Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 322 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Do zobaczenia nigdy - Eric Lindstrom

Zaskakujący debiut literacki o niewidomej nastolatce.

Zasada numer 1: nie traktuj jej inaczej tylko dlatego, że jest niewidoma.
Zasada numer 2: jeśli ją oszukasz, nie będzie drugiej szansy.

Parker Grand jest niewidoma. Straciła mamę w wypadku samochodowym, jej ojciec popełnił samobójstwo a Scott – były chłopak – zawiódł zaufanie. To całkiem sporo jak na jedną nastolatkę…
Parker stara się być twardą dziewczyną. Kiedy nie biega swoją ulubioną trasą biegową, zajmuje się sercowym wsparciem i udzielaniem porad życiowych nieco zagubionym szkolnym przyjaciołom. Robi wszystko, żeby nie płakać, ale nie może już dłużej udawać, że nic złego się nie stało. Szczególnie, że kiedy w końcu zrozumie, co tak naprawdę przytrafiło się jej ojcu i dlaczego Scott tak się zachował, odkryje prawdę o tym, że nie wszystkie rzeczy są takimi, na jakie wyglądają…

Wzruszająca, szczera i mocna opowieść o przyjaźni, dorastaniu, tolerancji i żałobie po stracie, która może przynieść tylko ukojenie.

Opinie o ebooku Do zobaczenia nigdy - Eric Lindstrom

Fragment ebooka Do zobaczenia nigdy - Eric Lindstrom

Eric Lindstrom

Do zobaczenia nigdy

przełożyła Dorota Malina

Tytuł oryginału: Not if I See You First

Copyright © 2015 by Eric Lindstrom

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Dorota Malina, MMXVII

Wydanie I 

Warszawa MMXVI

Dla wszystkich, którzy kochają,

a zwłaszcza dla

Shannon,

dzięki której zacząłem,

Rachel,

dzięki której skończyłem,

Susan,

dzięki której nie przerwałem.

Bądźcie nieustraszone.

Prolog

Dzwoni budzik, wyłączam go i równocześnie wciskam guzik komunikatu głosowego. Stephen Hawking oznajmia, że jest „piąta pięćdziesiąt pięć”. Jak zwykle sprawdzam tylko na wszelki wypadek.

Otwieram okno i wystawiam rękę na zewnątrz. Chłodno, mgliście, ale nie wilgotno. Niebo prawdopodobnie jest zachmurzone. Ubieram się – sportowy stanik, koszulka bez rękawów, szorty, buty do biegania. Nie muszę nic sprawdzać, bo wszystkie moje ciuchy do biegania są czarne.

Z wyjątkiem szalików. Przeglądam je, dotykając plastikowych metek, i zastanawiam się, który pasuje do mojego nastroju. Jestem jakoś dziwnie niespokojna, więc wybieram ten, który może pomóc: żółta bawełna z haftem w wesołe buźki. Robię z niego opaskę, obwiązując sobie głowę tak, żeby na każdym oku mieć uśmiechniętą twarz.

Na policzkach czuję ciepło wschodzącego słońca – niebo musiało się przejaśnić, przynajmniej na horyzoncie. Zamykam za sobą drzwi frontowe, a zimny klucz wsuwam do skarpetki. Tam, gdzie ścieżka przechodzi w chodnik, skręcam w prawo i zaczynam biec.

Odcinek, który dzieli mnie od boiska, mam zakodowany w stopach, łydkach i błędniku. Po siedmiu latach znam każdy kamień, każdą szczelinę i każdy korzeń, który wystaje z chodnika. Nie muszę widzieć, dokąd biegnę – czuję to.

– Parker, STOP!

Gwałtownie hamuję i zaczynam wymachiwać rękami, jakbym stała na skraju przepaści. Jeśli przyjechała tu wczoraj koparka, możliwe, że rzeczywiście stoję.

– Bardzo cię przepraszam! – To głos pani Reiche, cierpiętniczej gospodyni domowej, która zawołała mnie z ganku. Teraz truchta po podjeździe, brzęcząc kluczykami. – Wczoraj wieczorem przyjechał brat Lena…

Wolę sobie nie wyobrażać, co by było, gdybym wbiegła w tego vana. Idę przed siebie z wyciągniętymi rękami, aż natrafiam na zimny, zroszony metal.

– Nie musi pani go przestawiać. – Obchodząc samochód, przejeżdżam dłońmi po gładkiej karoserii.

– Oczywiście, że muszę. Jak będziesz wracać, już go tu nie będzie.

Znów jestem na chodniku i oddalam się, a zza pleców dochodzi mnie warkot silnika. Czekam na rogu, aż pani Reiche go wyłączy, żeby wsłuchać się w ruch uliczny. Jedynym dźwiękiem jest świergot ptaków, więc wchodzę na skrzyżowanie.

Kiedy dotykam siatki otaczającej boisko Gunthera, skręcam w prawo. Czternaście kroków do dziury, skręt w lewo i wejście do środka – jedna ręka lekko wyciągnięta, na wypadek gdybym pierwszy raz od wielu lat błędnie oceniła odległość. Wchodzę bez problemów, jak zwykle.

Boisko ma prawie sto metrów szerokości. Jeśli od wczoraj pojawiły się na nim jakieś przeszkody, szanse, że wyłapię je przy jednym przejściu, są małe. Ale choć bieganie tu może być wariactwem, bieganie bez spaceru kontrolnego byłoby jeszcze większym.

