Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Do utraty tchu - Portia Da Costa

 

Lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośniczek Pięćdziesięciu twarzy Greya.

Młoda bibliotekarka Gwendolynne Price pewnego dnia znajduje w służbowej skrzynce na wnioski i uwagi niezwykłą korespondencję. Erotyczne listy miłosne, pełne pikantnych szczegółów, zaadresowane właśnie do niej. Kim jest tajemniczy Nemezis podpisujący się pod listami?

W tym samym czasie dziewczyna poznaje przystojnego profesora historii – Daniela Brewstera. Ich relacje z każdym dniem stają się coraz bardziej intymne…

Gwendolynne podejmuje fascynującą erotyczną grę z Danielem, a jednocześnie wciąga ją wirtualny flirt z Nemezis.

Czy Daniel to Nemezis?

Gdy fantazje i rzeczywistość przenikają się nawzajem, coraz trudniej się zorientować, kto jest kim…

Opinie o ebooku Do utraty tchu - Portia Da Costa

Fragment ebooka Do utraty tchu - Portia Da Costa

Por­tia Da Co­sta

Do utra­ty tchu

tłu­ma­cze­nie: Ma­ria Duda

Dla mo­ich to­wa­rzy­szek po­dró­ży Va­le­rie oraz Ma­de­lyn­ne

1 Masz wiadomość

Nie mam od­wa­gi spoj­rzeć jesz­cze raz. Jed­nak je­śli nie spoj­rzę, będę my­śla­ła, że wszyst­ko to so­bie wy­obra­zi­łam, a nie je­stem pew­na, czy chcia­ła­bym się przy­znać do ta­kich fan­ta­zji.

Tro­chę się boję. Jed­no­cze­śnie chce mi się śmiać. Mniej wię­cej pół na pół.

Po raz trze­ci otwie­ram se­le­dy­no­wą ko­per­tę, któ­rą wy­ło­wi­łam z na­szej sta­ro­świec­kiej bi­blio­tecz­nej skrzyn­ki uwag i wnio­sków, i roz­kła­dam znaj­du­ją­ce się we­wnątrz czte­ry kart­ki dość gru­be­go pa­pie­ru do­brej ja­ko­ści. Jest za­pi­sa­ny nie­bie­skim atra­men­tem, ele­ganc­kim, nie­mal ka­li­gra­ficz­nym pi­smem o rów­nych od­stę­pach.

Ob­le­wam się ru­mień­cem i mam wra­że­nie, że mój umysł wy­peł­nia pod­nie­ca­ją­cy szept. Ser­ce wali mi jak osza­la­łe i ogar­nia mnie idio­tycz­na chęć przy­ci­śnię­cia ręki do pier­si, jak­by to mia­ło je uspo­ko­ić.

Sie­dzę nie­ru­cho­mo, cho­ciaż kosz­tu­je mnie to spo­ro wy­sił­ku. Uda­je mi się jed­nak za­cho­wać spo­kój, mimo że z tru­dem po­wstrzy­mu­ję się od ner­wo­we­go chi­cho­tu.

Ob­ser­wu­ję Cię, Gwen­do­lyn­ne Pri­ce. Wie­dzia­łaś o tym?

Co­dzien­nie wi­dzę Cię w bi­blio­te­ce. Co­dzien­nie pra­gnę Cię do­tknąć. Co­dzien­nie wal­czę ze swo­im po­żą­da­niem…

Mi­jasz mnie, a ja chcę chwy­cić Cię za rękę, za­cią­gnąć za je­den z re­ga­łów i ro­bić z Tobą nie­wy­obra­żal­ne rze­czy. Chciał­bym wsu­nąć Ci ręce pod spód­nicz­kę i pie­ścić Cię, aż bę­dziesz ję­czeć z roz­ko­szy. Chciał­bym od­sło­nić ten prze­pysz­ny bez­miar Two­jej kre­mo­wej skó­ry wła­śnie tu­taj, w bi­blio­te­ce pu­blicz­nej, pod no­sem tych wszyst­kich pro­sta­ków, któ­rzy pa­no­szą się w Two­im kró­le­stwie, nie­świa­do­mi Two­je­go ist­nie­nia. Chciał­bym ob­na­żyć Two­je cu­dow­ne krą­gło­ści, ca­ło­wać i pie­ścić Cię ję­zy­kiem, aż nie bę­dziesz w sta­nie wy­trzy­mać w bez­ru­chu. Chcę ssać Two­ją ape­tycz­ną łech­tacz­kę, aż za­czniesz skom­leć i rzu­cać się… aż osią­gniesz speł­nie­nie. Dla mnie.

Nie oba­wiaj się, moja cud­na Gwen­do­lyn­ne. Nie mam żad­nych złych za­mia­rów. Chciał­bym tyl­ko Cię po­sma­ko­wać. Do­tknąć Cię.

Gdy­bym tyl­ko po­tra­fił wiel­bić Cię cno­tli­wie z od­da­li, ni­czym usy­cha­ją­cy z tę­sk­no­ty ry­cerz za­cho­wu­ją­cy czy­stość dla swo­jej pani… Och, gdy­bym po­tra­fił pi­sać ro­man­tycz­ne wier­sze, mno­żyć w nich przy­kła­dy Two­jej sło­dy­czy, opi­sy­wać każ­dy szcze­gół Two­je­go uśmie­chu i cza­ru, za­świad­czać, że pra­gnę klę­czeć u Two­ich stóp i ca­ło­wać zie­mię, po któ­rej stą­pasz, gdy od­da­lasz się ode mnie.

Ale to nie­moż­li­we, moja ślicz­na. To mi nie wy­star­cza. Nie je­stem w sta­nie ogra­ni­czyć się do czy­sto­ści i szla­chet­no­ści. Mam w so­bie zbyt wie­le zwie­rzę­cych cech, Naj­droż­sza. Je­stem pod­nie­co­ną, nie­okieł­zna­ną be­stią. Na wi­dok Two­ich krą­gło­ści mam ogrom­ny wzwód. Żyję owład­nię­ty pra­gnie­niem, by się z Tobą pie­przyć aż do bólu. Gdy mnie mi­jasz, mój czło­nek sta­je jak sta­lo­wy pręt. Czu­ję fi­zycz­ny dys­kom­fort, kie­dy spód­ni­ca omia­ta Ci uda, i ża­łu­ję, że sam nie mogę stać się tym ka­wał­kiem ma­te­ria­łu. Mógł­bym wów­czas prze­by­wać tak bli­sko Two­jej ape­tycz­nej cip­ki, na­pa­wać się jej sma­kiem i za­pa­chem.

Cią­gle my­ślę ob­se­syj­nie o tym, co znaj­du­je się mię­dzy Two­imi uda­mi. O buj­nym, pu­szy­stym traw­nicz­ku i jego ró­żo­wym głę­bo­kim oto­cze­niu. Ma­rzę, by roz­ło­żyć sze­ro­ko Two­je nogi i go­dzi­na­mi wpa­try­wać się w Cie­bie, pie­ścić Cię wzro­kiem, de­lek­to­wać się Two­ją od­sło­nię­tą na­go­ścią i wy­eks­po­no­wa­ny­mi wdzię­ka­mi.

W każ­dej go­dzi­nie prze­śla­du­ją mnie fan­ta­zje na Twój te­mat. My­śli nie po­zwa­la­ją mi pra­co­wać, ale w ogó­le się tym nie przej­mu­ję. Je­dy­ną po­cie­chą jest dla mnie wy­obra­że­nie, że i Tobą mo­gły­by za­wład­nąć po­dob­ne ob­se­sje. Roz­ta­czam przed sobą wi­zje tego, jak ma­rzysz o moim człon­ku, wy­obra­żasz go so­bie, snu­jesz do­my­sły i za­sta­na­wiasz się nad tym, co czu­ła­byś, ma­jąc go w ręku albo w cip­ce.

A nie jest on wca­le taki zły w po­rów­na­niu z in­ny­mi, moja dro­ga Gwen­do­lyn­ne. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, kie­dy tyl­ko za­czy­nam o To­bie my­śleć, robi się cał­kiem im­po­nu­ją­cy. Uno­si się w hoł­dzie dla Two­jej ape­tycz­nej, zmy­sło­wej uro­dy. Tward­nie­je na myśl o tym, że bę­dzie eks­plo­ro­wać każ­dy cen­ty­metr Twe­go pięk­na, że za­nu­rzy się w nim cał­ko­wi­cie, pod­czas gdy my bę­dzie­my ta­rzać się po pod­ło­dze czy­tel­ni, na wpół ro­ze­bra­ni, pie­prząc się jak para stra­ceń­ców.

Tak, moja zmy­sło­wa Kró­lo­wo Bi­blio­te­ki, nie po­win­no Cię zdzi­wić to, że ostat­nio ma­stur­bu­ję się jak sza­lo­ny, my­śląc o To­bie. Ba­wię się człon­kiem, wy­obra­ża­jąc so­bie, co mo­gła­byś z nim ro­bić…

Nie­ustan­nie wi­dzę przed ocza­mi Cie­bie w bie­liź­nie. Jest bar­dzo skrom­na, ot, nie­wiel­kie skraw­ki ma­te­ria­łu, któ­re wię­cej od­sła­nia­ją, niż za­kry­wa­ją.

Czy lu­bisz je­dwab i ko­ron­ki, naj­droż­sza Gwen­do­lyn­ne, czy też je­steś zwo­len­nicz­ką prak­tycz­nej bia­łej ba­weł­ny? Z rów­ną chę­cią po­żrę Cię w każ­dej od­sło­nie albo też zu­peł­nie bez bie­li­zny – wiesz, jacy je­ste­śmy, my, lu­bież­ni, per­wer­syj­ni sza­leń­cy. Trwo­ni­my dłu­gie go­dzi­ny ży­cia, za­sta­na­wia­jąc się, jaki sta­nik i ja­kie majt­ki no­szą ko­bie­ty, któ­rych po­żą­da­my.

W mo­jej wy­obraź­ni masz dzi­siaj na so­bie luk­su­so­wą bie­li­znę. Uro­cze ską­pe fa­ta­łasz­ki przy­le­ga­ją do Two­ich pier­si i pupy ni­czym dru­ga skó­ra… Skraw­ki tka­ni­ny, któ­re cie­szą się in­tym­ny­mi przy­wi­le­ja­mi, o ja­kich ja mogę tyl­ko po­ma­rzyć.

