Wydawca: Marginesy Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2015

Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda ebook

Sy Montgomery

3 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 287 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda - Sy Montgomery

Kiedy Sy Montgomery przygarnęła cherlawego prosiaka, nie miała pojęcia, że ta istota – początkowo nie większa od kota – podaruje jej to, czego szukała przez całe życie: kotwicę (ostatecznie ważącą 350 kilogramów), rodzinę, dom i więzi społeczne. Sąsiedzi zaczną przyprowadzać Chrisa z jego ucieczek, córki sąsiadki będą urządzać mu ciepłe kąpiele, a powiększające się grono znajomych zacznie zwozić przepyszne resztki ze swoich stołów. Jego inteligencja i sława rosła wraz z jego wagą – trafił w końcu do radia i telewizji.

Ale wpływ Christophera Hogwooda sięgał o wiele dalej. Sy Montgomery opisuje, czego ona i inni nauczyli się od tej hojnej duszy, która po prostu znalazła się w ciele świni –samoakceptacji, wartości więzi międzyludzkich czy przyjemności płynących z tego, co nas otacza.

Dobra świnka udowadnia, że z miłością niemal wszystko jest możliwe.

Ta książka nie tyle o zwierzęciu w zagrodzie, ile o relacjach – w całym ich powikłaniu, radości i ściskającej za serce złożoności. W pełnej miłości, lecz wolnej od sentymentalizmu opowieści, Sy Montgomery zdołała uchwycić bogactwo, jakie zwierzęta wnoszą w ludzkie życie. Dobra świnka, dobra to książka cudownie napisana i pełna niespodzianek. Bo czasami trzeba świni, żeby otworzyła nam oczy na to, co jest w życiu najważniejsze.

John Grogan, autor książki Marley i ja

Sy Montgomery jest przyrodczniką, pisarką, autorką scenariuszy telewizyjnych, która pisze zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Jej książki były wielokrotnie nagradzane. Czterokrotnie jeździła do Peru i Brazylii, aby badać różowe delfiny z Amazonki. Podczas innych wypraw gonił ją w Zairze rozwścieczony goryl srebrnogrzbiety, ugryzł ją nietoperz wampir na Kostaryce, rozebrał orangutan w Borneo i polował na nią tygrys w Indiach. Pracowała także w Manitobie przy jamie wypełnionej osiemnastoma tysiącami węży pończoszników, pielęgnowała tarantulę w Gujanie Francuskiej oraz pływała z piraniami, strętwami i delfinami w Amazonce. Mieszka w New Hampshire.

Opinie o ebooku Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda - Sy Montgomery

Cytaty z ebooka Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda - Sy Montgomery

Nie, nasze zwierzęta nie były dziećmi. Poza tym doskonale wiedzieliśmy, jak sprawić sobie dzieci, gdybyśmy chcieli je mieć. Tylko że nie chcieliśmy. Wielu ludzi tego nie rozumie. „Nie czujesz, że twoja macica cię wzywa?”, spytała mnie kiedyś znajoma mniej więcej w  moim wieku. Odpowiedziałam, że moje organy rzadko mają coś do powiedzenia i  mam nadzieję, że tak zostanie.

Fragment ebooka Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda - Sy Montgomery

Tytuł oryginału:THE GOOD GOOD PIG:THE EXTRAORDINARY LIFE OF CHRISTOPHER HOGWOOD
Przekład: ADAM PLUSZKA
Redaktor prowadzący: ADAM PLUSZKA
Redakcja: KAROLINA IWASZKIEWICZ
Korekta: ANNA MIRKOWSKA, JAN JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne: ANNA POL
Opracowanie typograficzne, łamanie: | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce © Hans Huber / Westend61 / Corbis / FotoChannels
Copyright © 2006 by Sy Montgomery This translation published by arrangement with Ballantine Books, an imprint of Random House, a division of Penguin Random House LLC. Copyright © for the translation by Adam Pluszka Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015
Warszawa 2015 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-64700-39-2
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel./faks: 48 22 839 91 27, 48 696 451 127 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Kate, Jane i Lilli Cabot

1. Cherlakowatość

Christopher Hogwood przybył do naszego domu w pudełku po butach, na moich kolanach.

Pewnego wyjątkowo deszczowego kwietniowego wieczoru, tak zimnego, że żaby siedziały cicho, tak szarego, że ledwie widzieliśmy naszą stodołę, mój mąż prowadził przerdzewiałe subaru po błotnistych drogach rozmokłych od topniejącego śniegu. Świńskie łajno zastygło na naszych butach. Zapach chorego zwierzęcia przesiąknął ubrania.

Wszystko wskazywało na to, że decyzja, by adoptować świnię, nie należała do najszczęśliwszych – a miała zmienić nasze życie.

W zasadzie cała wiosna była straszna. Mój ojciec, generał armii, bohater, którego tak uwielbiałam, że wyznałam w szkółce niedzielnej, że kocham go bardziej niż Jezusa, umierał w męczarniach na raka płuc. Przeżył bataański marsz śmierci. Przeżył trzy lata w japońskich obozach jenieckich. W ostatnich miesiącach jego życia moja cudowna, delikatna mama – zakochana w nim wciąż tak samo jak czterdzieści lat wcześniej, kiedy się poznali – odmówiła zamontowania wyciągu, wypożyczenia wózka inwalidzkiego i zatrudnienia pielęgniarki. Wierzyła, że jej mąż jest w stanie przeżyć wszystko. Ale tego nie przeżył.

