Dobre wieści. Wspomnienia najsłynniejszej rzeczniczki prasowej Białego Domu - Dana Perino - ebook
lub
Opis

INTRYGUJĄCE WSPOMNIENIA WSPÓŁPRACOWNICZKI GEORGE’A W. BUSHA

Dana Perino, była rzeczniczka prasowa Białego Domu, a także prezenterka stacji Fox News’, w inspirującej i momentami zaskakującej książce Dobre wieści opowiada o pracy w amerykańskiej administracji rządowej, przekazując skuteczne porady dotyczące tego, jak osiągnąć sukces zawodowy.

W swojej karierze zawodowej Dana widziała już niejedno. Stojąc w obliczu trudnych do pokonania problemów i osobistych lęków, nauczyła się tego, że w życiu trzeba się spodziewać dosłownie wszystkiego, a we wszelkich wydarzeniach, nawet tych mrożących krew w żyłach, należy zawsze znajdować coś pozytywnego. Swoją opowieść autorka zaczyna od wspomnień z okresu dzieciństwa, które spędziła w Wyoming i w Kolorado. Nawiązuje także do przypadkowego spotkania w samolocie, które już na zawsze odmieniło jej życie. Następnie – z właściwą sobie szczerością i uroczym dowcipem – opowiada o kolejnych podejmowanych pracach, które rodziły poczucie frustracji i narastającego niezadowolenia. Moment zwrotny w życiu Dany nastąpił w Waszyngtonie, kiedy zaczęła pracować w administracji Busha.

W tej intrygującej książce czytelnicy znajdą mnóstwo praktycznych wskazówek. Autorka podpowiada, jak w życiu zawodowym być przekonującym, nie tracąc przy tym wdzięku ani klasy. Przekazuje też wiele ciekawostek o zasadach protokołu dyplomatycznego czy regułach określających savoir-vivre. Jako osoba, która nadal wierzy w to, że rozwiązaniem kluczowych problemów na arenie globalnej jest współpraca i podejmowanie wspólnych wysiłków w dążeniu do postawionych celów, Dana oferuje proste i skuteczne porady dotyczące usprawnienia jakości zarówno dyskursu publicznego, jak i naszej codziennej komunikacji, znajdującej odzwierciedlenie między innymi w rozmowach, które dzień w dzień prowadzimy ze swoimi znajomymi, członkami rodziny oraz współpracownikami.

FASCYNUJĄCA LEKTURA, KTÓRA POKAZUJE, JAK OSIĄGNĄĆ SUKCES W PRACY ZAWODOWEJ, ZREALIZOWAĆ POSTAWIONE CELE I NAUCZYĆ SIĘ SKUTECZNIE PREZENTOWAĆ WŁASNE STANOWISKO

Must-read dla każdego, komu marzy się praca w obszarze komunikacji społecznej!

=====================

Dana Perino prowadzi jeden z najpopularniejszych programów telewizyjnych zatytułowany The Five. Była pierwszą kobietą z ramienia republikanów, która jako rzeczniczka prasowa reprezentowała Biały Dom. Przez ponad siedem lat pracowała w administracji George’a W. Busha - po atakach terrorystycznych 11 września między innymi w Departamencie Sprawiedliwości. Mieszka na Manhattanie z mężem Peterem McMahonem oraz psem Jasperem.

Ta książka to prawdziwy skarb – szczera i poruszająca, prosta w wymowie i bezpretensjonalna. Bogata w zestaw praktycznych, a nawet etycznych porad dla każdego, kto zaczyna pracować w komunikacji społecznej. Zabawna i pełna ciekawych opowieści.

- Peggy Noonan

Uroczy memoir, zarówno wzruszający, jak i pełen mądrych opowieści oraz bezcennych lekcji życiowych. Zapis fascynującej podróży, dzięki której Dana Perino finalnie znalazła się na samym szczycie. Ujmująca lektura!

- Charles Krauthammer

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 365


Moim kolegom i koleżankom z administracji prezydenta Busha

WSTĘP

(Podbite) Oko Bagdadu

Wiedziałam, że praca rzecznika prasowego Białego Domu będzie pełna napięć i wyzwań, ale nigdy nie przypuszczałam, że doznam w związku z nią obrażeń fizycznych. W nienaruszonym stanie udało mi się dotrwać prawie do końca – piszę „prawie”, ponieważ ten stan rzeczy zmieniła pewna ściśle tajna podróż do Bagdadu, którą odbyłam na sześć tygodni przed zakończeniem prezydentury George’a W. Busha.

W grudniu 2008 roku nieliczna grupa pracowników Białego Domu otrzymała zadanie przygotowania poufnej wizyty w Afganistanie i Iraku. Miał to być ostatni zagraniczny lot prezydenta na pokładzie Air Force One, a my musieliśmy zachować szczególną ostrożność, aby utrzymać wszystko w tajemnicy, ponieważ prasa już zaczynała węszyć. Reporterzy, zajmujący się tematami związanymi z prezydentem, podejrzewali, że będzie on chciał po raz ostatni odwiedzić jednostki żołnierzy tam stacjonujących. Doskonale znali jego styl rządzenia.

Na mnie spoczęła odpowiedzialność za przygotowanie wizyty od strony prasowej, a pomagał mi w tym Gordon Johndroe, mój zastępca i rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Na szczęście potrafi on zachować kamienną twarz. Niezręcznie nam było wciskać kit ludziom z najbliższego otoczenia i wymykać się „na kawę”, aby nikt nie mógł słyszeć naszych poufnych rozmów. Nie lubiłam mieć tajemnic przed współpracownikami, ale rozumiałam, że w tym przypadku była to wyższa konieczność.

Zebraliśmy grupę dziennikarzy, fotoreporterów i kamerzystów, którzy mieli być z nami na miejscu: tylko oni i ich redaktorzy naczelni zostali wtajemniczeni w sprawę. Dodatkowo reporterzy mogli powiadomić o wyjeździe jednego członka rodziny, który również zobowiązany był do zachowania tajemnicy. Jeśli nastąpiłby choć jeden przeciek, wizyta musiałaby zostać odwołana.

Mnie obowiązywały te same zasady, z jedną różnicą: mój mąż, Peter, wiedział dokładnie, gdzie i po co wyjeżdżam. Martwił się – nie samym lotem, bo nie ma bezpieczniejszego samolotu niż Air Force One – ale potencjalnym niebezpieczeństwem, jakie groziło nam już na miejscu. Wiedział, że gdy tylko wylądujemy, wróg może próbować pokrzyżować plany naszej wizyty, a nawet zaatakować prezydenta. Mieliśmy z mężem też inny problem. W tym samym czasie miał on być świadkiem na ślubie swojego przyjaciela w Akademii Marynarki Wojennej w Annapolis w stanie Maryland. Musiał wymyślić dla mnie jakąś wymówkę. Skończyło się na tym, że przeprosił przyjaciela, tłumacząc zgodnie z prawdą, że zatrzymały mnie obowiązki służbowe, co jednak było kiepskim wytłumaczeniem nieobecności na ceremonii zawarcia związku małżeńskiego.

Kiedy trzynastego grudnia nad Waszyngtonem zachodziło słońce, zabrano nas spod domów i w nieoznakowanych samochodach przewieziono do bazy sił powietrznych w Andrews. Mieliśmy tam czekać na przybycie prezydenta oraz doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, Steve’a Hadleya, którzy lecieli z Camp David. Prezydent, ubrany w płócienną kurtkę i czarną bejsbolówkę z napisem „43”, zatrzymał się u stóp schodów do samolotu i z uśmiechem zapytał: „Wszyscy gotowi? W drogę!”, a następnie raźnym krokiem pokonał wszystkie stopnie.

Gdy znalazłam się na pokładzie, ruszyłam prosto do znajdującej się z przodu samolotu salki konferencyjnej i położyłam tam swoją torebkę. W salce znajduje się duży owalny stół, dookoła którego ustawiono fotele obrotowe. Jest też tam duży ekran, który służy do odbywania poufnych telekonferencji lub oglądania telewizji. Większość pracowników lubiła tam pracować, ucinać sobie pogawędki, a czasami pograć w karty. Wzdłuż ścian ciągnie się długa wygodna ława, która pod ekranem wygina się w półokrąg. Ponieważ na pokładzie było zbyt mało łóżek, wybrałam sobie do spania właśnie to miejsce, ponieważ jako ze wszystkich najmniejsza bez problemu się tam mieściłam. Wszyscy zajęli swoje miejsca i zaczął się nasz trzynastogodzinny lot.

