Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 945 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dochodzenie - David Hewson

Powieść, która „wsysa” czytelnika od pierwszej do ostatniej strony, napisana na podstawie scenariusza najlepszej produkcji kryminalnej ostatnich lat!

Dochodzenie to rewelacyjna powieść sensacyjna oparta na serialu The Killing. Autorką scenariusza i producentką amerykańskiego filmu jest Veena Sud – twórczyni Dowodów zbrodni.

Dochodzenie to amerykańska wersja duńskiego serialu o tym samym tytule (Forbrydelsen), a szósty i dziewiąty odcinek wyreżyserowała Agnieszka Holland.

Powieść powraca formą do klasycznego kryminału, w którym czytelnicy podążają tropem razem z detektywami, odkrywając z czasem kolejne fakty powiązane ze śledztwem. Morderstwo młodej dziewczyny z kochającego i szczęśliwego domu wstrząsa nie tylko rodziną i przyjaciółmi ofiary. Kto i dlaczego mógłby chcieć zamordować uroczą, niewinną i wspaniałą Nannę? Coraz więcej wątków, coraz więcej podejrzanych; zacieśnia się i jednocześnie rozrasta krąg osób, którym pomimo wszelkich pozorów mogłoby zależeć na morderstwie dziewczyny. Kiedy tylko wydaje się, że jesteśmy bliżej rozwiązania zagadki, następuje zwrot akcji i znów niczego nie jesteśmy pewni. Mgliste, niejasne wskazówki, kłamstwa i stłumione emocje to klimat książki i tego skomplikowanego śledztwa. Z czasem wszystko, co powiązane jest w jakikolwiek sposób z morderstwem, przypomina ogromny, skomplikowany spisek. Nic nie dzieje się przypadkiem. Każdy ukrywa sekret. I niczego, absolutnie niczego nie jesteśmy pewni do końca, do ostatniej strony. Co więcej, nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że prawda okaże się tak przerażająca…

Wielkie emocje zarówno w serialach, jak i w powieści wzbudziła postać komisarz Sary Lund – młodej, nieco melancholijnej, ale jednocześnie twardej, sarkastycznej i bardzo bystrej kobiety. Jest w niej idealna kombinacja smutku i pewnej zaciętości. Jej powierzchowność i styl ubierania kopiują wielbiciele na całym świecie. Charakterystyczne swetry, które nosi, osiągają zawrotne sumy na aukcjach i są chętnie kupowane przez miłośniczki seriali i powieści. Także specyficzne buty na obcasie… Niektórym i powieść i film mogą wydawać się zbyt chłodne, minimalistyczne i powolne w akcji, ale dajmy im szansę i… czas. Natężenie emocji jest budowane stopniowo i w końcu osiąga taką moc, że z trudem wytrzymujemy, czekając na rozwiązanie zagadki.

Serial, w którym na początku pojawia się ofiara – młoda dziewczyna – był porównywany do kultowego Miasteczka Twin Peaks Davida Lyncha (pamiętamy słynne hasło „Kto zabił Laurę Palmer?''), ale w rzeczywistości nie ma z nim zbyt wiele wspólnego, bo rzeczywistość Dochodzenia jest realistyczna i brutalna, mroczna, chłodna i złowieszcza. Tak jak powieści.

Opinie o ebooku Dochodzenie - David Hewson

Fragment ebooka Dochodzenie - David Hewson

Co­py­ri­ght © Da­vid Hew­son 2012

Ba­sed on Søren Sve­istrup’s FOR­BRY­DEL­SEN (THE KIL­LING) – an ori­gi­nal Da­nish Bro­ad­ca­sting Cor­po­ra­tion Tv se­ries co-writ­ten by Tor­le­if Hop­pe, Mi­cha­el W. Hor­sten and Per Dau­mil­ler

The ri­ght of Da­vid Hew­son to be iden­ti­fied as the au­thor of this work has been as­ser­ted by him in ac­cor­dan­ce with the Co­py­ri­ght, De­sign and Pa­tents Act 1988

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy,

War­sza­wa 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Non no­bis so­lum nati su­mus.

„Nie dla sie­bie sa­mych na świat przy­szli­śmy”1.

Podziękowania_

Stwo­rze­nie epic­kie­go kry­mi­na­łu z epic­kiej te­le­wi­zyj­nej tra­ge­dii kry­mi­nal­nej to wy­czyn nie lada, zwłasz­cza je­śli ak­cja roz­gry­wa się w kra­ju, któ­re­go nig­dy wcze­śniej nie od­wie­dzi­łem, od­le­głe­go o mi­lio­ny ki­lo­me­trów od cie­płe­go, przy­ja­zne­go kli­ma­tu Włoch, gdzie umiesz­czam bo­ha­te­rów więk­szo­ści mo­ich ksią­żek. Nie wy­ru­szył­bym w tę po­dróż, gdy­by nie ogrom bez­in­te­re­sow­nej pra­cy od­da­nych lu­dzi zwią­za­nych z tym przed­się­wzię­ciem, za­rów­no w Da­nii, jak i Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Søren Sve­istrup, twór­ca se­ria­lu, życz­li­wie po­świę­cił mi czas w trak­cie krę­ce­nia trze­ciej se­rii Do­cho­dze­nia, by wpro­wa­dzić mnie w swo­je za­my­sły, a po­tem szczo­drze do­ra­dzać przy po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji, gdy już prze­no­si­łem opo­wie­ści z ekra­nu na pa­pier. Su­san­ne Bent An­der­sen, przed­sta­wi­ciel­ka mo­je­go duń­skie­go wy­daw­cy, Eng­strom, po­mo­gła mi po­znać Ko­pen­ha­gę i jej kul­tu­rę, po­dob­nie jak za­wsze uczyn­ny agent Søre­na, Lars Rin­ghof. Po­mo­gło mi też w tym wie­le osób, któ­rych na­zwisk nie dał­bym rady wy­mie­nić, z Ko­men­dy Głów­nej Po­li­cji w Ko­pen­ha­dze, Ra­tu­sza i in­nych in­sty­tu­cji.

W Wiel­kiej Bry­ta­nii z ko­lei mój wy­daw­ca Tri­sha Jack­son i jej ko­le­dzy z Pan Mac­mil­lan – zde­kla­ro­wa­ni wiel­bi­cie­le Sa­rah Lund – sta­no­wi­li nie­wy­czer­pa­ne źró­dło po­rad, opi­nii i za­chęt, po­dob­nie jak wie­lu „cy­wil­nych” fa­nów se­ria­lu. Spo­śród tych ostat­nich mu­szę wy­ra­zić szcze­gól­ną wdzięcz­ność wo­bec Ke­itha Blo­un­ta, nie tyl­ko za wkład w tę opo­wieść, lecz tak­że za stwo­rze­nie pro­gra­mu dla pi­sa­rzy, Scri­ve­ner, dzię­ki któ­re­mu mia­łem szan­sę za­cho­wać kon­tro­lę nad trze­ma wąt­ka­mi nar­ra­cji (w ogó­le nie wy­obra­żam so­bie, jak bez Scri­ve­ne­ra mógł­bym się pod­jąć re­ali­za­cji tak ogrom­ne­go przed­się­wzię­cia).

A wszel­kie zmia­ny pier­wot­nej hi­sto­rii – ko­niecz­ne, po­nie­waż książ­ki i te­le­wi­zja to nie to samo – to wy­łącz­nie moje dzie­ło.

Dzię­ku­ję,

Da­vid Hew­son

Główni bohaterowie_

Po­li­cja ko­pen­ha­ska_

Sa­rah Lund – pod­ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej, Wy­dział Za­bójstw

Jan Mey­er – pod­ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej, Wy­dział Za­bójstw

Hans Bu­chard – nad­in­spek­tor, szef Wy­dział Za­bójstw

Len­nart Brix – za­stęp­ca Bu­char­da, Wy­dział Za­bójstw

Svend­sen – de­tek­tyw, Wy­dział Za­bójstw

Jan­sen – tech­nik kry­mi­na­li­sty­ki

Bülow – ofi­cer śled­czy

Ro­dzi­na Birk Lar­se­nó­w_

The­is Birk Lar­sen – oj­ciec

Per­nil­le Birk Lar­sen – mat­ka

Nan­na Birk Lar­sen – cór­ka The­isa i Per­nil­le

An­ton Birk Lar­sen – syn The­isa i Per­nil­le

Emil Birk Lar­sen – syn The­isa i Per­nil­le

Lot­te Holst – młod­sza sio­stra Per­nil­le

Ra­tusz – po­li­ty­cy i urzęd­ni­cy_

Tro­els Hart­mann – prze­wod­ni­czą­cy Stron­nic­twa Li­be­ral­ne­go i za­stęp­ca bur­mi­strza do spraw edu­ka­cji

Rie Sko­vga­ard – do­rad­ca po­li­tycz­ny Hart­man­na

Mor­ten We­ber – szef kam­pa­nii wy­bor­czej Hart­man­na

Poul Bre­mer – bur­mistrz Ko­pen­ha­gi

Kir­sten El­ler – prze­wod­ni­czą­ca Par­tii Cen­trum

Jens Holck – prze­wod­ni­czą­cy Ugru­po­wa­nia Umiar­ko­wa­ne­go

Mai Juhl – prze­wod­ni­czą­ca Par­tii Zie­lo­nych

Knud Pad­de – szef ko­mi­te­tu par­tyj­ne­go Stron­nic­twa Li­be­ral­ne­go

Hen­rik Bi­gum – czło­nek ko­mi­te­tu Stron­nic­twa Li­be­ral­ne­go

Olav Chri­sten­sen – urzęd­nik Wy­dzia­łu Edu­ka­cji

Gert Stok­ke – kie­row­nik w Wy­dzia­le Śro­do­wi­ska Holc­ka

_Li­ceum Fre­de­rik­sholm

Oli­ver Schan­dorff – uczeń, były chło­pak Nan­ny

Jep­pe Hald – uczeń

Lisa Ra­smus­sen – uczen­ni­ca

Pani Koch – dy­rek­tor szko­ły

Rah­man Al-Ke­mal – na­uczy­ciel zwa­ny Ramą

Hen­ning Ko­fo­ed – na­uczy­ciel

_In­ni

Han­ne Mey­er – żona Jana Mey­era

Car­sten – były mąż Lund

Bengt Ro­sling – kry­mi­no­log, obec­ny chło­pak Lund

Mark – syn Lund

Vagn Skær­bæk – przy­ja­ciel Birk Lar­se­na i wie­lo­let­ni pra­cow­nik jego fir­my

Leon Fre­vert – tak­sów­karz i pra­cow­nik do­ryw­czy Birk Lar­se­na

Amir El’ Na­men – syn wła­ści­cie­la in­dyj­skiej re­stau­ra­cji, przy­ja­ciel Nan­ny z dzie­ciń­stwa

John Lyn­ge – kie­row­ca pra­cu­ją­cy dla szta­bu wy­bor­cze­go Tro­el­sa Hart­man­na

1_

Przez ciem­ny las, w któ­rym bez­list­ne drze­wa nie dają żad­ne­go schro­nie­nia, bie­gnie Nan­na Birk Lar­sen.

Ma dzie­więt­na­ście lat, dy­szy, dy­go­cze w ku­sej, po­dar­tej hal­ce, bose sto­py grzę­zną w lep­kim bło­cie.

Bez­li­to­sne ko­rze­nie sma­ga­ją jej kost­ki, ga­łę­zie roz­ry­wa­ją skó­rę bla­dych rąk, któ­ry­mi wy­ma­chu­je w po­wie­trzu. Upa­da, z wy­sił­kiem wy­do­sta­je się z ohyd­nych, wil­got­nych wy­kro­tów, pró­bu­je się uspo­ko­ić, nie szczę­kać zę­ba­mi, my­śleć, nie tra­cić na­dziei, ukryć się.

Śle­dzi ją by­stre oko, tro­pi ni­czym my­śli­wy ran­ne­go je­le­nia. Prze­śli­zgu­je się po­wol­ny­mi, co­raz węż­szy­mi zyg­za­ka­mi przez pust­ko­wie Pin­se­sko­ven, przez Las Zie­lo­no­świąt­ko­wy.

Na­gie srebr­ne pnie wy­ra­sta­ją z ja­ło­wej gle­by ni­czym koń­czy­ny ciał za­sty­głych przed wie­ka­mi w ostat­nim spa­zmie.

Ko­lej­ny upa­dek, naj­gor­szy. Zie­mia ucie­ka jej spod nóg. Ręce młó­cą, dziew­czy­na krzy­czy z bólu i roz­pa­czy, zwa­la się do obrzy­dli­we­go, lo­do­wa­te­go rowu, czu­je, jak jej gło­wa, ręce, łok­cie, ko­la­na ob­cie­ra­ją się o twar­dą, nie­wi­docz­ną zie­mię, któ­ra czai się na dnie.

Lo­do­wa­ta woda, strach, jego obec­ność gdzieś nie­da­le­ko…

Nan­na za­ta­cza się, zdy­sza­na wy­do­sta­je się z grzę­za­wi­ska, wspi­na na brzeg, wbi­ja bose, po­dra­pa­ne i krwa­wią­ce sto­py w błot­ni­stą zie­mię, by zna­leźć opar­cie w mazi prze­ci­ska­ją­cej się przez pal­ce.

Tra­fia na drze­wo. Kil­ka ostat­nich je­sien­nych li­ści mu­ska jej twarz. Pień jest więk­szy niż po­zo­sta­łe i gdy dziew­czy­na obej­mu­je go ra­mio­na­mi, my­śli o The­isie, swo­im ojcu, wiel­kim męż­czyź­nie, ci­chym, po­sęp­nym, so­lid­nym i nie­wzru­szo­nym ba­stio­nie chro­nią­cym przed świa­tem ze­wnętrz­nym.

Chwy­ta drze­wo, lgnie do nie­go, tak jak kie­dyś do ojca. Sil­na jego siłą, od­da­ją­ca mu w za­mian swo­ją. Nic in­ne­go się nie li­czy.

Z bez­kre­sne­go nie­ba spa­da ni­ski sko­wyt. Ja­sne, wszech­wi­dzą­ce świa­tła od­rzu­tow­ca wy­my­ka­ją się gra­wi­ta­cji, ucie­ka­ją z Ka­strup, z Da­nii. Jego ulot­na obec­ność ośle­pia. W nie­mi­ło­sier­nej ja­sno­ści Nan­na Birk Lar­sen się­ga pal­ca­mi do swo­jej twa­rzy. Wy­czu­wa ranę bie­gną­cą od le­we­go oka do po­licz­ka, do­kucz­li­wą, otwar­tą, krwa­wią­cą.

Czu­je go. Czu­je jego za­pach. Na so­bie. W so­bie.

Przez ten ból i strach wzno­si się go­rą­cy i gwał­tow­ny pło­mień wście­kło­ści.

„Wy­ka­pa­ny The­is”.

Wszy­scy tak mó­wi­li, gdy da­wa­ła im po­wód.

Je­steś Nan­na Birk Lar­sen, dziec­ko The­isa i Per­nil­le, i umkniesz nocą po­two­ro­wi, bie­gnąc przez Las Zie­lo­no­świąt­ko­wy na obrze­żach mia­sta. Kil­ka dłu­gich ki­lo­me­trów stąd leży cie­płe, bez­piecz­ne miej­sce zwa­ne do­mem.

Nan­na wsta­je i chwy­ta się pnia, tak jak kie­dyś chwy­ta­ła się ojca, ra­mio­na­mi do­ty­ka łusz­czą­cej się srebr­nej kory, bla­de chu­cher­ko ob­le­pio­ne bru­dem i krwią, drżą­ce, ci­che, prze­ko­nu­je sie­bie samą, że za ciem­nym la­sem i mar­twy­mi drze­wa­mi, któ­re nie dają schro­nie­nia, znaj­dzie wy­ba­wie­nie.

Bia­ły pro­mień zno­wu ją obej­mu­je. To nie jest po­tok ja­sno­ści spły­wa­ją­cy z brzu­cha sa­mo­lo­tu, któ­ry leci po­nad pust­ko­wiem jak wiel­ki me­cha­nicz­ny anioł próż­no szu­ka­ją­cy za­gu­bio­nej du­szy spra­gnio­nej ra­tun­ku.

Bie­gnij, Nan­no, bie­gnij – krzy­czy głos.

Bie­gnij, Nan­no, bie­gnij – my­śli dziew­czy­na.

Do­się­ga ją świa­tło la­tar­ki, po­je­dyn­cze ośle­pia­ją­ce oko. Jest tu­taj.

2_

Po­nie­dzia­łe­k_3 li­sto­pa­da_

– Na ty­łach – po­wie­dział gli­niarz. – Ja­kiś bez­dom­ny ją zna­lazł.

Siód­ma trzy­dzie­ści rano. Jesz­cze ciem­no, deszcz lał pio­no­wy­mi, lo­do­wa­ty­mi stru­ga­mi. Pod­ko­mi­sarz Sa­rah Lund sta­ła pod ścia­ną brud­ne­go ce­gla­ne­go bu­dyn­ku nie­opo­dal na­brze­ża, pa­trząc, jak mun­du­ro­wi roz­pi­na­ją ta­śmę po­li­cyj­ną.

Ostat­nie miej­sce zbrod­ni, ja­kie oglą­da­ła w Ko­pen­ha­dze. To mu­sia­ło być mor­der­stwo. A ofia­rą mu­sia­ła być ko­bie­ta.

– Bu­dy­nek jest pu­sty. Spraw­dza­my ten na­prze­ciw­ko.

– Ile ona ma lat? – spy­ta­ła Lund.

Gli­niarz, chy­ba jej nie­zna­ny, wzru­szył ra­mio­na­mi, po czym starł ręką deszcz z twa­rzy.

– Cze­mu py­tasz?