Ja, jedynaczka, latałam w tę i z powrotem z New Hampshire do Wirginii, żeby spędzić z rodzicami tyle czasu, ile tylko się dało. Kiedy wracałam z tych wycieńczających psychicznie podróży, starałam się skończyć swoją pierwszą książkę, hołd dla moich bohaterek – prymatolożek Jane Goodall, Dian Fossey i Biruté Galdikas. Zbieranie materiałów okazało się wyzwaniem: w Zairze rzucił się na mnie wściekły goryl srebrnogrzbiety, w Tanzanii skrzyczała mnie Jane Goodall, na Borneo rozebrał orangutan, a na zboczu wulkanu w Rwandzie, na wysokości trzech tysięcy metrów, zagadnął o pieniądze uzbrojony partyzant. W dodatku zbliżał się termin, a słowa nie nadchodziły.

Mojego męża, który zajmuje się historią i kulturą Ameryki, całkowicie pochłonęła praca nad drugą książką. In the Memory House [W domu pamięci] opowiada o Nowej Anglii, która wówczas stanowiła nasz zakątek świata, choć tak się składało, że ów zakątek niebawem miał przestać być nasz. Po ślubie przez trzy lata mieszkaliśmy – najpierw jako najemcy, później opiekunowie – w północnym New Hampshire, w idyllicznym, studziesięcioletnim oszalowanym domu otoczonym trzema hektarami ziemi, w pobliżu gór, po których wspinał się Thoreau. Nasz dom był najmłodszy w okolicy. Mimo że agenci nieruchomości zachwalali pobliskie dwustuletnie „zabytki”, to u nas znalazłam to, czego zawsze pragnęłam: ogrodzone pastwisko, strumyki wśród drzew, trzypoziomową stodołę i czterdziestoletnie bzy przed drzwiami frontowymi. Ale dom miał zostać sprzedany. Właściciele – zaprzyjaźnieni pisarze mniej więcej w naszym wieku, którym gospodarstwo kupili rodzice – przenieśli się do Paryża i nie zamierzali wrócić. Bardzo chcieliśmy kupić tę posiadłość, ale w związku z tym, że oboje byliśmy wolnymi strzelcami, bank uznał nasze dochody za zbyt nieregularne, aby udzielić nam kredytu.

Wszystko wskazywało na to, że stracę ojca, książkę i dom.

Ale dla Christophera Hogwooda tamta wiosna okazała się jeszcze straszniejsza.

Urodził się w połowie lutego jakieś trzydzieści pięć kilometrów do naszego domu, na farmie George’a i Mary Iselinów, których poznaliśmy przez moją najlepszą przyjaciółkę, Gretchen Vogel. Gretchen wiedziała, że wiele nas łączy.

– Pokochacie ich – zapewniała mnie. – Oni mają świnie!

George hodował świnie zanim jeszcze poznał Mary. Podkuwał także konie.

– Jeśli jesteś farmerem albo hipisem – wyjaśnił mi – możesz zarobić na hodowli świń.

George i Mary to typowi rolnicy hipisi: urodzili się, jak my, w latach pięćdziesiątych, żyją ideałami przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – pokój, radość i miłość – i oboje, pobłogosławieni urodą, promiennymi błękitnymi oczyma i blond włosami, wyglądają zawsze, jakby właśnie obudzili się ze smacznej drzemki w jakiejś kupie liści z elfami. Są zagorzałymi orędownikami powrotu do natury, żywią się tym, co rodzi ich ogród, i robią własny majonez z jaj kur biegających wolno po ich ziemi. Wierzą w ideały, ale okazali się także zaradni – nie umknęło ich uwadze, że w okolicy marnuje się sporo dobrej (i darmowej) paszy dla świń: w piekarniach, stołówkach szkolnych, sklepach spożywczych i niektórych fabrykach. Odbierają czasem telefon, że jest do wzięcia dwadzieścia kilogramów chipsów albo ciężarówka paluszków rybnych. Przeżyli szok, kiedy pewnego dnia odkryli, że ich dzieci, wychowywane na domowym organicznym jedzeniu, wymykają się do chlewika o czwartej nad ranem i wyjadają śmieciowe żarcie przeznaczone dla świń. („Wydało się, kiedy pewnego ranka zauważyliśmy, że dzieciaki są usmarowane czekoladą”, powiedziała mi Mary).

Gospodarują na niecałych siedemdziesięciu hektarach, dzikich i zarośniętych; pozyskują z nich drewno na opał i siano. Hodują nie tylko świnie, ale też konie pociągowe, króliki, kaczki, kury, kozy, owce i dzieci. Ale jak przypuszczam, ulubieńcami George’a są świnie. Tak, moimi także.

