Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 267 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Do zobaczenia w kosmosie - Jack Cheng

Jedenastoletni Alex, dumny właściciel Carla Sagana – najmądrzejszego szczeniaka na świecie, ma wielkie marzenie. Planuje wystrzelić w kosmos swojego „złotego iPoda”, na którym nagrywa dla istot z innych planet żywiołową relację z życia na Ziemi.
Aby osiągnąć cel sam musi zbudować rakietę, która wyniesie urządzenie w przestrzeń kosmiczną.
Pełen zapału i nadziei wyjeżdża na festiwal skupiający podobnych mu miłośników rakiet i astronomii. Podróż przyniesie nieoczekiwane rozczarowanie, ale także szansę poznania ludzi, którzy pomogą chłopcu odkryć ślady ojca, kilka innych sekretów oraz prawdę o tym, czym tak naprawdę jest rodzina.

Jack Cheng urodził się w Szanghaju (Chiny), a wychował w stanie Michigan (USA).
Po prawie dziesięciu latach mieszkania w Nowym Jorku oraz pracy w reklamie przeprowadził się do Detroit, gdzie obecnie mieszka i skupia się na pisaniu.

Opinie o ebooku Do zobaczenia w kosmosie - Jack Cheng

Fragment ebooka Do zobaczenia w kosmosie - Jack Cheng

Jack Cheng

DO ZOBACZENIA W KOSMOSIE

Przełożył Michał Zacharzewski

Tytuł oryginału: See You In The Cosmos

See You In The Cosmos © by Jack Cheng (2017)

By Agreement with Pontas Literary & Film Agency

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Michał Zacharzewski, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

Mamie, Tacie i Charliemu

Notatka głosowa 16 min 19 sek.

Kim jesteście?

Jak wyglądacie?

Macie jedną głowę czy dwie?

A może więcej?

Czy wasza skóra jest jasnobrązowa, tak jak moja, czy też może gładka i szara jak u delfina? Albo zielona i kolczasta jak kaktus?

Mieszkacie w domach?

Ja na przykład mieszkam w domu. Nazywam się Alex Petroski i pochodzę z miasteczka Rockview w Kolorado w Stanach Zjednoczonych. To na Ziemi! Skończyłem już jedenaście lat i osiem miesięcy, Stany Zjednoczone mają dwieście czterdzieści dwa lata, zaś nasza planeta jakieś 4,5 miliarda lat. Nie wiem tylko, kiedy wybudowano mój dom.

Być może żyjecie na lodowej planecie i mieszkacie w igloo. Kto wie, może wasze ręce przypominają czekany, nogi – rakiety śnieżne, zaś skórę pokrywa złotobrązowe futro, takie jak u Carla Sagana? Carl Sagan to mój pies. Nazwałem go imieniem mojego idola, słynnego naukowca, który był jednym z najwybitniejszych astronomów naszych czasów. Pomógł wysłać w kosmos sondy Voyager 1 i 2 oraz umieścił na ich pokładach Złote Płyty z dźwiękami pochodzącymi z naszej planety. Zawierały między innymi zapis śpiewu wielorybów, powitalnego „cześć” w pięćdziesięciu pięciu językach, śmiechu noworodka, fal mózgowych zakochanej kobiety oraz najlepszą muzykę w historii ludzkości – Bacha, Beethovena i Chucka Berry’ego. Może już to słyszeliście?

Carla Sagana znalazłem jako szczeniaka na parkingu przy sklepie sieci Safeway. Kiedy go po raz pierwszy zobaczyłem, był niesamowicie brudny i głodny. Chował się za śmietnikiem. „Chodź do mnie, nie bój się!”, zawołałem, jednak tylko piszczał i kulił pod siebie ogon, ponieważ wtedy jeszcze się nie znaliśmy. Powiedziałem mu, że go nie skrzywdzę, bo jestem pacyfistą, i chyba mi uwierzył, bo kiedy po niego sięgnąłem, nie próbował walczyć ani uciekać. Zaniosłem go do domu. Mama leżała wtedy na sofie i jak zwykle oglądała swoje seriale. Oświadczyłem jej, że przyniosłem nie tylko warzywa, ale też szczeniaka, i że obiecuję się nim zajmować, bawić się z nim, karmić go i kąpać. Powiedziałem wszystko to, co powinno się w takiej sytuacji powiedzieć.

„Zasłaniasz mi”, stwierdziła, więc się odsunąłem. Mama mojego najlepszego kumpla Benjiego z pewnością wpadłaby we wściekłość, gdyby jej syn przyniósł do domu psa. Moja niczego się nie czepia, o ile gotuję dla nas obiady i nie przeszkadzam jej w oglądaniu telewizji. To całkiem fajna mama!

Nie wiem, co wy oglądacie, ale moja mama lubi teleturnieje oraz seriale sądowe, wreszcie programy z pięcioma kobietami siedzącymi w studio. Kiedy jestem u mojego kumpla, oglądamy Cartoon Network, bo jego rodzina ma kablówkę, a on uwielbia Akademię Battlemorphów (jak masa dzieciaków w szkole). Według mnie serial jest w porządku, ale wolę bardziej klasyczne kreskówki, takie jak Laboratorium Dextera. Ten Dexter to całkiem łebski chłopak, tylko nie lubię, kiedy jego siostra Didi wpada do niego do pokoju i wszystko mu niszczy. Cieszę się, że nie mam siostry, która by mi wszystko niszczyła. Zwłaszcza że ja też pracuję nad rakietą.