Na kilka godzin przed lądowaniem w Iraku wszyscy po kolei doprowadzaliśmy się do porządku, zajmując w tym celu małe łazienki na pokładzie samolotu. Zabawnie jest zmieniać ubranie w pomieszczeniu niewiele większym od budki telefonicznej. W ciągu dziesięciu minut zdążyłam się umyć, uczesać i nałożyć lekki makijaż.

Ze względów bezpieczeństwa kapitan Air Force One, pułkownik Mark Tillman, wykonał manewr szybkiego zejścia do lądowania ciasną spiralą w chronionej przestrzeni powietrznej. Prezydent przyglądał się temu z kokpitu, a już kilka minut później koła samolotu łagodnie dotknęły pasa lotniska. Pierwszy przystanek: Bagdad.

Prezydent spędził cały dzień w towarzystwie premiera Nouri al-Maliki, prowadząc wielotematyczne rozmowy, począwszy od szkolenia żołnierzy poprzez kwestie związane z buntownikami, a skończywszy na zagadnieniach dotyczących reform gospodarczych. Najważniejszym punktem rozmów było porozumienie o statusie sił, określające zasady stacjonowania żołnierzy amerykańskich w Iraku, które prezydent Bush starał się sfinalizować z tamtejszymi władzami. Niestety Maliki miał pewne zastrzeżenia co do treści porozumienia, ale zgodził się wypracować kompromis. Następnie udaliśmy się na konferencję prasową. Kolumna samochodów poruszała się po nierównej drodze, ale poza lekkimi podskokami na siedzeniach nic groźnego nam się nie przydarzyło, cało i zdrowo dotarliśmy na miejsce.

Weszłam tylnym wejściem przed przywódcami obu krajów. To była historyczna chwila: ostatnie wspólne publiczne wystąpienie prezydenta Busha i premiera Iraku. Salę po brzegi wypełniali pracownicy ochrony i dziennikarze, w tym reporterzy z naszej grupy. Zajęliśmy miejsca z boku. Po mojej lewej usiadł Ed Gillespie, doradca prezydenta, a po prawej stronie miałam tłumacza, przed którym stał mikrofon na żurawiu przytrzymywany przez stalowy statyw. Sala była stosunkowo mała i pełna sprzętu technicznego: kamery, reflektory i kable mieszały się z tłumem ludzi. Poczułam swoistą solidarność z irakijskimi dziennikarzami, którzy zajmowali pierwsze dwa rzędy. Powiedziałam Edowi, że dorastali w przekonaniu, że nigdy nie będą mieli szansy, by zadać pytanie przywódcy swojego kraju, a co dopiero prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Kibicowałam im w duchu – ale to miało się szybko skończyć.

Prezydent Bush i premier Maliki weszli na mównice i rozpoczęły się powitalne przemówienia. Kątem oka zobaczyłam, jak jeden z tych irakijskich „dziennikarzy” zdejmuje but i z całej siły celuje nim w głowę prezydenta Busha. Ten zdążył się uchylić, a but trafił w ścianę. BUM! Napastnik natychmiast rzucił drugim butem. BUM! Prezydent znowu odskoczył, ale nie wyglądał na rozgniewanego czy przestraszonego, tylko rozbawionego. Jego spojrzenie mówiło: „Co z tobą jest nie tak?”.

Wtedy zawyłam, ale nie ze strachu, lecz z bólu. Kiedy leciał drugi but, jeden z agentów ochrony prezydenta zerwał się, by go osłonić, i przewrócił statyw mikrofonu. Stalowe ramię świsnęło i trafiło mnie w kość policzkową tuż pod prawym okiem. Patrzyłam wtedy w drugą stronę, na przywódców, i zupełnie nie spodziewałam się tego ciosu. Zawyłam i wpadłam na Eda. Ból był przeszywający, a ja poczułam się jak bohater kreskówki, który po uderzeniu zobaczył wszystkie gwiazdy.

Przeszła mi też przez głowę myśl, że zaraz wysadzą nas w powietrze, a rzucanie butem miało odwrócić naszą uwagę od znacznie bardziej niebezpiecznego ataku. Spojrzałam na tył sali, gdzie ułożono pokrowce wszystkich kamer oraz sprzętu nagrywającego – idealne miejsce na ukrycie bomby – i na ten widok pomyślałam tylko: „No to po nas”.

Na szczęście okazało się, że buty stanowiły jedyną broń na sali.

Ed przytulił moją głowę do swojej piersi, a ja zakryłam oko dłonią. Poczekaliśmy, aż każą nam opuścić salę tylnym wyjściem. Kiedy zagryzałam zęby z bólu, „obuwniczy” zamachowiec odbierał lekcję dobrych manier od irakijskich agentów ochrony. Rzucili go na podłogę i unieruchomili w takiej pozycji, a on krzyczał znacznie głośniej niż ja chwilę wcześniej.

W całym tym zamieszaniu prezydent zapewniał agentów swojej ochrony, że nic mu nie jest, i ruchem ręki odwołał ich na pozycje. Powiedział do mikrofonu: „Nie ma powodu do niepokoju, wszystko jest w porządku. Niech wszyscy się uspokoją. Kontynuujmy”. Nawiązał kontakt wzrokowy z szefem swojej ochrony i skinął głową – to była jego ostateczna decyzja.

Z kolei premier Maliki cały aż się trząsł. Czuł się zażenowany naruszeniem bezpieczeństwa oraz tym, że jeden z jego rodaków zamierzył się butami na zaproszonego gościa. Premier uznał, tak jak ja zresztą, że trzeba będzie przerwać konferencję prasową. Ale prezydent Bush nie miał zamiaru pozwolić, żeby jakiś marny butomiotacz przegonił go z sali: zatrzymał Malikiego na mównicy, a następnie zwrócił się do reportera, któremu przerwano, i poprosił, żeby ten kontynuował. Dziennikarz, lekko zbity z tropu, starał się sprostać życzeniu prezydenta.

W środku cała byłam wyjącym bólem, ale siedziałam cicho. Kiedy zdałam sobie sprawę, że nie opuścimy sali od razu po tym incydencie, rozejrzałam się w poszukiwaniu wyjścia. Nie byłam pewna, jak wielkiego spustoszenia dokonał statyw na moim policzku, ale domyślałam się, że nie jest dobrze. Wiedziałam, że zespół medyczny Białego Domu znajdował się nieopodal; musiałam jakoś się do niego dostać. Na ratunek przybył mi żołnierz korpusu piechoty morskiej, który widział, jak oberwałam statywem. Podał mi rękę i wyciągnął mnie ponad krzesłami do wyjścia.

Ale wciąż nie mogłam opuścić sali. Irakijczyczy pozamykali wszystkie drzwi i nikogo nie chcieli wypuścić. Wykonywali rozkaz zabezpieczenia „miejsca zbrodni”. Zdjęłam dłoń z oka, by pokazać im, że naprawdę potrzebowałam pomocy. „Potrzebuję lekarza”, powiedziałam.

Irakijski agent ochrony, który zablokował mi przejście, na te słowa aż się rozpromienił, uderzył ręką w pierś i zakomunikował: „Och, ja jestem lekarzem!”, wyrażając tym samym chęć pomocy. (Należał do dużego grona wykształconych Irakijczyków – inżynierów, lekarzy i prawników – którzy w czasie wojny podjęli dobrze płatną pracę w ochronie). Miał dobre intencje, ale ja już zaczynałam panikować z powodu zamknięcia w tym klaustrofobicznym pomieszczeniu, a oko pulsowało mi z bólu. „Eee... potrzebuję mojego lekarza...”, błagałam. Żołnierz naszej piechoty morskiej trzymał rękę na moich plecach w obronnym geście.