Odwiedzaliśmy ich każdej wiosny. Nie spotykaliśmy się często – nasze grafiki rzadko się pokrywały – ale dzięki prosiętom nigdy nie straciliśmy kontaktu. Ostatnim razem, gdy się widzieliśmy (to musiał być marzec, koniec sezonu cukrowego), George wygotowywał syrop klonowy. Marzec w New Hampshire to początek roztopów, kiedy wszystko wygląda nad wyraz parszywie. Tu i tam wśród błota, topniejącego śniegu i zasieków z drutu stoją rdzewiejące maszyny rolnicze w różnych stadiach rozpadu lub naprawy. Postrzępione kolorowe pranie wisi na werandach jak tybetańskie flagi modlitewne. W domach wymagających natychmiastowego odmalowania wybrzuszają się podłogi i zapadają sufity.

Tamtego ranka w kuchni zamglonej od parującego na piecu kotła natrafiliśmy na chmarę dzieciaków we flanelowych piżamach – trójkę dzieci Mary i George’a oraz kilkoro goszczących u nich kuzynów i kolegów – które zwieszały się nad niedojedzonymi plackami i czołgały po podłodze. W zlewie piętrzyły się brudne naczynia. Mary wzięła kubek z tej sterty i wspomniała, że wszyscy jakoś się poprzeziębiali. Napijemy się herbaty?

Nie, dziękujemy, odpowiedzieliśmy z Howardem pospiesznie – ale bardzo chcielibyśmy znów popatrzeć na świnie.

Chlew Iselinów nie przypominał tych z obrazów Normana Rockwella. Bardziej coś pomiędzy Normanem Rockwellem a Edwardem Hopperem. Starodawne deskowanie, zmurszały próg, przestronne wnętrze oblepione pajęczynami. Uwielbialiśmy go. Stawaliśmy w drzwiach, czekaliśmy, aż nasze oczy przyzwyczają się do półmroku, i wypatrywaliśmy prosiąt w boksach. Kiedy zlokalizowaliśmy jakąś rodzinę, właziliśmy do środka, żeby się z nimi pobawić.

Na niektórych farmach takie zachowanie mogłoby być niebezpieczne. Maciory potrafią ważyć ponad dwieście kilogramów i gryzą, jeśli uznają, że ich prosięta znalazły się w niebezpieczeństwie. Masywne szczęki z łatwością kruszą pestkę brzoskwini – albo rzepkę w kolanie. Kły są ostre jak brzytwa. Nie bez powodu: w naturze świnie muszą być silne i odważne. Prezydent Theodore Roosevelt podczas polowania w Brazylii zobaczył kiedyś jaguara rozwleczonego przez tamtejsze dzikie świnie. Mimo że świnie są zwykle dobroduszne, statystycznie zabijają więcej ludzi niż rekiny. (Co nie powinno dziwić – jak często widujecie rekiny?) Świnie hodowane na przepełnionych farmach przemysłowych torturuje się, aż tracą rozum. Słyną z tego, że zjedzą wszystko, co wpadnie do chlewa, w tym także dzieci, których rodzice są na tyle głupi, że pozwalają im wałęsać się po takich miejscach bez opieki. Dzikie świnie (w Stanach Zjednoczonych jest ich mniej więcej cztery miliony) potrafią zabić dorosłego, jeśli poczują się zagrożone. To, że świni zdarza się zjeść człowieka, zawsze traktowałam jedynie jako wyraz sprawiedliwości, biorąc pod uwagę to, o ile więcej świń zjada człowiek.

Ale lochy George’a, co do jednej, są najmilsze na świecie. Kiedy wchodziliśmy do chlewika, leżąca na boku karmiąca maciora podnosiła ogromną, siedemdziesięciokilową głowę, spoglądała łagodnie i mądrze spod długich rzęs, marszczyła przepiękny wilgotny nos, żeby wychwycić nasz zapach, i chrumkała na powitanie. Prosięta stanowiły cudowne miniaturki swoich monstrualnych rodziców – jedne różowe, inne czarne, niektóre rude albo w ciapki, jeszcze inne w urocze prążki, zupełnie jak małe dziki – i przypominały bardzo duże wiewiórki. Na początku nie były pewne, czy powinny uciekać, czy próbować nas zjeść. Podbiegały, kwiczały, po czym truchtały z powrotem na cieniutkich długich raciczkach do leżącej na boku gigantycznej matki, żeby po raz kolejny przyssać się do pełnych mleka sutków. A potem znów nas atakowały i ośmielały się na tyle, że zaczynały podgryzać buty albo rozwiązywać sznurówki. Miejscowi, którzy kupowali od George’a świnie, często opowiadali mu później, jakie się okazały fantastyczne. Mimo że większość prosiąt trafiła ostatecznie do chłodni, farmerzy rzadko wspominali, jak im smakowały w postaci szynki, kotletów czy kiełbas. Nie, zawsze mówili, że świnie George’a były niezwykle miłe.

Rok, w którym urodził się Chris, okazał się wyjątkowy, jeśli chodzi o liczebność miotów. Ponieważ nie mieliśmy wtedy do tego głowy, nie odwiedzaliśmy chlewików w lutym i marcu. Ale właśnie w tym roku, o czym nie wiedzieliśmy, George i Mary dochowali się rekordowej liczby macior – dwudziestu – i niemal wszystkie urodziły rekordową liczbę prosiąt.

– Zwykle żadna nie chce zajmować się więcej niż dziesięcioma prosiakami – wyjaśniła mi Mary. – Większość macior ma tylko dziesięć wydajnych sutków.

