Do wszystkich chłopców, których kochałam - Jenny Han - ebook
Opis

Pierwszy tom serii, którego ekranizacja pojawi się na platformie Netflix!

Lara Jean właśnie zaczyna naukę w klasie maturalnej. Jej starsza siostra wyjechała na studia do Szkocji, zrywając przy tym z chłopakiem, a młodsza robi wszystko, aby zaszczepić w ojcu chęć posiadania psa.

Dziewczyny Song, jak same siebie nazywają, kilka lat wcześniej straciły matkę i dbają o to, aby nie zapomnieć o swoich koreańskich korzeniach i najbardziej ułatwić ojcu wychowanie trójki dorastających córek.

Lara Jean w pudle na kapelusze, które dostała od matki, trzyma listy miłosne. I to nie byle jakie! Dziewczyna napisała je sama i skierowała słowa do swoich byłych obiektów westchnień, by ten sposób wyleczyć się z niechcianego uczucia. Łącznie powstało pięć listów, które nigdy nie miały trafić do adresatów.

Jednak ktoś ukradł pudło i wysłał spisane na papierze słowa, które miały wyleczyć złamane serce dziewczyny. Wszyscy chłopcy, w których kiedyś kochała się Lara, otrzymują wiadomości. Całą sytuację można by obrócić w żart, gdyby nie to, że jednym z nich, jest były chłopak starszej z sióstr Song.

__

O autorce

Jenny Han to znana i ceniona amerykańska pisarka. Jej serie książek młodzieżowych mają fanów na całym świecie, a książka „Do wszystkich chłopców, których kochałam” doczekała się ekranizacji na Netflix. Urodzona i wychowana w Richmond. Po skończeniu Uniwersytetu w Północnej Karolinie przeniosła się do Nowego Yorku, gdzie mieszka do dziś. Jej książki młodzieżowe szybko trafiają na listy bestsellerów New York Times’a, a druga część przygód Songówek — „P.S. Wciąż Cię kocham”— wygrała nagrodę Young Adult 2015 —2016 Asian/Pacific American Award for Literature.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 356

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Dla mojej siostry Susan – Hanówny rządzą!

Lubię pielęgnować różne różności. Nie te ważne jak wieloryby, ludzi czy środowisko. Błahostki. Porcelanowe dzwoneczki, które kupuje się w sklepie z pamiątkami. Foremki, których się nigdy nie użyje, bo na co komu ciastko w kształcie stopy? Wstążki do włosów. Listy miłosne. Można chyba powiedzieć, że ze wszystkich rzeczy, które gromadzę, listy miłosne są najcenniejsze.

Trzymam je w szmaragdowym pudełku na kapelusze kupionym mi przez mamę w desie w centrum miasta. Nie są to listy miłosne napisane do mnie. Takich nie posiadam. To ja je napisałam. Po jednym dla każdego chłopaka, którego kochałam – w sumie pięć.

Niczego w nich nie zatajam. Piszę, jakby nigdy nie mieli ich przeczytać. Bo też nigdy ich nie przeczytają. Przelewam na papier każdą skrytą myśl, każde spostrzeżenie, wszystko, co chowam w swoim wnętrzu. Na zakończenie zaklejam kopertę, adresuję ją, a potem wkładam do szmaragdowego pudełka.

Nie są to klasyczne listy miłosne. Piszę je, kiedy nie chcę już być zakochana. Na do widzenia. Bo gdy je napiszę, nie spala mnie dłużej nieokiełznana miłość. Mogę zjeść płatki i nie zastanawiać się, czy on też lubi cheeriosy z bananami. Mogę śpiewać romantyczne piosenki i nie dedykować ich jemu. Jeśli porównamy miłość do opętania, to moje listy przypominają egzorcyzmy. Dają mi wolność. A przynajmniej takie jest założenie tego, co robię.

1

Josh jest chłopakiem Margot, ale można spokojnie powiedzieć, że uczuciem darzy go cała moja rodzina. Trudno stwierdzić, kto najbardziej. Zanim został chłopakiem Margot, był po prostu Joshem. Od zawsze. Mówię od zawsze, ale to nie całkiem prawda. Wprowadził się do sąsiedniego domu pięć lat temu, choć wydaje się, jakby mieszkał tu od zawsze.

Tata uwielbia Josha, bo Josh jest chłopakiem, a tatę otaczają same dziewczyny. Całe dnie spędza z kobietami. Tata jest ginekologiem, a w dodatku ojcem trzech córek, więc w kółko ma wokół siebie tylko dziewczyny, dziewczyny, dziewczyny. Lubi Josha także dlatego, że Josh lubi komiksy i jeździ z tatą na ryby. Tata próbował kiedyś zabrać nas na ryby. Ja się rozpłakałam, bo ubłociłam buty, Margot się rozpłakała, bo zamokła jej książka, a Kitty – bo wciąż była jeszcze dzieckiem.

Kitty uwielbia Josha, bo gra z nią w karty i go to nie nudzi. A przynajmniej udaje, że go to nie nudzi. Stawiają zakłady: „Jeśli wygram kolejne rozdanie, musisz zrobić mi tosty bez skórki z masłem orzechowym”. To Kitty. Jak zwykle okazuje się, że nie ma masła orzechowego, na co Josh mówi: „Wielka szkoda, wybierz coś innego”. Ale Kitty wierci mu dziurę w brzuchu i chłopak w końcu idzie kupić masło, bo Josh to Josh.

Gdybym miała powiedzieć, czemu Margot go kocha, powiedziałabym, że chyba dlatego, że wszyscy go kochamy.

Siedzimy w salonie, Kitty przykleja zdjęcia psów do gigantycznych rozmiarów kartonu. Wokół niej walają się ścinki papieru. Mruczy sama do siebie:

– Kiedy tata spyta mnie, co chcę dostać pod choinkę, powiem mu: „Wystarczy, że wybierzesz którąś z tych ras”.

Margot i Josh siedzą na kanapie. Ja leżę na podłodze i oglądam telewizję. Josh uprażył wielką michę popcornu, pochłaniam go garściami.

Leci reklama perfum: ulicami Paryża biegnie dziewczyna ubrana w liliową sukienkę zwiewną jak skrzydła motyla. Dałabym wszystko, żeby być tą dziewczyną w zwiewnej sukience, spacerującą wiosną po Paryżu! Podnoszę się tak gwałtownie, że krztuszę się ziarenkiem kukurydzy. Między kaszlnięciami mówię:

– Margot, spotkajmy się w czasie moich wiosennych ferii w Paryżu!

Już wyobrażam sobie, jak wiruję z pistacjowym makaronikiem w jednej dłoni i malinowym w drugiej.

W spojrzeniu Margot pojawia się błysk.

– Myślisz, że tata cię puści?

– Pewnie, chcę się ukulturalniać. Nie będzie miał wyjścia.

To prawda, do tej pory nie latałam sama. Poza tym jeszcze nie wyjeżdżałam za granicę. Czy Margot przyjechałaby po mnie na lotnisko, czy musiałabym sama trafić do hostelu?

Josh musiał dostrzec nagły niepokój na mojej twarzy, bo mówi:

– Nie martw się. Tata na pewno cię puści, jeśli ja będę z tobą.

Rozchmurzam się.

– Super! Możemy mieszkać w hostelach i żywić się wyłącznie pieczywem i serami.