Dr Richard Tubb, szef zespołu medycznego Białego Domu, też mnie szukał. Od prezydenta i jego agentów ochrony usłyszał, że doznałam urazu, ale nikt nie znał szczegółów. Kiedy tylko dr Tubb sprawdził stan zdrowia prezydenta, ten polecił mu mnie znaleźć, ponieważ widział moje łzy i niepokoił się moim stanem. W całym tym zamieszaniu doktor odnalazł mnie wzrokiem i poprosił jednego z naszych agentów ochrony, żeby pomógł mi wydostać się do hallu. Kiedy już był przy mnie, szybko zlustrował mój stan, westchnął: „Ojej!”, a następnie podał mi woreczek z lodem i kazał przyłożyć na obolałe miejsce. Uważał, że kość raczej nie została złamana, ale nie miał co do tego pewności, ponieważ twarz miałam solidnie opuchniętą. Zauważyłam, że na woreczku z lodem widnieje napis „BIEGUNKA”, więc zażartowałam: „Co, do diaska, było w tej torebce, zanim włożył pan do niej lód?”. Zaśmialiśmy się, ale grymas uśmiechu przyprawił mnie o ból. „Auć”, wysyczałam i ponownie przyłożyłam woreczek do oka.

Jednak nie dane mi było długo odpoczywać. Kilka minut później, kiedy nieco ochłonęłam, przypomniałam sobie nagle, że prezydent ma udzielić wywiadu dziennikarce stacji ABC, Marcie Raddatz. Z tego samego powodu, dla którego on chciał kontynuować konferencję – dla podtrzymania normalności – mnie zależało, żeby wywiad odbył się o czasie pomimo otaczającego nas chaosu. Pomyślałam, że prezydent powinien jak najszybciej udzielić wywiadu telewizyjnego i pokazać Amerykanom, że ma się dobrze, zachowuje spokój i nie przejął się incydentem z obuwiem w roli głównej.

Zanim mogłam zaznajomić prezydenta ze szczegółami wywiadu, musiałam zrobić mu telewizyjny makijaż. Kiedy w podróży towarzyszyła nam niewielka liczba osób – tak jak tym razem – przejmowałam również obowiązki charakteryzatorki. Nosiłam ze sobą zestaw pudrów, które tolerował, ale które zmywał z twarzy, kiedy tylko gasły światła kamer. Wyjęłam kosmetyczkę i czekałam na niego w kuluarach, wciąż przyciskając worek z lodem do oka.

Prezydent pojawił się od razu po zakończeniu konferencji. Pochylił się nade mną i objął ramieniem, pytając: „Co się stało? Widziałem, jak płakałaś, ale myślałem, że to dlatego, że ten facet rzucił we mnie butem”. Wsparłam się na nim, pozwalając sobie na chwilę ukojenia, ale chciałam szybko poprawić mu nastrój, więc odpowiedziałam: „Wie pan, że pana kocham, panie prezydencie − ale jestem dziewczyną z zachodu, zbyt twardą, by takie coś mnie ruszyło!”.

Potem poprosiłam, żeby usiadł, upudrowałam mu nos i czoło, przeczesałam grzebieniem włosy, w tym samym czasie zadając mu pytania, które, według mnie, mogłaby postawić mu Martha. Wydawał się dobrze przygotowany. „To nie jest moje pierwsze rodeo”, zażartował. Oczywiście wywiad poszedł znakomicie. Po obiedzie z irakijskimi i amerykańskimi wojskowymi oraz pracownikami ambasady w Bagdadzie ruszyliśmy kolumną z powrotem do Air Force One. „Cóż, poszło doskonale”, powiedziałam do Gordona. Wymieniliśmy znaczące spojrzenia, kręcąc głowami i nerwowo chichocząc. Przewidzieliśmy przecież wszystko – z wyjątkiem latających butów.

Na pokładzie samolotu poczuliśmy się jak w domu – bezpiecznie. Pielęgniarka dała mi advil i kazała trzymać lód przy oku w czasie całego lotu do Kabulu, stolicy Afganistanu. Ale nikt mi nie powiedział, że nie mogę się położyć.

Kilku moich współpracowników chciało popracować w salce konferencyjnej, więc zrezygnowałam z mojego miejsca na ławeczce i poszłam do kabiny przeznaczonej dla pracowników, w której znajdowało się dziesięć foteli rozstawionych po pięć po obu stronach stołu, przy którym nasi ludzie pracowali lub spożywali posiłki. Fotele były wystarczająco duże, żebym mogła się w nich wygodnie zwinąć w kłębek i zasnąć, ale ponieważ w samolocie pogaszono już światła, chwyciłam jedną z mat i koc polarowy, położyłam się na podłodze i przycisnęłam do ściany. Dosłownie za kilka godzin mieliśmy znowu lądować.

Na podłodze było mi zimno, ale nie chciałam się wiercić. Za każdym razem, kiedy poruszałam głową, odczuwałam ból – a także pulsowanie pod okiem, choć to zdążyło już zelżeć. Kiedy zaserwowano śniadanie, poczułam zapach kawy i podniosłam się. Matę i koc odniosłam do schowka i przeszłam do salki konferencyjnej. Nie zdążyłam się jeszcze przejrzeć w lustrze, ale po minach kolegów wiedziałam, że coś jest nie tak. Wszyscy wstrzymali oddech z przerażenia, a Mark Thiessen, który grywał w hokeja i pisał prezydenckie przemowy, na mój widok aż zasłonił usta dłonią. „O nie, spałaś na tym boku? Odpłynęła ci tam cała krew!”. Pomknęłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Moje oko było tak podbite, że aż poczerniało, a twarz mi tak spuchła, że przypominałam E.T.

Makijaż nic nie pomógł. Podbitego oka nie dało się zamaskować, a każde dotknięcie policzka sprawiało ból. Odświeżyłam się najlepiej, jak mogłam, przy pomocy gąbki i wody, spięłam włosy i przebrałam w cieplejsze ubranie. Kiedy przygotowywaliśmy się do lądowania, prezydent przyszedł sprawdzić, jak się miewam. Kiedy mnie zobaczył, aż się wzdrygnął. Zdawał sobie sprawę, że to musiało boleć, a wyglądało jeszcze gorzej. Jednak dałam radę uśmiechnąć się do niego, mówiąc: „Wszystko gra, nie ma problemu, nie ma czego oglądać, panie prezydencie!”. Chciałam być twarda.

W Kabulu było bardzo zimno. Kiedy o czwartej trzydzieści rano czasu lokalnego lądowaliśmy w bazie Bagram, wiał przenikliwy wiatr. To jednak nie przeszkodziło setkom żołnierzy stawić się na lotnisku, by powitać naczelnego dowódcę sił zbrojnych. Patrząc na nich, na chwilę zapomniałam o podbitym oku. Podczas przemówienia prezydenta wiwatowali, a wielu z nich wtedy właśnie uroczyście podjęło się pozostania w Afganistanie na następną turę, czyli cztery kolejne lata, w służbie wojskowej na misji. To naprawdę wyjątkowe kobiety i wyjątkowi mężczyźni.

My jednak nie mieliśmy czasu, by zostać dłużej na tym uroczystym zaprzysiężeniu. Musieliśmy szybko wsiąść na pokład helikoptera Marine One, który jest szybszym i bezpieczniejszym środkiem transportu niż samochody. Marine One czekał już na nas w bazie – prezydent Bush miał udać się nim na spotkanie z prezydentem Afganistanu, Hamidem Karzajem. Spoglądając przez okno, widziałam (i wyczuwałam) dym z kominów, który piekł mnie w oczy i świdrował w nosie. Miasto było szare, a ruch w nim zamarł. Zupełnie jakbym oglądała czarno-biały film – nie widać było prawie żadnych kolorów.

Po krótkim locie nagle naszym oczom ukazał się zamek Arg (tur. cytadela). Wzniesiono go w 1880 roku na rozkaz jednego z królów; stał się siedzibą władców, a następnie pałacem prezydenckim. Zbudowano go z szarej cegły, która miejscami była już ukruszona. Zamek chroniła fosa (bez smoka, niestety). Z zewnątrz przypominał średniowieczne budowle, jakie znamy z książek, ale w środku go zmodernizowano, dekorując wnętrza sofami o jedwabnej tapicerce, kandelabrami, historycznymi artefaktami i dziełami sztuki autorstwa słynnych afgańskich artystów.

