Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 160 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dobra pustynia - Dorota Kozińska

 

Fabularyzowana relacja z obrzędu przejścia, jakim dla autorki stał się wolontariat w północnym Afganistanie. Choć wyjazd poprzedziły wielomiesięczne studia i konsultacje u znawców regionu, zastana rzeczywistość przerosła wszelkie wyobrażenia. Pracy dwojga polskich nauczycieli w prowincjonalnej szkole oraz ich pobytowi w domu wielopokoleniowej rodziny afgańskiej towarzyszyło silne zderzenie kultur. Narratorka oraz jej partner mieli do wyboru narzucić Afgańczykom swoje wartości lub stanąć z boku i wsłuchać się w głos Innego. Wybrali to drugie. Weszli w odrębne światy kobiet i mężczyzn, w których problem wykluczenia - wbrew obiegowej opinii Zachodu - dotyczy obydwu stron. Powstała opowieść o potrzebie więzi i nadziei, o życiu i śmierci w jednym z najbardziej niebezpiecznych zakątków świata, o tym, że w epoce gwałtownej globalizacji nie można już liczyć na łatwe rozwiązania.

 

Ostatnie miesiące przed wyjazdem spędziłam na żmudnym kompilowaniu podręcznika, którego zawartość nie uraziłaby niczyich uczuć. Zakrywałam zdjęcia przedstawiające roznegliżowane nastolatki w czułych objęciach przystojnych chłopców. Usuwałam czytanki o policjantkach, o przyjaciółkach robiących zakupy w supermarkecie, o projektantach mody i czirliderkach zagrzewających do boju piłkarzy. Zastępowałam je neutralnymi pogadankami o przyrodzie, przepisami na proste potrawy, fragmentami artykułów z czasopism popularnonaukowych. Miałam uczyć dziewczęta - czternastolatki z dobrych, względnie liberalnych domów, które poszły do szkoły w porę i mogły kontynuować edukację bez większych kłopotów, choć niektórzy przechodnie popatrywali krzywo na ich odsłonięte twarze i ozdobione tanimi pierścionkami dłonie. Dziewczęta w miarę beztroskie i pełne nadziei na przyszłość. Miałam też uczyć dorosłe kobiety, którym czarna noc talibów zabrała najpiękniejsze chwile dojrzewania. Latami zamknięte w domach, obarczone wspomnieniem niedawnych okrucieństw, skrzywione lękiem, że podzielą los swoich rówieśnic - upokarzanych, bitych, palonych żywcem przez niekochanych mężów. Żałośnie niezaradne, wąsko myślące, często przepełnione żądzą odwetu. Miałam je wszystkie zarazić swoją zachodnią pogodą ducha, odemknąć im okienko na świat, uświadomić, że mimo różnic kulturowych mamy podobne troski, marzenia i aspiracje. Wspólnota płci dawała mi rękojmię bezpieczeństwa.

Trudniej było oswoić się z myślą, że stanę naprzeciw bandy ciekawskich, nieobliczalnych wyrostków. Urodzonych wojowników, przyszłych panów tej ziemi, gorliwych obrońców swych matek i sióstr. Nie jestem stąd. Nie ma między nami żadnej wspólnoty. Jestem obcą, dziwnie myślącą, mówiącą osobliwym językiem kobietą z Europy.

(fragment)

Opinie o ebooku Dobra pustynia - Dorota Kozińska

Fragment ebooka Dobra pustynia - Dorota Kozińska

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Do­ro­ty Iwa­niuk – któ­rej też już nie ma

Strasz­ne tu bło­to. W le­cie był żół­ty pył, w zi­mie jest sza­re bło­to. Trud­no wstać, jak się upad­nie. Przy­wie­ra do stóp. Ob­le­pia koła. Cią­ży wiel­błą­dom. Sza­re. Lep­kie. Zim­ne.

Nie­dłu­go wio­sna i bę­dzie czer­wo­no. Jak za­kwit­nie pu­sty­nia. Bo za­kwi­tło bło­to. Na czer­wo­no, ale ja­koś ciem­niej i gę­ściej. Bo ja leżę chy­ba. Leżę i roz­kwi­tam. Albo nie ja, tyl­ko bło­to. Na czer­wo­no. Tak.

Zdzi­wio­ny. Wy­sze­dłem przed dom, od razu od­je­cha­li. Wczo­raj było świę­to. Dzi­siaj jest noc. Stu­ka­li do bra­my. Cór­ka za­wo­ła­ła. Ten sam mo­to­cykl co za­wsze. Dwa mi­ga­cze. Je­den stłu­czo­ny. Sa­kwy z ki­li­mu. Na pew­no ten sam.

Tego dru­gie­go męż­czy­zny nie znam. Pierw­sze­go znam. Nosi tur­ban jak muł­ła. Nie lu­bię muł­łów, nie pój­dę do me­cze­tu. Ma bia­ły szal­war ka­miz. Bie­lu­teń­ki jak śnieg. Bia­ły. Kie­dy od­jeż­dża­li, zro­bił się czer­wo­ny. Jak bło­to pode mną.

Dla­cze­go pode mną? Prze­cież ja sto­ję. Nie. Nie sto­ję. Leżę. Po­ło­ży­łem się, jak strze­li­li. A po­tem już ich nie było. Szko­da, bo nie wiem, po co tu przy­je­cha­li. Dziw­nie jest. Zim­no i lep­ko. Te­raz dzie­ci nie chcą do mnie po­dejść, tyl­ko krzy­czą. Albo nie krzy­czą. Po­li­czę do trzech. Zno­wu krzy­czą. Ci­sza. Raz, dwa, trzy. Bir, ikki, ucz. Krzy­czą. Ci­sza. I znów krzy­czą. Jak­by ktoś umie­rał.

Chodź­cie tu bli­żej. Bo ja nie wiem dla­cze­go, ale trud­no wstać. Strasz­ne bło­to do­ko­ła. Strasz­ne, czer­wo­ne bło­to. Zie­mia się otwie­ra. Bło­to czer­wo­ne, a nie kwit­nie. Za gę­sto i za lep­ko. Jak nie wsta­nę, to mnie pod­nie­ście. Dla­cze­go krzy­czy­cie? Raz, dwa, trzy, ci­sza.

