Dobra-noc - Sabina Waszut - ebook + książka

Dobra-noc ebook

Sabina Waszut

4,4

Opis

Rok 1934. W maleńkiej wsi Dobra leżącej nieopodal Częstochowy małżeństwu Jadwidze i Michałowi Pecynom rodzi się siódma córka. Według dawnych wierzeń siódma córka w rodzinie mogła stać się zmorą – duszą, która w nocy wychodzi ze śpiącego ciała i dusi wybraną ofiarę, sprowadzając chorobę, a czasem nawet śmierć. I choć w XX wieku teoretycznie nikt już w zmory nie wierzy, a do wsi małymi krokami wchodzi nowoczesność, dziewczyna jest przez wieś odsunięta i traktowana z rezerwą. Jadwiga, która pragnęła syna i po narodzinach Krysi podupadła na zdrowiu, nie potrafi w pełni zaakceptować najmłodszej córki. Nie potrafi obronić jej przed odtrąceniem.

Wszystko zmienia się, gdy do Dobrej przyjeżdża bratanek młynarza – Jura. Chłopak wyraźnie interesuje się Krysią. Młodzi spotykają się w owianej ponurą sławą leśniczówce, w której podczas wojny Niemcy zamordowali partyzantów i leśniczego. Gdy Jura, po spotkaniu z dziewczyną, nagle się rozchorowuje i zostaje przewieziony do szpitala, wrogość wsi narasta. Ktoś podburza mieszkańców przeciwko dziewczynie.

Powoli na jaw zaczynają wychodzić inne tajemnice rodziny Pecynów oraz społeczności Dobrej.

"Dobra-noc" to powieść o izolacji, osamotnieniu i niezrozumieniu inności, ale także o toczącej się w połowie XX wieku walce obyczajów i ludowych wierzeń z nowoczesnością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 276

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (33 oceny)
18
11
4
0
0
Sortuj według:
Miroska561

Nie oderwiesz się od lektury

okropne jest to , jak bardzo przesądy niszczą ludzi i ich życie
00

Popularność




Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Adrianna Michalewska

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Sławomira Gibka

Fotografia na okładce

© bruniewska/Shutterstock

© by Sabina Waszut

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-1025-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Każdy we wsi ją znał. Każdy o niej słyszał. Opowieści snuł parobek, co to spał w stodole, szeptała wdowa z domu pod lasem. Nawet ksiądz czasem wspomniał, i choć jako jedyne skuteczne antidotum zalecał modlitwy przed snem i po obudzeniu, sam kazał gospodyni powiesić zaraz koło łóżka lustro, a ludzie dobrze wiedzieli, że ona bardziej niż pacierza boi się właśnie zwierciadła. Nie lubi się w nim przeglądać. Brzydzi się własnego odbicia. Ucieka.

Historie płynęły niczym wartki strumyk, niczym wiatr, który przychodzi na przednówku i roztapia resztki śniegu leżącego przy podcieniach chałup. I tak z pokolenia na pokolenie ci, co umierali, zawsze zdążyli jeszcze przestrzec młodszych, zaś ci, co się rodzili, słuchali ze źrenicami rozszerzonymi strachem.

A było się czego bać. Oj, było.

Nie znano sposobu, aby przewidzieć, kiedy zacznie gnębić ludzi. Czasem spokój panował całe miesiące, nawet lata, a potem znów mieszkańcom wsi w sen zapaść nie dawała, znów się kręciła po zagrodach, znów siły wypatrzonej ofierze zabierała.

Mówiono, że to potępiona dusza grzesznika albo kogoś skrzywdzonego za życia, kto powraca, aby się mścić. Ale przecież równie dobrze mogła to być Anielka, Kazia czy Krysia, siostra, córka, wnuczka. Wystarczyło, że nieszczęsne dziewczę narodziło się po sześciu starszych siostrach lub brwi miało zrośnięte w jedną i już padało oskarżenie, już trzeba było bacznie obserwować, głowę przed taką spuszczać, miejsca ustępować, aby się nie zezłościła, aby krzywdy nie chciała wyrządzić.

Najlepiej było w ogóle taką z daleka omijać. Tylko jak to zrobić, gdy wieś to zaledwie kilkanaście chałup ustawionych jedna koło drugiej przy piaszczystej drodze, na której wszyscy się codziennie spotykają?