– Możemy pójść na grób Jima Morrisona! – dorzuca Josh.

– Możemy odwiedzić parfumerie i stworzyć własny zapach! – ekscytuję się, a Josh prycha.

– „Tworzenie własnego zapachu” w parfumerie kosztowałoby cię zapewne tyle, co tygodniowy pobyt w hostelu – mówi i szturcha Margot. – Twoja siostra cierpi na manię wielkości.

– Ma najwykwintniejszy gust z nas trzech – stwierdza Margot.

– A co ze mną? – skarży się Kitty.

– Z tobą? – Prycham. – Jesteś najmniejwykwintną z sióstr Song. Co wieczór muszę cię błagać, żebyś umyła nogi, nie wspominając o prysznicu.

Twarz Kitty tężeje i robi się czerwona.

– Nie to miałam na myśli, droncie dodo. Miałam na myśli Paryż.

Zbywam ją nonszalanckim machnięciem ręki.

– Jesteś za mała na nocowanie w hostelu.

Kitty zbliża się na czworakach do Margot i wspina się na jej kolana, chociaż ma dziewięć lat, a to za dużo na siadanie ludziom na kolanach.

– Margot, pozwolisz mi jechać, prawda?

– Może zorganizujemy rodzinne wakacje – mówi Margot, całując ją w policzek. – Mogłabyś przyjechać z Larą Jean i tatą.

Marszczę brwi. Nie taką wycieczkę do Paryża sobie wyobrażałam. Josh mówi do mnie bezgłośnie ponad głową Kitty: „Później pogadamy”, a ja pokazuję mu dyskretnie uniesione kciuki.

Później tego samego wieczoru, Josh dawno poszedł. Kitty i tata śpią. Siedzimy w kuchni. Margot przy stole przed komputerem, a ja obok niej formuję z ciasta kulki i obtaczam je w cukrze z cynamonem. Ciasteczka, by wrócić do łask Kitty. Kiedy wcześniej poszłam powiedzieć jej dobranoc, odwróciła się do mnie plecami i nie chciała się odezwać, bo wciąż jest przekonana, że będę usiłowała wykluczyć ją z wycieczki do Paryża. Mam zamiar postawić talerz ze smakołykami koło jej poduszki, żeby obudził ją zapach świeżo upieczonych ciastek. Margot jest wyjątkowo cicha. Nagle podnosi głowę znad komputera i bez uprzedzenia mówi:

– Zerwałam dziś z Joshem. Po obiedzie.

Kulka z ciasta wypada mi z palców prosto do miseczki z cukrem.

– To był najwyższy czas – dodaje.

Nie ma zaczerwienionych oczu, chyba nie płakała. Jej ton jest spokojny i wyważony. Ktokolwiek by na nią spojrzał, sądziłby, że nic jej nie jest. Bo Margot nigdy nic nie jest, nawet gdy coś jej jest.

– Nie rozumiem, czemu musiałaś z nim zerwać – mówię. – Wyjazd do college’u nie oznacza, że trzeba zakończyć związek.

– Laro Jean, wyjeżdżam do Szkocji, nie na Uniwersytet Wirginia. Saint Andrews leży prawie sześć i pół tysiąca kilometrów stąd. – Poprawia okulary. – Jaki miałoby to sens?

Nie mogę uwierzyć w to, co mówi.

– Sens jest taki, że to Josh. Josh, który kocha cię bardziej niż którykolwiek chłopak kiedykolwiek kochał dziewczynę!

Margot przewraca oczami. Uważa, że przesadzam, ale wcale tak nie jest. To prawda – tak właśnie Josh kocha Margot. Nawet nie spojrzy na inną.

Nagle Margot mówi:

– Wiesz, co powiedziała mi kiedyś mama?

– Co?

Na chwilę zapominam o Joshu. Bo nieważne, co akurat robię, czy właśnie jesteśmy z Margot w trakcie kłótni, czy zaraz potrąci mnie samochód, zawsze zatrzymam się i będę słuchać historii o mamie. Chcę, żeby każdy szczegół, każde wspomnienie Margot były również moimi. I tak jestem w lepszej sytuacji niż Kitty. Ona wie o mamie tylko to, czego dowiedziała się od nas. Tyle razy opowiadałyśmy jej te historie, że teraz należą do niej. „Pamiętasz, jak…”, mówi. A potem opowiada o jakiejś sytuacji, jakby wcale nie była wówczas niemowlakiem.

– Powiedziała mi, żebym poszła do college’u, nie mając chłopaka. Nie chciała, żebym należała do tych dziewczyn, które wypłakują się chłopakowi w słuchawkę i rezygnują z rozmaitych rzeczy, zamiast ich próbować.

Margot najwyraźniej chce „popróbować” Szkocji. Odrywam w zamyśleniu kawałek ciasta i wrzucam go sobie do ust.

– Nie powinnaś jeść surowego ciasta – mówi.

Ignoruję ją.

– Josh nigdy by cię nie ograniczał. On taki nie jest. Pamiętasz, jak postanowiłaś wystartować w wyborach na przewodniczącą samorządu uczniowskiego? On poprowadził twoją kampanię. Jest twoim najzagorzalszym fanem!

Na tę wzmiankę kąciki ust Margot opadają, więc wstaję i zarzucam jej ręce na szyję. Odchyla głowę i uśmiecha się do mnie.

– Nic mi nie jest – mówi, ale coś jej jest, wiem, że jest.

– Jeszcze możesz to odkręcić. Pójdź do niego i powiedz, że zmieniłaś zdanie.

Margot kręci głową.

– To koniec, Laro Jean. – Puszczam ją, a ona zamyka laptopa. – Kiedy będzie gotowa pierwsza partia? Zgłodniałam.

Rzucam okiem na przyczepiony do lodówki minutnik w kształcie jajka.

– Cztery minuty. – Wracam na swoje miejsce i mówię: − Nieważne, co powiesz, Margot. To nie jest koniec. Za mocno go kochasz.

Kręci głową.

– Laro Jean – zaczyna swoim cierpliwym tonem, jakbym była dzieckiem, a ona mądrą, czterdziestodwuletnią kobietą.

Macham jej przed nosem łyżką surowego ciasta. Waha się, po czym otwiera usta. Karmię ją jak malucha.

– Poczekaj tylko, wrócicie do siebie za dzień, może dwa.

Ale mówiąc to, wiem już, że to nieprawda. Margot nie należy do dziewczyn, które zrywają i wracają w zależności od widzimisię. Jeśli coś postanowi, to koniec. Żadnego rozwodzenia się nad tym, żadnego żalu. Dokładnie tak, jak powiedziała; kiedy coś kończy, to kończy.

Żałuję (i jest to myśl, która przyszła mi do głowy wiele, wiele razy, zbyt wiele, by można to było zliczyć), że nie jestem podobna do Margot. Bo czasem mam wrażenie, że ja nigdy niczego nie kończę.

Kiedy już pozmywałam naczynia, ułożyłam ciastka na talerzu i postawiłam go obok poduszki Kitty, idę do swojego pokoju. Nie włączam światła. Podchodzę do okna. U Josha wciąż się świeci.

2

Następnego ranka Margot robi kawę, a ja wsypuję do misek płatki i mówię to, co chodziło mi po głowie przez cały ranek:

– Gdybyś nie wiedziała, tata i Kitty będą bardzo zawiedzeni.