Przejście do przeciwległej siatki zajmuje mi sto czterdzieści dwa kroki. To standard, a na trasie nie ma nic niepokojącego. Przez kilka minut się rozciągam i jestem gotowa do biegu. Siedemdziesiąt pięć dość szybkich susów i kilkadziesiąt wolniejszych kroków, żeby dotrzeć do drugiego ogrodzenia i z powrotem.

Po pięciu takich rundach przychodzi czas na sprint.

Sześćdziesiąt susów i jestem dwadzieścia kroków od ogrodzenia. Potem muszę lekko skorygować pozycję, bo zawsze trochę zbaczam. Jest cieplej niż wczoraj, ale powietrze, które przecinam, i tak wydaje mi się chłodne. Do upalnego lata zostało jeszcze wiele tygodni.

Dziesięć rund sprintu i gotowe. Po przejściu przez ulicę truchtam, żeby wyhamować stopniowo. Koło wjazdu pani Reiche zwalniam zupełnie – słyszałam, jak przestawia samochód, ale kiedy raz natrafiam na problem, dość trudno mi o nim zapomnieć. Po drugiej stronie, tam gdzie wjazd znów przechodzi w chodnik, przyspieszam.

Gdy tylko otwieram drzwi do domu, wiem, że coś jest nie tak. Nie czuję jedzenia. Nawet w dni płatkowe na śniadanie są też tosty. Z kuchni dochodzą mnie tylko zwykłe dźwięki śpiącego domu – ciche buczenie lodówki i tykanie zegara nad kuchenką. Słyszę też własny oddech, a kiedy lepiej się wsłucham – bicie serca.

Ruszam w stronę schodów i po drodze potykam się o coś w holu. Kucam i na ziemi znajduję tatę we flanelowych spodniach od piżamy i w podkoszulku.

– Tato? Tato! Wszystko w porządku?

– Parker – mówi dziwnie matowym głosem, w którym nie ma zdenerwowania ani bólu.

– Przewróciłeś się? Co się stało?

– Posłuchaj. – Jego ton jest zupełnie inny niż to, czego można by się spodziewać od człowieka leżącego przy schodach.

– Wszyscy ludzie mają tajemnice, Parker. Każdy człowiek jest tajemnicą.

Wtedy zawsze się budzę, ale dokładnie to stało się trzeciego czerwca tego roku, tydzień po rozpoczęciu wakacji i dwa tygodnie po moich szesnastych urodzinach.

No, może z dwoma wyjątkami. Po pierwsze, rzeczywiście omal nie wbiegłam w vana Reiche’ów, ale to zdarzyło się kiedy indziej, kilka tygodni później. Po drugie, tata nie leżał przy schodach. Znalazłam go w łóżku. Nie żył od paru godzin.

Rozdział pierwszy

Marissa szlocha. Znowu.

– A potem on… on… on nie… – Jej głęboki głos staje się nieprzyjemnie piskliwy.

Żałosne. Przecież ona jest niegłupia. Dotyczy to wszystkiego poza Owenem.

– Możecie z nim pogadać?

Nie odpowiadam. Sarah też nie. Dajemy cenne rady – gratis – ale nigdy się nie angażujemy. Mówiłyśmy to Marissie milion razy, nie warto więcej strzępić sobie języka. Trzeba po prostu poczekać, aż się uspokoi. A do dzwonka i tak nie ma co robić.

W zeszłym roku szkolnym taka scena powtarzała się co kilka tygodni. Na co dzień Marissa rzadko ze mną rozmawia – już prawie nie pamiętam, jak brzmi bez zawodzenia, rzężenia, sapania, dławienia się płaczem i zapchanego nosa.

Panuje powszechne przekonanie, że utrata wzroku prowadzi do wyostrzenia innych zmysłów. To prawda, ale nie chodzi o to, że stają się one ostrzejsze – człowiek po prostu pozbywa się obrazów, które nieustannie go rozpraszają. Dlatego doświadczenie siedzenia z Marissą polega na słuchaniu, do czego zdolne są jej usta i nos. A to śliskie od śluzu dowody. Tak brzmi dla mnie nieodwzajemniona miłość. Obrzydlistwo.

– Parker? Nie możesz czegoś zrobić?

– Przecież robię. Mówię ci, żebyś znalazła sobie innego.

– Nieeee!

Z reguły mam gdzieś, co myślą inni, ale to, jak obojętnie Marissa traktuje boisko pełne ludzi – i to w pierwszy dzień szkoły – zamieniając się w piszczącą fabrykę smarków, imponuje nawet mnie.

– Marissa, posłuchaj: nie ma niczego takiego jak bratnie dusze. A gdyby było, to chodziłoby o dwie osoby, które pragną się nawzajem. Ty chcesz być z Owenem, ale Owen chce być z Jasmine, więc nie jest twoją bratnią duszą. Ty jesteś jego stalkerką.

– Czekaj, czekaj… z Jasmine? – Cieszę się spokojem, kiedy zaskoczenie wiadomością, którą przekazałyśmy jej już wiosną, na chwilę ją ucisza. – Czy ona nie jest…?