Przez ten kosz­mar – chcia­ła­by po­wie­dzieć. Kosz­mar, któ­ry spra­wił, że o szó­stej rano z krzy­kiem sia­dła wy­pro­sto­wa­na jak stru­na w pu­stym łóż­ku. Gdy wsta­ła, Bengt, miły, tro­skli­wy, spo­koj­ny Bengt, krzą­tał się po miesz­ka­niu, koń­cząc pa­ko­wa­nie. Mark, jej syn, spał przed te­le­wi­zo­rem w swo­im po­ko­ju i na­wet nie drgnął, gdy zaj­rza­ła tam po ci­chut­ku. Dzi­siaj wie­czo­rem całą trój­ką mie­li wsiąść do sa­mo­lo­tu le­cą­ce­go do Sztok­hol­mu. Nowe ży­cie w in­nym kra­ju. Za­kręt wzię­ty. Mo­sty spa­lo­ne.

Sa­rah Lund mia­ła trzy­dzie­ści osiem lat, była po­waż­ną ko­bie­tą, przy­pa­tru­ją­cą się ba­daw­czo świa­tu, nig­dy so­bie. Za­czy­nał się jej ostat­ni dzień w ko­pen­ha­skiej po­li­cji. Ta­kie ko­bie­ty jak ona nie mie­wa­ły kosz­ma­rów, nie bu­dzi­ły się w ciem­no­ściach prze­ra­żo­ne ma­ja­ka­mi wy­krzy­wio­nej w pa­ni­ce mło­dej twa­rzy, tak po­dob­nej do niej sa­mej przed laty.

To przy­da­rza­ło się in­nym.

– Ja­sne, po co od­po­wia­dać. – Gli­niarz skrzy­wił się na jej mil­cze­nie, pod­niósł ta­śmę i po­pro­wa­dził ją do roz­su­wa­nych me­ta­lo­wych drzwi. – Po­wiem ci, że jesz­cze nig­dy cze­goś ta­kie­go nie wi­dzia­łem.

Po­dał jej nie­bie­skie rę­ka­wicz­ki, pa­trzył, jak je za­kła­da, po­tem oparł się ra­mie­niem o rdze­wie­ją­cy me­tal. Drzwi od­su­nę­ły się, pisz­cząc jak tor­tu­ro­wa­ny kot.

– Do­łą­czę do cie­bie za chwi­lę – rzu­cił.

Po­szła przed sie­bie, jak za­wsze sama, pa­trząc uważ­nie ja­sny­mi, sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, nie­zmien­nie czuj­na.

Nie wie­dzieć cze­mu gli­niarz za­su­nął drzwi w chwi­li, gdy ona zna­la­zła się w środ­ku, tak szyb­ko, że tym ra­zem roz­legł się koci pisk o ton wyż­szy. Po­tem za­pa­dła ci­sza, za­kłó­co­na tyl­ko me­ta­licz­nym dy­go­tem cięż­kiej sta­li od­dzie­la­ją­cej ją od sza­re­go dnia.

Środ­kiem po­miesz­cze­nia biegł ko­ry­tarz. Wy­glą­da­ło to na ma­ga­zyn mię­sa. Na bel­ce w rów­nych od­stę­pach wi­sia­ły haki. Na su­fi­cie świe­cił je­den rząd ża­ró­wek. Be­to­no­wa po­sadz­ka była wil­got­na i lśnią­ca.

Na koń­cu ko­ry­ta­rza coś się po­ru­szy­ło, za­ko­ły­sa­ło jak ogrom­ne wa­ha­dło.

Trzask nie­wi­docz­ne­go prze­łącz­ni­ka i na­gle za­pa­dła ciem­ność. Jak w sy­pial­ni dzi­siaj rano, gdy wy­bu­dzi­ła się ze strasz­ne­go snu.

– Świa­tło! – za­wo­ła­ła.

Jej głos od­bił się echem po czar­nym i pu­stym wnę­trzu bu­dyn­ku.

– Pro­szę włą­czyć świa­tło!

Ci­sza. Żad­ne­go dźwię­ku. Była do­świad­czo­ną po­li­cjant­ką, za­bra­ła ze sobą wszyst­ko, co po­win­na, oprócz bro­ni, o któ­rej za­wsze za­po­mi­na­ła.

Ale w pra­wej kie­sze­ni mia­ła la­tar­kę. Wy­ję­ła ją te­raz i trzy­ma­ła tak, jak to ro­bią wszy­scy gli­nia­rze: pra­wa ręka w górę, nad­gar­stek od­chy­lo­ny. Po­świe­ci­ła przed sie­bie, zaj­rza­ła w za­ka­mar­ki po bo­kach.

Ru­szy­ła na łowy. Koce, roz­rzu­co­ne ubra­nia, dwie zgnie­cio­ne pusz­ki po coli, opa­ko­wa­nie po pre­zer­wa­ty­wach.

Trzy kro­ki i na­gle stop. Pod pra­wą ścia­ną, przy sa­mej pod­ło­dze zo­ba­czy­ła ka­łu­żę, szkar­łat­ną i lep­ką. Od niej cią­gnę­ły się dwie rów­no­le­głe li­nie – krew roz­sma­ro­wa­na tak, jak­by po pod­ło­dze cią­gnię­to cia­ło.

Lund się­gnę­ła do kie­sze­ni, wy­ję­ła pacz­kę gum ni­ko­ty­no­wych, wrzu­ci­ła jed­ną do ust.

Rzu­ca­ła nie tyl­ko Ko­pen­ha­gę. Pa­pie­ro­sy też tra­fi­ły na czar­ną li­stę.

Po­chy­li­ła się i wsa­dzi­ła do lep­kiej ka­łu­ży pa­lec w nie­bie­skiej rę­ka­wicz­ce. Pod­nio­sła go do nosa i po­wą­cha­ła.

Jesz­cze trzy kro­ki i na­tknę­ła się na sie­kie­rę o sty­li­sku czy­stym i lśnią­cym, jak­by wczo­raj przy­nie­sio­no ją ze skle­pu. Dwo­ma pal­ca­mi do­tknę­ła czer­wo­nej cie­czy, któ­ra opły­wa­ła ostrze. Po­sma­ko­wa­ła, po­wą­cha­ła i za­sta­no­wi­ła się chwi­lę.

Nig­dy nie po­lu­bi sma­ku ni­co­ti­nell. Po­szła da­lej.

To coś przed sobą wi­dzia­ła co­raz wy­raź­niej. Ko­ły­sa­ło się z boku na bok. Gru­ba fo­lia uma­za­na na czer­wo­no tak moc­no, jak­by w środ­ku znaj­do­wa­ło się za­szlach­to­wa­ne zwie­rzę.

Za­war­tość fo­lii mia­ła zna­jo­my, ludz­ki kształt.

Lund zmie­ni­ła po­zy­cję la­tar­ki, trzy­ma­ła ją te­raz bli­sko ta­lii. Kie­ru­jąc pro­mień do góry, ba­da­ła fo­lię, szu­ka­ła miej­sca, za któ­re mo­gła­by chwy­cić.

Szarp­nę­ła, fo­lia opa­dła, a jej za­war­tość za­ko­ły­sa­ła się po­wo­li. Świa­tło la­tar­ki po­chwy­ci­ło znie­ru­cho­mia­łą twarz, mę­ską, usta otwar­te w wie­ku­istym O. Czar­ne wło­sy, ró­żo­wa skó­ra, mon­stru­al­ny sztucz­ny pe­nis we wzwo­dzie. A na gło­wie ja­skra­wo­nie­bie­ski hełm wi­kin­ga ze srebr­ny­mi ro­ga­mi i zło­ty­mi war­ko­cza­mi.

Lund prze­chy­li­ła gło­wę i uśmiech­nę­ła się. Na ich uży­tek.

Na klat­ce pier­sio­wej gu­mo­wa lala mia­ła kart­kę: „Dzię­ki, sze­fo­wo, za sie­dem cu­dow­nych lat. Chło­pa­ki”.

Z ciem­no­ści do­biegł śmiech.

Chło­pa­ki.

Nie­zły ka­wał. Cho­ciaż mo­gli się po­sta­rać o praw­dzi­wą krew.

Sie­dzi­ba Po­li­ti­gar­den mie­ści­ła się w sza­rym la­bi­ryn­cie na osu­szo­nym te­re­nie nie­opo­dal na­brze­ża. Bu­dy­nek Ko­men­dy Głów­nej, po­sęp­ny i kan­cia­sty na ze­wnątrz, w środ­ku otwie­rał się na owal­ny dzie­dzi­niec oto­czo­ny kla­sycz­ną ko­lum­na­dą, za któ­rą bie­gła ocie­nio­na ar­ka­da. Spi­ral­ne klat­ki scho­do­we we­wnątrz bu­dyn­ku pro­wa­dzi­ły do dłu­gich ko­ry­ta­rzy wy­ło­żo­nych żył­ko­wa­nym czar­nym mar­mu­rem. Trzy mie­sią­ce mi­nę­ły, za­nim na­uczy­ła się po­ru­szać po tym ciem­nym la­bi­ryn­cie. Jesz­cze te­raz cza­sa­mi mu­sia­ła się moc­no za­sta­na­wiać, gdzie się znaj­du­je.

Wy­dział Za­bójstw mie­ścił się na pierw­szym pię­trze, od pół­noc­ne­go wscho­du. Lund sie­dzia­ła w po­ko­ju Bu­char­da, słu­cha­jąc ich żar­tów, otwie­ra­jąc pre­zen­ty, uśmiech­nię­ta, mil­czą­ca, w heł­mie z kar­to­no­wy­mi ro­ga­mi i zło­ty­mi war­ko­cza­mi.

Wresz­cie po­dzię­ko­wa­ła im i po­szła do sie­bie, by po­zbie­rać swo­je rze­czy. Nie mia­ła cza­su na cer­to­le­nie. Uśmiech­nę­ła się do zdję­cia Mar­ka, któ­re trzy­ma­ła na biur­ku. Sprzed trzech lat, gdy on miał lat dzie­więć, na dłu­go przed tym, jak przy­szedł do domu z tym śmiesz­nym kol­czy­kiem w uchu. Przed – tuż przed – roz­wo­dem. Po­tem po­ja­wił się Bengt i za­czął ją ku­sić wy­jaz­dem do Szwe­cji i ży­ciem po dru­giej stro­nie smęt­nych, zim­nych wód Sun­du.

Mały Mark, nie­uśmiech­nię­ty i wte­dy, i te­raz. To się zmie­ni w Szwe­cji. Wszyst­ko się zmie­ni.

Zgar­nę­ła do li­che­go kar­to­nu resz­tę rze­czy z biur­ka: trzy­mie­sięcz­ny za­pas ni­co­ti­nell, dłu­go­pi­sy, tem­pe­rów­kę w kształ­cie lon­dyń­skie­go au­to­bu­su; na wierz­chu po­ło­ży­ła zdję­cie Mar­ka.

Otwo­rzy­ły się drzwi i do środ­ka wszedł męż­czy­zna.

Spoj­rza­ła, osą­dzi­ła, jak za­wsze. Pa­pie­ros zwi­sa­ją­cy z ką­ci­ka ust. Wło­sy krót­kie, twarz po­waż­na. Wiel­kie oczy, wiel­kie uszy. Ubra­nie ta­nie i tro­chę zbyt mło­dzie­żo­we jak na fa­ce­ta pra­wie w jej wie­ku. Niósł kar­ton bar­dzo po­dob­ny do jej wła­sne­go. Do­strze­gła plan Ko­pen­ha­gi, ta­bli­cę do mi­ni­ko­szy­ków­ki, sa­mo­cho­dzik po­li­cyj­ny i słu­chaw­ki.

– Szu­kam ga­bi­ne­tu Lund – po­wie­dział, wpa­tru­jąc się w hełm wi­kin­ga za­wie­szo­ny na no­wych nar­tach, któ­re po­da­ro­wa­no jej przy śnia­da­niu.

– To tu.

– Jan Mey­er. Tu się nosi ta­kie mun­du­ry?

– Wy­jeż­dżam do Szwe­cji.

Pod­nio­sła swo­je rze­czy i ru­szy­ła do drzwi. Nie­zgrab­nie pró­bo­wa­li się wy­mi­nąć.

– Na mi­łość Bo­ską… dla­cze­go? – spy­tał.

Od­sta­wi­ła kar­ton, zgar­nę­ła do tyłu dłu­gie, brą­zo­we, nie­sfor­ne wło­sy, ro­zej­rza­ła się. Chy­ba nic nie zo­sta­ło.

Mey­er wy­jął ta­bli­cę do mi­ni­ko­szy­ków­ki, spoj­rzał na ścia­nę.

– Moja sio­stra zro­bi­ła coś ta­kie­go – po­wie­dział.

– Co mia­no­wi­cie?

– Tu ja­koś nie mo­gła się ze­brać do kupy, więc prze­nio­sła się z fa­ce­tem na Born­holm. – Umo­co­wał ta­bli­cę mię­dzy szaf­ka­mi na akta. – Faj­ny gość. Nie uda­ło się.

Lund wy­ję­ła z kie­sze­ni gum­kę i z nie­cier­pli­wo­ścią zwią­za­ła wło­sy w koń­ski ogon.

– Za da­le­ko od cy­wi­li­za­cji. Do­sta­wa­li kręć­ka od słu­cha­nia ca­ły­mi dnia­mi kro­wich pier­dów. – Wy­jął cy­no­wy ku­fel do piwa z przy­kryw­ką i ob­ra­cał go w dło­niach. – Ty do­kąd je­dziesz?

– Do Sig­tu­ny.

Mey­er znie­ru­cho­miał i wpa­try­wał się w nią w mil­cze­niu.

– To też bar­dzo da­le­ko od cy­wi­li­za­cji – do­da­ła.

Za­cią­gnął się głę­bo­ko i wy­jął z pu­dła małą, dzie­cię­cą fut­bo­lów­kę. Po­sta­wił na biur­ku ra­dio­wo­zik i za­czął nim jeź­dzić w tę i z po­wro­tem. Kie­dy kół­ka się po­ru­sza­ły, włą­cza­ło się nie­bie­skie świa­tło i wyła sy­re­na.

Cią­gle się nim ba­wił, gdy wszedł Bu­chard z kart­ką w ręku.

– Po­zna­li­ście się – po­wie­dział. To nie było py­ta­nie.

Miły wu­ja­szek w oku­la­rach, obok któ­re­go sie­dzia­ła przy śnia­da­niu, znik­nął.

– Mie­li­śmy przy­jem­ność… – za­czę­ła.

– Wła­śnie to przy­sła­no. – Bu­chard po­dał jej ra­port. – Je­śli je­steś za bar­dzo za­ję­ta pa­ko­wa­niem…

– Mam dużo cza­su – za­pew­ni­ła. – Cały dzień…

– Świet­nie. Może weź­miesz ze sobą Mey­era?

Męż­czy­zna z kar­to­nem zga­sił pa­pie­ro­sa i wzru­szył ra­mio­na­mi.

– On się roz­pa­ko­wu­je – za­uwa­ży­ła.

Mey­er zo­sta­wił sa­mo­cho­dzik, wziął fut­bo­lów­kę i za­czął ją prze­rzu­cać z ręki do ręki.

Uśmiech­nął się sze­ro­ko. Wy­glą­dał te­raz in­a­czej, bar­dziej ludz­ko. I spra­wiał wra­że­nie bar­dziej uła­dzo­ne­go.

– Nig­dy nie je­stem tak za­pra­co­wa­ny, że­bym nie mógł po­pra­co­wać.

– Do­bry po­czą­tek – pod­su­mo­wał Bu­chard. W jego gło­sie za­brzmia­ło zde­ner­wo­wa­nie. – Mnie by się spodo­ba­ło, Mey­er, i to­bie też się spodo­ba.

Sie­dząc na miej­scu pa­sa­że­ra, Lund przez otwar­te okno roz­glą­da­ła się po Ka­lve­bod Fæl­led. Trzy­na­ście ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od mia­sta, bli­sko wody. Po kil­ku­dnio­wych desz­czach wresz­cie się wy­po­go­dzi­ło. Ra­czej nie na dłu­go. Pła­skie ba­gna, żół­ta tra­wa, rowy cią­gną­ce się po ho­ry­zont, po pra­wej nagi ciem­ny las. Sła­by za­pach mo­rza, moc­niej­szy odór gni­ją­cych ro­ślin. Wil­goć w po­wie­trzu, pra­wie mroź­nym. Nad­cho­dzi­ła cięż­ka zima.

– Nie wol­no wam no­sić bro­ni? Ani do­ko­ny­wać aresz­to­wań? A co z man­da­ta­mi za par­ko­wa­nie?

Czło­wiek, któ­ry ran­kiem wy­pro­wa­dzał psa, zna­lazł ja­kieś dziew­czę­ce ubra­nia na pust­ko­wiu nie­opo­dal brzo­zo­we­go la­sku zna­ne­go jako Pin­se­sko­ven. Las Zie­lo­no­świąt­ko­wy.

– Mu­sisz być Szwe­dem, żeby do­ko­ny­wać aresz­to­wań. Tak… – Lund wo­la­ła­by w ogó­le nie od­po­wia­dać na jego py­ta­nia. – Tak to dzia­ła.

Mey­er we­pchnął do ust garść chip­sów, zwi­nął opa­ko­wa­nie i ci­snął pod nogi. Pro­wa­dził jak na­sto­la­tek, za szyb­ko, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na in­nych.

– Co my­śli twój chło­pak?

Wy­sia­dła, nie spraw­dza­jąc na­wet, czy idzie za nią.

Przy zna­le­zi­sku stał funk­cjo­na­riusz w cy­wi­lu, a mun­du­ro­wy błą­kał się po wy­kro­tach, ko­piąc kępy umie­ra­ją­cej tra­wy. To wszyst­ko, co mie­li: ba­weł­nia­na blu­zecz­ka w kwia­tusz­ki, w sam raz dla na­sto­lat­ki. Kar­ta do wy­po­ży­czal­ni wi­deo. Jed­no i dru­gie za­pa­ko­wa­ne w to­reb­ki na do­wo­dy rze­czo­we. Na ko­szul­ce wid­nia­ły śla­dy krwi.