Kiedy myłyśmy z Kitty przed chwilą zęby, kusiło mnie, żeby wszystko jej wygadać, ale Kitty była na mnie wciąż zła za wczoraj, więc się nie odezwałam. Słowem nie wspomniała o ciastkach, chociaż wiem, że je zjadła, bo na talerzu zostały jedynie okruszki.

Margot wzdycha ciężko.

– Powinnam zostać z Joshem ze względu na ciebie, tatę i Kitty?

– Nie, tak tylko mówię.

– I tak nie przychodziłby tu tak często po moim wyjeździe.

Marszczę brwi. Nie przyszło mi do głowy, że Josh przestałby się u nas pojawiać, bo Margot wyjechała. Wpadał do nas na długo przed tym, jak zostali parą, więc nie widzę powodu, dla którego miałby przestać to robić.

– Może by przychodził – mówię. – Uwielbia Kitty.

Margot wciska „start” na ekspresie. Obserwuję ją wyjątkowo bacznie, bo to Margot zawsze robi kawę, a ja nigdy, i ponieważ teraz wyjeżdża (zostało tylko sześć dni), lepiej byłoby, żebym się tego nauczyła. Odwrócona do mnie plecami mówi:

– Może im o tym nie powiem.

– Chyba się domyślą, kiedy nie pojawi się na lotnisku, Gogo. – Gogo to ksywka, którą nadałam Margot, od pewnych kozaczków retro. – Ile filiżanek wody wlałaś? I ile wsypałaś łyżeczek kawy?

– Zapiszę ci to – zapewnia mnie. – W notatniku.

Koło lodówki trzymamy domowy notatnik. Pomysł Margot, rzecz jasna. Znajdują się w nim wszystkie ważne numery telefonów, grafik taty i godziny odwożenia Kitty.

– Nie zapomnij wpisać numeru do nowej pralni – mówię.

– Już wpisałam. – Margot wkrawa do płatków banan: każdy plasterek jest cieniutki. – A Josh i tak nie pojechałby z nami na lotnisko. Wiesz, co myślę o ckliwych pożegnaniach. – Margot robi minę pod tytułem „emocje są fuj”.

Wiem, co myśli.

Kiedy postanowiła wyjechać na studia do Szkocji, poczułam się zdradzona. Mimo że wiedziałam, że tak się stanie, bo było jasne, że wyjedzie na studia gdzieś daleko. I było jasne, że wyjedzie na studia do Szkocji i będzie studiowała antropologię, bo Margot to Margot, dziewczyna z mapami, przewodnikami i planami. Było pewne, że któregoś dnia nas opuści.

Wciąż jestem na nią zła. Troszkę. Odrobineczkę. Wiem oczywiście, że to nie jej wina. Ale wyjeżdża tak daleko, a tyle razy powtarzałyśmy, że zawsze będziemy dziewczynami Song. Margot pierwsza, ja w środku, a Kitty na końcu. W metryce jej imię widnieje jako Katherine, dla nas jest Kitty. Od czasu do czasu wołamy na nią Kicia, bo tak nazwałam ją, kiedy się urodziła. Przypominała wówczas wymizerowanego, bezwłosego kociaka.

Jesteśmy trzema dziewczynami Song. Była jeszcze czwarta. Moja mama, Eve Song. Evie dla taty, mama dla nas, Eve dla pozostałych. Song jest, a raczej było, nazwiskiem mamy. Nasze nazwisko to Covey. Ale my jesteśmy dziewczynami Song, a nie Covey, bo mama powtarzała, że na zawsze zostanie dziewczyną Song, a Margot stwierdziła, że w takim razie my też powinnyśmy tak zrobić. Wszystkie mamy podwójne nazwisko, a i tak wyglądamy bardziej na Songówny niż Coveyówny, na Koreanki bardziej niż na białe. Przynajmniej ja i Margot. Kitty jest najbardziej podobna do taty: ma jasnobrązowe włosy jak on. Mówią, że najbardziej podobna do mamy jestem ja, ale ja myślę, że raczej Margot, bo ma wyraziste kości policzkowe i ciemne oczy. Minęło już prawie sześć lat od śmierci mamy, a czasem ma się wrażenie, jakby dopiero co tu była, a kiedy indziej – jakby nigdy jej tu nie było, tylko w snach.

Tamtego ranka umyła podłogi. Błyszczały i pachniały cytryną i czystym domem. Telefon dzwonił w kuchni, ruszyła biegiem, żeby go odebrać, i się poślizgnęła. Uderzyła głową o podłogę i straciła przytomność, a potem się ocknęła i nic jej nie było. To był przebłysk świadomości. Tak to nazwali. Nieco później powiedziała, że boli ją głowa, położyła się na kanapie i już się nie obudziła.

To Margot ją znalazła. Miała dwanaście lat. Wszystkim się zajęła: zadzwoniła po pogotowie, zadzwoniła po tatę, kazała mi opiekować się Kitty, która miała zaledwie trzy lata. Włączyłam dla niej telewizor w bawialni i usiadłam tam z nią. I tyle. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie było Margot. Choć jest ode mnie starsza tylko o dwa lata, podziwiam ją bardziej niż kogokolwiek.

Gdy inni dorośli dowiadują się, że tata jest samotnym ojcem trzech dziewczyn, kręcą głową z podziwem, jakby mówili: „Jak on to robi? Jakim cudem ogarnia to wszystko w pojedynkę?”. Odpowiedź brzmi: Margot. To ona od początku wszystko organizowała, porządkowała, planowała i układała w równych rządkach.

Margot jest porządną dziewczyną, a my z Kitty poszłyśmy chyba w jej ślady. Nigdy nie skłamałam, nie upiłam się, nie zapaliłam ani nawet nie miałam chłopaka. Droczymy się z tatą, jaki z niego szczęściarz, że jesteśmy takie porządne, ale prawdę mówiąc, to my mamy szczęście. Jest naprawdę dobrym tatą. I bardzo się stara. Nie zawsze nas rozumie, ale się stara, a to jest najważniejsze. Nasza trójka zawarła ciche porozumienie: na ile to możliwe, ułatwić tacie życie. Może w sumie nie jest takie ciche, bo ileż to razy słyszałam, jak Margot mówi: „Ciii, nie hałasuj, tata uciął sobie drzemkę przed powrotem do szpitala” albo: „Nie zawracaj tacie głowy, zrób to sama”.

Spytałam Margot, jak jej zdaniem wyglądałoby życie, gdyby mama nie umarła. Czy na przykład spędzałybyśmy z koreańską częścią rodziny więcej czasu, a nie tylko Święto Dziękczynienia i Nowy Rok. Albo…

Margot nie widzi sensu w gdybaniu. Takie jest nasze życie, nie ma po co się zastanawiać, co by było, gdyby. Nikt tego nie wie. Naprawdę się staram, ale trudno mi przyjąć ten sposób rozumowania. Zawsze się zastanawiam, „co by było, gdyby...”, rozmyślam nad drogą, która nie została obrana.

Tata i Kitty schodzą jednocześnie z góry. Margot nalewa tacie filiżankę czarnej kawy, a ja nalewam Kitty mleka do płatków. Przysuwam jej miseczkę, a ona odwraca głowę w przeciwnym kierunku i wyjmuje z lodówki jogurt. Zabiera go do salonu, żeby zjeść przed telewizorem. Czyli nadal się gniewa.