Mam natomiast starszego brata. Nazywa się Ronnie, ale wszyscy – prócz mamy – nazywają go R.J., bo na drugie ma James. Gość jest znacznie starszy ode mnie, ma dwa razy tyle lat co ja. Dokładnie ma dwadzieścia cztery lata, mieszka w Los Angeles i jest agentem. Wiem, co sobie pomyśleliście… Niestety nie takim agentem. Nie jest szpiegiem jak Bond, James Bond. Nie walczy z terrorystami i nie tropi handlarzy narkotyków, nawet nie gra w pokera ze złoczyńcami. Pomaga za to koszykarzom i futbolistom podpisywać kontrakty i reklamować buty. W każdym razie chodzi na wystawne imprezy i nosi okulary przeciwsłoneczne, więc nie jest źle.

Ronnie początkowo nie pozwolił mi zatrzymać Carla Sagana. Zawsze się wkurzał, kiedy z mamą wydawaliśmy pieniądze na coś innego niż rachunki za dom czy artykuły spożywcze. Kiedy powiedziałem mu przez telefon o szczeniaku, odpowiedział: „Nie stać nas na psa”. Stwierdziłem, że moim zdaniem MOŻE być nas stać na psa, ponieważ będę kupował mu jedzenie na wyprzedażach w Safewayu oraz sam robił sobie kanapki do szkoły zamiast kupować obiady w stołówce. Poza tym mam pracę, pomagam panu Bashirowi wykładać czasopisma na półki na jego stacji benzynowej. Dodałem, że dotąd zbierałem na budowę rakiety, ale przynajmniej część swoich funduszy mogę przeznaczyć na Carla Sagana, zwłaszcza że nie jest zbyt dużym psem. „Poza tym powinieneś wpaść do Rockview i poznać go osobiście – to znaczy psa – zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję”.

To było blisko rok temu i Ronnie wciąż jeszcze nie poznał Carla Sagana. Jestem jednak przekonany, że kiedy wreszcie się spotkają, mój brat się w nim zakocha. Nie da się nie kochać tego pyska!

Hm… Pokochać pysk?

Tak, mówię o tobie, Carlu Saganie. Chcesz powiedzieć cześć?

No chodź, chłopie, przywitaj się.

Carl Sagan nie chce się przywitać. Po prostu gapi się na mnie. „Co robisz? Z kim rozmawiasz? Czy tam jest jakaś osoba? Nikogo nie widzę!”

Bo tu nie ma nikogo, chłopie. To zwykły iPod. Sam widziałeś, jak malowałem go na złoto, pamiętasz? Robię notatki głosowe, dzięki czemu inteligentne istoty mieszkające miliony lat świetlnych stąd dowiedzą się o życiu na Ziemi, kiedy odnajdą je któregoś dnia.

Pies chyba tego nie zrozumiał. Teraz patrzy w okno. Łatwo traci koncentrację.

A zatem ja… no… o czym to mówiłem?

W każdym razie pomyślałem sobie, że być może natrafiliście już na Złote Płyty mojego idola, ale nie wynaleźliście odtwarzaczy albo też stworzyliście je w przeszłości, ale teraz już ich nie macie. Jedyne, jakie widziałem, są w biurach Goodwill, ale nikt już z nich nie korzysta, ponieważ nie mieszczą się w kieszeni tak jak iPody oraz iPhone’y. Używam iPoda, bo można na niego nagrać o wiele więcej informacji niż na jakąkolwiek płytę. Zgrałem już sobie całą zawartość Złotych Płyt i zostało mi jeszcze sporo miejsca. Kiedy odkryłem, że urządzenie ma dyktafon, postanowiłem nagrać trochę dźwięków z Ziemi, których jeszcze nie słyszeliście. I dołączyć w tle komentarz opisujący moje przygotowania do wystrzelenia wam tych nagrań. Potraktujcie to jak dodatek umieszczony na płycie Blu-ray.

O tak wielu rzeczach chciałbym wam opowiedzieć! To musi jednak zaczekać, ponieważ Carl Sagan siedzi już przy drzwiach. Chce wyjść na siusiu i kupę, a ja muszę się jeszcze spakować. O SHARF-ie i mojej rakiecie opowiem wam następnym razem.

Notatka głosowa 26 min 41 sek.

Cześć po raz kolejny, ziomale! Obiecałem, że opowiem wam o SHARF-ie, a zazwyczaj dotrzymuję słowa. SHARF to festiwal rakietowy odbywający się na pustyni w pobliżu Albuquerque w Nowym Meksyku. Za trzy dni wystrzelę na nim moją rakietę.

Oficjalnie impreza nazywa się Southwest High-Altitude Rocket Festival1, ale wszyscy na rocketforum.org nazywają ją SHARF. To akronim, czyli słowo stworzone z pierwszych liter innych słów – tak jak na przykład NASA to National Aeronautics and Space Administration. W czwartej klasie tworzyliśmy akronimy z naszych imion. Postanowiłem wykorzystać pełne brzmienie mojego, choć pani Thompson twierdziła, że spokojnie wystarczyłoby użyć „Alex”. Jednak chciałem się sprawdzić!

