Dobry wieczór we Wrocławiu - Maciej Pawlak - ebook
Opis

Minęło ponad dwadzieścia lat od nuklearnej zagłady. Śmierć zebrała obfite żniwo. Nie wszyscy, którzy przeżyli, pozostali tacy sami… Ocaleni wiodą życie w zamkniętej enklawie wrocławskiego dworca. Dla osób, które narodziły się już po Zagładzie, postapokaliptyczna rzeczywistość jest jedyną, jaką znają. Ich codzienność to zmaganie się z ciągłym brakiem pożywienia, leków i życiowej przestrzeni. Każda noc to walka o przetrwanie, a każdy dzień jest zbyt krótką chwilą wytchnienia.

W świecie, w którym na każdym kroku czyhają złowrogie hordy dzikich bestii i istot o nadnaturalnych zdolnościach, nic nie przypomina znanego nam świata. Nic poza ocalałymi reliktami wrocławskiej architektury i uczuciami tlącymi się w głębi ludzkich serc.

Na domiar złego, na owianym nie najlepszą sławą Rynku pojawia się obca siła. Wpływa ona na umysły ludzkie, czyniąc z nimi dziwne rzeczy. Dla zdesperowanego Michała istnieje tylko jedno rozwiązanie – zawiązać śmiertelnie niebezpieczny sojusz i rozwikłać zagadkę.

Maciej Pawlak - urodzony we Wschowie, absolwent Politechniki Wrocławskiej. Obecnie mieszka we Wrocławiu i pracuje jako inżynier sprzedaży w firmie zajmującej się wielkogabarytową armaturą oraz automatyką przemysłową, obsługując elektrownie i duże zakłady przemysłowe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

MŁODY KUCAŁ PRZY BARIERCE, wytężając wzrok, wykrzywiając twarz w skupieniu i próbując przeniknąć mrok. Oczy zaczynały mu już łzawić, lecz nie pozwolił sobie na luksus mrugnięcia. Choć znajdował się zaledwie kilkaset metrów od miejsca, które zwykł zwać domem, to wystarczyło, by móc zginąć przez zwykłą nieostrożność. Dlatego też Młody nasłuchiwał, kulił się i patrzył… W oddali, po obu stronach drogi, majaczyły ciemne sylwetki. Wyglądały, jakby wchodziły w chodnik po prawej, a wyłaniały się z niego z lewej strony spękanego asfaltu. Były tu od zawsze i to nie one sprawiały, że pocił się, wytrzeszczając ślepia jak bibliotekarz bez okularów. Pomnik Anonimowego Przechodnia – przypomniał sobie nagle stalker. Taką nosił nazwę. Ciemne sylwetki ludzi, symbolizujące Polaków schodzących do podziemia podczas jakiejś wojny, o której czasem wspominali starsi. Dla dorastającego chłopaka te słowa jednak nic nie znaczyły. Choć urodził się przed Zagładą, wychowywał się już w ukryciu, pośród gruzów, groźnych stworzeń i wszechogarniającej śmierci. Nożownik wspominał, że kiedyś było to piękne miasto. Podczas swoich częstych, głównie nielegalnych, wycieczek Młody miał okazję przyjrzeć się okazałym, nietkniętym Zagładą budynkom obszaru, który dawniej nazywano centrum. Dla stalkera było to centrum świata i nie wyobrażał sobie, jak teren ten mógł kiedyś uchodzić za niewielki. A podobno dało się go przejść w dziesięć, dwadzieścia minut, bez ciągłego szukania kryjówki, unikania Bestii, czołgania się przez kanały i omijania szerokim łukiem co groźniejszych miejsc. A dalej… Dalej nie było nic. Sterta gruzów, pyłu i zgliszcz. Obszar wokół Centrum, poza częścią wschodnią, nie nadawał się nawet na przeszukanie. Siwy powiedział kiedyś, że to „pieprzeni czerwoni” zarzucili miasto rakietami i bombami burzącymi, całym arsenałem, który miał zrównać wszystko z ziemią. Wszystko oprócz Centrum. Kleryk dodał też, że jakiś żartowniś dorzucił do tego prototypowe bomby biologiczne i tego typu „nowoczesne zabawki”, trafiając nimi między innymi w sam ratusz oraz zoo. Właśnie, zoo… To stamtąd brały się wszystkie kłopoty…

Czy coś się tam poruszyło? Młody przetarł zmęczone oczy i znów je wytrzeszczył. Nie, to tylko jakaś stara, targana wiatrem szmata. Wiatrem? Stalker spanikował. Ze wschodu czy z zachodu? –spytał sam siebie. Wiało ze wschodu. Chłopak westchnął z ulgą. Po chwili stwierdził, że dość już oczekiwania. Bardzo ostrożnie wstał, poprawił pistolet za pasem, po czym wspiął się na barierkę i zaczął powoli schodzić po wyszczerbionych ceglanych ścianach wiaduktu kolejowego nad ulicą Powstańców Śląskich. Tak przynajmniej głosił zardzewiały znak leżący przy drodze. Starsi mieszkańcy dworca znali te nazwy i posługiwali się nimi, jednak młodsi ich nie rozumieli. Bo kim był powstaniec i skąd wstawał? I czym był Śląsk? Choć Stary Michu, bibliotekarz, tłumaczył to wiele razy, w głowach niedorostków i młodzieży po prostu nie mieściło się to w głowach. To było obce, nie należało do tego świata. Nie należało do świata umarłych.

Chłopak zeskoczył na ziemię, po czym pędem pobiegł za rozsypujący się słup informacyjny. Oddychał ciężko, nasłuchując i rozglądając się. Wiedział, że ta wycieczka była niebezpieczna. Każda taka była, jednak chęć zobaczenia cudów dawnego świata była większa niż strach. Znów zerwał się na nogi i rzucił się w kierunku skrzyżowania z rzeźbą. Dystans był długi i wydawał się nie kończyć. Szybkie kroki w ciemności, w absolutnej ciszy otoczenia wydawały się brzmieć jak bębny. Byle nie zwrócić niczyjej uwagi – modlił się stalker. Dopadł do pomnika ludzi podziemia, niemal wypluwając płuca. Chcąc jak najszybciej zniknąć z pola widzenia drapieżników, skrył się pod arkadami najbliższego budynku i od razu sklął się za głupotę. Najpierw należało sprawdzić, z bronią w ręku, czy nic nie czai się w ciemności. W końcu mogło to być schronienie nie tylko dla niego… Nożownik zrugałby mnie za to – stwierdził Młody ze wstydem. Szczęśliwie nic go nie pożarło. Co więcej, dookoła wciąż zalegała ciężka cisza, nic nie wyło i nie wrzeszczało. Były to dobre wiadomości. Albo bardzo złe. Nie mając innego wyjścia, szedł dalej. Skradał się wzdłuż arkad, aż do ich zakończenia. Stanął przed kolejnym dużym skrzyżowaniem. Tym razem wolał jednak nie ryzykować chodzenia po otwartej przestrzeni, wobec czego niemal bezgłośnie i bardzo powoli przekradał się wzdłuż ścian budynków stojących wokół placu. Trwało to całe wieki, nim dotarł do krawędzi szosy, raz czy dwa zamierając z przerażeniem. Przeskoczył szybko przez drogę i znów przykleił się do ściany. Szedł teraz w kierunku starej, ograbionej przez pozostałych stalkerów galerii handlowej. Młody w pojedynkę nie miał jednak najmniejszej ochoty zagłębiać się w ciemne wnętrze. Kapitan powiedział mu kiedyś, że w budynkach może czaić się większe niebezpieczeństwo niż na zewnątrz. Wiele spośród Bestii robiło sobie legowiska w ciasnych pomieszczeniach, a Inni miewali czasem przebłyski swojego dawnego ja i wracali do opuszczonych mieszkań, wypatrując ofiar takich jak młody, niedoświadczony stalker…

Chłopak zatrząsł się na samą myśl o Innych. Po plecach przeszedł mu dreszcz. Mimo chłodu panującego na dworze czuł też lejący się po karku pot. Wyszedł w końcu na krawędź ulicy wiodącej ku Rynkowi. Nie ryzykował marszu obok wybitych witryn i wylewającego się z nich mroku. Coś mogło się tam czaić. Wybrał odrobinę mniej niebezpieczną alternatywę – pomaszerował środkiem jezdni, prosto w stronę Rynku. Od dawna chciał się tam wybrać. Z niejasnych dla Młodego przyczyn stalkerzy rzadko się tam zapuszczali. I jak ognia unikali budynku ratusza. Był nienaruszony zębem czasu i to właśnie było przerażające. Nienaturalne.