– Jadę później do supermarketu, więc zróbcie mi listę tego, czego potrzebujecie – mówi tata, biorąc duży łyk kawy. – Może kupię na kolację steki. Możemy zrobić grilla. Mam kupić też stek dla Josha?

Odwracam głowę gwałtownie w stronę Margot. Otwiera usta, po czym je zamyka. A potem mówi:

– Nie, tato, kup porcję dla nas czworga.

Rzucam jej karcące spojrzenie, ale ona mnie ignoruje. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby Margot przed czymś stchórzyła, ale wygląda na to, że do spraw sercowych należy przykładać inną miarę.

3

To ostatnie dni lata i nasze ostatnie dni z Margot. Może zerwanie z Joshem nie było wcale takie złe, bo dzięki temu możemy więcej czasu spędzić wyłącznie w siostrzanym gronie. Na pewno o tym pomyślała. To z pewnością była część planu.

Właśnie wyjeżdżamy z naszego osiedla, kiedy mija nas biegnący Josh. W zeszłym roku zapisał się do klubu i teraz ciągle biega. Kitty go woła, ale okna są zamknięte, a i tak nic z tego – udaje, że jej nie słyszy.

– Zawróć. − Kitty zwraca się niecierpliwie do Margot. − Może ma ochotę się do czas przyłączyć.

– Dziś jest nasz siostrzany dzień − mówię jej.

Resztę poranka spędzamy w sklepie, kupując ostatnie ważne rzeczy, jak mieszanka orzechowa do samolotu, dezodorant i gumki do włosów. Pozwalamy Kitty pchać wózek, żeby mogła się rozpędzić, a potem na niego wskoczyć, jakby prowadziła rydwan. Margot pozwala jej to zrobić tylko kilka razy, a potem każe jej już przestać, żeby nie denerwować pozostałych klientów.

Następnie wracamy do domu i przyrządzamy na lunch sałatkę z kurczakiem i zielonymi winogronami, a potem jest już prawie pora na zawody pływackie Kitty. Pakujemy piknikową kolację składającą się z kanapek z szynką i serem oraz sałatki owocowej i zabieramy laptopa Margot, żeby oglądać filmy, bo zawody pływackie potrafią się ciągnąć długo w noc. Robimy też transparent głoszący: „Kicia, do boju!”. Rysuję na nim psa. Tata ostatecznie nie dociera na zawody, bo odbiera poród, a z wachlarza wymówek ta jest całkiem niezła. (To była dziewczynka, nazwano ją Patricia Rose, po dwóch babciach. Tata zawsze dopytuje dla mnie o pierwsze i drugie imię. To pierwsza rzecz, o którą pytam, kiedy wraca po odebraniu porodu do domu).

Kitty jest tak podekscytowana zdobyciem dwóch medali za pierwsze miejsce i jednego za drugie, że dopiero w samochodzie, w drodze powrotnej do domu, przypomina sobie, żeby spytać, gdzie jest Josh. Siedzi z tyłu, na głowie ma turban z ręcznika, a medale zwisają jej z uszu jak kolczyki. Nachyla się i mówi:

– Hej! Czemu nie było Josha?

Widzę, że Margot się waha, więc odpowiadam, zanim ona zdąży. Możliwe, że jedyne, w czym jestem lepsza od Margot, to kłamanie.

– Pracował dziś w księgarni. Ale bardzo chciał przyjść.

Margot wyciąga rękę ponad skrzynią biegów i ściska z wdzięcznością moją dłoń.

Kitty, wysuwając dolną wargę, mówi:

– To były ostatnie regularne zawody! Obiecał, że przyjdzie popatrzeć, jak pływam.

– Zmienili mu grafik w ostatniej chwili – mówię. – Nie był w stanie wykręcić się od pracy, bo jednemu z jego współpracowników coś nagle wypadło.

Kitty niechętnie kiwa głową. Choć jest mała, rozumie, co to nagła zmiana.

– Jedźmy na mrożony jogurt – rzuca nagle Margot.

Kitty się rozpromienia, a Josh i jego zmyślona praca odchodzą w niepamięć.

– Tak! Chcę waflowy rożek! Mogę waflowy rożek z dwiema gałkami? Chcę miętową i z orzeszkami. Nie, tęczowy sorbet i podwójny karmel. Nie, moment…

Odwracam się na siedzeniu.

– Nie dasz rady zjeść dwóch gałek i rożka – mówię jej. – Może zmieścisz dwie gałki z kubeczka, a nie w rożku.

– A właśnie, że zmieszczę. Dziś dam radę. Umieram z głodu.

– W porządku, ale spróbuj tylko nie skończyć całości!

Grożę jej palcem i mówię tonem pogróżki, na co Kitty przewraca oczami i chichocze. Ja wezmę to, co zwykle – wiśniowy z kawałkami czekolady w zwykłym rożku.

Margot podjeżdża pod drive-through i kiedy czekamy na swoją kolej, mówię:

– Założę się, że w Szkocji nie mają mrożonego jogurtu.

– Pewnie nie – odpowiada.

– Następny będziesz mogła zjeść dopiero w Święto Dziękczynienia.

Margot patrzy prosto przed siebie.

– W Boże Narodzenie – poprawia mnie. – Przerwa na Święto Dziękczynienia jest za krótka, żeby lecieć całą tę drogę, pamiętasz?

– Święto Dziękczynienia będzie do dupy – marudzi Kitty.

Milczę. Nigdy nie obchodziliśmy Dziękczynienia bez Margot. To ona piecze zawsze indyka i zapiekankę z brokułów i cebulki w śmietanie. Ja robię ciasta (z dyni i pekanów) i tłuczone ziemniaki. Kitty służy za testerkę smaku i nakrywaczkę do stołu. Nie mam pojęcia, jak upiec indyka. Będą u nas obie babcie, a Babi, mama taty, lubi Margot najbardziej z nas trzech. Powtarza, że Kitty ją wykańcza, a ja mam zbyt rozmarzony wyraz twarzy.

Nagle czuję panikę, z trudem łapię oddech i nic mnie nie obchodzi wiśniowy jogurt z kawałkami czekolady. Nie umiem sobie wyobrazić Święta Dziękczynienia bez Margot. Nie umiem sobie bez niej wyobrazić choćby przyszłego poniedziałku. Wiem, że większość sióstr się nie dogaduje, ale Margot jest mi bliższa niż ktokolwiek na świecie. Jak mamy być dziewczynami Song bez niej?

4

Moja najdawniejsza przyjaciółka Chris pali, sypia z chłopakami, których prawie nie zna, i dwukrotnie była zawieszona w prawach ucznia. Raz musiała stawić się przed sądem za wagarowanie. Dopóki nie poznałam Chris, nie wiedziałam, że można wylądować za wagary w sądzie. Dla wyjaśnienia: kiedy nie chodzi się bardzo często na lekcje, ma się kłopoty z prawem.