Lund ob­ró­ci­ła się o trzy­sta sześć­dzie­siąt stop­ni. Wiel­ki­mi, lśnią­cy­mi ocza­mi prze­szu­ka­ła oko­li­cę, jak za­wsze.

– Kto tu przy­cho­dzi? – spy­ta­ła mun­du­ro­we­go.

– Za dnia przed­szko­la­ki na spa­ce­ry. Nocą dziw­ki z mia­sta.

– Nie­złe miej­sce, żeby za­li­czyć nu­me­rek – wtrą­cił się Mey­er. – A gdzie dzi­siaj miej­sce na ro­man­se? Gdzie, py­tam.

Lund wciąż ob­ra­ca­ła się po­wo­li.

– Od kie­dy te rze­czy tu leżą?

– Od wczo­raj. W pią­tek była tu wy­ciecz­ka szkol­na. Zna­leź­li­by je.

– Żad­nych we­zwań? Zgło­szeń ze szpi­ta­li?

– Nic.

– Nie wie­my, kim ona jest?

De­tek­tyw po­ka­zał jej to­reb­kę z ko­szul­ką.

– Roz­miar osiem – od­po­wie­dział. – Tyle wie­my.

Blu­zecz­ka wy­glą­da­ła na ta­nią, w kwiat­ki tak ja­skra­we i dzie­cię­ce, że wła­ści­ciel­ka mo­gła ją wło­żyć dla żar­tu. Taki żart na­sto­lat­ki: dzie­cin­nej i sek­sow­nej jed­no­cze­śnie.

Lund wzię­ła dru­gą to­reb­kę i przyj­rza­ła się kar­cie do wy­po­ży­czal­ni. Wid­nia­ło na niej na­zwi­sko: „The­is Birk Lar­sen”.

– Zna­leź­li­śmy to obok ścież­ki – do­dał gli­niarz. – Ko­szul­kę tu­taj. Może się po­kłó­ci­li i on ją wy­rzu­cił z sa­mo­cho­du. A po­tem…

– A po­tem – pod­jął Mey­er – ze­bra­ła swo­je buty, płaszcz i to­reb­kę, jak rów­nież pacz­kę pre­zer­wa­tyw, i po­szła do domu oglą­dać te­le­wi­zję.

Lund nie mo­gła ode­rwać wzro­ku od lasu.

– Chce­cie, że­bym po­ga­dał z tym Birk Lar­se­nem? – spy­tał mun­du­ro­wy.

– Zrób to. – Zer­k­nę­ła na ze­ga­rek.

Osiem go­dzin i ko­niec. Ko­niec z Ko­pen­ha­gą i do­tych­cza­so­wym ży­ciem.

Pod­szedł Mey­er, a Lund na­gle zna­la­zła się w kłę­bie dymu.

– Mo­że­my z nim po­ga­dać, Lund. Zo­sta­wił tu dziw­kę. Po­bił ją. Go­ściu ide­al­nie w moim ty­pie.

– Ale ro­bo­ta nie w na­szym ty­pie.

Pa­pie­ros po­wę­dro­wał do naj­bliż­sze­go rowu.

– Wiem, tyl­ko… – Z kie­sze­ni wy­ło­ni­ła się pacz­ka gum. Ten fa­cet żył chip­sa­mi, sło­dy­cza­mi i pa­pie­ro­sa­mi. – Chcę tyl­ko z nim po­ga­dać.

– O czym? Nie ma żad­nej spra­wy. Dziw­ka nie zło­ży­ła skar­gi.

Mey­er po­chy­lił się do przo­du i prze­mó­wił do niej jak na­uczy­ciel do dziec­ka.

– Je­stem do­bry w roz­ma­wia­niu.

Miał od­sta­ją­ce, nie­mal ko­micz­ne uszy i do­bo­wy za­rost. Był­by do­bry jako taj­ny agent, po­my­śla­ła. I może pra­co­wał jako taj­ny agent. Przy­po­mnia­ła so­bie, jak Bu­chard mó­wił do nie­go. Ulicz­ny zbir. Gli­niarz. Mey­er nada­wał­by się na jed­ne­go i dru­gie­go.

– Po­wie­dzia­łam…

– Po­win­naś mnie zo­ba­czyć w ak­cji, Lund. Na­praw­dę. Za­nim wy­je­dziesz. Mój po­da­ru­nek dla Szwe­dów.

Wy­jął kar­tę z jej pal­ców.

– The­is Birk Lar­sen – prze­czy­tał.

Sa­rah Lund zro­bi­ła jesz­cze jed­no kół­ko, obej­rza­ła żół­te tra­wy, rowy i drze­wa.

– Ja po­pro­wa­dzę – zde­cy­do­wa­ła.

Per­nil­le po­chy­li­ła się nad jego sze­ro­ką kla­tą, śmie­jąc się jak dziec­ko.

Roz­ne­gli­żo­wa­na, na ku­chen­nej pod­ło­dze, przed po­łu­dniem, w dzień po­wsze­dni. To był po­mysł The­isa, oczy­wi­ście.

– Ubierz się – za­rzą­dzi­ła i ze­szła z nie­go. – Idź do pra­cy, zwie­rza­ku.

Uśmiech­nął się sze­ro­ko jak na­rwa­ny na­sto­la­tek, a prze­cież miał już czter­dzie­ści czte­ry lata. Za­wsze się tak uśmie­chał. Si­wie­ją­ce rude wło­sy, buj­ne bo­ko­bro­dy się­ga­ją­ce do sze­ro­kie­go pod­bród­ka, twarz, któ­ra w jed­nej chwi­li umia­ła się prze­mie­nić z przy­ja­znej we wro­gą i zno­wu znie­ru­cho­mieć.

Per­nil­le, o rok młod­szej, trój­ka dzie­ci nie po­psu­ła fi­gu­ry. Była rów­nie atrak­cyj­na jak dwa­dzie­ścia lat temu, gdy się po­zna­li.

Pa­trzy­ła chwi­lę, jak z tru­dem wdzie­wa czer­wo­ne ogrod­nicz­ki, po czym ro­zej­rza­ła się po nie­wiel­kim miesz­kan­ku.

Gdy się wpro­wa­dzi­li do Ve­ster­bro, no­si­ła pod ser­cem Nan­nę. Do ślu­bu szła z ma­łym brzusz­kiem. Tu w tym ja­snym, barw­nym po­ko­ju, z do­nicz­ka­mi na oknie, zdję­cia­mi na ścia­nach, za­go­nie­ni i za­pra­co­wa­ni, wy­cho­wa­li swo­ją cór­kę. Od pisz­czą­ce­go nie­mow­la­ka po pięk­ną na­sto­lat­kę. Po dłu­giej prze­rwie do­łą­czy­li do niej Emil i An­ton, w tej chwi­li sied­mio- i sze­ścio­let­ni.

Miesz­ka­li nad ru­chli­wym ma­ga­zy­nem fir­my trans­por­to­wej Birk Lar­se­na. Na dole pa­no­wał więk­szy po­rzą­dek niż w za­tło­czo­nych po­miesz­cze­niach na pię­trze, w któ­rych gnieź­dzi­li się całą piąt­ką, co chwi­lę wcho­dząc so­bie w dro­gę. Gma­twa­ni­na pa­mią­tek, ry­sun­ków, za­ba­wek i naj­roz­ma­it­szych kla­mo­tów.

Per­nil­le spoj­rza­ła na zio­ła na oknie, na zie­lo­ne świa­tło, któ­re przez nie wpły­wa­ło.

Peł­nia ży­cia.

– Nan­nie nie­dłu­go bę­dzie po­trzeb­ne miesz­ka­nie – po­wie­dzia­ła, po­pra­wia­jąc dłu­gie kasz­ta­no­we wło­sy. – Mo­gli­by­śmy wpła­cić kau­cję, no nie?

Mruk­nął coś, tłu­miąc śmiech.

– Zno­wu chcesz za nią de­cy­do­wać. Niech naj­pierw skoń­czy szko­łę.

– The­is…

Wtu­li­ła się w jego krzep­kie ra­mio­na, pa­trząc mu w twarz. Nie­któ­rzy bali się The­isa Birk Lar­se­na. Ale nie ona.

– Może nie bę­dzie trze­ba… – po­wie­dział.

Jego su­ro­wa twarz zmarsz­czy­ła się w chy­trym, fi­glar­nym uśmie­chu.

– Cze­mu?

– Ta­jem­ni­ca.

– Po­wiedz! – krzyk­nę­ła Per­nil­le i wal­nę­ła go pię­ścią w pierś.

– Wte­dy nie bę­dzie ta­jem­ni­cy.

Ze­szli scho­da­mi do ma­ga­zy­nu.

Cię­ża­rów­ki i lu­dzie, pa­le­ty, za­wi­nię­te w fo­lię ła­dun­ki, spi­sy i roz­dziel­ni­ki.

De­ski pod­ło­go­we jak za­wsze skrzy­pia­ły. Może krzyk­nę­ła? Po ich wy­szcze­rzo­nych w uśmie­chu twa­rzach było wi­dać, że usły­sze­li. Vagn Skær­bæk, kum­pel The­isa od nie­pa­mięt­nych cza­sów, uchy­lił nie­ist­nie­ją­ce­go ka­pe­lu­sza.

– Po­wiedz mi! – po­pro­si­ła raz jesz­cze, zdej­mu­jąc z ha­czy­ka jego sta­ry skó­rza­ny płaszcz.

Birk Lar­sen wło­żył czar­ny płaszcz, wy­cią­gnął z kie­sze­ni cha­rak­te­ry­stycz­ną włócz­ko­wą cza­pecz­kę i wsa­dził ją na gło­wę. Na wierz­chu czar­ny, pod spodem czer­wo­ny. Ten uni­form stał się jego dru­gą skó­rą. Wy­glą­dał w nim jak za­dzie­rzy­sty sa­miec sło­nia mor­skie­go, za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go te­ry­to­rium, go­to­wy wal­czyć z każ­dym in­tru­zem.

Zer­k­nął na roz­pi­skę, ski­nął gło­wą i za­wo­łał Va­gna Skær­bæka do naj­bliż­szej cię­ża­rów­ki. Też czer­wo­nej i tak jak kom­bi­ne­zo­ny ro­bo­cze ozna­czo­nej na­zwi­skiem Birk Lar­sen. Jak czer­wo­ny trój­ko­ło­wiec chri­stia­nia ze skrzyn­ką, któ­rym Skær­bæk jeź­dził osiem­na­ście lat temu. Ku­pi­li go, by wo­zić Nan­nę po mie­ście.

Birk Lar­sen. Pa­triar­cha skrom­nej, szczę­śli­wej dy­na­stii. Wład­ca swo­je­go nie­wiel­kie­go kró­le­stwa w Ve­ster­bro.

Kla­snął w wiel­kie dło­nie, wy­dał po­le­ce­nia. Po­tem od­je­chał.

Per­nil­le Birk Lar­sen za­cze­ka­ła, aż męż­czyź­ni wró­cą do pra­cy. Mu­sia­ła do­koń­czyć de­kla­ra­cję po­dat­ko­wą. Trze­ba było pła­cić, a to nic przy­jem­ne­go. I trze­ba też było pew­ne sumy ukryć. Nikt nie od­da­je pań­stwu wszyst­kie­go, je­śli tyl­ko ma inne wyj­ście.

Nie trze­ba nam już wię­cej ta­jem­nic, The­is, po­my­śla­ła.

Pod zło­tym po­są­giem bi­sku­pa Ab­sa­lo­na, pod wie­żą dzwon­ni­czą i blan­ko­wą li­nią da­chów, na tle twier­dzy z czer­wo­nej ce­gły, w któ­rej mie­ścił się Rådhus, ko­pen­ha­ski Ra­tusz, sta­ły trzy bil­l­bo­ar­dy.

Kir­sten El­ler, Tro­els Hart­mann, Poul Bre­mer. Uśmiech­nię­ci tak, jak tyl­ko po­li­ty­cy po­tra­fią się uśmie­chać.

El­ler: wą­skie usta za­ci­śnię­te w gry­ma­sie bli­skim uśmiesz­ko­wi. Par­tia Cen­trum, któ­ra na za­wsze utknę­ła na zie­mi ni­czy­jej, w na­dziei, że przy­lgnie do jed­nej lub dru­giej stro­ny, a po­tem chwy­ci reszt­ki z pań­skie­go sto­łu.

Da­lej Poul Bre­mer: pro­mien­nie uśmiech­nię­ty do mia­sta, któ­rym wła­dał. Bur­mistrz Ko­pen­ha­gi od dwu­na­stu lat, pulch­ny i zde­cy­do­wa­ny mąż sta­nu, bli­ski par­la­men­ta­rzy­stom, któ­rzy trzy­ma­ją kie­sę, do­sko­na­le za­zna­jo­mio­ny ze zmien­ny­mi na­stro­ja­mi nie­mra­wych dzia­ła­czy par­tyj­nych, z roz­le­głą sie­cią stron­ni­ków i zwo­len­ni­ków, któ­rzy słu­cha­ją każ­de­go jego sło­wa. Czar­na ma­ry­nar­ka, bia­ła ko­szu­la, ja­sno­sza­ry je­dwab­ny kra­wat, biz­ne­so­we czar­ne opraw­ki oku­la­rów. Bre­mer w wie­ku sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat miał przy­ja­zne uspo­so­bie­nie ulu­bio­ne­go wuj­ka, szczo­dre­go no­si­cie­la da­rów i łask, by­stre­go krew­ne­go, któ­ry zna wszyst­kie se­kre­ty i w ogó­le wszyst­ko wie.

Wresz­cie Tro­els Hart­mann.

Mło­dy. Przy­stoj­ny. Po­li­tyk, obok któ­re­go ko­bie­ty nie umia­ły przejść obo­jęt­nie i któ­re­go po­dzi­wia­ły w du­chu. W bar­wach li­be­ra­łów. Gra­na­to­wy gar­ni­tur, nie­bie­ska ko­szu­la roz­pię­ta pod szy­ją. Lat czter­dzie­ści dwa, chło­pię­cy ze swo­ją nor­dyc­ką uro­dą, cho­ciaż w jego ja­snych ko­bal­to­wych oczach cza­ił się cień bólu, któ­ry umknął obiek­ty­wo­wi fo­to­gra­fa. Po­rząd­ny czło­wiek – mó­wi­ło zdję­cie. Nowe po­ko­le­nie, któ­re­mu to sta­re musi ustą­pić miej­sca, ze świe­ży­mi po­my­sła­mi. Za­po­wiedź zmian. Tym­cza­sem, dzię­ki or­dy­na­cji wy­bor­czej, pro­wa­dził ener­gicz­nie i z wi­zją miej­ski Wy­dział Edu­ka­cji. Pra­wie bur­mistrz, choć­by tyl­ko w szko­łach i col­le­ge’ach.

Tro­je po­li­ty­ków sta­ją­cych w szran­ki o tron Ko­pen­ha­gi, mia­sta sto­łecz­ne­go, roz­le­głej me­tro­po­lii, w któ­rej miesz­ka­ła i pra­co­wa­ła, kłó­ci­ła się i wal­czy­ła po­nad jed­na pią­ta spo­śród pię­ciu i pół mi­lio­na Duń­czy­ków. Mło­dzi i sta­rzy, uro­dze­ni w Da­nii i nie­daw­no przy­by­li, nie­ko­niecz­nie mile wi­ta­ni imi­gran­ci. Mia­sto szcze­re i pra­co­wi­te, le­ni­we i ze­psu­te. Mia­sto jak żad­ne inne.

El­ler – out­si­der­ka, któ­rej je­dy­ną szan­są jest ubi­cie jak naj­lep­sze­go in­te­re­su. Hart­mann – mło­dy ide­ali­sta. Wro­go­wie na­zwa­li­by go na­iw­nym. Nie­złom­ny w na­dziei, że zrzu­ci Po­ula Bre­me­ra, kró­la po­li­ty­ki lo­kal­nej, z grzę­dy, któ­rą sta­ru­szek na­zy­wał swo­ją wła­sną.

W mroź­ne li­sto­pa­do­we po­po­łu­dnie ich twa­rze uśmie­cha­ły się pro­mien­nie do apa­ra­tu, do pra­sy, do lu­dzi na uli­cy. Za barw­ny­mi szy­ba­mi okien ce­gla­ne­go zam­ku zwa­ne­go ra­tu­szem, w ko­ry­ta­rzach i ma­leń­kich po­ko­jach, gdzie po­li­ty­cy zbie­ra­li się, by szep­tać i spi­sko­wać, bie­gło inne ży­cie.

Za nie­ru­cho­my­mi i sztucz­ny­mi uśmie­cha­mi trwa­ła woj­na.

Lśnią­ce drew­no. Wy­so­kie, smu­kłe wi­tra­że. Skó­rza­ne me­ble. Zło­ce­nia, mo­zai­ki, ob­ra­zy. Za­pach pa­sto­wa­ne­go ma­ho­niu.

Wszę­dzie sta­ły pla­ka­ty Hart­man­na, opar­te o ścia­ny, go­to­we do wy­nie­sie­nia na mia­sto. Na biur­ku, w drew­nia­nej ram­ce, por­tret jego żony na szpi­tal­nym łóż­ku, spo­koj­nej, dziel­nej i pięk­nej na mie­siąc przed śmier­cią. Obok zdję­cie Joh­na F. Ken­ne­dy’ego i ła­nio­okiej Jac­kie w Bia­łym Domu. W tle gra­ła or­kie­stra. Ona uśmie­cha­ła się w pięk­nej je­dwab­nej suk­ni wie­czo­ro­wej. Ken­ne­dy szep­tał jej coś na ucho.