Chłopak dotarł na Podwale, okalający Centrum park z fosą, cały czas znajdując się na odkrytej przestrzeni. Spojrzał na pomnik Chrobrego dosiadającego swojego kanciastego, brzydkiego konia. Ktoś pozbawił króla głowy. Grajek stwierdził kiedyś, że pomnik wygląda teraz o niebo lepiej. Młody czuł się już dość pewnie, więc nie krył się i szedł środkiem skrzyżowania. Nie zwrócił uwagi na monstrualnie duży, obcy kształt na dachu kościoła. Aż do momentu, gdy usłyszał głośny, mrożący krew w żyłach skrzek. Potężne skrzydła rozprostowały się i zamachnęły, a wielkie cielsko uniosło się ociężale, gubiąc za sobą kilka ciemnych piór. Kształt Bestii majaczył w ciemnościach nocy niczym burzowa chmura, a przerażony Młody rzucił się w kierunku najbliższej kryjówki – niewielkiego budyneczku, na którym dało się odczytać napis „Café”. Stalker nie tracił czasu na wyważanie drzwi, lecz wskoczył przez rozbite okno, słysząc za sobą głośne uderzenie cielska o ścianę i dach domku. Z sufitu spadł tynk i resztki farby, całość zatrzeszczała, a na ścianach pojawiły się wyraźne pęknięcia. O matko, zakopie mnie pod gruzem! – przestraszył się Młody. Wstał szybko, wyciągnął pistolet i strzelił przez okno, jednak ciemny kształt zniknął. Atakował dach jeszcze kilka razy, niemal doprowadzając dom do katastrofy budowlanej, gdy w oddali rozległo się wycie. A potem kolejne. I kolejne. Teraz chłopak zdał sobie sprawę, że od początku był tropiony przez zgraję dzikich, wielkich psów, które ujawniły się, zawodząc nad utraconą zdobyczą. Skrzydlaty potwór wzniósł się i odleciał w poszukiwaniu sfory, licząc na łatwiejszy łup. Młody wykorzystał ten moment i wyślizgnął się przez okno z drugiej strony budynku, pędząc ile sił w nogach w przeciwną stronę – w kierunku Rynku. Zatrzymał się pod arkadami dawnej opery, łapiąc oddech i wycierając zmoczone ze strachu spodnie. Teraz przynajmniej będzie bezpieczny, gdyż skrzydlata bestia z pewnością przepędziła wszystkie drapieżniki, które były w pobliżu. Taką miał w każdym razie nadzieję. Po chwili wahania ruszył dalej, przyglądając się kamienicom, niegdyś kolorowym i wspaniałym, a dziś odrapanym, z powybijanymi oknami, porośniętym dziwnymi, nieznanymi i prawdopodobnie niebezpiecznymi roślinami. Kiedyś to musiał być piękny widok – stwierdził chłopak ze smutkiem. To Świdnicka – uzmysłowił sobie. Wyminął ze wzruszeniem ramion rozsypujący się budynek w kolorze różowo-fioletowym. Była to nieładna konstrukcja, nijak niepasująca do kościoła i kamienic, obok których stała. Choć miała błyszczeć nowoczesnością, wydawała się niemal obelgą rzuconą przez projektanta dawnym architektom tego miasta.

Nie ważąc się zejść do przejścia podziemnego, Młody przeszedł przez ulicę górą, wymijając zardzewiały tramwaj. Rozluźnił się. Choć na Rynku był do tej pory tylko raz, wiedział, że teren ten jest bezpieczny. Przyczyny pozostawały zagadką, jednak coś odstraszało wszelkie żywe stworzenia. Szef Dworca, po namowie Nożownika, stwierdził, że stwory są być może mądrzejsze od ludzi, po czym surowo zakazał zbliżania się w te rejony. Poza tą zagadką na nieostrożnego stalkera czyhało tylko jedno niebezpieczeństwo – rozstrój żołądka. Rynek usiany był bowiem setkami, jeśli nie tysiącami, szkieletów. Nożownik, dowódca stalkerów, który był na Rynku, gdy bomby zaczęły spadać z nieba, opowiadał, że pod sąsiednim placem Solnym funkcjonował bunkier, w którym mogło się zmieścić nawet pięćset osób. Pięćset! To więcej, niż mieszkało teraz w już i tak przepełnionych podziemiach Dworca. Ludzie zebrali się tu, by znaleźć schronienie przed śmiercią, jednak nadzorca obiektu zgubił klucze do pancernych grodzi oddzielających świat żywych od umarłych, nadzieję od śmierci. Potem stary stalker uciekł w kierunku Dworca, szukając pewniejszego schronienia, a co wydarzyło się dalej, tego łatwo się domyślić. Setki trupów na placu Solnym i na Rynku oraz zamknięte na wieki pancerne grodzie… Nożownik skomentował to stwierdzeniem, że w tym kraju zawsze wszyscy byli zaskoczeni. Zima zaskakiwała drogowców, choć przychodziła co roku, niespełnione obietnice wyborcze zaskakiwały wyborców, chociaż wybory odbywały się co kilka lat, a wojna zaskoczyła rządzących, chociaż konflikt był widoczny nawet dla mojego na wpół szalonego wuja, który myślał, że jest drugim wcieleniem Elvisa. Dla Młodego słowa te na zawsze pozostały zagadką.

Na Rynek spadła bomba neutronowa. Wybuchła w powietrzu, nie niszcząc zabudowań, lecz emitując silne promieniowanie zabijające w ciągu sekund wszystko, co żyło. To, co przetrwało, trudno było nazwać ludźmi. Od tej pory nosiło nazwę Innych.

Chłopak szedł, starannie omijając kości, choć co jakiś czas coś nieprzyjemnie chrupnęło pod nogą. Aż w końcu ujrzał go – Ratusz. Wydawał się lśnić, nietknięty wojną czy upływem czasu. Nieskazitelny, piękny i majestatyczny. Jedyny obiekt Wrocławia, który przetrwał Zagładę w stanie idealnym. To także pozostawało zagadką. Strzelisty dach, delikatne, kolorowe zdobienia, fantastyczne rzeźby – to wszystko oczarowało Młodego. Czuł się jak pyłek kurzu na złotym ołtarzu. Urok tej budowli całkowicie go pochłonął, przyciągał, hipnotyzował…

Gdy tak stał, wpatrzony i urzeczony, coś niematerialnego pełzło powoli ku niemu, wślizgnęło się do niebroniącego się umysłu, rozciągnęło wokół niego swoje macki, okrążyło go i w końcu ścisnęło…

Stalker krzyknął z bólu, złapał się za głowę i skulił, a potem upadł na kolana. Wrzeszczał przerażony, nie wiedząc, co się dzieje. Coś było w jego myślach, próbowało przejąć nad nim kontrolę, czegoś szukało… Po chwili niematerialne macki wycofały się i zniknęły, pozostawiając tylko pełne cierpienia wspomnienie. Młody padł na bruk, oddychając z trudem. Po chwili podniósł się z paniką w oczach, odwrócił i pognał przed siebie, w kierunku Dworca. W kierunku domu.

ROZDZIAŁ 1

NOŻOWNIK WYSZEDŁ NA GÓRĘ NA OBCHÓD. Jako dowódca stalkerów był też przełożonym peronowców i choć mieli oni swojego własnego komendanta, wolał mieć wszystko na oku. Na imię miał Michał, lecz nikt nie nazywał go tak już od lat. Zyskał przydomek Nożownika, ponieważ nie nosił ze sobą broni palnej, tylko dwa wielkie noże myśliwskie. Był potężnym, nieznającym strachu mężczyzną. W czasie Zagłady zginęła jego ciężarna dziewczyna, więc nie miał już nic do stracenia. Być może przez wybór broni białej oraz swoje ryzykowne zachowania podświadomie chciał wpędzić się do grobu, lecz z każdej opresji wychodził silniejszy i zręczniejszy. Śmierć, której tak bardzo szukał dla siebie, otaczała go zewsząd, jednak nigdy nie sięgała po niego samego.