Jestem prawie pewna, że gdybyśmy poznały się z Chris teraz, nie zaprzyjaźniłybyśmy się. Różnimy się jak dwa bieguny. Ale nie zawsze tak było. W szóstej klasie Chris lubiła przybory szkolne, nocowanie u koleżanek i oglądanie całą noc filmów z Johnem Hughesem, zupełnie jak ja. Ale w ósmej klasie, kiedy tata szedł spać, zaczęła się wymykać na spotkania z chłopcami, których poznała w centrum handlowym. Odwozili ją tuż przed świtem. Nie kładłam się spać, dopóki nie wróciła, bo przerażało mnie, że nie zdąży, zanim tata się obudzi. Ale zawsze wracała na czas.

Chris nie należy do tego rodzaju przyjaciółek, do których dzwoni się co wieczór albo z którymi codziennie jada się lunch. Przypomina bezpańskiego kota, przychodzi i odchodzi według własnego uznania. Nie da się jej przywiązać do miejsca czy osoby. Czasem nie widuję się z nią całymi dniami, a potem w środku nocy ktoś puka do okna mojej sypialni i to jest Chris przycupnięta na drzewku magnolii. Na wszelki wypadek nie zamykam dla niej okna. Chris i Margot się nie znoszą. Chris uważa, że Margot jest sztywna, a Margot uważa, że Chris ma chorobę dwubiegunową. Sądzi, że Chris mnie wykorzystuje, a Chris sądzi, że Margot mnie kontroluje. Myślę, że chyba obie mają trochę racji. Ale co istotne i prawdziwe – Chris i ja rozumiemy się, co moim zdaniem liczy się znacznie bardziej, niż się ludziom wydaje.

Chris dzwoni do mnie w drodze do naszego domu. Mówi, że jej mamie odbija, więc wpadnie na parę godzin, i pyta, czy mamy coś do żarcia.

Wyjadamy właśnie z Chris w salonie resztki gnocchi z jednej miski, kiedy wraca Margot, odwiózłszy Kitty na grilla kończącego sezon jej drużyny pływackiej.

– O, cześć – mówi, po czym dostrzega na stoliku szklankę dietetycznej coli Chris bez podstawki. – Możesz, proszę, użyć podstawki?

Gdy tylko Margot znika na piętrze, Chris mówi:

– Boszszsz! Czemu twoja siostra jest taką suczą?

Wsuwam podkładkę pod jej szklankę.

– Dziś wszystkich uważasz za sucze.

– Bo wszyscy nimi są. – Chris wznosi oczy do nieba i mówi głośno: − Powinna wyjąć kij z tyłka.

Margot woła ze swojego pokoju:

– Słyszałam!

– Bo miałaś usłyszeć! – odkrzykuje Chris, wyskrobując ostatnią kluskę dla siebie.

Wzdycham.

– Niedługo wyjeżdża.

Chris rechocze:

– Czy w takim razie Joshy będzie do jej powrotu co wieczór zapalał dla niej świeczkę?

Waham się. Choć nie jestem pewna, czy to nadal ma pozostać tajemnicą, to jestem pewna, że Margot nie chciałaby, by Chris wtykała nos w jej życie prywatne. Mówię jedynie:

– Nie wiem.

– Chwileczkę. Rzuciła go? – pyta Chris.

Niechętnie kiwam głową.

– Ale nie komentuj tego – ostrzegam. – Wciąż jest tym naprawdę przygnębiona.

– Margot? Przygnębiona? – Chris skubie paznokieć. – Margot, w odróżnieniu od nas, nie odczuwa normalnych ludzkich emocji.

– Po prostu jej nie znasz – mówię. – Poza tym nie wszyscy mogą być tobą.

Szczerzy zęby. Ma spiczaste kły, przez co zawsze wygląda na nieco wygłodniałą.

– Prawda.

Chris to czysta ekspresja. Krzyczy z byle powodu. Mówi, że czasem trzeba wykrzyczeć emocje, bo jeśli się tego nie zrobi, to będą narastać. Niedawno nakrzyczała na jakąś panią w sklepie spożywczym, bo ta nadepnęła jej przez przypadek na stopę. Chyba nie grozi jej narastanie emocji.

– Nie mogę uwierzyć w to, że za parę dni jej nie będzie – mówię, czując, jak nagle wilgotnieją mi oczy.

– Ona nie umiera, Laro Jean. Nie ma się co mazać.

Bawi się nitką wiszącą z czerwonych szortów. Są tak krótkie, że kiedy siedzi, widać jej bieliznę. Jest czerwona, pod kolor szortów.

– Uważam, że dobrze ci to zrobi. Najwyższa pora, żebyś zaczęła robić swoje i przestała słuchać wszystkiego, co mówi Królowa Margot. To twój przedostatni rok, laska. Właśnie teraz powinnaś się zabawić. Wyrwij paru kolesi, pożyj trochę, jarzysz?

– Żyję wystarczająco intensywnie – mówię.

– Taa, w domu starców. – Chris rży, a ja rzucam jej wkurzone spojrzenie.

Kiedy Margot zrobiła prawo jazdy, zaczęła udzielać się jako wolontariuszka w domu spokojnej starości Belleview. Jej zadaniem było przygotowywanie podwieczorku dla pensjonariuszy. Czasem jej pomagałam. Ustawiałyśmy orzeszki, rozlewałyśmy napoje, a czasem Margot grała na pianinie, choć zwykle okupowała je Stormy. Stormy to diwa Belleview. Panuje niepodzielnie. Lubię słuchać, jak opowiada. A panna Mary, choć może nie tak sprawna w rozmowie z powodu demencji, nauczyła mnie robić na drutach.

Mają tam teraz nową wolontariuszkę, ale wiem, że w Belleview im więcej osób, tym weselej, bo większości mieszkańców prawie nikt nie odwiedza. Powinnam tam niedługo zajrzeć. Brakuje mi tych wizyt. I nie podoba mi się, że Chris sobie z tego żartuje.

– Mieszkańcy Belleview przeżyli więcej niż wszyscy, których znamy, razem wzięci – mówię jej. – Jedna z pań, Stormy, występowała dla żołnierzy! Dostawała setki listów dziennie od zakochanych w niej wojskowych. A jeden weteran, który stracił nogę, przysłał jej pierścionek z brylantem!

Chris nagle robi się zainteresowana.

– Zatrzymała go?

– Tak – potwierdzam.

Myślę, że nie powinna była zatrzymywać pierścionka, skoro nie miała zamiaru wychodzić za mąż, ale pokazała mi go – jest naprawdę piękny. Różowy brylant, wielka rzadkość. Założę się, że jest teraz wart kupę forsy.

– Stormy wygląda mi na ostrą sztukę – przyznaje niechętnie Chris.

– Może mogłabyś pójść tam ze mną któregoś dnia – proponuję. – Możemy odwiedzić ich w czasie podwieczorku. Pan Perelli uwielbia tańczyć z nowymi dziewczynami. Nauczy cię fokstrota.

Chris wykrzywia twarz w okropnym grymasie, jakbym zaproponowała jej popołudnie na miejskim wysypisku śmieci.

– Nie, dzięki. Lepiej to ja zabiorę cię potańczyć. – Wskazuje brodą piętro. – Kiedy twoja siostra wyjedzie, będziemy się mogły naprawdę zabawić. Wiesz, że to potrafię.

To prawda, Chris potrafi się bawić. Czasem trochę za bardzo, jak na mój gust, ale potrafi.

