Wydawca: Genius Creations Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 359 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dobro złem czyń - Antologia

Kiedy Geralt z Rivii miał dokonać wyboru pomiędzy jednym ZŁEM a drugim, wolał nie wybierać wcale. Uczestnicy konkursu literackiego „Dobro złem czyń” nie mieli takiej możliwości. Przedstawiamy Wam dziesięć spośród blisko dwustu nadesłanych opowiadań.

Opowiadania te są tak różne, że trudno znaleźć dla nich inny wspólny mianownik poza tym, że są DOBRE.

Czy można osiągnąć dobro, czyniąc zło? Czy cel uświęca środki? Czy dobro i zło to skrajne przeciwieństwa, czy tylko dwie strony tej samej monety? Oto dziesięć odpowiedzi na te pytania!

 

1. “Algorytm mniejszego zła”, Magdalena Kucenty
2. “Duchy Ziemi Obiecanej”, Dorota Dobrzyńska 
3.  “Od nagłej i niespodziewanej”, Łukasz Trykowski
4. “Kapelusz, garnitur i płaszcz z gabardyny”, Filip Laskowski
5. “Papierowe dusze”, Magdalena Kucenty
6. “Wkład własny”, Istvan Vizvary
7. “Sklepik z motylami”, Karolina Cisowska
8. “Dobra robota”, Maciej Oleszek
9. “Poławiaczka pięknych grzechów”, Justyna Lech
10. “Serendypia kontra skopolamia”, Sylwia Finklińska

 

Opinie o ebooku Dobro złem czyń - Antologia

Fragment ebooka Dobro złem czyń - Antologia

Dobro złem czyń

antologia

Dobro złem czyń

Copyright © Magdalena Kucenty, Dorota Dobrzyńska, Łukasz Trykowski, Filip Laskowski, Istvan Vizvary, Karolina Cisowska, Maciej Oleszek, Justyna Lech, Sylwia Finklińska

Copyright © Wydawnictwo Genius Creations

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright © for the cover art by Paweł Dobkowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. 

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2017

druk ISBN 978-83-7995-098-0

epub ISBN 978-83-7995-099-7

mobi ISBN 978-83-7995-100-0

Redakcja: Dawid Wiktorski

Korekta: dr Marta Kładź-Kocot

Projekt i skład okładki: Paweł Dobkowski

Skład i typografia: Studio Grafpa, www.grafpa.pl

Redaktor naczelny: Marcin A. Dobkowski

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Podmiejska 13 box 27

85-453 Bydgoszcz

sekretariat@geniuscreations.pl

www.geniuscreations.pl

Książka dostępna w księgarni: www.MadBooks.pl,

www.eBook.MadBooks.pli eBooks4U.pl

Słowem wstępu

Antologia Dobro złem czyń to zbiór dziesięciu tekstów, najwyżej ocenionych w konkursie pod tym samym tytułem. Jury w składzie Agnieszka Kolanko (blogerka książkowa), Alicja Podkalicka (blogerka książkowa), Marcin A. Dobkowski (wydawca), Marcin Jamiołkowski (pisarz) i Dawid Kain (pisarz) wybrało finałową dziesiątkę spośród stu siedemdziesięciu ośmiu tekstów. Prace trwały blisko dziewięć miesięcy, gdyż gdyby wydać drukiem wszystkie nadesłane opowiadania, książka, którą trzymacie w ręku, miałaby ponad jedenaście tysięcy stron.

Każdy z członków jury oceniał anonimowe teksty indywidualnie, przyznając każdemu od jednego do dziesięciu punktów. Następnie Dawid Wiktorski (sekretarz konkursu) dokonał zsumowania punktów i przypisania ich do konkretnych opowiadań i autorów. W ten sposób wyłoniła się finałowa dziesiątka tekstów i dziewiątka autorów. Magdalena Kucenty, która przesłała na konkurs dwa opowiadania, zdobyła pierwsze i piąte miejsce.

Więcej informacji o samym konkursie, jego przebiegu i wynikach można przeczytać na stronie internetowej naszego wydawnictwa.

Miejsce pierwsze

Algorytm mniejszego zła

Magdalena Kucenty

Czyżbym musiał cię skrzywdzić?

Pamiętam przecież długie, jasne włosy, spływające swobodnie za ramiona. Pamiętam nieśmiały uśmiech, kremową sukienkę, wiotką figurę. Pamiętam nawet twoją twarz, choć delikatne rysy rozmywa mglista poświata. Tylko oczy… Oczu zupełnie nie pamiętam.

Myślę o tobie każdego ranka, gdy się obudzę, i każdego wieczora, nim zapadnę w sen. Zdecydowanie zbyt często, biorąc pod uwagę, że tak naprawdę mogłaś nigdy nie istnieć. Ile to już lat minęło? Dwadzieścia? A ja wciąż nie wiem, czy kiedykolwiek stąpałaś po tym świecie, czy od początku żyłaś wyłącznie w mojej głowie; w nocnych marach, w których oboje jesteśmy dziećmi, bawiącymi się na gruzach dawnej cywilizacji. Chciałbym móc powiedzieć, że byłaś moją pierwszą szczenięcą miłością, ale musiałbym to ująć w inne słowa: jesteś moją jedyną miłością. Słodkim wspomnieniem czasów, kiedy nie martwiłem się o nic, niczego nie pojmowałem w pełni.

Mieliśmy po siedem… a może osiem lat? Jeszcze nie docierało do nas, że wszystko, co żyje,musi kiedyś umrzeć. Że nie wszystko, co umarło, kiedyś wróci do życia. Dobrobyt technologiczny, dziedzictwo kulturowe, dowolność podejmowanych wyborów – to były relikty przeszłości, które ani przez chwilę nie zaprzątały naszych umysłów. Układaliśmy wieże ze zniszczonych dysków, kostek pamięci i procesorów, a potem przelatywaliśmy nad nimi samolotami z plastikowych butelek. To starczało za rzeczywistość. Ale tylko na godzinę, najwyżej dwie, po których z góry odpadków wyłaniał się nowy, lepszy świat. Fort z czarnej folii i blachy falistej. Tor z grubych zwojów kabli dla ścigających się ślimaków. Witraże ze szkła i wszystkiego, co kolorowe, błyszczące; co wabiło dziecięcy wzrok.