Wi­dzę Cię w szkar­ła­cie. Nie mam jed­nak na my­śli zwy­kłej, byle ja­kiej czer­wie­ni, lecz głę­bo­ki, na­sy­co­ny ko­lor. My­ślę o bar­wie wina z do­bre­go rocz­ni­ka albo rzad­kie­go, cen­ne­go ru­bi­nu. I do tego bia­ła ko­ron­ka. Pro­wo­ku­ją­cy brzeg nie­win­no­ści, przy któ­rym czer­wień spra­wia wra­że­nie jesz­cze bar­dziej grzesz­nej. Bar­dziej zde­pra­wo­wa­nej. Sta­je się czymś w ro­dza­ju ko­lo­ru w sam raz dla luk­su­so­wej dziw­ki.

Wczo­raj w bi­blio­te­ce mia­łaś na so­bie ślicz­ną gra­na­to­wą bluz­kę i do­pa­so­wa­ną dżin­so­wą spód­nicz­kę, w któ­rej Twój wspa­nia­ły ty­łe­czek pre­zen­to­wał się wprost ide­al­nie. Ale w mo­jej wy­obraź­ni pod ten strój za­ło­ży­łaś bie­li­znę dziew­czy­ny, któ­ra ka­su­je gru­be pie­nią­dze za jed­ną noc.

Po­do­ba­ły mi się Two­je pier­si w tej bluz­ce. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, ubó­stwiam Two­je pier­si. Krop­ka. Są okrą­głe, duże i wspa­nia­łe. God­ne bo­gi­ni mi­ło­ści. Je­steś moją Afro­dy­tą, pięk­na Gwen­do­lyn­ne. Wiesz o tym, praw­da? Two­je pier­si zmu­sza­ją mnie, bym wiel­bił je w każ­dym calu tak wzro­kiem, jak i pal­ca­mi. W sank­tu­arium mo­jej wy­obraź­ni sta­no­wią one ucztę dla mo­ich za­chłan­nych, wy­gło­dzo­nych zmy­słów. Dwa szpi­cza­ste, wy­so­ko osa­dzo­ne, cu­dow­ne cy­cusz­ki. Aż się pro­si, by je wziąć w ręce. Wy­obra­żam so­bie, że je­dwa­bi­sta skó­ra ich za­okrą­gleń wi­docz­nych tuż po­nad pod­nie­ca­ją­cą kra­wę­dzią ko­ron­ki sma­ku­je tak słod­ko, de­li­kat­nie i so­czy­ście jak mle­ko z mio­dem.

Czy do­ty­kasz cza­sem wła­snych pier­si, Gwen­do­lyn­ne? Bar­dzo chciał­bym to wie­dzieć.

Może do­tkniesz ich te­raz, kie­dy to czy­tasz? Ukrad­kiem i jak­że uro­czo. Nikt nie musi tego zo­ba­czyć, ale ja będę wie­dział… O, tak, będę wie­dział. Uj­rzę ten wy­jąt­ko­wy ru­mie­niec za­kło­po­ta­nia na Two­jej ślicz­nej buzi i po­znam, że za­czer­wie­ni­łaś się dla mnie i tyl­ko dla mnie – do­ty­ka­łaś się, po­nie­waż ja tego chcia­łem, a Ty chcia­łaś spra­wić mi przy­jem­ność.

Tak wła­śnie zrób. Ode­pnij gu­zi­ki bluz­ki, wsuń pal­ce pod tka­ni­nę i po­gładź się opusz­ka­mi po ob­fi­tych krą­gło­ściach, a po­tem wo­kół sut­ka, stward­nia­łe­go pod do­ty­kiem sta­ni­ka. Zrób to! Zrób to te­raz! Nikt Cię nie zo­ba­czy, je­śli udasz, że się po­chy­lasz i wyj­mu­jesz coś z szu­fla­dy biur­ka.

To bę­dzie nasz pry­wat­ny akt sek­su­al­ny, pierw­szy etap na­szej gry.

A póź­niej, wie­czo­rem, w za­ci­szu domu, zrób to jesz­cze raz. Prze­suń opusz­kiem pal­ca wo­kół sut­ka, my­śląc o mnie. Do­ko­ła, raz, dru­gi, trze­ci, mu­ska­jąc lek­ko, jak­by piór­kiem. A kie­dy po­czu­jesz się po­nad mia­rę pod­eks­cy­to­wa­na, może mo­gła­byś się de­li­kat­nie uszczyp­nąć? Uka­rać się za to, że mnie tak pro­wo­ku­jesz? Chwy­cić ten so­czy­sty owoc i wy­krę­cić go raz w jed­ną stro­nę, raz w dru­gą, aż za­czniesz się wić, wil­got­na i pod­nie­co­na?

Czy lu­bisz czuć odro­bi­nę bólu pod­czas przy­jem­no­ści, Gwen­do­lyn­ne? Są­dzę, że każ­dy czło­wiek choć raz w ży­ciu po­wi­nien tego do­świad­czyć. Nie za moc­no… wszak nie je­stem bru­ta­lem ani sa­dy­stą. Ale to sma­ko­wi­ta, wy­szu­ka­na przy­pra­wa w sek­su­al­nym menu, a Ty spra­wiasz wra­że­nie ko­bie­ty o nie­na­sy­co­nym ape­ty­cie, o ile zo­sta­nie on od­po­wied­nio po­bu­dzo­ny. My­ślę, że masz w so­bie tyle wy­obraź­ni, iż go­to­wa je­steś spró­bo­wać wszyst­kie­go. Czyż nie jest tak, moja słod­ka bo­gi­ni?

Tyl­ko zga­du­ję, ale rzad­ko się mylę.

Gwen­do­lyn­ne, je­steś od­waż­ną i zu­chwa­łą ko­bie­tą, go­to­wą na spo­tka­nie z przy­go­dą. Na­tu­ra wy­po­sa­ży­ła Cię od­po­wied­nio, abyś sta­ła się zdo­by­czą i prze­ży­ła chwi­le praw­dzi­wej roz­ko­szy.

Czy mam ra­cję? Chy­ba tak.

Ale wra­ca­jąc do te­ma­tu Two­ich pier­si, Two­ich cu­dow­nych pier­si…

Wi­dzę Cię, jak le­żysz w sa­ty­no­wej po­ście­li, a Two­je wspa­nia­łe cia­ło znaj­du­je się w oto­cze­niu luk­su­su, na jaki za­słu­gu­je. Za­pew­ne sa­ty­no­wa po­ściel brzmi dość try­wial­nie, jed­nak któż by się tym przej­mo­wał. Taka po­ściel jest przed­mio­tem kla­sycz­nych fan­ta­zji ero­tycz­nych nie­zli­czo­nych ona­ni­stów, nie tyl­ko mo­ich. Ale może Two­ja po­ściel nie jest czar­na, ale bia­ła? Mmm, na mnie to dzia­ła.

Noce w bia­łej sa­ty­nie… Co o tym są­dzisz, moja ślicz­na? Cze­góż bym nie od­dał za kil­ka ta­kich nocy… Dłu­gich, ciem­nych, pach­ną­cych nocy, pod­czas któ­rych mógł­bym sy­cić się nie­prze­rwa­nie ob­fi­to­ścią roz­ko­szy, ja­kie ofe­ru­je Two­je cia­ło. To był­by mój raj. Moje naj­więk­sze ma­rze­nie. Czy kie­dy­kol­wiek się speł­ni?

Le­żysz więc na łóż­ku. Szkar­łat na bia­łej, kre­mo­wej, słod­kiej skó­rze. Ijesz­cze roz­rzu­co­ne dłu­gie, zło­ci­sto­brą­zo­we wło­sy. Tym ra­zem żad­nych war­ko­czy, moja ide­al­na Gwen­do­lyn­ne. Two­je cu­dow­ne wło­sy sta­no­wią ko­lej­ny ele­ment Two­jej oso­by i nie­mal­że sta­ły się dla mnie fe­ty­szem. Czy po­czu­ła­byś obu­rze­nie albo od­ra­zę, gdy­bym po­wie­dział, że chciał­bym w nich skoń­czyć? Wy­obra­żam so­bie, jak klę­czę nad Tobą, twój nagi pod­da­ny o nie­po­ha­mo­wa­nych żą­dzach, a po­tem owi­jam Two­je buj­ne, je­dwa­bi­ste loki wo­kół mo­je­go pe­ni­sa i piesz­czę się tak dłu­go, aż na­dej­dzie or­gazm.

Och, Gwen­do­lyn­ne! Wy­star­czy, że o tym po­my­ślę, a sta­ję się twar­dy jak sta­lo­wy pręt!

My­ślę, że będę mu­siał coś z tym zro­bić, i to nie­zwłocz­nie.

Adieu, moja wspa­nia­ła Kró­lo­wo Bi­blio­te­ki, adieu…

Czy mo­gła­byś wy­słać do mnie krót­kie­go ma­ila, na­pi­sać, że wy­ba­czasz mi to od­ra­ża­ją­ce zbo­cze­nie? A może opo­wie­dzia­ła­byś mi w nim o jed­nej ze swo­ich fan­ta­zji? Miał­bym wte­dy pew­ność, że je­steś tak samo per­wer­syj­na jak ja.

Twój cia­łem i du­szą, a zwłasz­cza twar­dym, obo­la­łym cia­łem,

Ne­me­zis

Ne­me­zis? No nie. Ten fa­cet to zbo­czo­ny sza­le­niec, mi­ło­śnik ero­tycz­nej li­te­ra­tu­ry, być może na­wet nie­bez­piecz­ny… I na­zy­wa się Ne­me­zis? Prze­cież to brzmi jak nick na­sto­lat­ka gra­ją­ce­go w in­ter­ne­to­wą grę.