Bia­ły Dom, jesz­cze przed Dal­las.

W swo­im ga­bi­ne­cie Tro­els Hart­mann po­pa­trzył na zdję­cia, a po­tem na ka­len­darz na biur­ku.

Po­nie­dział­ko­wy po­ra­nek. Cze­ka­ły go trzy naj­dłuż­sze ty­go­dnie w jego ży­ciu po­li­tycz­nym. Nie­skoń­czo­na se­ria spo­tkań.

Po dru­giej stro­nie biur­ka sie­dzia­ła dwój­ka naj­bliż­szych asy­sten­tów Hart­man­na. Prze­glą­da­li w lap­to­pach plan dnia. Mor­ten We­ber, szef kam­pa­nii, przy­ja­ciel od cza­sów col­le­ge’u. Od­da­ny, ci­chy, sa­mot­ny, po­waż­ny. Czter­dzie­ści czte­ry lata. Nie­sfor­ne locz­ki wo­kół ro­sną­ce­go ły­se­go plac­ka, miła, po­waż­na i za­nie­dba­na twarz, roz­bie­ga­ne oczy za ta­ni­mi zło­ty­mi opraw­ka­mi. Nig­dy nie było wia­do­mo, czy ubie­rze się jak na­le­ży i czy nie za­po­mni o sie­bie za­dbać. Przez ostat­ni ty­dzień chy­ba nie zmie­niał sfa­ty­go­wa­nej, po­gnie­cio­nej ma­ry­nar­ki, nie­do­bra­nej do spodni. Czuł się naj­szczę­śliw­szy, ana­li­zu­jąc szcze­gó­ły ga­ze­ty par­tyj­nej i do­bi­ja­jąc in­te­re­sów w za­dy­mio­nych po­ko­jach.

Cza­sa­mi wsta­wał zza biur­ka, cho­wał się w ką­cie, wy­cią­gał strzy­kaw­kę i in­su­li­nę, wy­wle­kał ko­szu­lę zza pa­ska i wbi­jał za­strzyk w sfla­cza­ły, bia­ły brzuch. Po­tem bez­sze­lest­nie wra­cał do dys­ku­sji, nie tra­cąc wąt­ku.

Rie Sko­vga­ard, do­rad­czy­ni, za­wsze uda­wa­ła, że tego nie za­uwa­ża.

My­śli Hart­man­na ucie­kły od spi­su spo­tkań. Przy­glą­dał się Rie. Trzy­dzie­ści dwa lata, ko­ści­sta, po­waż­na twarz, ra­czej atrak­cyj­na niż pięk­na. Wo­jow­ni­cza, nie­cier­pli­wa, za­wsze ele­ganc­ka. Dzi­siaj mia­ła na so­bie do­pa­so­wa­ny zie­lo­ny ko­stium. Dro­gi. Fry­zu­ra jak na tym zdję­ciu na jego biur­ku – Jac­kie Ken­ne­dy mniej wię­cej w roku 1963, wło­sy dłu­gie i pod­krę­co­ne przy smu­kłej szyi, z po­zo­ru swo­bod­ne, w rze­czy­wi­sto­ści każ­de pa­smo za­wsze znaj­do­wa­ło się na swo­im miej­scu.

We­ber mó­wił na tę fry­zu­rę „ucze­sa­nie na po­grzeb pre­zy­denc­ki”, ale tyl­ko za jej ple­ca­mi. Gdy Rie Sko­vga­ard przy­szła tu do pra­cy, wy­glą­da­ła in­a­czej.

Mor­ten We­ber uro­dził się w ro­dzi­nie na­uczy­cie­la z Aar­hus, a oj­ciec Sko­vga­ard był wpły­wo­wym par­la­men­ta­rzy­stą. Ona, za­nim się prze­nio­sła do li­be­ra­łów, pra­co­wa­ła w fi­lii no­wo­jor­skiej agen­cji re­kla­mo­wej w Ko­pen­ha­dze. Te­raz pro­mo­wa­ła Hart­man­na, jego wi­ze­ru­nek i jego idee mniej wię­cej tak samo, jak kie­dyś sprze­da­wa­ła po­li­sy na ży­cie i sie­ci su­per­mar­ke­tów.

Dziw­ny ze­spół, cza­sa­mi trud­ny. Czy Rie za­zdro­ści­ła We­be­ro­wi? Że o dwa­dzie­ścia lat wy­prze­dzał ją w ka­rie­rze, to­ru­jąc so­bie dro­gę przez se­kre­ta­riat Stron­nic­twa Li­be­ral­ne­go, ci­chy spe­cja­li­sta, dzię­ki któ­re­mu Hart­mann mógł się sku­pić na po­zy­ski­wa­niu so­bie po­pu­lar­no­ści i gło­sów, uśmie­cha­jąc się uj­mu­ją­co i pre­zen­tu­jąc cza­ru­ją­cy spo­sób by­cia?

Rie Sko­vga­ard była nowa, ide­olo­gia ją nu­dzi­ła, za to świet­nie ra­dzi­ła so­bie z wy­naj­dy­wa­niem oka­zji do­tar­cia do wy­bor­ców.

– De­ba­ta w po­rze lun­chu. Po­trzeb­ne nam pla­ka­ty w szko­le – mó­wi­ła spo­koj­nie, pro­fe­sjo­nal­nym to­nem. – Mu­si­my…

– Zro­bio­ne – prze­rwał jej We­ber.

To był po­nu­ry dzień. Deszcz i chmu­ry. Okna biu­ra wy­cho­dzi­ły na front Pa­la­ce Ho­tel. Nocą jego nie­bie­ski neon rzu­cał na po­kój dziw­ne świa­tło.

– Wy­sła­łem tam sa­mo­chód.

Rie skrzy­żo­wa­ła szczu­płe ra­mio­na.

– My­ślisz o wszyst­kim, Mor­ten.

– Mu­szę.

– Co to ma niby zna­czyć?

– Bre­mer. – We­ber rzu­cił na­zwi­skiem jak prze­kleń­stwem. – Nie przy­pad­kiem rzą­dzi tym mia­stem.

– Już nie­dłu­go – włą­czył się do roz­mo­wy Hart­mann.

– Wi­dzia­łeś ostat­nie son­da­że? – spy­ta­ła Sko­vga­ard.

– Wy­glą­da­ją nie­źle. – Hart­mann kiw­nął gło­wą. – Le­piej niż za­kła­da­li­śmy.

Mor­ten We­ber się skrzy­wił.

– Bre­mer też je wi­dział. Nie bę­dzie sie­dział wy­god­nie na du­pie i pa­trzył, jak kró­le­stwo mu się wy­my­ka. Ta de­ba­ta w po­łu­dnie, Tro­els, to szko­ła. Two­ja dział­ka. Bę­dzie pra­sa.

– Mów o edu­ka­cji – wtrą­ci­ła się Sko­vga­ard. – Po­pro­si­li­śmy o do­dat­ko­we fun­du­sze na kom­pu­te­ry­za­cję. Lep­szy do­stęp do In­ter­ne­tu. Bre­mer za­blo­ko­wał przy­dział. Te­raz ab­sen­cja się­ga dwu­dzie­stu pro­cent. Mo­że­my tym w nie­go ude­rzyć…

– Za­blo­ko­wał oso­bi­ście? – za­in­te­re­so­wał się Hart­mann. – Wiesz to na pew­no?

Uśmiech­nę­ła się de­li­kat­nie, draż­nią­co.

– Do­tar­łam do pew­nych po­uf­nych in­struk­cji. – Sko­vga­ard mach­nę­ła de­li­kat­ny­mi dłoń­mi w stro­nę do­ku­men­tów przed sobą. – Czar­no na bia­łym. W ra­zie ko­niecz­no­ści mogę z tego zro­bić prze­ciek. Mam na nie­go mnó­stwo ha­ków.

– Mu­si­my się po­sił­ko­wać ta­kim gów­nem? – rzu­cił We­ber opry­skli­wie. – Lu­dzie spo­dzie­wa­ją się po nas cze­goś lep­sze­go.

– Lu­dzie spo­dzie­wa­ją się po nas, że prze­gra­my, Mor­ten – od­po­wie­dzia­ła ostro Sko­vga­ard. – Sta­ram się to zmie­nić.

– Rie…

– Damy radę – prze­rwał Hart­mann. – I zro­bi­my to, jak na­le­ży. Ja­dłem śnia­da­nie z Kir­sten El­ler. My­ślę, że chce wejść do gry.

Tam­ta dwój­ka za­mil­kła.

– Są za­in­te­re­so­wa­ni so­ju­szem? – spy­ta­ła Sko­vga­ard.

– Z Kir­sten El­ler? – burk­nął We­ber. – Jezu. To pak­to­wa­nie z dia­błem…

Hart­mann opadł na opar­cie krze­sła, za­mknął oczy. Od wie­lu dni nie był tak szczę­śli­wy.

– Cza­sy się zmie­ni­ły, Mor­ten. Poul Bre­mer za­czy­na tra­cić po­par­cie. Je­śli Kir­sten do­rzu­ci swo­je nie­ma­łe za­so­by do na­szych…

– Bę­dzie­my mie­li ko­ali­cję więk­szo­ścio­wą – pod­chwy­ci­ła Sko­vga­ard.

– Po­win­ni­śmy to prze­my­śleć – po­wie­dział We­ber.

Za­dzwo­nił jego te­le­fon. Pod­szedł do okna i ode­brał.

Tro­els Hart­mann prze­rzu­cał do­ku­men­ty, któ­re przy­go­to­wa­ła mu Sko­vga­ard, in­struk­taż na de­ba­tę.

Rie przy­su­nę­ła so­bie krze­sło, tak żeby mo­gli czy­tać ra­zem.

– Nie po­trze­bu­jesz mo­jej po­mo­cy, wiesz? Ty wy­my­śli­łeś to wszyst­ko. My ci tyl­ko przy­po­mi­na­my, co my­ślisz.

– Po­trze­bu­ję przy­po­mi­na­nia. Zgu­bi­łem ze­ga­rek! Do­bry…

Sko­vga­ard trą­ci­ła go lek­ko i dys­kret­nie po­da­ła mu pod sto­łem srebr­ne­go ro­lek­sa.

– Zna­la­złam pod łóż­kiem. Nie mam po­ję­cia, skąd się tam wziął. A ty?

Hart­mann wsu­nął ro­lek­sa na nad­gar­stek.

Pod­szedł We­ber z te­le­fo­nem w ręku, ze zmar­twio­ną miną.

– Z se­kre­ta­ria­tu bur­mi­strza. Bre­mer chce cię wi­dzieć.

– W ja­kiej spra­wie?

– Nie wiem. Chce cię wi­dzieć na­tych­miast.

– Za pięt­na­ście mi­nut. – Hart­mann zer­k­nął na ze­ga­rek. – Nie je­stem na jego za­wo­ła­nie.

We­ber spoj­rzał zdu­mio­ny.

– Mó­wi­łeś, że zgu­bi­łeś ze­ga­rek.

– Za pięt­na­ście mi­nut – po­wtó­rzył Hart­mann.

Ko­ry­ta­rze cią­gnę­ły się we wszyst­kich kie­run­kach, dłu­gie i lśnią­ce, ozdo­bio­ne fre­ska­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi sce­ny bi­tew i ce­re­mo­nii, wiel­kie po­sta­ci w zbro­jach wpa­tru­ją­ce się w prze­chod­niów śpie­szą­cych w dole.

– Nie wy­glą­dasz na szczę­śli­we­go – ode­zwał się Hart­mann po dro­dze.

– Na szczę­śli­we­go? Je­stem sze­fem two­jej kam­pa­nii. Do wy­bo­rów zo­sta­ły nam trzy ty­go­dnie. Bu­du­jesz ko­ali­cję i na­wet mi o tym nie mó­wisz. Cze­go ty chcesz? Mam śpie­wać, tań­czyć i pod­ska­ki­wać?

– My­ślisz, że Bre­mer wie? O Kir­sten El­ler?

– Poul Bre­mer sły­szy, jak ga­dasz przez sen. Poza tym na miej­scu Kir­sten El­ler… pro­po­no­wał­byś ko­ali­cję tyl­ko jed­nej stro­nie?

Sta­nę­li pod salą ob­rad rady mia­sta.

– Zo­staw to mnie, Mor­ten. Do­wiem się.

Poul Bre­mer, bez ma­ry­nar­ki, stał na po­dium przy ce­re­mo­nial­nym fo­te­lu, któ­ry zaj­mo­wał od dwu­na­stu lat. Jo­wial­nie roz­ma­wiał przez te­le­fon.

Hart­mann prze­szedł na śro­dek i wziął książ­kę le­żą­cą na sto­le przy mi­kro­fo­nie. Bio­gra­fia Cy­ce­ro­na. Zgod­nie z za­ło­że­niem Bre­me­ra, przy­słu­chi­wał się jego roz­mo­wie.

– Tak, tak, wy­słu­chaj mnie. – Ten głę­bo­ki i wiel­ko­dusz­ny śmiech, bło­go­sła­wień­stwo Bre­me­ra dla ulu­bień­ców. – Na­stęp­nym ra­zem tra­fisz do rzą­du. Bę­dziesz mi­ni­strem. Nig­dy się nie mylę w swo­ich prze­wi­dy­wa­niach. – Zer­k­nął na przy­by­sza. – Prze­pra­szam… mu­szę koń­czyć.

Bre­mer za­jął miej­sce za­stęp­cy. Nie bur­mi­strza.

– Czy­ta­łeś tę książ­kę, Tro­els?

– Nie, nie­ste­ty.

– Weź ją. Bar­dzo po­ucza­ją­ca. Przy­po­mi­na nam, że je­dy­na rzecz, któ­rej się uczy­my z hi­sto­rii, to… że ni­cze­go nie uczy­my się z hi­sto­rii. – Mó­wił jak ge­nial­ny na­uczy­ciel, gło­sem do­sko­na­lo­nym przez lata. – Cy­ce­ro był świet­nym mę­żem sta­nu. Da­le­ko by za­szedł, gdy­by za­cze­kał na wła­ści­wy mo­ment.

– Wy­glą­da na trud­ną lek­tu­rę.

– Chodź, usiądź ze mną. – Bre­mer przy­wo­łał go ge­stem na miej­sce obok sie­bie. Fo­tel bur­mi­strza. Tron. – Spró­buj, czy ci pa­su­je. Nie na­le­ży do ni­ko­go. Na­wet do mnie, co­kol­wiek so­bie my­ślisz.

Hart­mann pod­jął grę. Opadł na twar­de, po­le­ro­wa­ne drew­no. Pach­nia­ło ma­ho­niem, wła­dzą. Ro­zej­rzał się po sali, omiótł wzro­kiem łuk pu­stych te­raz miejsc rad­nych, pła­skich mo­ni­to­rów i gu­zi­ków do gło­so­wa­nia.

– To tyl­ko fo­tel, Tro­els – cią­gnął Bre­mer z sze­ro­kim uśmie­chem.

Za­wsze mó­wił i po­ru­szał się jak ktoś o wie­le młod­szy. To mię­dzy in­ny­mi na­le­ża­ło do jego wi­ze­run­ku.

– Rzym lu­bił Cy­ce­ro­na, do­ce­niał jego myśl. Myśl, z któ­rej wy­pły­wa­ła pięk­na re­to­ry­ka. I nic wię­cej. Ce­zar był dyk­ta­to­rem, ło­trem, ale Rzy­mia­nie zna­li go i uwiel­bia­li. Cy­ce­ro był nie­cier­pli­wy. Am­bit­ny par­we­niusz. Wiesz, co się z nim sta­ło?

– Po­szedł do te­le­wi­zji?

– Bar­dzo śmiesz­ne. Za­bi­li go. Wy­sta­wi­li na po­kaz jego ręce i gło­wę na Fo­rum, żeby wszy­scy mo­gli się śmiać. Cza­sa­mi słu­ży­my ban­dzie nie­wdzięcz­nych łaj­da­ków.

– Chcia­łeś się ze mną wi­dzieć?

– Wi­dzia­łem son­da­że. A ty?

– Też.

– Bę­dziesz do­brym bur­mi­strzem. Świet­nie po­pro­wa­dzisz to mia­sto. – Bre­mer wy­gła­dził rę­ka­wy czar­nej je­dwab­nej ma­ry­nar­ki, po­pra­wił man­kie­ty ele­ganc­kiej bia­łej ko­szu­li, zdjął oku­la­ry i spraw­dził, czy są czy­ste, prze­cze­sał dło­nią srebr­ne wło­sy. – Tyl­ko że jesz­cze nie te­raz.

Hart­mann wes­tchnął i spoj­rzał na srebr­ne­go ro­lek­sa.

– Za czte­ry lata od­cho­dzę na eme­ry­tu­rę. Po co ten po­śpiech?

– Wy­da­je mi się, że to się na­zy­wa wy­bo­ry. Trze­ci wto­rek li­sto­pa­da. Co czte­ry lata.

– Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję. Do­łącz do mnie. Zaj­miesz się czymś wię­cej niż szko­ły. Bur­mistrz ma sze­ściu za­stęp­ców. Weź­miesz dział, któ­ry ze­chcesz. Kie­dy na­dej­dzie czas, bę­dziesz go­tów do tej ro­bo­ty, a ja z ra­do­ścią ci ją prze­ka­żę.

Bre­mer uśmiech­nął się lek­ko.

– Gwa­ran­tu­ję, że nikt nie sta­nie prze­ciw­ko to­bie. Ale nie mo­żesz wy­grać te­raz. Nie je­steś go­tów.

– To chy­ba nie za­le­ży od cie­bie, praw­da?

Uśmiech znikł.

