Dociekanki małej Janki - Irena Szafrańska-Nowakowa - ebook
Opis

„Dociekanki” to próba przyjrzenia się życiu oczami dziecka. Zabawna – choć chwilami bardzo serio – opowieść o uczuciach, ludzkich postawach i rodzinie. Janka to postać barwna i wrażliwa. Zawsze gotowa przyjść z pomocą i zwerbować do pomocy innych. Jej niespożyta energia i chęć sprawiania ludziom radości poruszą nawet największych samolubów.

Książka adresowana jest do czytelników powyżej 5 roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 61

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mama

 

Kiedy Janka pojawiła się na świecie, był mroźny marcowy dzień. Dwie godziny przedtem jej mama, trzymając się oburącz za ogromny jak plażowa piłka brzuch, wygramoliła się z wanny. Obwieściła domownikom, że dziecko chce się już urodzić.

Więc kiedy Janka zdecydowała się pojawić na świecie, było zimowe sobotnie popołudnie. Ze zdziwieniem odkryła, że jakaś nieznana jej dotąd siła wypycha ją z przytulnego brzucha mamy prosto w ręce obcych dla niej ludzi. Brrr, ależ tu zimno!

Obracano nią na różne strony, ważono, mierzono, oglądano. Z chłodu i przerażenia cała się trzęsła. Usta jej drżały, a czerwone policzki nadymały się od krzyku jak baloniki.

W proteście przeciwko takiemu traktowaniu, i trochę ze strachu, Janka postanowiła nie otwierać oczu. Twardo zacisnęła powieki i malutkie aksamitne piąstki. Czekała, co będzie dalej.

Niespodziewanie znalazła się w ciepłej kąpieli. Ktoś łagodnym prysznicem polewał jej pokrytą ciemnym meszkiem główkę; czymś niebywale przyjemnym nacierał brzuszek, pupę, różowe poduszeczki stóp. Potem zawinął ją w mięciutki kocyk, który ładnie pachniał.

Znowu przechwyciły ją czyjeś ręce. Tylko tak ostrożniej, mniej pewnie, jakby z obawą. Zaciśnięte w szparki powieki Janki otworzyły się. Dwa kształtne migdały oczu spoglądały z zaciekawieniem.

– Witaj, córeczko – usłyszała znajomy skądś głos, miły i melodyjny.

Słyszała go, odkąd tylko pojawiła się w brzuchu, w którym mieszkała. Kołysał ją do snu, uspokajał, zapewniał, że ją kocha, że na nią czeka, że jest jej mamą.

Kto to jest mama? Tego jeszcze nie wiedziała.

Coś dużego i różowego zadyndało jej nad głową. Obwąchiwała to, poruszając zabawnie noskiem. To coś zbliżało się niebezpiecznie do jej twarzy. Coraz bardziej i bardziej. Otarło się o brodę, jakby czegoś szukało. Przysiadło na chwilę na policzku. Zasłoniło Jance cały świat. Kręciła głową to w prawo, to w lewo, bo brakowało jej powietrza. Za którymś razem natknęła się na mokry, wystający guzik. Chwyciła go dziąsłami i ssała zachłannie.

Mleka była dużo, ledwie nadążyła połykać. Krztusiła się i znowu ssała. Najedzona, zakryła pierś mamy rączkami. Nie miała ochoty z nikim się nią dzielić. Odtąd cycuś i mama dla Janki stanowili jedno.

Zwykły dzień

 

Odkąd Janka nauczyła się samodzielnie chodzić, nie było w całym domu kąta, w jaki by nie zajrzała, ani szafki, której nie dałaby rady otworzyć. Z wrodzoną przekorą majstrowała we wszystkich napotkanych na swej drodze zamkach, najczęściej łamiąc klucze, gdy drzwi stawiały opór.

Ranek zaczął się jak wiele innych. Mama krzątała się po kuchni. Janka ospale gmerała łyżką w talerzu z owsianką. Słońce zaczepnie ślizgało się po ich twarzach. Z głębi mieszkania dochodziły dźwięki muzyki i mama podrygiwała, balansując między szufladami.

Uwagę Janki przyciągnęła ostra czerwień jej paznokci, więc gdy tylko znalazła się w łazience, by umyć zęby i ręce, błyskawicznie doskoczyła do toaletki z kosmetykami.

Czego szukała? Nie było wątpliwości, lakieru do paznokci! Pierwszy paznokieć pomalowała jej mama. Jakie to proste! Janka ochoczo chwyciła pędzelek. Jednak nie, nie było to wcale takie łatwe.

Paznokcie były zbyt małe, pędzelek ześlizgiwał się na opuszki palców i malował nie to, co trzeba.

Poza tym nakładała zbyt grube warstwy lakieru, dlatego musiała cierpliwie czekać, aż wyschnie. Z rozczapierzonymi palcami stała oparta o brzeg wanny. W dużym prostokątnym lustrze zobaczyła sylwetkę małej dziewczynki. Postać skradała się coraz bliżej i bliżej.

Purpurowymi szponami zaatakowała zimną taflę. Wycelowała w nią nosem. Rozpłaszczył się i wyglądał jak rozdeptana figa.

Najgroźniej w lustrze wyglądały oczy. Szeroko rozwarte źrenice przeszywały ją na wskroś. Nie, to już nie była Janka, tylko jakieś drapieżne ptaszysko!

– Córeńko, podaj mi klamerki – usłyszała, gdy pewność siebie zaczęła ją opuszczać.