A jed­nak list, a na­wet ten głu­pi pod­pis, spra­wia­ją, że po ple­cach prze­cho­dzi mi dreszcz. Wy­obra­żam so­bie ciem­no­wło­są, wy­so­ką po­stać, bar­dzo ta­jem­ni­czą, być może w ma­sce albo na­wet w skó­rze, po­chy­la­ją­cą się nade mną. Ten ktoś jest sil­ny, twar­dy i sek­sow­ny, tak bar­dzo sek­sow­ny, że klę­czę i ca­łu­ję jego buty… a po­tem ca­łu­ję jego człon­ka.

Po­trzą­sam gło­wą i wte­dy uświa­da­miam so­bie, że od kil­ku mi­nut je­stem cał­ko­wi­cie nie­obec­na, za­to­pio­na w świe­cie Ne­me­zis. A co gor­sza, ro­bię to, co mi ka­zał. To zna­czy nie do koń­ca, ale pra­wie – przez ba­weł­nia­ną bluz­kę do­ty­kam że­ber, tuż pod pier­sią.

Od­ry­wam rękę od cia­ła i z pie­ty­zmem skła­dam list, po czym wsu­wam go do kie­sze­ni spód­ni­cy. Od razu przy­po­mi­nam so­bie, co na­pi­sał o mo­jej spód­nicz­ce i czu­ję lek­kie pod­nie­ce­nie.

W ja­kiś dziw­ny spo­sób ten list to Ne­me­zis, a sko­ro tkwi w mo­jej kie­sze­ni, znaj­du­je się nie­bez­piecz­nie bli­sko mo­jej cip­ki, tak jak to opi­sał. Dzie­lą go od niej za­le­d­wie dwie war­stwy ba­weł­ny.

Bio­rę kil­ka głę­bo­kich wde­chów i przy­bie­ram wy­gląd zu­peł­nie nor­mal­nej isto­ty ludz­kiej. Omia­tam spoj­rze­niem głów­ną salę wy­po­ży­czal­ni, na tyle, na ile się­ga mój wzrok. Nikt na mnie nie pa­trzy, cho­ciaż czu­ję się, jak­bym mia­ła na czo­le mi­ga­ją­cy neon z na­pi­sem „Nie­rząd­ni­ca z Ba­bi­lo­nu”. W bi­blio­te­ce pa­nu­je spo­kój, a w przed­obied­nim bez­ru­chu za­le­d­wie garst­ka osób prze­glą­da za­war­tość pół­ek. Mogę bez­piecz­nie po­kle­pać się po kie­sze­ni i znów po­grą­żyć się w my­ślach o nadaw­cy li­stu.

Co dziw­ne – a przy tym nie­co ża­ło­sne – mimo że jego wia­do­mość jest ano­ni­mo­wa, pre­ten­sjo­nal­na, per­wer­syj­na i nie­co obrzy­dli­wa, sta­no­wi chy­ba ko­re­spon­den­cję naj­bliż­szą li­sto­wi mi­ło­sne­mu, jaką kie­dy­kol­wiek do­sta­łam. Na­wet kie­dy mój były i wca­le nie­opła­ki­wa­ny mąż Si­mon i ja by­li­śmy na sie­bie na­pa­le­ni, nig­dy nie do­sta­wa­łam li­ści­ków ani na­wet e-ma­ili. A od­kąd się roz­sta­li­śmy, otrzy­mu­ję tyl­ko oschłe pi­sma roz­wo­do­we oraz po­le­ce­nia sprze­da­ży na­sze­go idio­tycz­ne­go domu. Si­mon nadal pró­bu­je mną dy­ry­go­wać.

Niech się pie­przy. Mam waż­niej­sze spra­wy na gło­wie. Ktoś o wie­le za­baw­niej­szy i atrak­cyj­niej­szy od nie­go pró­bu­je prze­jąć nade mną kon­tro­lę. I za­jąć mój umysł.

Kim u dia­bła jest Ne­me­zis?! I gdzie się ukry­wa? Gdzie so­bie do­ga­dza, kie­dy każe mi się do­ty­kać? Są­dząc po tre­ści li­stu, musi być sta­łym czy­tel­ni­kiem bi­blio­te­ki, a więc pew­nie bywa bli­sko mnie. Może na­wet te­raz jest gdzieś tu­taj. A co je­śli wła­śnie mnie ob­ser­wu­je? W bi­blio­te­ce pa­nu­je ci­sza. On może być wszę­dzie. Na­wet metr ode mnie.

Czy ktoś dzi­siaj włą­czył ogrze­wa­nie? Je­stem za mło­da na ude­rze­nia go­rą­ca, a to, co wła­śnie czu­ję, bar­dzo je przy­po­mi­na. Ukrad­kiem wa­chlu­ję się de­kol­tem ko­szul­ki. I na­tych­miast prze­sta­ję. Ne­me­zis osza­le­je, je­śli to zo­ba­czy. Roz­glą­dam się do­ko­ła, a mał­żo­wi­ny uszne za­czy­na­ją mnie swę­dzieć, jak­by moż­li­wość by­cia ob­ser­wo­wa­ną dzia­ła­ła na mnie ni­czym praw­dzi­wa siła fi­zycz­na.

Czy on tu jest? Czy spo­glą­da na moje sut­ki wi­docz­ne przez ma­te­riał bluz­ki i wy­obra­ża so­bie, co kry­je się pod spód­ni­cą? Umysł za­czy­na mi pod­su­wać idio­tycz­ne wi­zje prze­szy­wa­ją­ce­go, rent­ge­now­skie­go wzro­ku oraz mnie sa­mej pa­ra­du­ją­cej po bi­blio­te­ce w prze­zro­czy­stym ubra­niu. Ne­me­zis mówi o moim cie­le w taki spo­sób, jak­by fak­tycz­nie wi­dział je na­gie.

O mat­ko, po co o tym po­my­śla­łam?

Nie tyl­ko on mie­wa ero­tycz­ne fan­ta­zje. Ocza­mi wy­obraź­ni wła­śnie wi­dzę sie­bie na pod­ło­dze czy­tel­ni, do­kład­nie tak, jak to opi­sał. Leżę na ple­cach, a mię­dzy mo­imi roz­po­star­ty­mi uda­mi gwał­tow­ne ru­chy wy­ko­nu­je fan­ta­stycz­ny męż­czy­zna. Praw­dzi­wy Ne­me­zis jest praw­do­po­dob­nie gru­by, star­sza­wy, ma na gło­wie za­cze­skę albo coś rów­nie od­ra­ża­ją­ce­go, więc dla wła­snej wy­go­dy – a tak­że po­nie­waż już i tak jest obec­ny w mo­ich my­ślach – za­stę­pu­ję go obec­nym obiek­tem mo­je­go po­żą­da­nia. Cho­dzi o pu­pil­ka bi­blio­te­ki, ce­le­bry­tę, któ­ry przez kil­ka ty­go­dni bę­dzie pra­co­wał nad swo­im no­wym pro­jek­tem w spe­cjal­nym dzia­le na­sze­go ar­chi­wum.

To fa­cet, z któ­rym bez wa­ha­nia zro­bi­ła­bym to wszyst­ko, co opi­sy­wał w swo­im li­ście Ne­me­zis!

Zer­kam przez ra­mię w stro­nę czy­tel­ni. Pod­ło­ga jest tam twar­da, ale i tak już czu­ję ją pod mo­imi drżą­cy­mi po­ślad­ka­mi.

Jak się oka­zu­je, nie tyl­ko Ne­me­zis ma nie po ko­lei w gło­wie! Wła­śnie do­pro­wa­dzi­łam się do sta­nu, w któ­rym cała zwil­got­nia­łam… Czy je­stem tak samo po­krę­co­na i per­wer­syj­na jak on? Z całą pew­no­ścią czu­ję się pod­nie­co­na, a jed­no­cze­śnie mam wra­że­nie, że wła­śnie otrzy­ma­łam cios pro­sto w żo­łą­dek. Z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli pod­eks­cy­to­wa­łam się bred­nia­mi zbo­czeń­ca. Ko­goś, kto być może jest nie­bez­piecz­ny albo cho­ry psy­chicz­nie.

Ko­goś, kto z pew­no­ścią prze­by­wa na tyle bli­sko, że mógł wrzu­cić ko­per­tę do skrzyn­ki w wy­po­ży­czal­ni. Ko­goś, kto zna pro­ce­du­ry bi­blio­tecz­ne oraz obo­wiąz­ki pra­cow­ni­ków. Kto wie­dział, że to ja opróż­niam skrzyn­kę i po­tra­fił prze­wi­dzieć, kie­dy to na­stą­pi. Kto znał go­dzi­ny, w któ­rych przy biur­ku in­for­ma­cji bi­blio­tecz­nej naj­czę­ściej nikt nie sie­dzi.

Biur­ko znaj­du­je się na nie­wiel­kim pod­wyż­sze­niu, za­le­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów nad pod­ło­gą, ale mimo to sta­no­wi do­sko­na­ły punkt ob­ser­wa­cyj­ny. Wi­dać stam­tąd spo­ry frag­ment miesz­czą­cej się w no­wym bu­dyn­ku wy­po­ży­czal­ni. Wła­śnie za­czy­na­ją na­pły­wać lu­dzie, któ­rzy przy­cho­dzą przej­rzeć książ­ki i pra­sę pod­czas prze­rwy na lunch. Ne­me­zis może być jed­nym z nich. Co­dzien­nie mię­dzy pół­ka­mi prze­wi­ja­ją się set­ki czy­tel­ni­ków. W tej chwi­li jest tu kil­ka­dzie­siąt osób, a po­ło­wę z nich sta­no­wią męż­czyź­ni.

W dzia­le spor­to­wym wi­dzę ja­kie­goś cwa­niacz­ka. To ide­al­ny kan­dy­dat na Ne­me­zis. Jest re­gu­lar­nym by­wal­cem bi­blio­te­ki i nie­jed­no­krot­nie przy­ła­pa­łam go na tym, jak ga­pił się na mój biust. Te­raz też to robi. Co za świn­tuch! Nie, nie chcia­ła­bym, żeby to on był Ne­me­zis!