– Sta­ram się tyl­ko być przy­ja­zny. Nie mu­si­my być wro­ga­mi…

Hart­mann wstał i ru­szył do wyj­ścia. Poul Bre­mer za­ma­szy­stym kro­kiem wy­su­nął się do przo­du, za­trzy­mał go. Był krzep­kim męż­czy­zną, wy­spor­to­wa­nym. Krą­ży­ły opo­wie­ści, że w mło­do­ści by­wał bru­tal­ny. Nikt nie wie­dział, ile w nich praw­dy. Nikt nie miał od­wa­gi za­py­tać.

– Tro­els.

– Nad­uży­łeś swo­jej go­ścin­no­ści – rzekł Hart­mann. – Odejdź ze sta­no­wi­ska spo­koj­nie. Z god­no­ścią. Może znaj­dziesz gdzieś pra­cę.

Układ­ny star­szy pan wpa­try­wał się w nie­go uba­wio­ny.

– Czy za tą har­do­ścią kry­je się ja­kaś drob­niut­ka obiet­ni­ca ze stro­ny Par­tii Cen­trum? Och, pro­szę cię. To pie­ski po­ko­jo­we. Ta gru­ba suka El­ler ob­cią­gnie każ­de­mu, a po­tem po­zwo­li się na sie­bie od­lać. O ile do­sta­nie za to pod­ko­mi­sję. Ale… – Po­pra­wił zło­te spin­ki do man­kie­tów.

– Zna swo­je miej­sce. Tak jak każ­dy mą­dry po­li­tyk.

Bre­mer wziął książ­kę i po­dał mu ją.

– Po­czy­taj o Cy­ce­ro­nie – rzekł. – Może się cze­goś na­uczysz. Nikt nie chce skoń­czyć ro­ze­rwa­ny na strzę­py ku ucie­sze ga­wie­dzi. Naj­le­piej ste­ro­wać prze­mia­na­mi. Ci­cho. Sku­tecz­nie…

– Prze­grasz – prze­rwał mu Hart­mann.

Star­szy pan za­chi­cho­tał.

– Bied­ny Tro­els. Na pla­ka­tach ro­bisz ta­kie do­bre wra­że­nie. Ale twa­rzą w twarz… – Wy­cią­gnął rękę i do­tknął kla­py je­dwab­ne­go gar­ni­tu­ru Hart­man­na. – Tak się za­sta­na­wiam, co tu jest pod spodem. Czy ty sam to wiesz?

Mey­er wy­siadł, za­nim zdą­ży­ła wy­łą­czyć sil­nik, i mach­nął le­gi­ty­ma­cją ko­bie­cie pa­ku­ją­cej coś do ba­gaż­ni­ka kom­bi.

Czer­wo­ne­go kom­bi.

Chy­ba wszyst­ko tu­taj mia­ło żywy ko­lor szkar­ła­tu. Ogrod­nicz­ki pra­cow­ni­ków. Cię­ża­rów­ki. Na­wet lśnią­cy tri­cykl chri­stia­nia ze skrzyn­ką na prze­dzie do wo­że­nia dzie­ci do szko­ły, za­ku­pów w dro­dze po­wrot­nej, le­ni­we­go psa.

Wszyst­ko w tym sa­mym ko­lo­rze, wszyst­ko z na­zwi­skiem Birk Lar­sen.

Lund po­de­szła, le­d­wie słu­cha­jąc Mey­era. Ro­zej­rza­ła się.

Dwo­je roz­su­wa­nych drzwi otwie­ra­ło się na ga­raż i ma­ga­zyn. Za skrzyn­ka­mi, pu­dła­mi i ma­szy­na­mi zo­ba­czy­ła w rogu prze­szklo­ne biu­ro, w głę­bi zaś scho­dy z ta­blicz­ką „Pry­wat­ne”. To był ad­res do­mo­wy Brik Lar­se­na. Naj­wy­raź­niej miesz­kał nad swo­im miej­scem pra­cy.

– Gdzie znaj­dzie­my The­isa Birk Lar­se­na? – spy­tał Mey­er.

– Mąż pra­cu­je. A ja jadę do księ­go­wej.

Ko­bie­ta po czter­dzie­st­ce, ele­ganc­ka, przy­stoj­na, z kasz­ta­no­wy­mi wło­sa­mi tyl­ko odro­bi­nę le­piej upo­rząd­ko­wa­ny­mi niż wło­sy Lund. Mia­ła na so­bie pło­wy płaszcz z ga­bar­dy­ny i wy­da­wa­ła się za­pra­co­wa­na. Dzie­ci, po­my­śla­ła Lund. To było wi­dać. I nie lu­bi­ła po­li­cji. A kto lu­bił?

– Miesz­ka­cie tu pań­stwo? – spy­ta­ła Lund.

– Tak.

– Mąż jest na gó­rze?

Ko­bie­ta wró­ci­ła do ga­ra­żu.

– Zno­wu cho­dzi o cię­ża­rów­ki? Je­ste­śmy fir­mą trans­por­to­wą. Czę­sto ko­muś prze­szka­dza­my.

– Nie cho­dzi o cię­ża­rów­ki. – Lund ru­szy­ła kil­ka kro­ków za nią. Jesz­cze wię­cej szkar­ła­tu. Po­tęż­ni męż­czyź­ni dźwi­ga­li skrzyn­ki, zer­ka­li do roz­pi­sek, tak­so­wa­li ją wzro­kiem. – Chce­my tyl­ko wie­dzieć, co ro­bił w week­end.

– Po­je­cha­li­śmy nad mo­rze. Z syn­ka­mi. Od piąt­ku do nie­dzie­li. Wy­na­ję­li­śmy do­mek. A cze­mu pani pyta?

Bre­zen­to­we płach­ty i liny. Drew­nia­ne skrzy­nie i pa­le­ty. Lund za­sta­no­wi­ła się, co ją cze­ka jako nie do koń­ca gli­nę w Szwe­cji. W su­mie nig­dy wcze­śniej nie za­da­wa­ła so­bie tego py­ta­nia. Bengt chciał je­chać. Ona chcia­ła je­chać z nim.

– Może wró­cił do mia­sta w in­te­re­sach? – spy­tał Mey­er.

Ko­bie­ta pod­nio­sła księ­gi ra­chun­ko­we. Mia­ła tego dość.

– Nie wró­cił. To był nasz pierw­szy wol­ny week­end od dwóch lat. Dla­cze­go miał­by wra­cać?

W biu­rze ba­ła­gan. Wszę­dzie pa­pie­ry. Wiel­kie fir­my tak nie pra­cu­ją. Mają sys­te­my. Or­ga­ni­za­cję. Pie­nią­dze.

Lund wy­szła na ze­wnątrz i zaj­rza­ła do ba­gaż­ni­ka kom­bi. Do­ku­men­ty i tecz­ki. Dzie­cię­ce za­baw­ki. Mała fut­bo­lów­ka, po­dob­na do tej, któ­rą Mey­er zo­sta­wił w ga­bi­ne­cie. Pod­nisz­czo­ne nin­ten­do. Wró­ci­ła po­wo­li do biu­ra.

– Co mąż ro­bił, gdy wró­ci­li­ście do domu? – spy­tał Mey­er.

– Po­szli­śmy do łóż­ka.

– Jest pani pew­na?

Ro­ze­śmia­ła się.

– Je­stem pew­na.

Kie­dy oni roz­ma­wia­li, Lund prze­szła się po biu­rze, pa­trząc na ba­ła­gan, szu­ka­jąc cze­goś oso­bi­ste­go we wszyst­kich ra­chun­kach i fak­tu­rach.

– Nie wiem, co wa­szym zda­niem ro­bił… i nie ob­cho­dzi mnie to – mó­wi­ła ko­bie­ta. – By­li­śmy nad mo­rzem. Po­tem wró­ci­li­śmy do domu. I tyle.

Mey­er siąk­nął no­sem, zer­ka­jąc w stro­nę Lund.

– Może jesz­cze wró­ci­my.

Wy­szedł na uli­cę, za­pa­lił pa­pie­ro­sa, oparł się o jed­ną ze szkar­łat­nych cię­ża­ró­wek i wpa­try­wał się w bla­de nie­bo.

W głę­bi biu­ra, za roz­wa­la­ją­cy­mi się, sta­ro­mod­ny­mi tac­ka­mi na do­ku­men­ty sta­ły fo­to­gra­fie. Pięk­na, uśmiech­nię­ta na­sto­lat­ka obej­mo­wa­ła dwóch chłop­ców. Por­tret tej sa­mej dziew­czy­ny, peł­ne ży­cia blond wło­sy, ja­sne oczy, tro­chę za dużo ma­ki­ja­żu. Naj­wy­raź­niej sta­ra­ła się wy­glą­dać na star­szą.

Lund wy­ję­ła pacz­kę gum ni­ko­ty­no­wych i wrzu­ci­ła jed­ną do ust.

– Mają pań­stwo cór­kę? – spy­ta­ła, wciąż pa­trząc na dziew­czy­nę, jej uj­mu­ją­cy uśmiech. Na obu zdję­ciach, tym w po­je­dyn­kę, na któ­rym wy­glą­da­ła zbyt doj­rza­le, i tym z chłop­ca­mi, gdy gra­ła star­szą sio­strę.

Mat­ka wy­cho­dzi­ła już z biu­ra. Za­trzy­ma­ła się. Od­wró­ci­ła się, spoj­rza­ła na nią i po­wie­dzia­ła gło­sem spo­koj­nym i ci­chym:

– Tak. I dwóch sy­nów. Sześć i sie­dem lat.

– Czy cór­ka ko­rzy­sta cza­sa­mi z kar­ty ojca do wy­po­ży­czal­ni wi­deo?

Twarz pani Birk Lar­sen się zmie­ni­ła. Za­pa­dła się, po­sta­rza­ła. Usta się roz­chy­li­ły. Po­wie­ki drża­ły, jak­by żyły wła­snym ży­ciem.

– Może. Dla­cze­go pani pyta?

– Była tu ze­szłej nocy?

Mey­er wró­cił i za­czął się przy­słu­chi­wać.

Ko­bie­ta odło­ży­ła do­ku­men­ty. Te­raz wy­glą­da­ła na za­tro­ska­ną i prze­ra­żo­ną.

– Nan­na spę­dzi­ła week­end u przy­ja­ciół­ki. Lisy. My­śla­łam… – Ręka jej po­wę­dro­wa­ła do kasz­ta­no­wych wło­sów, w su­mie bez po­wo­du. – My­śla­łam, że może do nas za­dzwo­ni. Ale nie za­dzwo­ni­ła.

Lund nie mo­gła ode­rwać wzro­ku od fo­to­gra­fii, od tej szczę­śli­wej twa­rzy wpa­tru­ją­cej się bez­tro­sko w obiek­tyw.

– My­ślę, że po­win­na pani te­raz do niej za­dzwo­nić.

Li­ceum Fre­de­rik­sholm znaj­du­je się w cen­trum mia­sta. Tam gdzie są pie­nią­dze. Nie w Ve­ster­bro. Lisa Ra­smus­sen le­d­wie się do­cze­ka­ła pierw­szej prze­rwy.

„Tu Nan­na. Od­ra­biam lek­cje. Zo­staw wia­do­mość, cześć!” – zno­wu włą­czy­ła się skrzyn­ka gło­so­wa.

Lisa Ra­smus­sen wzię­ła głę­bo­ki od­dech i po­wie­dzia­ła:

– Nan­na, za­dzwoń do mnie, pro­szę.

Idiot­ka, po­my­śla­ła. Dzi­siaj już trze­ci raz zo­sta­wia­ła tę samą wia­do­mość. Te­raz sie­dzia­ła w szko­le, słu­cha­jąc, jak Rama, ich na­uczy­ciel, opo­wia­da o obo­wiąz­kach oby­wa­tel­skich i nad­cho­dzą­cych wy­bo­rach. Nikt nie miał po­ję­cia, gdzie jest Nan­na. Nikt jej nie wi­dział od piąt­ku, od im­pre­zy hal­lo­we­eno­wej na dole, w szkol­nym ko­ry­ta­rzu.

– Dzi­siaj – mó­wił Rama – mo­że­cie pod­jąć de­cy­zję, na kogo gło­so­wać.

Na ta­bli­cy wid­nia­ło zdję­cie. Pół­okrąg miejsc w Ra­tu­szu. Tro­je po­li­ty­ków, je­den przy­stoj­ny, je­den star­szy wie­kiem i za­do­wo­lo­na z sie­bie ko­bie­ta o na­la­nej twa­rzy. To wszyst­ko ob­cho­dzi­ło ją naj­mniej na świe­cie.

Zno­wu wy­ję­ła te­le­fon i wy­stu­ka­ła ese­mes: „Nan­na, gdzie ty je­steś, do cho­le­ry?”.

– Ży­je­my w kra­ju, gdzie mamy pra­wo gło­so­wać – mó­wił na­uczy­ciel. – De­cy­do­wać o swo­jej przy­szło­ści. Wpły­wać na prze­zna­cze­nie. To wiel­kie szczę­ście.

Miał ja­kieś trzy­dzie­ści lat, po­cho­dził gdzieś z Bli­skie­go Wscho­du, cze­go zu­peł­nie nie było sły­chać, gdy mó­wił. Nie­któ­rym dziew­czy­nom się po­do­bał. Wy­so­ki i przy­stoj­ny. Nie­złe cia­ło, ele­ganc­kie, mod­ne ciu­chy. Za­wsze po­moc­ny. Za­wsze miał dla nich czas.

Lisa nie prze­pa­da­ła za ob­co­kra­jow­ca­mi. Na­wet je­śli się uśmie­cha­li i do­brze wy­glą­da­li.

– Po­słu­chaj­my więc, ja­kie py­ta­nia przy­go­to­wa­li­ście na de­ba­tę – po­wie­dział Rama.

Cała kla­sa wy­da­wa­ła się za­in­te­re­so­wa­na. Poza Lisą.

– Lisa. – Mu­siał ją wy­brać. – Two­je trzy py­ta­nia. Masz je w te­le­fo­nie?

– Nie.

Mó­wi­ła jak na­dą­sa­ny dzie­ciak i zda­wa­ła so­bie z tego spra­wę. Rama prze­chy­lił gło­wę i cze­kał.

– Nie pa­mię­tam ich. Nie mogę…

Drzwi się otwo­rzy­ły i we­szła dy­rek­tor Koch. Strasz­na Koch, przy­sa­dzi­sta ko­bie­ta w śred­nim wie­ku. Za­nim awan­so­wa­ła na dy­rek­to­ra szko­ły, uczy­ła nie­miec­kie­go.

– Prze­pra­szam. Jest tu Nan­na Birk Lar­sen?

Ci­sza.

Koch sta­nę­ła przed kla­są.

– Ktoś wi­dział dzi­siaj Nan­nę?

Nic. Dy­rek­tor­ka po­de­szła do na­uczy­cie­la. Lisa Ra­smus­sen wie­dzia­ła, co się te­raz sta­nie.

Oczy­wi­ście mu­sia­ła wyjść z nimi na ko­ry­tarz. Koch pa­trzy­ła na nią groź­nie swo­imi za­wzię­ty­mi czar­ny­mi ocza­mi.

– Gdzie jest Nan­na? – spy­ta­ła. – Po­li­cja jej szu­ka.

– Nie wi­dzia­łam jej od piąt­ku. Dla­cze­go mnie pani pyta?

Koch po­sła­ła jej spoj­rze­nie o tre­ści „kła­miesz”.

– Jej mat­ka po­wie­dzia­ła po­li­cji, że Nan­na spę­dzi­ła week­end u cie­bie.

Lisa Ra­smus­sen się ro­ze­śmia­ła. Kie­dyś lu­dzie my­śle­li, że ona z Nan­ną są sio­stra­mi. Ten sam wzrost, po­dob­ne ciu­chy, blond wło­sy, cho­ciaż wło­sy Nan­ny wy­glą­da­ły le­piej. I Lisa za­wsze była grub­sza w ta­lii.

– Co?! Nie no­co­wa­ła u mnie.

– Nie wiesz, gdzie ona jest? – Rama za­dał to py­ta­nie znacz­nie de­li­kat­niej.

– Nie! Skąd mia­ła­bym wie­dzieć?

– Je­śli się z tobą skon­tak­tu­je, prze­każ jej, żeby za­dzwo­ni­ła do domu – przy­ka­za­ła Koch. – To waż­ne. – Zer­k­nę­ła na Ramę. – Wa­sza sala jest po­trzeb­na na de­ba­tę. Opuść­cie ją do je­de­na­stej.

Gdy ode­szła, Rama od­wró­cił się, wziął Lisę za ra­mię i rzekł:

– Je­śli masz ja­kiś po­mysł, gdzie ona może być, mu­sisz to po­wie­dzieć.

– Nie po­wi­nien mnie pan do­ty­kać.

– Prze­pra­szam. – Za­brał rękę. – Je­śli wiesz…

– Nic nie wiem – prze­rwa­ła mu. – Niech mi pan da spo­kój.

Lund i Mey­er po­szli na górę, do miesz­ka­nia Birk Lar­se­nów. Było rów­nie za­gra­co­ne jak biu­ro, ale w miły spo­sób. Zdję­cia, ry­sun­ki, zio­ła w do­nicz­kach, kwia­ty. Wa­zo­ny i pa­miąt­ki z wa­ka­cji. Dużo ozdób, po­my­śla­ła Lund. U niej tak nig­dy nie bę­dzie. Ko­bie­ta, o któ­rej już wie­dzia­ła, że ma na imię Per­nil­le, pra­co­wa­ła nad swo­ją rolą mat­ki. Chy­ba była w tym do­bra. Na ile Lund umia­ła to oce­nić.

– Nie ma jej w szko­le – oznaj­mi­ła wła­śnie.

Per­nil­le cią­gle mia­ła na so­bie płaszcz, jak­by nadal szy­ko­wa­ła się do wyj­ścia.

