Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dobranoc, kochanie - Inger Frimansson

Justine Dalvik mieszka samotnie w rodzinnym domu. Oboje rodzice już nie żyją, a dziewczyna wciąż nie może się otrząsnąć z koszmaru, jakim było jej dzieciństwo.
Upokarzana i dręczona przez macochę nie miała wokół przyjaznej duszy. Późniejszy związek z o wiele starszym od niej kochankiem przyniósł kolejne cierpienia. Teraz jednak w życiu Justine pojawia się nowy mężczyzna, który wydaje się tym jedynym. Ale czy zdoła ona pogodzić się z przeszłością, zapomnieć o tych, którzy uczynili jej życie tak nieszczęśliwym? Pojawia się myśl o odwecie...

Opinie o ebooku Dobranoc, kochanie - Inger Frimansson

Fragment ebooka Dobranoc, kochanie - Inger Frimansson

Tytuł oryginału:

God natt min älskade

© Inger Frimansson 2011 by Agrement with Grand Agency, Sweden and Anaw Sp. z o.o., Poland

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Buchmann Sp. z o.o., Warszawa 2011

Projekt okładki: Krzysztof Kiełbasiński

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Korekta: Jacek Ring Skład:

TYPO 2

ISBN 978-83-7670-375-6

www.fabrykakryminalu.pl

Wydawca:

Buchmann Sp. z o.o.

ul. Wiktorska 65/14, 02-587 Warszawa

Tel./fax 22 6310742

www.buchmann.pl

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacja

Karlowi-Davidowi, który pożyczył mi dmuchawę myśliwską na tak długo, jak potrzebowałam

Prolog

Samolot wylądował na Arlandzie jakiś kwadrans po szóstej. Ponieważ lot do Londynu był opóźniony, nie zdążyli z przesiadką. Wszystkie samoloty do Sztokholmu były pełne. Dostaliby miejsca najwcześniej na następny dzień rano, gdyby nie atak złości kobiety z ambasady. Nazywała się Nancy Fors i w czasie całej podróży była spokojna, nieco przygaszona. Jej niespodziewany wybuch zaskoczył Justine.

Opuścili samolot w pierwszej kolejności. Na pokładzie pojawili się dwaj nieumundurowani policjanci, którzy wyprowadzili ich bocznym wyjściem.

– Niestety, prasa zwęszyła już, że pani wróciła – oznajmił jeden z nich, nawet nie zapamiętała jego nazwiska. – Są jak hieny, rozrywają wszystko na strzępy i pożerają. Zagramy im na nosie.

Zabrali ją do samochodu.

Zdumiało ją światło – czyste, chłodne światło – i delikatność zieleni. Zdążyła już zapomnieć, że krajobraz może tak wyglądać. Pytała wcześniej Nancy Fors:

– Czy nie tęsknisz za domem, jak wytrzymujesz tamtejszy upał?

– Wiem, że to potrwa tylko określony czas – odparła Nancy. – Mój prawdziwy dom jest przecież tutaj.

Minęli zjazd na Sollentunę i Upplands Väsby. Było wpół do ósmej.

Policjant, który siedział za kierownicą, zwrócił się do Justine:

– Jeśli chodzi o tę… Martinę. Jej rodzice chcieliby się z panią spotkać.

– Tak?

– Zależy im na tym.

Odwróciła twarz w stronę szyby, zobaczyła zagajnik, w którym rosły drzewa o białych pniach.

– Oczywiście – przytaknęła. – Mogę się z nimi spotkać.

CZĘŚĆ I

1

Ten chłód – ostry, czysty. Woda połyskująca szarością, żywa niczym jedwab.

Tylko nie patrzeć w niebo, żadnych kontrastów, nie miała siły, zbyt bolały ją oczy. Wolała chmury, zwłaszcza te zbite w ciasną gromadę, zwiastujące śnieg.

Biały puch opadający z nieba powinien być suchy, gnany wiatrem jak dym; zerwałaby z siebie ubranie, by przewiało ją na wskroś.

Tam, w dżungli, próbowała przywoływać właśnie to wrażenie – muśnięcie kryształków lodu. Z napięciem w całym ciele przymykała oczy, by przypomnieć sobie odgłosy skandynawskiej wody, kiedy wiosną zaczynają ruszać skute lodem rzeki.

Nigdy jej się to nie udało. Nawet gdy jej umęczonym ciałem wstrząsały potworne, gorączkowe dreszcze, gdy Nathan okrywał ją ubraniami, szmatami, zasłonami – wszystkim, co było pod ręką.

Marzła, lecz nie był to właściwy rodzaj zimna.

Naprzód, naprzód, biegiem!

Takiej mnie jeszcze nie znasz.

Naprzód, naprzód, ponaglała swoje masywne ciało; stopy w adidasach do biegania lekkie niczym liście. Zaledwie kilka dni wcześniej przymierzała je w sklepie sportowym w Solnej. Zostały wypróbowane z kliniczną dokładnością pod nadzorem ekspedienta o śnieżnobiałych zębach i bujnych, błyszczących włosach. Kazał jej biegać po taśmie i filmował ruchy jej stóp. Biegnąc, zaciskała pięści, mocno, bardzo mocno, w obawie, by nie stracić równowagi i nie ośmieszyć się w jego oczach. Czterdziestopięcioletnia kobieta z nadwagą, oby nie dostrzegł desperacji, z jaką zaciskała kolana.

Przyglądał się jej z surowym wyrazem twarzy.

– Ma pani pronujące stopy – stwierdził.

Wpatrywała się w niego z niepewnością.

– Naprawdę, ale nie ma się czym martwić. Nie jest pani jedyna, prawie wszyscy mają ten problem.

Zeszła z taśmy, włosy lepiły się jej do karku.

– Biegając, stawia pani krzywo stopy. Obciąża je pani, o tak, przez co podeszwy zdzierają się bardziej po jednej stronie.

Podniósł jej stare kozaki i pokazał.

– Sama pani widzi.

– Ale ja przecież wcale nie biegam, nigdy tego nie robiłam.

– To nie ma znaczenia, i tak pani pronuje.

– Promuję?

Taka próba żartu. Uśmiechnął się z uprzejmości.

Kupiła te buty, kosztowały prawie tysiąc koron. Zrobił jej wykład: na dłuższą metę opłaca się inwestować w jakość. Można sobie zaszkodzić, biegając w nieodpowiednim obuwiu, nabawić się kontuzji, nadwerężyć. Zwłaszcza jeśli nie ma się wprawy.

Nazwa butów – Avia – przywiodła jej na myśl samolot.

I ucieczkę.

Podążanie w stronę horyzontu.

Z granatową czapką naciśniętą na głowę zaczęła wspinać się na wzniesienie w Johanneslund. Biegła pochylona do przodu, płosząc małe gromadki zielonych ptaków z ich gniazd. Choć poruszały się bezszelestnie, słyszała skargę. Swoim zdyszanym ludzkim ciałem i świszczącym, ciężkim oddechem zakłóciła rytm ich krzątaniny.

Oddalamy się od siebie.

Nie!

Szkoda, że mnie teraz nie widzisz, byłbyś ze mnie dumny. Mogłabym pojechać za tobą na sam koniec świata. Zerkałbyś do tyłu, obserwowałbyś mnie tymi swoimi niebiańsko błękitnymi oczami: To Justine, kobieta, którą kocham, umie chodzić po ścianach jak pająk.

Albo jak mrówka.