W ta­kich sy­tu­acjach jak ta ża­łu­ję, że nie mam odro­bi­nę mniej­szych cyc­ków. Ba, ża­łu­ję, że w ogó­le cała nie je­stem odro­bi­nę mniej­sza. Zwy­kle nie prze­szka­dza­ją mi moje krą­gło­ści, na­wet mogę po­wie­dzieć, że je lu­bię, jed­nak buj­ne cia­ło wy­zwa­la w wie­lu męż­czy­znach zwie­rzę. Nowy, spe­cy­ficz­ny ga­tu­nek zwie­rzę­cia, któ­re pró­bu­je uczy­nić swo­je pry­mi­tyw­ne in­stynk­ty mniej od­ra­ża­ją­cy­mi i ła­twiej­szy­mi do za­ak­cep­to­wa­nia za spra­wą kil­ku kwie­ci­stych zdań na te­mat uwiel­bie­nia oraz ry­cer­skiej mi­ło­ści.

Nie to, że­bym ostat­nio po­zwo­li­ła ko­muś ta­kie­mu na po­ło­że­nie na mnie swo­ich łap. Od cza­su roz­wo­du wie­rzę w ja­kość, a nie w ilość. Być może cze­kam po pro­stu na swo­je­go bo­ha­te­ra. Jesz­cze do nie­daw­na moja wy­bred­ność wy­da­wa­ła się do­sko­na­łym po­my­słem, ale te­raz z jej po­wo­du cier­pię, bo ni­cze­go tak nie pra­gnę jak sek­su. Nie­chęt­nie przy­zna­ję sama przed sobą, że je­śli Ne­me­zis wy­glą­da w mia­rę przy­zwo­icie i nie jest zbyt obłą­ka­ny, po­waż­nie roz­wa­ża­ła­bym opcję sko­rzy­sta­nia z jego pro­po­zy­cji.

I wła­śnie dla­te­go praw­do­po­dob­nie nie po­wiem ni­ko­mu o tym per­wer­syj­nym li­ście. Cią­gle znaj­du­je­my dziw­ne rze­czy w skrzyn­ce. Czę­sto w prze­rwie na lunch sie­dzi­my w na­szym służ­bo­wym po­ko­ju i za­śmie­wa­my się, czy­ta­jąc te nie­szko­dli­we tek­sty. Te cho­re i nie­smacz­ne lą­du­ją na biur­ku sze­fa. Tyl­ko co on może z nimi zro­bić? Na szczę­ście, zwy­kle są to po­je­dyn­cze wy­sko­ki i bi­blio­tecz­ni prze­śla­dow­cy szyb­ko tra­cą za­in­te­re­so­wa­nie pi­sa­niem ko­lej­nych li­stów.

Ten jest jed­nak inny, czu­ję to. A poza tym, to mój zbo­cze­niec i nie mam ocho­ty ni­kim się z nim dzie­lić.

Wpa­tru­ję się w po­da­ny u dołu stro­ny li­stu ad­res ma­ilo­wy: n3m3sis@hot­ma­il.co.uk.

Czy po­win­nam wy­słać mu wia­do­mość? Po­wie­dzieć, żeby zo­sta­wił mnie w spo­ko­ju? A może stwo­rzyć naj­bar­dziej wy­uz­da­ną fan­ta­zję, na jaką mnie stać, do­ty­czą­cą mo­jej bie­li­zny albo stro­ju z sa­ty­ny i ko­ro­nek, któ­re­go w rze­czy­wi­sto­ści nie po­sia­dam, i na jaki z pew­no­ścią nie mo­gła­bym so­bie po­zwo­lić. Albo wy­my­ślić fan­ta­zję o nim i jego ma­stur­ba­cji. W szko­le pi­sa­łam nie­złe wy­pra­co­wa­nia. A może tym ra­zem to ja po­win­nam roz­ka­zać mu, co ma zro­bić.

Bez­wol­nie otwie­ram pro­gram pocz­to­wy na kom­pu­te­rze.

O nie! To strasz­nie głu­pie, a do tego nie­bez­piecz­ne. A jed­nak bar­dzo chcę to zro­bić. Może je­stem tak samo zbo­czo­na i dziw­na jak on, tyl­ko wcze­śniej nie zda­wa­łam so­bie z tego spra­wy. Pal­ce za­sty­ga­ją mi nad kla­wia­tu­rą, a je­dy­ne, co mnie po­wstrzy­mu­je, to świa­do­mość, że sys­tem kom­pu­te­ro­wy bi­blio­te­ki bywa wy­ryw­ko­wo mo­ni­to­ro­wa­ny. Ale i tak ser­ce trze­po­cze mi jak osza­la­łe, a w majt­kach czu­ję wil­goć. Wyż­sze funk­cje mo­je­go mó­zgu chy­ba nie dzia­ła­ją jak trze­ba, a cia­ło prze­obra­zi­ło się w po­zba­wio­ną kon­tro­li bu­rzę hor­mo­nów.

Fa­cet z dzia­łu spor­to­we­go stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie moją oso­bą i za­jął się czy­ta­niem książ­ki. Gdy­by to miał być on, na wi­dok nie­bie­skiej pa­pe­te­rii w mo­ich dło­niach oczy wy­szły­by mu z or­bit i zro­bił­by ko­lej­ny krok. Ale on wy­da­je się po­chło­nię­ty hi­sto­rią rug­by w hrab­stwie York­shi­re.

Gdzie je­steś, Ne­me­zis, ty zbo­czeń­cu? Je­steś tu­taj? Te­raz? Tak bli­sko, że mo­gła­bym cię zo­ba­czyć albo na­wet do­tknąć?

Nie do­wiem się tego. Nie peł­nię obo­wiąz­ków w głów­nej wy­po­ży­czal­ni przez całą zmia­nę, więc prak­tycz­nie każ­dy mógł po­dejść do skrzyn­ki uwag i wnio­sków. A prze­cież je­ste­śmy sie­dzi­bą bi­blio­te­ki miej­skiej. Mamy dział na­uko­wy, bi­blio­te­kę au­dio­wi­zu­al­ną, dzie­cię­cą, a tak­że ar­chi­wa i roz­ma­ite zbio­ry spe­cja­li­stycz­ne. Ne­me­zis może znaj­do­wać się w tej chwi­li w do­wol­nym miej­scu tego wiel­kie­go, nie­co cha­otycz­ne­go bu­dyn­ku, nie­mal w ca­ło­ści do­stęp­ne­go dla czy­tel­ni­ków. Mógł przy­brać ma­skę praw­dzi­we­go mola książ­ko­we­go.

Atak pa­ni­ki znów po­zba­wia mnie tchu. A co, je­śli on jest na­praw­dę nie­bez­piecz­ny? Mu­szę się stąd wy­do­stać! Wzdy­cham w du­chu z ulgą, kie­dy po rzu­ce­niu okiem na wiel­ki ze­gar wi­szą­cy przy wej­ściu spo­strze­gam, że do­cho­dzi go­dzi­na dwu­na­sta. Dzię­ki Bogu, mam dzi­siaj wcze­śniej prze­rwę na lunch. Za kil­ka mi­nut znaj­dę się na świe­żym po­wie­trzu i znów będę mo­gła ja­sno my­śleć.

Zu­peł­nie jak dżin wy­wo­ła­ny prze­ze mnie z bu­tel­ki zja­wia się Tra­cey, by punk­tu­al­nie roz­po­cząć dy­żur przy biur­ku. Sta­no­wi­sko in­for­ma­cyj­ne nie jest ob­sa­dzo­ne przez cały dzień, ale aku­rat w cza­sie prze­rwy obia­do­wej po­ja­wia się mnó­stwo czy­tel­ni­ków z py­ta­nia­mi.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – pyta Tra­cey, a wte­dy do­cie­ra do mnie, że pew­nie wy­glą­dam na tak wzbu­rzo­ną i roz­dy­go­ta­ną, jak się czu­ję.

– Oczy­wi­ście – kła­mię, uśmie­cha­jąc się tak na­tu­ral­nie, jak tyl­ko po­tra­fię. – Za­glą­da­łam do ka­ta­lo­gu i sys­tem zno­wu zwa­rio­wał, więc my­śla­łam, że coś po­psu­łam. Ale te­raz już jest do­brze.

Jesz­cze przez chwi­lę roz­ma­wia­my o pra­cy i mam wra­że­nie, iż uda­ło mi się prze­ko­nać Tra­cey, że to ko­lej­ny z se­rii nie­koń­czą­cych się nud­nych po­ran­ków, pod­czas któ­rych zu­peł­nie nic się nie dzie­je. Mam jed­nak wy­rzu­ty su­mie­nia, że nie po­wie­dzia­łam jej o Ne­me­zis. Tra­cey jest moją przy­ja­ciół­ką i w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach to wła­śnie z nią za­śmie­wa­ła­bym się do łez, czy­ta­jąc list jak ten.

Ja­kieś dwie–trzy mi­nu­ty póź­niej zmie­rzam ku tyl­ne­mu wyj­ściu, żeby za­czerp­nąć po­wie­trza. Po dro­dze mi­jam ka­fej­kę, a w niej Clar­keya, kie­row­ni­ka ob­słu­gi tech­nicz­nej bu­dyn­ku sie­dzą­ce­go z in­for­ma­ty­kiem z urzę­du mia­sta, któ­ry miał zmo­der­ni­zo­wać na­sze kom­pu­te­ry. Za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy je­den z nich nie mógł­by być Ne­me­zis. Greg, kom­pu­te­ro­wy fa­na­tyk, jest mło­dy, in­te­li­gent­ny i uro­czy, ale na myśl o tym, że ob­le­śny Clar­key mógł­by być nadaw­cą ero­tycz­nych li­stów, robi mi się nie­do­brze. Wy­glą­da mi na ko­le­sia po­tra­fią­ce­go się pod­nie­cać wy­łącz­nie wiel­ki­mi por­cja­mi mię­sa, któ­re wpy­cha so­bie do gar­dła, a są­dząc po nie­mal nie­czy­tel­nych not­kach, ja­kie pod­czas awa­rii przy­kle­ja do ogrze­wa­cza wody w szat­ni dla per­so­ne­lu, nie był­by zdol­ny do wy­ka­li­gra­fo­wa­nia cze­go­kol­wiek.

W bi­blio­te­ce sto­su­je­my dość spo­ro środ­ków ostroż­no­ści, po­nie­waż w zbio­rach mamy rzad­kie i cen­ne do­ku­men­ty, ale po krót­kiej, co­dzien­nej wal­ce z kla­wia­tu­rą oraz klu­czem otwie­ram w koń­cu drzwi i wy­pa­dam z bu­dyn­ku. Chcę przejść się na nie­wiel­ki skwe­rek tuż za par­kin­giem, usiąść tam i po­my­śleć.