To było piękne życie. Pozbawione świadomości, że decyzje, które kiedykolwiek przyjdzie nam podjąć, będą tylko kolejnym krokiem ku nieuchronnej zagładzie. Że na końcu drogi zostanie nam tylko wybór między mniejszym a większym złem. Teraz zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę lepiej niż kiedykolwiek. Skądinąd właśnie dlatego – chociaż ranek dawno już minął, a do nocy jeszcze daleko – myślę o tobie. Zaciskając w palcach zdjęcie, wyławiam z bladej twarzy twoje mgliste rysy. Prześlizguję się wzorkiem po jasnych włosach i zamieram, wpatrzony w rude punkciki piegów. Czyżbym o nich zapomniał?

Niewykluczone.

To znaczy, że mogłaś stać się po latach kobietą z fotografii. Zważywszy jednak, co muszę zrobić, naprawdę wolałbym, żebyś nią nie była.

***

Albert prowadzi, więc mogę przyjrzeć się okolicy.

Szare pudełka domów stoją rzędami, ściana przy ścianie, wzdłuż ubitych dróg, niczym salutujący żołnierze. Czekają tylko, by stawić czoła kolejnym trzęsieniom ziemi albo wreszcie spocząć, zapadając się pod własnym ciężarem. Z grubsza identyczne, różnią się między sobą jedynie wzorami pęknięć na betonowych fasadach i śmieciowymi ozdobami – rozwieszonymi w oknach, ustawionymi w ogrodach, zwisającymi z dachów. Jakby serwilanci chcieli za wszelką cenę udowodnić, że potrafią być równie kreatywni jak autonomowie.

Gdzieś mignęły mi kwieciste zasłony, bez wątpienia starsze niż budynek, który przystrajają wypłowiałymi kolorami. Na moment moją uwagę przykuł nieduży, ledwie zdolny pomieścić człowieka basen na deszczówkę, zrobiony z posklejanych kawałków opon. Wreszcie zatrzymuję wzrok na domu obwieszonym dekoracjami świątecznymi. Łańcuchy różnobarwnych lampek nie mają prawa się świecić, więc efekt jest dosyć ponury.

Wysiadamy z samochodu.

Szeregowiec, przed którym stoimy, nie został w żaden sposób ozdobiony, niemniej ktoś próbował go wyremontować. W zastępstwie pajęczyny pęknięć fronton szpecą jasne plamy zaschniętego gipsu. Jeszcze coś wyróżnia ten budynek spośród pozostałych: ma porządne drzwi. Zamiast w rozwarstwiającą się od wilgoci sklejkę, uderzam pięścią w solidne drewno.

Ktoś spogląda na mnie okiem judasza. Pewnie ona. Może ty. Czekam jedno uderzenie serca, drugie, trzecie, aż rozlegnie się metaliczny szczęk zamka, lecz słyszę tylko ostrożne kroki.

Spoglądam znacząco na towarzysza i wskazuję głową ogrodzenie. Albert nie potrzebuje dalszych wyjaśnień, więc ruszam w stronę drucianej siatki. Wspiąwszy się po niej, przeskakuję na płaski dach sąsiedniego domu. Dzięki temu nie zaalarmuję kobiety. Co najwyżej wystraszę jej sąsiadów.

Usłyszawszy cichy chrzęst, zatrzymuję się i spoglądam w dół. Przydepnąłem jedną ze zdobiących budynek lampek. Gdy rozcieram podeszwą buta kolorowe szkło, przez głowę przelatują mi wspomnienia dziecięcych witraży, a pod powiekami dostrzegam twoją roześmianą twarz.

To naprawdę zły moment. Odejdź.

W paru krokach docieram na tyły domu. Znowu muszę czekać, dlatego przywieram brzuchem do rozgrzanego betonu, by nie rzucać cienia na ścianę przeciwległego budynku. Po chwili słyszę dźwięk, którego dla odmiany się spodziewałem. Kobieta otwiera okno i próbuje przecisnąć się przez niewielki otwór.

Cóż, czas na mnie. Kiedy ląduję na ziemi, blondynka wyrzuca z siebie krótkie przekleństwo. Niebieskie oczy zaczynają lustrować w napięciu krzywizny mojej twarzy. Domyślam się, czego szuka – triumfalnego grymasu, zuchwałego spojrzenia, sardonicznego skrzywienia warg. Czegokolwiek, co pozwoliłoby jej zobaczyć we mnie oprawcę. Może tak byłoby łatwiej. Nie pojmuję tylko, dlaczego niedoszła uciekinierka nie ukryła się z powrotem w domu.

– Utknęłam – oznajmia. To by nieco tłumaczyło.

– Pomóc pani?

– Dam radę… Muszę tylko…

Wyraźnie zarysowany brzuch przeciska się przez otwór, a przeraźliwy krzyk rozdziera powietrze. Doskakuję do ciężarnej, w momencie gdy wypada z okna. Przytrzymuję ją i pomagam stanąć na nogach. Zielone oczy wciąż mierzą mnie niechętnym spojrzeniem, ale różowe usta układają się w proste „dziękuję”. Nie powinienem był pozwolić sobie na taką poufałość, więc cofam się o krok, dwa, trzy; tyle, ile mogę w wąskim przejściu między budynkami.

Cały czas odnoszę wrażenie, że zaglądasz mi przez ramię i mącisz w głowie. Ludzie wprawdzie reagują na mój widok różnie, zazwyczaj jednak nie przechodzą tak szybko od buntowniczej postawy do spokojnej rezygnacji. A blondynka – choć z początku próbowała uciec – wydaje się pogodzona z losem. Skąd więc biorą się iskry determinacji w piwnych oczach? Czyżbym je sobie wyobrażał?

Jakby zaprzeczając, kobieta zadziera podbródek i podchodzi do mnie. Nie blokuję pierwszego ciosu. Uderzenie drobnej pięści ląduje na mojej piersi, lecz zanim spadną na nią następne, łapię kruchy nadgarstek.

– Wybacz… – Jej głos się załamuje, głowa opada. – Tak jest łatwiej.

Marszcząc brwi, powstrzymuję się przed poproszeniem, by powtórzyła ostatnie zdanie. W ciszy odsuwam ją od siebie i puszczam szczupłą rękę. Gdybym pamiętał kolor twoich oczu, może potrafiłbym powiedzieć, czy to ty stoisz teraz przede mną, czy tylko ktoś mgliście do ciebie podobny. W obecnej sytuacji ignoruję bezpośredniość kobiety i stwierdzam spokojnie:

– Mam zabrać panią do…

– Wiem. I skończ z tą „panią”.