Nie chcę do Ma­zar-e Sza­rif. Już by­łem. Przy­wieź­li­śmy wszyst­ko, co trze­ba. Nie krzycz. Po co mamy zno­wu je­chać? Mu­szę po­roz­ma­wiać z tym z mo­to­cy­kla. Tego dru­gie­go nie znam. Pierw­sze­go znam. Dla­cze­go od­je­cha­li? Dla­cze­go bło­to jest czer­wo­ne? Chcę wstać.

Nic nie boli. Nic nie wi­dać. Co­raz gę­ściej. Nio­są, ko­ły­szą, krzy­czą. Bo nie mogę wstać. Te­raz to już na­wet nie chcę. Po­cze­kam. Słu­cham. Ser­ce pom­pu­je krew. Dla­te­go bło­to jest czer­wo­ne. Dla­te­go roz­kwi­tło. Le­ka­rze bie­ga­ją. Raz, dwa, trzy, krzyk, ci­sza. Krew krą­ży. Raz, dwa, trzy. Bir, ikki, ucz. Ci­sza. Asy­sto­lia, mó­wią. Ja­kie pięk­ne sło­wo. Nie znam. Krew nie krą­ży. Raz, trzy, dwa. Bir, ucz, ikki. Ci­sza. Krzyk. Bar­dzo gę­sty i bar­dzo czer­wo­ny.

Śmierć. Ład­ne sło­wo. Po per­sku marg. A ja chcę po uz­bec­ku. Je­stem Uz­be­kiem. Marg. Śmierć. De­ath. Nie pa­mię­tam. Ci­sza. Krzyk, krzyk. Ci­sza. Dłu­ga taka. Gę­sta. Czer­wo­na. Czar­na. Tak.

Po­nie­dzia­łek, 19 lu­te­go 2007 roku

Miej­sco­wy dzia­łacz spo­łecz­ny, dzien­ni­karz i współ­pra­cow­nik nie­miec­kiej or­ga­ni­za­cji po­za­rzą­do­wej zo­stał za­strze­lo­ny przez nie­zna­nych spraw­ców w pro­win­cji Far­jab na pół­noc­nym za­cho­dzie Afga­ni­sta­nu, do­nio­sły w po­nie­dzia­łek tu­tej­sze wła­dze.

W so­bo­tę dwóch uzbro­jo­nych męż­czyzn na mo­to­cy­klu otwo­rzy­ło ogień do dzien­ni­ka­rza przed jego do­mem w And­choj, po­wie­dział za­rząd­ca pro­win­cji Ab­dul La­tif Ibra­hi­mi.

Nie wia­do­mo, czy na­past­ni­cy na­le­że­li do ja­kiejś bo­jów­ki. Śledz­two jest w toku, po­in­for­mo­wał Ibra­hi­mi. Jak do­tąd żad­ne ugru­po­wa­nie nie wzię­ło na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści za za­mach.

W ze­szłym roku nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ni męż­czyź­ni za­strze­li­li w pół­noc­nej pro­win­cji Ba­gh­lan dwo­je dzien­ni­ka­rzy nie­miec­kich. Mie­siąc temu upro­wa­dzo­no wło­skie­go re­por­te­ra w pro­win­cji Hel­mand. Po trzech ty­go­dniach zo­stał zwol­nio­ny przez po­ry­wa­czy.

Bo­jow­ni­cy ostrze­ga­ją dzien­ni­ka­rzy, by nie roz­po­wszech­nia­li żad­nych in­for­ma­cji o ofia­rach bez po­ro­zu­mie­nia z od­dzia­ła­mi ta­li­bów.

Źró­dło: agen­cja Xin­hua

1

A kto po­wie­dział, że się nie ba­li­śmy? Ba­li­śmy się oby­dwo­je, każ­de na swo­im koń­cu Pol­ski, każ­de po swo­je­mu, mniej lub bar­dziej or­ga­nicz­nie. Lę­ka­li­śmy się o sie­bie sa­mych i sie­bie na­wza­jem. Mie­li­śmy spę­dzić wie­le ty­go­dni jak sku­ci ra­zem ska­zań­cy, któ­rzy ucie­kli z kon­wo­ju i zna­leź­li się na zu­peł­nie ob­cym te­re­nie.

Nikt nas ze sobą nie po­znał. Jed­no miesz­ka­ło we Wro­cła­wiu, dru­gie w War­sza­wie. On prze­czy­tał ogło­sze­nie w in­ter­ne­cie, mnie do­szły wie­ści od jed­ne­go z po­my­sło­daw­ców przed­się­wzię­cia. Po­szu­ku­je­my wo­lon­ta­riu­szy. And­choj, pro­win­cja Far­jab, pół­noc­no-za­chod­ni Afga­ni­stan, tuż pod gra­ni­cą turk­meń­ską. Względ­nie bez­piecz­nie. Oko­ło set­ki mło­dzie­ży w wie­ku li­ce­al­nym. Na­uka an­giel­skie­go na po­zio­mie in­ter­me­dia­te i ob­słu­gi pa­kie­tu Win­dows. W ści­słej współ­pra­cy z jed­ną z nie­miec­kich or­ga­ni­za­cji po­za­rzą­do­wych. Nie ma się cze­go oba­wiać, Niem­cy mają do­świad­cze­nie.

Ale my nie.

Spra­wy po­to­czy­ły się jak la­wi­na. Pro­po­zy­cję do­sta­łam w mar­cu 2006 roku, kurs w And­choj miał ru­szyć na po­cząt­ku sierp­nia. W lip­cu za­dzwo­nił mój part­ner z Wro­cła­wia. Oby­dwo­je miesz­ka­li­śmy przy uli­cy o tej sa­mej na­zwie, tyl­ko w in­nych mia­stach. Oby­dwo­je ufa­li­śmy, że to zbieg oko­licz­no­ści, a nie żart któ­re­goś z or­ga­ni­za­to­rów. Resz­ty o so­bie mie­li­śmy się do­wie­dzieć na miej­scu.