Na zamkowym podwórcu czerwone dywany rozwijał najwyższy człowiek, jakiego w życiu widziałam − i robił to bez niczyjej pomocy. Ze względów bezpieczeństwa poinformowaliśmy ich o naszej wizycie dosłownie kilka godzin wcześniej, więc nie zdążyli wszystkiego przygotować przed przyjazdem prezydenta Busha. Mężczyzna rozwijający dywany wyglądał jak olbrzym André, który grał w filmie Narzeczonaksięcia (potem dowiedziałam się, że podobnie jak André, cierpiał na chorobę zwaną gigantyzmem). Od dziecka pracował na zamku. Zwyczajnych rozmiarów człowiek utonąłby w tradycyjnym ubraniu, które tamten miał na sobie, ale jemu ten strój sięgał do kolan. Ja sama sięgałam mu ledwie do pasa.

Prezydent Bush poprosił mnie, bym wyszła z nim na powitanie prezydenta Karzajego, którego poznałam podczas jego wizyty w Białym Domu. Miałam do niego dystans – również z powodu oskarżeń o korupcję – ale potrafił być całkiem uroczym człowiekiem. Pamiętam, co generał Colin Powell powiedział mi kiedyś podczas pewnej uroczystości w Białym Domu: „Strzeż się dyktatorów, którzy świetnie władają językiem angielskim”. Tę mądrą radę wzięłam sobie na zawsze do serca.

Karzaj oglądał w wiadomościach materiał o wizycie prezydenta Busha w Iraku i słyszał o incydencie z butem, ale nie wiedział, że i ja na tym ucierpiałam. Kiedy spojrzał na moją twarz, wstrzymał oddech i chwycił mnie za ręce, a następnie spytał, czy czegoś mi potrzeba. „Proszę się o mnie nie martwić, panie prezydencie. Tamten gorzej oberwał”, powiedziałam. Karzaj zaniósł się śmiechem, a prezydent Bush przewrócił tylko oczami i poklepał mnie po ramieniu.

W pałacu prezydenckim spędziliśmy kilka godzin, podczas których prezydent Bush spotkał się z dowódcami wojskowymi, przywódcami z terytoriów plemiennych oraz dyplomatami. Kiedy te spotkania dobiegły końca, prezydent poprosił Karzajego o rozmowę na osobności, a ja w tym czasie dołączyłam do naszych dziennikarzy. Szybko odnalazłam kilku swoich ulubieńców; fotoreporterów, z którymi współpracowałam od lat. Powiedzieli mi, że z szacunku do mnie zawarli pakt, by nie publikować żadnych moich zdjęć z podbitym okiem. Był to bardzo miły gest, który pokazywał też, jak dobre relacje łączyły moje biuro z korpusem prasowym Białego Domu (z pojedynczymi wyjątkami, których nie wymienię z imienia i nazwiska!).

Oczywiście kiedy wróciliśmy do Waszyngtonu, a ja opuściłam pokład Marine One, na miejscu znaleźli się dziennikarze, którzy żadnego paktu nie zawierali, a ich aparaty od razu poszły w ruch. Do tego czasu opuchlizna na moim oku zdążyła już porządnie dojrzeć, a reporterzy mieli okazję bardzo dokładnie mi się przyjrzeć, zanim zniknęłam we wnętrzu zachodniego skrzydła Białego Domu, gdzie czekali na mnie pracownicy biura prasowego i ich uściski oraz pytania o przebieg wizyty.

Podbite oko towarzyszyło mi do końca kadencji prezydenta, tj. przez kolejne sześć tygodni, a skóra stopniowo zmieniała kolor z czerni na purpurę, a potem na błękit, zieleń i żółć. Górna część kości policzkowej bolała mnie jeszcze przez wiele miesięcy, co najmocniej odczuwałam na zimnie. Goiło się długo.

W historii zapisali się inni prezydenccy rzecznicy prasowi, którzy wykazali się znacznie większym heroizmem ode mnie, na przykład James S. Brady, sparaliżowany w wyniku postrzału podczas zamachu na życie prezydenta Ronalda Reagana w 1981 roku. Jego imieniem nazwano salę briefingów w Białym Domu. Brady kontynuował karierę w służbie publicznej aż do śmierci w sierpniu 2014 roku, koncentrując się na kwestii kontroli nabywania i posiadania broni. Obrażenia, jakich doznał podczas zamachu, okazały się poważne i trwałe. Ja z kolei ledwie przypominam sobie incydent z Podbitym Okiem Bagdadu. Do dziś jestem jedynym rzecznikiem prasowym, który przyjął cios mikrofonem za prezydenta – i mam nadzieję, że tak pozostanie. Jednak na tym też polega nasza praca: od czasu do czasu obrywamy zamiast szefa. Ale nawet najgorszy dzień w robocie nie zmieni faktu, że pracę w administracji George’a Busha wspominam jako najlepszy okres w moim życiu.

Dobra wiadomość jest taka...

W swojej książce opisuję niespotykane okoliczności, w jakich zostałam rzecznikiem prasowym Białego Domu, oraz sytuacje, których byłam świadkiem, i doświadczenia, jakie zebrałam w tej pracy. Piszę też o tym, jak praca dla prezydenta Stanów Zjednoczonych wpłynęła na późniejszy przebieg mojej kariery, która ostatecznie zatoczyła koło, a ja znalazłam się tam, gdzie od początku chciałam być: w studiu telewizyjnym programu publicystycznego, komentując bieżące wydarzenia polityczne i kulturalne.

Byłam pierwszą i jak dotąd jedyną kobietą powołaną na stanowisko rzecznika prasowego Białego Domu z ramienia Partii Republikańskiej, a obowiązki przyszło mi wypełniać w czasach naznaczonych zagrożeniem terrorystycznym, dwiema wojnami, strzelaninami w kraju, zajadłymi debatami politycznymi, nominacjami do Sądu Najwyższego, klęskami żywiołowymi i potężnym kryzysem finansowym. Przemawiałam w imieniu narodu oraz prezydenta Stanów Zjednoczonych, co traktowałam jako wielki zaszczyt.

Podczas mojej pracy w Białym Domu za cel postawiłam sobie reprezentowanie Stanów Zjednoczonych i prezydenta z honorem, godnością i klasą. Starannie dobierałam słowa, uważałam też na ton głosu – jeśli stwierdzałam, że prezydentowi nie spodobałoby się coś, co miałam powiedzieć lub jak miałam to powiedzieć, nie mówiłam tego. W pracy stawiałam na dobre przygotowanie, zaangażowanie i przystępność dla innych. Słowa, które wówczas wypowiadałam, są powszechnie znane. Materiał tej książki stanowią natomiast moje uczucia, myśli i obserwacje, dotyczące tamtych chwil i wydarzeń. To moje osobiste refleksje i obrazy, jakie zapamiętałam z czasów pracy w Białym Domu.

Dobra wiadomość jest taka… − to fraza, którą ciągle powtarzam. Z natury jestem optymistką i chciałabym pokazać ludziom, że w Stanach nic nigdy nie jest tak złe, na jakie wygląda, ponieważ dysponujemy wieloma możliwościami, by rozwiązywać nasze problemy (choć czasami brakuje nam do tego chęci). Optymizm zawsze był moją bronią w walce z przeciwnościami losu. Głos z tyłu głowy powtarza mi: „Ramiona wyprostowane, głowa do góry – dasz sobie z tym radę”. Taka postawa nie zawiodła mnie w obliczu najróżniejszych wyzwań.

Instynktowne poszukiwanie jasnych stron każdej sytuacji mam zapisane w DNA. Dorastałam na ranczu w Wyoming, gdzie życie bywa ciężkie i nieprzewidywalne, więc człowiek musi zdać się w pewnym stopniu na wiarę, że wszystko jakoś się ułoży. A mój optymizm przyciągał mnie do innych optymistów.

Pamiętam, że w dzieciństwie głos przemawiającego Ronalda Reagana sprawiał, że czułam się bezpieczna. Bardzo podobało mi się to, co mówił o życiu po słonecznej stronie wzgórza – taki obraz idealnie do mnie pasował. Przyciągało mnie jego podejście do życia i przywództwa.