A oto, co wymyśliłem:

Astronom

Lubiący eksperymenty

Entuzjasta

Xplorator

Antyfan pająków

Niesamowity

Dzielny

Entuzjastyczny

Rakiety wystrzeliwujący

Wymyśliłem też rozwinięcie akronimu dla mojego idola. Proszę bardzo:

Ceniący kosmos

Absolutnie niesamowity

Rzeczywiście zdolny

Lubiący naukę

Ludzie na rocketforum NIE MOGĄ doczekać się SHARF-u. Na samej górze strony znajduje się OFICJALNY WĄTEK SHARF, w którym pojawiło się już mnóstwo postów. Frances19 napisała na przykład, że specjalnie na tę imprezę ufarbuje włosy na wyjątkowy kolor, zaś Ganimedes i Europa wspominali, jak świetnie bawili się w zeszłym roku. Calexico wrzucił garść porad dotyczących miejsc kempingowych w okolicy. Zauważył na przykład, że jeśli buty zostawi się na noc przed namiotem, to rano przed włożeniem ich trzeba je odwrócić, bo do środka mogły wejść skorpiony. Dodał, że skorpiony często (w)chodzą parami, więc jeśli znajdziesz jednego, możesz liczyć na pojawienie się drugiego. To bardzo romantyczne stworzenia!

Spakowałem już rakietę, szczoteczkę do zębów i stary namiot Ronniego, a także szampon z odżywką „dwa w jednym”, dzięki któremu oszczędziłem trochę miejsca. Dorzuciłem też suchą karmę dla Carla Sagana – na miejscu będą serwowane dania z grilla, ale Carl nie może ich jeść, bo ma bardzo delikatny żołądek.

Mam jeszcze sporo rzeczy do spakowania, ale postanowiłem zrobić sobie przerwę i wszedłem na dach mojego domu. Uwielbiam leżeć na masce samochodu tak jak doktor Arroway z filmu Kontakt, ale moja mama już nie jeździ, dlatego po prostu wspinam się po drabinie na dach. Zazwyczaj przychodzę tu w nocy, bo wtedy wydaje mi się, że jestem bliżej gwiazd. Nawet jeśli to „bliżej” oznacza tylko jedno piętro.

Lubię przychodzić tu również za dnia. Nasze osiedle wybudowano na wzgórzu, więc z dachu sporo widać. Na przykład tory kolejowe i Burger Kinga, a nawet stację benzynową pana Bashira, przy której stoi maszt z największą flagą narodową w całym naszym miasteczku. Jest naprawdę olbrzymia! W oddali widać również Górę Sama i ogromną białą literę R (jak Rockview) stojącą na jej zboczu. Kiedyś przed meczem drużyny Ronniego z naszymi największymi rywalami z Belmaru grupka tamtejszych dzieci zakradła się nocą i przerobiła to R na B. Następnego dnia Ronnie tak się zdenerwował, że zaliczył pięć przyłożeń i nasza drużyna skopała im tyłki. Ich plan odniósł więc odwrotny skutek.

Czasami mama ma jeden ze swoich cichych dni i potrzebuje zaczerpnąć świeżego powietrza. Wybiera się więc na spacer. Z dachu widzę, jak maszeruje. Teraz na przykład zmierza w stronę domu Justina Mendozy, który stoi przy naszej ulicy, tyle że na samym dole wzgórza. Kiedy tam dotrze, skręci w lewo, w stronę Mill Road, lub w prawo, ku osiedlu Benjiego. Nie widzę go zbyt dobrze, bo otaczają go drzewa.

To od Justina dostałem iPoda. Gość chodził do tej samej szkoły średniej co Ronnie, tyle że o klasę niżej. Kiedyś często do nas wpadał, by z nim pograć. Nie wyjechał jednak na studia jak mój brat. Dzięki temu mogłem wczoraj się do niego wybrać, by kupić iPoda za dwadzieścia dolarów (na tyle się umówiliśmy). Nieoczekiwanie dał mi go w prezencie, ponieważ okazało się, że bateria szwankuje. Kiedy po niego poszedł, czekałem w garażu. Obejrzałem sobie motocykl Hondy, nad którym od zawsze pracował. Chwyciłem nawet za jedną z manetek, ale wypadła z niej śrubka. Położyłem ją na niebieskiej szmatce, tuż obok kilku innych części.

Justin wrócił z iPodem i ładowarką. „Hej, Justin, podobno jesteś mechanikiem! Czy nie powinieneś już skończyć dłubać przy tym motocyklu?”, zapytałem go. Powiedział, że kilka razy sądził, że maszyna jest wreszcie gotowa, ale po krótkiej przejażdżce zawsze dochodził do wniosku, że można coś ulepszyć. Dlatego raz po raz rozbierał ją na części. Zasugerowałem mu, by poszukał symulatora budowy motocykla – takiego jak OpenRocket, który ściągnąłem podczas składania rakiety. Program pozwolił mi przetestować różne silniki oraz między innymi zmieniać kształt nosa i stateczników, w dodatku wyliczył, jak wysoko maszyna pofrunie. Dzięki temu nie musiałem kupować żadnych części aż do ukończenia projektu. Mówiłem oczywiście o Voyagerze 3, czyli rakiecie, która wyniesie jego iPoda w kosmos.

„Więc to będzie twój pierwszy start?”, zapytał Justin. Potwierdziłem, a wtedy dodał: „Czy nie powinieneś przeprowadzić jakichś prób?”. „Właśnie po to mam symulator, by nie musieć przeprowadzać żadnych prób. Też coś!”, wyjaśniłem.

Justin zaśmiał się i zapytał, co słychać u Ronniego. Odpowiedziałem, że to co zwykle, zwłaszcza jeśli chodzi o perspektywicznych klientów. Perspektywiczny klient to ktoś, od kogo Ronnie oczekuje, że dostrzeże w nim swojego agenta. W związku z tym mój brat zabiera takiego człowieka na lunche i płaci za nie. Justin powiedział, że go podziwia i że zawsze widział w nim starszego brata. Przyznałem, że to zabawne, bo ja też go tak postrzegałem. Justin znów się zaśmiał. Poprosił, bym dał mu znać, jak poszło mi z rakietą. Obiecałem, że to zrobię, i dodałem, by sprawdził manetkę od motocykla, bo chyba brakuje w niej kilku części.