Na samej górze silny wiatr wyciskał jej łzy z oczu. W dole rozpościerały się domy. Były niczym pudełka poustawiane w plątaninie ulic i placyków, okolone szpalerami hodowlanych róż. Tak samo musiało to wyglądać na gipsowej makiecie architekta.

Omal nie wpadła prosto na stos butelek, plastikowych kubków i pozostałości fajerwerków. Jacyś ludzie wdrapali się tu w Nowy Rok, by było ich lepiej widać, by móc strzelać petardami wyżej niż inni. Zeszli potem w dół, zataczając się i szukając drogi do domu.

Niekiedy wybierała się samochodem w okolice nowej ujeżdżalni koni w Grimsta, gdzie w dni powszednie nie brakowało miejsc na parkingu. Koni zwykle nie było widać; raz obserwowała je na błotnistej łące przed ujeżdżalnią – kilka długonogich zwierząt z pyskami przy ziemi jak odkurzacze. Nie dostrzegła tam ani jednego źdźbła trawy.

Poczuła nagły impuls, by klasnąć w dłonie, tylko po to, by wywołać gwałtowne poruszenie wśród zwierząt. Żeby któryś z koni, może przewodnik stada, błyskając w przerażeniu białkami oczu, popędził przed siebie, nie zważając na to, że jest otoczony ze wszystkich stron parkanem. Ogarnięty paniką myślałby jedynie o ucieczce, a reszta koni pocwałowałaby za nim. Oszalałe ze strachu gnałyby przez błoto, zupełnie tracąc orientację.

Nie poddała się oczywiście temu impulsowi.

Na lewo od pobliskiego lodowiska zaczynała się oświetlona ścieżka. Pobiegła nią tylko kawałek. Skręciła w podmokły teren poniżej domów czynszowych, minęła parking przy kąpielisku Maltesholmsbadet, zauważając, że nadal nie wstawiono nowej szyby w jednej z przyczep kempingowych. Skierowała się w stronę wody i biegła chwilę wzdłuż brzegu.

Wypłoszyła kilka kaczek, które uciekły, kolebiąc się, ale nie wydając żadnych odgłosów. Był styczeń, sporo stopni powyżej zera. Przez ponad tydzień nieustannie padało, lecz tego popołudnia na niebie rozpościerały się błękit i biel.

Wciągnęła nozdrzami powietrze.

Biegła wzdłuż ścieżki sterty liści, proces butwienia najwyraźniej już ustał; były brązowe, śliskie, wcale nie skórzaste.

Jak tam, w dżungli.

Żadnych dźwięków, żadnego świergotu ptaków czy odgłosów spadających kropli, tylko jej rytmiczne kroki. Głuche dudnienie, gdy parła z trudem pod górę, kroki niosące się echem, gdy wpadła na drewniany most, omal się nie przewracając. Bijąca od wody wilgoć utworzyła zdradliwy osad, na którym podeszwy się poślizgnęły.

Nie! Nie zatrzymuj się, żadnej słabości; pieczenie w płucach, bolesny, cichy charkot. Poganiała siebie samą, jakby była nim, Nathanem.

Byłbyś ze mnie dumny, kochałbyś mnie.

W domu stanęła tuż przy drzwiach, oparła się o ścianę i rozwiązała sznurówki. Zrzuciła z siebie resztę ubrań – czerwony, chroniący przed wiatrem dres, bieliznę termoaktywną, sportowy biustonosz i majtki. Stanęła w rozkroku i uniosła ręce, czekając, aż pot powoli wyparuje.

Ptak sfrunął gdzieś z góry. Trzepotał skrzydłami, krzyczał, skrzeczał, podnosił rejwach. Usiadł na jej głowie, wczepiając się we włosy grubymi błyszczącymi szponami. Poruszając nią, czuła jego ciepły ciężar.

– Czekałeś na mnie? – zapytała. – Wiesz, że zawsze wracam.

Zdjęła go, pogładziła po grzbiecie i odpędziła. Gniewnie pomrukując, zniknął w kuchni.

Na grubym dywanie w jadalni wykonała stretching, zgodnie ze wskazówkami z programu telewizyjnego. Nigdy nie przepadała za zajęciami grupowymi. Nathan mawiał, że jest płochliwa. Na samym początku ich znajomości właśnie ta cecha najbardziej go w niej pociągała.

Nadal miała dość masywną sylwetkę, lecz spędzony daleko czas wyrzeźbił na nowo jej figurę. Wyglądała szczuplej, choć waga wciąż wskazywała siedemdziesiąt osiem kilogramów. Weszła do łazienki i przez dłuższą chwilę stała pod prysznicem, przesuwając gąbką po brzuchu, udach i w zagłębieniach kolan.

Tam, w dżungli, dzień w dzień tęskniła za czystymi europejskimi prysznicami, za podłogą, na której można stanąć bez obaw, za kafelkami na ścianach.

Razem z Martiną kąpały się w żółtej wodzie w rzece, a zapach błota i szlamu wżerał się w pory i nie można się go było pozbyć. Z początku wzdragała się przed wejściem, wyobrażając sobie wszystko, co mogło się poruszać pod powierzchnią wody: węże, piranie, pijawki. Któregoś ranka zmuszeni byli przeprawić się w ubraniach przez rwącą rzekę, bo nie było innej drogi. Potem nie bała się już niczego.

Wytarła się dokładnie i posmarowała ciało balsamem. Tubka z napisem „Roma”, mająca kształt krzywej wieży w Pizie, była niemal pusta. Rozcięła ją nożyczkami i wybrała palcami resztę zawartości. Przyglądała się chwilę twarzy w lustrze, już niemłodej, z czerwonymi plamami od gorąca. Zrobiła kreski wokół oczu, dokładnie takie, jakie malowała zawsze, od lat sześćdziesiątych. Nikomu nie udało się jej od tego odwieść.

Nawet Florze.

Ubrana w zieloną sukienkę do chodzenia po domu przeszła do kuchni i wlała do talerza kefir. Ptak usadowił się na parapecie, świdrując otoczenie jednym okiem i pomrukując, jakby był niezadowolony. Na ścieżce przed domem przycupnął kos, o tej porze roku jak zwykle bardziej pękaty, z nastroszonymi piórami. Zimą zmieniał się jego śpiew. Stawał się jednostajny i ostry, jakby ktoś brzdąkał na mocno napiętej strunie gitary. Zwykły świergot, melancholijny i radosny zarazem, ustawał pod koniec lata i powracał mniej więcej w drugiej połowie lutego. Dobiegał wtedy z czubka korony bardzo wysokiego drzewa.

Justine mieszkała przez całe życie w tym samym miejscu, nad wodą, w Hässelby Villastad. W wąskim, wysokim kamiennym domu, w sam raz dla dwóch-trzech osób. Nigdy nie było ich więcej niż troje, z wyjątkiem krótkiego okresu z dzieckiem.

Teraz została sama i mogła urządzić dom według własnego uznania. Na razie zachowała niemal wszystko w niezmienionej postaci. Spała w swoim dziecinnym pokoju z wyblakłymi tapetami, nie wyobrażała sobie, że mogłaby się przenieść do sypialni ojca i Flory. Ich łóżko stało zasłane, jakby w każdej chwili mogli wrócić. Justine ściągała kilka razy do roku narzutę i zmieniała pościel.

W garderobie nadal wisiały ich ubrania, na lewo garnitury i koszule ojca, po drugiej stronie drążka małe kostiumy Flory. Na butach zalegała cienka warstwa kurzu. Czasem miała ochotę go usunąć, lecz nigdy nie wystarczyło jej siły, by się pochylić i to zrobić.