***

Czuję lekki ucisk. Podwijam rękaw czarnej marynarki, by odsłonić oplatającego przedramię nadzorcę. Jednostka Nemroda pulsuje delikatnie, nieustannie tłocząc moją krew. Bada ją, oczyszcza i jednocześnie żywi się przefiltrowanymi odpadami. Wygląda ponuro bez ust czy nosa, z pojedynczym błyszczącym okiem. Na przekór lubię myśleć o Nemrodzie raczej pozytywnie – zasila obwody komunikatora, więc kojarzy mi się z tamtymi ziemniakami.

Tak, pamiętam twoją sztuczkę. Wbiłaś po gwoździu w dwa kartofle i połączyłaś je kablami wyszperanymi ze śmieci. Na koniec przytknęłaś do konstrukcji swój mały, błyszczący skarb – żarówkę. Światło wprawdzie nie przegoniło wszechobecnego chłodu, ale odrobinę rozproszyło otulający nas mrok.

Czekaliśmy, wtuleni w siebie. Za dnia dostrzegaliśmy wyraźne plamy na słońcu – zwiastun zbliżającej się burzy. Żadne urządzenie elektryczne na powierzchni nie miało prawa przetrwać tamtej nocy. I faktycznie, gdy wiatr słoneczny przedarł się do ziemskiej atmosfery, nawet żarówka zaczęła mrugać złowrogo, aż przepaliła się do cna. Natomiast ziemniaki bez problemu wytrzymały do rana, toteż upiekliśmy je i zjedliśmy na śniadanie.

Nemrod musi działać na podobnej zasadzie, dlatego zaburzenia magnetyczne nie mają na niego wpływu. W ten sposób może łączyć serwilantów w jedną wielką sieć współpracujących organizmów. Trudno jednak myśleć o nim jak o żywym stworzeniu, a z drugiej strony nie jest zupełnym warzywem. Nie czuję więc do nadzorcy ani sympatii, ani niechęci, traktując go raczej jak kolejny organ. Ziemniaczany organ?

– Witaj, Konradzie. – Z komunikatora wrośniętego w tkankę Nemroda wydobywa się lekko zaszumiony, kobiecy głos.

– Witaj, Sal.

– Czy udało ci się przechwycić cel?

– Cel ma się dobrze i nie może narzekać na słuch – wtrąca z tylnego siedzenia ciężarna.

– Dziękuję za informację, Kasandro. – Ton Salomy nie ulega najmniejszej zmianie. – Czy zmierzacie już do kliniki?

– Tak – tym razem odzywam się pierwszy. – Jednak mieliśmy pewne… problemy. Więc dotrzemy na miejsce z kilkuminutowym opóźnieniem.

– Dziękuję za informację, Konradzie.

Sal rozłącza się, a w samochodzie zapada ciężka cisza, mącona jedynie pomrukami silnika. Obecnie można znaleźć więcej takich pojazdów na śmietniskach niż na drogach. W końcu tylko nieliczni mają dostęp do wyczerpującego się surowca, jakim jest ropa.

– Rozumiem, czemu ona zachowuje się tak bezdusznie – stwierdza Kasandra. – Ale wy wciąż jesteście ludźmi, prawda? Czy zamieniliście się już w bezmózgie automaty?

Dopiero po chwili dociera do mnie, o czym ona mówi.

– Stul pysk – rozkazuje oschle Albert, a ja krzywię się z niesmakiem. Sama wiesz, że nie lubię chamstwa.

– Bezduszność nie ma tu nic do rzeczy – tłumaczę, ignorując ponure spojrzenie towarzysza. – Twoje dziecko urodziłoby się chore, Kasandro. Przecież o tym wiesz.

– Kochałabym je, jakie by nie było.

– To nie ma znaczenia. Liczy się tylko dobro ogółu, a ogół poradzi sobie lepiej bez niego.

***

Co za ironia losu. Siedzę w poczekalni, jakbym był ojcem dzieciaka. Po operacji mam pilnować Kasandry aż do rana, kiedy zmieni mnie Albert. Krótko mówiąc: spędzę tutaj noc.

Rozumiem, skąd bierze się ta zapobiegliwość – istnieje zagrożenie, że kobieta spróbuje popełnić samobójstwo. Choć nie pojmuję, dlaczego miałaby to zrobić. Nigdy nie przywiązałem się do żadnej istoty na tyle, by nie móc bez niej żyć. Nie, nawet do ciebie. Przecież wciąż chodzę po tym zużytym świecie, mimo że widuję cię już tylko w snach.

Czy mi się wydaje, czy słyszę płacz dziecka? Cichy, odległy, zdławiony. Niemożliwe. Znowu mącisz mi w głowie? Próbujesz wywołać wyrzuty sumienia? Muszę cię zawieść. Ten statek już dawno zatonął, a jedyne, co po nim zostało, to trupy spokojnie unoszące się na wodzie. Morze szarych ciał.

Czekaj, znowu coś słyszę... Na pewno nie płacz. Może krzyk.

Wstaję, żeby to sprawdzić. W tym samym momencie nadzorca zaciska się mocno, pompując do krwi dawkę adrenaliny.

– Skręć w lewo. Natychmiast.

Podwijam rękaw, by Saloma miała podgląd sytuacji. Stawiam jeden pospieszny krok, drugi, trzeci, i zaczynam biec. Jej krótkie komendy doprowadzają mnie do bloku operacyjnego. Z rozbiegu popycham dwuskrzydłowe drzwi sali, ale równie dobrze mógłbym uderzyć w ścianę. Ani drgną.

– Korytarz po prawej.

Idę we wskazanym kierunku i po chwili docieram pod kolejne drzwi, tym razem z wmontowaną klamką. Naciskam ją, lecz bez skutku.

– Spróbuj je wyważyć.

Czas zwalnia. Zanim sens rozkazu na dobre dociera do mojego mózgu, trzymam już odbezpieczoną broń w dłoniach. Huk rozdziera powietrze. Pierwszy, drugi, trzeci, czwarty – po kolei odstrzeliwuję wszystkie zawiasy, a łuski uderzają z brzękiem o ziemię. Ostatni pocisk rykoszetuje i trafia mnie w bok. To bez znaczenia. I tak nie czuję bólu.

