Dobra nauczka - Abgar Sołtan - ebook

Dobra nauczka ebook

Abgar Sołtan

0,0

Opis

Kajetan Abgarowicz pseudonim Abgar Sołtan (1856-1909) – polski dziennikarz, powieściopisarz i nowelista pochodzenia ormiańskiego, reprezentant gawędy szlacheckiej. Twórczość Abgarowicza mieściła się w nurcie popularnej beletrystyki romansowej i przygodowej. Wśród współczesnych mu czytelników cieszyła się powodzeniem. Abgarowicz interesował się życiem Rusinów i przyczynił się do popularności kultury huculskiej w Polsce. Niniejsza publikacja to piękna i zarazem pouczająca opowieść o pierwszej miłości i pierwszym rozczarowaniu. A może jednak nie tak do końca? Warto przeczytać, aby się dowiedzieć. Polecamy!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 64

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Abgar Sołtan

 

 

 

Dobra nauczka

 

 

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

 

Tekst wg edycji 1896.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7639-286-8 

 

 

 

I.

 – Dziń!… Dziń!… dziń!

 Przeciągle i długo rozlegał się dźwięk szkolnej „sygnaturki” zawieszonej w parterowym korytarzu stanisławowskiego gimnazyum.

 Stary Jan, tercyan, dobitnie i wyraźnie podawał swym młodym przyjaciołom uczniom – radośną wiadomość, że na dziś wszystkie lekcye ukończone. Jak pod wpływem ciepłego, jasnego promienia słońca, ze wszystkich „oczek” w pasiece wylatuje mnóstwo pszczół – tak na głos przeciągły Janowego dzwonka wysypał się z drzwi każdej klasy rój ucieszonych, uśmiechniętych chłopaków.

 W tłumie tym, cisnącym się do wyjścia i kłębiącym się niby stado jagniąt, mieściło się w miniaturze całe społeczeństwo; różnorodne charaktery, mające w przyszłości zająć godne siebie stanowiska, były już tam gotowe, wyrobione, brakowało im tylko tego ostatniego „dotknięcia mistrza”, które na człowieka kładzie nie szkoła lecz świat i robi go – skończonym... Byli tam przyszli artyści, uczeni, posłowie, żołnierze, zdrajcy, a nawet oszuści i inni zbrodniarze... I cel swego życia miał już każdy z nich wytknięty i do niego dążył, wyglądając ze wszystkich stron sprzyjających okoliczności.

 W największym ścisku, w samych drzwiach, górując pół ciałem po nad kłąbkiem „szkrabów” z pierwszej klasy i siłą torując sobie drogę naprzód stanął Włodzio Dobiecki, największy elegant z szóstej klasy i zwracając się do jednego ze swych kolegów, który pozostał w tyle, zawołał:

 – Adaś! Chodź, mam ci coś ważnego powiedzieć.

 Nawoływany w ten sposób chłopak, szczupły, lecz dobrze wyrośnięty blondynek o rumianej twarzyczce i błękitnych niby kwiat niezapominajki oczach i śmiejących się różowych ustach odparł wesoło:

 – Nie mogę! Tak mi szkraby nogi poplątały, że jadę na nich jak na osłach...

 – Kopnij jednego, drugiego nogą, to ci się rozstąpią!

 Zawołał porywczo Dobiecki i w jego ciemnem piwnem oku błysnęły złote iskierki gniewu, a białe wysokie i piękne czoło sfałdowało się podłużną zmarszczką gniewu.

 – Co ci to szkrabstwo winno? – zawołał, śmiejąc się Adaś kiedy zbliżając się do kolegi, niesiony prawie falą wyciskających się przez wchodowe drzwi pierwszeklaśników.

 Nagle obaj wylecieli jak z procy, każdy w inną stronę, utykając na sypiących się jak jabłka z drzewa malców.

 – A to ci łaźnia... Całym się spocił...

 Przemówił pierwszy Kierdej ocierając z pyłu kapelusz, który mu z głowy zleciał, w chwili gdy wyciśnięto go z drzwi.