W sumie mają po dwanaście, ale przeważnie tylko dziesięć daje mleko. Gdy urodzi się ponad dziesięć prosiąt, któreś zawsze przegrywa – i jest to zazwyczaj cherlak.

Cherlak jest mniejszy niż pozostałe warchlaki i bardzo źle rokuje. Jeśli człowiek go nie zabierze i nie wykarmi, musi umrzeć, gdyż stanowi zagrożenie dla całej świńskiej rodziny.

– Cherlaki wydają taki straszny dźwięk: „Nyn! Nyn! Nyn!” – powiedziała mi Mary. – To po prostu straszne. I przywabia drapieżniki. Dlatego maciora często zagryza takiego prosiaka, żeby przestał kwiczeć. Ale czasami nie jest w stanie stwierdzić, który to. Może się zdarzyć, że zagryzie zdrowego albo podepcze kilka zdrowych, starając się złapać właściwego. To nie jej wina i nie można mieć jej tego za złe. Cherlak dezorganizuje cały miot.

Co roku na farmie zdarzały się jeden lub dwa cherlaki. George zabierał je do domu i karmił kozim mlekiem. Dzięki takiej opiece zwykle przeżywały. Ale w 1990 roku, kiedy przyszło na świat ponad dwieście prosiąt, trafiło się co najmniej osiemnaście cherlaków – George i Mary musieli wydzielić dla nich w chlewiku specjalny kojec.

Christopher Hogwood okazał się cherlakiem pośród cherlaków. Był najmniejszy – o połowę mniejszy od pozostałych. Jest wyjątkowym pieszczochem, opowiadała nam Mary, ma ogromne uszy, białe i czarne łaty, i czarną łatę na oku, jak Spuds MacKenzie[1], ten bulterier z reklamy piwa. Ale Mary uważała, że padnie. Bardziej humanitarnie będzie go zabić, przekonywała, niż pozwolić, by cierpiał. George powiedział jednak – często to powtarzał – że gdzie jest życie, jest i nadzieja. A prosiak jakoś się trzymał.

Ale nie rósł.

Ponieważ świnie dość często mają robaki, George i Mary zaaplikowali prosiętom leki zwalczające pasożyty, w nadziei, że dzięki temu cherlaki urosną.

– Środek na robaki mu nie pomógł – powiedziała nam Mary. – Prosiak cierpiał pewnie na wszystkie choroby, jakie można złapać w chlewiku: robaki, różyczkę, rhinopneumonitis, czyli herpeswirusowe zapalenie jamy nosowej i płuc. A mimo to nie umarł. Po prostu nie!

Mówili na niego Cętkowane Coś. Choć nie padł, było mało prawdopodobne, że znajdzie się ktoś, kto go kupi. Ludzie zwykle kupują prosięta w kwietniu – aby nieco je podtuczyć, zanim trafią do chłodni – kiedy ważą dwadzieścia, trzydzieści kilogramów. Christopher ważył siedem.

Mary suszyła głowę George’owi.

– Musisz zabić tego prosiaka.

George zabrał zwierzątko na kupę gnoju z zamiarem skrócenia jego cierpień szybkim uderzeniem szpadla w głowę. Ale kiedy na nie spojrzał – kiedy zobaczył jego wzruszające oczy, wielkie oklapnięte uszy i godną podziwu wolę życia – nie potrafił tego zrobić.

– Wysyłałam go z piętnaście razy – wspominała Mary.

W końcu George odmówił.

– Sama go sobie zabij!

Mary wzięła szpadel i zaprowadziła łaciatego cherlaka na kupę obornika. Ale także nie dała rady.

I wtedy zadzwoniła do mojego męża, Howarda. Byłam wówczas w Wirginii.

– Nie mogę uwierzyć, że proponuję ci coś, co zrujnuje ci życie – zaczęła.

Czy zajmiemy się chorym prosiakiem?

Dążyłam do wypełnienia domu wszelkiego rodzaju osieroconymi zwierzętami, a Howard nieustannie z tym walczył. Nie pozwalał mi chodzić do okolicznych schronisk, ale zdążyliśmy adoptować dwie papugi: zaniedbaną nimfę i zagrożoną bezdomnością rozellę. Kiedy właściciele naszego domu przenieśli się do Paryża, zajęliśmy się ich przemiłą szaro-białą kotką Miką, która podczas naszych spacerów chodziła za nami jak pies i przybiegała na zawołanie. Mieliśmy także dwie nierozłączki o brzoskwiniowych główkach, ale została nam jedna. Kiedy naszym zwierzętom przydarzało się coś złego, zwykle nie było mnie w domu. Któregoś ranka, gdy zajmowałam się tatą w Wirginii, Howard znalazł samczyka, Gladstone’a, martwego na dnie klatki. Jakby to było nie dość przykre, przyjrzawszy się bliżej, zauważył, że głowa ptaszka zniknęła. Samiczka, Peapack, siedziała spokojnie na żerdzi. Zmieniliśmy jej imię na Tonton Macoute[2].

To, że często podróżuję – czasami na wiele miesięcy zaszywam się w jakiejś dżungli, żeby zbierać materiały do książek albo artykułów prasowych – stanowiło jeden z argumentów Howarda przeciwko przygarnianiu kolejnych zwierząt. Raz pojechałam do Australii, gdzie przez pół roku mieszkałam pod namiotem w buszu i badałam emu. Kiedy wyjeżdżałam, mieliśmy pięć fretek. Gdy wróciłam, zastałam ich osiemnaście – i wszystkie młode gryzły się jak opętane, dopóki nie udało mi się ich okiełznać dzięki nieustannemu noszeniu blisko ciała, pod koszulką (słowo „włosienica” nabrało dla mnie nowego znaczenia). Howard, co zrozumiałe, nie chciał znów zostać sam z całą arką Noego, której pasażerowie pod moją nieobecność z pewnością zwariują, zaczną się masowo rozmnażać lub wzajemnie dekapitować.

– W zwyczajnych okolicznościach nie przekazałbym jej twojej propozycji – powiedział Howard do Mary. – Ale jej ojciec umiera i może to nie jest taki zły pomysł.

Howard wiedział, że jeśli cokolwiek może ukoić moją duszę, to jest to zwierzę. Zawsze czułam się lepiej w towarzystwie zwierząt niż wśród ludzi; ciągnie mnie do nich tak mocno, że niektórych to niepokoi. W Indiach wyskoczyłam kiedyś z jadącej ciężarówki, żeby pogłaskać trzymetrowego dzikiego pytona. (Przerażeni współpasażerowie patrzyli, jak gładzę węża, on zaś odwrócił głowę i spojrzał na mnie życzliwie).

Kilku znajomych sugerowało, nie zawsze w żartach, że jestem półzwierzęciem. I nie tylko oni: kiedy podróżowałam po świecie, szamani i wróżbiarze powtarzali mi raz za razem, że mam bardzo starą duszę, ale to moje pierwsze ludzkie wcielenie.

To chyba prawda. Zawsze wiedziałam, że jestem inna. Czasami zachowywałam się z tego powodu nieśmiało i czułam się wśród ludzi niezręcznie, jakbym ich śmieszyła. (Prawdopodobnie dlatego, że dość często nimfa, która siedziała mi na głowie, gdy pracowałam, akurat zrobiła kupę). Ale jestem inna także wewnętrznie. Podczas gdy pozostali myślą o nowej kuchni czy rejsie na Karaiby albo o tym, czy ich dziecko wygra mecz piłki nożnej, lub o tym, co włożyć na przyjęcie, ja zastanawiam się, co czuje opos, gdy zwiesza się na ogonie z gałęzi, albo czy żółw jaszczurowaty, który w zeszłym roku próbował złożyć jaja na naszym podwórku, wróci tej jesieni.

Jako nie do końca ludzkie stworzenie wśród osobników o wiele lepiej czujących się w swojej skórze, zawsze miałam wrażenie, że między mną a „bardziej normalnymi” ludźmi jest przepaść. Tamtego szarego wiosennego dnia ani Howard, ani ja nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w leżącym na moich kolanach pudełku po butach wieziemy istotę, która przerzuci nad tą przepaścią most, choć nawet nie śniłam, że to możliwe. Ponieważ Christopher Hogwood miał na wiele sposobów udowodnić, że jest bardziej ludzki niż ja.

Ludzie chcieli wiedzieć, co zrobimy ze świnią. Szybko ich zapewniliśmy, że Christopher z pewnością nie trafi do chłodni. Ja jestem wegetarianką, Howard Żydem.

Oczywiście, że kochaliśmy świnie – kto ich nie kocha? Czy jest coś bardziej radosnego i podnoszącego na duchu? Wszystko w świniach sprawia, że człowiekowi chce się głośno śmiać: sposób, w jaki potrafią nieść swoje grubiutkie sadełko, wdzięcznie drobiąc na czubkach raciczek, skręty ich ogonków, nieprawdopodobna, niezwykle funkcjonalna ruchliwa tarczka ryja, ogromna, dzika rozkosz, jaką sprawia im jedzenie. Ale niewiele o nich wiedzieliśmy.

Kiedy jako sześcioletnia dziewczynka odwiedziłam z rodzicami mamę mojej mamy w Arkansas, spędziłam błogie popołudnie z chłopcem, który włóczył się po okolicy z całym chlewikiem swojego ojca. Świnie były duże i różowe i wydawały wspaniałe, przejmujące dźwięki. Zafascynowały mnie. Chyba uznałam je za coś w rodzaju koni (nie takie znów złe trafienie, jedne i drugie to ssaki kopytne – choć niedawne badania genetyczne wykazały, że konie są w zasadzie bliżej spokrewnione z psami niż ze świniami), ponieważ natychmiast wskoczyłam na grzbiet jednej z nich, tak jakbym dosiadała kucyka. Świnia wspaniałomyślnie pozwoliła mi na sobie jeździć. Mieszkańcy niewielkiego zakurzonego miasteczka Lexa długo mieli o czym gadać. Była to mieścina plantatorów bawełny, gdzie nie zdarzały się bardziej ekscytujące rzeczy; trudno uwierzyć, że dorastała tam moja olśniewająca matka. Później ów chłopiec nadał świni moje imię. Tak rozkoszowałam się tym zaszczytem, że choć nigdy się już nie spotkaliśmy, do dziś pamiętam, jak się nazywał; podobnie jak on, mimo że minęły cztery dekady, z pewnością pamięta moje imię – w końcu powtarzał je codziennie przez całe życie tamtej świni.