Notatka głosowa 36 min 16 sek.

Co robicie, kiedy nie możecie zasnąć?

Kto wie, może w ogóle nie śpicie, tylko wiecznie czuwacie, bo wasza planeta wiruje niezwykle wolno i dlatego zawsze świeci na niej słońce? Po prostu zawsze jest dzień!

A może wręcz przeciwnie? Nie śpicie tylko wtedy, kiedy jecie, zupełnie jak misie koala albo Carl Sagan. Mój pies zwija się w kulkę na łóżku, sofie lub na moich kolanach i od razu zapada w sen.

Czy teraz śpicie?

Podejrzewam, że nie, bo gdybyście spali, nie moglibyście tego słuchać.

A to oznacza, że nie śpimy równocześnie…

Poprzedniej nocy skończyłem się pakować. A dzisiaj spędziłem okrągły dzień na gotowaniu, by mama miała co jeść podczas mojej nieobecności. Ona oczywiście potrafi gotować i jest wyśmienitą kucharką, ale w tym roku tak często przygotowywałem dla nas obiady, że czułbym się źle, gdybym tego nie zrobił.

Poza tym ma kolejny ze swoich cichych dni. Tych, podczas których nawet nie wstaje z łóżka, tylko gapi się w niewielkie fałdki na suficie. Podejrzewam, że je liczy. Zaniosłem wodę do jej sypialni i powiedziałem: „Zrobiłem ci jedzenie na trzy dni, bo będę na SHARF-ie. Musisz tylko wyjąć plastikowe pojemniki GladWare z lodówki i podgrzać je w mikrofalówce. Kocham cię!”.

Sądziłem, że będę zmęczony całym tym gotowaniem, ale nie byłem. Próbowałem słuchać Beethovena i Chucka Berry’ego, a także obejrzeć Kontakt na Blu-rayu, ale tylko się rozbudziłem. Położyłem się nawet do łóżka Ronniego. Odkąd się wyprowadził, staram się niczego nie ruszać po jego stronie pokoju, dzięki czemu kiedy nas odwiedzi, zobaczy swoje plakaty z seksownym dziewczynami na ścianach oraz puchary sportowe na półce i poczuje się, jakby nigdy nas nie opuścił. Czasami śpię w jego łóżku, ponieważ kiedy śpi się w czyimś łóżku i robi się to, co zazwyczaj robiła ta osoba, w jakimś sensie staje się nią. Zaczyna się myśleć jak ona i pamiętać to, co ona, i po pewnym czasie ma się wielkie mięśnie i zarabia się dostatecznie dużo pieniędzy, by robić zakupy dla mamy.

Mój pociąg do Albuquerque w stanie Nowy Meksyk wyjeżdża wcześnie rano. Calexico i inni forumowicze mają się spotkać w Lottaburgerach Blake’a, czyli w restauracji znajdującej się na stacji kolejowej w Albuquerque. Zamierzają zrzucić się na samochód, którym pojadą na SHARF, więc będę miał podwózkę. Mam nadzieję, że szybko się zorientuję, kto jest kim, ponieważ większość użytkowników forum znam tylko z ksywek i nie mam pojęcia, jak wyglądają.

Od startu mojej rakiety dzielą mnie tylko dwa dni, więc jak najszybciej muszę nagrać dla was jakieś sensowne dźwięki z Ziemi. Może… może skoro dzięki Złotej Płycie usłyszeliście bicie serca oraz fale mózgowe zakochanej kobiety, to ja umieszczę na swoim Złotym iPodzie głos zakochanego mężczyzny?

Nagrałbym siebie, ale jak dotąd w nikim się nie zakochałem. Nie kocham żadnej dziewczyny ze szkoły, gdyż kręci je głównie kupowanie ciuchów, snapchatowanie i Skyler Beltran. Jak widać, mamy różne zainteresowania. Nie przejmuję się tym jednak, gdyż jestem pewien, że na SHARF-ie spotkam kogoś zakochanego. Wiem, że wielu facetów się zakochuje. Na przykład Ronnie jest zakochany w swojej dziewczynie Lauren, a Benji w pani Shannon, która uczy nas matematyki. Powiedział, że kiedy nachyliła się nad nim, by pomóc mu z pewnym zadaniem, pachniała jak brzoskwiniowe cukierki Jolly Ranchers. Przysiągłem, że nie wspomnę o tym nikomu na całej naszej planecie… więc akurat wam mogę powiedzieć.

Szkoda, że Benji nie pojedzie ze mną na SHARF…

Jest na wakacjach z mamą, siostrą i nowym chłopakiem swojej mamy. W Chicago.

Kiedyś Benji zapytał mnie, czy żałuję, że nie mam taty. Zapytałem go, czy żałuje, że nie ma dinozaura. Benji stwierdził, że nie jest pewien, ponieważ nigdy nie miał dinozaura, więc wyjaśniłem mu, że tak samo wygląda sytuacja z moim tatą. Mój kumpel przyznał jednak po namyśle, że fajnie byłoby mieć triceratopsa, bo można by na nim jeździć i rozwalać ściany w szkole, a kiedy dyżurny czepiałby się o spóźnienie, rzuciłoby się mu: „Powiedz to mojemu triceratopsowi!”. Przyznałem, że to świetny pomysł.