– Tak, Jasmine woli dziewczyny, ale jeszcze żadnej nie znalazła, więc Owen naiwnie myśli, że ma szansę. To, że wciąż za nią łazi, jest więc tylko odrobinę bardziej bezsensowne i smutne niż to, że ty łazisz za nim. W gruncie rzeczy…

Sarah kląska językiem – wiem, co to oznacza, ale czasem tak się rozpędzę, że nie jestem w stanie się zatrzymać ani nawet zwolnić.

– …ciebie i Owena łączy tylko jedno: oboje jesteście zakochani bez wzajemności w kimś, kogo nawet nie znacie. Czy kiedykolwiek sprawdzałaś w słowniku znaczenie słów „miłość”, „bratnia dusza” czy nawet „związek”?

Cisza, która zapada, jest idealnym przykładem tego, czego najbardziej nie cierpię w swojej ślepocie – nie widzę, jak ludzie reagują na moje słowa.

– Ale… – Marissa pociąga nosem – …gdybyśmy spędzili razem trochę…

Ocala nas dzwonek. Ją i mnie. Ale głównie ją.

***

– Kogo ja widzę? Parker i jej wszystkowidzący pies przewodnik. – Z lewej strony dochodzi mnie znajomy zgrzyt i dźwięk gwałtownie otwieranych drzwiczek.

– Błagam, powiedz, że jej szafka nie jest obok mojej – mówię do Sarah scenicznym szeptem. – W wakacje odkryłam, że mam alergię na PCA. Teraz muszę nosić ze sobą EpiPen.

– Aha – odzywa się oschle Faith. – A ja niby jestem PCA? Co to znaczy?

– Pirolidynokarboksylan cynku. Występuje w kosmetykach na trądzik.

– Moim zdaniem to oznacza ludzi o pięknej i… czarującej aparycji.

Śmieję się, przestając się zgrywać.

– Wow! Wymyśliłaś to na poczekaniu?

– Oczywiście. Nie jestem taka głupia, na jaką ty wyglądasz.

Zapach kiwi i truskawek jest dla mnie wskazówką, co zaraz się stanie. Nazwałabym to uściskiem niedźwiedzia, gdyby nie to, że Faith jest za chuda, żeby występować w roli miśka. Przytulam ją trochę za długo, a potem wypuszczam.

– Naprawdę masz EpiPen? – pyta.

– O rany, Faith – odzywa się Sarah. – A ty w ogóle wiesz, co to jest?

– Mój siostrzeniec jest uczulony na orzeszki. A ty wiesz, że jesteś pretensjonalną, nadętą cizią?

– Tak, wieeem!

Ruch powietrza i głos Sarah podpowiadają mi, że ją też Faith uściskała.

– Niesamowite, ile tu obcych, co? – mówi Faith, nawet nie siląc się na szept. – Zupełnie jak w zoo.

– Przynajmniej dobrze, że to oni najeżdżają nas, a nie odwrotnie – stwierdza Sarah.

To wszystko prawda. Władze Coastview uznały, że miasteczko nie jest już w stanie utrzymywać dwóch liceów, więc zamknęli Jeffersona i przenieśli wszystkich tu, do Adamsa. Korytarze są teraz tak pełne ludzi, nie tylko pierwszaków, którzy nie znają Reguł, że aby przedrzeć się do swojej szafki, musiałam trzymać Sarah za rękę. Wyszkolenie tylu świeżaków nie będzie łatwe, ale przynajmniej nie muszę się uczyć rozkładu zupełnie nowego budynku.

– O, teraz będzie jeszcze jeden – zapowiada Faith, przypominając sobie Regułę numer 2, i znów mnie obejmuje. – Przepraszam, że na całe lato utknęłam w Vermoncie. Wiesz, że gdybym mogła, tobym przyjechała.

– Nie ma sprawy – odpowiadam szybko i mam nadzieję zakończyć temat.

– Rano rozmawiałyście z Marissą, prawda? Dobrze widziałam, że płakała?

– Nowy rok, stare brednie – stwierdza Sarah.

– Proszę, powiedz, że chodzi o nowego faceta. Serio? Nie…

Wyobrażam sobie, że ciszę wypełniają różne miny, kiwnięcia głową i uniesienia brwi.

– To o tym rozmawiałyście cały ranek? Ale z niej samolub… Chwila. – Słyszę, że Faith obróciła się w moją stronę. – Czy ona w ogóle wie? Powiedziałaś jej?

– Jasne – odpowiadam. – Aha, Marissa, kiedy ty przez całe lato beczałaś za jakimś obcym facetem, mnie umarł tata, a do mojego domu wprowadziła się ciotka z rodziną, bo tu mają lepsze warunki.

– Czy… czy ty to tylko pomyślałaś, czy powiedziałaś to na głos?

– Jezu, Faith. Jestem szczera, ale nie wredna.

– Z reguły – wtrąca Sarah.

– Muszę iść. – Rozkładam laskę. – Przez tych wszystkich świeżaków dotarcie na trygonometrię zajmie mi chwilę.

– Nie przydzielili jej nowego pomocnika? – pyta Faith Sarah, kiedy oddalam się korytarzem, postukując. – Petra przeniosła się chyba do Kolorado?

Cieszę się, że rozmawiają o moim pomocniku bez zażenowania. Żadna z nich nie mogłaby nim zostać; Faith ma zbyt wiele zobowiązań towarzyskich (czytaj: jest rozchwytywana), a Sarah nie chodzi na te same zaawansowane kursy co ja. Jest jedna dziewczyna z Jeffersona, której plan zajęć pokrywa się z moim. Zgodziła się pomagać, więc decyzja podjęła się sama.