Wiele lat później mój własny optymizm okazał się użyteczny, kiedy sama mówiłam do prezydenta Stanów Zjednoczonych podczas briefingu. Wiedział, że czasami będziemy mieli twardy orzech do zgryzienia, i wtedy bardziej od szczegółów złych wiadomości interesowały go konkretne sposoby wyjścia z opresji. W ciągu tych wszystkich lat pracy dla George’a Busha stał się dla mnie kimś więcej niż tylko szefem czy nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych. Stał się dla mnie drugim ojcem, przyjacielem i powiernikiem.

W tej książce opisuję zrządzenia losu, które przywiodły mnie do Gabinetu Owalnego. Wiele osób zakłada, że byłam bardzo aktywnym członkiem Partii Republikańskiej i że znałam rodzinę Bushów czy Cheneyów i to dzięki temu otrzymałam tę posadę. Ale przed atakiem na WTC nigdy nikogo z nich nawet nie spotkałam. Urodziłam się w Wyoming, dorastałam w Kolorado i planowałam zająć się dziennikarstwem telewizyjnym. Zamiast tego – w sposób bardzo charakterystyczny dla kolei mojego życia – te plany zmieniła nadarzająca się okazja i moja otwartość na nią. Swoją pierwszą posadę rzecznika prasowego na Kapitolu, powrót do Waszyngtonu i współprowadzenie programu The Five w stacji FOX zawdzięczam temu, że znalazłam się we właściwym miejscu i we właściwym czasie, przygotowana i gotowa podjąć wyzwanie. W podobnych okolicznościach podejmowałam najważniejszą decyzję w życiu: zagadania do faceta, który siedział obok mnie w samolocie (a który później został moim mężem).

Część tej książki zawiera ciekawe opowieści o administracji George’a Busha, o których wcześniej nie słyszeliście. To wydarzenia, w których brałam udział, opowiedziane z mojego punktu widzenia, na przykład jak prezydent bronił racji stanu, kiedy kamery były wyłączone, jego wzruszające spotkania z rannymi żołnierzami czy decyzje, które podejmował, kierując się zasadami, a nie populizmem. Opowiadam o przygodach, które nauczyły mnie pokory, a także o tych, które wciąż rozbawiają mnie do łez. Jest tu historia o tym, jak prezydent uczy mnie cedowania własnych zasług na kogoś innego, by ten ktoś mógł dojść do upragnionego celu; jest opowieść o naszej małej intrydze, której intencją była pomoc młodej reporterce, którą potraktowano nie fair; opowiadam też o tym, jak prezydent pomógł mi pozbyć się uczucia goryczy i zastąpić je przebaczeniem, kiedy spotkała mnie nielojalność ze strony byłego współpracownika. Kiedy spisywałam wszystkie te wydarzenia i momenty, czułam się tak, jakbym ponownie je przeżywała – i to było wspaniałe.

Znajdują się tu również moje przemyślenia dotyczące idei kurtuazji, której znaczenie poznałam w dzieciństwie i w otoczeniu rodziny Bushów, a która coraz bardziej zanika w świecie polityki i popkultury. Martwi mnie, że dzisiejszy dyskurs zdominowany jest przez agresję i złośliwość. Jednak uważam, że nie wszystko jeszcze stracone. Wierzę, że wciąż są sposoby na to, by ucywilizować publiczne debaty, ponieważ dobre maniery i uprzejmość są kwestią wyboru. Nie musimy ośmieszać komentarzy innych, ale jesteśmy też odpowiedzialni za swoje własne słowa. Mamy to szczęście, że żyjemy w kraju, w którym gwarantuje się nam wolność słowa – korzystajmy z niej mądrze. Musimy również zacząć zdawać sobie sprawę z tego, że ludzie, którzy nie podzielają naszego zdania, nie są naszymi wrogami. Jesteśmy jednym narodem, a nasze czyny powinny tę jedność odzwierciedlać.

Ta książka jest też dla mnie okazją do podzielenia się z czytelnikami garstką porad i wskazówek dotyczących życia i kariery, które sama wielokrotnie wykorzystywałam. Ponieważ pracowałam na wysokich stanowiskach, często pytano mnie, co poradziłabym młodym ludziom, którzy chcą osiągnąć sukces (a wielu z nich chciałoby kiedyś zostać rzecznikiem prasowym Białego Domu). Zauważyłam, że zwłaszcza młodzi ludzie i ich rodzice są spragnieni wiedzy na ten temat; w każdym zakątku kraju powtarzają się podobne pytania: powinienem/powinnam iść na studia uzupełniające czy zacząć studiować prawo? Jak awansować ze stanowiska asystenckiego do kadry kierowniczej? Co powinienem/powinnam zrobić, kiedy mój szef jest palantem lub każe mi zrobić coś, co uważam za nieetyczne? Jaka jest recepta na zachowanie równowagi między pracą a życiem prywatnym?

Największym problemem przy próbie odpowiedzi na te i inne pytania jest dla mnie brak czasu i możliwości, by każdy przypadek potraktować indywidualnie; z kolei czuję się winna, jeśli nie odpowiem na dane pytanie. Uważam, że każdy, kto osiągnął sukces, jest zobowiązany pomóc w tym innym. Na swojej drodze miałam szczęście spotykać wielu mądrych ludzi, służących mi radą i dobrym słowem, dzięki czemu zgromadziłam wiele pożytecznej wiedzy i wskazówek, którymi dzielę się w mojej książce – tym samym pomaga mi ona rozwiązać wyżej wspomniany problem „podaży i popytu”. W trzech sekcjach zawarłam garść ważnych porad, które można bezpośrednio odnieść nie tylko do obecnej pracy, ale i dalszego przebiegu zawodowej kariery. Gdybym była rodzicem, wychowawcą czy pracodawcą, chciałabym, żeby moje dzieci czy pracownicy przeczytali tę właśnie część tej książki – czyli łatwe do strawienia porady w pigułce, które pomogą im osiągnąć sukces oraz stać się bardziej produktywnymi i zadowolonymi z życia.

Uważam, że pozytywne nastawienie oraz okazywanie szacunku innym i godne ich traktowanie prowadzą do osiągnięcia sukcesu w życiu prywatnym i zawodowym. Żyjąc zgodnie z tą formułą, nigdy nie „przegramy”. Teraz wiem też, że idealne plany, które wykoncypowała moja osobowość typu A, uległy zmianom na lepsze – zostały zastąpione przez nowe projekty, których wprawdzie nie przewidziałam, ale w których zdecydowałam się wziąć udział, niezależnie jak trudne i szalone wydawały się być na początku.

Mam szczerą nadzieję, że po lekturze tej książki moi czytelnicy dojdą do wniosku, że nie jest ważne, skąd się pochodzi – można skończyć prestiżową uczelnię lub wychowywać się na małej farmie, a potem zostać doradcą prezydenta i odwiedzać Gabinet Owalny. Nikt nie powinien wychodzić z założenia, że jeżeli nie skończył Harvardu, to nie da rady dostać się na sam szczyt. Mam nadzieję, że historia mojego dorastania, opowieści o latach spędzonych w Białym Domu i pracy w telewizji zainspirują czytelników. Nie zawsze było kolorowo – zdarzały się lekcje pokory i trudne chwile, dzięki którym woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Ale miałam też okazję podróżować po różnych krajach i doceniam, jaką jestem szczęściarą, że urodziłam się w Stanach Zjednoczonych i mam rodzinę, która mnie kocha. A jako bonus: jestem dumną mamą psa Jaspera (którego nazywam psem Ameryki), o którym więcej w rozdziale czwartym.

ROZDZIAŁ 1

Wide-open space, czyli wszystko się może zdarzyć…

„Przepraszam, proszę pani − szepnął mi do ucha agent ochrony. − Pan prezydent prosi, żeby za dziesięć minut dołączyła pani do niego na pokładzie Marine One”. Nikt inny z piętnastu tysięcy tłumnie zgromadzonych ludzi nie usłyszał, co powiedział. Braliśmy właśnie udział w uroczystości wodowania USS George H.W. Bush, najnowszego lotniskowca naszej floty, jaka odbywała się w Norfolk w stanie Wirginia. Nie spodziewałam się wezwania, zakładając, że wysłuchamy przemówień towarzyszących temu wydarzeniu. Starałam się nacieszyć chwilą – styczniowe powietrze było zimne i suche, ale świeciło słońce, a my wszyscy mogliśmy z podziwem słuchać o osiągnięciach życiowych prezydenta George’a H.W. Busha, ojca mojego szefa, czyli George’a W. Busha. Ogarnęła mnie nostalgia, ponieważ jego kadencja dobiegała końca i zostało nam już tylko kilka podobnych uroczystości.