Czasami myślę, że fajnie byłoby mieć tatę. W Kontakcie ojciec doktor Arroway również zmarł, kiedy była dzieckiem, ale przynajmniej była starsza niż ja. Pamiętała, jak patrzy razem z nim w teleskop stojący na ganku i jak rozmawia przez stare radio z ludźmi z Florydy. Mój ojciec zmarł, kiedy miałem trzy lata, więc pamiętam głównie to, co mi o nim opowiedziano. Mama nieraz wspomina, że kiedy miałem się urodzić, tata wracał do domu z podróży służbowej, jednak spóźnił się na lot. W efekcie musiała sama pojechać do szpitala (Ronnie nie mógł jeszcze prowadzić). Tata w końcu dotarł na miejsce i dziesięć minut później przyszedłem na świat.

Chwilami mam wrażenie, że mój ojciec jest jak puzzle. Niektóre części ma moja mama, inne Ronnie, ale wielu brakuje i nie mogę ułożyć sobie całości. W tym roku podczas zajęć z wiedzy o społeczeństwie pani Campos opowiadała nam o genealogii, czyli nauce o pochodzeniu. Mieliśmy nawet ćwiczenia, to znaczy poszliśmy do komputerów do biblioteki i zajrzeliśmy tam na stronę ancestry.com. Kiedy wpisze się tam imiona swoich rodziców i dziadków, program, korzystając z rządowych baz danych, starych artykułów prasowych i tym podobnych rzeczy zbuduje nasze drzewo genealogiczne. Dowiedziałem się dzięki temu, że mój dziadzio i babcia od strony mamy pochodzą z Filipin (o czym zresztą wiedziałem), zaś przodkowie mojego taty przypłynęli statkiem z Europy w 1870 roku. Ancestry ma mi wysyłać maile, jeśli dowie się czegoś nowego o mojej rodzinie – zupełnie jakbym miał własny zespół CSI (co jest akronimem od crime scene investigator – tym mianem określa się osoby badające miejsca zbrodni). Tyle że w moim przypadku ów zespół nie bada zbrodni, tylko mojego tatę. Więc w sumie to DSI – dad scene investigator2.

Ech, jak tak dalej pójdzie, nigdy nie zasnę.

Spróbuję znów położyć się do łóżka. Carl Sagan i ja mamy jutro ważny dzień.

Dobranoc!

Notatka głosowa 4[notatka niedostępna]

Notatka głosowa 58 min 52 sek.

No dobrze, spróbuję raz jeszcze. Chciałem opowiedzieć wam, co się wydarzyło na stacji kolejowej, ale się popłakałem i nagranie straciło sens, więc je skasowałem.

Za każdym razem, kiedy Ronnie widział mnie tonącego we łzach, powtarzał, bym wziął się w garść. Prosił, bym przestał się mazać, bo nikt nie lubi beks, więc starałem się być twardy. Jednak nie zawsze mi się to udawało. Czasami chmury w mojej głowie robiły się olbrzymie i szare, po czym wirowały i niczym huragan uderzały w moje oczy. Oczywiście niedosłownie – wbrew pozorom nie mam w głowie całego frontu pogodowego.

Tego poranka, kiedy mieliśmy z Carlem Saganem wyjść z domu, odkryłem z przerażeniem, że spakowałem zbyt wiele rzeczy (nawet wliczając w to szampon z odżywką „dwa w jednym”). Po prostu spróbowałem unieść swój bagaż, jednak okazał się zbyt ciężki. Przeszedłem może pięć kroków i już się zmęczyłem. Wieczorem jakoś tego nie przewidziałem, zwłaszcza że moje graty same w sobie nie były ciężkie, ale wszystkie razem do kupy… „I co teraz zrobimy?”, zapytałem Carla Sagana, który spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Ale dlaczego mnie pytasz?”. Próbowałem założyć mu torbę na grzbiet, jednak odskoczył. Posłał mi następnie wiele mówiące spojrzenie: „Sądzisz, że jestem osłem?”.

Wyjaśniłem mu, że wiem, iż nie jest osłem, po czym wpadłem na świetny pomysł.

Sprowadzał się on do zajrzenia do garażu i wyciągnięcia z niego niewielkiego wózka, w którym zazwyczaj przywoziłem zakupy. Postawiłem na nim swój bagaż. Zmieścił się, problem rozwiązany! Potem zastukałem delikatnie do mamy, by sprawdzić, czy już się obudziła, ale się nie obudziła, więc podszedłem do jej łóżka i szepnąłem jej do ucha: „Wyjeżdżamy i, jak już mówiłem, wrócimy w niedzielę. Kocham cię”. To na wypadek, gdyby słyszała mnie przez sen.

Carl Sagan i ja powędrowaliśmy wzdłuż ulicy i skręciliśmy w lewo na wysokości domu Justina Mendozy. Wędrowaliśmy Mill Road – jedną ręką ciągnąłem wózek, drugą zaś Carla Sagana na smyczy. I tak właśnie idąc, minęliśmy stację benzynową pana Bashira oraz sąsiadujący z nią motel Super 8. Myślałem, żeby przywitać się i zarazem pożegnać z panem Bashirem, ale nie chciałem się spóźnić na pociąg. Bałem się też, że konduktorzy nie pozwolą mi wziąć ze sobą wózka. Nie płakałem jeszcze – to stało się nieco później.