Gdy nachodziła ją ochota, by się czymś zająć, wycierała kurz z komody. Myła lustro, przesuwała trochę szczotkę i flakoniki z perfumami. Któregoś razu podeszła ze szczotką Flory do okna i przypatrywała się pozostawionym w niej długim siwym włosom. Przygryzła mocno wewnętrzną część policzka, a potem prędko wyciągnęła jeden włos. Wyszła na balkon i go podpaliła. Płonął z duszącym zapachem i zwijał się, aż zniknął.

Zapadał zmierzch. Była na piętrze, przysunęła krzesło do okna i nalała sobie kieliszek wina. Woda jeziora Mälaren połyskiwała w oddali, kołysało się na niej odbicie zewnętrznego oświetlenia z posesji sąsiadów. Było nastawione na określony czas, włączało się o zmierzchu.

W domu rzadko ktoś bywał, nawet nie znała ludzi, którzy teraz tam mieszkali.

Nie żeby ją to obchodziło.

Była sama i wolna, mogła robić dokładnie wszystko, co zaplanowała. To, co trzeba było zrobić, by stać się zdrowym człowiekiem. Pełnym życia i silnym jak inni ludzie.

Miała do tego prawo.

2

Boże Narodzenie spędził u rodziców. Dni mijały spokojnie, nie działo się nic szczególnego. Wigilia – piękna, z drzewami otulonymi szronem. Matka powiesiła na starej brzozie latarenkę, tak samo jak w dzieciństwie. Pamiętał, jak chichotali z podniecenia z Margaretą w wigilijne poranki.

Matka nalegała, by wracał na święta do domu. A co innego mógłby ze sobą zrobić? Mimo wszystko krygował się, pozwalał jej prosić i błagać, jakby wciąż potrzebował potwierdzenia, że nadal wiele dla niej znaczy.

Nie bardzo wiedział natomiast, co tak naprawdę myśli ojciec. Kjell Bergman był mężczyzną rzadko okazującym uczucia. Hans Peter widział tylko raz, jak traci panowanie nad sobą. Dostrzegł wtedy przemykający po wydętej twarzy ojca cień bólu. Tej nocy, kiedy pojawiła się u nich policja. Osiemnaście lat wcześniej, gdy Margareta miała wypadek. Mieszkał jeszcze wtedy w domu.

Śmierć siostry sprawiła, że musiał odłożyć na później planowaną przeprowadzkę. Został im tylko on, rodzice go potrzebowali.

Gdy zdarzył się wypadek, miał dwadzieścia pięć lat i był pochłonięty planowaniem swojej przyszłości. Studiował teologię i psychologię na uniwersytecie. Gdzieś w głębi duszy odczuwał tęsknotę za czymś wzniosłym. Wyobrażał sobie siebie w surowych, czarnych strojach, doznając przy tym pewnego rodzaju spokoju.

Został z nimi jeszcze trzy lata. Później spakował swoje rzeczy i wyprowadził się. Rodzice znowu zaczęli ze sobą rozmawiać. Z początku milczeli, tkwili jak posągi w fotelach przed telewizorem, nie mówiąc ani słowa. Jakby chcieli ukarać się nawzajem, jakby w jakiś irracjonalny sposób uważali, że partner ponosi winę za to, że Margareta zjechała z drogi.

Miała prawo jazdy niewiele ponad tydzień i tamtego wieczoru wzięła ich samochód, saab, model z 1972 roku. Nigdy nie udało się ustalić, dlaczego w pobliżu Bro zjechała z drogi prosto w betonowy blok.

Samochód był doszczętnie rozbity.

Jej pokój stał nieużywany od lat. Matka czasem się w nim zamykała. Po wyjściu stamtąd szła prosto do sypialni, rozbierała się i kładła do łóżka.

Hans Peter patrzył na to z bólem. Powoli i delikatnie zaczął ją nakłaniać, by pozwoliła mu zrobić porządek w pokoju siostry. W końcu uległa jego namowom.

Posprzątał tam, wyniósł rzeczy osobiste Margarety na strych, rekwirując przy okazji jej łóżko oraz małe, śliczne biurko. Rodzice nie pokazali nic po sobie, nie zająknęli się o tym ani słowem, nawet gdy z uprzątniętego pokoju zaczęło zionąć pustką. O tak, zrobił wszystko bardzo dokładnie – umył ściany roztworem sody, przeciągnął mopem po suficie, wyszorował okna i podłogę.

Matka zawsze mówiła, że chciałaby mieć jadalnię.

– No to macie jadalnię – oznajmił. – Pokój gotowy.

Rzucił na stolik katalog Ikei i w końcu nakłonił ich, by go przejrzeli. Ojciec coś przeżuwał, zaciskał zęby i milczał. Matka się popłakała. Ostatecznie jednak dzięki niemu pogodzili się z tym, że Margareta nigdy nie wróci i że przerobienie jej pokoju na coś praktyczniejszego niż muzeum nie będzie zniewagą dla jej pamięci.

Jadali tam właściwie tylko wtedy, gdy ich odwiedzał. Żeby sprawić mu przyjemność. Hans Peter domyślał się, że nie miewali gości. Nie zapraszali nikogo wcześniej, dlaczego mieliby robić to teraz – tylko dlatego, że w domu była teraz jadalnia?

Zachowywali się, jakby nie wystarczało im siły na nic innego poza codzienną krzątaniną. Ojciec był wciąż zmęczony. Pracował jako blacharz, lecz od wielu lat był na emeryturze. Zniszczył sobie kręgosłup.

Matka była nauczycielką w gimnazjum.

Hans Peter przypomniał sobie, jak Margareta zaczęła kiedyś oskarżać rodziców, że izolują się od ludzi. Miała może ze trzynaście lat, zaczynała się trochę buntować. Ojciec chwycił ją za ramiona i postawił pod ścianą.

– Żyjemy, jak nam się podoba, a jeśli panience coś nie pasuje, może się wyprowadzić. Tak jest nam dobrze, nie potrzebujemy tu całej masy ludzi, którzy wtykaliby nosy w nasze sprawy.

Był to jeden z tych nielicznych momentów, kiedy pozwolił wyprowadzić się z równowagi.

Wolał trzymać wobec nich dystans. Znalazł mieszkanie w Hässelby Strand. Blisko do metra, wokół dużo zieleni, a on lubił się ruszać, chodzić na piesze wędrówki. Kontynuował studia, lecz nie dało to nic konkretnego. Gdy zaczynał się martwić spłatą kredytu studenckiego, chwytał się dorywczych zajęć, rozwoził pocztę na rowerze, przeprowadzał badania opinii publicznej dla SIFO. Nie zarabiał w ten sposób kokosów, ale nie miał też zbyt wygórowanych potrzeb.

W bibliotece w Âkermyntan, centrum handlowym dzielnicy Villastaden, poznał Liv Santesson, bibliotekarkę, która właśnie skończyła studia, i wkrótce się z nią ożenił. Nie była to bynajmniej żadna namiętność ani z jego, ani z jej strony. Wystarczało im, że się lubili.

Wesele było bardzo skromne, wzięli ślub w ratuszu, a potem poszli z najbliższymi krewnymi na obiad do restauracji Ulla Windbladh.

Jej brat prowadził w mieście hotel i Hans Peter zatrudnił się u niego jako nocny portier. Nie było to najszczęśliwsze posunięcie jak na faceta, który dopiero co się ożenił i powinien – jak przystało na młodego żonkosia – przede wszystkim adorować swoją żonę.

Dzieci nie mieli, a ich aktywność seksualna z czasem całkowicie ustała.