Stalker wciągnął w płuca zimne powietrze i odetchnął z przyjemnością. Dziś wiał wiatr ze wschodu, powietrze było więc czyste i bezpieczne. Chłód był przyjemny po uciążliwym zaduchu panującym na dole. Stał teraz w jednym z bocznych korytarzy tunelu głównego, który niegdyś doprowadzał ludzi do pustych dziś peronów. Gdy ruszył w tamtą stronę, zobaczył jednego z peronowców stojącego na końcu dużego tunelu, od strony południowej, gdzie leżały gruzy zawalonego dworca nocnego. Został on zniszczony już po Zagładzie, w celu zablokowania przejścia dla istot, które nie były już ludźmi. Z drugiej strony również stał wartownik, na samym środku holu dworca dziennego. Dworzec Główny, jedna z dwóch ocalałych siedzib niedobitków wrocławskich, był miejscem trudnym do obrony. Zewsząd otaczała go otwarta przestrzeń. Perony były całkowicie odkryte, wymagały ciągłych patroli peronowców, którzy utworzyli posterunki w starych pociągach. Gdyby nie zauważyli oni zagrożenia, w niebezpieczeństwie znaleźliby się wszyscy mieszkańcy, tunel główny bowiem stanąłby otworem dla wszelkiego rodzaju plugastwa. Do tego dochodził parking podziemny od strony ulicy Piłsudskiego, którego wjazd i wyjazd zatarasowane były wrakami samochodów, jednak dla większych drapieżników nie stanowiłoby to poważnej przeszkody. Sam budynek Dworca Głównego również nie dawał należytej ochrony, a to z powodu zawalonego zachodniego skrzydła… I pomyśleć, że Dworzec wyremontowali tuż przed Zagładą –zamyślił się stalker. Taki był piękny.

Jedyną nadzieją na przeżycie było nierzucanie się w oczy, krycie się przed poważnym niebezpieczeństwem oraz kąsanie każdego, kto odważył się podejść zbyt blisko. Przez pierwsze lata było trudno, jednak stwory nauczyły się już, że w tym rejonie ofiary zbyt ciężko jest upolować.

Nożownik wszedł szerokimi schodami na pierwszy peron i się rozejrzał. Na torze drugim stał pociąg pospieszny. W lokomotywie oraz w ostatnim wagonie mieściły się posterunki. Momentalnie w jego stronę skierowały się latarki, a za nimi lufy nielicznych na wyposażeniu karabinów. Michał podniósł rękę, dając znak, że wszystko w porządku, po czym wrócił do tunelu. Następnie udał się do budynku dworca dziennego, gdzie na środku stary Artur palił papierosa.

– Jak leci? – rzucił stalker.

– Cudnie – westchnął stary i zaciągnął się głęboko. Rozkaszlał się, odrzucił peta, po czym przemówił: – Co za świństwo. Świat jest w ruinie, brakuje jedzenia i lekarstw, a ja akurat po fajki do miasta wychodzę…

– Nie przejmuj się, Artur, prędzej czy później przestaniemy je znajdować, to rzucisz – zaśmiał się Nożownik, lecz stary peronowiec tylko się skrzywił.

– Ostatnią przyjemność z życia byś mi odebrał – powiedział z przekąsem, po czym się uśmiechnął. – Szykujesz się na wyprawę?

– Nie, dzisiaj nie jest bezpiecznie. Może jutro, jeśli wiatr się utrzyma.

– Ano, bezpiecznie nie jest. Darek mówił, że z tej swojej baszty widział sforę. Mignęła mu gdzieś między budynkami, chyba na Kościuszki. A w powietrzu goniła ją…

– Bestia – dokończył stalker. – Tak, słyszałem ją. Właśnie dlatego dziś nigdzie nie wyjdziemy. To Darek jest na baszcie? Myślałem, że dziś kolej Sławka i Młodego.

– No tak, ale Młody zamienił się z Darkiem i poszedł za niego na perony. Wiesz, na wiadukt nad Borowską. Mówił, że chłopaki będą go miały na oku. Chciał pobyć trochę sam, poczuć wschodni wiatr…

– Idioci! – krzyknął nagle Nożownik. – Gdzie wy macie mózgi?! Kretyni! Przecież on pewnie znowu gdzieś polazł. Kurwa, przecież tam lata Bestia…

Stalker poczerwieniał jak burak, a Artur zbladł jak ściana. Nożownik już się odwrócił, żeby pobiec w stronę peronów, gdy nagle ożyła krótkofalówka wisząca u pasa starego peronowca.

– Tu Baszta Jeden – usłyszeli głos Darka. – Widzę jakąś biegnącą postać od zachodu.

– Tu Baszta Dwa – zabrzmiał donośny głos Sławka, drugiego z pełniących na basztach straż peronowca. – Potwierdzam. Wygląda jak… Młody?

Stalker wyrwał przed siebie, przedzierając się przez gruzy zachodniego skrzydła, obok pogiętej, leżącej na boku lokomotywy. Była to jedyna droga, którą można było wejść do budynku, wszystkie inne zabarykadowano. Nożownik biegł, potykając się i ślizgając na obsuwających się kamieniach, szkle i kawałkach metalu. W końcu znalazł się na zewnątrz i przyspieszył, nie rozglądając się na boki. Teraz najważniejsze było bezpieczeństwo chłopaka. Zresztą przed każdym niebezpieczeństwem ostrzegliby go strażnicy. Nie zastanawiając się nad tym dłużej, Michał wybiegł naprzeciw Młodemu, który wpadł mu w ramiona, płacząc i się trzęsąc. Mężczyzna zauważył w jego oczach strach i panikę, a także kompletny brak zrozumienia. Dopiero po chwili napięta twarz rozluźniła się, gdy chłopak rozpoznał dowódcę.

– Tam… – zdołał wydusić przez wysuszone usta. – Tam coś jest.

I zemdlał.

***

Dworcowy lekarz Marek, jedyny człowiek we Wrocławiu, który miał tytuł doktora medycyny, szedł właśnie tunelem podziemnym w stronę centrum dowodzenia. Tak nazywano biuro zarządcy Dworca, Magistra Ząbkowskiego. W tej chwili odbywała się tam narada, w której brali udział wszyscy najważniejsi przedstawiciele społeczności. Byli tam więc dowódcy grup stalkerskich: Nożownik, Kapitan, Kleryk, Masło i Alfons, jak również komendant peronowców Peplin, sam zarządca ze swym zastępcą, Urszulą, oraz Bibliotekarz, profesor Michał Andrzej Konstantynowicz, zwany potocznie Starym Michem. Brakowało już tylko doktora Marka, wracającego z ambulatorium niespiesznym krokiem. Lekarz wiedział, że czekają go teraz burzliwe dyskusje, często bezsensowne i przeraźliwie długie. Nim ktokolwiek dojdzie do jakichś wniosków, można by spokojnie uciąć sobie krótką drzemkę. Marek delektował się przemijającą chwilą ciszy i spokoju, sunąc powoli starym, zagraconym i zawilgoconym tunelem łączącym piwnice Dworca z bunkrem przeciwlotniczym przy ulicy Suchej, tuż koło ruiny dworca nocnego.

Niegdyś krążyło wiele legend o podziemiach wrocławskiego dworca. Mówiono, że w czasie drugiej wojny światowej Niemcy wybudowali potężny kompleks podziemny, składający się z trzech poziomów, mieszczący szpital, lazarety i wszelkie wygody potrzebne do przetrwania wojny w spokoju. Mówiło się także o wielkiej sieci ciągnących się we wszystkie strony tuneli, a także o podziemnych peronach, z których można było dojechać aż do Berlina. Plotka głosiła nawet o stacji metra. Niestety, gdy Dworzec Główny poddano kapitalnemu remontowi, wszelkie legendy okazały się mocno przesadzone. Od strony południowej, przy ulicy Suchej, znajdował się bunkier przeciwlotniczy – wkopany w ziemię kompleks przygotowany jako centrum dowodzenia obroną Wrocławia przed atakiem Związku Radzieckiego. Schron był dość duży, mógł pomieścić kilkadziesiąt osób. Był też świetnie wyposażony, miał wentylatornie, sanitariaty, umywalnie, kantynę i wiele innych pomieszczeń. Na tym jednak rewelacje się kończyły. Drugi bunkier, od strony północnej, został całkowicie rozebrany i zastąpiony przez jednopoziomowy parking podziemny. Poza tym istniało też kilka korytarzy pod peronami, teraz kompletnie zasypanych, oraz tunel prowadzący do oddalonej o kilkaset metrów na wschód kamienicy – tutaj woda sięgała sufitu. Oznaczało to bardzo niewielką bezpieczną przestrzeń życiową dla ocalałych z Zagłady, ograniczoną do bunkra, podpiwniczenia Dworca oraz łączącego je pasażu.