Dotarłem na stację piętnaście minut przed przyjazdem pociągu. Pokazałem jakiemuś facetowi mój e-bilet, a on zapytał mnie, gdzie są moi rodzice. Wyjaśniłem mu, że jadę tylko z Carlem Saganem. Gość spytał, gdzie jest Carl Sagan, więc przesunąłem się w prawo, bo psiak chował się za moimi nogami. Facet spojrzał na mnie i powiedział: „To bilet dla osoby dorosłej”, więc wyjaśniłem mu, że przez Internet nie dało się kupić innego. Dowiedziałem się wówczas, że potrzebuję biletu ulgowego, takiego dla dzieci. Kiedy zapytałem go, jak można taki kupić, odpowiedział, że sprzedają je wyłącznie z biletami normalnymi. Trochę mnie zaniepokoił. Zwłaszcza że oświadczył, iż nie wpuści mnie samego do pociągu, bo jeśli nie mam trzynastu lat, mogę podróżować wyłącznie w towarzystwie osoby dorosłej. Potem poprosił mnie o moją legitymację szkolną. Wręczyłem mu kartę członkowską Towarzystwa Planetarnego, lecz on chciał dokument z datą moich urodzin. Dałem mu tę legitymację i wówczas dowiedział się, że nie mam jeszcze trzynastu lat.

Próbowałem mu wyjaśnić, że jestem znacznie bardziej odpowiedzialny od większości znanych mi trzynastolatków. Dodałem, że jestem bardziej odpowiedzialny od wielu czternastolatków. Gość stwierdził, że to nie ma znaczenia, bo liczy się tylko mój wiek, więc stwierdziłem, że to głupie, bo dzieciaki są bardzo różne. Powinni je testować, by się przekonać, jak bardzo są odpowiedzialne, a następnie przyznawać im określony wiek w latach odpowiedzialnościowych. Wiem, że mnie daliby co najmniej trzynaście lat, w końcu sam gotuję i opiekuję się psem.

Jednak nie wspomniałem temu facetowi o teście odpowiedzialności. Pomyślałem jedynie, że przyciągnąłem na stację cały wózek rzeczy, zarówno moich, jak i Carla Sagana, a także przyciągnąłem samego Carla Sagana. Naprawdę zależało mi na SHARF-ie! I wtedy właśnie usiadłem na jednej z ławek stojących na stacji i zacząłem płakać.

Carl Sagan również zaczął płakać, bo płacze za każdym razem, kiedy ja płaczę. Doszedłem do wniosku, że może lepiej będzie, jeśli nie pojadę na SHARF. Może lepiej będzie, jeśli zostanę w Rockview, bo nigdy wcześniej nie wyjeżdżałem bez mamy czy Ronniego. Gdybym został, mógłbym przygotować dla was znacznie więcej nagrań i kiedy zebrałbym dostatecznie dużo dźwięków z Ziemi, wystrzeliłbym Voyagera 3 na własną rękę. Przecież nie muszę jechać w tym celu na festiwal! To miało sens, nawet jeśli wydałem wszystkie swoje pieniądze na bilet kolejowy i wejściówkę. Tyle że wtedy nie poznam Europy, Calexico oraz kilku innych ludzi z rocketforum.

I wtedy właśnie wyciągnąłem mojego Złotego iPoda i opowiedziałem wam, co mnie spotkało. Tyle że bez przerwy płakałem. W końcu usłyszałem gwizd pociągu i zacząłem płakać jeszcze bardziej. Bałem się, że nigdy nie przestanę.

„Co się stało?”, zapytał ktoś. Kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem starszego chłopaka w niebieskiej bandanie na głowie. Jego plecak był jeszcze większy od mojej torby. Wydał mi się gigantyczny!

Koleś usiadł obok mnie. Trochę zajęło, zanim wszystko mu opowiedziałem. Oczywiście najpierw musiałem powstrzymać huragan wiejący mi w oczy. Wcześniej nie byłem w stanie mówić z sensem. Na szczęście szybko się uspokoiłem, a huragan zmienił się w kapuśniaczek. Wyjaśniłem kolesiowi, że wybieram się na SHARF, by wystrzelić mojego Złotego iPoda i że wszyscy moi znajomi z rocketforum tam będą, i że wydałem fortunę na bilet kolejowy oraz przygotowałem zapasy dla mamy i włożyłem je do lodówki w plastikowych pudełkach, a teraz okazało się, że nigdzie nie pojadę, bo nie mam trzynastu lat, choć jestem co najmniej tak samo odpowiedzialny jak pierwszy lepszy trzynastolatek.

„Wydaje mi się, że ten wyjazd jest dla ciebie naprawdę ważny”, stwierdził starszy chłopak. „Oczywiście, że jest ważny”, pokiwałem głową. „Gdyby nie był ważny, to bym nie płakał. Heh!” No dobra, być może tego ostatniego zdania nie powiedziałem, a jedynie pokiwałem głową. Jestem pokręcony i tyle.

Koleś poprosił mnie, bym pokazał mu bilet, więc to zrobiłem. Pokazałem mu też moją torbę z rakietą, moją kartę rejestracyjną oraz wydruki z Google Maps przedstawiające teren SHARF-u, wreszcie szampon z odżywką „dwa w jednym” (choć w sumie nie wiem, po co mu go pokazałem). Kiedy zapytał mnie, gdzie są moi rodzice, wyjaśniłem mu, że tata zmarł, kiedy byłem mały, a mama została w domu i ma gdzieś, co robię, jeśli nie wchodzę jej na głowę. „Chłopie, wcześnie zaczynasz”, rzucił. „Że jak? Co wcześnie zaczynam?”, zaciekawiłem się. Oddał mi wtedy moją teczkę z dokumentami i powiedział, bym poszedł za nim i przytakiwał wszystkiemu, co powie. Pokiwałem głową.