Kie­dy 27 grud­nia 1979 roku roz­po­czę­ła się ope­ra­cja Sztorm-333, mia­łam nie­speł­na szes­na­ście lat. Wciąż by­łam na tyle dzie­cin­na, że aneg­do­ta o bu­fe­to­wej z baru mlecz­ne­go, któ­ra w od­po­wie­dzi na upo­rczy­we py­ta­nia „czy są Ru­skie w Ka­bu­lu?”, wy­sta­wi­ła w okien­ku ta­blicz­kę z na­pi­sem „ru­skich w ka­bu­lu nie ma”, śmie­szy­ła mnie do łez. Ale by­łam już na tyle do­ro­sła, żeby pa­mię­tać wcze­śniej­szą o pół­to­ra roku re­wo­lu­cję kwiet­nio­wą, w któ­rej zgi­nął pre­zy­dent Mo­ham­mad Daud. Wła­dzę prze­ję­ła wów­czas Lu­do­wo-De­mo­kra­tycz­na Par­tia Afga­ni­sta­nu. Re­la­cje z póź­niej­szych wy­da­rzeń do­cie­ra­ły do Pol­ski w strzę­pach, od­po­wied­nio zresz­tą spre­pa­ro­wa­ne przez pro­pa­gan­dę ra­dziec­ką. Mało kto wie­dział o ist­nie­niu w LDPA co naj­mniej dwóch frak­cji: umiar­ko­wa­nych par­cza­mi­stów, zwa­nych szy­der­czo „Kró­lew­ską Par­tią Ko­mu­ni­stycz­ną”, oraz chal­ki­stów, zwo­len­ni­ków ra­dy­kal­nej re­wo­lu­cji lu­do­wej. Pra­wie nikt nie wie­dział, że w skład Par­cza­mu wcho­dzi­ła przede wszyst­kim in­te­li­gen­cja: Pasz­tu­no­wie z ple­mie­nia Dur­ra­nii przed­sta­wi­cie­le mniej­szo­ści ta­dżyc­kiej. Dzia­ła­cze Chal­ku z ko­lei re­kru­to­wa­li się spo­śród pasz­tuń­skich Ghil­za­jów, soli zie­mi afgań­skiej, sy­nów pa­ste­rzy i wie­śnia­ków. Par­cza­mi­ści mó­wi­li w dari, ję­zy­ku per­skiej dy­na­stii Sa­sa­ni­dów. Chal­ki­ści po­słu­gi­wa­li się pasz­to, mową ko­czow­ni­ków z po­łu­dnia.

Na­wet w Mo­skwie nie prze­wi­dzia­no, że afgań­scy ko­mu­ni­ści aż tak się za­pa­lą do mark­si­stow­skich re­form. Rów­no­cze­śnie z od­dłu­że­niem hi­po­tek i wpro­wa­dze­niem po­wszech­ne­go obo­wiąz­ku szkol­ne­go za­czę­ły się czyst­ki mniej­szo­ści szy­ic­kiej, prze­śla­do­wa­nia du­chow­nych mu­zuł­mań­skich, eks­ter­mi­na­cja he­rac­kich i ka­bul­skich Ży­dów. W mar­cu 1979 roku, po ma­sa­krze w wio­sce Ke­ra­la, re­be­lię wsz­czął Isma­el Chan, były ofi­cer ar­mii afgań­skiej. W nie­dłu­gim cza­sie za­jął He­rat. Zgi­nę­li wte­dy Ro­sja­nie. Ra­dziec­kie migi zbom­bar­do­wa­ły mia­sto. Zgi­nę­ły dzie­siąt­ki ty­się­cy cy­wi­lów. Ko­mu­ni­ści afgań­scy po­na­wia­li proś­by o wspar­cie woj­sko­we. Mo­skwa dała im wszyst­ko – z wy­jąt­kiem bro­ni che­micz­nej i śmi­głow­ców.

Ter­ror na­ra­stał. Nie­mal całą eli­tę in­te­lek­tu­al­ną wy­mor­do­wa­no lub zmu­szo­no do emi­gra­cji. W sierp­niu afgań­scy taj­nia­cy do­ko­na­li ma­sa­kry trzy­stu Ha­za­rów po­dej­rza­nych o współ­pra­cę z po­wstań­ca­mi. Po­ło­wę żyw­cem po­grze­ba­no, po­ło­wę żyw­cem spa­lo­no. Za­czę­ła się woj­na do­mo­wa.

Nikt w Pol­sce nie wie­dział, jak da­le­ko za­szedł kon­flikt w ło­nie sa­mej LDPA. Pre­mier Mu­ham­mad Nur Ta­ra­ki, chal­ki­sta i je­den z przy­wód­ców re­wo­lu­cji kwiet­nio­wej, zgi­nął 14 wrze­śnia, praw­do­po­dob­nie za­du­szo­ny po­dusz­ką przez po­plecz­ni­ków Ha­fi­zul­la­ha Ami­na, czło­wie­ka nu­mer dwa we frak­cji Chalk. Po ko­lej­nej re­wo­lu­cji, zwa­nej tym ra­zem pa­ła­co­wą, Amin zo­stał prze­wod­ni­czą­cym Rady Re­wo­lu­cyj­nej Afga­ni­sta­nu i 25 grud­nia po­pro­sił Zwią­zek Ra­dziec­ki o brat­nią in­ter­wen­cję. In­wa­zja za­czę­ła się zresz­tą już po­przed­niej nocy.

Dwa dni póź­niej funk­cjo­na­riu­sze spec­na­zu w prze­bra­niu żoł­nie­rzy afgań­skich wtar­gnę­li do pa­ła­cu pre­zy­denc­kie­go, za­bi­ja­jąc Ami­na i jego dwu­stu gwar­dzi­stów. ZSRR wy­niósł do wła­dzy par­cza­mi­stę Ba­bra­ka Kar­ma­la, se­kre­ta­rza ge­ne­ral­ne­go KC par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, prze­mia­no­wa­nej na Afgań­ską Lu­do­wo-De­mo­kra­tycz­ną Par­tię Jed­no­ści.

Czte­rej star­cy z Mo­skwy – Breż­niew, Usti­now, An­dro­pow i Gro­my­ko – chcie­li upiec dwie pie­cze­nie przy jed­nym ogniu: zdła­wić par­ty­zant­kę i po­zbyć się ra­dy­ka­ła Ami­na. Ża­den z nich nie wie­dział, że spy­cha­ją Zwią­zek Ra­dziec­ki w prze­paść. Woj­na trwa­ła dzie­więć lat. W 1982 roku Ro­sja­nie za­czę­li roz­py­lać ze śmi­głow­ców na­palm. Zrzu­ci­li nad Afga­ni­sta­nem kil­ka­dzie­siąt mi­lio­nów min prze­ciw­pie­chot­nych. Za­tru­li wie­śnia­kom stud­nie. Czte­ry lata póź­niej sy­tu­acja wy­mknę­ła się spod kon­tro­li. W 1986 roku od­su­nię­to od wła­dzy Kar­ma­la. Za­stą­pił go Mo­ham­mad Nad­żi­bul­lah. Gi­gan­tycz­ny od­wrót ar­mii ra­dziec­kiej trwał na­stęp­ne trzy lata. Ko­mu­ni­ści afgań­scy upa­dli do­pie­ro w roku 1992, kie­dy uz­bec­kie od­dzia­ły Ab­du­la Ra­szy­da Do­stu­ma prze­szły na stro­nę opo­zy­cji.

W 1993 roku pre­mie­rem zo­stał Gul­bud­din Hek­ma­tjar. Bo­ha­ter­ski mu­dża­he­din, po­tęż­ny sza­farz po­mo­cy woj­sko­wej do­star­cza­nej z Za­cho­du i z kra­jów arab­skich, fun­da­men­ta­li­sta mu­zuł­mań­ski. Za­chód stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie Afga­ni­sta­nem. Przy­czy­ną mia­ła być utra­ta wpły­wów wśród by­łych bo­jow­ni­ków. Wy­bu­chła ko­lej­na woj­na do­mo­wa, w któ­rej Ka­bul ucier­piał bar­dziej niż War­sza­wa w Po­wsta­niu. W 1996 roku ta­li­bo­wie – do nie­daw­na człon­ko­wie jed­nej z wie­lu nie­for­mal­nych or­ga­ni­za­cji pla­nu­ją­cych wpro­wa­dze­nie w Afga­ni­sta­nie ustro­ju opar­te­go na pra­wie ko­ra­nicz­nym – do­pa­dli i za­mor­do­wa­li Nad­żi­bul­la­ha, prze­by­wa­ją­ce­go od czte­rech lat na te­re­nie przed­sta­wi­ciel­stwa ONZ w Ka­bu­lu. Wkrót­ce kon­tro­lo­wa­li już nie­mal cały kraj – z wy­jąt­kiem sta­no­wisk ar­mii ta­dżyc­kiej pod do­wódz­twem le­gen­dar­ne­go ko­men­dan­ta mu­dża­he­di­nów Ah­ma­da Sza­cha Ma­su­da. W paź­dzier­ni­ku 2001 roku, po uda­nym za­ma­chu na Ma­su­da 9 wrze­śnia i póź­niej­szym o dwa dni ata­ku na WTC, siły NATO roz­po­czę­ły in­ter­wen­cję w Afga­ni­sta­nie. W 2002 roku ogło­szo­no ko­niec re­żi­mu ta­li­bów. W czerw­cu Loja Dżir­ga, czy­li afgań­skie Zgro­ma­dze­nie Na­ro­do­we, ob­ra­ło na pre­zy­den­ta po­pie­ra­ne­go przez Za­chód Pasz­tu­na Ha­mi­da Ka­rza­ja. Zwy­cię­ska ko­ali­cja za­de­kla­ro­wa­ła od­bu­do­wę kra­ju z dwu­dzie­sto­let­nich znisz­czeń wo­jen­nych. Rok póź­niej znów coś się po­psu­ło. Or­ga­ni­za­cje po­za­rzą­do­we za­czę­ły się po­wo­li wy­co­fy­wać z te­re­nów znaj­du­ją­cych się pod wła­dzą lo­kal­nych wa­taż­ków.

Nikt nie wie, co bę­dzie da­lej.

W 1979 roku przy­najm­niej wie­dzie­li­śmy, co to jest sos ka­bul. W wy­da­nym kil­ka lat temu słow­ni­ku wy­ra­zów ob­cych zna­la­złam pod tym ha­słem dość szcze­gó­ło­wy opis sosu cum­ber­land.

Przy­szedł czas, kie­dy bu­fe­to­wa mo­gła już z czy­stym su­mie­niem wy­sta­wiać ta­blicz­kę „ru­skich w ka­bu­lu nie ma”. Wy­szli 15 lu­te­go 1989 roku. Koń­czy­ła się zim­na woj­na. Zwią­zek Ra­dziec­ki wa­lił się w gru­zy. Po­grzeb Imre Na­gya za­po­cząt­ko­wał zmia­ny ustro­jo­we na Wę­grzech, upadł mur ber­liń­ski, w Cze­cho­sło­wa­cji ro­ze­gra­ła się ak­sa­mit­na re­wo­lu­cja. W Pol­sce Mag­da­len­ka, Okrą­gły Stół, wresz­cie wol­ne wy­bo­ry 4 czerw­ca.

I wciąż żywa pa­mięć wy­da­rzeń, któ­re do­pro­wa­dzi­ły do 13 grud­nia 1981 roku. I pa­mięt­na pio­sen­ka z re­fre­nem „wej­dą – nie wej­dą”. Nie we­szli. Nie star­czy­ło­by im sił. Dwa lata wcze­śniej ugrzęź­li w Afga­ni­sta­nie.

Do walk z „du­cha­mi” rzu­ci­li prze­szło pół mi­lio­na żoł­nie­rzy. Po­le­gły dzie­siąt­ki ty­się­cy. W skru­pu­lat­nych wy­li­cze­niach strat w sprzę­cie woj­sko­wym fi­gu­ru­je mię­dzy in­ny­mi 147 czoł­gów i 1314 trans­por­te­rów opan­ce­rzo­nych.

Cio­sy wy­mie­rza­ne przez kra­je by­łe­go blo­ku wschod­nie­go tyl­ko przy­śpie­szy­ły ago­nię czer­wo­ne­go niedź­wie­dzia. I tak by zdechł. Z krę­go­słu­pem prze­trą­co­nym w do­li­nie Pandż­szi­ru. Z ła­pa­mi po­ła­ma­ny­mi w prze­gra­nym wy­ści­gu zbro­jeń. Prze­żar­ty ra­kiem ko­rup­cji.

Za pyr­ru­so­we zwy­cię­stwo Afga­ni­stan za­pła­cił mi­lio­na­mi ist­nień ludz­kich. I pła­ci da­lej. Sam nie wie już za co. A to prze­cież nie­speł­na trzy de­ka­dy w dzie­jach ziem, któ­re za­czę­to za­sie­dlać pięć­dzie­siąt ty­się­cy lat temu.

Wy­star­czy­ło trzy­dzie­sto­le­cie, by Afga­ni­stan ob­rósł mnó­stwem ste­reo­ty­pów, po­wie­la­nych w nie­skoń­czo­ność przez ko­re­spon­den­tów wo­jen­nych, pu­bli­cy­stów i dzia­ła­czy or­ga­ni­za­cji po­mo­co­wych.

Ma­ni­chej­ski ste­reo­typ szla­chet­nych, wal­czą­cych z otwar­tą przy­łbi­cą mu­dża­he­di­nów i za­co­fa­nych, tchórz­li­wych ta­li­bów, za­sła­nia­ją­cych się ży­wy­mi tar­cza­mi z lud­no­ści cy­wil­nej.

Ste­reo­typ ini­cja­cyj­ny, czy­li rze­ko­my chrzest bo­jo­wy za­chod­nie­go dzien­ni­ka­rza w od­dzia­łach par­ty­zant­ki afgań­skiej. Ry­tu­ał przej­ścia w toż­sa­mość wo­jow­ni­ka, co­raz cen­niej­szą w gnu­śnym, znie­wie­ścia­łym świe­cie Za­cho­du.

Sek­si­stow­ski ste­reo­typ ko­bie­ty oku­ta­nej przez za­zdro­sne­go męża w cza­dor, któ­ry po­zba­wia wę­drow­ca ucie­chy ob­co­wa­nia z jej uro­dą.

Fe­mi­ni­stycz­ny ste­reo­typ ko­bie­ty odar­tej z pra­wa do sta­no­wie­nia o wła­snej ka­rie­rze, znie­wo­lo­nej tra­dy­cyj­nym po­dzia­łem na role mę­skie i żeń­skie.

Ro­man­tycz­ny ste­reo­typ mi­ło­ści nie­moż­li­wej, pro­wa­dzą­cej do tra­ge­dii ko­chan­ków, któ­rzy pa­da­ją ofia­rą afgań­skiej struk­tu­ry kla­no­wej.

Ko­lo­nial­ny ste­reo­typ cy­wi­li­za­to­ra, nio­są­ce­go dzi­ku­som oświa­ty ka­ga­niec.

Ła­ma­nie sza­blo­nów wy­ma­ga czę­sto za­stę­po­wa­nia ich in­ny­mi, ścią­gnię­ty­mi z prze­ciw­staw­ne­go bie­gu­na. Przy­go­to­wu­jąc się do wy­jaz­du, ule­głam ste­reo­ty­po­wi szczę­śli­we­go dzie­ciń­stwa. Cu­dze­go. Dzie­ciń­stwa spę­dzo­ne­go w Ka­bu­lu przez moją przy­ja­ciół­kę, któ­rej ro­dzi­ce wró­ci­li do Pol­ski po bez­kr­wa­wym za­ma­chu sta­nu, oba­le­niu mo­nar­chii i prze­ję­ciu wła­dzy przez Mo­ham­ma­da Dau­da.

W lip­cu 1973 roku Za­hir Szach wy­je­chał do Włoch, żeby pod­re­pe­ro­wać zdro­wie. Wład­cą był dość nie­udol­nym i chy­ba zda­wał so­bie z tego spra­wę. Przez bli­sko trzy­dzie­ści lat pa­no­wa­nia wy­rę­cza­li go pre­mie­rzy-re­gen­ci, ską­di­nąd człon­ko­wie naj­bliż­szej ro­dzi­ny. Król Afga­ni­sta­nu – sły­ną­cy z za­mi­ło­wa­nia do sztu­ki i pięk­nych ko­biet – prze­jął ster rzą­dów do­pie­ro w 1963 roku, bar­dziej z chę­ci do­pie­cze­nia am­bit­nym krew­nia­kom niż spra­wo­wa­nia wła­dzy.

Szwa­gier Mo­ham­mad Daud nie za­po­mniał mu tej znie­wa­gi, od­cze­kał dzie­sięć lat i wy­ko­rzy­stał pierw­szą nada­rza­ją­cą się spo­sob­ność. Za­hir Szach nie cho­wał ura­zy. Ab­dy­ko­wał mie­siąc po ogło­sze­niu re­pu­bli­ki. Nie­wy­klu­czo­ne, że ode­tchnął z ulgą. Za­miesz­kał w Rzy­mie, gdzie od­tąd wiódł spo­koj­ny ży­wot ostat­nie­go afgań­skie­go mo­nar­chy.