Tym razem uderzam barkiem o drzwi. Nie stawiają większego oporu, choć ktoś po drugiej stronie odbija się od nich. Mężczyzna w stroju operacyjnym i maseczce upada na podłogę, kolejny wlepia we mnie przerażony wzrok. Dalej widzę dwie pielęgniarki. Jedna kuli się na niskim taborecie, podtrzymywana przez drugą. Unoszę pistolet. Kobieta pokazuje mi ręce, wypuszczając ramię siedzącej, a ta przechyla się do przodu i z hałasem ląduje na ziemi.

– To nie ma teraz znaczenia. – Głos Salomy wydostaje się ze wszystkich obecnych w pomieszczeniu nadzorców. – Czy widzisz płód, Konradzie?

Przenoszę spojrzenie na stół operacyjny. Na tacę z narzędziami i niebieski materiał z prostokątną dziurą, odsłaniającą zakrwawiony brzuch. Obok natomiast…

– Tak, widzę – odpowiadam, kierując oko Nemroda w tamtą stronę.

– Czy obiekt jest martwy?

Potwierdzam, a nadzorca zwalnia przymus.

– Dziękuję za informację, Konradzie. Na razie zostań, proszę, na sali. – Po tych słowach Saloma zaczyna koordynować pracę personelu.

Roztrzęsiona pielęgniarka podaje mi maseczkę, więc chowam broń i odsuwam się w kąt. Z jej chaotycznych słów zrozumiałem, że zabieg będzie kontynuowany przez innych ludzi. Ci tutaj muszą tylko dopilnować, by Kasandra dożyła do momentu przybycia nowego chirurga. Co w takim razie stało się z poprzednim? A z leżącą na podłodze kobietą?

Masz rację, nie żyje.

Jeszcze nikt nie zajął się zmarłą i nie ma w tym nic dziwnego. Martwi są daleko za żywymi w kolejce procesów Salomy. Jednak z jakiegoś powodu śmierć nienarodzonego była dla niej ważniejsza niż wszystko inne. I naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego.

Spoglądam na stolik, na którym spoczywa drobne ciało. Widziałem już niejedno martwe dziecko, ale pierwszy raz takie… małe. I jednocześnie już całkiem wykształcone. Patrząc na nie, czuję pustkę. Większą niż zazwyczaj; równą tej, kiedy cię straciłem. Chciałbym móc powiedzieć, że mi przykro i jednocześnie nie skłamać.

Odwracam wzrok, kiedy do sali wchodzi dwóch mężczyzn z noszami. Zabierają ciało kobiety, a wszyscy poza mną udają, że tego nie widzą. Potem zbliża się do mnie ta sama, wciąż blada ze zdenerwowania pielęgniarka.

– Mam pana opatrzyć.

Zupełnie zapomniałem, a ty? Rana od rykoszetu jest powierzchowna, plama krwi ledwie widoczna na tle ciemnego materiału. Muszę ściągnąć marynarkę, aczkolwiek koszulę tylko podwijam. Kobieta spogląda na mnie z przestrachem i konsternacją. Zgaduję, że powinniśmy się przenieść do innego pomieszczenia, lecz dopóki Saloma nie odwoła swojego rozkazu, dopóty nie mam zamiaru ruszać się z miejsca. Zresztą nie sądzę, bym potrzebował szwów – na taką ranę wystarczyłoby napluć, i tak się zagoi. Niemniej pielęgniarka odkaża ją skrupulatnie, a następnie nakleja opatrunek.

W międzyczasie pojawiają się kolejne osoby – w tym nowy chirurg. Dopiero wtedy słyszę, że mam wyjść na korytarz. I mogę wreszcie przemyśleć to, co się stało.

***

Większość serwilantów uważa, że Saloma monitoruje nas bez ustanku. Z tego, co zdążyłem zauważyć, nie jest to do końca prawdą. Sal ma ograniczenia. Może połączyć się z dowolnym nadzorcą, aktywować podsłuch i zacząć gromadzić dane pomiarowe, ale nie byłaby w stanie przetworzyć informacji zebranych z całej sieci. Musi działać wybiórczo, wręcz oszczędnie. A chociaż Nemrod jest odporny na zawirowania magnetyczne, to podczas każdej burzy połączenie miedzy nim i maszyną algorytmiczną ulega zakłóceniu.

Stawiam, że właśnie od tego się zaczęło. Saloma najprawdopodobniej straciła podgląd na blok operacyjny, a po odzyskaniu go odkryła śmierć pielęgniarki. Tylko dlaczego wysłała mnie, bym potwierdził terminację ciąży? I czemu wolała zaufać moim oczom aniżeli obrazom przekazywanym jej przez Nemroda?

Jest jeszcze sprawa dziecka. Nie musisz mi mówić, że kryje się za tym coś większego niż zwykła deformacja; coś niebezpiecznego. Niemniej trudno wyobrazić sobie, komu taka mała istota mogłaby zagrażać.

– Konradzie?

– Słucham, Sal.

– Musiałam przydzielić Alberta do innego zadania, więc zostawiam pilnowanie Kasandry tobie.

– Rozumiem. – Gdy przysuwam przedramię do warg, oko Nemroda kieruje na mnie swoją okrągłą źrenicę. – Czy mógłbym zadać kilka pytań?

– Oczywiście, Konradzie.

– Dlaczego płód musiał umrzeć? Tak naprawdę? – podkreślam.

– Wybierz, proszę, inne pytanie. I nie próbuj dowiadywać się niczego na własną rękę.

Cóż… Gdy Sal uzna to za stosowne, potrafi kłamać, ale najwyraźniej oceniła, że w tym przypadku nie ma to sensu – przecież zazwyczaj słucham rozkazów bez mrugnięcia okiem. Nie wie jednak, kogo dostrzegłem w Kasandrze. Nie wie o tobie. Gdyby zdawała sobie sprawę z mojego sentymentu, na pewno nie przydzieliłaby mnie do tego zadania. Ani do żadnego innego.

– W takim razie, czy mogę zapytać, co się stało z lekarzem, który prowadził operację?

– Teodor Adamczyk zaginął.

– A jego nadzorca?

– Nie odpowiada.