Łączy nas zupełnie inny rodzaj związku, myślał w przekonaniu, że i ona tak to odczuwa.

Mylił się jednak. Którejś soboty, prawie dokładnie w czwartą rocznicę ślubu, oznajmiła, że chce się rozwieść.

– Spotkałam kogoś – wyznała, dotykając nerwowo koniuszka ucha i odsuwając się, jakby w obawie przed uderzeniem.

Zachował zupełny spokój.

– Pasujemy do siebie z Berntem. W zupełnie inny sposób niż z tobą. Bądźmy szczerzy, nigdy nie mieliśmy ze sobą zbyt wiele wspólnego. Poza literaturą. Samą literaturą nie da się jednak żyć.

Poczuł dotyk smutku, lekki i przelotny. Pojawił się i zniknął.

Objęła go; drobna, chłodna dłoń zatrzymała się na karku. Raz po raz przełykał ślinę.

– Jesteś fajnym facetem – wyszeptała. – Nie mam do ciebie żadnych pretensji, nie o to chodzi… ale prawie wcale się nie widujemy, a Bernt i ja, my chcemy.

Hans Peter pokiwał tylko głową.

– Wybacz mi, powiedz, że mi wybaczasz.

Rozpłakała się, łzy spływały strumieniem po policzkach, zatrzymywały się na czubku podbródka, spadały i zostawały wchłonięte przez sweter. Nos miała zaczerwieniony i błyszczący.

– Właściwie nie ma czego wybaczać – odparł zduszonym szeptem.

Pociągnęła nosem.

– Nie jesteś na mnie zły?

– Raczej rozczarowany. Tym, że nam nie wyszło.

– Może człowiek potrzebuje więcej… paliwa?

– Może i tak.

Nazajutrz wyprowadziła się z mieszkania. Zabrała tylko najpotrzebniejsze rzeczy i pojechała do Bernta. Po kilku dniach wróciła furgonetką wypożyczoną na stacji benzynowej. Zdziwił się, bo nigdy nie lubiła prowadzić samochodu.

Pomógł jej znieść rzeczy. Zostawiła mu większość mebli i sprzętu. Bernt miał w pełni wyposażony dom, mieszkał w szeregowcu na Blom-sterkungsvägen.

– Może dasz się namówić na kawę? – zapytał, gdy już uporali się ze wszystkim.

Właściwie nie chciał tego, wolał, żeby sobie poszła, wolał zostać sam. Nie rozumiał, po co to powiedział, słowa same się wymsknęły.

Wahała się przez chwilę, a potem się zgodziła.

Siedzieli obok siebie na sofie, ale kiedy chciała objąć go ramieniem, zesztywniał.

Przełknęła ślinę.

– Jednak jesteś na mnie wkurwiony?

Wtedy po raz pierwszy usłyszał z jej ust przekleństwo. Był tak zaskoczony, że wybuchnął śmiechem.

Wiele lat później spotkał ich w Äkermyntan z siatkami pełnymi zakupów. Byli z dziećmi, przedstawiła mu je, ale od razu zapomniał ich imion.

Jej nowy mężczyzna był postawny i silny, z wydatnym brzuchem. Miał na sobie spodnie od dresu.

Ale kałdun, pomyślał Hans Peter, jednak bez satysfakcji.

Liv zmieniła fryzurę, miała teraz krótsze, kręcone włosy.

– Wpadnij kiedyś do nas na drinka – zaproponowała. Mężczyzna u jej boku przytaknął:

– Pewnie, wpadnij. Mieszkamy w Backlura, dojedziesz autobusem, linia sto dziewiętnaście.

– Dobrze – mruknął bez entuzjazmu.

Liv przytrzymała go za rękaw kurtki.

– Nie chciałabym, żebyśmy całkiem stracili się z oczu – powiedziała.

Spojrzał w zniecierpliwione twarzyczki dzieci. Dziewczynka przyglądała mu się z wrogością.

– Pewnie, będziemy w kontakcie – odparł.

Matka spoglądała czasem na niego z wyrzutem. Marzyła o wnukach. Nie powiedziała tego nigdy wprost, lecz pokazywała na przykład zdjęcie jakiegoś dziecka w gazecie, wygłaszając podszyty smutkiem komentarz. Lubiła też włączać telewizję akurat w porze, gdy zaczynał się program dla dzieci i rozlegał się sygnał „bolibompa, bolibompa”.

Doprowadzało go to do wściekłości, lecz nie dawał tego po sobie poznać.

Spotykał się z różnymi kobietami, czasem zabierał je do rodziców, by dać matce choć promyk nadziei.

Wiedział, że rozczarował rodziców. Ani porządnego zawodu, ani rodziny.

Nie mógł ich za to winić, wręcz przeciwnie.

Wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie wypadek Margarety. Hans Peter zupełnie wytracił wtedy impet.

W święta zaczął padać deszcz i opady utrzymywały się przez cały tydzień. Matka starała się ze wszystkich sił mu dogadzać. Co rano przygotowywała tacę ze śniadaniem, a gdy się budził, słyszał jej delikatne pukanie do drzwi.

– Mój synuś – mamrotała, stawiając tacę na stoliku nocnym.

Miał wtedy ochotę przytulić się do niej i popłakać. Nieświeży oddech sprawiał, że nadal tkwił nieruchomo pod kołdrą.

Został prawie do samego sylwestra. Nie mógł już wytrzymać. Ich oddechy, sposób, w jaki przeżuwali, jazgot telewizora nastawionego na cały regulator. Oboje mieli po siedemdziesiątce. Jedno z nich wyzionie ducha pierwsze. Nie wiedział, któremu będzie trudniej znieść samotność.

Znali się od dwudziestego roku życia.

Tęsknił za swoim chłodnym mieszkaniem. Pociągałby winko i rozwiązywał krzyżówki, słuchałby swojej muzyki – Krausa i Franka Sinatry.

Matce powiedział, że idzie na sylwestra do dobrych przyjaciół.

Gdy tylko przekroczył próg mieszkania, zadzwonił telefon.

Jedna z jego znajomych.

Jasna cholera, pomyślał. Tylko nie to.

– Jak się miewasz? – zapytała swoim słabym, dziewczęcym głosikiem.

– Dobrze, właśnie wróciłem do domu.

– Byłeś u Kjella i Birgit?

Spotkała ich tylko raz, a mimo to wyrażała się o nich z poufałością.

– Owszem.

– Tak myślałam, próbowałam się do ciebie dodzwonić.

– Aha.

– Hans Peter? Może wpadłabym do ciebie jutro? Powitamy razem Nowy Rok?

Mógł powiedzieć, że idzie do pracy, lecz nie umiał jej odmówić.

Przyszła, zrobiła się na bóstwo. Zapomniał już, że jest taka ładna, zrozumiał, że starała się specjalnie dla niego. Poczuł wyrzuty sumienia.

Spotkali się u wspólnych przyjaciół i potem widywali się przez jakiś czas. Rzadko, nieregularnie. Zabrał ją kiedyś do rodziców w Stuvsta.

– Uważasz, że się narzucam? – zapytała prosto z mostu. – Kobieta nie powinna przejmować inicjatywy, nie w ten sposób.

– E tam!

– Tak czy inaczej, jestem tutaj.

Miała ze sobą jedzenie, dwie pełne siatki, wino i szampana.

Okej, pomyślał, skoro tego chce…

Było w niej coś, co podniecało go bardziej niż u innych kobiet. Może sposób, w jaki zwieszała głowę, wyglądała wtedy, jakby czuła się winna.

Był niemal przerażony swoją gwałtownością.