– Musi być u Lisy. Są przy­ja­ciół­ka­mi. Lisa wy­naj­mu­je miesz­ka­nie z kil­ko­ma chłop­ca­mi. Nan­na cią­gle tam cho­dzi.

– Lisa jest w szko­le. Mówi, że Nan­na w ogó­le u niej nie spa­ła.

Usta Per­nil­le się roz­chy­li­ły. Oczy mia­ła sze­ro­ko otwar­te i bez wy­ra­zu. Na ku­chen­nej ścia­nie Lund zo­ba­czy­ła te same zdję­cia co w biu­rze – Nan­na z chłop­ca­mi, Nan­na sama, pięk­na i wy­glą­da­ją­ca na wię­cej niż dzie­więt­na­ście lat – przy­mo­co­wa­ne do kor­ko­wej ta­bli­cy wraz z pla­nem szkol­nych za­jęć spor­to­wych. Czu­ło się tu swo­bod­ną, miłą at­mos­fe­rę praw­dzi­we­go domu. Jak za­pach psa, nie­zau­wa­żal­ny dla wła­ści­cie­la, dla ob­ce­go wy­ra­zi­sty od pro­gu.

– Gdzie ona jest? Co się z nią sta­ło? – spy­ta­ła Per­nil­le.

– Pew­nie nic. Po­sta­ra­my się ją zna­leźć.

Lund we­szła do wą­skie­go ko­ry­ta­rzy­ka i za­dzwo­ni­ła na ko­men­dę. Mey­er za­brał Per­nil­le da­lej, żeby nie sły­sza­ła, i za­czął py­tać o zdję­cia.

Lund po­łą­czy­ła się z Bu­char­dem.

– Po­trze­bu­ję wszyst­kich do­stęp­nych lu­dzi – po­wie­dzia­ła. Sta­ru­szek na­wet o nic nie spy­tał, tyl­ko słu­chał. – Prze­każ im, że szu­ka­my dzie­więt­na­sto­let­niej Nan­ny Birk Lar­sen. Za­gi­nio­na od piąt­ku. Przy­ślij tu ko­goś po zdję­cia.

– A wy?

– Je­dzie­my do jej szko­ły.

Hart­man­no­wi i Rie Sko­vga­ard udo­stęp­nio­no na przy­go­to­wa­nia pu­stą salę lek­cyj­ną. Ona jesz­cze raz przej­rza­ła dane na te­mat prze­nie­sie­nia fun­du­szy, on prze­cha­dzał się ner­wo­wo. W koń­cu za­mknę­ła lap­top, po­de­szła do sze­fa i obej­rza­ła go do­kład­nie. Bez kra­wa­ta, nie­bie­ska ko­szu­la – wy­glą­dał do­brze. Ale i tak wy­gła­dzi­ła mu koł­nie­rzyk i przy­su­nę­ła się na tyle bli­sko, żeby mu­siał ją przy­trzy­mać.

Dło­nie Hart­man­na prze­mknę­ły po jej ple­cach. Przy­cią­gnął ją do sie­bie, po­ca­ło­wał. Ta zna­jo­mość nie­ocze­ki­wa­nie prze­ro­dzi­ła się w na­mięt­ność. Tyle że ona chcia­ła roz­ryw­ki. On cze­goś wię­cej.

– Za­miesz­kaj ze mną – po­wie­dział i pchnął ją na biur­ko. Pa­dła na nie, chi­cho­cząc, ob­ję­ła go dłu­gi­mi no­ga­mi.

– Nie je­steś aby zbyt za­ję­ty?

– Nie dla cie­bie.

– Po wy­bo­rach.

Twarz mu się zmie­ni­ła. Wró­cił po­li­tyk.

– Po co taka ta­jem­ni­ca?

– Bo mam ro­bo­tę do wy­ko­na­nia, Tro­els. I ty też. Nie chce­my kom­pli­ka­cji. – Jej głos przy­cichł o ton. By­stre oczy błysz­cza­ły. – I nie chce­my, żeby Mor­ten był za­zdro­sny.

– Mor­ten to naj­bar­dziej do­świad­czo­ny do­rad­ca po­li­tycz­ny, ja­kie­go mamy. Wie, co robi.

– A ja nie?

– Tego nie po­wie­dzia­łem. Nie chcę roz­ma­wiać o Mor­te­nie…

Zno­wu do­tknę­ła jego ma­ry­nar­ki.

– Za­ła­twi­my to, jak wy­grasz, do­brze?

Hart­mann jesz­cze raz chciał ją przy­cią­gnąć.

Otwo­rzy­ły się drzwi. Na pro­gu sta­nę­ła dy­rek­tor Koch. Spra­wia­ła wra­że­nie za­kło­po­ta­nej.

– Przy­je­chał pan bur­mistrz – po­wie­dzia­ła. Kon­fi­den­cjo­nal­ny uśmiech. – Je­śli są pań­stwo go­to­wi…

Hart­mann za­piął ma­ry­nar­kę i wy­szedł na ko­ry­tarz.

Poul Bre­mer uśmie­chał się spod pla­ka­tu pół­na­giej gwiaz­dy pop. Sko­vga­ard zo­sta­wi­ła ich sa­mych i po­szła obej­rzeć salę.

– Mam na­dzie­ję, że Par­tii Cen­trum po­do­ba­ją się two­je po­my­sły, Tro­els. Więk­szość jest bar­dzo do­bra. Przy­po­mi­na­ją mi idee two­je­go ojca.

– Na­praw­dę?

– Wi­dzę w nich jego ży­wio­ło­wą ener­gię. Jego opty­mizm.

– Był prze­ko­nu­ją­cy – po­wie­dział Hart­mann – bo ro­bił wszyst­ko z prze­ko­na­nia. Nie z pra­gnie­nia zdo­by­cia kil­ku gło­sów.

Bre­mer kiw­nął gło­wą.

– Jaka szko­da, że nig­dy nie był na tyle do­bry, żeby te idee wpro­wa­dzić w ży­cie.

– Ja to zro­bię. Gdy już zaj­mę two­je miej­sce.

– Wie­rzę, że zaj­miesz. Pew­ne­go dnia. – Bre­mer wy­jął chu­s­tecz­kę i wy­czy­ścił oku­la­ry. – Je­steś sil­niej­szy od nie­go. Twój oj­ciec był za­wsze… Jak by to ująć? – Oku­la­ry wró­ci­ły na miej­sce, lo­do­wa­te oczy zmie­rzy­ły Tro­el­sa z góry na dół. – De­li­kat­ny. Jak por­ce­la­na.

Bre­mer pod­niósł pra­wą pięść. Pięść bok­se­ra, na prze­kór wszel­kim po­zo­rom.

– Wia­do­mo było, że pęk­nie.

Trzask jego wiel­kich pal­ców był tak gło­śny, że zda­wał się od­bi­jać od łusz­czą­cych się ścian.

– Gdy­bym ja go nie zła­mał, sam by się wy­koń­czył. Wierz mi. To na swój spo­sób była przy­słu­ga. Cza­sa­mi le­piej szyb­ko roz­wiać czy­jeś złu­dze­nia.

– Za­bie­raj­my się do de­ba­ty – od­parł Hart­mann. – Czas…

Kie­dy się od­wró­ci­li, by ru­szyć do sali, zo­ba­czy­li idą­cą ku nim dy­rek­tor Koch. Wy­glą­da­ła na zmar­twio­ną. To­wa­rzy­szy­ła jej ko­bie­ta w gra­na­to­wym ska­fan­drze, spod któ­re­go wy­sta­wał swe­ter w czar­no-bia­łe wzo­ry. Wło­sy mia­ła od­gar­nię­te z twa­rzy jak na­sto­lat­ka zbyt za­ję­ta, by za­wra­cać so­bie gło­wę chło­pa­ka­mi.

Ko­bie­ta, któ­ra nie przy­wią­zu­je wagi do swe­go wy­glą­du, po­my­ślał Hart­mann. Wy­da­wa­ło mu się to o tyle dziw­ne, że była ude­rza­ją­co pięk­na i atrak­cyj­na.

Pa­trzy­ła pro­sto na nich. Ogrom­ny­mi, uważ­ny­mi ocza­mi.

Hart­mann ja­koś się nie zdzi­wił, gdy wy­cią­gnę­ła od­zna­kę po­li­cyj­ną. „Pod­ko­mi­sarz Sa­rah Lund”, prze­czy­tał.

Bre­mer wy­co­fał się już w głąb ko­ry­ta­rza.

– Mu­si­cie od­wo­łać de­ba­tę – oznaj­mi­ła Lund.

– Dla­cze­go?

– Za­gi­nę­ła dziew­czy­na. Mu­szę wszyst­kich prze­py­tać. Uczniów z jej kla­sy. Na­uczy­cie­li. Mu­szę…

Dy­rek­tor Koch wpro­wa­dzi­ła ich do mniej­sze­go po­miesz­cze­nia, żeby nie sta­li na ko­ry­ta­rzu. Bre­mer zo­stał tam, gdzie był.

– Chce pani, bym od­wo­łał de­ba­tę, bo ja­kaś uczen­ni­ca po­szła na wa­ga­ry? – spy­tał Hart­mann.

– Mu­szę ze wszyst­ki­mi po­roz­ma­wiać – upie­ra­ła się Lund.

– Ze wszyst­ki­mi?

– Ze wszyst­ki­mi, z któ­ry­mi chcę roz­ma­wiać.

Nie po­ru­szy­ła się. Cały czas pa­trzy­ła na nie­go. Tyl­ko na nie­go.

– Mo­że­my odło­żyć de­ba­tę o go­dzi­nę – za­su­ge­ro­wał Hart­mann.

– Ja nie mogę – wtrą­cił się Bre­mer. – Mam spo­tka­nia. To ty za­pra­sza­łeś na de­ba­tę, Tro­els. Je­śli nie umiesz tego za­ła­twić…

Hart­mann zbli­żył się do po­li­cjant­ki.

– To po­waż­ne? – spy­tał.

– Mam na­dzie­ję, że nic się nie sta­ło.

– Py­ta­łem, czy to po­waż­ne.

– Tego pró­bu­ję się do­wie­dzieć. – Lund opar­ła dło­nie na bio­drach i cze­ka­ła na od­po­wiedź. – Więc…

Ro­zej­rza­ła się.

– A więc zgo­da – za­mknę­ła spra­wę.

Bre­mer wy­jął te­le­fon, spraw­dził kil­ka wia­do­mo­ści.

– Za­dzwoń do mo­jej se­kre­tar­ki. Spró­bu­ję cię gdzieś wci­snąć. Och! – Na­gle jego głos za­brzmiał ła­god­nie. – Mam do­bre wie­ści dla two­ich szkół w cen­trum. Zda­je się, że ab­sen­cja prze­kra­cza tam dwa­dzie­ścia pro­cent. – Za­śmiał się. – Nie mo­że­my na to po­zwo­lić, praw­da? Więc prze­su­ną­łem fun­du­sze na do­dat­ko­we wy­dat­ki. Wię­cej kom­pu­te­rów. Dzie­ci ta­kie rze­czy uwiel­bia­ją. To wpły­nie na po­pra­wę wy­ni­ków.

Hart­mann wpa­try­wał się w nie­go onie­mia­ły.

Bre­mer wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Po­wie­dział­bym ci to pod­czas de­ba­ty. Ale wiesz… Od razu to uru­cho­mi­my. To do­bre wie­ści. Wie­rzę, że się cie­szysz.

Dłu­ga chwi­la ci­szy.

– Wi­dzę, że je­steś wręcz ura­do­wa­ny. – Bre­mer mach­nął ręką i od­szedł.

Pięt­na­sta trzy­dzie­ści. Wciąż tkwi­li w sali, w któ­rej mia­ła się od­być de­ba­ta, i ni­cze­go nie osią­gnę­li. Nan­na w pią­tek przy­szła na im­pre­zę hal­lo­we­eno­wą do szko­ły, ubra­na w czar­ny ka­pe­lusz cza­row­ni­cy i ja­skra­wo­błę­kit­ną pe­ru­kę. Od tego cza­su nikt jej nie wi­dział.

Te­raz prze­py­ty­wa­li na­uczy­cie­la.

– Pro­szę nam opo­wie­dzieć o Nan­nie.

Wszy­scy na­zy­wa­li go Rama. Wy­róż­niał się zde­cy­do­wa­nie bli­skow­schod­nim wy­glą­dem. Na­le­żał do gro­na lu­dzi, któ­rych Tro­els Hart­mann wy­brał do ze­spo­łu wzo­rów oso­bo­wych – do pro­jek­tu, któ­ry miał sil­niej zin­te­gro­wać imi­gran­tów z resz­tą spo­łe­czeń­stwa. Elo­kwent­ny, in­te­li­gent­ny, prze­ko­nu­ją­cy czło­wiek.

– Nan­na to by­stra dziew­czy­na – mó­wił te­raz. – Za­wsze peł­na ener­gii. Za­wsze chce coś ro­bić.

– Wi­dzia­łam zdję­cie. Wy­glą­da na wię­cej niż dzie­więt­na­ście lat.

Kiw­nął gło­wą.

– Oni wszy­scy chcą wy­glą­dać na star­szych, praw­da? Roz­pacz­li­wie chcą do­ro­snąć. Albo po­czuć, że do­ro­śli. Nan­na pod wie­lo­ma wzglę­da­mi jest w czo­łów­ce kla­sy. By­stre dziec­ko. Wie, cze­go chce, nie tak jak resz­ta.

– Czy­li?

Na­uczy­ciel spoj­rzał na nią.

– To na­sto­lat­ki. Sama pani ro­zu­mie.

– Co się dzia­ło na im­pre­zie?

– Prze­bie­ran­ki, ka­pe­la, du­chy i dy­nie.

– Nan­na ma chło­pa­ka?

– Pro­szę spy­tać Lisę.

– Py­tam pana.

Wi­dać było, że czu­je się nie­zręcz­nie.

– Le­piej, żeby na­uczy­ciel trzy­mał się z dala od tych spraw.

Lund wy­szła z sali, za­trzy­ma­ła pierw­szą na­po­tka­ną dziew­czy­nę, po­sa­dzi­ła ją i py­ta­ła do­tąd, aż uzy­ska­ła od­po­wiedź.

Wró­ci­ła do na­uczy­cie­la.

– Oli­ver Schan­dorff. Jest dzi­siaj w szko­le?

– Nie.

– Wie­dział pan, że cho­dzą ze sobą?

– Mó­wi­łem już. Le­piej, je­śli za­cho­wu­je­my pe­wien dy­stans.

Cze­ka­ła.

– Je­stem ich na­uczy­cie­lem. Nie stró­żem. I ro­dzi­cem też nie.

Lund spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Pro­wa­dzi­ła roz­mo­wy od po­nad trzech go­dzin i na ra­zie nic wię­cej nie uda­ło się jej do­wie­dzieć. I nie tyl­ko jej. Mey­er, któ­ry wraz z eki­pą pra­co­wał w le­sie i na po­lach przy lot­ni­sku, też nic nie zna­lazł.

– Cho­le­ra.

– Przy­kro mi – po­wie­dział na­uczy­ciel.

– Nie cho­dzi mi o pana.

Cho­dzi o mnie, po­my­śla­ła. Nie­wąt­pli­wie wy­cią­gnę­ła­by to z Per­nil­le w kil­ka mi­nut, gdy­by spró­bo­wa­ła. Dla­cze­go naj­lep­sze py­ta­nia przy­cho­dzi­ły jej do gło­wy, do­pie­ro gdy mia­ła przed sobą lu­dzi, do­wo­dy, zbrod­nie?

Dwie­ście trzy­dzie­ści pięć dwu­pię­tro­wych sze­re­go­wych do­mów two­rzy­ło ma­leń­ką en­kla­wę o na­zwie Hum­le­by, czte­ry uli­ce od domu Birk Lar­se­nów. Wszyst­kie w ko­lo­rze łup­ka i oło­wiu, zo­sta­ły zbu­do­wa­ne w dzie­więt­na­stym wie­ku dla ro­bot­ni­ków po­bli­skiej stocz­ni. Po­tem w po­bli­żu roz­rósł się bro­war Carls­berg i domy prze­szły w ręce lu­dzi, któ­rzy ro­bi­li piwo. Rzad­ko po­ja­wia­ły się na ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści i cie­szy­ły się wiel­kim po­wo­dze­niem, na­wet te wy­ma­ga­ją­ce kosz­tow­ne­go re­mon­tu. The­is Birk Lar­sen ku­pił naj­tań­szy, jaki zdo­łał zna­leźć. Wcze­śniej zaj­mo­wa­li go squ­at­ter­si, któ­rzy zo­sta­wi­li po so­bie śmie­ci, ma­te­ra­ce i ta­nie me­ble. Trze­ba było tam po­sprzą­tać i mnó­stwo rze­czy po­na­pra­wiać. Więk­szość chciał zro­bić sam, po ci­chu, nie mó­wiąc nic Per­nil­le. Chciał jej po­wie­dzieć do­pie­ro wte­dy, gdy na­dej­dzie czas prze­pro­wadz­ki i opusz­cze­nia miesz­kan­ka nad ga­ra­żem.

Po­ma­gał mu Vagn Skær­bæk. Po­zna­li się jako na­sto­lat­ki, dużo ra­zem prze­szli, w tym kil­ka razy sta­wa­li przed są­dem. Dla Birk Lar­se­na Vagn był nie­mal jak młod­szy brat, dla dzie­cia­ków jak wu­jek. Nie­za­wod­ny, god­ny za­ufa­nia, miły dla An­to­na i Emi­la. Sa­mot­nik, któ­ry po zdję­ciu szkar­łat­ne­go kom­bi­ne­zo­nu chy­ba nie miał wła­sne­go ży­cia.

– Per­nil­le cię szu­ka – po­wie­dział Skær­bæk, koń­cząc roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną.