5

Wieczór przed wyjazdem Margot wszystkie trzy spędzamy u niej w pokoju, pomagając jej spakować ostatnie drobiazgi. Kitty układa porządnie kosmetyki Margot w przezroczystym łazienkowym organizerze. Margot usiłuje zdecydować, który wziąć płaszcz.

– Mam brać wełniany i pikowany czy tylko wełniany? – pyta mnie.

– Tylko wełniany – mówię. – Możesz go nosić i w cieplejsze, i chłodniejsze dni. – Leżę na łóżku, nadzorując proces pakowania. – Kitty, sprawdź, czy nakrętka od mleczka jest dobrze zakręcona.

– Jest świeżo kupione, jasne, że jest zakręcona! – burczy Kitty, ale sprawdza jeszcze raz.

– W Szkocji robi się zimno szybciej niż u nas – mówi Margot, składając płaszcz i układając go na wierzchu walizki. – Chyba wezmę oba.

– Nie wiem, po co pytasz, skoro z góry wiesz, co masz zamiar zrobić – mówię. – Poza tym wydawało mi się, że wracasz do domu na Boże Narodzenie. Wracasz, prawda?

– Tak, jeśli przestaniesz zachowywać się jak rozpuszczony bachor – mówi Margot.

Szczerze mówiąc, Margot nie zabiera ze sobą szczególnie dużo. Niewiele jej potrzeba. Ja na jej miejscu spakowałabym cały pokój. Ale jej pokój wygląda na prawie nietknięty.

Margot siada koło mnie, a Kitty wspina się na łóżko i siada w jego nogach.

– Wszystko się zmienia – wzdycham.

Margot robi minę i obejmuje mnie ramieniem.

– Tak naprawdę nie zmienia się nic. Zawsze będziemy siostrami Song, pamiętasz?

W drzwiach staje ojciec. Puka, choć drzwi są otwarte, i nie mamy wątpliwości, kto w nich stoi.

– Zacznę pakować rzeczy do samochodu – oznajmia.

Obserwujemy z łóżka, jak taszczy jedną z walizek na dół, a potem wraca na górę po kolejną. Z sarkazmem rzuca:

– Nie, nie wstawajcie. Nie fatygujcie się.

– Bez obaw, nie będziemy – wołamy chórem.

W ostatnim tygodniu ojciec działa w trybie wiosennych porządków, choć wcale nie ma wiosny. Wszystkiego się pozbywa: nigdy nieużywanego wypiekacza do chleba, płyt CD, koców, starej maszyny do pisania mamy. Wszystko idzie na cele charytatywne. Jakiś psychiatra czy ktoś w tym rodzaju powiązałby to zapewne z wyjazdem Margot do college’u, ale ja nie potrafię wyjaśnić, co to dokładnie oznacza. Bez względu na znaczenie jest to upierdliwe. Dwukrotnie musiałam go odganiać od mojej kolekcji szklanych jednorożców.

Kładę głowę na kolanach Margot.

– Na pewno wracasz do domu na Boże Narodzenie, prawda?

– Prawda.

– Szkoda, że nie mogę z tobą wyjechać – burmuszy się Kitty. – Jesteś milsza niż Lara Jean.

Szczypię ją.

– Widzisz? – tryumfuje.

– Lara Jean będzie miła – mówi Margot – o ile ty będziesz grzeczna. Obie musicie zaopiekować się tatą. Zadbajcie o to, żeby nie przepracowywał zbyt wielu sobót. Upewnijcie się, czy co miesiąc oddaje samochód do przeglądu. I nie zapomnijcie kupić filtrów do kawy, zawsze o tym zapominacie.

– Tak jest, panie generale – mówimy równocześnie z Kitty.

Przyglądam się twarzy Margot w poszukiwaniu smutku, strachu albo niepokoju, jakiegokolwiek znaku, że obawia się wyjeżdżać tak daleko, że będzie za nami tęskniła tak bardzo, jak my za nią. Ale nic na jej twarzy nie znajduję.

Tej nocy śpimy we trzy w pokoju Margot.

Kitty jak zwykle zasypia pierwsza. Leżę koło niej w ciemnościach z otwartymi oczami. Nie mogę zasnąć. Na myśl o tym, że jutro Margot nie będzie już w tym pokoju, robi mi się tak smutno, że ledwo mogę to znieść. Ze wszystkich rzeczy najbardziej nienawidzę zmian.

W ciemnościach obok mnie Margot pyta:

– Laro Jean… Myślisz, że byłaś kiedykolwiek zakochana? Tak naprawdę?

To pytanie mnie zaskakuje. Nie mam dla niej gotowej odpowiedzi. Usiłuję jakąś wymyślić, ale ona znów się odzywa:

– Żałuję, że nie kochałam więcej niż jeden raz. Uważam, że powinno się zakochać przynajmniej dwukrotnie w ciągu liceum – mówi ze smutkiem.

Potem wzdycha lekko i zapada w sen. Margot tak właśnie zasypia – jedno senne westchnienie i już, jak gdyby nigdy nic, odpłynęła do Nibylandii.

Budzę się w środku nocy, Margot nie ma w pokoju. Obok mnie leży zwinięta Kitty, ale nie Margot. Panują kompletne ciemności, jedynie światło księżyca sączy się przez zasłony. Wygrzebuję się z łóżka i podchodzę do okna. Zapiera mi dech w piersiach. Na podjeździe stoją Josh i Margot. Margot nie patrzy na Josha, tylko na księżyc. Josh płacze. Nie dotykają się. Stoją od siebie tak daleko, że wiem, że Margot nie zmieniła zdania.

Puszczam zasłonę i wracam po omacku do łóżka, gdzie Kitty przetoczyła się głębiej na środek. Odsuwam ją o parę centymetrów, żeby zrobić miejsce dla Margot. Żałuję, że ich zobaczyłam. To była zbyt intymna chwila. Zbyt prawdziwa. Była przeznaczona tylko dla nich. Gdybym mogła to jakoś „odzobaczyć”, to bym to zrobiła.

Przewracam się na bok i zamykam oczy. Jak to jest, kiedy chłopak lubi cię tak bardzo, że za tobą płacze? I to nie byle chłopak. Josh. Nasz Josh.

Odpowiedź brzmi: tak, chyba byłam naprawdę zakochana. Ale tylko raz. W Joshu. Naszym Joshu.

6

Oto jak Margot i Josh zostali parą. W pewnym sensie dowiedziałam się o tym najpierw od Josha.

To było dwa lata temu. Siedzieliśmy w bibliotece w czasie okienka. Odrabiałam pracę domową z matematyki. Josh mi pomagał, bo jest dobry z matmy. Pochylaliśmy głowy nad kartką tak blisko siebie, że czułam zapach mydła, którego użył tamtego ranka. Irlandzka wiosna.

I wtedy powiedział:

– Potrzebuję twojej rady na pewien temat. Podoba mi się ktoś…

Przez ułamek sekundy myślałam, że chodzi o mnie. Myślałam, że powie, że ja mu się podobam. Taką miałam nadzieję. Był początek roku szkolnego. Przez cały sierpień spędzaliśmy razem niemal każdy dzień, czasem z Margot, ale głównie we dwoje, bo Margot trzy razy w tygodniu odbywała staż na plantacji Montpelier. Dużo pływaliśmy. Miałam dzięki temu wspaniałą opaleniznę. I tak przez ułamek sekundy sądziłam, że wypowie moje imię.