Słowa agenta ochrony mnie ocuciły. Nie chciałam wzbudzać podejrzeń zbyt gwałtowną reakcją – zwłaszcza że były tam obecne media − więc nie zerwałam się do wyjścia. Uśmiechając się, kiwnęłam głową do agenta. Starałam się wyglądać na zrelaksowaną i niefrasobliwą. I całe szczęście, że miałam na nosie duże okulary przeciwsłoneczne, bo w rzeczywistości poczułam się mocno zaniepokojona. Wcześniej nasz wywiad podsłuchał rozmowy terrorystów, z których wynikało, że planują zakłócić jakąś ceremonię przed uroczystym zaprzysiężeniem prezydenta elekta, Baracka Obamy. Czy mogła być lepsza okazja niż ta, na której zgromadziła się cała rodzina Bushów i ich przyjaciele, a także najwyżsi dostojnicy państwowi i urzędnicy wyższego szczebla? Mieliśmy więc obowiązek ulec paranoi i lekkiej panice.

Jednak wciąż zachowywałam kamienną twarz. Odczekałam około pół minuty, zanim wślizgnęłam się z powrotem pod pokład statku i podążyłam za agentem, który poprowadził mnie przez stalowe korytarze do drzwi, których wcześniej nie widziałam. Starałam się utrzymać swoje normalne tempo marszu. Mam krótkie nogi, ale zawsze szybko chodziłam – musiałam nadążać za mamą, żeby nie zostać w tyle.

Marine One był gotowy do startu. Sekretarz stanu, Condi Rice, przybyła na miejsce równocześnie ze mną. Weszłyśmy na pokład i zapięłyśmy pasy. Kilka minut później sam prezydent wbiegł do helikoptera. „Lećmy odwiedzić SEALsów”, rzucił w naszą stronę, zanim zajął miejsce i zapiął pasy.

Wtedy mnie oświeciło – to nie był żaden alarm i stan wyjątkowy. Prezydent chciał po prostu po raz ostatni spotkać się z komandosami w charakterze naczelnego dowódcy sił zbrojnych. Dużo razem przeszli – on stawiał przed nimi trudne zadania, a oni z nadwyżką spełniali jego oczekiwania. Niewiele osób wiedziało o tej wizycie, a prasa w ogóle nie została o niej poinformowana. To miały być ich ostatnie chwile spędzone „sam na sam”.

Pojedynczy komandosi marynarki wojennej, czyli SEALsi, są rewelacyjni, ale hangar pełen żołnierzy tej elitarnej jednostki – to dopiero niesamowity widok. Nasza grupka pracowników wśliznęła się do budynku bocznymi drzwiami, zajmując miejsca z tyłu, a prezydent przygotowywał się do wejścia na podest. Komandosi słuchali właśnie przemówienia wiceprezydenta, Dicka Cheneya, kiedy ten nagle zapowiedział prezydenta Busha. Prezydent wskoczył na podest, uścisnął rękę wiceprezydentowi i przejął od niego pałeczkę. Komandosi zaczęli pohukiwać i wznosić patriotyczne okrzyki, wyrażające uznanie dla głowy państwa.

Prezydent zwrócił się do tłumu, który stanowiła jednostka East Coast SEALs, łącznie z grupą DEVGRU (vel Oddział Szósty). Podziękował im za wszystkie misje, w których brali udział po ataku na WTC. Nie czytał z kartki – mówił prosto z serca. Swoją przemowę zakończył słowami: „Niech was Bóg błogosławi i niech Bóg błogosławi Amerykę”, a oni wiwatowali jeszcze przez długi czas, chociaż próbował ich uciszać. Był to rozkaz, którego nie musieli wykonać. Prezydent miał łzy w oczach; ja zresztą też.

Po przemówieniu uścisnął rękę każdego z komandosów i pozował z nimi do pamiątkowych zdjęć, które potem mogli wysłać rodzinie i przyjaciołom. Wszyscy młodzi żołnierze nosili długie brody, więc nietrudno było domyślić się, w jaki zakątek świata mieli zostać wysłani (na pewno nie była to Indiana). Marynarki i krawaty, jakie przywdziali z tej wyjątkowej okazji, zaraz miały zostać zastąpione mundurami bojowymi.

Przebywanie w otoczeniu komandosów Navy SEAL uczy pokory. Ich odwaga i męstwo przewyższają wszystko, co kiedykolwiek uważałam za odwagę i męstwo. Są absolutnie wyzbyci egoizmu, niesamowicie honorowi, silni i dzielni. Pośród nich czułam się bezpiecznie. Bardzo lubiłam obserwować ich interakcję z prezydentem Bushem. Nic nie może dorównać więzi, jaka buduje się między naczelnym dowódcą a podległymi mu żołnierzami. Tego dnia, tuż przed przekazaniem obowiązków prezydentowi elektowi, Barackowi Obamie, prezydent Bush otrzymał od komandosów SEAL tyle samo inspiracji i dowodów wdzięczności, ile on sam starał się im dawać.

Trzymałam się z tyłu, ale dwóch komandosów podeszło do mnie z pytaniem: „Przepraszamy panią, ale czy pani nie jest rzecznikiem prasowym prezydenta?”. Czułam się zaszczycona, że mnie rozpoznają. Wyciągnęłam do nich dłoń, żeby się przedstawić i podziękować im za służbę dla kraju, a oni poprosili o wspólne zdjęcie.

Kiedy jeden z chłopaków wyciągał aparat, ja próbowałam zagaić rozmowę. Spytałam pierwszego z żołnierzy: „Więc co sprawiło, że postanowiłeś zostać komandosem marynarki wojennej? Zew przygody? Tradycja rodzinna? Wyzwania fizyczne? Chęć zobaczenia świata?”. „Nieee, psze pani. Po prostu laski na to lecą”. „Nawet na brodę?”, dopytywałam. „O taa. Podoba im się”, powiedział. W jego głosie pobrzmiewała taka pewność, że mu uwierzyłam. Następnie zwróciłam się do drugiego: „Kiedy przygotowujecie się do misji – gdziekolwiek miałaby się odbywać – czy musicie przechodzić długie szkolenie na kursach językowych?”. „Nie, psze pani. Nie jedziemy tam, żeby dyskutować”, odparł. Racja.

Pozowaliśmy i uśmiechaliśmy się do zdjęć. Podziękowali mi za moją służbę dla kraju – był to komplement, który przyjęłam, ale moja służba do pięt nie dorastała ich poświęceniu.

Wróciliśmy na pokład Marine One, a ja powtórzyłam prezydentowi słowa tych dwóch komandosów o laskach i kursach językowych. Roześmiał się. Potem wyjrzał przez okno helikoptera, zaczął przygryzać wnętrze policzka i uniósł szczękę, lekko pochylając ją na bok – zauważyłam, że to u niego oznaka zamyślenia. Wyznał wreszcie: „Boże, jak ja kocham tych chłopaków”. W oczach prezydenta byli prawdziwymi gwiazdami. Czuł się z nimi związany, a także odpowiedzialny za ich los. Oni rozumieli, czym jest ogólnoświatowa wojna z terroryzmem, i z nim jako wodzem stanowili zgrany zespół. On prosił ich o poświęcenie dla kraju, a oni ochoczo wypełniali swój patriotyczny obowiązek. Obie strony na pewno będą za sobą tęskniły.

To był mój ostatni lot Marine One. Miałam trzydzieści sześć lat i nigdy wcześniej nawet nie śniłam, że kiedyś znajdę się na jego pokładzie. Dorastałam w skromnych warunkach amerykańskiej prowincji, gdzie na błękitnym niebie ciągle świeciło słońce. Wychowano mnie w przekonaniu, że Ameryka to siła sprawcza dobra i że powinna poważnie traktować swoją rolę przywódcy wolnego świata. Wcześnie zrozumiałam, że to właśnie idea wolności ukształtowała nasz styl życia, a my powinniśmy pomagać innym osiągać podobne swobody.