W mo­men­cie kie­dy wy­bie­gam na ze­wnątrz, ktoś inny wcho­dzi do środ­ka i tym sa­mym zde­rzam się z ciem­no­wło­są po­sta­cią w oku­la­rach, ob­ła­do­wa­ną po uszy. Męż­czy­zna nie po­ru­sza się szyb­ko, bo ma za­ję­te ręce. Trzy­ma przed sobą tecz­kę, ster­tę ksią­żek, kil­ka ga­zet oraz zwi­nię­tą w ru­lon mapę. Wpa­da­my na sie­bie i wszyst­kie pa­kun­ki wy­pa­da­ją mu z rąk.

Znów się ru­mie­nię. Oczy­wi­ście mu­sia­łam zde­rzyć się z eks­cen­trycz­nym na­ukow­cem i gwiaz­dą te­le­wi­zyj­ną w jed­nej oso­bie, fa­ce­tem, któ­ry ostat­ni­mi cza­sy nie­mal po­miesz­ku­je w bi­blio­te­ce. Cu­dow­nym, sek­sow­nym, ale nie­co roz­tar­gnio­nym i za­to­pio­nym w książ­kach pro­fe­so­rem Da­nie­lem Brew­ste­rem.

– Ojej! Ogrom­nie pa­nią prze­pra­szam – mówi, jak­by to była wy­łącz­nie jego wina, jak­bym to nie ja za­po­mnia­ła pa­trzeć, do­kąd idę, śniąc na ja­wie o zbo­czeń­cach i nie­bie­skiej pa­pe­te­rii. Obo­je po­chy­la­my się, żeby po­zbie­rać książ­ki i pa­pie­ry, a ja do­strze­gam tomy, któ­rych ab­so­lut­nie nie po­wi­nien był wy­no­sić z ar­chi­wum, i ude­rza mnie, jaki on jest ape­tycz­ny na ten swój nie­obec­ny, pra­co­wi­ty spo­sób. Czar­ne wło­sy ma roz­wi­chrzo­ne jak u Cy­ga­na, jego po­licz­ki po­kry­wa za­bój­czy, le­d­wie ciem­nie­ją­cy na skó­rze ślad za­ro­stu. Gdy­by nie ta bla­da skó­ra, ty­po­wa dla ko­goś, kto cią­gle ślę­czy nad książ­ka­mi i nie wy­cho­dzi na ze­wnątrz, mógł­by ucho­dzić za sek­sow­ne­go aman­ta o po­łu­dnio­wej uro­dzie. Rzecz ja­sna, nie li­cząc tych bel­fer­skich oku­la­rów i prze­sta­rza­łej twe­edo­wej ma­ry­nar­ki.

Prze­ży­wam po­tęż­ny szok, kie­dy pod­no­szę wzrok znad za­dru­ko­wa­nych kar­tek i do­strze­gam jego ciem­ne oczy za ele­ganc­ki­mi szkła­mi utkwio­ne ni­czym para la­se­rów w row­ku mię­dzy mo­imi pier­sia­mi! Mam na so­bie bluz­kę z de­kol­tem w szpic, więc ro­wek jest do­sko­na­le wi­docz­ny.

Czy to on jest Ne­me­zis? Na samą myśl chwie­ję się na pię­tach i pra­wie prze­wra­cam do tyłu.

Czu­ję mro­wie­nie na ca­łym cie­le, ale kie­dy pro­fe­sor po­kry­wa się pur­pu­rą ciem­niej­szą niż ko­lor mo­jej bie­li­zny z lu­bież­nych fan­ta­zji Ne­me­zis, uzna­ję, że to nie może być on. Moje przy­pusz­cze­nia po­twier­dza­ją się, gdy kuca na pię­tach, żeby pod­nieść książ­ki i do­ku­men­ty, i na­tych­miast upa­da tył­kiem na be­to­no­wy chod­nik, tyl­ko dla­te­go, że przy­ła­pa­łam go, jak się gapi na mój ob­fi­ty biust. Wła­śnie do­pro­wa­dzi­łam do upad­ku gwiaz­dę te­le­wi­zyj­ną, któ­ra jest obiek­tem mo­ich nie­przy­zwo­itych pra­gnień! To wszyst­ko two­ja wina, Ne­me­zis! To przez cie­bie wa­riu­ję!

– Och! Prze­pra­szam! – wo­łam, ła­ska­wie bio­rąc na sie­bie winę za jego upa­dek, cho­ciaż prze­cież go nie po­pchnę­łam. Sam się prze­wró­cił, wpa­trzo­ny w moje pier­si. Co zresz­tą nadal czy­ni, omia­ta­jąc je peł­nym ognia wzro­kiem. Jego uszy też naj­wy­raź­niej po­czu­ły po­dob­ny żar, po­nie­waż mał­żo­wi­ny ob­la­ły się ape­tycz­nym ru­mień­cem. Na­gle za­czy­nam się za­sta­na­wiać, jak­by to było, gdy­bym za­czę­ła je de­li­kat­nie gryźć.

O czym ja my­ślę?! Nie mam po­ję­cia, co we mnie wstą­pi­ło, ale przez Ne­me­zis oraz Pro­fe­so­ra Cia­cho chy­ba za­czy­nam za­mie­niać się w sek­su­al­ną ma­niacz­kę.

Bio­rę głę­bo­ki od­dech i wy­cią­gam rękę, żeby po­móc mu wstać, a tym sa­mym pre­zen­tu­ję mu moje cyc­ki jesz­cze do­kład­niej. Pro­fe­sor pod­ry­wa się z za­ska­ku­ją­cą zwin­no­ścią, ska­cząc na rów­ne nogi ni­czym pan­te­ra.

– Nie, nie! To moja wina! – po­pra­wia mnie. Wy­da­je się za­że­no­wa­ny, ale i nie­co roz­draż­nio­ny. Po­chy­la się po­now­nie, żeby pod­nieść resz­tę pa­pie­rów, a kie­dy uno­si wzrok, jego twarz znaj­du­je się nie­mal na wy­so­ko­ści mo­je­go kro­cza, i to za­le­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od nie­go. Tym ra­zem się nie prze­wra­ca, ale cofa się, jak­by bli­skość mo­ich in­tym­nych re­jo­nów wy­wo­ła­ła w nim szok. Za­cho­wu­je się te­raz bar­dziej jak prze­stra­szo­na ga­ze­la niż gięt­ki dra­pież­nik.

Sce­na prze­ro­dzi­ła się w far­sę, więc wkła­dam ślicz­ne­mu pro­fe­so­ro­wi do rąk jego pa­pie­ry, po czym wy­mi­jam go z uśmie­chem, rzu­cam przez ra­mię ko­lej­ne „prze­pra­szam” oraz „do zo­ba­cze­nia” i bie­gnę przez as­falt w stro­nę skwe­ru.

2 Profesor Ciacho

Cóż za nie­do­rzecz­na pan­to­mi­ma! Jak­by nie wy­star­czył mi wstrząs po li­ście Ne­me­zis i jego ero­tycz­nym beł­ko­cie, te­raz za­czę­łam się śli­nić na myśl o sek­sow­nym pro­fe­so­rze. Słyn­ny Da­niel Brew­ster po­do­bał mi się na dłu­go przed­tem, nim kil­ka ty­go­dni temu po­sta­no­wił zo­stać tym­cza­so­wą atrak­cją na­szej bi­blio­te­ki. Zja­wił się u nas, aby prze­pro­wa­dzić ba­da­nia do swo­jej no­wej książ­ki, a być może tak­że se­ria­lu te­le­wi­zyj­ne­go. Jego pro­gra­my o te­ma­ty­ce hi­sto­rycz­nej są re­gu­lar­nie po­wta­rza­ne przez sieć UKTV1 i cie­szą się spo­rą po­pu­lar­no­ścią wśród wi­dzów. Cho­ciaż wi­dzia­łam każ­dy od­ci­nek kil­ka­krot­nie, i tak je oglą­dam, gdy tyl­ko znów są nada­wa­ne.

Nie od­wra­cam się. Bie­gnę truch­tem, uda­jąc, że cały ten de­bil­ny ba­let z opa­da­niem na ty­łek wca­le nie miał miej­sca. Za­trzy­mu­ję się do­pie­ro w swo­im ulu­bio­nym miej­scu: przy od­lud­nej ław­ce w za­cie­nio­nej al­tan­ce, z dala od cen­trum skwe­ru, gdzie lu­dzie gro­ma­dzą się na lunch. Chy­ba mało kto wie o ist­nie­niu tego raj­skie­go za­kąt­ka, za­sło­nię­te­go kil­ko­ma du­ży­mi drze­wa­mi i wy­so­kim ży­wo­pło­tem, dzię­ki cze­mu za­wsze pa­nu­je tu cień. To też pew­nie wpły­wa na małą po­pu­lar­ność tego miej­sca: więk­szość spa­ce­ro­wi­czów od­da­je się z za­pa­łem ho­dow­li czer­nia­ka, a ja dzię­ki temu znaj­du­ję tu ci­szę i nie­za­kłó­co­ny ni­czym spo­kój, na­wet w sa­mym środ­ku dnia.

Dziś jed­nak nie prze­peł­nia mnie spo­kój. A mój umysł da­le­ki jest od ci­szy. Aż bu­zu­je od słów i wy­ra­żeń z epi­sto­ły Ne­me­zis i raz po raz od­twa­rza po­wtór­kę sce­ny, w któ­rej nie­mal wy­cią­gnę­łam cyc­ki na wierzch przed Da­nie­lem Brew­ste­rem.

Się­gam do to­reb­ki po bu­tel­kę wody. Jest zim­na, świe­żo wy­ję­ta z lo­dów­ki, a jej mroź­ny do­tyk na ję­zy­ku po­wo­li mnie uspo­ka­ja. Coś wska­ku­je na swo­je miej­sce, zu­peł­nie jak w apa­ra­cie fo­to­gra­ficz­nym ła­pią­cym ostrość.

Roz­glą­dam się do­ko­ła, wi­dzę zie­lo­ne li­ście i brud­ny, sza­ry żwir. Te ko­lo­ry plus świe­że po­wie­trze to praw­dzi­wy, nor­mal­ny świat, jak­że od­le­gły od go­rą­cej rze­czy­wi­sto­ści nie­dwu­znacz­nych li­stów oraz do­my­słów snu­tych na te­mat przy­stoj­nych, choć może nie­co dzi­wacz­nych męż­czyzn po­zo­sta­ją­cych poza moim za­się­giem.

Jesz­cze kil­ka ły­ków i znów czu­ję spo­kój. Może nie je­stem go­to­wa na zje­dze­nie ka­na­pek, ale i na to przyj­dzie czas. Przez chwi­lę je­stem zen, w zgo­dzie z na­tu­rą i tak da­lej. A kie­dy w koń­cu uzna­ję, że przy­szła pora coś prze­ką­sić i po­pra­wić po­ziom cu­kru we krwi, mój wzrok pada na wy­sta­ją­ce z bocz­nej kie­sze­ni to­reb­ki nie­bie­skie kart­ki. Wy­cią­gam i roz­pro­sto­wu­ję ten pi­sem­ny do­wód sza­leń­stwa.

Zo­sta­ję za­ata­ko­wa­na przez sło­wa.

Chwy­cić ten so­czy­sty owoc i wy­krę­cić go raz w jed­ną stro­nę, raz w dru­gą, aż za­czniesz się wić, wil­got­na i pod­nie­co­na?

Mam ocho­tę wy­ko­nać to, o czym czy­tam, a kie­dy pod­no­szę wzrok, na­tych­miast wra­cam do rów­no­le­głe­go mrocz­ne­go świa­ta nie­ra­cjo­nal­nych żądz. Nie mam na so­bie bia­łej bluz­ki, któ­ra naj­wy­raź­niej sta­no­wi fe­tysz dla Ne­me­zis, ale i tak bez za­sta­no­wie­nia chwy­tam na­gle w dłoń krą­gły kształt mo­jej pier­si.

Pod mięk­ką ba­weł­ną czu­ję twar­dy su­tek. Je­stem pew­na, że gdy­by zo­stał wy­eks­po­no­wa­ny, był­by ciem­ny i jędr­ny, zu­peł­nie jak so­czy­sta ja­go­da. Ba­wię się nim przez war­stwy ubra­nia – bluz­kę i sta­nik, jed­no i dru­gie z ba­weł­ny – i czu­ję, jak przez cia­ło prze­cho­dzi mi jed­no­staj­ny dreszcz. Nie mam wąt­pli­wo­ści co do tego, że cho­ciaż Ne­me­zis jest męż­czy­zną, to do­sko­na­le zda­je so­bie spra­wę z po­łą­cze­nia cyc­ków i łech­tacz­ki. Mię­dzy no­ga­mi czu­ję już falę go­rą­ca, moja cip­ka wy­da­je się na­brzmia­ła i po­więk­szo­na, cho­ciaż to nie do­tyk, lecz sło­wa tak na mnie dzia­ła­ją. Sło­wa oraz wspo­mnie­nie ciem­no­wło­se­go, nie­co ory­gi­nal­ne­go, ale nie­zwy­kle przy­stoj­ne­go męż­czy­zny, za­ru­mie­nio­ne­go z za­kło­po­ta­nia.

Cie­ka­we, czy uszy sek­sow­ne­go pana pro­fe­so­ra już ochło­nę­ły?

Wpa­tru­ję się w spo­koj­ny, nie­ru­cho­my ży­wo­płot sto­ją­cy na­prze­ciw­ko, ale wca­le go nie wi­dzę. Za­miast tego wy­świe­tlam na zie­lo­nym ekra­nie pe­wien sce­na­riusz – za­pew­ne to spraw­ka Ne­me­zis. W tym krót­kim przed­sta­wie­niu upusz­czam mój list, kie­dy wpa­dam na Da­nie­la Brew­ste­ra. Wia­do­mość do­sta­je się mię­dzy pa­pie­ry pro­fe­so­ra. Sie­dzę i ma­rzę o nim, pod­czas gdy on czy­ta list od Ne­me­zis.

Wi­dzę, jak jego słod­kie uszy ró­żo­wie­ją jesz­cze bar­dziej, a ciem­ne brwi uno­szą się aż do li­nii wło­sów i giną pod uro­czy­mi lo­ka­mi, opa­da­ją­cy­mi mu na czo­ło. Pro­fe­sor zdej­mu­je swo­je ele­ganc­kie bez­opraw­ko­we oku­la­ry, wy­cie­ra je i za­czy­na wier­cić się na swo­im miej­scu, tak jak ja to te­raz ro­bię. To do­syć dziw­ne, bo prze­cież ad­re­sat­ką tego li­stu jest ko­bie­ta, a nie męż­czy­zna…

Pal­ce mam wil­got­ne w miej­scu, w któ­rym za­ci­ska­ją się na nie­bie­skich kart­kach. Zda­ję so­bie spra­wę, że gdy­bym po­sia­da­ła cho­ciaż­by jed­ną sza­rą ko­mór­kę, po­dar­ła­bym ten list na strzę­py i zi­gno­ro­wa­ła ko­lej­ne. To je­dy­na roz­sąd­na rzecz, jaką moż­na zro­bić w ta­kiej sy­tu­acji. Prze­śla­do­wa­nie sek­su­al­ne jest jak ro­śli­na: zwięd­nie, je­śli nie bę­dzie pod­le­wa­ne re­ak­cją.

Tyl­ko że sło­wa Ne­me­zis i zde­rze­nie z Da­nie­lem Brew­ste­rem zu­peł­nie mną za­wład­nę­ły i po pro­stu nie mogę usie­dzieć na miej­scu. Wszyst­ko mi się ko­tłu­je w gło­wie: Ne­me­zis, je­dwab, do­ty­ka­nie wła­snych pier­si, ob­raz bo­skie­go pro­fe­so­ra, ob­la­ne­go ru­mień­cem, sie­dzą­ce­go na tył­ku z no­ga­mi wy­cią­gnię­ty­mi do przo­du. Je­stem go­rą­ca, peł­na dziw­nej ener­gii i prze­krwio­na w nie­bez­piecz­nych miej­scach. Ukrad­kiem roz­chy­lam uda, wci­ska­jąc ich wnę­trze w twar­dą ław­kę, znów roz­po­ście­ram nogi i na­ci­skam na pod­ło­że. Na­pór na łech­tacz­kę jest jed­nak zbyt sła­by, więc tyl­ko przy­gry­zam war­gę, czu­jąc na­gle nie­po­ha­mo­wa­ną żą­dzę.

Czy ośmie­lę się do­tknąć sie­bie? Tu­taj? W tej chwi­li? Nie su­tek, ale tam ni­żej, moją cip­kę?

Co o tym my­ślisz, Ne­me­zis? Pod­krę­ci­łam za­ba­wę, a ty się o tym nie do­wiesz. Co byś te­raz po­wie­dział o odro­bi­nie ry­zy­ka, de­wian­cie?

Do­ko­ła nie wi­dać ży­wej du­szy. Zresz­tą, jesz­cze nig­dy ni­ko­go tu nie wi­dzia­łam. Teo­re­tycz­nie po­win­nam być w sta­nie to zro­bić, ale i tak do­ty­ka­nie sie­bie na otwar­tej prze­strze­ni wy­da­je mi się nie­wy­obra­żal­nie pry­mi­tyw­ne i wy­uz­da­ne. A do tego jest wy­ra­zem mo­jej sła­bej woli. Pod­da­ję się Ne­me­zis i czu­ję, że bę­dzie o tym wie­dział, cho­ciaż Bóg wie skąd. Od­kąd roz­sta­łam się z Si­mo­nem, po­zwa­la­nie na to, aby męż­czyź­ni mną dy­ry­go­wa­li, zu­peł­nie prze­sta­ło mi od­po­wia­dać. Są­dzę, że na­wet nie by­ła­bym skłon­na zro­bić tego, cze­go ocze­ki­wał­by ode mnie sek­sow­ny pro­fe­so­rek, gdy­by się tu po­ja­wił. Cho­ciaż tego aku­rat nie je­stem do koń­ca pew­na.

To wszyst­ko robi się wy­jąt­ko­wo dzi­wacz­ne. Je­dy­ne, cze­go je­stem pew­na, to to, że gdy­by tyl­ko Ne­me­zis wie­dział, że wła­śnie wiję się na par­ko­wej ław­ce, ma­rząc o tym, aby do­ty­kać się mię­dzy no­ga­mi, aż na­dej­dzie or­gazm, od razu po­ja­wił­by się tu­taj w swo­ich bok­ser­kach czy co on tam nosi.

Roz­glą­dam się ner­wo­wo, po czym zsu­wam ukrad­kiem rękę z krą­gło­ści mo­jej pier­si w dół, przez brzuch i bio­dro, aż do uda. To cał­kiem spo­ry ob­szar, ale wca­le mnie to nie mar­twi. Wszak Ne­me­zis naj­wy­raź­niej po­do­ba się moja ob­fi­tość, a i Pro­fe­sor Cia­cho jest ewi­dent­nie za­uro­czo­ny moim biu­stem. Co wię­cej, za­czy­nam do­ce­niać ko­rzy­ści pły­ną­ce z pulch­no­ści.

Z jesz­cze więk­szą ukrad­ko­wo­ścią za­czy­nam pod­cią­gać ko­niusz­ka­mi pal­ców spód­nicz­kę, tak że ukła­da mi się fał­da­mi na nad­garst­ku i dło­ni. Ze zręcz­no­ścią god­ną do­bre­go ilu­zjo­ni­sty chy­trze prze­su­wam pal­ce po na­gim udzie, a po­tem de­li­kat­ny­mi ru­cha­mi wci­skam je pod gum­kę maj­tek.

Już pra­wie. Do­cho­dzi­my do sed­na spra­wy.