Stanął w kolejce, więc też stanąłem. W końcu dotarliśmy do konduktora. Mężczyzna spojrzał na niego, a potem na mnie. „On jest z tobą?”, zapytał. „Tak, to mój brat przyrodni”, odpowiedział chłopak. „Zajrzałem na minutę do łazienki i już się zmył. Zdaje się, że Alex chciał mnie tu zostawić. Niezły z niego kolo, nie?” Konduktor popatrzył na mnie. „To twój brat?”, zapytał, więc spojrzałem na starszego chłopaka, a potem znów na tego faceta i pokiwałem głową. „Następnym razem trzymaj się go”, pogroził, więc znów pokiwałem głową. W końcu zeskanował nasze bilety i przydzielił nam miejsca siedzące.

Starszy chłopak pomógł mi wnieść wózek do wagonu. Okazało się, że miał dwa piętra, górne i dolne. My dostaliśmy miejsca na górze. Musieliśmy przejść przez kilka wagonów, zanim dotarliśmy do tego, w którym można było przewozić zwierzęta. Pomiędzy wagonami znajdowały się metalowe drzwi o dużych, trójkątnych guzikach. Kiedy się je naciskało, automatycznie się otwierały, wydając dźwięk kkuuu-chhhhhh. Zupełnie jak na statkach kosmicznych! Strasznie mi się spodobały. Szkoda, że nie mam takich w domu!

W pociągu nie było tak wielu pasażerów, jak myślałem. Na oko połowa miejsc była wolna. Podejrzewam, że wciąż było wcześnie, ponieważ widziałem wielu starszych ludzi oraz rodziny z dziećmi i większość z nich wciąż spała, nie licząc łysego faceta w szarym kimonie przypominającym te z filmów karate. Kiedy go mijaliśmy, uśmiechnął się do mnie, więc się mu ukłoniłem i powiedziałem: „Namaste”. W ten właśnie sposób wita się mistrzów sztuk walki.

Teraz jestem już w wagonie, w którym można przewozić zwierzęta, a Carl Sagan leży zwinięty w kulkę na siedzeniu obok. Starszego chłopaka już nie ma, przeniósł się, bo ma alergię na koty. „Czy nie powinieneś siedzieć na miejscu, które przydzielił ci konduktor?”, zapytałem. Odpowiedział, że na ogół nikt na to nie zwraca uwagi. Dodał, że jeśli ktoś zapyta mnie, czy podróżuję sam, albo będzie się mnie czepiał, to mam go odnaleźć. „Dziękuję, że zostałeś moim dorosłym”, powiedziałem. „Nie ma sprawy. Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukasz”, stwierdził. „Niczego nie szukam. Chcę po prostu wystrzelić moją rakietę. Przecież ci o tym wspomniałem!”, zdziwiłem się. Zaśmiał się. „No tak”, rzucił, po czym zniknął i…

Ups. Teraz wydaje mi się, że mówił o dźwiękach, które mam dla was nagrać. I że miał nadzieję, że ja… Hej! Może ten koleś ma dziewczynę? Może jest moim zakochanym facetem? Spróbuję go później odnaleźć i o to zapytać.

Notatka głosowa 67 min 36 sek.

Jesteśmy już prawie w Nowym Meksyku! Nasz pociąg pędzi pełną parą – cała naprzód, chciałoby się zakrzyknąć!

Czułem się nieco dziwnie, kiedy ruszyliśmy. Hamulce zrobiły tsssss, a potem budynki stacji kolejowej zaczęły się przesuwać. Najpierw powoli, a następnie coraz szybciej i szybciej. Pomyślałem, że z każdą uciekającą sekundą oddalam się coraz bardziej od domu i mojej mamy, zupełnie jak Voyagery 1 i 2 z każdą sekundą leciały coraz dalej w kosmos i oddalały się od SWOJEGO domu, czyli od Ziemi. Różnica polega na tym, że ja jednak wrócę…

NIEZIDENTYFIKOWANE DZIECKO: Co robisz?

ALEX: Och, cześć. Nagrywam notatki, które wyślę w kosmos.

NIEZIDENTYFIKOWANE DZIECKO: Masz śmiesznego psa!

ALEX: On… No cóż, chowa się pod fotelem, bo nie przepada za nieznajomymi. Ma na imię Carl Sagan. Nazwałem go tak na cześć mojego idola, doktora Carla…

NIEZIDENTYFIKOWANE DZIECKO: Czy ty i Kar Saban byliście już w wagonie turystycznym?

ALEX: A gdzie on jest?

NIEZIDENTYFIKOWANE DZIECKO: Z tyłu pociągu! Przed wagonem restauracyjnym. I jest po prostu superancki! Cały ze szkła!

ALEX: A nie stłucze się, skoro jest cały ze szkła?

NIEZIDENTYFIKOWANE DZIECKO: To mocne szkło.

ALEX: Fajnie. No cóż, nie widziałem go jeszcze, ale właśnie zamierzałem…

NIEZIDENTYFIKOWANE DZIECKO: Zagrasz w Battlemorphy?

NIEZIDENTYFIKOWANA KOBIETA: Lacey, kochanie, przestań przeszkadzać chłopcu!

ALEX: Nie szkodzi, nie przeszkadza mi…

ALEX: Jasne, że zagram w Battlemorphy!

LACEY: Jak się nazywasz?

ALEX: Jestem Alex.

LACEY: A ja Lacey i mam już pięć i pół roku. A ty ile masz lat?

ALEX: Jedenaście. To twoja mama?

LACEY: Uhum. A to moja siostra. Nazywa się Evan.

ALEX: Dziwne imię jak dla dziewczynki.

LACEY: Ale naprawdę tak się nazywa. Ma trzy latka. A gdzie twoja mama?