Historia mojego dzieciństwa spędzonego na zachodzie kraju może wydać się niezwykła, a i moja droga do Białego Domu nie była pozbawiona zakrętów. Rodzice nie wspomagali zbyt hojnie kampanii wyborczych, nie mieliśmy też koneksji i znajomości, które ułatwiłyby mi start w świecie polityki czy mediów.

Nie planowałam nominacji na rzecznika prasowego Białego Domu, ale teraz z perspektywy czasu zaczęłam pojmować, w jaki sposób ciąg wydarzeń doprowadził mnie do dnia dzisiejszego. Więc jeśli mam odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że ktoś taki jak ja wylądował w takim miejscu, muszę zacząć od początku – czyli od rancza. Bo przecież wszystko się może zdarzyć…

Wyoming i początki

Urodziłam się w Evanston w stanie Wyoming. Większość moich rodaków nigdy nie odwiedziła tego stanu ani nie słyszała nazwy mojego rodzinnego miasta. A mieszkańcy stanu woleliby utrzymać w tajemnicy fakt, że w Wyoming jest pięknie.

Moi rodzice, Leo Ernest Perino i Janice Marie Brooks, również urodzili się w Wyoming. Tuż przed moimi drugimi urodzinami przeprowadziliśmy się do Denver w stanie Kolorado, ale rodzice zabierali nas w odwiedziny do Wyoming tak często, że na pytanie, skąd jestem, odpowiadam, że z Kolorado i Wyoming, zupełnie jakby to był jeden stan. Kolorado-Wyoming to miejsce, w którym znajduję równowagę, spokój i szczęście. Kiedy jako dwudziestodwulatka opuszczałam rodzinne strony, czułam się z nimi mocno związana i nigdy nie odżegnywałam się od swoich korzeni. Na zachodzie Stanów nauczyłam się niezależności, umiejętności polegania na sobie, patriotyzmu i szacunku dla idei wolności. To tu po raz pierwszy galopowałam na koniu przy spędzie bydła i tu widziałam moją rodzinę, jak znakuje bydło, zwozi snopki siana i pracuje na polu przy uprawie owsa. Wiedzieliśmy, że dane jest nam doświadczyć czegoś wyjątkowego, czegoś, co większości Amerykanów nawet się nie śniło. Żal nam było biednych mieszczuchów.

W Black Hills kaniony porasta czarna sosna, która jest wytrzymała i pnie się wysoko na przekór silnym wiatrom i burzom, a także wielkim pożarom lasów. Drzewa zapuszczają korzenie, jak tylko mogą głęboko w czerwoną ziemię, i trzymają się jej bez względu na wszystko – zarówno suszę, jak i nadmiar opadów. Takie też jest życie w Wyoming – żeby przetrwać i się rozwijać, trzeba się dostosować do panujących warunków. A ludzie tu mieszkający za nic w świecie nie chcieliby tego zmieniać. Łańcuch górski Black Hills jest stary jak świat, ale dopiero na początku dwudziestego wieku zaczął kształtować historię mojej rodziny.

Moi pradziadkowie opuścili rodzinne Włochy i przybyli do Stanów, by spełnić swój „amerykański sen”, co sto lat później udało się mnie, kiedy zostałam rzecznikiem prasowym w Białym Domu. Na pewno nigdy nie przypuszczali, że ich marzenie spełni się z taką nawiązką.

Mam włoskie nazwisko, a moi pradziadkowie ze strony ojca wywodzą się z Piemontu, z okolic Turynu. Byli ubogimi rolnikami, którzy nie mogli nawet pomarzyć o lepszym życiu. Kiedy pod koniec XIX wieku do Stanów dotarła wielka fala włoskich emigrantów, pradziadkowie również postanowili wyjechać, widząc w emigracji szansę na nowy początek i lepsze życie w kraju, gdzie ciężką pracą można do czegoś dojść.

Nie mówili dobrze po angielsku – szczególnie prababcia Rosi znała ten język bardzo słabo i nie miała prawie żadnego wykształcenia. Dzięki życzliwości ludzi udało jej się dostać z wyspy Ellis do Coal City w stanie Illinois, gdzie jej siostra prowadziła pensjonat. Było to pod koniec 1901 roku. Kiedy przybyła do Stanów, w urzędzie emigracyjnym oświadczyła, że jest pokojówką z włoskiego miasta Mezze i posiada majątek w wysokości 15 dolarów. Ostatecznie przeprowadziła się do Cambrii w stanie Wyoming, gdzie poznała mojego pradziadka, Jacinto „Matteo” Perino, który pracował tam jako górnik. We Włoszech mieszkali tylko 3 km od siebie, ale nigdy się nie spotkali. W 1904 roku pobrali się i przeprowadzili do Newcastle w stanie Wyoming. W myśl Ustawy o gospodarstwach rolnych przyznano im 320 akrów ziemi pod warunkiem, że postawią na niej budowlę o czterech ścianach i przynajmniej jednym oszklonym oknie oraz że przez pięć lat zobowiążą się tę ziemię uprawiać. W weekendy pradziadek kopał kanał o długości ponad 1 mili prowadzący od źródełka do domu, który przygotował na przyjazd prababci.

Ich dalsza rodzina oraz nowi przyjaciele osiedlili się w okolicach Black Hills. Uprawiali rolę i hodowali bydło, ale głównym zajęciem była praca w tamtejszych kopalniach, znanych pod wspólną nazwą Cambria Camp. Podobno wtedy mój cioteczny dziadek Pete pędził w swoim domu bimber na pełną skalę i całe wozy tego trunku szmuglował na sprzedaż do Deadwood w Dakocie Południowej. Mój pradziadek natomiast co roku hurtowo skupował winogrona i robił własne wino. Nie wiem, czy też je sprzedawał, ale jestem pewna, że jak na standardy Wyoming było wyśmienite.

Podczas gdy pradziadek pracował w kopalni, prababcia zajmowała się ranczem. Była silną kobietą – zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Urodziła siedmioro dzieci, z których przeżyło sześcioro (jedna z córek zmarła na zapalenie płuc w wieku sześciu miesięcy). Podobno ludzie w okolicy polegali na akuszerskich umiejętnościach mojej babci, a ona sama asystowała przy wielu porodach w Newcastle. Pradziadek zmarł z powodu pylicy węglowej w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, co musiało być dla niej dużym ciosem: po wspólnej przygodzie życia na Dzikim Zachodzie nagle została sama. Musiała być bardzo przygnębiona.

Prababcia dożyła stu lat, więc dane mi ją było poznać. Na urodziny zawsze wysyłała nam kartki z życzeniami w towarzystwie dwóch dolarów, które zachowywaliśmy na szczęście. Na stare lata moi dziadkowie ulokowali ją w mieście, w domku z ogródkiem. Jej dni wypełniały wizyty u rodziny i przyjaciół, oglądanie telenowel i wyplatanie dywaników. Kiedy przyjeżdżaliśmy ją odwiedzać, wmuszała w nas tony jedzenia. „Silny”, przekonywała, naśladując kulturystę prezentującego biceps. Weranda jej domu stawała się naszym punktem obserwacyjnym, z którego podziwialiśmy parady z okazji Dnia Niepodległości, prześcigając się w zbiórce jak największej ilości cukierków rzucanych dzieciakom przez kowbojów na koniach i królowe piękności rodem z rodeo.

Byłam bardzo dumna z prababci. Chociaż bariera językowa nieco utrudniała nam porozumienie, a nasze domy dzieliła odległość 350 mil, łączyła nas wyjątkowa więź. Kiedy miałam czternaście lat, któregoś dnia tuż nad ranem przyśnił mi się sen, który wciąż pamiętam. Śniło mi się, że razem z siostrą i prababcią znajduję się w jakimś biurowcu w Denver. Babcia chciała wejść do windy, a ja wyciągnęłam rękę, żeby ją powstrzymać, bo wiedziałam, że w kabinie nie ma podłogi. Ale nie zdążyłam, prababcia spadła na sam dół szybu bez jednego krzyku. Kiedy rano zaczęłam opowiadać mamie mój sen, przerwała mi: „Tata właśnie odebrał telefon – prababcia zmarła w nocy”. Wierzę, że mój sen był pożegnaniem prababci Rosi z nami wszystkimi.

Mój dziadek, Leo Perino senior, urodził się na farmie pradziadków w 1921 roku jako ich drugi syn. Dzieciństwo miał jakby wyjęte z książki – takiej z dobrym zakończeniem. W okolicy rancza panowały mroźne i upalne lata; dni wypełniały dziadkowi obowiązki domowe, jazda konna i nauka. W domu mówił po włosku, a w szkole po angielsku. Pewnego razu, gdy chcieliśmy wyprosić od niego więcej gumy do żucia, opowiedział nam, że za jego czasów przyklejało się gumę do krawędzi łóżka i w ten sposób można było zachować ją na długie miesiące (nie brzmi to może jak klasyczna definicja trudnego dzieciństwa, ale opowieść dziadka taki właśnie miała wydźwięk). Zawsze jednak częstował nas gumą, ilekroć go poprosiliśmy.

Jako młody człowiek dziadek zaciągnął się do korpusu piechoty morskiej i w czasie drugiej wojny światowej służył na Pacyfiku. Przeżył, ale na jednej z tropikalnych wysp nabawił się dokuczliwego zapalenia skóry. Tata pamięta, że jako dziecko towarzyszył dziadkowi w wyprawach do szpitali dla weteranów w Cheyenne i Denver. Choroba dermatologiczna okazała się trudna do leczenia, a jedynym przynoszącym ulgę specyfikiem był Baby Magic Lotion − balsam dla niemowląt (ale nie słyszałam, żeby dziadek narzekał z tego powodu).

Kiedy wojna się skończyła, dziadek przepłynął przez Kanał Panamski do swojej bazy wojskowej, znajdującej się w Filadelfii. Pierwszego wieczora po powrocie przyjaciele chcieli go namówić na randkę w ciemno z pewną znajomą studentką pielęgniarstwa. Odmówił – nie uśmiechała mu się aranżowana randka; jej zresztą też nie. Ale przyjaciele nie dali za wygraną i tak oto rozpoczęła się historia wielkiej miłości moich dziadków. Po kilku miesiącach od tej pierwszej randki moja babcia, której noga nigdy nie stanęła na zachód od Missisipi, porzuciła Filadelfię, by przenieść się na ranczo w Black Hills.

Babcia, urodzona się w Pensylwanii, nazywała się Victoria Thelma Potts Smith Perino, a zdrobniale zwracano się do niej Vicky. Jej ojciec pracował w kopalni, gdzie doznał urazu pleców, przez co nie był w stanie wyżywić całej rodziny. Z pomocą przyszedł pastor metodystów, który zorganizował adopcję babci i jej siostry przez rodzinę Smithów. Adopcyjni rodzice dbali o obie dziewczynki, a one do końca życie pozostały ze sobą zżyte. Babcia postanowiła zostać pielęgniarką, a dziadka spotkała, właśnie kiedy kończyła naukę.

Nie planowała miłości od pierwszego wejrzenia, a poza tym trochę obawiała się przedstawić wybranka swoim rodzicom, ponieważ w tym czasie Włosi byli niezbyt lubianą nacją i nie cieszyli się społecznym zaufaniem. Rodzice jednak okazali zakochanym wsparcie i z ich błogosławieństwem dziadek poprosił babcię o rękę. Zgodziła się.

Dziadek czuł, że Wschodnie Wybrzeże to nie jest miejsce dla niego. Uważał, że zwiedził już wystarczająco duży kawałek świata, i chciał wrócić do domu, na rodzinne ranczo w Wyoming. Vicky chętnie przystała na tę propozycję, nie wiedząc nawet, jak wyglądało życie ranczera i jego rodziny. Wsiedli w pociąg i wyruszyli do Newcastle, gdzie babcia miała poznać przyszłych teściów.

Vicky musiała przypaść moim pradziadkom do gustu, ponieważ po ślubie, który odbył się w kościele metodystów, młoda para otrzymała od nich prezent w postaci 100 dolarów, co na owe czasy było całkiem pokaźną sumą. Ale inni członkowie rodziny i niektórzy tubylcy uważali, że dziadek popełnił błąd, sprowadzając sobie jakąś obcą dziewczynę – w myśl pokrętnej logiki, że „pewnie uważał, że miejscowe dziewczęta nie są dla niego wystarczająco dobre”. Ja widzę ich jako Romeo i Julię Dzikiego Zachodu − byli sobie po prostu przeznaczeni i nie przejmowali się zdaniem innych. Z biegiem czasu babcia ciężką pracą przekonała do siebie miejscowych, zyskując sobie ich szacunek i miano „swojej dziewczyny”. Pracowała w mieście jako pielęgniarka, a rano, wieczorami i w weekendy pomagała w gospodarstwie.

Mijały lata, a rodzinne ranczo się powiększało. Po śmierci pewnego osadnika, który w czasach wielkiego kryzysu dorobił się dużego majątku ziemskiego, jego ranczo miało zostać sprzedane, ale nikt z rodziny tego człowieka nie miał dość środków, by je w całości wykupić. Ranczo podzielono, sprzedając ziemię po kawałku wielu okolicznym ranczerom, między innymi mojemu dziadkowi i jego rodzeństwu. On, ciotka Dora, wujek Joe i wujek Fred kupili na spółkę dużą jego część, ale jak to czasami bywa w rodzinie, po pewnym czasie zaczęły się między nimi spory i w połowie lat sześćdziesiątych podzielili ziemię między siebie. Dziadek odszedł od rolnictwa na rzecz hodowli zwierząt, głównie koni i krów. Dzięki staraniom wuja Matta w pewnym momencie ranczo obejmowało powierzchnię pięćdziesięciu tysięcy akrów, czyli prawie trzy razy więcej niż Manhattan, gdzie obecnie mieszkam.

Moi dziadkowie mieli trzech synów: Leo juniora, czyli mojego tatę, oraz wujka Matta i wujka Toma. Tata mieszka teraz w Denver. Wujek Matt został w Newcastle, ożenił się ze swoją szkolną miłością, Donną, z którą ma dwóch synów, Wade’a i Prestona. Wraz z rodziną nadal prowadzi ranczo. Wujek Tom, prawdziwe ucieleśnienie amerykańskiego kowboja, zmarł na raka w 2006 roku, a jego częścią rancza zajmuje się wdowa po nim, Janet, wraz z dziećmi.

Dom rodzinny stał u stóp czerwonego wzgórza na samym końcu kanionu. Górował nad innymi budynkami gospodarczymi; znajdowała się tam staroświecka czerwona obora, kilka zagród dla zwierząt ogrodzonych charakterystycznym białym płotem, piwnica na ziemniaki i inne warzywa, a także kurnik i szopy. Ziemia wokół rancza przypominała glinę – tak była czerwona.

Oborę uwielbiałam. Była duża i mieściło się w niej wiele boksów dla koni i krów, a pod jej dachem składano siano. Na zewnątrz pomalowano ją na czerwono z białym wykończeniem, ale stało się to na długo przed moim urodzeniem, więc za moich czasów farba zdążyła już nieco wyblaknąć. Na ścianach wokół stołu warsztatowego wisiały przeróżne narzędzia, końskie baty i postronki. Czasami w zimie dziadek i wujkowie przychodzili pomagać krowom w trudnych porodach. Obwiązywali nogi rodzącego się cielaczka i próbowali go wyciągać, troszcząc się przy tym o to, by nie skrzywdzić zarówno jego, jak i matki. To było trudne, ale satysfakcjonujące zadanie. Moja siostra i ja nigdy nie musiałyśmy czyścić boksów z łajna; chociaż miałyśmy wyrzuty sumienia, że się tego od nas nie oczekuje, zawsze migałyśmy się od tego zajęcia.

Często schodziłam w kierunku obory, siadałam na ogrodzeniu, które opasało jej teren, i rozglądałam się dookoła. Wiedziałam, że znajduję się w wyjątkowym miejscu, i tam właśnie czułam się najszczęśliwsza. Byliśmy dla siebie centrum wszechświata, a dorośli wciąż nam przypominali, żebyśmy zawsze doceniali to, co mamy.

Na