Zaraz potem od razu wstała z łóżka.

Wiedział, że nie było jej dobrze, wszystko poszło zbyt szybko.

Chciał jej o tym powiedzieć, nie znalazł jednak odpowiednich słów.

Zrobimy to jeszcze raz, pomyślał. Później.

Nakryli razem do stołu. Nie mówiła zbyt wiele, lecz gdy wypiła pół kieliszka wina, zaczęła płakać.

– O co chodzi? – zaniepokoił się.

Nie odpowiedziała, jeszcze bardziej się rozpłakała.

Rzucił widelcem o stół.

– Ale ze mnie bydlak! – krzyknął.

Odsunęła się na bok, nadal milcząc.

– Skarbie, po co tu właściwie przyszłaś? – zapytał cicho.

– Podobasz mi się, tęskniłam za tobą, brakowało mi ciebie przez całe te cholerne święta.

Wstał, obszedł stół, chwycił ją pod ramiona, posadził prosto.

– Dokończymy kolację?

Wyjęła chusteczkę i przytaknęła.

Po kolacji zasnęła na sofie oparta o jego ramię. Oddychała ciężko i głośno. Było mu niewygodnie, lecz nie odważył się zmienić pozycji. Bał się, że się obudzi i zacznie stawiać mu wymagania.

Wypełniło go poczucie osamotnienia.

3

Nathan miał na sobie zielone bojówki. Były zbyt mało przewiewne jak na dżunglę, lecz nie pomyślał o tym, kiedy je kupował, wtedy wydawały mu się praktyczne i tanie. Warte swojej ceny – Justine pamiętała, że użył właśnie takiego sformułowania.

Nikt nie widział, że odchodzi na chwilę na stronę, nikt poza nią.

Prawdopodobnie krzyknął, gdy trafiła go strzałka z dmuchawki. Prawdopodobnie krzyknął, bo był zaskoczony, a może też dlatego, że poczuł ból. Upadł w tej samej chwili. W dole piętrzyły się bystrzyny i wodospady zagłuszające wszelkie odgłosy. Nurt był tak silny, że wszystko, co wpadało do wody, rozbijało się w drzazgi.

Czasem wydawało jej się, że słyszy ten jego krzyk. Mimo że wróciła już z podróży, mimo że była u siebie w domu. Słysząc krzyk, miała również przed oczami jego ciało obracające się podczas upadku; widziała jego ramiona i dłonie, które kochała.

Dom był wysoki i wąski, jakby w stylu niderlandzkim. Miał tylko jedno piętro, więc żeby zyskać więcej powierzchni, ojciec zagospodarował strych. Nie korzystali z niego za często, latem było tam zbyt gorąco, a zimą zbyt chłodno.

Ojciec był pozbawiony zdolności manualnych. Zatrudniał rzemieślników, młodych ludzi w spodniach na szelkach, biegających tam i z powrotem po schodach, formujących usta do składania niemych propozycji, gdy wychodziła z pokoju w koszuli nocnej.

Chorowała od jakiegoś czasu. Leżała w łóżku, nasłuchując ich kroków i stukotu narzędzi. Stopniowo zaczynało do niej docierać, że nie jest już małą dziewczynką.

W piwnicy znajdował się piec olejowy. Kierowca cysterny, który przyjeżdżał napełniać zbiornik, narzekał, że trudno się tam dostać. Dom był położony zbyt blisko brzegu jeziora i gumowe węże ledwo wystarczały. Ojciec przekupywał kierowcę butelką whisky, a gdy Justine została sama, robiła tak jak on. Nie był to już oczywiście ten sam dostawca. Ten nowy był kościsty i wredny, mówił tak trudnym dialektem, że ledwo rozróżniała poszczególne słowa. Słysząc odgłos silnika cysterny, instynktownie kuliła się w sobie. Przez jakiś czas zastanawiała się nawet, czy nie zrezygnować z ogrzewania olejowego, lecz nie wiedziała, czym je zastąpić. Na piętrze był wprawdzie kominek, ale zdawała sobie sprawę, że to nie wystarczy. Dojmujący chłód od jeziora wnikał w ściany i podłogi.

Tak czy inaczej, konfrontacja z kierowcą cysterny odbywała się tylko raz do roku. Zawsze stawiała przed oknem od piwnicy butelkę whisky obwiązaną pomarszczonym sznurkiem.

Na karteczce, którą wkładała pod butelkę, pisała: „Dziękuję za ropę”. Świstek zawsze tam zostawał, atrament zaczynał się już rozmazywać.

W piwnicy znajdował się również staroświecki kocioł do gotowania bielizny, którego Flora używała z uporem wartym lepszej sprawy. Dwa razy w miesiącu robiła na dole wielkie pranie, a te dni napawały i ojca, i Justine niesmakiem. Flora odgrywała brzydkie kaczątko, jakby przeobrażanie się w odpychającą praczkę sprawiało jej przyjemność. Wiązała na głowie chustkę i przebierała się w cuchnący kurzem wzorzysty fartuch, któremu brakowało guzików. Przechodziła swego rodzaju odwróconą przemianę w Kopciuszka, a jej palce pozostawiały piekące, mokre ślady na policzkach Justine.

Przedpokój był mikroskopijnych rozmiarów, musieli tam jednak przechowywać wierzchnie ubrania. W domu brakowało szaf. Już jako dorosła osoba dziwiła się, że ojciec, dysponując sporym majątkiem, nadal mieszkał w tak małym domu, niechby nawet położonym nad Mälaren. Sądziła, że został tu ze względu na jej matkę, powodowany sentymentem.

Justine spakowała płaszcze Flory i jej futro z niebieskich lisów, powkładała je do plastikowych ogrodowych worków. Lodenową jesionkę ojca, jego kaszkiety i kapelusze umieściła w osobnym worku. Wcześniej zamierzała odwieźć te rzeczy do punktów zbiórki organizacji charytatywnych Myrorna i UFF, lecz w ostatniej chwili zmieniła zdanie i wyniosła wszystko do piwnicy. Myśl, że mogłaby spotkać na ulicy jakąś kobietę ubraną w futro Flory, wzbudzała w niej odrazę. Jakby z twarzy obcej kobiety mogły spoglądać na nią oczy macochy. Jakby mogły przygwoździć ją do ulicznego bruku, zmusić do powrotu.

Na prawo od przedpokoju znajdował się błękitny salon, którego używali jako jadalni. Wszystko w tym pomieszczeniu było niebieskie lub białe: gęsta wykładzina, kotary z aksamitu, parapety z fiołkami afrykańskimi i browaliami. Kwiaty nie przeżyły jej nieobecności. Zalała je przed wyjazdem wodą i obłożyła stożkami z beżowej tektury, jednak to nie pomogło.

Natomiast ptakowi nie stała się żadna krzywda. Zostawiła go na strychu, gdzie nie mogło mu przytrafić się nic złego. Porozstawiała tam miseczki z nasionami i wodą, zostawiła też cały kosz obranych jabłek. Mógł sobie poużywać.

W salonie nawet kolorystyka obrazów utrzymana była w błękitnej tonacji: zimowe krajobrazy, żaglówki oraz gobelin z cienkich jedwabnych gałganków, który zajmował całą węższą ścianę. Został utkany przez matkę jeszcze przed narodzinami Justine. Zawsze wisiał w tym samym miejscu. Czuła, że jest jej nieodłączną częścią.

Z chwil spędzonych z matką pozostały jedynie strzępy wspomnień: bębniący deszcz, płachta, pod którą siedziały razem skulone, mokre, ubłocone skarpety lepiące się do stóp.