Od tego czasu moje doświadczenie ze świniami ograniczało się do wizyt u George’a i Mary i w chlewikach na lokalnych festynach rolniczych, raz spotkałam się też z wielkim brązowym knurem Benem należącym do naszego sąsiada. Niestety, wkrótce po tym spotkaniu Ben trafił do chłodni.

Mój mąż wydawał się gotowy na powiększenie rodziny. Wybrał już imię dla Cętkowanego Czegoś. Cherlak miał zostać nazwany na cześć propagatora muzyki dawnej. Ten pierwszy Christopher Hogwood był teoretykiem muzyki, dyrygentem i wskrzesicielem Academy od Ancient Music.[3] Howardowi i mnie często zdarzało się pisać przy akompaniamencie dyrygowanych przez niego koncertów w National Public Radio. Jego imię i nazwisko wydawały się odpowiednie z wielu powodów. Upodobanie świń do muzyki klasycznej jest dobrze znane; wielu hodowców starej daty gwizdało w chlewikach, żeby uspokoić zwierzęta. A jak lubi mawiać Howard – czy istnieje muzyka dawniejsza niż chrumkanie świni?

Ale pierwszej nocy Christopher Hogwood nie chrumkał. Oddychał ciężko i chrapliwie. Miał rozbiegane oczy, niespokojnie poruszał ogonem. A my nie mieliśmy żadnego lekarstwa. Nie mieliśmy nawet odpowiedniego chlewika. Nie wiedzieliśmy, ile pożyje. Nie wiedzieliśmy, jak duży urośnie. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, w co się wpakowaliśmy.

Jak długo żyją świnie? Często słyszeliśmy to pytanie, a nasza odpowiedź zawsze wszystkich szokowała: sześć miesięcy. Większość świń hoduje się na mięso i zarzyna w młodym wieku, dosłownie, to znaczy: kiedy tylko osiągną wagę mniej więcej stu kilogramów. Nieliczne szczęśliwe maciory i knury rozpłodowe dożywają kilku lat, ale zwykle są zabijane, gdy spada ich produktywność. Sześcio- czy siedmioletnie knury idą pod nóż, ponieważ stają się tak ciężkie, że mogłyby zmiażdżyć młode maciory, a to one mają najliczniejsze mioty.

Świnia zwisłobrzucha

Niewielu ludzi trzyma świnie w charakterze zwierzątek domowych. Ci, którzy to robią, zwykle mają wietnamskie świnie zwisłobrzuche. Wietnam, w którym populacja świń sięga 11,6 miliona (jest najwyższa w całej Azji Południowo-Wschodniej), poradził sobie z ograniczeniami terytorialnymi przez wyhodowanie niezwykle małych odmian – ale „mały” to w przypadku tych zwierząt pojęcie dość względne. Dojrzała, czyli mniej więcej pięcioletnia świnka wietnamska waży zazwyczaj około siedemdziesięciu kilogramów. Naukowcom udało się wyhodować w celach doświadczalnych jeszcze mniejszą odmianę tego gatunku – mikroświnie, które ważą najwyżej trzydzieści kilogramów, mają czterdzieści centymetrów wzrostu i można trzymać je w domu. Ale wiele świń sprzedawanych jako przedstawiciele małej odmiany okazuje się mieszańcami i ku przerażeniu właścicieli szybko wyrasta z miniaturowych rozmiarów, po czym zasila schroniska takie jak Pigs without Partners (w Los Angeles) czy Lil’ Orphan Hammies (w Solvang w Kalifornii). Nawet te, które nie rosną, mogą stać się nie lada problemem. Pewna znajoma musiała oddać swoją świnkę wietnamską, samca, ponieważ gryzł za każdym razem, kiedy uznał, że ona albo jej mąż zajmują zbyt dużo miejsca w ich wspólnym łóżku.

Christopher Hogwood nie był świnką wietnamską, ale istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że – jak obiecywała Mary – nie urośnie zbyt duży. Tej pierwszej nocy nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, że to drące się, wychudzone coś kiedykolwiek wyrośnie z pudełka na buty, w którym przywieźliśmy je do domu. Nie umieliśmy patrzeć aż tak daleko – a ja nawet nie chciałam. Tamtej wiosny co rano budziłam się smutna, bo każdy dzień przybliżał mnie do śmierci ojca.

Ledwo mogłam sobie pozwolić na nadzieję, że Christopher przeżyje tę noc.

Christopher Hogwood pojawia się w domu – jako dziecko przed naszą stodołą

2. Kupowanie farmy

Bardzo długo każdy poranek wyglądał tak samo. Świadomość wyłaniała się ze snu niczym powolna choroba. Przez chwilę zastanawiałam się mętnie, co jest nie tak. Potem do mnie docierało – rak ojca, zbliżający się deadline na książkę, dom, który mieliśmy stracić – i leżałam nieruchomo, jakby przygnieciona tym ciężarem. I co teraz? pytałam się w myślach. Nie chciałam wstawać.

Aż do dnia, kiedy po przebudzeniu przypomniałam sobie o prosiaku w stodole.

