Do ostatnich dni - Julie Yip-Williams - ebook + książka

Do ostatnich dni ebook

Julie Yip-Williams

5,0

Opis

Śmierć o niektórych upomina się dużo szybciej niż o innych. Tak było w przypadku Julie Yip-Williams.

Kiedy miała 37 lat, zdiagnozowano u niej raka w IV stadium rozwoju choroby. Postanowiła wówczas pisać bloga, który stał się podstawą tej książki. Chciała przygotować najbliższych na to, co się dzieje, gdy ciężko choruje ukochana osoba. Opisać, jak wygląda życie ze świadomością rychłej śmierci. Ale też pokazać, jak najlepiej przeżyć czas, który nam pozostał. Julie walcząc z rakiem, przeżyła pięć lat. Do ostatnich dni jest zapisem jej niezwykłej historii.

Julie Yip-Williams przyszła na świat 6 stycznia 1976 roku w Wietnamie. Urodziła się, ważąc nieco powyżej trzech kilogramów. Sporo, jak na wietnamskie standardy, ale nie na tyle dużo, aby zagrażać życiu własnemu i matki podczas porodu. Nic nie zachwiałoby szczęściem młodych rodziców, gdyby nie fakt, że dziewczynka była niewidoma. Kiedy Julie miała dwa lata, całą rodziną wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i zaczęli układać swoje życie na nowo.

Julie odzyskała częściowo wzrok, ukończyła studia prawnicze na Harvardzie i robiła karierę w jednej z najlepiej na świecie prosperujących kancelarii prawnych. Była żoną przystojnego, błyskotliwego mężczyzny oraz matką dwóch pięknych córek. I wtedy usłyszała diagnozę: nowotwór jelita grubego...

„Inspirująca i niezwykła... Mądra i poruszająca relacja [Yip-Williamsa] z jej walki z rakiem jest mocnym wezwaniem, z całego serca, do życia"
Publishers Weekly

"Pięknie napisana, poruszająca i pełna współczucia kronika, która zasługuje, żeby każdy ją przeczytał"
Siddhartha Mukherjee (autor „Cesarza wszech chorób. Biografii raka”)

“Życie Julie Yip-Williams definiowały ciężka praca i niezwykła samodzielność. W tym rozdzierającym dzienniku Julie odsłania swoją wrażliwość, po czym rozbiera na czynniki pierwsze pojęcie zwycięstwa i odbudowuje jego znaczenie. Jej pisanie pochyla się nie tylko nad niepełnosprawnością i chorobą – oraz ich pojmowaniem kulturowym, medycznym czy też literackim – ale i nad miłością, autentycznością, nadzieją, egotyzmem, a nawet gniewem. Nie poznałam Julie, ale z każdą przeczytaną stroną jej książki coraz bardziej ją kochałam”
Lucy Kalanithi

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 434

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0

Popularność




Tytuł oryginału: The Unwinding of the Miracle. A Memoir of Life, Death, and Everything that Comes After

Przekład z angielskiego: Aleksandra Kondrat

Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie/KAV Studio

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Jarosław Białkowski

Skład wersji elektornicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Bogusława Jędrasik

Copyright © 2019 by The Williams Literary Trust

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

Transation rights arranged by Agreement with Aevitas Creative Management, USA and Book/lab Literary Agency, Poland.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1236-2

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

FRAGMENT

Książkę dedykuję:

– Joshowi, Mii i Isabelle – miłościom mojego życia

– Lynie, Nancy i Caroline – moim ukochanym siostrom

– Moim rodzicom –  i – za wszystko, co dla mnie zrobili

– Mojemu bratu Mau – za to, że zawsze mnie wspierał

Prolog

Witaj!

Nazywam się Julie Yip-Williams. Jestem ci wdzięczna za to, że wziąłeś tę książkę do ręki i niezmiernie tym faktem zaszczycona. Zaczynam moją historię wraz z jej końcem. Oznacza to, że gdy czytasz tę książkę, mnie już nie ma. Ale od początku.

Moje życie było dobre i udane, co okazało się dla mnie samej niespodzianką, biorąc pod uwagę jego skromne początki. Byłam: żoną, matką, córką, siostrą, przyjaciółką, imigrantką, pacjentką z rakiem, prawnikiem, a teraz jestem autorką. W życiu zawsze starałam się kierować sercem i mieć dobre zamiary, ale wiem, że na mojej drodze bez wątpienia kogoś skrzywdziłam. Zrobiłam wszystko, aby moje życie było pełne i satysfakcjonujące, abym z godnością i poczuciem humoru stawiała czoło nieuniknionym przeciwnościom losu. Kochałam życie. To wszystko. Mimo że umieram, mając niewiele ponad czterdzieści lat, i opuszczam moje drogie dzieci, jestem szczęśliwa.