Zapach kosmatych kwiatów, coś gorącego z miodem.

Ojciec opowiedział jej, choć niechętnie.

Myła okno, to na piętrze, wychodzące na jezioro. Dzień był skąpany w ostrym słonecznym świetle i rozbrzmiewał cierkającym śpiewem mew. Nie było wiatru, lód utrzymywał się jeszcze w zatoce, lecz zaczął już kruszeć. Może cieszyła się z tego, może nuciła sobie w promieniach słońca, może planowała usiąść potem chwilę na balkonie, z twarzą zwróconą ku niebu. Dość szybko przyswoiła sobie ten typowo skandynawski, hedonistyczny rytuał. Pochodziła z Annecy, małego miasteczka we Francji w pobliżu granicy ze Szwajcarią, a on zabrał ją stamtąd, by została jego żoną, wbrew woli jej rodziców.

Był czwartek. Wrócił do domu siedem po szesnastej. Leżała na podłodze pod oknem z rozpostartymi ramionami, jakby została ukrzyżowana. Od razu zorientował się, że nie da się już nic zrobić.

– A skąd wiedziałeś? – pytała Justine. Dopytywała się wtedy obsesyjnie o matkę, chcąc jak najwięcej się o niej dowiedzieć.

Nie umiał odpowiedzieć.

– Może mimo wszystko jeszcze żyła, gdybyś natychmiast wezwał lekarza, może by ją uratowali.

– Nie oskarżaj mnie – mówił. Drgały mu kąciki ust. – Jeśli sama kiedyś zobaczysz nieboszczyka, zrozumiesz, co mam na myśli.

Najpierw pomyślał, że spadła z drabiny i uszkodziła sobie jakiś ważny organ. Jednak obdukcja wykazała, że pękła tylko jakaś żyłka w mózgu. Przez nią uszło z niej życie.

– Aneuryzma!

Ojciec wypowiadał to słowo powoli i dobitnie za każdym razem, kiedy jako dziecko rozmawiała z nim o tym zdarzeniu.

Czasem niepokoiła się, że to może być dziedziczne.

Dopytywała się o siebie.

– Tato, gdzie ja wtedy byłam?

Nie pamiętał.

Miała tylko trzy lata, trzy lata i kilka miesięcy. Jak reaguje trzyletnie dziecko, gdy jego mama spada z drabiny i umiera?

Musiała być gdzieś w domu, musiała krzyczeć i płakać. Nawet jeśli nie rozumiała, co się stało, musiała być przerażona nagłą, całkowitą przemianą matki.

Czasem budziła się z koszmaru, z bólem głowy jak po długim, wyczerpującym płaczu. Oglądała swoją twarz w lustrze, widziała podpuchnięte, szkliste oczy.

Sekwencje wspomnień z opuszczaną trumną, fragmenty gliny oraz kwiaty, które nigdy nie pachniały.

Ojciec, który stał na lodzie i krzyczał.

Oglądała w albumie zdjęcia kobiety, która była jej matką. Obca twarz pozostawiała ją zadziwiająco obojętną. Gęste, zaczesane do tyłu włosy kręciły się po bokach. Justine w ogóle nie była do niej podobna. W oczach kobiety dostrzegała jakiś dystans, który kłócił się z jej wyobrażeniami o matce.

Na piętro prowadziły strome, wąskie schody. To tam stała jej matka i myła okna. Na lewo były sypialnie, na prawo korytarz poszerzał się, tworząc salon z widokiem na wyspę Lambarön i dalej, na Mälaren. Niewiele mebli, ściany zastawione regałami na książki. Sprzęt muzyczny, podłużny stolik ze szkła i dwa fotele.

Należały do ojca i Flory.

Justine proponowano wielokrotnie duże sumy za sprzedaż domu. Pośrednicy nie dawali jej spokoju, wrzucali do skrzynki na listy swoje prospekty, czasem nawet dzwonili. Jeden z nich był szczególnie nachalny. Nazywał się Jakob Hellstrand.

– Justine, mogłaby pani dostać kilka ładnych milionów za tę chałupę – marudził, zwracając się do niej po imieniu, jakby byli bliskimi przyjaciółmi. – Mam klienta, który chciałby ją przebudować, zawsze marzył o takiej lokalizacji.

– Przykro mi, ale raczej nic z tego nie będzie.

– Dlaczego nie? Proszę sobie wyobrazić, co można dostać za takie pieniądze. Samotna kobieta nie powinna siedzieć i więdnąć w Hässelby, powinna pani kupić sobie raczej mieszkanie w mieście i zacząć korzystać z uroków życia.

– A co pan może o tym wiedzieć? Może właśnie korzystam z życia.

Zaśmiał się do słuchawki.

– Jasne, czemu nie? Ale, Justine, proszę przyznać, że jest w tym trochę racji.

Powinna była się wkurzyć, zachowała jednak spokój. Tak rzadko ktoś wymawiał jej imię.

– Justine, proszę dać znać, gdy tylko pani się zdecyduje. Ma pani numer mojej komórki, prawda?

– Owszem.

– Samotnej kobiecie trudno jest utrzymać cały dom. Zupełnie samej.

– Zadzwonię, jeśli zmienię zdanie – odparła.

Nie miała najmniejszego zamiaru wystawiać domu na sprzedaż. Nie potrzebowała też pieniędzy. Ojciec zostawił jej wystarczająco duży spadek. Mogła żyć dostatnio przez dłuższy czas, tak naprawdę do końca życia.

A Flora nie będzie mogła już nigdy domagać się niczego dla siebie.

4

Najtrudniej było wytrzymać zapach. Flora pamiętała go jeszcze z czasów młodości – któregoś lata pracowała dorywczo w szpitalu dla kobiet chorych psychicznie. Woń zjełczałego wosku do froterowania, niemytych włosów i zatęchłej wody z wazonów.

Teraz ten zapach zagnieździł się w niej samej.

Wbrew temu, co sobie wyobrażała, noce nie były aż tak przerażające. W nocy mogła wreszcie poczuć się swobodniej, licząc na to, że wtedy wszyscy zostawią ją w spokoju. W nocy nikt nie próbował się z nią porozumieć, nie działo się nic, w czym powinna uczestniczyć.

Moje myśli zachowam dla siebie, moje myśli pozostaną dla was niedostępne. Tu, w środku, nadal jestem sobą, Florą Dalvik. Mam imię i nazwisko, jestem osobnym bytem. Chronię Florę Dalvik swoim ciałem, choć wydaje się zgrzybiałe i zniedołężniałe. Mimo wszystko nadal składa się ono z umysłu i myśli, prawdziwych atrybutów żywego człowieka.

Ruchom młodych kobiet – a wszystkie były młode w porównaniu z Florą – towarzyszyła pewna niecierpliwość. Jakby poganiały swój dzień pracy, jakby chciały, żeby już minął. Tak by mogły pobiec do swoich szafek w przebieralniach, odwiesić stroje robocze i stać się osobami prywatnymi. Pojechać do domu, do swoich spraw.

Pielęgniarze byli obecni także w nocy, lecz rzadko zakłócali wtedy spokój. Tylko niekiedy wpadali jak cienie i przekładali ją na drugi bok. Wyczuwała, kiedy otworzą się drzwi, była na to przygotowana.

Zaczęli zaglądać do pacjentów częściej, gdy młoda dziewczyna z domu opieki Polhemsgården w Solnej uderzyła na alarm z powodu złego traktowania pensjonariuszy. Telewizja ABC pokazała zbliżenia odleżyn i poczerniałych paznokci u nóg, a dziewczę z Polhemsgården otrzymało jakąś nagrodę za obywatelską postawę. W mediach mówiono dużo o odwadze cywilnej.