Zbun­to­wa­na sied­mio­lat­ka nie mo­gła się za to po­go­dzić z ze­sła­niem do War­sza­wy. Brud­ne­go, sza­re­go mia­sta przy­gnę­bio­nych lu­dzi, któ­re na wio­snę nie roz­kwi­ta­ło mnó­stwem róż i tu­li­pa­nów. Dziu­ry, w któ­rej nie było na­wet Mark­sa & Spen­ce­ra. Za­nie­dba­ne wil­le na Sa­skiej Kę­pie tyl­ko wzma­ga­ły jej tę­sk­no­tę za spa­ce­ra­mi wśród mo­der­ni­stycz­nych re­zy­den­cji ka­bul­skiej dziel­ni­cy rzą­do­wej, gdzie w la­tach dwu­dzie­stych ubie­głe­go wie­ku król Ama­nul­lah ka­zał wznieść ol­brzy­mi neo­kla­sycz­ny pa­łac Da­rul Aman. Dar-ul-Aman, do­słow­nie „Dom Po­rząd­ku”. W zna­cze­niu me­ta­fo­rycz­nym stre­fa bez­pie­czeń­stwa, za­wie­sze­nia bro­ni mię­dzy Do­mem Po­ko­ju a Do­mem Woj­ny. Mię­dzy świa­tem is­la­mu a świa­tem nie­mu­zuł­mań­skim.

Kie­dy moja przy­ja­ciół­ka do­ro­sła, nie chcia­ła uwie­rzyć w praw­dę ekra­nu. Nie­moż­li­we, żeby wszyst­ko le­gło w gru­zach. Nie­moż­li­we, żeby kurz wdzie­rał się w każ­dą szcze­li­nę. Ka­bul wciąż musi być pięk­ny. O za­cho­dzie słoń­ca w kry­sta­licz­nym gór­skim po­wie­trzu za­wi­sa błę­kit­no­ró­żo­wa po­świa­ta. Sama zo­ba­czysz.

Sa­mo­lot zro­bił zwrot przez skrzy­dło i wy­lą­do­wał na ka­bul­skim lot­ni­sku Chwa­dża Ra­wasz – po­ra­nio­nej, okry­tej kar­bun­ku­ła­mi ruin niec­ce na wy­so­ko­ści bli­sko ty­sią­ca ośmiu­set me­trów nad po­zio­mem mo­rza, u stóp strze­li­stych wznie­sień Hin­du­ku­szu. Góry sta­ły po pas w smo­gu bar­wią­cym po­ran­ną mgłę na brud­no­fio­le­to­wo, za­cie­ra­ją­cym ostry ry­su­nek żle­bów w li­tej ska­le.

Zdą­ży­li­śmy się już tro­chę po­znać. Go­dzi­ny ocze­ki­wa­nia na lot­ni­sku w Stam­bu­le spę­dzi­li­śmy na roz­mo­wach ze stu­diu­ją­cą w Pol­sce Pasz­tun­ką i z cze­skim le­ka­rzem, pra­cow­ni­kiem jed­nej z mi­sji me­dycz­nych w Afga­ni­sta­nie. Pasz­tun­ka bała się po­wro­tu do domu po trzech la­tach roz­łą­ki. Le­karz stra­szył nas le­isz­ma­nio­zą, pa­skud­ną cho­ro­bą prze­no­szo­ną przez mu­chy pia­sko­we, któ­rych uką­sze­nie pro­wa­dzi do owrzo­dze­nia i trwa­łe­go oszpe­ce­nia skó­ry. Umó­wi­li­śmy się z Cze­chem na­za­jutrz, przed wej­ściem do Mu­zeum Ka­bul­skie­go.

Nic nie wy­szło z tego spo­tka­nia.

Od przy­lo­tu do Ka­bu­lu, gdzie prze­ję­li nas dwaj afgań­scy pra­cow­ni­cy sto­wa­rzy­sze­nia, na­sze ży­cie po­to­czy­ło się in­nym try­bem. Z dnia na dzień sta­li­śmy się za­kład­ni­ka­mi tu­tej­szej go­ścin­no­ści, na­ce­cho­wa­nej mnó­stwem naj­roz­ma­it­szych od­cie­ni. Oba­wą, żeby Eu­ro­pej­czyk nie wpa­ko­wał się w ja­kąś ka­ba­łę i nie ścią­gnął kło­po­tów na go­spo­da­rzy. God­no­ścią, ka­żą­cą wziąć go­ścia na utrzy­ma­nie na­wet kosz­tem do­mow­ni­ków. Prze­ko­na­niem, że gość zda się na opie­ku­nów i zo­sta­wi im pra­wo wszel­kie­go wy­bo­ru: miejsc god­nych zwie­dze­nia, lu­dzi god­nych za­ufa­nia, po­traw god­nych praw­dzi­wej uczty.

Po po­łu­dniu przed dom za­je­cha­ła te­re­no­wa to­yo­ta z na­pę­dem na czte­ry koła – je­dy­ny nie­za­wod­ny śro­dek trans­por­tu w Afga­ni­sta­nie.

– Be ko­dża mi­ra­wim? – spy­ta­łam nie­śmia­ło kie­row­cę.

Z ust bro­da­cza po­pły­nął stru­mień słów w dari, tu­tej­szej od­mia­nie ję­zy­ka per­skie­go. Słu­cha­łam jak za­cza­ro­wa­na, pró­bu­jąc wy­chwy­cić zna­jo­me dźwię­ki, któ­rych i tak nie zdo­ła­łam zło­żyć w od­po­wiedź, do­kąd je­dzie­my. Wresz­cie od­wa­ży­łam się prze­rwać męż­czyź­nie i wy­ja­śnić, że sła­bo znam per­ski.

– Aaaa... – od­parł ci­cho. Nie uśmiech­nął się, na­wet nie spoj­rzał w moją stro­nę i za­milkł na do­bre.

Po chwi­li do­siadł się je­den z na­szych opie­ku­nów, oznaj­mił po an­giel­sku, że je­dzie­my na wzgó­rze Ma­ran­dżan, po czym wdał się w roz­mo­wę z moim to­wa­rzy­szem.

– Jak się na­zy­wasz? Ces­sar, tak? Bę­dziesz uczył an­giel­skie­go, praw­da?

– Nie, ob­słu­gi kom­pu­te­rów. An­giel­skie­go bę­dzie uczy­ła...