Czyli najprawdopodobniej chirurg nie żyje.

– A co ze zmarłą pielęgniarką? Wiadomo, czemu i jak zginęła?

– Była węzłem Nemroda. Niestety, brakuje mi danych, by jednoznacznie określić przyczynę zgonu. Przepraszam, Konradzie.

Ciekawe, nie zauważyłem dodatkowych splotów na ciele zespolonej z siecią kobiety. Jeśli rzeczywiście stanowiła węzeł, bez niej komunikacja w podziemnych salach nie mogła dojść do skutku. Na dodatek jej śmierć musiała nastąpić nagle, natychmiastowo i to w obrębie całego obwodu. W innym przypadku Sal wiedziałaby, co spowodowało zgon. I mogłaby łączyć się z nadzorcami w klinice jeszcze długo po tym, jak ciało ostygło.

Zastanawiam się, ile czasu minęło, zanim na miejsce dotarł nowy węzeł. Zespoleni są w końcu rzadkością.

– Czterdzieści minut – odpowiada na moje pytanie Sal i raptem w korytarzu rozbrzmiewa głuchy, donośny huk, a pchnięte od wewnątrz skrzydła bloku operacyjnego otwierają się szeroko.

Ruszam z miejsca, spoglądając na wyjeżdżające łóżko i postać ułożoną w śnieżnobiałej pościeli. Błyszczący wąż kroplówki wbija się igłą wenflonu w przegub Kasandry. Pociemniałe od krwi bandaże zakrywają drugą rękę, a pnącza nowego nadzorcy pulsują miarowo, wspinając się po smukłej szyi aż do ucha. Teraz wszyscy serwilanci są łączeni z Nemrodem w ten sposób. Czasy, gdy rady Salomy nie były obligatoryjne, minęły już dawno temu. Rzadko jednak wymienia się stare, naręczne jednostki na nowe i nie miałem pojęcia, że dojdzie do tego przy okazji zabiegu.

Minąwszy rozchybotane drzwi, zerkam ukradkiem do opustoszałej sali. Nigdzie nie dostrzegam trójki serwilantów, którzy pierwotnie asystowali przy operacji Kasandry. Musieli zostać zabrani na przesłuchanie. Czy podobny los czeka ją? Ciebie?

Przenoszę wzrok na bladą twarz kobiety. Cienkie przesłony powiek zakrywają oczy, a ja nie pamiętam już, jakiego były koloru. Dlaczego tak łatwo zapominam?

***

– Kiedy będę mogła wrócić do domu?

Unoszę wzrok, który dotąd wbijałem w podłogę. Nie dostrzegam w Kasandrze rozpaczy. Nie widzę złości, zagubienia ani lęku. Jedynie determinację, która zagęszcza powietrze ciężarem ponurej ciszy.

– Za parę dni – odpowiadam. – Niestety, nie wiem, kiedy dokładnie.

Kobieta w zamyśleniu przejeżdża palcami po splotach nowego nadzorcy, spoglądając gdzieś daleko, poza cienki parawan i grube ściany szpitala.

– Czy będziesz przy mnie cały czas? – pyta jeszcze.

– Możliwe.

– I jak się z tym czujesz?

Nabieram powietrza, gotowy do udzielenia kolejnej mechanicznej odpowiedzi i na ułamek sekundy zamieram z rozdziawionymi ustami. W końcu nie mówię nic.

– Masz dosyć żywą mimikę jak na wypaleńca. – Blondynka uśmiecha się smutno, wciąż wpatrzona gdzieś w pustkę. – Tak to już z wami jest… Wystarczy któregoś potraktować jak człowieka i od razu traci grunt pod nogami. Tyle że zazwyczaj nie widać tego zbyt wyraźnie. A w twoim przypadku… – urywa znacząco, przenosząc na mnie przenikliwe spojrzenie szarych oczu.

Nie dam się tak łatwo sprowokować. Nawet tobie. To znaczy jej. Silę się więc na lekki uśmiech i dziękuję za komplement, chociaż wiem, że żadnego nie usłyszałem.

Oboje milczymy. Jeden oddech… drugi… trzeci… Kasandra podciąga swoje okrycie wysoko i przekrzywia lekko głowę, a jasne kosmyki przysłaniają zarumieniony policzek. Prawie nie zauważam spływającej po nim łzy. Może ją sobie wyobraziłem? W końcu, gdy kobieta odzywa się ponownie, jej głos pozostaje spokojny:

– Czym według ciebie jest Saloma?

– Samouczącym się programem.

– To przecież wie każdy. Nie potrafisz powiedzieć o niej nic więcej?

– Potrafię – oznajmiam zgodnie z prawdą. Na tym powinienem skończyć, ale pchnięty nagłym impulsem dodaję: – Saloma jest przede wszystkim algorytmem mniejszego zła.

– Mniejszego zła? – powtarza za mną Kasandra.

– Tak sądzę. Osiągniecie minimalnych strat stanowi dla niej priorytet, więc dokonuje wyboru między potencjalnie mniejszym i większym złem, nie zaś mniejszym i większym dobrem. Dodatkowo rozważa każdy problem w skali milionów, zamiast jednostek. Dzięki temu jej moralność jest zupełnie odmienna od moralności zwykłego człowieka i choć niemal zawsze wybiera życie zamiast śmierci, bez wahania pozbędzie się serwilanta, który szkodzi ogółowi.

– Dlatego ja wciąż żyję, a mój syn…?

– Tak.

Widzę, jak Kasandra przesuwa rękę pod pościelą i kładzie ją sobie na brzuchu. Blade usta zaciskają się w wąską kreskę, kiedy szybko wdycha powietrze, po czym wypuszcza je z impetem. A myślałem, że wcześniej wyglądała na zdeterminowaną.

– Przecież większe korzyści często łączą się z większym ryzykiem – stwierdza ostro. – To by znaczyło, że odwlekamy to, co nieuchronne, zamiast szukać prawdziwego rozwiązania problemu. I gdzie w tym wszystkim są autonomowie? Czy ich wolna wola nie stanowi większego zła? Pieprzeni hipokryci… – Delikatne rysy wykrzywia paroksyzm bólu, kiedy oplatający szyję nadzorca zaciska się niczym katowska pętla.

Wiem, że to tylko ostrzeżenie. I wyłącznie dlatego nie zrywam się z siedzenia.