***

Gdy tylko zajmuję swoje miejsce w sali – zawsze z tyłu, w prawym rogu, zarezerwowane dla mnie za pomocą kartonika z imieniem – zaczyna się.

– Jesteś ślepa, co?

Przekręcam głowę w kierunku nieznajomego męskiego głosu, który dobiega z ławki tuż przede mną. Jest niski, z mocno akcentowanymi samogłoskami. Głos napakowanego osiłka: taką mam wstępną hipotezę, która wymaga jednak potwierdzenia.

– A ty na pewno jesteś w dobrej sali? – pytam. – Arytmetyka dla geniuszy jest na końcu korytarza. Tu tylko trygonometria.

– Musisz być w klasie u Kensington. Nie za wcześnie?

Nie wiem, co to znaczy ani kim jest Kensington. Może nauczycielką z Jeffersona.

– Ej, frajerze – rozlega się inny męski głos na lewo od frajera. – Ona naprawdę jest niewidoma.

Ciekawe. Drugi głos jest łagodniejszy i spokojny – nie taki, jakim z reguły obraża się muskularnych frajerów. Brzmi znajomo, ale nie jestem w stanie go rozpoznać.

– Nie, pani Kensington czasem każe udawać…

– Ale nie rozdaje lasek. Poza tym to pierwsza lekcja pierwszego dnia.

– Ale skoro naprawdę jest ślepa, to po co ma na oczach opa…

– Lepiej się zamknij, dobrze ci radzę. – Ostre słowa są wypowiedziane przyjaznym tonem.

Na dziś wybrałam szalik z białego jedwabiu z dwoma grubymi iksami na oczach. Rozważałam też hachimaki z napisem „boski wiatr” w kanji, ale nie chciałam wysyłać świeżakom sprzecznych sygnałów. Żałuję tylko, że nie wzięłam z domu kamizelki.

Zwykle mam na sobie wyświechtaną kurtkę wojskową z odciętymi rękawami, pokrytą mnóstwem przypinek, które przyjaciele kupują lub robią dla mnie już od wielu lat. Na moich ulubionych widnieją napisy: „Owszem, jestem ślepa, nie podniecaj się tak” oraz „Ślepa, nie głucha, nie głupia”. No i mój osobisty hit: „Parker Grant nie potrzebuje wzroku, żeby cię przejrzeć!”. Ciotka Celia przekonała mnie rano, żebym zostawiła kamizelkę w domu, bo napisy mogą przytłoczyć nowych uczniów z Jeffersona, którzy jeszcze mnie nie znają. Myliła się. Okazuje się, że ich trzeba przytłoczyć.

Słyszę szuranie, a potem zgrzyt drewna i metalu. Ktoś usiadł po mojej lewej.

– Cześć, Parker. – To Molly. – Przepraszam za spóźnienie. Musiałam wpaść do sekretariatu.

– Nie było jeszcze dzwonka, więc nie jesteś spóźniona – mówię niezobowiązującym tonem, ale staram się jej przekazać, że bycie moim pomocnikiem oznacza pomoc na niektórych lekcjach, a nie wspieranie mnie w życiu w ogóle.

– A, więc masz na imię Parker – odzywa się frajer.

– Aj – przerywam mu słodkim głosikiem. – Domyśliłeś się, bo ktoś właśnie go użył. Ja twoje poznałam w ten sam sposób. Frajer nie brzmi jednak za dobrze, więc będę cię nazywać EF.

– Jestem…

– Ćśśś… – Kręcę głową. – Nie psuj zabawy.

Cisza, która zapada, jest idealnym przykładem tego, co uwielbiam w swojej ślepocie: nie wiem, jak ludzie reagują na moje słowa.

– Ja… – zaczyna EF.

I wtedy dzwoni dzwonek.

***

– Przed nami są schody na parking – oznajmia Molly.

Wzdycham w duchu. Jestem zmęczona, więc możliwe, że wzdycham otwarcie, nie jestem pewna.

Lekcje skończyły się już chwilę temu, ale umówiłyśmy się z Molly, że po szkole przez kilka godzin odrabiamy zadania w bibliotece, a potem dzwonię po ciotkę, żeby mnie odebrała. Mama Molly jest nauczycielką i też przyszła do nas z Jeffersona – uczy francuskiego i włoskiego – więc odwożą nas na zmianę.

– Okej – mówię. – Te schody są tu co najmniej od dwóch lat i przypuszczam, że trudno byłoby się ich pozbyć, skoro parking jest dwa metry poniżej szkoły.

Cisza.

Zastanawiam się, czy nie przypomnieć jej Reguły numer 4, bo w końcu listę reguł dostała niedawno, ale pierwszy dzień był męczący i nie mam siły.

Na terenie szkoły nie potrzebuję przewodnika. Doskonale wiem, gdzie na parkingu jest miejsce dla niepełnosprawnych, a przez dwa lata tacie udało się nauczyć pełnosprawnych, żeby się tam nie zatrzymywali. Molly twierdzi, że odprowadza mnie tylko na wszelki wypadek, ale ja wiem lepiej. Kombinacja ślepiec plus schody plus auta przeraża widzących, choć w gruncie rzeczy jest całkiem bezpiecznie. Samochody stwarzają zagrożenie tylko wtedy, kiedy się ruszają, a robią to wyłącznie w określonych miejscach i w przewidywalny sposób. I nawet hybrydy wydają przy tym dźwięki, które słyszę. Schody są jak kawałki drogi, której rozmiar i kształt nasze stopy są w stanie ogarnąć w całości.