W przypadku Flory wydarzenie to odniosło taki skutek, że białe fartuchy wyciągały ją teraz codziennie z łóżka, zwłaszcza w weekendy, kiedy spodziewano się najwięcej odwiedzin. Pielęgniarki wciskały ją w wózek inwalidzki i przywiązywały do niego. Czesały starannie jej rzadkie włosy i splatały w dwa warkocze. Ona nigdy nie zaplatała sobie włosów, nie było to w jej stylu.

A co było w jej stylu?

Coraz trudniej przychodziło jej to sobie przypomnieć.

Gdy wprowadziła się do Svena Dalvika i jego niespełna pięcioletniej córki, miała trzydzieści trzy lata. Poznali się w pracy. Flora była zatrudniona jako sekretarka, by asystować dyrektorowi Dalvikowi we wszystkim, w czym mógł potrzebować pomocy.

Sekretarka szefa. Czy ten zawód nadal istnieje? Była z niego dumna. Najpierw zdała małą maturę w klasie o profilu handlowym, a później chodziła do szkoły sekretarek BarLocks. Tego rodzaju ambicje były nietypowe w kręgu znajomych Flory. Większość jej rówieśnic zaraz po szkole wychodziła za mąż i rodziła dzieci.

A ona? Dlaczego nie znalazła sobie młodego, miłego kawalera i nie wyszła w stosownym czasie za mąż? Właściwie nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. Lata mijały, a „ten właściwy” się nie pojawiał. Składano jej oczywiście propozycje, nawet sporo, zwłaszcza w okresie, kiedy chodziła na dansingi w mieście lub do parku przy kąpielisku Hässelby Strandbad. Przyjeżdżali tam młodzi ludzie z całego Sztokholmu, a Flora dobrze znała wszystkie kąty i zakamarki, więc gdyby tylko chciała, bez trudu mogłaby zwabić jakiegoś mężczyznę w ustronne miejsce, tak jak robiły to jej przyjaciółki.

Nie chciała, bo uważała takie zachowanie za prostackie. Poza tym obawiała się, że chłopaki z miasta będą rzucać za jej plecami wymowne spojrzenia. Że potraktują ją jak pospolitą wiejską gąskę.

Ona taka nie była, ona była inna.

Leżała na plecach i wpatrywała się w sufit. Kobieta z sąsiedniego łóżka umierała. Białe fartuchy odgrodziły ją parawanem, lecz trudno było odseparować odgłosy śmierci. Personel zapewne sądził, że Flora nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje.

Nasłuchiwała utrudzonych oddechów, które następowały z coraz dłuższymi przerwami. Stara, umierająca kobieta była w bardzo złym stanie od momentu, gdy przyjęto ją dwa tygodnie wcześniej na oddział. Nadeszła pora jej pożegnania z życiem, miała dobrze ponad dziewięćdziesiąt lat.

Jej syn był cały czas w pokoju, chodził tam i z powrotem, nie mógł usiedzieć na miejscu. On też był stary. Kiedy wszedł do pokoju, skinął głową w stronę Flory, niepewny, czy jest świadoma jego obecności. Była jednak w stanie odpowiedzieć mu skinieniem.

Szeptał z białymi fartuchami o pokoju jednoosobowym, a personel usprawiedliwiał się i ubolewał: brak miejsc, zbyt duże obłożenie. Potem zniżyli głosy i Flora domyśliła się, że rozmawiają o niej.

Syna chyba coś bolało, słyszała odgłosy postękiwania zza parawanu. Po każdym jego jęku oddech matki stawał się szybszy, rozedrgany, jakby chciała powrócić do czasów, gdy mogła jeszcze go pocieszać.

Położyli ją tego wieczoru wcześnie. Wiedziała, że będą zakłócać jej spokój, białe fartuchy będą biegać tam i z powrotem całą noc, by doglądać drugiej pacjentki. Będą mówić przytłumionymi głosami, jakby myśleli, że nic nie usłyszy. Będą świecić latarkami, a do sali będzie sączył się z pokoju socjalnego aromat kawy.

To na pewno nie będzie dobra noc.

Myślała o Svenie. To niesprawiedliwe, że umarł tak nagle. Też chciałaby umrzeć w tak bezbolesny, łagodny sposób – po prostu zostawić wszystko i odejść. A teraz leży tu jak żywy trup. Poniżana i upokarzana jak dziecko.

Już od samego początku poczuli do siebie sympatię. Sven przeszedł z nią od razu na ty, co w tamtych czasach należało do rzadkości, lecz bez wątpienia ułatwiało współpracę.

Dość szybko zorientowała się, jakie są jego słabe punkty i starała się ze wszystkich sił, by tego nie zauważył. Nie miał raczej predyspozycji kierowniczych i Flora domyśliła się wkrótce, że przejął rodzinną firmę bez większego entuzjazmu. Zrobił to, gdyż tego od niego oczekiwano, temu służyło całe jego wychowanie. Ojciec, Ivar Dalvik, stworzył przedsiębiorstwo od podstaw – to on wylansował znane niemal na całym świecie pastylki na gardło Sandy, „choć z wierzchu szorstkie jak piasek, ogień w twym gardle ugaszą”.

Sven nie był typem mężczyzny, o którym marzyła we wczesnej młodości, ale uznała, że jest uroczy. Ufał jej i zwracał się do niej ze swoimi kłopotami. Prosił ją też o radę, gdy kupował prezenty dla swojej francuskiej żony. Dzięki temu miała poczucie, że zna również jego rodzinę, mimo że nigdy nie spotkała jego żony czy córeczki. Trzymał na biurku ich zdjęcie: ciemnowłosa kobieta z pulchnym, roześmianym brzdącem na kolanach. Dziecko wyrzuciło ramiona do góry i trzymało matkę za szyję.

Czasem, gdy przebywał za granicą, wchodziła do jego gabinetu i przyglądała się tej fotografii. Była zrobiona w Hässelby, gdzie niedawno kupił dom. Na zdjęciu było widać ścianę szczytową, Flora dokładnie wiedziała, gdzie to jest.

Sven opowiadał jej często o swoich perypetiach związanych z uprawą ogrodu. Wychowywał się na Karlavägen i miał marne pojęcie o roślinach. Relacjonował, jak żona nakłoniła go do skopania grządek pod warzywniak, pokazywał swoje dłonie.

Któregoś razu poskarżył się, że krzewy malin zostały dotknięte jakąś dziwną chorobą. Flora poprosiła, by jej to opisał.

– Mają takie brunatno-fioletowe plamy na liściach i łodygach, potem to pęka i robi się nakrapiane i szare. No i krzewy właściwie nie owocują, maliny po prostu schną. Jestem zawiedziony, bo myślałem, że będziemy z żoną przesiadywać na balkonie i jeść świeże maliny z bitą śmietaną.

Od razu zorientowała się, o co chodzi.

– Zamieranie pędów malin – oświadczyła, czując rozchodzące się po całym ciele ciepło. – To rodzaj grzybicy. Niestety, musisz wiedzieć, że to najpoważniejsza choroba atakująca uprawy malin.

Wpatrywał się w nią zdumiony.

– Tak, to prawda – potwierdziła z zapałem. – Trzeba wyrwać i spalić wszystkie zainfekowane krzewy, a pozostałe spryskać cieczą bordoską.

– O cholera, skąd ty to wszystko wiesz?