Mama rozwieszała pranie na balkonie. Janka w biegu chwyciła koszyk z klamerkami.

– Dziękuję, skarbie. – Wilgotna dłoń pieszczotliwie pogładziła ją po policzku.

W górze zabzyczała osa. Ktoś uruchomił windę. Dziewczynka przez chwilę nasłuchiwała. Nic się nie działo. Z nudów skubała płatki kwitnących w skrzynkach kwiatów. Mama spojrzała na nią z wyrzutem.

– Dobrze, już dobrze – zdawała się mówić mina Janki.

Klapki parzyły ją w stopy, więc z ulgą cisnęła je w kąt. Poczuła przyjemny chłód kamiennej posadzki i zaczęła skakać po całym balkonie.

– Raz i dwa, raz i dwa, teraz ty, potem ja…

Najtrudniej było przeskoczyć próg, był dość wysoki. Gdy już znalazła się po drugiej stronie, zobaczyła coś, co wzbudziło w niej szczery zachwyt. W drzwiach od balkonu tkwił duży staromodny klucz.

– Weź mnie, weź mnie! – przymilał się kusząco.

Nad tym, jak to się stało, że zatrzasnęła drzwi i przekręciła klucz w zamku, Janka nie chce się zastanawiać. Przez szybę w drzwiach widziała pobladłą nagle twarz mamy, która usiłowała jej coś wytłumaczyć, siląc się na spokój. Na próżno.

Połykając łzy, z rozpaczy bębniła pięściami o szyby, kopała drzwi i próbowała dosięgnąć klamki.

Nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie pomoc sąsiadki z góry, która w tym czasie wracała z zakupów. Zadzwoniła po tatę Janki. Pędził najszybciej, jak mógł, by uratować swoje dziewczyny z opresji. Janka jeszcze długo wypłakiwała mu się w marynarkę. Dopiero wieczorem, gdy wszyscy troje, piszcząc z uciechy, tarzali się po dywanie, zapomniała o całym zdarzeniu.

Wyobraźnia

 

Tego dnia Janka może pospałaby dłużej, gdyby nie ręka Kiriku, która uwierała ją w policzek. Zaspana uniosła głowę.

Lalka uśmiechała się dużymi wypukłymi ustami. Miała równe śnieżnobiałe zęby. Janka też miała się czym pochwalić. Mogła do woli chrupać marchewki, gryźć smakowite orzechy i rozdrabniać mięsko. Jej zęby (których ciągle jeszcze przybywało) były mocne i ostre. Niejeden raz ugryzła się nimi w język. Bolało, jeszcze jak bolało! Na samo wspomnienie Jance zbiera się na płacz...

A Kiriku ciągle się uśmiecha. „Jaką on ma ładną, ciemną skórę – pomyślała i pogłaskała go czule po czekoladowej twarzy. – A jakie wielkie, czarne oczy!”. Takie same jak u Boba, chłopca z sąsiedniej kamienicy. Szkoda, że Bob już nie bawi się w piaskownicy. Odkąd dwaj niesympatyczni, ogoleni na łyso panowie nazwali Boba i jego mamę bananami. Tak, Janka słyszała wyraźnie, słowo po słowie.

– Co te banany tutaj robią? – zapytali ze śmiechem, plując do piaskownicy. Janka zdziwiona rozglądała się dookoła, bo żadnych owoców w piaskownicy nie było. Komu smakowałby banan oblepiony piaskiem?

– Do was mówię, tępe banany – powtórzył ten wyższy, pochylając się nad Bobem i jego mamą. Czarnoskóra kobieta w pośpiechu zbierała zabawki. Wzięła Boba na ręce i nie oglądając się za siebie, opuściła plac zabaw. Od tamtej pory Janka nie widywała Boba. Ani w piaskownicy, ani na spacerze.

Jeszcze wiele razy Janka wracała myślami do tamtego zdarzenia. Dlaczego niektórzy ludzie tak bardzo nie lubią innych? Naśmiewają się z nich, dokuczają im, przezywają? Przecież każdy człowiek ma imię. Nie jest bananem, ani pyzą, ani czarnuchem, ani białasem, ani downem, ani kuternogą.

Co złego zrobiła ta czarnoskóra kobieta i jej synek Bob, że nie pozwolono im pozostać w piaskownicy? Podwórko służy wszystkim dzieciom. Małym i dużym, młodszym i starszym, białym i czarnym. Janka tak właśnie uważała. I najbardziej lubiła, gdy przychodziły tu również dzieci z innych dzielnic miasta. Można się było wtedy wymienić foremkami do piasku, zawrzeć nowe znajomości, poznać różne zabawy, podzielić się doświadczeniami z nauki jazdy na rowerku. Albo dostać w prezencie bajecznie kolorowy liść z drzewa, które rośnie gdzieś tam, na innym podwórku.

Usiadła, by poprawić poduszkę i przykryć lalkę kołderką. Naprzeciw łóżka wisiał duży kolorowy obraz. Przedstawiał grupę artystów cyrkowych. Rozbawionych i dość dziwacznych. Jance przyszedł do głowy pewien pomysł. Naciągnęła kołdrę na głowę. Tak, aby poczuć się jak w namiocie.

– Chcesz? – wyszeptała do Kiriku. – Zaprosimy gości, urządzimy przedstawienie.

Wydawało jej się, że z radości zamrugał rzęsami, a nawet poklepał się po brzuszku.

Pierwszy