– Wiesz co, Parker… – zaczyna Molly, energicznie, może niecierpliwie, ale potem przerywa i wzdycha.

– Co?

– Nieważne.

Też nie chcę drążyć tematu. Spędziłam z Molly za mało czasu, żeby wiedzieć, czy będę ją lubić, czy tylko tolerować. To charakter naszej relacji zdeterminuje, ile energii będę jej poświęcać. Ale i tak to z Molly będę spędzać najwięcej czasu: codziennie, przez cały rok.

– Nie możesz teraz się wycofać – mówię rzeczowym, nieoskarżycielskim tonem. – Wiem, że coś w sobie dusisz. Wypluj, zanim zacznie się jątrzyć.

Słyszę jej oddech. Oddech zamyślony. Zastanawiam się, czy jeszcze ją zachęcić, czy poczekać.

– Chodzi o to… – odzywa się w końcu. – Wiem, że dopiero się poznałyśmy…

Kolejny oddech.

– Mam ci pomóc? – pytam. – Czy chcesz się jeszcze trochę pomiotać?

Molly wypuszcza powietrze nosem. Nie wiem, czy się przy tym śmieje, czy przewraca oczami.

– Jasne, pomóż.

Słyszę, że robi i to, i to. Dobry znak.

Pod stopami czuję wypukłą metalową plakietkę, głoszącą, że liceum imienia Johna Quincy’ego Adamsa zostało ufundowane w 1979 roku. Doskonale wiem, gdzie jestem.

– Trzymaj. – Podaję jej laskę. – Możesz ją złożyć?

Molly bierze laskę.

– Czemu?

Odwracam się i energicznie ruszam w kierunku schodów. Wymachuję rękami i liczę w głowie: „sześć… pięć… cztery… trzy…”.

– Parker! – Molly biegnie za mną.

„…dwa… jeden… stopień w dół…”

Schodzę po schodach – liczę je i pewnie stawiam na nich nogi proste jak u żołnierza. Za każdym razem cofam nieco stopę, żeby uderzyć piętą o tył poprzedniego stopnia. Na dole ruszam dalej i licząc kroki, docieram do krawężnika, przy którym zaparkuje ciotka. Zatrzymuję się i odwracam.

– Poproszę o swoją laskę.

Czuję ją w dłoni. Nie jest złożona, jak prosiłam, więc składam ją i chowam do torby.

– Może myślisz, że jestem stereotypową niewidomą dziewczyną, która udowadnia wszystkim, że nie potrzebuje litości. I zamiast być miła dla tych, którzy tylko starają się jej pomóc, zachowuje się jak zimna, rozżalona suka, bo nie ma czegoś, co wszyscy wokół biorą za pewnik.

Zaczynam się zastanawiać, czy Molly zawsze tak głośno oddycha – w bibliotece nie zwróciłam na to uwagi, a było tam dość cicho.

– Jestem ciepła? – pytam.

– Nieszczególnie. Ale wystarczy, że mnie jest gorąco.

Dopiero po chwili rozumiem, o co jej chodziło – co zdarza mi się bardzo rzadko. Już za późno, żeby się roześmiać.

Uśmiecham się.

– Trafiona.

Ciotka Celia podjeżdża i się zatrzymuje.

– Pewnie rozpoznajesz auto ciotki po dźwięku?

– Tak, z reguły tak.

– Mój pies też to potrafi.

Odwracam głowę w jej stronę – zazwyczaj się nie wysilam.

– Zaczynam cię lubić, Molly Ray. Ale wierz mi, ta róża ma kolce.

– O, nie martw się, wierzę.

Słyszę kliknięcie otwieranych drzwi. Ciotka woła zbyt głośno:

– Parker, to ja. Wskakuj.

Wzdycham. Bez wątpienia otwarcie.

Rozdział drugi

Cześć, tato!

W szkole wszystko okej. Lepiej, niż można się było spodziewać. Chociaż połowa uczniów nie znała drugiej połowy, każdy miał dość znajomych, żeby nie czuć się głupio. Zaznajomienie wszystkich świeżaków z Regułami zajmie mi dużo czasu, ale mam wielu pomocników.

W szkoleniu świeżaków pomagają mi nawet ludzie, których niezbyt dobrze znam. Może chcą być mili. A może czują się ważni, kiedy mogą rozkazywać innym. A może po prostu się mną opiekują jak szkolną maskotką. To by było okropne. Nie zamierzam uczestniczyć w pokazach dobroczynności.

Droga do domu upłynęła w ciszy – teraz tak wolę. Nie wiem, jak jest w samochodzie, jeśli w nim nie jadę, ale wydaje mi się, że ludzie do mnie zagadują, bo myślą, że siedzenie w aucie bez żadnych widoków musi być okropnie nudne. Owszem, mój widok się nie zmienia, ale inni, choć mijają różnych ludzi i różne samochody, też codziennie widzą mniej więcej to samo.