A potem zobaczyłam, jak się rumieni, jak patrzy w przestrzeń i już wiedziałam, że to nie o mnie chodzi.

Przebiegłam w myślach listę potencjalnych kandydatek. Lista była krótka. Josh nie spędzał czasu z mnóstwem dziewczyn. Miał przyjaciela Mike’a, który przeprowadził się z New Jersey w gimnazjum, i drugiego przyjaciela Bena, i tyle. To mogła być Ashley, trzecioklasistka z drużyny siatkarskiej. Raz stwierdził, że jest najładniejszą dziewczyną z trzeciej klasy. Na jego obronę – zmusiłam go do tego: spytałam, która dziewczyna z każdego rocznika jest najładniejsza. Za najładniejszą z pierwszego roku uznał Genevieve. Nie zdziwiło mnie to, ale i tak poczułam lekkie ukłucie w sercu.

To mogła być Jodie, studentka college’u pracująca w księgarni. Josh często wspominał, jaka jest inteligentna, jaka obyta, bo studiowała za granicą, w Indiach, i teraz była buddystką. Ha! To ja byłam pół-Koreanką. To ja nauczyłam Josha jedzenia pałeczkami. To w moim domu po raz pierwszy spróbował kimchi.

Właśnie miałam go zapytać, o kogo chodzi, kiedy podeszła do nas bibliotekarka, żeby nas uciszyć. Wróciliśmy więc do zadania, Josh więcej nie podejmował tematu, a ja nie spytałam. Szczerze mówiąc, nie chciałam wiedzieć. To nie byłam ja i tylko to mnie obchodziło.

Nawet przez myśl mi nie przeszło, że dziewczyną, która mu się podoba, jest Margot. Nie dlatego, że nie sądziłam, że mogłaby się podobać. Umawiała się wcześniej na randki z pewnym typem chłopaków: z bystrzakami, którzy dorównywali jej w chemii i mogli z nią konkurować w wyborach do samorządu uczniowskiego. Z perspektywy czasu to, że Margot spodobała się Joshowi, nie jest zaskakujące, bo on też należy do tego typu chłopaków.

Gdyby ktoś mnie spytał, jak wygląda Josh, powiedziałabym, że przeciętnie. Wygląda na chłopaka, który z pewnością dobrze radzi sobie z komputerami, chłopaka, który komiksy nazywa powieściami graficznymi. Brązowe włosy. Nie jakieś szczególne, zwyczajnie brązowe. Zielone oczy, które szarzeją pośrodku. Jest raczej chudy, ale silny. Wiem, bo raz skręciłam kostkę na starym boisku do bejsbola i niósł mnie na barana całą drogę do domu. Ma piegi, przez co wygląda na młodszego, niż jest. I dołeczek w lewym policzku. Zawsze lubiłam ten dołeczek. Bez niego twarz Josha jest taka poważna.

Co było zaskakujące, a właściwie szokujące, to że Margot odwzajemniła jego uczucie. Szokujące nie dlatego, że Josh był tym, kim był, ale przez to, że Margot była taka, jaka była. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby opowiadała, że podoba jej się jakiś chłopak. Ani razu. To ja byłam ta lekkomyślna, trzpiotka, jak by powiedziała moja biała babcia. Ja, nie Margot. Margot była ponad to. Funkcjonowała na wyższym poziomie, gdzie takie sprawy jak chłopcy, makijaż czy ciuchy nie miały znaczenia.

Wszystko wydarzyło się nagle. Margot wróciła tamtego październikowego dnia późno ze szkoły. Policzki zaróżowiły jej się od chłodnego górskiego powietrza, włosy miała splecione w warkocz, a jej szyję otulał szalik. Pracowała w szkole nad jakimś projektem. Była pora obiadowa, a ja upiekłam kurczaka z parmezanem na cienkim spaghetti z wodnistym pomidorowym sosem. Weszła do kuchni i oznajmiła:

– Mam wam coś do powiedzenia.

Oczy jej błyszczały. Pamiętam, że zdejmowała z szyi szalik.

Kitty odrabiała zadanie domowe przy kuchennym stole, tata jeszcze nie wrócił z pracy, a ja mieszałam wodnisty sos.

– Co? – spytałyśmy równocześnie z Kitty.

– Podobam się Joshowi.

Wzruszyła z zadowoleniem ramionami, prawie dotknęły jej uszu.

Zamarłam. Potem upuściłam drewnianą łyżkę do sosu.

– Josh-Josh? Nasz Josh?

Nawet nie byłam w stanie na nią spojrzeć. Bałam się, że zobaczy, co czuję.

– Tak. Czekał dziś na mnie po szkole, żeby mi to powiedzieć. Powiedział… − Uśmiechnęła się z wyrozumiałością. – Powiedział, że jestem dziewczyną jego marzeń. Uwierzycie?

– Wow – wydusiłam, próbując wlać w to słowo radość, choć nie wiem, czy tak zabrzmiało.

Czułam rozpacz. I zazdrość. Tak gęstą i czarną, że miałam wrażenie, że się nią uduszę. Spróbowałam więc jeszcze raz, tym razem z uśmiechem.

– Wow, Margot.

– Wow – powtórzyła Kitty. – Jesteście teraz chłopakiem i dziewczyną?

Wstrzymałam oddech w oczekiwaniu na odpowiedź.

Margot chwyciła w palce szczyptę parmezanu i wrzuciła ją sobie do ust.

– Chyba tak.

A potem się uśmiechnęła, a jej spojrzenie stało się łagodne i rozmarzone. Wtedy zrozumiałam, że ona też go lubi. Bardzo.

Tamtego wieczoru napisałam list do Josha.

Drogi Joshu…

Dużo płakałam. Nagle było po wszystkim. Było po wszystkim, zanim dostałam choćby szansę. Ważne nie było to, że Josh wybrał Margot, ale że Margot wybrała jego.

Koniec i kropka. Wylałam morze łez. Napisałam list. Dałam sobie z tym spokój. Od tamtej pory nie myślałam o nim w „taki” sposób. On i Margot są sobie przeznaczeni. Są SDS. Stworzeni dla siebie.

Nadal nie śpię, kiedy Margot wraca do łóżka, ale szybko zamykam oczy i udaję. Kitty leży zwinięta koło mnie.

Słyszę chlipanie, więc podnoszę jedną powiekę, żeby spojrzeć na Margot. Leży plecami do nas, jej ramiona drżą. Płacze.

Margot nigdy nie płacze.

Teraz, kiedy zobaczyłam, jak Margot szlocha, wierzę w to mocniej niż wcześniej – między nimi jeszcze nie był koniec.

7

Następnego dnia odwozimy Margot na lotnisko. Pakujemy jej walizki na wózek bagażowy – Kitty usiłuje na nie wleźć i zatańczyć, ale ojciec natychmiast zdejmuje ją i stawia na ziemi. Margot nalega, że do środka pójdzie sama, jak zapowiadała.

– Margot, pozwól mi przynajmniej zdać twój bagaż – mówi tata, próbując ominąć ją wózkiem. – Chcę zobaczyć, jak przechodzisz przez bramkę.

– Poradzę sobie – powtarza. – Latałam już sama. Wiem, jak wygląda odprawa. – Staje na czubkach palców i zarzuca tacie ramiona na szyję. – Zadzwonię, jak tylko dotrę na miejsce, obiecuję.