– Per­nil­le nie może się do­wie­dzieć o tym domu. Pa­mię­taj. Ani sło­wa, do­pó­ki nie po­wiem.

– Ob­dzwa­nia wszyst­kich i pyta, gdzie je­steś.

Na ze­wnątrz sta­ły rusz­to­wa­nia, pla­sti­ko­we płach­ty za­sła­nia­ły gni­ją­ce okna. Birk Lar­sen pła­cił swo­im lu­dziom za wno­sze­nie no­wych de­sek pod­ło­go­wych, rur i ry­nien, i wy­mu­szał na nich obiet­ni­cę, że nie będą roz­ma­wiać o domu w obec­no­ści Per­nil­le.

– Chłop­cy będą mie­li wła­sne po­ko­je. – Pa­trzył na sza­ry ka­mien­ny dom. – Wi­dzisz to okno na gó­rze?

Skær­bæk kiw­nął gło­wą.

– Nan­na do­sta­nie całe pię­tro, z wła­sny­mi scho­da­mi, bę­dzie mia­ła tę odro­bi­nę pry­wat­no­ści. Per­nil­le nową kuch­nię. A ja… – za­śmiał się – tro­chę ci­szy i spo­ko­ju.

– To bę­dzie kosz­to­wa­ło ma­ją­tek, The­is.

Birk Lar­sen wci­snął ręce w kie­sze­nie czer­wo­nych ogrod­nicz­ków.

– Dam radę.

– Może ci po­mo­gę?

– To zna­czy?

Drob­ny i nie­spo­koj­ny Skær­bæk prze­stę­po­wał z nogi na nogę jesz­cze szyb­ciej niż zwy­kle.

– Wiem, gdzie pój­dzie ta­nio trzy­dzie­ści te­le­wi­zo­rów Bang & Olu­fsen. Trze­ba by tyl­ko…

– Masz dłu­gi? O to cho­dzi?

– Słu­chaj. Mam kup­ców na po­ło­wę… Mo­że­my się po…

Birk Lar­sen wy­cią­gnął z kie­sze­ni gru­by zwój bank­no­tów, wy­rwał kil­ka.

– Mu­szę tyl­ko po­ży­czyć pod­no­śnik wi­dło­wy…

– Trzy­maj. – The­is wci­snął pie­nią­dze Skær­bæko­wi w rękę. – Za­po­mnij o te­le­wi­zo­rach. Nie mamy już po na­ście lat, Vagn. Ja mam ro­dzi­nę. Fir­mę. – Skær­bæk za­trzy­mał zwi­tek. – Ty je­steś czę­ścią i jed­ne­go, i dru­gie­go. I za­wsze tak bę­dzie.

Skær­bæk wpa­try­wał się w bank­no­ty. Birk Lar­sen wo­lał­by, żeby opchnął ten dur­ny srebr­ny łań­cuch, któ­ry no­sił na szyi.

– Jak chłop­cy by się czu­li, gdy­by mu­sie­li wuj­ka Va­gna od­wie­dzać w wię­zie­niu?

– Nie mu­sisz tego ro­bić… – za­czął Skær­bæk.

The­is Birk Lar­sen nie słu­chał. Per­nil­le pę­dzi­ła do nich na ro­we­rze chri­stia­nia, aż lśnią­ca czer­wo­na skrzyn­ka pod­ska­ki­wa­ła na bru­ku. Za­po­mniał zu­peł­nie o ta­jem­ni­cy, o pra­cach bu­dow­la­nych i pro­ble­mach fi­nan­so­wych. Per­nil­le wy­glą­da­ła strasz­nie. Zsia­dła z ro­we­ru, po­de­szła pro­sto do nie­go, chwy­ci­ła go za kla­py czar­ne­go skó­rza­ne­go płasz­cza.

– Nan­na za­gi­nę­ła. – Bra­ko­wa­ło jej tchu, była bla­da i prze­ra­żo­na. – Po­li­cja zna­la­zła koło lot­ni­ska two­ją kar­tę do wy­po­ży­czal­ni wi­deo. Zna­leź­li…

Pod­nio­sła dłoń do ust. Jej oczy wy­peł­ni­ły się łza­mi.

– Co zna­leź­li?

– Jej ko­szul­kę. Ró­żo­wą w kwiat­ki.

– Mnó­stwo dzie­cia­ków nosi ta­kie ko­szul­ki. No nie?

Spoj­rza­ła na nie­go ostro.

– A kar­ta z wy­po­ży­czal­ni?

– Roz­ma­wia­li z Lisą?

Vagn Skær­bæk słu­chał. Per­nil­le spoj­rza­ła na nie­go.

– Pro­szę, Vagn – po­wie­dzia­ła.

– Po­móc wam?

Birk Lar­sen spoj­rzał na nie­go groź­nie. Skær­bæk od­szedł.

– A ten gno­jek?

– Ona już się nie spo­ty­ka z Oli­ve­rem.

Po­licz­ki za­ru­mie­ni­ły się jej z gnie­wu.

– Roz­ma­wia­li z nim?

Wes­tchnę­ła.

– Nie wiem.

The­is już wy­cią­gał klu­czy­ki, mó­wiąc do Skær­bæka:

– Za­wieź Per­nil­le do domu. I ro­wer.

Za­sta­no­wił się przez chwi­lę.

– Dla­cze­go nie przy­je­cha­łaś wo­zem?

– Nie po­zwo­li­li mi pro­wa­dzić. Po­wie­dzie­li, że nie po­win­nam.

The­is Birk Lar­sen oto­czył żonę ra­mio­na­mi, przy­tu­lił ją, po­ca­ło­wał, po­gła­dził po po­licz­ku i pa­trząc jej w oczy, rzekł:

– Nic jej nie jest. Znaj­dę ją. Jedź do domu i cze­kaj na nas.

Po czym wsiadł do fur­go­net­ki i od­je­chał.

– Pod­wio­zę cię do bab­ci. Masz klucz?

Po­go­da się po­gor­szy­ła, dzień koń­czył się we mgle i mżaw­ce. Lund je­cha­ła do Øster­bro, a jej dwu­na­sto­let­ni syn Mark sie­dział na fo­te­lu pa­sa­że­ra.

– Chcesz po­wie­dzieć, że jed­nak nie je­dzie­my do Szwe­cji?

– Naj­pierw mu­szę coś za­ła­twić.

– Ja też.

Lund zer­k­nę­ła na syna. Ale tak na­praw­dę przed ocza­mi mia­ła tyl­ko pła­ską żół­tą łąkę i po­pla­mio­ną krwią ko­szul­kę na­sto­lat­ki. I zdję­cie Nan­ny Birk Lar­sen z uśmie­chem star­szej sio­stry dum­nej z bra­cisz­ków. Wy­glą­da­ją­cej o wie­le za doj­rza­le z tym ca­łym make-upem.

Nie mia­ła po­ję­cia, o czym Mark mówi.

– Tłu­ma­czy­łem ci, mamo. Przy­ję­cie uro­dzi­no­we Ma­gnu­sa.

– Mark. Dzi­siaj wie­czo­rem le­ci­my. Ta de­cy­zja za­pa­dła już wie­ki temu.

Burk­nął i od­wró­cił się, by pa­trzeć na świat przez za­la­ną desz­czem szy­bę.

– Wy­glą­dasz jak łoś ze świn­ką – po­wie­dzia­ła.

I za­śmia­ła się. Mark nie.

– Spodo­ba ci się w Szwe­cji. Jest tam świet­na szko­ła. Ja będę mia­ła dla cie­bie wię­cej cza­su. Mo­że­my…

– On nie jest moim oj­cem.

Roz­dzwo­ni­ła się ko­mór­ka Lund. Zer­k­nę­ła na nu­mer i za­czę­ła nie­po­rad­nie wpy­chać słu­chaw­kę do ucha.

– Oczy­wi­ście, że nie jest. Zna­lazł ci klub ho­ke­jo­wy.

– Mam już klub ho­ke­jo­wy.

– Na pew­no ci się nie po­do­ba, że w FCK je­steś naj­młod­szy.

Ci­sza.

– Praw­da?

– Na­zy­wa się KSF.

– Tak – po­wie­dzia­ła do te­le­fo­nu.

– KSF – po­wtó­rzył Mark.

– Już jadę.

Mark za­czął mó­wić bar­dzo wol­no.

– K. S. F.

– Tak.

– My­lisz się za każ­dym ra­zem.

– Tak.

Zo­sta­ło jej nie­wie­le dro­gi, co cie­szy­ło ją z dwóch po­wo­dów. Chcia­ła zo­ba­czyć się z Mey­erem. A Mark… prze­szka­dzał.

– Już nie­dłu­go i je­dzie­my na lot­ni­sko – po­wie­dzia­ła. – Masz klucz, praw­da?

Pod po­nu­rym nie­bem dwu­dzie­stu usta­wio­nych w rzę­dzie funk­cjo­na­riu­szy w gra­na­to­wych mun­du­rach po­wo­li prze­mie­rza­ło żół­tą tra­wę, dźga­jąc czer­wo­no-bia­ły­mi tycz­ka­mi bło­to i kępy ro­ślin. Psy wę­szy­ły nad wil­got­nym grun­tem.

Lund przyj­rza­ła im się, po czym we­szła do lasu. Dru­gi ze­spół pro­wa­dził po­szu­ki­wa­nia po­śród omsza­łych drzew – ba­da­li zie­mię, ozna­cza­li te­ren i też pro­wa­dzi­li psy.

Mey­er, ubra­ny w kurt­kę po­li­cyj­ną, prze­mókł na wy­lot.

– Jak trop? Wy­raź­ny? – spy­ta­ła.

– Wy­star­cza­ją­co. Psy szły za nim od miej­sca zna­le­zie­nia ko­szul­ki. – Zer­k­nął do no­ta­tek i wska­zał na gąszcz od­le­gły o dzie­sięć me­trów. – Zna­leź­li­śmy też blond wło­sy na krza­ku.

Lund po­de­szła i spoj­rza­ła spo­nad jego ra­mie­nia.

– Co tu mamy w po­bli­żu?

– Dro­gę w wy­cin­ce. Może ktoś ją za­brał do sa­mo­cho­du.

– A jej ko­mór­ka?

– Wy­łą­czo­na od piąt­ko­we­go wie­czo­ru. – Nie po­do­ba­ły mu się te oczy­wi­ste py­ta­nia. – Słu­chaj, Lund. Prze­cze­sa­li­śmy jej ewen­tu­al­ną tra­sę gę­stym grze­bie­niem. Dwa razy. Nie ma jej tu. Mar­nu­je­my czas.

Od­wró­ci­ła się i ode­szła, oglą­da­jąc się na ba­gna i żół­tą tra­wę.

– Halo? – za­wo­łał Mey­er z sar­ka­zmem, któ­ry już na­uczy­ła się roz­po­zna­wać. – Wi­dzisz mnie?

Lund wró­ci­ła.

– Ro­zejdź­cie się – po­wie­dzia­ła. – Prze­szu­kaj­cie wszyst­ko jesz­cze raz.

– Sły­sza­łaś cho­ciaż sło­wo z tego, co mó­wi­łem?

Z krót­ko­fa­lów­ki w czy­jejś kurt­ce do­bie­gło jej na­zwi­sko.

– Coś zna­leź­li­śmy – po­wie­dział głos.

– Gdzie?

– W le­sie.

– Co to jest?

Chwi­la ci­szy. Ściem­nia­ło się.

– Wy­glą­da jak grób.

Ten sam le­ni­wy mrok spo­wi­jał mia­sto, wil­got­ny i po­nu­ry, bla­dy i zim­ny. W szta­bie wy­bor­czym, pod ko­ra­lo­wy­mi płat­ka­mi de­si­gner­skiej kar­czo­cho­wej lam­py od Lo­uisa Po­ul­se­na Hart­mann słu­chał Mor­te­na We­be­ra. Poul Bre­mer nie wró­ci do szko­ły na de­ba­tę. Bie­ga­nie po mie­ście było waż­niej­sze niż że­bra­nie o gło­sy.

– Pa­su­je do nie­go jak ulał – stwier­dził Hart­mann.

Rie Sko­vga­ard od­sta­wi­ła na biur­ko fi­li­żan­kę z kawą.

– Sztab Bre­me­ra ob­wie­ścił prze­nie­sie­nie fun­du­szy, gdy my­śmy byli w szko­le. Przy­go­to­wał to wcze­śniej.

– Wie­dział o dwu­dzie­stu pro­cen­tach. Jak to moż­li­we, Mor­ten? – spy­tał Tro­els.

We­ber spra­wiał wra­że­nie zde­pry­mo­wa­ne­go py­ta­niem.

– Dla­cze­go py­tasz mnie? Może zro­bił wła­sne ba­da­nia. To by­ło­by sen­sow­ne. Obie­ca­nie pie­nię­dzy na edu­ka­cję za­wsze za­pew­nia do­dat­ko­we punk­ty.

– I uzy­skał te same wy­ni­ki? Wie­dział.

We­ber wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie po­wi­nie­neś był od­wo­ły­wać de­ba­ty – po­wie­dzia­ła Sko­vga­ard.

Za­dzwo­ni­ła ko­mór­ka Hart­man­na.

– Za­gi­nę­ła mło­da dziew­czy­na. Nie mia­łem wy­bo­ru.

– Mówi The­re­se – ode­zwał się głos w słu­chaw­ce.

Hart­mann spoj­rzał na Rie Sko­vga­ard.

– To nie naj­lep­szy mo­ment. Od­dzwo­nię.

– Nie roz­łą­czaj się, Tro­els. Nie je­steś aż tak za­ję­ty. Mu­si­my się spo­tkać.

– To nie jest do­bry po­mysł.

– Ktoś zbie­ra na cie­bie kwi­ty.

Hart­mann gło­śno wcią­gnął po­wie­trze.

– Kto?

– Dzwo­nił do mnie dzien­ni­karz. Nie chcę o tym roz­ma­wiać przez te­le­fon.

– Mamy tu o pią­tej im­pre­zę do­bro­czyn­ną. Przy­jedź. Mogę wyjść na chwi­lę.

– A więc o pią­tej.

– The­re­se…

– Pil­nuj się, Tro­els.

We­ber i Sko­vga­ard przy­glą­da­li mu się.

– Coś, o czym po­win­ni­śmy wie­dzieć? – spy­ta­ła Sko­vga­ard.

The­is Birk Lar­sen po­je­chał do domu, w któ­rym miesz­ka­li Lisa Ra­smus­sen, Oli­ver Schan­dorff i parę in­nych dzie­cia­ków ze szko­ły, uda­jąc, że są do­ro­śli, pie­prząc się, z kim po­pad­nie, pi­jąc, ćpa­jąc i wy­głu­pia­jąc się.

Lisa była przed do­mem, wsia­da­ła wła­śnie na ro­wer. Przy­trzy­mał jej kie­row­ni­cę.

– Gdzie jest Nan­na?

Dziew­czy­na była ubra­na jak na­sto­let­nia dziw­ka, tak jak one wszyst­kie. Nan­na też by się tak ubie­ra­ła, gdy­by jej po­zwo­lił. Nie pa­trzy­ła mu w oczy.

– Już im po­wie­dzia­łam, że nie wiem.

Jego wiel­ka pięść ani drgnę­ła.

– Gdzie ten gno­jek Schan­dorff?

Wciąż wpa­try­wa­ła się w ścia­nę.

– Nie tu­taj. W każ­dym ra­zie nie ma go od piąt­ku.

Po­chy­lił się i przy­su­nął twarz do jej twa­rzy.

– Gdzie on jest?

Wresz­cie spoj­rza­ła mu w oczy. Wy­glą­da­ła, jak­by pła­ka­ła.

– Mó­wił, że jego ro­dzi­ce wy­jeż­dża­ją na week­end. Pew­nie zo­stał u nich. Po im­pre­zie hal­lo­we­eno­wej…

Birk Lar­sen nie cze­kał, aż usły­szy wię­cej.

Po dro­dze za­dzwo­nił do Per­nil­le.

– Wła­śnie roz­ma­wia­łem z Lisą – po­wie­dział. – Jadę po nią.

Usły­szał ulgę w jed­nym krót­kim wes­tchnie­niu.

– To zno­wu ten bo­ga­ty gów­niarz. Jego ro­dzi­ce wy­je­cha­li. Pew­nie…

Nie chciał tego po­wie­dzieć, po­my­śleć.

– Na pew­no tam jest? Tak mówi Lisa?

Klu­czył w wie­czor­nych kor­kach. Dom stał poza cen­trum, na jed­nym z no­wych osie­dli, na po­łu­dniu, nie­da­le­ko lot­ni­ska.

– Na pew­no. Nie martw się.

Pła­ka­ła. Sły­szał, że pła­cze. Chciał­by ze­trzeć jej łzy swo­imi gru­by­mi, szorst­ki­mi pa­lu­cha­mi. Per­nil­le była pięk­na i wspa­nia­ła. Jak Nan­na, Emil i An­ton. Wszy­scy oni za­słu­gi­wa­li na wię­cej, niż im da­wał, i wkrót­ce to do­sta­ną.

– To nie po­trwa dłu­go, ko­cha­nie. Obie­cu­ję.

Gdy Lund wró­ci­ła mię­dzy na­gie, ciem­ne drze­wa, za­dzwo­nił Bu­chard.

– Śmi­gło­wiec. Trzy jed­nost­ki tech­ni­ków. Mam na­dzie­ję, że coś zna­leź­li­ście.

– Grób.

– Nie spy­ta­łaś mnie o zda­nie.

– Pró­bo­wa­łam. By­łeś na spo­tka­niu.

– By­łem na two­im przy­ję­ciu po­że­gnal­nym. Lu­dzie nie mó­wią do wi­dze­nia przy śnia­da­niu…

– Za­cze­kaj chwi­lę.