Kilka miesięcy temu powiedziałam cioci Celii, że podczas jazdy nie musi zabawiać mnie rozmową. Teraz w samochodzie w ogóle się nie odzywa. Zawsze stosuje podejście „wszystko albo nic”. Powiedziałam jej to grzecznie – nie mówiłam, że ma się zamknąć ani nic takiego, ale i tak zasznurowała buzię na kłódkę. Może ją uraziłam, ale to przecież nie moja wina, że ludzie nie lubią słyszeć prawdy.

– Cześć, Duża P! – woła z podestu mój kuzyn Petey.

– Cześć, Mały P. Jak tam w szkole?

Petey zbiega i siada obok mnie na trzecim stopniu.

– Nudy.

– Jesteś za młody, żeby się nudzić w szkole. Nuda jest w programie czwartej klasy.

– Nudziłem się już w drugiej – oznajmia z dumą.

– Ja też – szepczę.

– Czemu tu siedzisz? – odszeptuje, pewnie dlatego, że ja zaczęłam.

Nie chcę odpowiadać szczerze, przynajmniej nie Peteyowi. Sytuacja i tak jest trudna, bo mój dom wypełniają krewni, z którymi przedtem spotykałam się co kilka lat, a teraz śpią w pokoju i gabinecie mojego zmarłego taty. Nie chcę mówić kuzynowi, jak bardzo brakuje mi taty, wspólnych powrotów ze szkoły, naszych rozmów, które nie kończyły się w aucie, tak że siadaliśmy jeszcze przy kuchennym stole i gadaliśmy, popijając mrożoną herbatę, aż w końcu musiał wracać do pracy. Nie chcę mówić Peteyowi, że nie myślałam o tym, dopóki nie wsiadłam dziś do samochodu ciotki i cisza – którą sprowokowałam i której teraz nie jestem w stanie przełamać – wyssała ze środka całe powietrze i myślałam, że zemdleję. Nie mówię mu, jak bardzo chciałabym teraz usiąść przy stole w kuchni i porozmawiać z tatą, ale jeślibym to zrobiła, wszyscy uznaliby to za dziwactwo: siedzi sama i nic nie robi. Nie obchodzi mnie, co myślą inni, ale na pewno zaczęliby mnie gnębić pytaniami.

Jak Petey teraz, bo bezczynne siedzenie na schodach jest większym dziwactwem niż siedzenie przy stole. Nie chcę mu jednak tłumaczyć, że zamiast monologować z tatą w swoim pokoju, gdzie nikt mnie nie widzi, wolę to robić w miejscu, w którym czuję jego obecność: w kuchni, w jego gabinecie (niemożliwe, bo teraz mieszka tam moja kuzynka Sheila), na schodach, gdzie nigdy naprawdę z nim nie siadałam, ale gdzie czasem rozmawiamy w moich snach.

– Odpoczywam trochę. To był długi dzień.

– Chcesz zagrać w świnię?

Nieszczególnie, ale i tak nie mogę robić tego, na co mam ochotę.

– Jasne. Może zapytasz też Sheilę?

– Ma zamknięte drzwi.

Oboje wiemy, co to znaczy. Nie przeszkadzać.

– Dobra, to przynieś karty. Ja zrobię coś do picia. Kto ostatni, ten rozdaje.

Petey wbiega głośno na górę. Ciotka każe mu porządkować pokój codziennie przed spaniem, ale on po prostu wrzuca wszystko na półki i nigdy nie pamięta, co gdzie jest. Ma kilka talii kart, ale tylko jedną z brajlem, więc znalezienie jej zajmie mu chwilę.

Nie wiem, tato, czy pozwolą mi tak po prostu siedzieć w ciszy i rozmawiać z tobą codziennie, ale na pewno będę próbować. Być może będę musiała zabarykadować się w pokoju, jak Sheila. Sam mówiłeś, że każdy ma tajemnice. Ja też.

***

Na obiad są kotlety wieprzowe – jak zwykle za suche – tłuczone ziemniaki, sos jabłkowy i groszek z puszki. Wszystkie posiłki, które przygotowuje ciotka, są jak z kreskówki – człowiek ma wrażenie, że został uwięziony w zoo u ufoludków, którzy wiedzę na temat ludzkiej diety czerpią z telewizji.

Nie zaoferowałam pomocy, bo ciotka zawsze mówi: „Nie, dziękuję”. Co byłoby w porządku, gdyby nie to, że mówi tak tylko do mnie. Stara się być przy tym miła, podaje różne powody, czasem delikatnie sugeruje, że mi odpuszcza, bo „przechodzę trudny okres”. Tak naprawdę odmawia, bo największą pomocą byłoby siekanie warzyw, a ona nie może znieść widoku niewidomej dziewczyny z nożem w ręce. Niech jej będzie. Wszystko, co jemy dzisiaj, mogłabym przygotować na półśpiąco. Chętnie zrezygnuję z pomagania, jeśli ciotka tak woli.

– Parker, widziałyście się dziś z Sheilą w szkole? – pyta wujek Sam.

– Tato! – wtrąca zażenowany Petey. – Uważaj, co mówisz.

– No co?

Rozumiem, o co chodzi mojemu małemu obrońcy.

– W porządku, Mały P. „Widzieć” i „widywać” mają dużo znaczeń, na przykład wpaść na kogoś czy umawiać się z kimś. Więc nie, ja nie widziałam dziś Sheili, ale może ona widziała mnie. Widzisz, o co mi chodzi?