Istniały stare metody, aby się bronić. Babka z lasu, co to i ziół na przeróżne choroby potrafiła naparzyć, i dziecko przy trudnym porodzie odebrać, strzegła dawnych wierzeń i doradzała tym, do których w nocy ta siła nieczysta przychodziła. Mówiła, co robić, aby całej krwi nie wyssała i bez życia na łożu nie zostawiła.

Ale nawet krzyżowanie rąk na piersi przed zaśnięciem ani spanie w nogach łóżka lub na brzuchu, ani nawet narysowanie kredą kręgu wokół posłania nie mogło gwarantować bezpieczeństwa. Gdy była głodna, wszystkie pradawne metody okazywały się nieskuteczne. Zmora musiała się najeść.

Najniebezpieczniej robiło się po północy. Wieś spała wówczas głębokim snem i nawet podwórkowe Burki i Azorki, zamiast strzec gospodarzy, wolały chronić się przed chłodem w lichych budach.

Właśnie wtedy ta potępiona dusza wychodziła z ciała niczego nieświadomej śpiącej nieszczęśniczki. Pokonując wszelkie ludzkie i boskie zabezpieczenia, podążała do wypatrzonego domostwa i siadała na łóżku ofiary, a potem powoli, aby za szybko nie zbudzić, wpełzała na unoszącą się jeszcze spokojnym oddechem pierś. Dusiła i gniotła, by krew uderzyła do głowy śpiącego, a potem wypłynęła przez nos bądź usta. Spijała ją i robiła się coraz silniejsza.

Umęczona ofiara w końcu się budziła. Z ciężarem na piersi, z uczuciem braku tchu i powolnego wyczerpania. Najgorsze jednak było to, że zaatakowany przez zmorę nie mógł się poruszyć. Tak jakby w jednej chwili i ręce, i nogi, i głowa przestały należeć do niego. Przerażenie rosło. Ci, co przeżyli taki atak, opowiadali o strachu, który nie był ludzki. Mężczyźni i kobiety, a nawet kilkuletnie dzieci, czuli, jak z każdą chwilą coś nienazwanego, coś nie z tego świata, wysysa z nich życie. Zjada ich żywcem. A oni nie mogli nawet krzyknąć, pisnąć choćby. Nic. Trzeba było czekać na śmierć, która nie nadchodziła.

Zmora zabijała długo. Czasem kilkanaście razy nawiedzała człowieka, zanim ten skonał z wycieńczenia. Czasem rezygnowała i ofiara wracała do zdrowia.

Gdy upiorna dama kończyła ucztowanie, musiała jak najszybciej wrócić do ciała, aby nie zastał jej świt. Słońce było bowiem jej największym wrogiem.

Bywało, że porywała konia, galopowała wówczas przez wieś, aż zajeżdżony padał z pianą na pysku. Potem znajdowano zwierzę na łąkach bądź w lesie, już nieżywe, z zaplecioną w warkocze grzywą, zupełnie nieprzypominające tego, które jeszcze dzień czy dwa wcześniej potrafiło pociągnąć ogromny wóz wyładowany po brzegi workami mąki.

Taką galopującą na koniu zmorę czasem widział włóczęga śpiący pod lasem, czasem pijak zbyt późno wracający do domu. Każdy opowiadał to samo. I każdy przysięgał, że chudej szkaradnej kobiety o nienaturalnie długich kończynach i jasnych włosach, którymi zakrywała nagie ciało, nie zapomni do końca życia. Prędzej wolałby dać się zabić, niźli mieć jeszcze kiedyś do czynienia z dziwadłem, któremu bliżej do kości rozkładających się w grobach niż do żywych ludzi.

I tak oto od setek lat, od zarania ludzkiej pamięci, we wsi Dobra trwała niekończąca się walka dobra ze złem. Gdy jedno straszydło ludzi przestawało nękać, można było już wypatrywać nadejścia drugiego. Wiosna za wiosną, zima za zimą, otoczona lasem z jednej strony, a rzeką z drugiej, wieś, niby to senna, skulona gdzieś pod miedzą, czekała i obserwowała. Każdy dzień mógł przecież przynieść nową opowieść.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz