyzmu? Ja im na to, że to nie moje, że to Zuzia wymyśliła, mnie się ta scena w ogóle nie podoba”.

W tym tkwił przewrotny wdzięk Krzysztofa. Do „Niebieskiego” dołożył jeszcze jedną scenę z krzyżykiem, kiedy to autostopowicz, obserwujący wypadek, znajduje we wraku samochodu krzyżyk, który oddaje później Binoche. W tej scenie pobrzmiewają echa podróży Sławka Idziaka z żoną Agatą do Medziugorie, dokąd jechali zobaczyć drzewo, pod którym ukazała się Matka Boska. Lało, przy drodze stała babuleńka, machała, żeby ją zabrać. Agata mówi do Sławka: – „Zatrzymaj się, podwieziemy ją”. Idziak na to: – „Zwariowałaś, mamy jeszcze 20 km do Medziugorie, leje, nie będę brał żadnej baby”. Dojechali na miejsce, gdzie nie znaleźli ani drzewa, ani Matki Boskiej. – „Bo stała 20 km stąd, na deszczu” – odcięła się rozczarowanemu Sławkowi jego inteligentna żona.

Krzysztofowi bardzo się ta historia spodobała. Sam jednak przegapił podobną sytuację. Wychodziliśmy z Ambasadora w Wigilię w południe. Było zimno, zacinał deszcz ze śniegiem. On idzie w lewo do swojego samochodu, ja w prawo do swojego. Wtedy podchodzi do nas zmarznięta babunia. Pyta Krzysztofa: – „Nie podrzuciłby mnie pan na Pragę?”. – „Ja!? Na Pragę!? W Wigilię!? Dlaczego?!” – oburzył się Kieślowski. I uciekł. Ja też powiedziałam „Nie” i uciekłam. Dopiero w samochodzie pomyślałam sobie: – „No to już po Wigilii z Matką Boską”. To, że ja ją odprawiłam, pasuje do mojego charakteru, ale że Krzysztof, to się zdziwiłam.

Kiedy kręcił „Czerwonego”, przyniosłam mu do Ambasadora właśnie wydany tomik Wisławy Szymborskiej z wierszem „Miłość od pierwszego wejrzenia”. Przeczytałam mu ten wiersz, który w poetycki sposób streszcza scenariusz „Czerwonego”. – „Przecież to jest dokładnie mój film!” – wykrzyknął. A ja: – „No właśnie, jednak Szymborska napisała to wcześniej”. Dałam mu ten tomik w prezencie. Po paru tygodniach, na premierze „Czerwonego” w Krakowie, Zbyszek Zamachowski śpiewa „Miłość od pierwszego wejrzenia” z muzyką Zbyszka Preisnera. Preisner do mnie podchodzi: – „To przypadkiem nie twój pomysł? Od kiedy to Kieślowski chodzi po księgarniach i kupuje wiersze Szymborskiej?”. Przy okazji rozmowy o wierszu mówiłam Krzysztofowi, że ta wspaniała poetka powinna dostać Nobla, ale przecież nikt jej go nie da. Ledwo, w marcu 1996 roku, Kieślowski umarł, a Szymborska, w październiku tego samego roku w Domu Pracy Twórczej „Astoria” w Zakopanem, dowiedziała się, że ma Nobla. Jestem przekonana, że załatwił go jej Kieślowski.

Krzysztof, którego znałam, odnoszący światowe sukcesy, był coraz bardziej zmęczony i rozdarty. Wiadomo, że przestał kręcić dokumenty, bo nie chciał z kamerą włazić ludziom w ich życie. Wziął się ze metafizyczne fabuły, uwielbiane na Zachodzie, a w Polsce krytykowane za pretensjonalność, i jako człowiek bardzo inteligentny czuł, że trochę fałszuje.

[...]