ALEX: W domu w Rockview. Prawdopodobnie je właśnie jeden z obiadów, które dla niej przygotowałem. No chyba że…

LACEY: To ona każe ci nosić ubrania dla dorosłych?

ALEX: Chodzi ci o ten brązowy płaszczyk? Mój idol miał podobny. Do tego czerwony golf jak ten. Nosił go w programie Kosmos. Tym oryginalnym, nie mówię tu o wersji z Neilem deGrasse Tysonem.

LACEY: Nie jest ci gorąco?

ALEX: Trochę tak, ale na rocketforum pisali, by ubrać się na cebulkę. Nocą na pustyni bywa dość zimno. Wybieram się na SHARF. To akronim festiwalu…

LACEY: Jeden z panów z przedszkola nosi taki płaszczyk. Jest naprawdę miły. Daje nam po trzy cukierki za każdym razem, gdy mu powiemy, że ktoś coś przeskrobał. Ale nawet jeśli sami coś przeskrobiemy, mówi: „Nie szkodzi”. Jest naprawdę miły!

ALEX: Wydaje się w porządku.

LACEY: Grałeś już kiedyś w Battlemorphy?

ALEX: Tak, u mojego najlepszego kumpla Benjiego.

LACEY: To dobrze. Dam ci jedną kartę, potem jedną sobie, potem tobie…

ALEX: Chciałem, żeby Benji wybrał się ze mną, ale jest w Chicago z rodziną i nowym chłopakiem swojej mamy. Jego rodzice się rozwiedli.

LACEY: Rozwiedli?

ALEX: Tak. Dowiedziałem się o tym, kiedy w piątej klasie Benji zaczął nagle płakać. Na sali gimnastycznej, podczas meczu siatkówki! „Płaczesz?”, zapytał go pan Sanford. Mój przyjaciel pokręcił głową, ale stałem obok niego i widziałem, że płacze. Potem Benji poszedł do łazienki…

LACEY: Tobie jedną kartę, potem jedną sobie…

ALEX: …i pobiegłem za nim, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Wtedy właśnie przyznał mi się, że jego rodzice się rozwodzą. Jego tata powiedział, że wyprowadza się z domu, bo kocha Benjiego i jego mamę. „To bez sensu!”, stwierdziłem. „Kiedy się kogoś kocha, to się nie wyprowadza od niego”.

LACEY: Moja mama mnie kocha.

ALEX: Mogę już obejrzeć karty?

LACEY: Możesz już obejrzeć karty. Rozdawałam, więc zaczynasz. Zagrywam kokon… i go zmieniam!

ALEX: Chyba powinnaś zaczekać i…

LACEY: I zagrywam kolejny kokon. I go zmieniam!

ALEX: Ale…

LACEY: Twoja kolej.

ALEX: No dobrze. Ciągnę kartę.

ALEX: Szkoda, że nie widziałaś talii Benjiego. On uwielbia Battlemorphy. Ma zestaw treningowy oraz aplikację Battle Enhancer. Gra, kiedy na dworze jest zbyt gorąco. Po prostu siedzi w domu i przez cały dzień gra w Battlemorphy albo w Call of Duty.

LACEY: Taka dziewczynka z mojego bloku nazywa się Maja. Ona też tylko siedzi w domu. I jest bardzo niemiła dla wszystkich. Lubi jedynie koty…

MAMA LACEY: Lacey, kiedy nie masz o kimś nic miłego do powiedzenia, to…

LACEY: …

MAMA LACEY: To co robimy, Lacey?

LACEY: Nic nie mówimy.

[Pociąg gwiżdże].

MAMA LACEY: Właśnie, nic nie mówimy.

LACEY [do Alexa]: Kiedyś Maja naskarżyła na mnie i na moją przyjaciółkę, z którą też się przyjaźni. Powiedziała nauczycielowi, że ukradłyśmy jej ołówek. Ale nie ukradłyśmy! Ona kłamała, bo jest paskudną kłamczuchą!

MAMA LACEY: Lacey, co ja ci przed chwilą powiedziałam?

LACEY: Ale ona JEST kłamczuchą, mamo! Jest paskudną….

MAMA LACEY: Czy ktoś potrzebuje tu chwili przerwy?

LACEY: Nie, mamo…

[Pociąg gwiżdże].

ALEX: Hej, zwalniamy!

LACEY: Naprawdę? Dlaczego zwalniamy?

ALEX: To dziwne, przecież tu nie ma żadnego miasteczka. Tylko pustynia!

LACEY: Mamo, dlaczego zwalniamy?

MAMA LACEY: Nie wiem, kochanie. Chodź, dokończysz frytki.

LACEY [do Alexa]: Muszę już iść.

ALEX: Trzymaj swoje karty.

LACEY: Dziękuję, że ze mną zagrałeś.

ALEX: To jak dziękuję.

[Pociąg gwiżdże].

LACEY [z oddali]: Mamo, mogę trochę wody? A mogę…

[Hamulce piszczą].

ALEX: No cóż, zatrzymaliśmy się. Ludzie patrzą w okna. Próbują się dowiedzieć, co się stało.

ALEX: Mam nadzieję, że w nic nie uderzyliśmy. Pewnie bym to poczuł…

ALEX: Nie widzę… co tam z przodu… się dzieje…

ALEX: Zamierzam się rozejrzeć. Zaczekajcie!

Notatka głosowa 76 min 3 sek.

Wciąż stoimy. Minęły już… Ojejku, prawie dwie godziny! Czuję się, jakbym miał owsiki w tyłku, tyle że OCZYWIŚCIE nie mam owsików. To tylko takie powiedzenie.