Z początku myślałam, że będzie spał z nami w łóżku. Howard zaprotestował – prawdopodobnie dlatego, że świnka przeciekała od tyłu. Upierał się, że Chris nie powinien mieszkać w domu. I bez tego kiepska była ze mnie gospodyni.

Dlatego tę pierwszą noc Christopher Hogwood spędził na parterze stodoły. Przygotowaliśmy mu przytulne gniazdko. Nie mieliśmy boksów, ale cóż to za kłopot: jednym z uroków starych stodół jest to, że stanowią ogromne składowiska narzędzi rolniczych i ogrodniczych, porzuconych sprzętów murarskich, kawałków płotów i innych zabytkowych bogactw odziedziczonych po poprzednich właścicielach i ich zwierzętach. Nasza trzypoziomowa stodoła skrywała między innymi takie skarby jak tablice rejestracyjne z New Hampshire z różnych epok, przedpotopowe koło od wozu, granitowy kamień młyński, obity cyną pojemnik na ziarno, przeróżnej wielkości okna, drzwi i moskitiery, zwoje siatki dla kur i indyków, stosy drewnianych palet, sterta metalowych słupków, prześmiewczy plakat z lat osiemdziesiątych wzorowany na tym z Przeminęło z wiatrem (Margaret Thatcher w ramionach Ronalda Reagana), oprawiona reprodukcja Mony Lisy oraz sedes turystyczny. W takiej kolekcji można znaleźć jeśli niezupełnie to, czego się potrzebuje, to przynajmniej coś, co się nada.

Pomogła nam Gretchen. Hodowała organiczne warzywa, koty syjamskie i kuce connemara na nieurodzajnej ziemi w sąsiednim miasteczku i była ekspertem w robieniu czegoś z byle czego: spała na piankowym materacu, który upolowała na wysypisku („Zanim zmoczył go deszcz!”, chwaliła się). Kamienna podmurówka stodoły miała posłużyć za jedną ze ścian kojca, a dwoje starych drzwi postawionych na dłuższej krawędzi i podpartych betonowymi pustakami utworzyło tymczasowy tył i drugi bok. Stodoła miała wprawdzie solidne rozsuwane drzwi, ale podłoga zmurszała, więc prosiak z łatwością mógłby się pod nimi przeczołgać i uciec. Gretchen jednak od razu wiedziała, co zrobić. Przed wejściem do prowizorycznego chlewika położyła deski, do których, o dziwo, doskonale pasowały palety. Voilà: jedno skrzydło wysokiej na metr bramy. Druga połowa powstała z kolejnej palety, przywiązanej sznurem do jednej z belek stodoły – i wrota były gotowe.

Rozsypaliśmy dwa worki czystych trocin na brudnej podłodze. Za legowisko posłużyło kilka naręczy pachnącego siana. I tam, tej pierwszej nocy, kiedy klęczałam przy tej maleńkiej łaciatej istotce, głaskałam ją i całowałam, Christopher Hogwood wepchnął nos w siano, podciągnął pod siebie nóżki i niemal natychmiast zasnął.

A mimo to martwiłam się o niego całą noc. Co, jeśli mu się pogorszy? Czy będzie nas stać na opłacenie wysokich rachunków za weterynarza, przy moim ciągłym lataniu do Wirginii? Albo gorzej – co, jeśli znajdę w sianie martwe małe ciałko? Wyszłam z domu jeszcze w koszuli nocnej, żeby zobaczyć, co u niego. Zdążyłam już, uświadomiłam sobie, pokochać go tak mocno, że mnie to przerażało.

Zwierzęta zawsze były dla mnie odskocznią, bratnimi duszami; utożsamiałam się z nimi. Kiedy tylko nauczyłam się mówić, zaczęłam informować ludzi, że tak naprawdę jestem psem. Potem przez całe lata przekonywałam wszystkich, że jestem koniem. Ojciec musiał nazywać mnie konikiem, zabierać na niekończące się przejażdżki i całymi godzinami cierpliwie gapić się ze mną na zwierzęta w ogrodach zoologicznych. Kiedy jako niespełna dwuletnie dziecko wdreptałam do zagrody hipopotama we frankfurckim zoo, ten ani mnie nie stratował, ani nie pogryzł, tylko – jak większość zwierząt, które spotykałam – potraktował, jakbym należała do stada. Ważki, motyle i dzikie ptaki przysiadały mi na ramionach. Żuki i pająki łaziły po mnie do woli. Wolałam przebywać z nimi niż z innymi dziećmi, które wydawały mi się hałaśliwe i nieobliczalne.

Kiedy dorosłam na tyle, by się nad tym zastanowić, zdałam sobie sprawę, że rozumiem zwierzęta w odmienny sposób niż pozostali ludzie, prawdopodobnie dlatego, że byłam wystarczająco cierpliwa, by je obserwować i zauważyć, jakie są ciekawe i fascynujące. Być może otwierały się przede mną, bo nie wierciłam się ani nie wrzeszczałam jak moi rówieśnicy. Dorosłych zaskakiwało, kiedy dowiadywali się, że w wieku niespełna trzech lat umiałam wytrzymać nieruchomo na tyle długo, by dało się namalować dwa moje portrety; jeden obraz przedstawiał niemowlę, drugi brzdąca – na obu miałam zadziwiająco intensywne, skupione spojrzenie. Potrafiłam godzinami siedzieć w bezruchu i w milczeniu wpatrywać się w płomień świecy. Ojciec był dumny z mojej zdolności koncentracji. Matka bała się, że jestem opóźniona. Jej obawy się pogłębiły, kiedy poszłam do przedszkola i pierwszego dnia zostałam odesłana do domu, ponieważ pobiłam chłopca, który wyrwał nóżkę kosarzowi. Już wtedy wiedziałam: kosarz i jego rodzina to moje plemię, okrutny chłopiec – nie.