Bardzo rzadko przeklinał.

– Zapominasz, że moi rodzice prowadzą sklep ogrodniczy. Ciecz bordoska to dla mnie od dziecka chleb powszedni.

Roześmiał się i niespodziewanie ją objął, choć zdecydowanie unikali kontaktu fizycznego.

Zdarzyło się to jeszcze dwa razy. Któregoś wieczoru zostali po godzinach, było już późno. Flora zrobiła herbatę i kanapki. Gdy postawiła tacę na jego biurku, położył dłoń na jej talii, lecz natychmiast ją cofnął. Zrozumiała, że przez chwilę uległ wrażeniu, iż jest w domu. Był zmęczony, zaczerwienił się.

Drugi raz przydarzył się podczas dorocznej inauguracji sezonu rakowego, imprezy, którą zorganizowano dla pracowników firmy na pewnej wyspie. Oboje byli na porządnym rauszu, żadne z nich nie było przyzwyczajone do picia wódki. Siedzieli przez chwilę na skałce i trzymali się za ręce. Nie doszło do niczego więcej.

Gdy żona Svena zmarła, zniósł to bardzo dzielnie. Wrócił do pracy zaledwie po dniu przerwy. Córeczkę zostawił pod opieką swoich rodziców.

Był zmieniony, ale tylko zewnętrznie. Wyglądał, jakby w ciągu tego jednego dnia stracił sporo na wadze. Poza tym zachowywał się jak zwykle, choć był wyciszony i przygnębiony.

Flora postawiła na oknie w jego gabinecie doniczkę z fiołkami afrykańskimi. Niebieski to kolor nadziei i pociechy. Nie wiedziała, czy w ogóle to zauważył. Zapytała, czy może mu jakoś pomóc. Zwrócił wtedy ku niej głowę, lecz jej nie widział.

Po pogrzebie zaczął mówić o córce. Miała na imię Justine, była w trudnym wieku. Śmierć matki jeszcze pogorszyła sytuację.

– Moi rodzice nie dają sobie z nią rady – zwierzył się. – Nie przepadają specjalnie za dziećmi. Do tego ojciec ma kłopoty z sercem.

Flora słuchała cierpliwie. Była przy nim cały czas, próbowała pocieszać go samą swoją obecnością, wystrzegając się natarczywości i dawania zbyt wielu rad.

Przez pierwszy rok radził sobie, zatrudniając gosposię, która zajmowała się i domem, i dzieckiem. Czasem rozważał sprzedaż domu, ale przecież jego żona została pochowana na cmentarzu w Hässelby, a on odwiedzał grób kilka razy w tygodniu.

– Myślisz, że chciałaby, żebym go sprzedał? – pytał. – Tak lubiła ten dom, kupiliśmy go przecież ze względu na nią.

Żadna z zatrudnionych gospodyń nie chciała zostać u niego dłużej. Może przez odludne położenie domu? Może te kobiety czuły się odcięte od świata?

W jego biednej, zamroczonej głowie nigdy nie powstała myśl, że mogło być to spowodowane zachowaniem jego córki.

5

Drzewa wyłoniły się z oparów mgły, zyskały ciemne kontury, stały się widoczne. Był ranek. Justine przespała całą noc na siedząco w fotelu. Odczuwała sztywność w okolicy łopatek i chciało jej się pić.

Podobnie jak tam, w dżungli, lecz jednak nie tak samo.

Nadal pamiętała zalewającą ją falę ulgi, gdy wreszcie zaczynała odróżniać kontury. Gęsty tropikalny mrok dawał za wygraną i przystępował do odwrotu. Leżała z szeroko rozwartymi oczami i obserwowała, jak wszystko stopniowo powracało: pnie drzew, liście; jak wyłaniały się z mroku i przybierały kształty. Ulga rozchodziła się po jej ciele, członki się rozluźniały. Czuwała całą noc. W końcu zapadła w krótki sen, gdy pozostali zaczynali już wiercić się w śpiworach.

Justine schodziła po schodach, trzymając się poręczy jak stara, zmęczona kobieta. Trochę jak Flora człapiąca pomiędzy piętrami, zanim trafiła do domu opieki. Nigdy nie zgodziłaby się dobrowolnie na umieszczenie w ośrodku, jednak po udarze nie była w stanie się przed tym bronić.

Na dole kuchnię spowijał mrok. Zapaliła kuchenkę i nastawiła garnek z wodą. Sukienka była wygnieciona, musiała się spocić podczas snu. Nawet nie zauważyła, kiedy zapadła noc.

Może człowiek umiera właśnie w taki sposób?

Oparta o ścianę pociągała powolnymi łykami herbatę. Próbowała wyławiać w ciszy dźwięki. Nagła tęsknota, potrzeba słów. Czegoś więcej niż cisza. Przywołała ptaka. Zapewne siedział na swojej gałęzi i spał z głową odwróconą do tyłu i dziobem wciśniętym pomiędzy szare pióra. Nie przyleciał, w ogóle nie zareagował. Zaszył się gdzieś w ciszy, ulegając pierwotnym instynktom.

Właśnie tym były przesiąknięte mury domu: chłodną, przyczajoną ciszą. Tkwiła niczym warstwa izolacji w kamieniu, w fundamentach, tkwiła w ścianach, nawet słoneczny skwar w sierpniowy dzień nie mógł wydobyć zeń światła i życia.

Tam, w dżungli, cisza nie istniała. Wszystko żyło, pełzało, świszczało i ociekało; szelest listowia, w którym nieustannie toczył się ten proces; chrzęst i parowanie butwiejącej ściółki, miliony drobnych, pożerających szczęk, które nigdy nie poczują się nasycone; okrzyki i piski, szmer deszczu, zawodzenie piły.

– Dlaczego w dżungli pracują piły tarczowe? – zapytała Nathana. – Czy o to chodzi, kiedy mówi się o zagrożeniu lasów tropikalnych?

Nie odpowiedział, zmuszając ją, by powtórzyła pytanie. Dopiero wtedy odwrócił się i spojrzał na nią, ale wciąż nie poznawała jego oczu. Były odmienione od chwili, gdy w Kuala Lumpur dołączyła do ich grupy Martina.

Okazało się, że to nie piły, tylko odgłos owada. Insekta, który wydawał ten przeszywający dźwięk, przenikający ją do szpiku kości, wywołujący zimne dreszcze, choć było jej gorąco.

Martina… Nie znaczyła właściwie więcej niż owad. Tak właśnie musiała myśleć. Owady rozdeptuje się obcasem i miażdży. Takie jak Martina nie zasługują na nic lepszego. Tak właśnie musiała myśleć, nie inaczej.

Ona sama przypominała swój dom. Była zamurowana ciszą.

Jakby słowa potrzebowały czasu, by się narodzić, utorować sobie drogę w jej wnętrzu i wydostać się na zewnątrz.

Skutek był taki, że inni szybko się zniechęcali.

Nikt nie miał siły czekać na słowa.

Jedni uznawali to za przejaw nieśmiałości, inni widzieli w tym oznakę arogancji. Właśnie tego określenia, „arogancka”, użyła w stosunku do niej nauczycielka już po kilku tygodniach nauki.

Tamtego ranka, gdy się nad tym zastanawiała, dostała zawrotów głowy, osunęła się i kucnęła z głową pomiędzy kolanami.

Flora stała na dywaniku z gałganków, pośrodku fragmentu w kolorze beżu, albo raczej barwy piaskowej. Stała tam, a jej ciężkie, pomalowane na brązowo powieki uniosły się niczym żaluzje.

– Justine, wstań!