– Aaaa... – prze­rwał mu Afgań­czyk, za­fra­so­wał się i wa­żył sy­tu­ację w mil­cze­niu.

Gó­ru­ją­ce nad Tep­pe Ma­ran­dżan po­nu­re mau­zo­leum Na­dir Sza­cha, ojca ostat­nie­go kró­la Afga­ni­sta­nu, jest jed­ną z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych bu­dow­li Ka­bu­lu. Wy­cio­sa­ne z czar­ne­go mar­mu­ru, zwień­czo­ne me­ta­lo­wą ko­pu­łą wspar­tą na cięż­kich ko­lum­nach, ucier­pia­ło moc­no w cza­sie walk to­czo­nych w tym stra­te­gicz­nym miej­scu w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, wciąż jed­nak gro­ma­dzi tłu­my ka­bul­czy­ków.

Star­si być może roz­pa­mię­tu­ją krót­kie, czte­ro­let­nie wła­da­nie pa­dy­sza­cha, któ­ry prze­pę­dził od tro­nu ta­dżyc­kie­go „uzur­pa­to­ra” Ha­bi­bul­la­ha Ka­la­ka­nie­go, znie­na­wi­dzo­ne­go przez Pasz­tu­nów za prze­rwa­nie dy­na­stii Ba­rak­za­jów i prze­ję­cie wła­dzy po zmu­szo­nym do ab­dy­ka­cji Ama­nul­la­hu. Woj­ska Na­dir Sza­cha oto­czy­ły mia­sto w paź­dzier­ni­ku 1929 roku. Ka­la­ka­ni, zwa­ny też po­gar­dli­wie Ba­cza-je Saqo, czy­li „sy­nem wo­zi­wo­dy”, zbiegł wpierw do ro­dzin­nej wio­ski, żeby wkrót­ce dać się uwieść in­try­gom Na­dira, ma­mią­ce­go go na­dzie­ją ob­ję­cia po­sa­dy w rzą­dzie. Nie­szczę­sny Ta­dżyk ukląkł w koń­cu przed plu­to­nem eg­ze­ku­cyj­nym, mimo wszyst­ko dzię­ku­jąc Bogu, że speł­nił jego naj­skryt­sze ma­rze­nie i uczy­nił go kró­lem. Na­dir Szach zgi­nął w 1933 roku z ręki na­sto­lat­ka Ab­du­la Cha­li­qa, prze­ku­pio­ne­go naj­praw­do­po­dob­niej przez lu­dzi wy­pę­dzo­ne­go do Włoch Ama­nul­la­ha.

Młod­si klu­czą mię­dzy rzę­da­mi cy­pry­sów, prze­wra­ca­ją się w ku­rzu i go­nią przed sobą stad­ka kóz, tre­nu­jąc za­ja­dle przed świę­tem la­taw­ców przy­pa­da­ją­cym w cza­sie mar­co­wych ob­cho­dów Na­uruz, czy­li afgań­skie­go No­we­go Roku. W 2005 roku, kie­dy wzno­wio­no je po trzy­dzie­stu la­tach wo­jen­nej za­wie­ru­chy, na wzgó­rze Ma­ran­dżan ścią­gnę­ło prze­szło sto ty­się­cy wi­dzów.

Na­gły po­dmuch wia­tru po­rwał la­taw­ca skle­co­ne­go z wy­kle­pa­nych prę­tów i kil­ku warstw prze­zro­czy­stych to­reb fo­lio­wych. Za­ło­po­ta­ły zie­lo­ne pro­por­ce na gro­bach mę­czen­ni­ków-sza­hi­dów. Ze­szłam w dół po strza­ska­nych scho­dach i skry­łam się za wę­głem mau­zo­leum, żeby pod­pa­trzyć parę sy­no­gar­lic. Bez­myśl­nie mi­nę­łam ta­bli­cę ostrze­ga­ją­cą przed mi­na­mi prze­ciw­pie­chot­ny­mi. Nikt nie zwró­cił na mnie uwa­gi. Z od­da­li do­biegł tu­bal­ny śmiech na­sze­go opie­ku­na, któ­ry roz­pra­wiał w naj­lep­sze z „Ces­sa­rem”, obej­mu­jąc go za szy­ję.

Słoń­ce za­cho­dzi. W cięż­kim od upa­łu po­wie­trzu wisi za­sło­na spa­lin z ge­ne­ra­to­rów, włą­cza­nych ty­sią­ca­mi przy każ­dej prze­rwie w do­sta­wie prą­du. Kurz wdzie­ra się w naj­skryt­sze za­ka­mar­ki cia­ła. Poza smro­dem ole­ju na­pę­do­we­go i du­szą­cym za­pa­chem pyłu nie czuć pra­wie nic – trud­no na­wet zwie­trzyć woń bru­du i zgni­li­zny. Eks­pa­ci ba­ry­ka­du­ją się we wła­snych en­kla­wach, ścią­gnię­ci na­dzie­ją za­rob­ku. Afgań­czy­cy ko­czu­ją, gdzie po­pad­nie, ob­ser­wu­jąc świat z łó­żek usta­wio­nych rzę­dem na skra­ju prze­pa­ści – z pią­tej kon­dy­gna­cji domu prze­cię­te­go na pół przez po­cisk ar­ty­le­ryj­ski. Dzie­ci że­brzą na uli­cach, wci­ska­jąc cu­dzo­ziem­com po­pla­mio­ne eg­zem­pla­rze wy­da­ne­go trzy­dzie­ści lat temu pla­nu Ka­bu­lu. Żoł­nie­rze suną po mie­ście w opan­ce­rzo­nych sa­mo­cho­dach, a z oczu wy­zie­ra im strach po­mie­sza­ny z obrzy­dze­niem.

2

Wy­je­cha­li­śmy na­za­jutrz.