Po­cią­gam lek­ko za sprę­ży­sty ko­smyk wło­sów ło­no­wych, a po­tem wgłę­biam się w gąszcz, szu­ka­jąc go­rą­ce­go, ma­gicz­ne­go cen­trum. Kie­dy roz­su­wam war­gi, ko­niusz­ki mo­ich pal­ców ro­bią się wil­got­ne. Ocie­kam so­kiem. Je­stem zszo­ko­wa­na jego ilo­ścią, cho­ciaż prze­cież zda­wa­łam so­bie spra­wę ze swo­je­go pod­nie­ce­nia.

Do­ty­kam łech­tacz­ki, a wte­dy ona pul­su­je moc­no i głę­bo­ko, wi­ta­jąc się ze mną tak in­ten­syw­nie, że aż za­pie­ra mi dech.

Je­stem prze­ra­żo­na tym, co ro­bię, ale jed­no­cze­śnie aż ki­pię z pod­eks­cy­to­wa­nia. Do­tąd nie szu­ka­łam w ży­ciu przy­gód i ry­zy­ka, i na­gle mam wra­że­nie, że sta­ram się nad­ro­bić stra­co­ny czas. Ba­lan­su­ję na kra­wę­dzi sza­leń­stwa. Gdy­bym te­raz się głę­biej nad tym za­sta­no­wi­ła, za­pew­ne po­pę­dzi­ła­bym z po­wro­tem do bez­piecz­ne­go wnę­trza bi­blio­te­ki. Ale ja nie mam cza­su na my­śle­nie. Te­raz tyl­ko czu­ję.

Po paru ostroż­nych ru­chach całe moje cia­ło pul­su­je od uwię­zio­nej w nim ener­gii. Prze­peł­nia mnie po­czu­cie pięk­na i na­gle zni­ka­ją wszel­kie wcze­śniej­sze obiek­cje co do mo­jej pulch­no­ści, krą­gło­ści i pu­cu­ło­wa­to­ści czy jak­kol­wiek to na­zwać. Każ­dy cen­ty­metr i każ­dy gram mo­je­go cia­ła na­le­ży do „bo­gi­ni” – do­kład­nie tak, jak po­wie­dział Ne­me­zis.

Z tru­dem ła­pię od­dech. Na­pi­nam nogi i wbi­jam pię­ty w zie­mię. Ni­cze­go tak nie pra­gnę jak or­ga­zmu i już na­wet za­czy­nam czuć zna­jo­me drże­nie, kie­dy ku swo­je­mu prze­ra­że­niu wy­ła­pu­ję w oto­cze­niu dźwięk, któ­re­go wcze­śniej nie sły­sza­łam. Chrzęst szyb­kich kro­ków na wy­sy­pa­nej żwi­rem alej­ce.

Le­d­wo zdą­żam wy­cią­gnąć rękę spod spód­ni­cy i wy­pro­sto­wać się do względ­nie nor­mal­nej po­zy­cji, kie­dy zza rogu wy­ła­nia się zna­jo­ma po­stać w te­ni­sów­kach, nie­bie­skich dżin­sach i twe­edo­wej ma­ry­nar­ce. Pro­fe­sor Cia­cho o mały włos na­krył­by mnie na tym, jak się ma­stur­bu­ję.

– O, wi­tam! – od­zy­wa się nie­pew­nie, po czym mru­ga po­spiesz­nie za szkła­mi oku­la­rów i wy­sy­ła w moją stro­nę ostroż­ny, lek­ko skrzy­wio­ny uśmiech. A po­tem za­ci­ska usta i rzu­ca się do przo­du, a ja mu­szę prze­su­nąć się na ław­ce. Zmu­sza mnie, że­bym po­zwo­li­ła mu usiąść obok sie­bie. – Tak się cie­szę, że pa­nią zna­la­złem, Gwen­do­lyn­ne. Chcia­łem prze­pro­sić za wcze­śniej­sze za­cho­wa­nie – mówi i stu­ka dłu­gi­mi pal­ca­mi w po­kry­te dżin­sem ko­la­no, zu­peł­nie jak­by i jego prze­peł­niał nad­miar ener­gii.

Je­stem tak ogłu­pia­ła, że jego sło­wa le­d­wo się prze­dzie­ra­ją przez moje bu­zu­ją­ce my­śli. Co mam jed­nak po­wie­dzieć, sko­ro mój umysł w dal­szym cią­gu tkwi w kra­inie ona­ni­zmu?

Mój to­wa­rzysz nadal wy­glą­da na wy­bit­nie za­wsty­dzo­ne­go. Zdej­mu­je oku­la­ry, wy­cią­ga dużą, śnież­no­bia­łą chust­kę i za­czy­na czy­ścić szkła z sza­lo­nym wręcz za­pa­łem.

– Ale dla­cze­go? Prze­cież to ja pana prze­wró­ci­łam. – Ja­kiś cu­dem uda­ło mi się wy­chwy­cić ostat­nie sło­wa. Jed­nak moja od­po­wiedź brzmi bar­dziej gwał­tow­nie, niż bym so­bie tego ży­czy­ła.

Pro­fe­sor cho­wa chust­kę, nadal za­baw­nie za­kło­po­ta­ny. Ude­rza mnie iro­nicz­ność sy­tu­acji: w koń­cu to ja po­win­nam być bar­dziej ner­wo­wa, zwa­żyw­szy na jego bli­skość. Na pew­no wy­czu­wa za­pach piż­ma na mo­ich pal­cach.

– Nie, to moja wina. Kie­dy sie­dzia­łem na zie­mi, ga­pi­łem się na pani pier­si. Wiem, że pani to za­uwa­ży­ła. Pro­szę mi wy­ba­czyć. Ta­kie po­że­ra­nie wzro­kiem nie ma uspra­wie­dli­wie­nia.

Ach, a więc jest nie tyl­ko ka­wa­łem mę­skie­go cia­cha, ale w do­dat­ku sta­ro­świec­kim dżen­tel­me­nem. Już mam na koń­cu ję­zy­ka no pro­ble­mo czy coś w tym sty­lu, kie­dy na­gle moją uwa­gę zwra­ca to, że pro­fe­sor krzy­wiąc się, marsz­czy czo­ło, zsu­wa oku­la­ry i ner­wo­wo prze­cie­ra oczy. Pod­nie­ce­nie na­tych­miast mnie opusz­cza, a na to miej­sce po­ja­wia się inne uczu­cie. Wi­dzia­łam wie­le razy w bi­blio­te­ce, jak robi coś po­dob­ne­go, zu­peł­nie jak­by mę­czy­ły go bóle gło­wy albo miał pro­ble­my ze wzro­kiem, i cho­ciaż wła­ści­wie go nie znam, nie chcę, aby cier­piał. Ktoś tak fan­ta­stycz­ny jak on po­wi­nien się za­wsze uśmie­chać.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, pro­fe­so­rze Brew­ster? Źle się pan czu­je? Je­śli to ból gło­wy, mam w to­reb­ce pa­ra­ce­ta­mol.

– Dzię­ku­ję, ale to nic ta­kie­go. Je­stem po pro­stu zmę­czo­ny. Wcze­śnie dzi­siaj sia­dłem do pra­cy, jesz­cze w ho­te­lu, i te­raz po­my­śla­łem so­bie, że zmia­na oświe­tle­nia i sce­ne­rii wyj­dzie mi na do­bre… ale nie wy­szła. To dla­te­go przy­sze­dłem prze­pro­sić tu­taj, a nie w bi­blio­te­ce. Mu­sia­łem wyjść na świe­że po­wie­trze. – Zmarszcz­ka zni­ka, a gdy męż­czy­zna za­kła­da oku­la­ry, jego pięk­ne oczy zno­wu ro­bią się przej­rzy­ste. – I pro­szę mó­wić do mnie Da­niel. Na­praw­dę będę wdzięcz­ny.

– Do­brze… Da­nie­lu. – Przez chwi­lę ża­łu­ję, że się ona­ni­zo­wa­łam i że je­stem pod­nie­co­na oraz roz­draż­nio­na z po­wo­du Ne­me­zis. W pro­fe­so­rze jest coś słod­kie­go, ale i nie­po­ko­ją­ce­go, coś, co spra­wia, że czu­ję się pod­eks­cy­to­wa­na, cho­ciaż w zu­peł­nie inny spo­sób. Przy­po­mi­na mi to mło­dzień­cze mi­ło­ści z cza­sów, kie­dy by­łam nie­win­ną dziew­czy­ną, za­nim jesz­cze seks ob­ja­wił mi swo­je lu­bież­ne ob­li­cze. Wiecz­nie śni­łam na ja­wie o tym, jak wę­dru­ję przez łąkę peł­ną kwia­tów, trzy­ma­jąc za rękę ja­kie­goś de­li­kat­ne­go, nie­osią­gal­ne­go bo­ha­te­ra. Ta słod­ka wi­zja szyb­ko się roz­pły­wa, bo ręka, za któ­rą ro­man­tycz­ny bo­ha­ter mu­siał­by mnie te­raz trzy­mać, cała się klei po mo­ich piesz­czo­tach.

A do tego czuć ją cip­ką. Ja to wy­czu­wam i Da­niel z pew­no­ścią też, jed­nak jego pięk­ny, odro­bi­nę kró­lew­ski nos nie marsz­czy się ani tro­chę. Na­wet wte­dy, gdy Da­niel chwy­ta mnie za rze­czo­ną rękę i ści­ska ją de­li­kat­nie.

– Na­praw­dę chcia­łem cię prze­pro­sić. Tyle mi po­mo­głaś w bi­blio­te­ce. Sza­nu­ję cie­bie jako… jako przy­ja­cie­la. Nie chciał­bym ze­psuć tej wspa­nia­łej zna­jo­mo­ści za­wo­do­wej przez to, że zro­bi­łem coś nie­sto­sow­ne­go – mówi, krzy­wiąc się, po czym wzru­sza lek­ko ra­mio­na­mi. Cho­ciaż to zu­peł­nie nie­lo­gicz­ne, wy­da­je się przy tym na­praw­dę zde­ner­wo­wa­ny i za­czy­nam się za­sta­na­wiać, dla­cze­go taki przy­stoj­ny męż­czy­zna suk­ce­su spra­wia wra­że­nie, jak­by nie był przy­zwy­cza­jo­ny do roz­mo­wy z ko­bie­tą. Za kimś z ta­ki­mi osią­gnię­cia­mi na­uko­wy­mi, kto ma swo­je pro­gra­my te­le­wi­zyj­ne, im­po­nu­ją­cy ży­cio­rys i wy­so­ką po­zy­cję, z pew­no­ścią po­dą­ża­ją tłu­my fa­nek, go­to­wych zdjąć przed nim majt­ki na za­wo­ła­nie.