Nie chodzi o to, że nie lubiłam ludzi; niektórzy okazywali się mili i interesujący. Ale nawet ci sympatyczni nie ciekawili mnie ani nie fascynowali tak bardzo jak inne stworzenia. Ludzie byli dla mnie wtedy wyłącznie jednym z miliarda równie zajmujących i pasjonujących gatunków – i tak samo jest teraz. Dzieci były ludźmi i dlatego nigdy mnie do nich nie ciągnęło. Człowiek wydawał mi się stworzeniem raczej przemocowym, a ja zawsze stawałam po stronie słabszych.

Matka wciąż miała nadzieję, że okażę się zwyczajną dziewczynką. Kupowała mi lalki. Odkładałam je na bok. Ale najpierw rozbierałam i stroiłam w ich sukienki małe wypchane kajmany przywiezione przez ojca z Ameryki Południowej. Wychodziłam czasem ze swojego pokoju z wózkiem dla lalek i pokazywałam ubrane w sukienki zębiaste gady przerażonym pułkownikowym i generałowym, które przyszły na brydża albo przyjęcie koktajlowe.

Nie tak moja biedna matka wyobrażała sobie swoją córeczkę. Szyła dla mnie na singerze wymyślne falbaniaste sukienki, które miały pasować do koronkowych skarpetek i lakierków kupowanych w sklepach dla wojskowych. Na ceremonię z okazji awansu męża na generała brygady i przejęcia przez niego dowództwa nad kompleksem Brooklyn Army Terminal wystroiła swoją sześcioletnią blond córeczkę jak tamte lalki, którymi nie chciałam się bawić, dała mi nawet czepek i białe rękawiczki do kompletu – a mnie było przykro, że nie mam sfatygowanych butów jak żołnierze.

Ale czy, koniec końców, nie pomogłam ojcu zdobyć generalskich gwiazdek? Zanim dostał awans, co wieczór odprawialiśmy rytuał: ojciec chodził po krawędzi zielonego perskiego dywanu, a ja siedziałam na jego ramionach i udawałam, że jestem dziewczynką z cyrku, on zaś olbrzymim gorylem balansującym na linie nad jamą pełną węży. Uczył mnie, że należy być dzielną, niczego się nie bać i łaknąć szalonych przygód. Wierzyłam, że ćwiczymy przed naszymi wspólnymi przygodami. Mieliśmy zwiedzić świat – Afrykę, w której mieszkają goryle, i Australię pełną dziwnych, powabnych torbaczy, takich jak kangury i koale. Ale najpierw musiałam dorosnąć, on zaś zamienić orły na pagonach na gwiazdy generalskie. Więc co wieczór przed snem zrywałam z nieba księżyc i gwiazdy i wkładałam je do kieszeni jego munduru, i całowałam ojca na dobranoc.

Tego ranka znalazłam Christophera żywego i to stanowiło pocieszający dowód na to, że nie zawsze dzieje się to, co najgorsze. Prosiak chwiał się na nogach; było jasne, że nie jest zdrową świnką. Skóra i kości. Jego ogonek się nie zawijał, tylko zwisał jak wyschnięta pępowina. Ale był silniejszy. I nawet nie sprawiał wrażenia, że czuje się samotny. Dzikie świnie są towarzyskie, żyją w watahach, które liczą zwykle około dwudziestu osobników (a czasami nawet ponad sto). Podobnie jak w przypadku słoni na stado składają się dwie lub trzy rodziny – czyli matki z dziećmi – które wspólnie się przemieszczają, bawią, żerują i odpoczywają i które trzymają się razem aż do okresu godowego (gdy samotne samce zaczynają walczyć o samice, łączą się z nimi w pary, a potem, na szczęście, odchodzą). Na farmach świnie także cieszą się swoim towarzystwem. Na społeczność świń po angielsku mówi się drift[4] – uwielbiam to słowo, przywodzi na myśl grupę zwierząt poruszających się jak jeden organizm, jak chmura przelewająca się na horyzoncie. Świnie przytulają się do siebie podczas snu, a zaniepokojone prosięta przywierają jedno do drugiego tak ściśle, że hodowcy nazywają ten fenomen „kwiczącym superklejem”.

Ale dla Christophera samotna noc musiała być luksusem. Miał tylko dla siebie przestronny, czysty i suchy boks, nikt mu nie przeszkadzał, nie kwiczał nad uchem, nie przepychał się do jedzenia, którego zwykle dla niego nie starczało. I raczej nie tęsknił za matką – w końcu istniało ryzyko, że go zagryzie, jeśli będzie narzekał. Myślę, że ucieczka od rodziny przyniosła mu ulgę.