– Kasandro, uspokój się. – Ton Salomy sprawia wrażenie nieco ostrzejszego niż zazwyczaj. – Robię to dla twojego dobra.

Gdy Nemrod zmniejsza presję, kobieta łapie się za gardło i chrapliwie wciąga powietrze. Jej oczy lśnią jak w gorączce, w rozszerzonych źrenicach czai się lęk. Różnice między starymi a nowszymi nadzorcami są ogromne i zmiana zawsze wywołuje szok.

– Suka… – wypluwa z siebie Kasandra. A mnie to jakoś zupełnie nie drażni.

***

– Jaka jest dla ciebie Saloma?

Pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy to…

– Uprzejma.

– Cóż, mogłam się domyślić. Wobec mnie woli używać kija zamiast marchewki. Jak zresztą już widziałeś. – Kasandra wzdycha ciężko, ale nie wygląda na zasmuconą. Zrzuciła już maskę ponurej nieugiętości i stała się ostrożniejsza. Nie podważa zwierzchnictwa Salomy czy autonomów. Unika również tematu operacji – wręcz zachowuje się tak, jakby do zabiegu nigdy nie doszło, zostawiając mnie z domysłami, że wie więcej, niżby wskazywała na to sytuacja.

Wreszcie ogarnia ją senność, a mój zegarek wskazuje kolejne sekundy, minuty i godziny. Poczucie czasu wypalono ze mnie razem z innym doznaniami, więc bez znudzenia obserwuję skuloną w białej pościeli postać i wspominam ostatni raz, kiedy cię widziałem. Gdyby tamtego dnia zdarzyło się coś nadzwyczajnego; coś, co uprzedziłoby mnie o twoim zniknięciu, byłbym pewien, że naprawdę istniałaś. A tak pamiętam tylko, jak w jednej sekundzie przelatujesz w powietrzu butelkowym samolotem, by w drugiej rozwiać się na wietrze niczym mgła. I już nie wiem, czy tylko chcę, by Kasandra przypominała mi ciebie, czy po latach naprawdę się nią stałaś.

Odwracam wzrok, kiedy ramiona kobiety zaczynają drżeć, a piersią wstrząsa ciche łkanie. Pozwalam wypłakać się jej w pozornej samotności.

Czas mija, przelatując na wskazówkach zegarka. W ciągu następnych godzin Kasandra kilkukrotnie budzi się, by chwilę potem zapaść w płytką drzemkę. Aż któregoś razu patrzy w moją stronę, jakby oczekiwała, że przypomnę sobie o niej. Odwzajemniam przenikliwe spojrzenie, lecz milczę. Bo co niby miałbym powiedzieć? Kopę lat? Zresztą wciąż nie jestem niczego pewien.

– Czy kiedykolwiek straciłeś kogoś, na kim ci zależało?

Potrząsam głową, pewny, że się przesłyszałem.

– Możesz powtórzyć?

– Pytałam – Kasandra zaczyna cedzić każde słowo – czy kiedykolwiek straciłeś kogoś, kogo kochałeś?

– Nie jestem zdolny nikogo pokochać – odpowiadam głucho, osobliwie zachrypniętym głosem. – Ani znienawidzić.

– Teraz już nie. Ale kiedyś?

– Kiedyś pewnie byłem do tego zdolny.

W końcu jesteś moją jedyną miłością, prawda? Szkoda tylko, że od lat już nie wiem, co to znaczy.

***

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak długo byłaś we mnie równie żywa. W sumie spędziłem z Kasandrą ponad trzy doby, opuszczając ją tylko w momentach, kiedy do łóżka podchodziła pielęgniarka z basenem albo z nową kroplówką. Zaraz potem zostałem przydzielony do poszukiwań Teodora Adamczyka i znowu ukryłaś się w najgłębszych zakamarkach mojego umysłu.

Czy wciąż tam jesteś?

***

Mimo ścisłego nadzorowania społeczeństwa przez technologię najsilniejszym narzędziem inwigilacji wciąż pozostaje donos. To właśnie dzięki raportowi jednego z serwilantów trafiam z Albertem do dzielnicy autonomów. I znajduję Adamczyka.

Blady ze strachu, kuli się w cieniu ogromnego fallusa. Rzeźba jest równie pstrokata jak walające się po podłodze poduszki i obicia mebli. Wystrój pokoju wygląda po prostu komicznie, ale z bronią w ręku nie bywam skory do śmiechu. Właściwie nigdy nie bywam.

Chirurg osłania się przedramieniem, na którym wyraźnie widać zaczerwieniony ślad po usuniętym nadzorcy. Nie są to jedyne rany na ciele mężczyzny. Brakuje mu przynajmniej kilku paznokci i oka.

– Nie zabijaj… – prosi roztrzęsionym głosem, a gdy opuszczam nieco lufę pistoletu, podejmuje panicznie: – Wszystko powiem. Nikt nie miał zginąć, a ja wcale nie chciałem uciekać. Pielęgniarki ukryły dziewczynkę, to znaczy noworodka, a później oni zamknęli mnie tutaj jak szczura. Nie wyjawiłem im, gdzie ukryłem dokumenty, bo wtedy od razu by się mnie pozbyli. Lecz Saloma pozwoli mi żyć, jeśli powiem wszystko. A powiem! Wszyściusieńko!

Adamczyk podczołguje się bliżej, jakby chciał klęknąć u moich stóp i nagle w zatęchłym powietrzu rozbrzmiewa łoskot wystrzału. Lekarzem rzuca do tyłu, na jego piersi wykwita czerwona plama, w źrenicach lśni niedowierzanie. „Przecież miałem żyć” – mówią mi jego oczy, a wchodzący do pomieszczenia Albert oznajmia tylko:

– Widziałem, jak cię zaatakował.

I już wiem, że kimkolwiek są „oni”, mój towarzysz dla nich pracuje.

***

Każda jednostka Nemroda potrafi wykryć kłamstwo u swojego nosiciela. Chyba że tym nosicielem jest wypaleniec. W obecnej sytuacji pozostaje więc moje słowo przeciwko słowom tak Alberta, jak i właściciela domu – Johana Kratza. Autonom twierdzi bowiem, że nie zdawał sobie sprawy z obecności lekarza w posiadłości i musiało dojść do włamania.