Zo­sta­wi­li­śmy w tyle Mu­zeum Ka­bul­skie i na­dzie­ję na zwie­dza­nie mia­sta z cze­skim le­ka­rzem, nie do­wie­dzie­li­śmy się nic o na­szej mi­sji w Far­ja­bie, prze­ży­li­śmy ko­la­cję w ulu­bio­nym lo­ka­lu opie­ku­na, gdzie ura­czo­no nas por­cją pa­skud­nych man­tu – go­to­wa­nych na pa­rze pie­ro­gów z tłu­stą ba­ra­ni­ną. Pierw­sze ze­tknię­cie z kuch­nią afgań­ską nie wy­pa­dło naj­le­piej. O uro­ku wie­czo­ru mia­ła jed­nak sta­no­wić obec­ność wir­tu­oza ru­ba­bu, czter­na­sto­strun­nej lut­ni o krót­kim gry­fie.

Tra­dy­cyj­ne lut­nie, skrzyp­ce i bęb­ny uci­chły, gdy wy­bu­chła woj­na do­mo­wa. Nie tyl­ko muł­ło­wie, ale i przy­wód­cy ru­chu opo­ru na­wo­ły­wa­li do uczcze­nia pa­mię­ci mę­czen­ni­ków mil­cze­niem, prze­ry­wa­nym tyl­ko mo­dli­twą i ko­ły­san­ka­mi dla na­stęp­ców. Si­le­bant Mu­sae in­ter arma So­vie­ti­ca. Mil­cza­ły też póź­niej, po wy­co­fa­niu wojsk ra­dziec­kich. Po na­sta­niu ta­li­bów rzu­ci­ły się do uciecz­ki. Mu­zy­ków ści­ga­no i osa­dza­no w aresz­cie, bez­cen­ne in­stru­men­ty nisz­czo­no, na roz­sta­jach dróg wy­sta­wia­no upior­ne zna­ki ostrze­gaw­cze z po­trza­ska­nych ka­set i po­wie­wa­ją­cych na wie­trze strzę­pów ta­śmy. Po 2001 roku mi­strzo­wie lut­nii skrzy­piec sa­rin­da za­czę­li ścią­gać z po­wro­tem do Ka­bu­lu. Nie wszę­dzie wi­ta­no ich z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. Do­no­śny dźwięk syn­te­za­to­rów i key­bo­ar­dów sku­tecz­niej mą­cił znie­na­wi­dzo­ną ci­szę. Żeby po­słu­chać praw­dzi­wych usta­dów, trze­ba za­ufać miej­sco­wym prze­wod­ni­kom, roz­siąść się w lep­kim mro­ku któ­rejś z ka­bul­skich spe­lu­nek i odło­żyć na­dzie­ję do­bre­go po­sił­ku na lep­sze cza­sy.

Kła­dąc się spać, wciąż mia­łam w ustach mdły po­smak pie­ro­gów ob­la­nych so­sem, w któ­rym li­chy olej i jo­gurt wal­czy­ły o lep­sze z czosn­kiem, ko­len­drą i so­kiem z cy­try­ny. Obu­dzi­łam się z krót­kie­go snu prze­ra­żo­na: że nie po­do­łam, za­po­mnę ję­zy­ka w gę­bie, nie znio­sę na­rzu­co­nej mi z dnia na dzień roli stwo­rze­nia bez płci i toż­sa­mo­ści. Isto­ty ob­cej kul­tu­ro­wo, z tru­dem to­le­ro­wa­nej przez męż­czyzn, do­pusz­cza­nej do świa­ta ko­biet pod wa­run­kiem prze­strze­ga­nia obo­wią­zu­ją­cych w nim re­guł. Z za­zdro­ścią ob­ser­wo­wa­łam mo­je­go to­wa­rzy­sza, któ­ry bez więk­szych kło­po­tów wszedł w ko­mi­ty­wę z Afgań­czy­kiem. Wpraw­dzie i jemu przy­tra­fi­ła się gafa, kie­dy zbyt ob­ce­so­wo spy­tał go o na­rze­czo­ną. Mło­dzie­niec nie­chęt­nie się że­gnał ze sta­nem ka­wa­ler­skim. Za­gad­nię­ty, po­dą­sał się chwi­lę, zmie­rzył nas po­nu­rym wzro­kiem, coś tam bąk­nął o ko­niecz­no­ści pod­po­rząd­ko­wa­nia się woli ro­dzi­ców, po czym wró­cił do ra­do­snej kon­wer­sa­cji, co rusz prze­ry­wa­nej wy­bu­cha­mi śmie­chu.

Mnie nikt o nic nie py­tał. Ile­kroć pró­bo­wa­łam się wtrą­cić – czy­li wy­ko­rzy­stać chwi­lę ci­szy w roz­mo­wie dwóch męż­czyzn – uśmiech na twa­rzy opie­ku­na rap­tow­nie gasł, a od­po­wiedź ro­bi­ła wra­że­nie zdaw­ko­wej. Głos mó­wił jed­no, spło­szo­ne oczy ucie­ka­ły w bok, krzy­cząc bez­gło­śnie: „Nie patrz na mnie. Je­stem przy­zwo­itym czło­wie­kiem i źle się czu­ję w obec­no­ści ko­biet. Nie wiem na­wet, czy je­steś ko­bie­tą. Masz na so­bie spodnie żoł­nie­rza. Dziw­nie wią­żesz chu­s­tę i wło­sy ci się spod niej wy­my­ka­ją in­a­czej niż moim sio­strom. Za­po­mnia­łaś okryć ra­mio­na. Nic mnie z tobą nie łą­czy. Bła­gam, nie od­zy­waj się pierw­sza”. Ten nie­my prze­kaz zro­zu­mia­łam do­pie­ro po kil­ku ty­go­dniach po­by­tu w Afga­ni­sta­nie i od­tąd mo­głam się już z nim zmie­rzyć: spusz­cza­jąc wzrok, cho­wa­jąc się za ple­ca­mi za­przy­jaź­nio­nych męż­czyzn, szczel­niej otu­la­jąc gło­wę, żeby skło­nić roz­mów­cę do pod­ję­cia dia­lo­gu. Wte­dy – bez­rad­na – prze­sta­łam się od­zy­wać w ogó­le.

Nad