 Dobiecki zanim odpowiedział to poprawił starannie modny, granatowy paletot, który w ścisku podjechał mu do góry i tedy dopiero – pewny, że ubranie jego leży bez zarzutu - zawołał:

 – Drańcie ! Po co to do gimnazyum chodzi? Same szewskie syny...

 Słowa te nierozważnie głośno wypowiedziane mogły doprowadzić do awantury, bo obywatele pierwszej klasy zajadle bronili zazwyczaj swego honoru, to tez zaraz mały, ryży, o stojących do góry, niby kolec jeża włosach Pach, syn majstra szewskiego staną przed Włodziem w wyzywającej postawie zawołał głośno:

 – Syntaksista... małpa czysta!

 Inni gromadząc się koło niego powtarzali chórem:

 – Małpa czysta! Małpa czysta!...

 Dobiecki już się był zamierzył chcąc uderzyć pierwszego, owego rudego, piegowatego chłopaka, gdy uczuł, że go nagle Adaś z całej siły chwycił za rękę i przemocą odprowadził.

 Zanim Włodzimierz zoryentował się, co się z nim stało, już byli o kilkanaście kroków od zgrai malców, a ogólny krzyk i gwar panujący na placu przed gimnazyum, zagłuszył zupełnie tryumfalny wrzask piarwszo-klaśników:

 ... Syntaksista, małpo czysta!!

 – Coś mi miał ważnego powiedzieć? – pytał Adaś kolegę i wziąwszy go pod ramię, odprowadzał coraz dalej od rozkrzyczanej kupy malców.

 – Eh!... Później ci powiem – wołał niecierpliwie Dobiecki, starając się wyrwać z pod ręki kolegi – a tym śmierdziuchom muszę skórę złoić.

 – Daj spokój! Czy nam wypada na ulicy tłuc się z parwistami?

 – Może masz racyę – szepnął, odsapując ciężko Włodzio – ale ja tego rudego dyabła złapię jeszcze kiedyś!... Nie ujdzie mu na sucho!...

 Gdy to mówił, minęli właśnie róg pojezuickiego kościoła i znaleźli się przed samym odwachem, gdzie wyelegantowany i żółtą szarfą przepasany oficer piechoty, z za krat przypatrywał się pięknym stanisławowskim żydówkom, odbywającym gromadną przechadzkę po chodniku, wiodącym z rynku do „brukowanej” ulicy.

 Włodzio z zazdrością spojrzał na złocisty kask oficera i fantastycznie zawiązaną szarfę, później pożerającem spojrzeniem obrzucił kilka najbliższych córek Izraela i przybierając kpiącą minę, której nauczył się od starszego dependenta w kancelaryi swego ojca – pana Millera, zapytał kolegę:

 – Cóż tam z twoim panieństwem?

 Zapytany w ten sposób Adaś oblał się tak gwałtownym rumieńcem, że można się było obawiać, że krew przebije mu skórę na twarzy i tryśnie strumieniami na przechodniów. Zakłopotanie jego było tak silne, że długo biedak musiał się męczyć, zanim wyksztusił niewyraźną odpowiedź:

 – Nie... ro...zu...miem, o co się pytasz.

 – Cha! cha! cha! – zaśmiał się zjadliwie Włodzio – rozumiesz bratku, tylko gadać się wstydzisz.

 – Servus! Do widzenia! – zawołał nagle Adaś, wyciągając do kolegi i przyjaciela dłoń na pożegnanie. – Spieszę do domu, mam się na jutro z greki przygotować.

 – Cha! cha! cha! Greką chcesz się wykręcić... Czekaj, pójdziemy przez Tyśmienicką, to później odprowadzę cię do cioci na Zabłotowską.

 Szli kilkanaście kroków obok siebie milcząc. Wreszcie Dobiecki znowu zaczął pytać:

 – Cóż kochasz się znowu w jakiejś konwiktowej synogarlicy? Powiedz mi otwarcie, przecież jesteśmy najlepsi przyjaciele.

 Adaś milczał zawzięcie, ale z twarzy jego poznać było można, że słowa kolegi robiły mu wielką przykrość; w oczach widocznym się stawał wyraz zniecierpliwienia, prawie gniewu.

 Musiał ten odcień dostrzedz i Dobiecki, bo nagle zmienił ton i zamiast kpiąco, przemówił czule i serdecznie:

 – Nie gniewaj się na mnie! Wiesz, że cię ze wszystkich najlepiej kocham... Pytam się nie z próżnej ciekawości. Boję się, żebyś w jaką kabałę nie wlazł... Poradzić ci mogę dużo... Wiesz, że mam w tym względzie kolosalne doświadczenie.

 Ostatnie słowa wymówił z przyciskiem, a na jego wymizerowanej już trochę twarzy odbiło się śmieszne piętno komicznej pewności siebie i bezgranicznej zarozumiałości.

 Adaś tego nie spostrzegł; starszego o rok Włodzia miał za doskonałość, a w stosunkach towarzyskich uważał go za wzór niedościgniony. Serdeczny ton jego głosu usposobił go do zwierzeń. Rumieniąc się więc ponownie i ważąc słowa w ustach, zaczął mówić powoli:

 – Wiesz przecie... Całą zimę kochałem się w tej Hani.... Pannie Hani.... Włóczyłem się za nią jak cień... I...i...i...

 Tu zaczerwienił się gwałtownie i tak się zaciął, że ani słowa więcej przemówić nie mógł.

 – No, i...i... cóż? – dopomógł mu Włodzio.

 – Ha!... Niby ty tego nie wiesz... Zaraz po świętach położyłem jej na otwarte okno bukiet z ciocinych hijacentów... Po obiedzie, wyszedłszy ze szkoły zacząłem łazić po pod jej okna... Wyobraź sobie, stała w oknie z tym jakimś oficerem od ułanów, Niemcem; bukiet mój w ręku trzymała, a na mnie palcem pokazywała i śmieli się oboje jak szaleni... Uciekłem... Niech ich dyabli porwą!

 Zamilkł, oczy spuścił ku ziemi, lecz Włodzio zrozumiał, że to wyznanie kosztowało Adasia bardzo drogo; zrozumiał cały ogrom wstydu i obrażonej miłości własnej, które rozgoryczały duszę jego kolegi... Miał ogromną ochotę pożartować z naiwnego Adasia, ale się nie odważył; odczuł, że takie kpiny zerwałyby ich przyjaźń na zawsze, a na przyjaźni bogatego kolegi bardzo mu zależażo; był dzieckiem dziewietnastego wieku. Czuł, że powinien coś Adasiowi odpowiedzieć, ale zastanawiał się nad tem, co właściwie powiedzieć wypadało. Kolega jednak sam go wyprowadził z ambarasu. Jak woda wiosenna, wezbrana, wyrwawszy groble, rozlewa się z szaloną gwałtownością, tak nagromadzona w duszy chłopaka żółć, przerwawszy raz tamy naturalnej wstydliwości, popłynęła potężnem korytem.

 Po kilku chwilach milczenia Adaś rozbudzony, zaczął znowu mówić i to za każdem słowem głośniej, niby chcąc sobie ulżyć, w ten sposób:

 – Niech ich dyabli porwą!... Głupia dziewczyna!... Oh i ten szwab, żebym go gdzie spotkał, to bym go nauczył z Polaka kpiny robić... Wolno jej kochać lub nie. Przymusu nie ma... Woli ułana, niech go sobie trzyma... Ale zkąd prawo śmiać się z kogoś w żywe oczy... Niech się kocha, kto chce, niech się cała klasa rozkocha na śmierć, ja wiem, że mnie już żadna nie złapie ... Nie ma głupich!...

 – Cóż ci to właściwie szkodzi, że ta głupia się śmiała. Widocznie lubi ułanów i ma wesołe usposobienie... Zobaczymy, jak na tych amorach wyjdzie ... Całe miasto wie, że kaucyi nie ma... Pluń i poszukaj sobie innej.

 W ten sposób mówiąc cicho i dyskretnie, starał się Włodzio uspokoić i pocieszyć Adasia. Jednak ta perswazya chybiła celu; rozdrażniony chłopak przerwał mu niechętnym ruchem ręki i zawołał

 – Nie