Doktor szedł, mijając wnęki w ciemnym tunelu, w których czasem zamajaczyła czyjaś sylwetka. Ciasnota sprawiała, że niektórzy decydowali się na życie w tych nieprzyjemnych warunkach, pośród wszechogarniającej wilgoci, smrodu stęchlizny i nieprzeniknionej ciemności, rozjaśnianej czasem jakąś świecą. Centrum dowodzenia oraz piwnice Dworca wyposażone były w generatory prądotwórcze napędzane benzyną odpompowywaną z bezużytecznych samochodów oraz stacji paliw i magazynowaną w wielkich zbiornikach. Przewodów oraz lamp nie poprowadzono jednak tunelem głównie z powodu wilgoci, jak również oszczędności – światło włączano tylko na kilka godzin na dobę oraz w wyjątkowych okolicznościach.

Lekarz dotarł wreszcie do końca łącznika, gdzie znalazł śliską metalową drabinkę wiodącą do klapy w suficie. Wdrapał się na nią z obrzydzeniem i już po chwili znajdował się w bunkrze. Było tu jaśniej z powodu żarówki świecącej w samym środku korytarza. Znów włączyli generator– pomyślał. Sprawa jest chyba poważniejsza, niż myślałem. Zdmuchnął więc swoją świecę i ruszył wzdłuż korytarza. Z każdych drzwi wpatrywały się w niego ciekawskie spojrzenia. Ludzie wiedzieli, że coś się dzieje, nikt jednak nie miał pewnych informacji. Marek słyszał szepty, które tworzyły i przenosiły plotki, szerząc niewyobrażalne wręcz brednie. Ktoś nawet go zaczepił.

– Panie Marku, co to się dzieje? – spytał Adam, jeden z młodszych, bardziej narwanych członków wspólnoty. – Siedzą tam zamknięci już z pół godziny, słychać podniesione głosy, ale niech mnie Inni porwą, jeśli cokolwiek z tego rozumiem. Czy to ma związek z wycieczką Młodego?

– Sam nie znam jeszcze żadnych faktów – skłamał lekarz. – Przecież dopiero idę na zebranie. Jeśli zarządca coś ustali, z pewnością się o tym dowiecie. A teraz przepraszam, ale się spieszę.

Wyminął Adama i po kilku krokach znalazł się przy ciężkich, metalowych drzwiach gabinetu. Rozejrzał się szybko po dziesiątkach zaniepokojonych twarzy, po czym wszedł do środka. Donośny głos Kleryka uderzył w jego uszy z nieprzyjemną siłą i doktor się skrzywił. Na ten widok Magister uśmiechnął się ze zrozumieniem. Najstarszy spośród stalkerów, Kleryk, był niegdyś księdzem, nim po Zagładzie przeklął Boga i odwrócił się od niego. Dawne przyzwyczajenia związane z głośnym przemawianiem do wiernych były jednak głęboko zakorzenione w jego naturze.

– Toż to jakiś absurd! – grzmiał zaciekle były duchowny. – Skoro na Rynku działa jakaś siła psychiczna, to powinniśmy omijać to miejsce z daleka, tak jak było do tej pory!

– Przecież musimy poznać naturę tego zjawiska! – oponował Bibliotekarz. – Może wywołuje je jakaś istota rozumna? Może to szansa na nasze wybawienie?

– Wybawienie? – prychnął gniewnie Kleryk. – Coś takiego nie istnieje. Jest tylko śmierć!

– Nie jest pan stalkerem, profesorze – odezwał się Alfons, gładząc się po wąsikach, którym zawdzięczał swe przezwisko. – To nie pan zaryzykuje życiem, żeby sprawdzić tę mało prawdopodobną hipotezę.

– Mało prawdopodobną? – oburzył się Stary Michu. – Istota tak rozwinięta, że włada mocą psychiczną, musi być na tyle inteligentna, żeby dążyć do rozwoju, a nie zagłady.

– Tak samo jak Drugi Chrystus? – spytał Peplin, trafiając w sedno. – Może nie jestem już stalkerem, ale sam wyszkoliłem wielu z nich i widziałem, do czego zdolna była horda tego szaleńca. Chłopcy, których szkoliłem, ginęli z rąk mutantów i degeneratów pod jego władzą. On swą siłę psychiczną wykorzystuje do kontrolowania ludzi i potworów. Dlaczego ta istota z Rynku miałaby być inna?

Zapadła głęboka cisza, przerywana tylko cichym pokasływaniem Masła. Doktor naprawdę nie umiał sobie wyobrazić, skąd wzięło się to przezwisko. Spojrzał na nietęgie miny zebranych i wiedział, że do niczego nie doszli, nie wyrobili sobie jednoznacznej opinii. I wtedy cichym, spokojnym głosem przemówił Nożownik:

– Ja zgadzam się z profesorem – powiedział, patrząc głęboko w oczy Kleryka. – Ale z zupełnie innych powodów. W przyszłości ta istota może okazać się dla nas wielkim zagrożeniem i uważam, że trzeba się jej bliżej przyjrzeć. Nie możemy czekać, aż urośnie w siłę.

– Co więc proponujesz? Pójść tam i ją zabić? – spytał Kleryk. – To jest absurd! Nawet nie wiemy, jak wygląda i czy w ogóle istnieje!

– Spokojnie, bracie – rzekł Magister. – Dajmy mu wytłumaczyć. Masz coś konkretnego na myśli? – skierował ostrym tonem pytanie w stronę stalkera Michała, który kiwnął głową.

– Owszem, coś już mi zaświtało w głowie – odparł Nożownik. – Przede wszystkim muszę wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Proponuję wycieczkę, dla ochotników. Jeśli będzie trzeba, pójdę sam albo z Bibim.

– Zwariowałeś? – zdumiał się Kleryk. – Przecież ten chłopak o mało co nie umarł ze strachu!

– Właśnie, chłopak – bronił Nożownika Peplin, komendant peronowców. – To gołowąs i mógłby się wystraszyć nawet gołębia.

– Akurat gołębie potrafią być naprawdę paskudne – mruknął pod nosem Masło, lecz nikt go nie słuchał.

– Muszę znać zagrożenie – stwierdził Nożownik. – Sam je ocenię. Lecz jeśli okaże się, że to coś jest niebezpieczne, będziemy zgubieni. Nie możemy obronić się przed atakiem psychicznym. Nie mamy jak.

– Więc co proponujesz? – zapytał Magister.

– Sile psychicznej można przeciwstawić tylko taką samą siłę. Potrzebujemy jakiejś tarczy, blokady.

– Nie sugerujesz chyba… – przeraziła się milcząca do tej pory Urszula.

Milczenie Nożownika wystarczyło jako odpowiedź. W gabinecie ponownie zawrzało.

***

W podziemnym holu paliły się ogniska. Wygaszono już światła elektryczne i podziemie Dworca znów spowiła ciemność. Był to czas, w którym ludzie schodzili się i rozmawiali, wymieniali najnowszymi plotkami przyniesionymi przez stalkerów, narzekali i żartowali, ale głównie milczeli. W tym świecie niewiele się działo, a ciążące nad mieszkańcami niebezpieczeństwo i brak nadziei na przyszłość sprawiały, że większość wolała zapaść się w sobie i po prostu chłonąć przyjemne ciepło ognia.

Płomienie rzucały na ściany fantazyjne cienie, które ruszały się i falowały. Co jakiś czas odzywały się mącące spokój szepty, a także rzadkie wybuchy śmiechu urodzonych w tym absurdalnym świecie młodszych. Społeczność Dworca składała się głównie ze starych ludzi, doskonale pamiętających sielskie czasy sprzed Zagłady. Przyrost naturalny był ujemny i wszystkie pary zdolne do rozmnażania traktowano z szacunkiem. Mimo to prawie nie było tu dzieci, noworodki bowiem często przychodziły na świat już martwe.

Młody sunął od ogniska do ogniska, szukając jakiejś weselszej kompanii. Chciał wiedzieć, co się dzieje, jednak od czasu, gdy obudził się w ambulatorium i poinformowano go, że jego rewelacje przyjęto tak gorąco, nie spotkał nikogo, kto słyszałby coś więcej niż tylko plotki. W końcu natrafił na grupkę stalkerów. Był tu Grajek, wpatrzona w niego Anka, Siwy oraz kilku peronowców po służbie. Na widok chłopaka Grajek odłożył swą nieodłączną gitarę i wstał.

– Młody! – rzucił z uśmiechem. – Cieszę się, że nic ci nie jest. Chodź, przysiądź się.

Peronowcy przesunęli się trochę, robiąc miejsce chłopakowi.

– Jak się czujesz? – spytała Anka, stalkerka pod dowództwem Kleryka.

– Dobrze – odparł Młody. – Trochę mi się kręci w głowie od tych tabletek, które dał mi doktor, ale to nic.

– Przynajmniej się wyspałeś – mruknął Siwy. – A w tym czasie w dowództwie wrzało jak w wulkanie.

– Wulkanie? – zdziwił się chłopak, lecz stary kibic Śląska Wrocław tylko machnął ręką i kontynuował.

– Słyszałem, że Kleryk darł się jak szalony. Masło i Kapitan musieli go wyprowadzić.

– Teraz będę musiała wysłuchiwać o niesprawiedliwościach i głupocie waszych dowódców – odparła na to Anka i wystawiła język.

– Kapitan mi mówił, że to wina Nożownika.

– Odczep się od Nożownika – rzekł wyzywająco Grajek, podkomendny owego stalkera, lecz w słowo wszedł mu jeden z peronowców.

– W czasie, gdy tam debatowali – powiedział – Magister nakazał zatelefonować do Bastionu.

Stalkerzy spojrzeli na niego pytająco, jednak mówca milczał.

– I co? – nie wytrzymał w końcu Młody, wytrzeszczając oczy ni to z ciekawości, ni z niecierpliwości.

– I nic. Głucho.

Przy ognisku zapadła cisza.

– Jak to: głucho? – spytał wreszcie Grajek.

– Sygnał był, ale nikt nie odbierał. Próbowaliśmy dwa razy, ale przestaliśmy, bo szkoda było prądu. Od tego czasu nikt też nie oddzwonił.

– Ja zaniosłem te wieści do dowództwa – odezwał się drugi peronowiec. – Strasznie się tam darli, nawet po wyjściu Kleryka, ale jak im powiedziałem, to cisza taka zapadła, jakby wszyscy języki połknęli.

– Co ty mówisz! – Siwy się zerwał.

– Spokojnie – rzuciła do niego Anka i spojrzała na drugiego z peronowców. – Mówili coś, zanim wyszedłeś? Coś zrozumiałeś?

– Ano, mówili. Że plan trzeba zatrzymać i wycieczkę zrobić. Zobaczyć, czemu Bastyjczycy nie odbierają.

– Kurwa, przecież to my pójdziemy – zdenerwował się Siwy i tupnął ze złością nogą. – Jak coś się dzieje, to zawsze my chodzimy.

– Sami nie pójdziecie – uspokoił go pierwszy z peronowców. – Mnie się wydaje, że to poważna sprawa. Wyślą ze dwie grupy jak nic.

– Dwie grupy! Sześć osób! – prychnął Siwy. – Jak tam żyło ze czterystu ludzi i nikt nie odebrał. Nikt! Myślicie, że sześciu więcej zrobi różnicę?

– Nie bój się, możesz pilnować tyłów – zakpił Grajek. – Albo przejść na wcześniejszą emeryturę i zostać peronowcem. Bez urazy, chłopaki.

Siwy, chłop wielkiej postury, ogolony na łyso i z połamanym nosem, bynajmniej nie wyglądał na tchórza, toteż ze złości zrobił się purpurowy. Już ruszył w stronę uśmiechającego się wstrętnie Grajka, gdy Ania zagrodziła mu drogę.

– Zostaw – powiedziała. Łysy stalker zatrzymał się i łypnął groźnie na oboje.

– Następnym razem nie chowaj się za spódniczką – rzekł, po czym odwrócił się i odszedł pospiesznie. Anka spojrzała na wesołego Grajka i chwyciła się pod boki.

– Głupi jesteś! – powiedziała i również sobie poszła.

Stalker z gitarą tylko wzruszył ramionami i zwrócił się do Młodego:

– Myślisz, że spotkało ich to samo co ciebie?

– Nie wiem. – Chłopak się zakłopotał. – Sam do końca nie wiem, co mnie spotkało. Ale skoro mnie wypuściło, to czemu nie miałoby zostawić i Bastyjczyków w spokoju?

– No właśnie. Czemu? – To pytanie zawisło w powietrzu, pozostając bez odpowiedzi.

***

Na peronach powoli zapadał zmrok. Ukryty w jednym z zardzewiałych wagonów Grajek zdjął okulary przeciwsłoneczne. Zagłada, choć nie tknęła najbliższej okolicy bombami jądrowymi, zniszczyła doszczętnie powłokę ozonową, czyniąc przyjemne niegdyś promienie słońca zabójczymi. Stalkera naszła melancholia, co często mu się zdarzało. Żałował, że nie ma przy sobie swej obtłuczonej gitary – jedynego elementu łączącego jego zbłąkaną duszę z dawnym życiem. Grajek był bowiem gitarzystą w zespole deathmetalowym. Nosił kiedyś długie włosy, chodził w skórzanej kurtce i gardził światem, śpiewając o jego unicestwieniu w płomieniach. A potem piosenki stały się rzeczywistością, wyzwalającą w ludziach najgorsze cechy, liczyło się tylko, by przeżyć. Od tego czasu stalker przerzucił się na spokojne ballady, tłumiąc wyrzuty sumienia, jakby wojna wybuchła przez niego.

Teraz, będąc mężczyzną dobiegającym czterdziestki, żyjącym przeszłością i zrezygnowanym, postanowił ryzykować swym życiem, by dać nadzieję innym. W pewnym sensie był podobny do Nożownika i pewnie dlatego łączyła ich przyjaźń.

Grajek przeciągnął się leniwie i gdy zrobiło się ciemno, wyszedł z wagonu. Zszedł do tunelu głównego, po czym ruszył ku jego odnodze wiodącej niegdyś do toalet. Skręcił za róg i otworzył ciężkie, metalowe drzwi, za którymi czekał gęsty mrok. Gitarzysta bez wahania przestąpił próg i zamknął drzwi. Znajdował się teraz na kręconych schodach opadających na dno tunelu podziemnego łączącego Dworzec z Centrum Dowodzenia. Zmierzał do przedsionka piwnic, za którym był parking podziemny. Tam znajdował się pokój odpraw, w którym stalkerzy przygotowywali się do swych wypraw. Było to jedno z licznych pomieszczeń technicznych, z których można było wyjść na parking, jednak pozostałe na zawsze zablokowano i dokładnie uszczelniono.

W pomieszczeniu znajdowały się już dwie grupy stalkerów pod dowództwem Nożownika i Kapitana. W skład każdej, poza jej szefem, wchodziło po dwóch stalkerów, z których tylko jeden niósł broń automatyczną. Po Zagładzie, kiedy jednostka wojskowa została zakopana pod tonami gruzu, broń można było znaleźć tylko na komisariatach policji i w komendzie głównej. Oznaczało to bardzo ograniczone zasoby. Broń automatyczną w postaci modeli MP5 i UMP rozdano pośród peronowców strzegących bezpieczeństwa samego Dworca, a kilka egzemplarzy G36 trafiło w ręce stalkerów. Pozostali posiadali glocki 17, 19 czy 26. Wszyscy oprócz Nożownika, który preferował swe wielkie noże myśliwskie. Mieszkańcy Dworca dysponowali również karabinami AKM, lecz trzymano je w zbrojowni, na wypadek konieczności obrony wewnątrz części mieszkalnej.

Gdy Grajek wszedł do pokoju odpraw, zastał tam drużyny Kapitana i Nożownika (do tej drugiej sam należał) w pełnej gotowości. Byli tu więc Siwy i Alek oraz Bibi, brodaty gigant, trzymający swojego G36 jak zabawkę.

– Już czas – powiedział pełnym napięcia głosem gitarzysta.

Nożownik skinął głową, po czym rozszczelnił wstawione tu przez mieszkańców Dworca drzwi. Znaleziono je niegdyś w ruinach laboratorium chemicznego na Politechnice Wrocławskiej. Były to czasy, gdy podróżowanie nie było tak trudne i niebezpieczne, a ludzie nie przejmowali się zużyciem paliwa przez samochody. Dziś, przy bardzo ograniczonych zasobach, każdy litr był na wagę złota.

Dwie drużyny wyszły prosto na podziemny parking. Wzdłuż ściany Dworca biegła droga prowadząca aż do wyjazdu i niegdyś służąca autom dostawczym do transportu towarów na rampę znajdującą się nieopodal. Oddzielona była od dalszej części parkingu solidną, żelbetową ścianą nośną, w której pozostawiono otwory dla pieszych i samochodów. Parking był bardzo rozległy i dawniej gospodarowano go w celach mieszkalnych. Wystarczył jednak powiew wiatru z zachodu, niosący za sobą opad radioaktywny z dawnych Niemiec, by z powodu choroby popromiennej umarła połowa ocalałej populacji.

Stalkerzy poprawili wiszące u boków maski gazowe, pozaklejali taśmą wszelkie odkryte miejsca na ciele, po czym wyjęli broń i skierowali się w prawo, do wschodniego wyjazdu. Tutaj spotkali samego Peplina pełniącego służbę z jednym z peronowców.

– Dobrze, że to niedaleko – rzekł komendant, gdy podeszli bliżej.

– Wiem, lecz na czas naszej nieobecności powierzam ci dowództwo nad grupami Masła i Alfonsa – poinformował starego stalkera Nożownik. Komendant skinął głową.

– Powodzenia – dodał tylko.

Kapitan uśmiechnął się do emerytowanego stalkera. Peplin dokładnie znał ryzyko. Puste słowa nie podniosłyby nikogo na duchu. Mógł tylko liczyć na to, że wrócą żywi. Pokłoniwszy się peronowcom, stalkerzy odwrócili się i odeszli.

ROZDZIAŁ 2

ŚWIECA PŁONĘŁA NIERÓWNO, oświetlając mały, niski pokoik niespokojnym, słabym blaskiem. Wystrój pomieszczenia był bardzo monotonny – wszędzie stały całe stosy i kolumny książek. Nie miało znaczenia jakich. Była to Biblioteka Dworcowa, gabinet, szkoła, a zarazem sypialnia Starego Micha. Bibliotekarz katalogował swoje zbiory, lecz nie był wybredny. Każdą nową księgę traktował jak skarb, nawet jeśli była jakimś mizernym romansem dodawanym niegdyś za darmo do kobiecych czasopism. Profesor dbał o to, by pamięć o dawnym świecie nie zagubiła się w mroku dziejów i przetrwała w dowolnej postaci.

Teraz Michu siedział na chyboczącym się krześle, opierając łokcie o blat niewielkiego biurka, i wpatrywał się w Młodego.

– Usiądź, chłopcze – powiedział w końcu i młody stalker spoczął na stojącym na środku stołku.

– Nie chcę przeszkadzać, ja tylko miałem kilka pytań – zaczął chłopak, a Bibliotekarz się uśmiechnął.

– Przecież po to tu jestem, żeby odpowiadać na pytania – odparł zachęcająco. Chłopak jednak tylko się zaczerwienił.

– Pan tak dużo wie i pomyślałem…

– Tak?

W końcu Młody nie wytrzymał i niemal wypluł z siebie pytanie:

– Jak pan myśli: co się stało w Bastionie?

– Nie wiem – odparł zdziwiony starzec. – Przecież po to wysłaliśmy zwiadowców, prawda?

– No tak, ale przecież macie jakieś podejrzenia. Musicie mieć. Siwy na wieść o głuchym telefonie bardzo się zdenerwował. Być może nawet wystraszył… Nikt nie chce mi nic powiedzieć!

Ostatnie słowa Młodego zabrzmiały oskarżycielsko i trochę ostrzej, niż zamierzał. Michu jednak był łagodnym i spokojnym człowiekiem, dlatego odparł bez śladu zdenerwowania:

– Jesteś bystry. Masz rację, oczywiście. Zanim jednak odpowiem na twoje pytania, muszę cię prosić o dyskrecję. Mieszkańcy Dworca nie mogą się dowiedzieć o potencjalnym niebezpieczeństwie, jakie nad nimi wisi.

– Potencjalnym? – zdziwił się chłopak.

– Tak. Ja w nie nie wierzę. Niemniej stalkerzy, a wraz z nimi Magister Ząbkowski, uważają, że jest ono realne. Dochowasz tajemnicy?

– Oczywiście! – obruszył się chłopak. – Przecież jestem stalkerem!

– Świetnie. Podejrzewamy, że… hmm… doszło do kontaktu między Bastyjczykami a tą istotą, na którą natknąłeś się na Rynku.

– Istotą? Ja nikogo nie widziałem, tylko poczułem…

– Tak, ale tak silne pole psychiczne, w dodatku inteligentne, chyba nie wzięło się z powietrza, prawda? Jeśli więc Bastyjczcy także spotkali tę istotę? Porozumieli się z nią? Może ruszyli w kierunku Rynku, by z nią porozmawiać, nauczyć się czegoś. Być może dostosować do nowych realiów?

– Pan naprawdę wierzy, że ta… istota ma przyjacielskie zamiary? Zaatakowała mnie, wywołała ból!

– Może nie miała wcześniej okazji zajrzeć w umysł ludzki. Może były to pierwsze kroki w kierunku poznania nas, trochę niepewne i nieudane. Może na podstawie doświadczenia z tobą udało się jej dotrzeć do Bastyjczyków i pokazać im drogę! – Stary Michu wyprostował się i wydawało się, że urósł. Oczy zapłonęły mu dziwnym blaskiem podniecenia.

– Drogę dokąd? – spytał chłopak.

– Do lepszego świata! Do przystosowania! Drogę do ponownego przejęcia kontroli nad światem, zaprowadzenia porządku i pokoju. Niestety, jestem odosobniony w tym poglądzie – zasmucił się nagle Bibliotekarz i westchnął. – Pozostali uważają, że ta istota jest niebezpieczna, bazując na doświadczeniach z Chrystusem. Mierzą wszystkich jedną miarą! Ale to moje zdanie. Niemniej słusznie, że podjęto środki bezpieczeństwa, bowiem takie wieści, dobre czy nie, mogą wywołać panikę. Strach przed nieznanym jest zawsze większy niż przed znanym.

Nigdy nie siedziałeś w walącej się klitce zgniatanej przez pięciometrową Bestię – pomyślał młody stalker, jednak nie ważył się powiedzieć tego na głos.

– Proszę cię więc jeszcze raz – rzekł profesor – żebyś tego nie rozpowiadał.

– Niech się pan nie martwi, nikomu nic nie powiem – zapewnił Młody. – Tylko jedna rzecz nie daje mi spokoju. Skoro ta istota ma pokojowe zamiary, dlaczego nie kontaktuje się z nami poprzez Bastyjczyków? Innymi słowy: dlaczego telefon milczy?

***

Stalkerzy szli gęsiego wzdłuż fasady Dworca, początkowo nie zachowując specjalnej ostrożności. W przypadku niebezpieczeństwa zostaliby ostrzeżeni przez posterunki na basztach. Gdy dotarli do zachodniego, zawalonego skrzydła, Nożownik dał znać ludziom, by się rozproszyli. Cały plac przed gmachem usiany był wrakami samochodów dającymi prowizoryczną osłonę przed niebezpieczeństwem. Gdy stalkerzy zajęli pozycje, dowódca zapatrzył się w przewróconą lokomotywę wystającą spod ton gruzu. Na krótką chwilę w umyśle rozbłysło mu wspomnienie wypadku. Doskonale pamiętał, jak to się stało. W dniu Zagłady, gdy uciekał z Rynku w poszukiwaniu pewniejszej ochrony, rozpędzony pociąg uciekający przed kulami ognia na zachodzie miasta wykoleił się i wyleciał z nasypu kolejowego prosto w budynek Dworca, ciągnąc za sobą wszystkie wagony. Gmach zaczął walić się na osłupiałych, zdziwionych ludzi, grzebiąc ich pod tonami gruzu. Potem wybuchł jakiś pożar, coś eksplodowało. Huk uderzenia był tak wielki, że Nożownik stracił na moment słuch. A później bomby zaczęły spadać bliżej, więc pobiegł niepewnie dalej po trzęsącej się ziemi, zapominając o nieszczęśnikach, którzy mogli przeżyć ten wypadek. Tak samo postąpił każdy, kto przeżył Zagładę w podziemiach Dworca. Pomnik tej niechlubnej przeszłości miał prześladować ocalałych do końca ich marnych dni.