Petey się śmieje. Tylko on.

– Nie mamy żadnych wspólnych lekcji – mówi Sheila swoim zwyczajowym tonem pod tytułem: „Po co w ogóle o tym rozmawiamy”. – A nasze szafki są daleko od siebie.

Wujek nie wspomina, że szkoła jest mała, że zawsze można umówić się na lunch ani że Sheila musiała mnie widzieć, skoro wie, gdzie jest moja szafka. Cieszy mnie to. Wujek z reguły wie, kiedy dać spokój.

– A jak sprawdza się Molly? – pyta.

– Wyszkolenie nowego pomocnika zawsze zajmuje trochę czasu. Ale zapowiada się obiecująco. Musi się jeszcze nauczyć Reguł.

Sheila prycha. A przynajmniej głośno wydycha powietrze, na pewno przewracając przy tym oczami. Puszczam to mimo uszu.

– Mały P ma coś do opowiedzenia – mówię.

– Tak… – zaczyna Petey, ale ciotka mu przerywa.

– Parker, nie nazywaj go tak. Już cię o to prosiłam.

– Ale on to lubi, prawda, Mały P?

– Sam to wymyśliłem, prawda, Duża P?

– Potem przestanie mu się to podobać, a ksywka przylgnie.

– Jeśli któregoś dnia poprosi mnie, żeby go tak nie nazywać, to przestanę, obiecuję. Poza tym robię to tylko w domu, więc jeśli ktoś obcy usłyszy, to na pewno nie ode mnie.

– Chodzi o to, że… że to nie brzmi… przyzwoicie.

– Obiekcje odnotowane – odpowiadam żartobliwie. – No, Mały P, dawaj.

Spodziewam się, że teraz nastąpi przerwa na brwiową rozmowę o moim nieposłuszeństwie, ale Petey nie może się powstrzymać i natychmiast zaczyna opowiadać o tym, jak to rozbili w szkole akwarium. Jego ekscytacja wcale nie oznacza, że rybki przeżyły – gdyby zginęły, mówiłby tym samym tonem.

Kiedy kuzyn w chaotycznych szczegółach opisuje brawurową akcję ratowania bystrzyków, ja kroję kotlet widelcem i tępym nożem, a następnie oddzielam mięso od kości. Tuż po tym, jak rodzina się wprowadziła, wywołałam kontrowersję, bo odkryto, że nie przekładam widelca do prawej ręki, żeby podnieść kęs do ust. Coś takiego: 1) nigdy nie przyszło mi do głowy, 2) jest podobno oznaką dobrego wychowania, przynajmniej dla ludzi, którzy nadal przejmują się takimi rzeczami, 3) uważam za dziwactwo. Najdziwniejsze było to, że ciotka nie ograniczyła się do potępienia mnie i mojego taty za to, że mi na to pozwolił – ona usiłowała mnie tego oduczyć. Przed najbardziej idiotyczną kłótnią na świecie ocalił nas wujek, który zauważył, że „tak się jada za oceanem”. I choć ciotka nie była całkowicie usatysfakcjonowana, uwaga wujka pozwoliła jej odpuścić i nie stracić przy tym twarzy. Był to przedsmak mieszkania z ciotką pod jednym dachem.

***

Siedzę na łóżku z laptopem i czytam z pomocą głosu Stephena Hawkinga. Rzadko czytam normalne, drukowane książki i tylko sporadycznie korzystam z monitora brajlowskiego. Z reguły słucham audiobooków albo surfuję po sieci z syntezatorem mowy. A czy jest lepszy sposób na naukę niż słuchanie najmądrzejszego gościa na świecie?

Właśnie jak co wieczór czytam sobie Wikipedię – przewrotnie wybrałam hasło o kukułkach. Składają jajka w gniazdach innych ptaków, które potem, jakby nigdy nic, wychowują podrzutki jak własne. U mnie w domu jest odwrotnie.

Moja komórka zaczyna dzwonić: kwa, kwa, kwa. To sygnał Sarah. Przepinam słuchawki z komputera do telefonu.

– Hej – mówię.

– Hej – odpowiada. – Jakieś spięcia dziś wieczorem?

– Nie, tylko kilka iskier, kiedy ciotka kazała mi przestać nazywać Peteya Małym P.

– Ta ksywka jest okropna.

– Jej zdaniem nieprzyzwoita.

– Wiesz, że w jej języku to oznacza „zboczona”? Bo ona taka jest. Mały sam ją znienawidzi, jak się zorientuje, o co biega.

– Jezu, Sarah, on ma osiem lat. A jeśli myślisz, że małe „pe” oznacza „małego penisa”, to „duże pe”… Nieważne. Powinnam była lepiej to przemyśleć.

Sarah rechoce, a mnie robi się ciepło na sercu. Śmieje się tak rzadko.

– Sheila nadal z tobą nie rozmawia?

– Bez zmian. Nie żebym się ich spodziewała.

– Miałam rację. Podejrzewałam, że będzie się izolować.

– I tak nie jestem najlepszą kandydatką na przewodnika. Niewiele mogę jej pokazać, a jej pewnie nie interesuje, ile kroków jest ze stołówki do najbliższej łazienki.

– Fakt. A jak tam Molly?