– Dzwoń codziennie – szepczę.

Gula w moim gardle rośnie coraz bardziej i kilka łez wymyka mi się spod powiek. Miałam nadzieję, że się nie rozkleję, bo wiedziałam, że Margot się nie rozklei, a smutno tak płakać w pojedynkę, ale nic na to nie poradzę.

– Nie waż się o nas zapomnieć – ostrzega Kitty.

Margot uśmiecha się na te słowa.

– Jakże bym mogła. – Ściska nas po kolei raz jeszcze, mnie zostawia na koniec, tak jak się spodziewałam. – Dbaj o tatę i Kitty. Teraz ty dowodzisz.

Nie chcę jej puścić, mocniej ją przytulam. Wciąż czekam i mam nadzieję na jakiś znak wskazujący na to, że Margot będzie za nami tęskniła, tak jak my za nią. I wtedy ona się śmieje, a ja ją puszczam.

– Pa, Gogo – mówię, ocierając oczy brzegiem podkoszulka.

Wszyscy patrzymy, jak podchodzi z wózkiem bagażowym do stanowiska odprawy. Teraz już ryczę, ocierając łzy wierzchem ręki. Tata jedną ręką obejmuje mnie, a drugą Kitty.

– Poczekamy, aż stanie w kolejce do bramki – mówi.

Kiedy już odprawiła bagaż, odwraca się i patrzy na nas przez szklane drzwi. Unosi jedną rękę i macha, a potem rusza do bramki. Patrzymy, jak odchodzi, myśląc, że może odwróci się jeszcze raz, ale tego nie robi. Już sprawia wrażenie bardzo od nas odległej. Szóstkowa Margot, najzdolniejsza ze zdolnych. Kiedy nadejdzie pora mojego wyjazdu, wątpię, żebym była tak silna jak ona. Ale szczerze mówiąc, kto jest?

Ryczę całą drogę do domu. Kitty mówi, że jestem większym dzieciuchem niż ona, ale potem chwyta z tylnego siedzenia moją rękę i ją ściska, i wiem, że jej też jest smutno. Mimo że Margot nie należy do głośnych osób, bez niej w domu jest nagle cicho. Jakoś tak pusto. Jak to będzie, kiedy za dwa lata i ja wyjadę? Co wtedy zrobią tata i Kitty? Przykro mi, gdy wyobrażam sobie, że wracają do pustego, ciemnego domu, w którym nie ma ani mnie, ani Margot. Może nie wyjadę daleko, może nawet będę mieszkała w domu, przynajmniej przez pierwszy semestr. Tak chyba byłoby najlepiej.

8

Później tego samego popołudnia dzwoni do mnie Chris i mówi, żebym spotkała się z nią w centrum handlowym. Potrzebuje mojej rady w sprawie skórzanej kurtki, a dla pełnego efektu muszę ją zobaczyć na żywo. Jestem dumna, że prosi mnie o modową opinię, i stwierdzam, że dobrze byłoby wyjść z domu i przestać się zamartwiać, ale stresuje mnie samodzielna jazda do centrum. Uważam się (zgodnie z powszechną opinią) za brawurowego kierowcę.

Pytam, czy zamiast tego nie przysłałaby mi zdjęcia, ale Chris zbyt dobrze mnie zna. Mówi:

– Nie-e. Pakuj tu swój tyłek, Laro Jean. Nigdy nie zaczniesz lepiej prowadzić, jeśli nie weźmiesz się w garść i nie spróbujesz.

To więc robię: jadę samochodem Margot do centrum handlowego. Mam prawko i w ogóle, po prostu nie czuję się pewnie za kierownicą. Tata wielokrotnie dawał mi lekcje, Margot też, i w zasadzie czuję się pewnie, jeśli są w samochodzie, ale stresuję się, kiedy prowadzę sama. Przeraża mnie zmienianie pasów. Nie lubię ani na sekundę odrywać oczu od tego, co dzieje się przede mną. Nie lubię też jeździć szybko.

Ale najgorsze jest to, że mam tendencję do gubienia się. Jedyne miejsca, dokąd mogę jechać bez najmniejszych obaw, to szkoła i spożywczak. Nigdy nie musiałam pamiętać, jak dojechać do centrum handlowego, bo to Margot zawsze nas tam zawoziła. Ale teraz muszę się podciągnąć, bo jestem odpowiedzialna za odwożenie Kitty. Choć Kitty jest ode mnie lepsza w pilotowaniu. Wie, jak dojechać w mnóstwo miejsc, ale nie chcę wysłuchiwać jej wskazówek. Chcę się czuć jak starsza siostra. Chcę, żeby zrelaksowała się na siedzeniu pasażera i czuła się bezpiecznie, wiedząc, że Lara Jean zawiezie ją tam, gdzie trzeba – tak jak ja czułam się z Margot.

Jasne, mogłabym po prostu użyć GPS-u, ale głupio by mi było wpisywać współrzędne centrum handlowego, skoro byłam w nim setki razy. Powinnam radzić sobie intuicyjnie, bez trudu, nie musząc nawet o tym myśleć. Zamiast tego martwię się każdym zakrętem, niepokoję każdym znakiem – miała być północ czy południe, skręcam już tu czy w następną? Nigdy nie musiałam zwracać na to uwagi.

Jak do tej pory jednak idzie mi dziś dobrze. Słucham radia, podrygując do rytmu muzyki, a nawet prowadząc z jedną ręką na kierownicy. Robię to, żeby udawać pewność siebie, bo im lepiej będę ją udawać, tym dobitniej powinnam czuć, że jest prawdziwa.

Wszystko idzie tak dobrze, że jadę skrótem zamiast autostradą. Przecinam sąsiednie osiedle i od razu zaczynam się zastanawiać, czy to był taki świetny pomysł. Po paru minutach okolica nie wygląda już zbyt znajomo i zdaję sobie sprawę, że powinnam była skręcić w lewo, a nie w prawo. Tłumię panikę, która narasta mi w piersi, i próbuję wyjechać po tej samej trasie.

Dasz radę, dasz radę.

Przed skrzyżowaniem stoi znak stopu. Nie widzę nikogo, więc ruszam do przodu. Nawet nie zauważam samochodu po mojej prawej. Czuję go, zanim go zobaczę.

Wrzeszczę na całe gardło. Czuję w ustach metaliczny posmak. Czy ja krwawię? Odgryzłam sobie język? Dotykam go, jest dalej na swoim miejscu. Serce wali mi jak młotem, całe ciało jest wilgotne i lepkie. Próbuję głęboko oddychać, ale powietrze jakby nie wchodzi mi do płuc.

Wysiadam z samochodu na drżących nogach. Drugi kierowca już wysiadł i ogląda swój wóz z założonymi rękami. Jest stary, starszy od mojego taty, ma siwe włosy i szorty w czerwone homary. Jego auto jest całe, moje ma wielkie wgniecenie na boku.

– Nie zauważyłaś znaku stopu? – pyta. – Pisałaś esemesy?

Kręcę głową. Krtań mi się zaciska. Nie chcę się rozpłakać. Oby tylko się nie rozpłakać…

Chyba to wyczuwa. Ściągnięte z irytacją brwi się rozluźniają.