Gdy peronowcy z baszt zameldowali, że teren jest czysty, Nożownik podniósł rękę i stalkerzy ruszyli dalej, zajmując kolejne pozycje, bliżej skrzyżowania. Później dopadli do okolicznych budowli i przykleili się do ścian. Kapitan pomachał do peronowców na pożegnanie, po czym przeszli za róg i zniknęli im z oczu. Pierwszy szedł Bibi ze swym karabinem, uważnie lustrując każdy cień. Grupa kroczyła gęsiego, a pochód zamykał Siwy. Szli bardzo wolno, zatrzymując się przy każdym najmniejszym szeleście. Wiał delikatny wietrzyk z północnego wschodu, więc co jakiś czas zaszumiały liście bluszczu porastającego gęsto większość budynków lub stare śmieci przeleciały przez ulicę, niemal przyprawiając stalkerów o zawał serca. Była to bardzo stresująca praca i Nożownik wcale nie dziwił się, że Peplin z niej zrezygnował, gdy skończył pięćdziesiątkę. A teraz dowódca sam zbliżał się do tego wieku i z przerażeniem uświadomił sobie, że nie będzie mógł odejść. Zbyt mało ich już zostało.

Starając się stąpać bezszelestnie, mężczyźni omijali kamienie, gruzy i odłamki szkła. Dźwięk pękającej szyby z pewnością przyciągnąłby każdego drapieżnika w tej okolicy. Jedyną nadzieją stalkerów była właśnie cisza. Cisza oraz działanie przeterminowanego środka zapachowego, którego kiedyś używano do odstraszania gryzoni. W wielkim napięciu, co chwila przystając, drużyna przesuwała się mozolnie do przodu. Po około godzinie udało się jej pokonać większą część trasy. Zbliżali się już do promenady, czyli otaczającej Centrum fosy miejskiej wraz z małym parkiem, a Bastion znajdował się zaraz po drugiej stronie. Od celu dzieliła ich więc otwarta przestrzeń, mocno zarośnięta po obu stronach drogi. Mogło się tam czaić wielkie niebezpieczeństwo, choć zazwyczaj Bastyjczycy skutecznie odstraszali drapieżców. Byli lepiej wyposażeni. Nim liczniejsza grupa ocalałych z Dworca zdołała się zorganizować, bystrzy ludzie z Bastionu dotarli do Głównej Komendy Policji, zdobywając broń i wszelkie możliwe zapasy amunicji, pozostawiając po sobie tylko to, czego nie dali rady unieść.

– Grajek! – szepnął Nożownik. – Polecisz pierwszy. Widzisz ten wrak wystający nad fosę? Zresztą co ja ci będę mówił… Robiliśmy to już tysiąc razy. Bibi, osłaniaj nas. Ja polecę drugi, a ty trzeci. Kapitanie, ty i Alek za nami, a Siwy na końcu.

– Dlaczego mam zostać sam? – zapytał z pretensją dawny kibic.

– Bo masz dużą giwerę, dlatego! – uciął dyskusję Kapitan.

Plan wykonali sprawnie i w absolutnej ciszy. Kiedy Bibi dotarł do wraku, Grajek już przesuwał się na następną pozycję. Gdy dotarł do niego Nożownik, a Kapitan i Alek dobiegli już do wraku, cała akcja wzięła w łeb.

– Kurwa mać! – zdążył tylko krzyknąć Siwy. Dalszą wiązankę przekleństw zagłuszył jego karabin. Po chwili Bibi przyłączył się do ostrzału, a pozostali przygotowali się na odparcie ataku. Gitarzysta i jego dowódca wycofali się do poprzedniej pozycji, nie wiedząc, co się dzieje.

– Sfora! – rzucił tylko Kapitan przez ramię, po czym wymierzył ze swego glocka i wypalił.

Nożownik zauważył w końcu dzikie, zmutowane psy. Wylazły z chaszczy na asfalt drogi biegnącej wzdłuż południowej strony promenady i dostrzegły samotnego Siwego, który szykował się już do biegu. Dowódca stalkerów zauważył zielonkawą wodę kapiącą z pysków biegnących teraz w ich stronę stworów. Przyszły do wodopoju – pomyślał Nożownik, po czym zaklął pod nosem. Zwykły niefart. Mimo ciężkiego ognia dwóch karabinów G36 psy nie odpuściły. Sfora liczyła około dziesięciu osobników, masywnych i wygłodniałych. W ostatnich latach ich tereny łowieckie zostały przejęte przez stworzenia dużo groźniejsze i psy powoli same stawały się zwierzyną łowną, dlatego nie chciały zmarnować takiej okazji. Siwy wypruł na nie cały magazynek, po czym rzucił się w stronę przyjaciół, ładując w biegu kolejne naboje. Bibi osłaniał go, jak mógł, jednak szybko stało się jasne, że nie zdąży. Nożownik postanowił wybiec mu naprzeciw, a zaraz za nim pobiegł Alek. W tym czasie jeden z psów powalił starego skinheada, lecz nie zdążył go ugryźć. Zacharczał tylko dziko, a z pyska pociekła mu mieszanina śmierdzącej śliny oraz krwi. Dowódca odepchnął ciało potwora, jednocześnie wyciągając z niego swój nóż. Alek zastrzelił kolejnego osobnika, który znalazł się najbliżej. Ranne i mocno przetrzebione psy dały w końcu za wygraną i uciekły. Strzały ustały i dwaj stalkerzy pomogli wstać przestraszonemu koledze.

– Dzięki – powiedział tylko.

Stalkerzy podeszli do wraku i jako pierwszy odezwał się Kapitan:

– Musimy się spieszyć. Widziałem na niebie ciemniejszy kształt. Zresztą taką strzelaninę na pewno było słychać w całym mieście.

Mężczyźni podnieśli się i ruszyli biegiem w kierunku Bastionu. Nim jednak do niego dotarli, pojawiły się nowe kłopoty.

– Tam! – wrzasnął Grajek. – Boże, jakie ogromne!

Z naprzeciwka pędziła jedna z Bestii. Był to wielki mutant, którego trójkątne uszy i krótki pysk przywodziły na myśl dzikiego kota, prawdopodobnie potomka któregoś ze zwierząt z zoo.

– Nie zatrzymuj się! – ryknął tylko Nożownik i przyspieszył.

Byli już przed budynkiem u stóp Wzgórza Partyzantów, czyli dawnego Bastionu Sakwowego. W czasach sprzed Zagłady mieścił się tu jakiś klub, teraz zaś był on przedsionkiem jednego z dwóch czynnych wejść do bunkra. Kolejne znajdowało się po drugiej stronie wzgórza, wkopane w ziemię.

– Zdążyliśmy – ucieszył się Siwy, gdy dopadli do wyłamanych drzwi i było już pewne, że wielki kot nie zdąży do nich dobiec. Zaczęli więc gramolić się do ciemnego, zawalonego gratami i połamanymi stołami wnętrza. Właściwe drzwi były dalej, w głębi klubu. Jednak nim wszyscy zdołali wejść, z nieba spadł cień. Podmuch powietrza spowodowany uderzeniami wielkich skrzydeł przewrócił mężczyzn. Zdezorientowani próbowali wstać, gdy ktoś wrzasnął. Krzyk szybko przerodził się w charczenie, po czym umilkł. Latająca Bestia wzniosła się, trzymając w swych szponach dolną połowę ciała, które jeszcze przed chwilą było Alekiem. Górna część znikała już w gardzieli. Przełykając łzy żalu i goryczy, stalkerzy skryli się w budynku i dotarli do ciężkich, metalowych drzwi na zapleczu. Były przymknięte, lecz niezablokowane.