Popełniłem błąd. Nie powinienem pokazywać się chirurgowi bez wcześniejszego zawiadomienia Salomy. Wówczas przysłuchiwałaby się mojej rozmowie z Adamczykiem, a w tej sytuacji podjęła decyzję, by nie marnować procesów na niepotwierdzony donos. Nic jednak nie wskazywało, że naprawdę znajdziemy lekarza. Zostaliśmy bez oporu wpuszczeni do posiadłości przez serwilantkę, która ogrzewa łoże Kratzowi w ramach wspomagania jego procesów twórczych. Mężczyzna należy bowiem do odłamu wolnomyślicieli, którzy stanowią niejako pierwiastek kreatywny społeczeństwa. Są niepodporządkowani ani Salomie, ani pozostałym autonomom. Nie mam o nich najlepszego zdania, rzekłbym nawet, że uważam ich za bandę skończonych skurwysynów, gdybym nie unikał przekleństw. Śmiem też wątpić, by kolorowymi rzeźbami fallusów byli w stanie uratować ludzkość. Wiem jednak, że w potyczce na słowa byłbym bez szans. Dlatego w trakcie przesłuchiwania odpowiadam raczej zdawkowo. A na koniec oznajmiam:

– Sam też chciałbym zadać kilka pytań.

– Oczywiście, Konradzie.

– Czy wiadomo, dlaczego Adamczyk uciekł ze szpitala?

– Teodor Adamczyk próbował sfałszować wynik operacji. Prawdopodobnie z prywatnych powodów.

– Co się w takim razie stało z dzieckiem Kasandry?

– Jak sam widziałeś, dziecko umarło.

– Ale czy na pewno należało do niej?

– Tak. Zostało to potwierdzone przez test DNA.

W tym momencie przymykam powieki i widzę śmietnisko, a na nim dwójkę bawiących się dzieci. Ciebie i mnie. Dziewczynkę i chłopca.

***

Dla Salomy proces jest rozwiązany, a wszelkie wątki zakończone. Lecz nie dla mnie. Dla mnie wciąż pozostajesz ty. Coś mi podpowiada, że wciąż mogę cię w tym wszystkim odnaleźć. Choć raczej nie w kobiecie, której uparcie przypisywałem twoje cechy.

Bo widzisz, już rozumiem. Nie wszystko, ale trochę.

Kasandra najwyraźniej myśli, że zostałem przekupiony przez Kratza, by pomóc jej w razie problemów. Wcale nie dostrzega we mnie przyjaciela z dawnych lat, a cichego sojusznika, którym tak naprawdę jest Albert. Żeby utrzymać tę iluzję, musiałem czekać na burzę. Minęły ponad trzy tygodnie, ale przynajmniej nie mogę narzekać na rezultaty – widziałem rano rozbłysk, a plamy na słońcu są dziś wyjątkowo wyraźne.

Niedługo komunikacja z Sal będzie poważnie zakłócona, a nawet niemożliwa.

***

Obserwuję z ukrycia dom Kasandry, zastanawiając się: iść od razu, czy jeszcze poczekać? Nagle niektóre z różnobarwnych lampek na sąsiednim budynku zaczynają mrugać zawadiacko, tym samym rozwiewając moje wątpliwości. Robię krok do przodu, lecz na dźwięk otwieranych drzwi natychmiast się cofam.

Kasandra wychodzi na zewnątrz, postukując cicho obcasami. Wygląda inaczej, niż ją zapamiętałem. Założyła czarną skórzaną kurtkę, jasne włosy splotła w ciasny warkocz, a rumieńce i piegi zamaskowała mocnym makijażem. Nie przypomina mi już ciebie; przynajmniej nie tak bardzo.

Podążam za nią, zachowując odpowiedni dystans. Mija minuta za minutą, aż wreszcie orientuję się, dokąd zmierzamy. Klinika znajduje się zaledwie parę ulic dalej.

Kasandra wchodzi do szpitala. Trudno orzec, czy powinna się tu znaleźć, czy nie. Idącego pewnym krokiem człowieka nikt nie zatrzymuje. Można wejść do wielu budynków, nawet tych chronionych, umiejętnie zachowując pozory. Mową ciała dając innym do zrozumienia, że nie bez powodu jesteś w tym miejscu. Bycie inwigilatorem Salomy nawet ułatwia sprawę. Nikt nie chce mieć ze mną do czynienia, więc pielęgniarka w recepcji, choć mnie rozpoznała, udaje ślepą. Swoboda nieangażowania się w problemy innych jest wszak jedną z niewielu form wolności, jakie zostały serwilantom. I chyba najbardziej cenioną.

Kobieta zniknęła z zasięgu mojego wzroku, ale słyszę wyraźne postukiwanie, kiedy skręca na schody i kieruje się w dół. Jeśli mam rację, będzie musiała zejść bardzo głęboko. Do poziomu, na którym cenne, bo jakże rzadkie w tych czasach urządzenia elektryczne są względnie bezpieczne; odizolowane tak od Nemroda, jak i od burz magnetycznych.

Kroki Kasandry odbijają się echem po klatce schodowej, aż wreszcie cichną. Przyspieszam. Po chwili stopnie się kończą, więc pozostaje mi tylko wejść w zacieniony korytarz. Samotna lampa pod sufitem daje naprawdę niewiele światła.

Słyszę trzask zamykanych drzwi. Jestem już blisko.

Gdy wchodzę do pomieszczenia, kobieta podskakuje nerwowo.

– Cholera, przestraszyłeś mnie! – wykrzykuje na mój widok, ale nie wyciąga dłoni z kieszeni kurtki. Pewnie chowa w niej broń.

Przenoszę wzrok na małą istotę, oddzieloną barierą z przezroczystego plastiku. Nie pamiętam, jak nazywa się to urządzenie. Wiem jednak, że potrafi podtrzymywać życie przedwcześnie narodzonych. Tymczasem ukryte w środku dziecko wcale nie wygląda, jakby miało dopiero parę miesięcy i ledwo żyło. Wręcz przeciwnie – wydaje się całkiem wyrośnięte oraz zdrowe. Taka różowa kulka.

– Co tutaj robisz? – Kasandra przygląda mi się podejrzliwie.

– Mógłbym zadać ci to samo pytanie – strzelam w ciemno, a po zmianie w jej twarzy wnioskuję, że trafiłem.