– Ab­so­lut­nie się tym nie przej­muj – za­pew­niam go, wstrzą­śnię­ta ob­ra­zem, jaki pod­su­nę­ła mi wy­obraź­nia: ob­ra­zem mnie sa­mej zdej­mu­ją­cej majt­ki dla Da­nie­la Brew­ste­ra. Do dia­bła, co się ze mną dzie­je?! Pod­nie­ca mnie sam fakt, że on jest taki nie­śmia­ły! Oraz myśl, że mo­gła­bym udzie­lać nauk w dzie­dzi­nie ko­bie­cych żądz j e m u, zna­ko­mi­te­mu pro­fe­so­ro­wi. Ta myśl otwie­ra dziw­ne ero­tycz­ne szu­flad­ki, o któ­rych ist­nie­nie nig­dy bym sie­bie nie po­dej­rze­wa­ła. – Nic się nie sta­ło. Je­stem pew­na… ba, mam na to kon­kret­ne do­wo­dy, że nie je­steś je­dy­nym męż­czy­zną, któ­ry spo­glą­da na moje pier­si, pod­czas gdy pra­cu­ję w bi­blio­te­ce.

Pro­fe­sor uno­si zno­wu zgrab­ne brwi.

– Kon­kret­ne do­wo­dy? Co masz na my­śli?

Oooch, ale się wpa­ko­wa­łam. Sie­dzę obok uoso­bie­nia do­cie­kli­we­go umy­słu, czło­wie­ka, któ­ry zwykł ba­dać każ­dy trop, śle­dzić każ­dy moż­li­wy wą­tek hi­sto­rycz­nych za­gad­nień i wy­grze­by­wać fak­ty z naj­bar­dziej ską­pych źró­deł.

Na­sze spoj­rze­nia wę­dru­ją jed­no­cze­śnie w stro­nę li­stu Ne­me­zis le­żą­ce­go obok mnie, z prze­ciw­nej stro­ny niż ta, któ­rą za­jął Da­niel. Mam wra­że­nie, że ki­wam się na pal­cach nad wiel­ką prze­pa­ścią, któ­ra od­dzie­la roz­sąd­ne za­cho­wa­nie od ko­smicz­nej głu­po­ty.

Punkt pierw­szy. Prak­tycz­nie nie znam Da­nie­la Brew­ste­ra, a do tego mamy za sobą dzi­wacz­ny epi­zod, w któ­rym obo­je ro­bi­li­śmy wo­kół sie­bie uni­ki ni­czym para szer­mie­rzy na ero­tycz­nej ma­cie.

Punkt dru­gi. Ten list moż­na pod­cią­gnąć pod mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne ze stro­ny au­ten­tycz­ne­go zbo­czeń­ca, a może na­wet sza­lo­ne­go prze­stęp­cy sek­su­al­ne­go. Po­win­nam być ostroż­na, a nie ma­chać nim na pra­wo i lewo. Je­śli po­dzie­lę się jego ta­jem­ną tre­ścią z inną oso­bą, bę­dzie to zdra­da Ne­me­zis. Ale być może to ir­ra­cjo­nal­ny po­mysł. Prze­cież nie znam tego fa­ce­ta, a on ob­cią­żył mnie swo­imi żą­dza­mi. A jed­nak czu­ję chęć, aby po­ka­zać list pro­fe­so­ro­wi. Za­nim za­cznę się za­sta­na­wiać nad tym po­my­słem, się­gam po kart­ki i po­da­ję je Da­nie­lo­wi.

– Dzi­siaj go do­sta­łam. Kie­dy to prze­czy­tasz, zro­zu­miesz, że two­je przy­pad­ko­we spoj­rze­nie na mój biust pre­zen­tu­je się nie­zwy­kle nie­win­nie w po­rów­na­niu z tym, o czym my­ślą inni męż­czyź­ni… to zna­czy, ten je­den męż­czy­zna.

Pro­fe­sor za­czy­na czy­tać, a ja wpa­tru­ję się w jego wą­skie pal­ce trzy­ma­ją­ce kart­ki. Na­gle je­stem w sta­nie my­śleć wy­łącz­nie o dło­niach. O tym, co Ne­me­zis chciał, że­bym zro­bi­ła, na co się w koń­cu zdo­by­łam, i co on mógł­by zro­bić, gdy­by miał oka­zję po­ło­żyć na mnie swo­je łapy. In­stynk­tow­nie wiem, że nie chce mi wy­rzą­dzić krzyw­dy, a gdy­by sło­wa sta­ły się czy­na­mi, mo­gła­bym na tym tyl­ko zy­skać, a nie stra­cić.

Dło­nie Da­nie­la to praw­dzi­we dzie­ła sztu­ki. Są wą­skie, ale jed­no­cze­śnie spra­wia­ją wra­że­nie sil­nych i mają ele­ganc­ki, kla­sycz­ny kształt. Każ­dy nerw w moim or­ga­ni­zmie pró­bu­je mi po­wie­dzieć, że je­śli te dło­nie wy­ka­zu­ją choć­by uła­mek zdol­no­ści, ja­kie przy­pi­su­je so­bie Ne­me­zis, do­pro­wa­dzi­ły­by mnie do eks­ta­zy, i to nie­jed­no­krot­nej. A te­raz te dło­nie drżą, trzy­ma­jąc po­kry­te wy­uz­da­nym wy­zna­niem nie­bie­skie kart­ki. Jed­nak­że nie tyl­ko one tak re­agu­ją na czy­ta­ny przez pro­fe­so­ra wy­ka­li­gra­fo­wa­ny tekst. Czar­ne brwi zno­wu uno­szą się ku li­nii wło­sów. Pro­fe­sor cięż­ko prze­ły­ka śli­nę, raz za ra­zem, a po­tem przy­gry­za mięk­ką, dol­ną war­gę, otwie­ra sze­ro­ko oczy, a na jego gład­kiej skó­rze, pod ape­tycz­nym jed­no­dnio­wym za­ro­stem po­ja­wia się ru­mie­niec.

Ni­czym bez­wstyd­na dziw­ka, któ­rą we­dług wszyst­kich zna­ków na nie­bie i na zie­mi wła­śnie się sta­ję, zer­kam ukrad­kiem na jego kro­cze. Pod roz­por­kiem też bu­zu­je ży­cie, pącz­ku­je i roz­ra­sta się. Pro­fe­sor ma wzwód.

No nie­źle. Sza­cow­na bi­blio­te­kar­ka Gwen­do­lyn­ne kar­ci mnie za to, że by­łam tak bez­den­nie głu­pia i to wszyst­ko spro­wo­ko­wa­łam, zaś Gwen aspi­ru­ją­ca do mia­na lu­bież­nej li­be­ra­list­ki śmie­je się w du­chu i my­śli: „O rany! O rany, rany, rany!”.

Da­niel prze­kła­da kart­ki, naj­wy­raź­niej wciąż czy­ta. A może nie jest w sta­nie pod­nieść wzro­ku i spoj­rzeć mi w oczy. Nie prze­ry­wam mu. Czy­ta da­lej. Mru­ga. Tward­nie­je. Dzię­ki temu mam wię­cej cza­su, żeby oce­nić wzro­kiem jego przy­ro­dze­nie.

Są­dząc po tym, jak wy­brzu­sza się dżins w jego kro­ku, musi mieć ape­tycz­nie du­że­go. A więc na­tu­ra ob­da­rzy­ła go hoj­nie nie tyl­ko w dzie­dzi­nie na­uko­wej, ale i cie­le­snej. Kie­dy mu się przy­glą­dam, po­ru­sza się nie­znacz­nie na ław­ce. Do­my­ślam się, że jego czło­nek usa­do­wił się nie­wy­god­nie w spodniach i pro­fe­sor wal­czy z pra­gnie­niem, aby coś z tym fan­tem zro­bić.

– Do­bry Boże – mówi w koń­cu, a czub­ki jego uszu znów przy­bie­ra­ją de­li­kat­nie ró­żo­wy od­cień. – Kie­dy to do­sta­łaś? I w jaki spo­sób? – pyta, po czym skła­da kart­ki dłu­gi­mi pal­ca­mi, przy­glą­da­jąc im się tak, jak­by do­ty­kał rzad­kie­go i wy­jąt­ko­wo ja­do­wi­te­go ga­tun­ku żmii, ale jed­no­cze­śnie nie za bar­dzo ma ocho­tę się z nimi roz­stać. – To po­waż­na spra­wa. Czło­wiek, któ­ry pi­sze coś ta­kie­go, na pew­no jest nie­bez­piecz­ny. Naj­roz­sąd­niej by­ło­by zgło­sić to ochro­nie bi­blio­te­ki. Tak na wszel­ki wy­pa­dek.

Ma ra­cję, lecz ja nie za­mie­rzam tego zro­bić. I nie tyl­ko dla­te­go, że nie lu­bię, gdy ktoś mi roz­ka­zu­je i wiem, jak te ło­try z ochro­ny będą się za­śmie­wać nad tre­ścią li­stu. Nie. Nie zro­bię tego ze wzglę­du na in­tu­icję, któ­ra mówi mi, że po­mi­mo swo­jej per­wer­syj­no­ści Ne­me­zis jest nie­groź­ny, a do tego na­praw­dę mu się po­do­bam. No do­brze, może za­cho­wu­ję się jak idiot­ka, ale jak czę­sto ko­bie­ta sły­szy z ust męż­czy­zny, że jest ubó­stwia­na?

– List znaj­do­wał się w bi­blio­te­ce, w skrzyn­ce uwag i wnio­sków, i był za­adre­so­wa­ny na moje na­zwi­sko – wy­ja­śni­łam, skła­da­jąc kart­ki i czu­jąc dreszcz pod­nie­ce­nia, jak­by każ­da z nich była na­są­czo­na afro­dy­zja­kiem. – Był tam, kie­dy otwo­rzy­łam skrzyn­kę o dzie­sią­tej rano.