***

W ciemności niósł się hałas kapiącej wody dobiegający jakby spod ziemi. Był to jedyny dźwięk, jaki można było tam usłyszeć, przynajmniej przed pojawieniem się stalkerów. Teraz ciszę zakłócały szybkie, nieregularne oddechy, westchnienia i pociągnięcia nosem.

– Kurwa, no! – wyrzucił z siebie Grajek żałośnie.

– Mówiłem, że to się tak skończy! – zdenerwował się Siwy. – Mówiłem! Sześciu ludzi!

– Zamknij się – mruknął Nożownik cicho, lecz w jego głosie dało się usłyszeć ukryty sztylet. Stary kibic zamilkł od razu.

– Za każdym razem jest tak samo – odezwał się Kapitan. – Każde wyjście wiąże się z ryzykiem, nawet kiedy idzie się odlać na świeżym powietrzu. Czego się spodziewaliście? To jest wojna, a na wojnie są ofiary!

Nożownik wstał momentalnie i zacisnął pięści.

– Życie ludzkie nie ma dla ciebie żadnego znaczenia? – syknął przez zęby. – Wy, żołnierze, wyobrażacie sobie, że wojna to zabawa. Strzelanie do celu. Czasem się kogoś traci, ale co to za różnica, skoro to nie mój kolega? Powiem ci coś, Kapitanie. – Dowódca zbliżył wykrzywioną grymasem złości twarz do twarzy byłego żołnierza. – Każde życie jest ważne. Wojskowego czy cywila, mężczyzny, kobiety czy dziecka. Nie wiem, co robiłeś na misji w Afganistanie, i nie obchodzi mnie to. Może siedziałeś na dupie w barakach, może dzielnie walczyłeś, a może zabijałeś cywilów i gwałciłeś kobiety. Tutaj ja jestem dowódcą i tu panuje moje prawo. Alek był moim kumplem, rozumiesz? I twoim podwładnym! Nie wymiennym mechanizmem machiny wojennej, lecz człowiekiem. Człowiekiem!

– A ludzie umierają – odparł Kapitan, patrząc Nożownikowi prosto w oczy. – Im szybciej się do tego przyzwyczaisz, tym lepiej dla ciebie.

Choć były wojskowy miał szybki refleks, nie zdążył nawet zauważyć mknącej ku niemu pięści. Potężne uderzenie zamroczyło go i pchnęło na ścianę. Kapitan wyrżnął w nią plecami i osunął się na ziemię. W tym momencie Bibi i Grajek złapali Nożownika za barki, ten jednak się nie wyrywał. Zmieszany Siwy stał z boku. W końcu podbiegł do łapiącego się za głowę, obitego stalkera i pomógł mu wstać. Kapitan splunął przez spuchnięte wargi i rzucił cicho:

– Na wojnie są ofiary… Obyś nie był następną.

Bibi napiął swe wielkie mięśnie i przytrzymał dowódcę w stalowym uścisku.

– Lepiej idźcie na rekonesans – powiedział im Grajek, stając naprzeciw żołnierza. Siwy zapalił latarkę i pociągnął Kapitana za sobą, tymczasem Nożownik zaklął i wyrwał się w końcu Bibiemu.

– Już w porządku – powiedział. – Nic mu nie zrobię. W końcu ten dupek to przecież też człowiek. I do tego diabelnie dobry stalker, niestety. Chodźcie, rozejrzyjmy się trochę.

Pozapalali latarki, odbezpieczyli broń i ruszyli zwiedzać zakamarki Bastionu Sakwowego. Nie uszli daleko, gdy do ich uszu dotarł głos Siwego.

– Chłopaki!

Pospieszyli do przodu i weszli do kolejnego pomieszczenia. Nie byli przygotowani na ten widok. Ściana, którą skinhead oświetlał latarką, była lepka i czerwona.

– Czy… czy to krew? – spytał słabym głosem Grajek.

– Tak – odparł sztywno Kapitan. – Tu spływa jakaś tkanka.

Bibi pochylił się i podniósł coś z ziemi.

– Co to, kurwa, jest? – rzekł tylko, po czym odrzucił z niesmakiem. Była to ludzka ręka odgryziona na wysokości łokcia. Nożownik podszedł do kończyny i przyjrzał się jej z bliska.

– Już kiedyś widziałem takie rany. Dawno temu, gdy zapuszczaliśmy się na Biskupin. W pierwszych latach po Zagładzie, gdy Chrystus jednoczył wszystkich degeneratów i mutantów, nie umiał jeszcze nad nimi w pełni zapanować. Groźba głodu sprawiła, że poszczególne grupki atakowały się nawzajem, a zabitych zjadano. To, co mamy tutaj, to są ślady ludzkich zębów.

Wszyscy wciągnęli powietrze ze świstem. Tylko Kapitan zdawał się nieporuszony tą informacją.

– A mówiłem – zaczął biadolić Siwy. – Sześciu ludzi…

Stalkerzy zaczęli rozglądać się po pomieszczeniu. Znaleźli jeszcze trochę śladów krwi, a także kilka organów wewnętrznych i odpryski kości. Nigdzie jednak nie było zwłok.

– Co tu się mogło wydarzyć? – wydusił z siebie blady jak śnieg Grajek.

– Żeby się dowiedzieć, musimy zejść głębiej – odparł dowódca. – Idziemy wszyscy razem. Nie rozdzielamy się. Oczy dookoła głowy i broń w pogotowiu. Kapitanie!

Żołnierz spojrzał na Nożownika i uniósł brew.

– Wygląda na to, że przynajmniej na jakiś czas musimy odsunąć nasze spory.

Dowódca wyciągnął rękę, a Kapitan skinął głową i uścisnął dłoń. Następnie sformowali szyk i powoli ruszyli dalej, zwiedzając puste korytarze pierwszego poziomu.

Dawny Bastion Sakwowy zbudowano w XVI wieku przy średniowiecznej bramie miasta. Przez lata był on przebudowywany i przekształcany, jego kazamaty powiększały się, a Niemcy w czasie drugiej wojny światowej ulokowali tu potężny schron, w którym siedzibę miał sam komendant dowodzący obroną miasta przed Rosjanami. Przed Zagładą Bastion nosił nazwę Wzgórza Partyzantów. Od frontu, u jego podnóża, znajdował się budynek pewnego klubu, a na jego dachu umieszczona była stara, niedziałająca fontanna. Półkolem okrążała ją kolumnada, na którą można było wdrapać się centralnymi schodami. Na szczycie wzgórza znajdowała się też wieża, dziś wykorzystywana jako posterunek obserwacyjny dla Bastyjczyków. Z drugiej strony wzgórza było wejście bezpośrednio do bunkra, na niższy poziom. Legendy głosiły o rozległej sieci korytarzy łączących Bastion z wieloma punktami na mapie miasta. Faktem było jednak to, że podczas ataku schron ten jako jeden z nielicznych wyposażony był w działający system wentylacji i filtracji powietrza, dzięki czemu ukryci tu ludzie byli w stanie przeżyć zachodni wiatr.

Gdy Nożownik był tu ostatnio, trwały zaawansowane prace nad rozkopywaniem zawalonych i zamurowanych tuneli, które jednak często okazywały się ślepe lub prowadzące do dawnych składów amunicji. Być może dokopali się do innego wyjścia z bunkra i uciekli przed tym, co ich tu napadło – pomyślał z nadzieją stalker.

Kolejne pomieszczenia przyniosły tylko jeszcze większe przygnębienie. Do śladów krwi dołączyły też ślady walki – połamane meble, obtłuczone ściany, zbite żarówki. Gdy zwiadowcy dotarli do pokoju telefonisty, odkryli powód, dla którego nikt nie odbierał. Staromodny telefon był podłączony, lecz kabel od słuchawki spoczywającej na swoim miejscu został ucięty. Nie znalazłszy niczego więcej, stalkerzy ruszyli w dół, na kolejny poziom. Tutaj sprawa wyglądała podobnie. Wydawało się, że cały Bastion nagle opustoszał.

– Gdzie oni się podziali? – zapytał Siwy z trwogą, jednak nikt mu nie odpowiedział.