– Chciałam się pożegnać... Wcześniej pozwolili mi na odwiedziny raz. Tylko raz! Nienawidzę tego, że muszę oddać własne dziecko w ręce tych zakłamanych sukinsynów. Twoich kochanych mocodawców! – Kobieta zaczyna drżeć na całym ciele. Wydaje mi się, że słyszę ciche kliknięcie odbezpieczanej broni. – Kazali ci się mnie pozbyć, co?

– W tej chwili nie pracuję dla nich – oznajmiam, pokazując jej puste dłonie i unosząc je w pokojowym geście. – Ani dla nikogo innego.

– Więc skąd się tu wziąłeś? Śledziłeś mnie?

– Chciałem porozmawiać. Na osobności – dodaję, omiatając wymownym spojrzeniem swojego nadzorcę.

Kasandra wciąga ze świstem powietrze i wypuszcza je powoli. Jej dłoń wysuwa się z kieszeni, ujawniając szczupłe palce, zaciśnięte na rękojeści pistoletu. Jednak po sposobie, w jaki trzyma broń, widzę, że nie potrafi strzelać.

– Urodziłaś bliźnięta, prawda?

Pytanie wyraźnie zbija ją z tropu. W oczach ma coś takiego, jakieś uczucie, którego nie umiem rozpoznać.

– Myślałam, że wiesz – szepcze. – Załamałam się, gdy po badaniach prenatalnych usłyszałam wyrok, wydany na mojego syna. Później znikąd pojawił się Kratz i obiecał go uratować. Odwlekał termin zabiegu, zdołał nawet zatuszować informację o mojej córce. Próbował też mamić mnie bajeczką o jakiejś podmianie. Idiota… Musiałabym być ślepa, żeby nie zauważyć, że chłopczyk stał się nagle dziewczynką. – Kasandra robi krótką pauzę, opuszczając broń ku ziemi. Nie przestaje jednak patrzeć mi w oczy. – Z czasem zrozumiałam, w czym rzecz. I że nie ma innego sposobu, by oszukać maszynę. Nie odpuściłaby, póki nie odebrałaby mi dziecka. Przynajmniej jednego…

Czyli nie przesłyszałem się – Adamczyk mówił o dziewczynce, nie o chłopcu. To tłumaczy rozchwiane zachowanie Kasandry w szpitalu: za dnia pozostawała silna dla ukrytej pod ziemią córki, podczas gdy w nocy opłakiwała syna. Jak sądzisz? Czy to brzmi sensownie? Chyba mam rację. Wciąż jednak nie pojmuję, co uczyniło te dzieci tak wyjątkowymi.

– Mogę ją zobaczyć?

Kobieta waha się, ale wreszcie potakuje. Podchodzę do urządzenia, kładę dłoń na przezroczystej barierze. Wewnątrz, oprócz niemowlęcia, leży pluszowy miś.

Dziecko unosi sennie powieki. Najpierw spogląda na zabawkę, potem na mnie. Ma twoje oczy. Jestem o tym absolutnie, bezwzględnie przekonany, jak jeszcze moment temu byłem pewien, że już nigdy ich sobie nie przypomnę. Tęczówki są różnokolorowe: jedna o barwie nieba, naznaczonego srebrzystymi smugami chmur, druga zielono-brązowawa niczym ziemia porośnięta świeżą trawą.

– Ona jest naprawdę... – urywam, niezręcznie dobierając słowa. – Całkiem ładna. I spora.

– Lekarze nie przewidzieli, że będzie rosła w takim tempie. – Do głosu Kasandry wkradają się ciepłe nuty. – Że zmiany staną się tak szybko widocznie.

Nie rozumiem, o jakich zmianach mówi, ale na razie nie zgłębiam tematu.

Daję się pochwycić w sidła kolorowego spojrzenia. W przeciwieństwie do mnie dziewczynka szybko się nudzi. Przekręciwszy małą główkę, wyciąga rączkę w stronę pluszaka. Miś w jednej chwili staje na wypchanych nogach i zaczyna marszowym krokiem okrążać kwilące radośnie dziecko. A ja uświadamiam sobie coś jeszcze.

Butelkowy samolot, którym się bawiłaś, naprawdę latał.

***

Nie zniknęłaś, tylko zostałaś ze mnie wypalona. Na swój sposób zawsze wiedziałem. Nie chciałem jednak dopuścić do siebie tej myśli. Podważa wszystko, czego mnie uczono. Bo nie potrafię uwierzyć, że twoja śmierć mogła stanowić mniejsze zło. A skoro Saloma sukcesywnie pozbywa się zagrożenia, którym są według niej dzieci takie jak ty…

Kasandra podejrzewa, że rodzi się was więcej. Dużo więcej. Przyszliście na świat razem z sezonem słonecznych burz. I zaczęliście znikać wraz z powstaniem nowego systemu.

Im więcej o tym myślę, tym bardziej nabieram pewności, że Sal wcale nie musi być zaszytą w trzewiach planety maszyną. Nigdy nie podano do wiadomości publicznej, gdzie została ukryta. Ani czym dokładnie jest. Może wciąż żyjesz, stanowiąc niejako jej część? To byłoby chyba gorsze od śmierci. Lecz znaczyłoby również, że wciąż mogę cię odnaleźć.

Później. Niedługo. Zrobię to, obiecuję. Na razie muszę skupić się na znalezieniu bezpiecznego schronienia.

Jeszcze w szpitalu Kasandra odcięła swojego Nemroda. I ja też. Żegnaj, wierny ziemniaku! Nie będę za tobą tęsknił. W końcu nie jestem do tego zdolny.

Właściwie to zabawne, jak łatwo można pozbyć się krępujących nas więzów. Tyle że ludzie z reguły tego nie zauważają. Jak stado owiec, które pcha się do bramy, choć ta stoi na pustym polu, bez otoczenia choćby najmarniejszego płotu.

Powoli zaczynam rozumieć tego typu rzeczy.

Nie pojmuję tylko w pełni, dlaczego Kasandra postanowiła mi zaufać. Dlaczego zaproponowała, byśmy uciekli razem, zabierając jej córkę ze sobą. Bo wiesz, kiedy spytałem ją o to, odparła tylko:

– Mogę powierzyć moje dziecko bezdusznej maszynie, żądnemu władzy autonomowi albo wypaleńcowi z resztkami duszy. Wydajesz się być najmniejszym złem z możliwych.