– Jeszcze nie wiem. Rokowania są dobre. Prawdopodobnie nie będzie beznadziejna. Zapytaj później.

– W porządku, jasnowidzko.

– Dobra, a teraz powiedz mi, co wiesz.

Niniejszym rozpoczyna się codzienne wyliczanie tego, co zauważyłyśmy i wywnioskowałyśmy w ciągu dnia. Moja lista jak zwykle jest krótsza, bo to Sarah jest oczami, a ja ustami naszego duetu. Nikt jednak nie zaprzeczy, że jeśli już coś mówię, mam na to mocne dowody.

Dawniej robiłyśmy to dużo bardziej systematycznie, lekcja po lekcji, korytarz po korytarzu. Teraz skaczemy do woli, ale i tak nic nam nie umyka. Sarah opisuje, jak wyglądają ludzie i przedmioty, a ja kataloguję czas i miejsce, mówię o głosach, czasem o zapachach, tak żeby mogła zidentyfikować, o kogo mi chodzi, i dostarczyć mi później obrazy i dodatkowe informacje. Opowiadam jej o frajerze z trygonometrii, bo spodziewam się, że będzie uciążliwy i będę potrzebowała narzędzi, żeby sobie z nim radzić. Wspominam o spokojnym głosie, który spacyfikował osiłkowaty ton frajera – o głosie, który brzmiał znajomo, ale którego nie byłam w stanie nikomu przypisać. Jakbym słuchała kogoś mówiącego z akcentem innej znanej mi osoby, ale zupełnie innym głosem.

Milknę, czekając, aż Sarah się odezwie, ale tego nie robi. Ja też nie, bo chcę zobaczyć, jak długo będzie trwać cisza. Po kolejnych kilku sekundach wiem, że coś jest na rzeczy.

– No co?

– Czekam, aż mi o tym opowiesz.

– O czym?

– Naprawdę nie wiesz?

– Czego nie wiem?

– Serio nie rozpoznałaś tego głosu? Nie wiesz, do kogo należy?

– A ty wiesz? Przecież nawet cię tam nie było.

– Ale Kay była. Powiedziała, że trzymała książkę do matmy jak tarczę, ale ty byłaś spokojna jak głaz.

– Tak powiedziała Kay? Spokojna jak głaz?

– Oczywiście, że nie. Mówimy o Kay. Miała pięciominutowy słowotok. Wolisz to niż moje idealne zwięzłe podsumowanie?

– Chryste, Sarah…

– To był Scott.

– Scott? Scott? Ale nie brzmiał…

Podłoga znika. Żołądek mi się skręca, opadam na łóżko i wciskam plecy w zagłówek.

– Głos mu się zmienił. Kiedy ostatni raz go słyszałaś, był w ósmej klasie. Miał tylko trzynaście lat.

Rozmawiałyśmy już o tym, że niektórych imigrantów z Jeffersona będziemy znać – podziały administracyjne sprawiły, że chodziliśmy do tej samej podstawówki i gimnazjum, ale do innych liceów. Niektóre z tych osób były już na mojej liście palantów, ale jest ona tak długa, że reaktywacja kilku osobników zbytnio mnie nie zmartwiła. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że będzie wśród nich Scott Kilpatrick.

– Parker?

Chwytam za telefon.

– Muszę kończyć.

– Czekaj! Nie rozłączaj…

Ucinam rozmowę i wyrywam słuchawki z uszu – za szybko i pod złym kątem, więc boli.

Scott Kilpatrick. Największy dupek na ziemi. Numer jeden na liście. Wykrzykniki. CAPS LOCK.

Kwa, kwa, kwa.

Wyłączam dźwięk w komórce. Mam ściśnięte gardło jak podczas choroby, a na twarzy czuję gorąco.

Scott Kilpatrick. Złamał Regułę numer 1. Podpada pod Regułę Nieskończoność.

Bzzz, bzzz, bzzz.

Wtykam telefon pod poduszkę.

Scott Kilpatrick. Wróg publiczny numer jeden.

Rozdział trzeci

Reguły

Reguła#1: Nie oszukuj mnie. Nigdy. Zwłaszcza wykorzystując moją ślepotę. Zwłaszcza publicznie.

Reguła#2: Nie dotykaj mnie, jeśli wcześniej nie poprosiłeś o pozwolenie albo mnie nie ostrzegłeś. Nie widzę, że się zbliżasz. Zawsze będę zaskoczona. Najprawdopodobniej zrobię ci krzywdę.

Reguła#3: Nie dotykaj mojej laski ani innych moich rzeczy. Każdy przedmiot musi zostać tam, gdzie go zostawiłam. Wystarczy trochę pomyślunku.

Reguła#4: Nie pomagaj mi, jeśli o to nie proszę. Jeżeli to robisz, wchodzisz mi tylko pod nogi. I działasz mi na nerwy.

Reguła#5: Nie mów do mnie podniesionym głosem. Nie jestem głucha. Zdziwiłbyś się, jak często mi się to zdarza. A jeśli cię to nie dziwi, to powinno.

Reguła#6: Nie zwracaj się do ludzi, którzy mi towarzyszą, tak, jakby byli moimi opiekunami. Tak, to też zdarza się często.

Reguła#7: Nie mów w moim imieniu. Do nikogo, nawet do swoich znajomych albo do dzieci. Pamiętaj, nie jesteś moim opiekunem.