Mey­er szedł do niej przez las. W ra­mio­nach trzy­mał pla­sti­ko­wą płach­tę. I coś pod spodem. Cia­ło.

– Zna­leź­li­ście coś? – spy­tał Bu­chard.

Mey­er odło­żył płach­tę na zie­mię, roz­chy­lił ją i po­ka­zał jej nie­ży­we­go lisa. Sztyw­ny i su­chy, ob­le­pio­ny zie­mią. Na szyi miał chu­s­tę zu­cho­wą i dru­cia­ną pę­tlę, któ­ra go udu­si­ła.

– Mo­że­my we­zwać wszyst­kie dzie­cia­ki z oko­li­cy. – Mey­er pod­niósł lisa za tyl­ne łapy. – Trze­ba zwal­czać okru­cień­stwo wo­bec zwie­rząt.

– Nie – od­po­wie­dzia­ła Lund Bu­char­do­wi. – Jesz­cze nie.

– Pa­kuj się, wra­caj i złóż mi ra­port. Może zdą­ży­my jesz­cze wy­pić piwo, za­nim po­je­dziesz na lot­ni­sko.

Mey­er przy­glą­dał się jej, trzy­ma­jąc sztyw­ne zwie­rzę w ręku. Oczy lisa były czar­ne i szkli­ste, sierść uma­za­na bło­tem.

– Po­znaj mo­je­go ko­le­gę. Oto Li­sek – po­wie­dział z drwią­cym uśmie­chem. – Na pew­no się po­lu­bi­cie.

Ko­lej­ne przy­ję­cie. Część po­li­tycz­ne­go ka­len­da­rza. Szan­sa, by po­znać lu­dzi, ne­go­cjo­wać, two­rzyć ko­ali­cje, utwier­dzać się w ani­mo­zjach.

Je­dze­nie za­pew­ni­ła kor­po­ra­cja naf­to­wa, na­po­je ma­gnat trans­por­to­wy. Kwar­tet smycz­ko­wy grał Vi­val­die­go. Mor­ten We­ber oma­wiał stra­te­gię, a Rie Sko­vga­ard kon­wer­so­wa­ła z go­ść­mi.

Hart­mann uśmie­chał się i roz­ma­wiał, wy­mie­niał uści­ski rąk, ga­wę­dził. Na­gle za­dzwo­nił jego te­le­fon. Hart­mann prze­pro­sił i od­da­lił się do swe­go ga­bi­ne­tu.

Cze­ka­ła na nie­go The­re­se Kru­se. Żona nud­ne­go ban­kie­ra, po­waż­na, usto­sun­ko­wa­na, atrak­cyj­na, tward­sza, niż moż­na by są­dzić z po­zo­ru, kil­ka lat młod­sza od nie­go.

– Nie­źle so­bie ra­dzisz w son­da­żach. Lu­dzie w rzą­dzie to za­uwa­ża­ją.

– I słusz­nie. Pra­co­wa­li­śmy na to.

– Praw­da.

– Zdo­by­łaś na­zwi­sko dzien­ni­ka­rza?

Po­da­ła mu kart­kę. Erik Sa­lin.

– W ży­ciu o nim nie sły­sza­łem.

– Roz­py­ta­łam tro­chę. Pra­co­wał kie­dyś jako pry­wat­ny de­tek­tyw. Te­raz jest wol­nym strzel­cem, sprze­da­je kwi­ty za naj­wyż­sze staw­ki. Ga­ze­tom. Ma­ga­zy­nom. Wi­try­nom in­ter­ne­to­wym. Każ­de­mu, kto pła­ci.

Wsu­nął kar­tecz­kę do kie­sze­ni.

– I?

– Sa­lin chciał wie­dzieć, czy za ho­te­le pła­cisz wła­sną kar­tą kre­dy­to­wą, czy służ­bo­wą. Czy ku­po­wa­łeś dużo pre­zen­tów. I ta­kie tam. Nic nie po­wie­dzia­łam.

Hart­mann na­pił się wina.

– Py­tał o nas – do­da­ła.

– Co po­wie­dzia­łaś?

– Wy­śmia­łam cały po­mysł, oczy­wi­ście. W koń­cu… – Uśmiech był krót­ki i gorz­ki. – To nie było nic waż­ne­go, praw­da?

– Uzgod­ni­li­śmy, że tak bę­dzie naj­le­piej, The­re­se. Przy­kro mi. Nie mo­głem… – Urwał.

– Cze­go nie mo­głeś, Tro­els? Ry­zy­ko­wać?

– Co on wie?

– O nas? Nic. Zga­dy­wał. – Zno­wu uszczy­pli­wy uśmiech. – Może są­dzi, że je­śli prze­py­ta od­po­wied­nią licz­bę ko­biet, to na coś tra­fi. My­ślę jed­nak, że ma coś in­ne­go. Nie wiem skąd.

Hart­mann zer­k­nął na drzwi, upew­nił się, że są sami.

– Na przy­kład?

– Zu­peł­nie jak­by wi­dział twój ka­len­darz. Spraw­dzał daty. Wie­dział, gdzie by­łeś i kie­dy.

Hart­mann zno­wu spoj­rzał na na­zwi­sko, za­sta­no­wił się, czy obi­ło mu się o uszy.

– Nikt poza tym biu­rem nie wi­du­je mo­je­go ka­len­da­rza.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Wsta­ła. Drzwi się otwo­rzy­ły. Rie Sko­vga­ard otak­so­wa­ła ich wzro­kiem.

– Tro­els – po­wie­dzia­ła ze sztyw­nym, po­dejrz­li­wym uśmie­chem. – Nie wie­dzia­łam, że masz go­ści. W re­cep­cji są lu­dzie, z któ­ry­mi mu­sisz się spo­tkać.

Dwie ko­bie­ty zmie­rzy­ły się wzro­kiem. Z na­my­słem. Nie trze­ba było żad­nych słów.

– Już idę.

Oli­ver Schan­dorff był chu­dym dzie­więt­na­sto­lat­kiem z czu­pry­ną krę­co­nych ru­dych wło­sów i skwa­szo­ną, po­nu­rą twa­rzą. Wła­śnie pa­lił trze­cie­go już dzi­siaj skrę­ta, gdy przez drzwi wej­ścio­we wpadł The­is Birk Lar­sen.

Schan­dorff ze­sko­czył z fo­te­la i co­fał się w mia­rę, jak wiel­ki, wście­kły fa­cet su­nął ku nie­mu.

– Za­wo­łaj ją – wrza­snął Birk Lar­sen. – Ona wy­cho­dzi.

– Halo! – krzyk­nął chło­pak, wy­ska­ku­jąc na ko­ry­tarz. – Tu jest dzwo­nek. To pry­wat­ny dom.

– Nie za­dzie­raj ze mną, chłop­cze. Przy­sze­dłem po Nan­nę.

– Nan­ny tu nie ma.

Birk Lar­sen wiel­ki­mi kro­ka­mi prze­mie­rzał par­ter, otwie­ra­jąc drzwi i wo­ła­jąc cór­kę.

Schan­dorff po­dą­żał za nim w bez­piecz­nej od­le­gło­ści.

– Pa­nie Birk Lar­sen. Mó­wię panu, że jej tu nie ma.

The­is wpadł z po­wro­tem na ko­ry­tarz. Na krze­śle przy ka­na­pie zo­ba­czył ubra­nia. Ró­żo­wy T-shirt, sta­nik, dżin­sy.

Za­klął i ru­szył ku scho­dom.

Chło­pak zgłu­piał. Wy­prze­dził Birk Lar­se­na i wal­nął go w klat­kę pier­sio­wą, krzy­cząc:

– Co jest?

Wiel­ki fa­cet chwy­cił go za ko­szul­kę, zniósł ze scho­dów do holu, usta­wił na­prze­ciw­ko drzwi wej­ścio­wych i za­ci­snął wiel­ką dłoń w pięść.

Oli­ver Schan­dorff ucichł.

Birk Lar­sen wspiął się scho­da­mi na górę, po­ko­nu­jąc po dwa stop­nie na­raz. Wy­szedł na otwar­tą prze­strzeń, ogrom­ną, taką, o któ­rej po­sia­da­niu nie mógł na­wet ma­rzyć, jak­kol­wiek cięż­ko by pra­co­wał, choć­by miał nie wia­do­mo ile czer­wo­nych cię­ża­ró­wek.

Z sy­pial­ni po le­wej do­bie­ga­ła ogłu­sza­ją­ca mu­zy­ka roc­ko­wa. Cuch­nę­ło zja­ra­ny­mi nar­ko­ty­ka­mi i sek­sem.

Sze­ro­kie łóż­ko ze zmię­to­lo­nym prze­ście­ra­dłem, zmię­to­lo­ną koł­drą. Krę­co­ne blond wło­sy wy­sta­ją­ce spod po­du­szek. Le­ża­ła twa­rzą w dół, z dru­giej stro­ny ster­cza­ły bose sto­py. Na­wa­lo­na. Pi­ja­na. Jed­no i dru­gie, albo i go­rzej.

Spoj­rzał spode łba na Schan­dorf­fa, któ­ry stał za nim z rę­ko­ma w kie­sze­niach i z ta­kim uśmiesz­kiem, że Birk Lar­sen z tru­dem po­wstrzy­mał się, żeby nie ude­rzyć go w twarz.

Ale tyl­ko pod­szedł do łóż­ka, za­sta­na­wia­jąc się, jak to ro­ze­grać, od­su­nął koł­drę i po­wie­dział de­li­kat­nie:

– Nan­na. Mu­sisz je­chać do domu. Nie­waż­ne, co się sta­ło. Je­dzie­my….

Naga ko­bie­ta pod­nio­sła na nie­go wzrok, na jej nie­ru­cho­mej twa­rzy mie­sza­ło się prze­ra­że­nie i wście­kłość. Też blon­dyn­ka. Ten sam od­cień wło­sów. Mu­sia­ła mieć ze dwa­dzie­ścia pięć lat.

– Mó­wi­łem panu – ode­zwał się Schan­dorff. – Nan­ny tu w ogó­le nie było. Je­śli mogę po­móc…

Birk Lar­sen wy­szedł na ze­wnątrz, za­sta­na­wia­jąc się, co ro­bić. Co po­wie­dzieć Per­nil­le? Gdzie te­raz je­chać? Nie lu­bił po­li­cji, ale może czas z nimi po­ga­dać. Chciał coś wie­dzieć. Zna­leźć.

Nad gło­wą usły­szał dźwięk. Śmi­gło­wiec. Z na­pi­sem „PO­LI­TI” od spodu.

Kie­dy tu je­chał, nie za­sta­na­wiał się za bar­dzo, w ja­kim punk­cie mia­sta się znaj­du­je. Był pew­ny, że Nan­na jest w domu Oli­ve­ra Schan­dorf­fa. Nic wię­cej nie mu­siał wie­dzieć. Te­raz so­bie uświa­do­mił, że stąd jest już nie­da­le­ko do ba­gien na wschód od lot­ni­ska.

Per­nil­le po­wie­dzia­ła, że tam się to wszyst­ko za­czę­ło.

Lund wró­ci­ła na pła­ski te­ren Ka­lve­bod Fæl­led, tam gdzie zna­leź­li po­pla­mio­ną krwią ko­szul­kę. Pa­trzy­ła na mapę.

– Zwi­jaj­my się – po­wie­dział Mey­er, za­pa­la­jąc ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa.

Za­dzwo­nił jej te­le­fon.

– Je­dziesz do Szwe­cji czy nie? – spy­tał Bengt Ro­sling.

Mu­sia­ła się chwi­lę za­sta­no­wić, nim od­par­ła:

– Nie­dłu­go.

– Co byś po­wie­dzia­ła na pa­ra­pe­tów­kę w so­bo­tę? Mo­gli­by­śmy za­pro­sić Las­se­go, Mis­sa­na, Bos­se­go i Jan­ne.

Lund prze­mie­rza­ła wzro­kiem bled­ną­cy ho­ry­zont, ża­łu­jąc, że nie może tro­chę spo­wol­nić cza­su, by za­trzy­mać zmierzch.

– I mo­ich ro­dzi­ców – do­dał Bengt. – I two­ją mamę.

Lund jesz­cze raz spoj­rza­ła na mapę, jesz­cze raz prze­bie­gła wzro­kiem ba­gna i las.

– Two­jej ma­mie urzą­dzi­my po­kój go­ścin­ny – mó­wił da­lej Bengt.

Trój­ka dzie­cia­ków pro­wa­dzi­ła ro­we­ry. Nie­śli węd­ki.

Mark nig­dy nie cho­dził na ryby. Nikt go nie za­bie­rał.

– Faj­nie by było – po­wie­dzia­ła, ma­cha­jąc ręką na Mey­era, by ścią­gnąć jego uwa­gę.

– Nie chcę, żeby spa­ła na ka­na­pie – cią­gnął Bengt.

Lund już nie słu­cha­ła. Ręka z te­le­fo­nem zwi­sa­ła wzdłuż boku.

– Co tam jest? – spy­ta­ła Mey­era.

– Też las. I ka­nał.

– Za­glą­da­li­ście do wody?

Skrzy­wił się. Mey­er na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy umie­ją wy­glą­dać wście­kle na­wet przez sen.

– Dziew­czy­na po­bie­gła w dru­gą stro­nę!

Lund wró­ci­ła do te­le­fo­nu.

– Nie zdą­ży­my na sa­mo­lot.

– Co?

– Ty leć. Ja do­łą­czę ju­tro z Mar­kiem.

Mey­er stał, ze skrzy­żo­wa­ny­mi ra­mio­na­mi, na zmia­nę wpy­cha­jąc do ust chip­sy i za­cią­ga­jąc się pa­pie­ro­sem.

– Mamy nur­ków? I sprzęt? – spy­ta­ła Lund.

– Mamy tu tylu lu­dzi, że wy­star­czy nam do wsz­czę­cia nie­wiel­kiej woj­ny. Może ze Szwe­cją? Spójrz­my praw­dzie w oczy. To je­dy­ny spo­sób, że­byś się tam uda­ła.

Pod­je­cha­li ra­zem nad ka­nał. Cho­dzi­li w tę i z po­wro­tem. Przy ni­skim sta­lo­wym mo­ście wid­nia­ły śla­dy opon. Pro­wa­dzi­ły z błot­ni­ste­go brze­gu do­ni­kąd, do czar­nej wody.

Po­sęp­na oko­li­ca pa­so­wa­ła do sta­nu umy­słu Birk Lar­se­na: la­bi­rynt śle­pych za­uł­ków i bez­sen­sow­nych na­wro­tów. La­bi­rynt bez wyj­ścia.

Je­chał i je­chał, pro­sto w ga­sną­cy, sza­ry za­chód słoń­ca, co­raz da­lej, i nic nie znaj­do­wał. Usta­ło na­wet dud­nie­nie śmi­głow­ca. Per­nil­le to­wa­rzy­szy­ła mu w każ­dej bo­le­snej se­kun­dzie, jej prze­ni­kli­wy, prze­ra­żo­ny głos do­bie­gał z te­le­fo­nu przy­ci­śnię­te­go do le­we­go ucha The­isa.

– Gdzie ona jest?

Ile już razy o to py­ta­ła? Ile razy on o to py­tał?

– Szu­kam.

– Gdzie?

Chciał po­wie­dzieć, że na Ka­lve­bod Fæl­led. W miej­scu, do­kąd An­ton przy­je­chał kie­dyś z kla­są na za­ję­cia przy­rod­ni­cze i opo­wia­dał o ro­ba­kach i wę­żach pra­wie przez cały dzień, za­nim za­po­mniał o ca­łym cho­ler­stwie.

Przed sobą zo­ba­czył świa­tła. Jed­no z nich było nie­bie­skie.

– Wszę­dzie.

Nad ka­na­łem bie­gła wą­ska dróż­ka. Lund wpa­try­wa­ła się w cię­ża­rów­ki, dźwig sa­mo­jezd­ny, łań­cuch. W sa­mo­chód wy­ła­nia­ją­cy się z po­nu­rej wody.

Patrz, myśl, spró­buj so­bie wy­obra­zić.

Ktoś za­par­ko­wał na dróż­ce, przed­nie koła skie­ro­wał w stro­nę wody. Po­tem wy­siadł, pchnął. Resz­ty do­ko­na­ła gra­wi­ta­cja.

Mey­er stał koło niej, pa­trząc na po­jazd wi­szą­cy na tle nie­ba. Woda wy­le­wa­ła się ze wszyst­kich czwor­ga drzwi. La­kier był czar­ny, w ko­lo­rze ka­na­łu, ale też lśnią­cy, jak­by do­pie­ro co auto wy­my­to.

Ford hatch­back. Nów­ka.

– Zo­bacz nu­mer – po­wie­dzia­ła Lund w chwi­li, gdy uka­za­ła się ta­bli­ca re­je­stra­cyj­na.

Dźwig stał na brze­gu, dłu­gie ra­mię wy­się­gni­ka wi­sia­ło nad ka­na­łem. Sa­mo­chód ko­ły­sał się te­raz nad tra­wia­stą ścież­ką. Trzech funk­cjo­na­riu­szy kie­ro­wa­ło nim po­wo­li, aż do­tknął ko­ła­mi zie­mi. Wy­glą­dał­by zu­peł­nie zwy­czaj­nie, gdy­by nie stru­gi cuch­ną­ce­go pły­nu wy­le­wa­ją­ce­go się spod wszyst­kich drzwi.

Mey­er skoń­czył roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną. Po­de­szli we dwój­kę i zaj­rze­li przez okna. Pu­sto.

Ża­lu­zja w ba­gaż­ni­ku za­sła­nia­ła wszyst­ko, co znaj­do­wa­ło się w środ­ku.

Mey­er spró­bo­wał otwo­rzyć drzwi. Za­blo­ko­wa­ne.

– Przy­nio­sę łom – po­wie­dział.

Za