Moje życie nie było łatwe. To, że przeżyłam dzieciństwo, można nazwać cudem. To, że dotarłam do Ameryki – kolejnym. Fakt, że urodziłam się niewidoma, w rodzinie po przegrywającej stronie barykady w wojnie domowej w Wietnamie, powinien był zdefiniować moje życie i stanowić swoiste fatum. Być może mnie naznaczył, ale nie zdołał powstrzymać. Umieranie nauczyło mnie wiele o życiu – jak świadomie sobie radzić z trudną do zaakceptowania prawdą, cierpieniem, ale też z radością. Zrozumienie trudu było być może najbardziej wyzwalającym doświadczeniem mojego życia.

Pośrednio lub bezpośrednio – wszyscy doświadczamy trudów. Są to rzeczy zasłyszane w wiadomościach lub od przyjaciół, tragedie związane ze śmiercią, stanowiące źródło smutku, ale też ulgi, że dzięki Bogu nie nam się to przytrafia… – huragany, trzęsienia ziemi, pełne przemocy strzelaniny, wybuchy, wypadki samochodowe i, oczywiście, nieuleczalne choroby. Te niezmiernie wstrząsające sytuacje nieustannie przypominają nam o naszej śmiertelności, kruchości, w obliczu tego, co nieznane, co sprawia, że ziemia się trzęsie lub komórki mutują i sprawiają, że ciało zwalcza samo siebie.

Zaczynam moją opowieść o tym, jak przeżyłam życie i jak byłam poddawana wszelkim próbom, którym musiałam sprostać. Zrozumiesz dzięki niej moją podróż i świat, który był dla mnie domem. Kronika dni w oczekiwaniu na moją nieuchronną śmierć, jakkolwiek bezczelnie by to nie zabrzmiało, jest czymś o wiele bardziej znaczącym – przestrogą dla Was, żyjących.

Żyjcie, póki żyjecie, moi drodzy.

Od cudu narodzin po cud przemijania.

Julie Yip-WilliamsLuty 2018

1Śmierć, część pierwsza

Marzec 1976, Tam Ky, Wietnam Południowy

Kiedy miałam zaledwie dwa miesiące, moi rodzice – na rozkaz mojej babki ze strony ojca – zabrali mnie do zielarza w Da Nang. Mieli zamiar hojnie go wynagrodzić w zamian za uśpienie mnie na zawsze. Urodziłam się niewidoma. Dla mojej chińskiej babki było to nieakceptowalne. Byłam ciężarem i wstydem dla rodziny. Nikt nie chciałby takiej żony. Poza tym babka uznała, że pozbycie się mnie było aktem litości – ukróceniem mojej żałosnej egzystencji.

Tamtego ranka moja matka ubrała mnie w stare dziecięce ubranka po mojej siostrze lub bracie. Były pokryte brązowożółtawymi plamami po dziecięcych odchodach, których nie mogła się pozbyć mimo wielokrotnego prania. Strój był pomysłem mojej babki. Stała w drzwiach sypialni moich rodziców i przyglądała się, jak matka mnie przebiera. „Gdybyś założyła jej coś innego, poszłoby na zmarnowanie”, rzuciła jakby na potwierdzenie słuszności jej rozkazu, gdy matka skończyła.

W tym miałam umrzeć. W owych pełnych desperacji czasach ludzie nie wyrzucali ubranek dziecięcych w dobrym stanie. Tym bardziej jeśli miał je na sobie noworodek, który wkrótce miał stać się trupem.

Dramat naszej rodziny rozgrywał się w epicentrum zimnej wojny. Jedenaście miesięcy wcześniej Wietnam Południowy został „oswobodzony” przez Północ. Geopolityczne domino ruszyło, wstrząsając życiem mojego rodu.

W 1972 roku Południe ponosiło porażkę za porażką. Ojciec był przerażony perspektywą utraty skromnego majątku w imię walki za kraj, który dla niego, rdzennego Chińczyka, nie stanowił szczególnego powodu do dumy narodowej. Podczas czteroletniej służby wojskowej, gdy wracał do swojego rodzinnego domu na krótką przepustkę, nigdy nie opowiadał o okrucieństwach, których był świadkiem lub sprawcą. Jego matka próbowała oszczędzić mu tej udręki i za pomocą łapówki załatwiła synowi stanowisko kierowcy kapitana armii. Nie okazało się to zmianą na lepsze, bo ojciec musiał wjeżdżać na terytorium wroga. Nigdy nie wiedział, kiedy i gdzie padnie ofiarą strzału snajperów, wybuchu miny lub ataku podstępnego Wietkongu, który podrzynał gardła śpiącym w dżungli żołnierzom. Żył w ciągłym strachu przed śmiercią i odgłosami wojny nieustannie przerywającymi złowrogą ciszę. Lękał się, że straci nogę lub rękę jak niektórzy jego przyjaciele. Bał się etykietki bohatera, ale równie mocno obawiał się etykietki tchórza. Pewnego dnia oddalił się od obozu pod pretekstem przyniesienia zapasów z jeepa. Minął auto i szedł tak przez tydzień, nie oglądając się za siebie, aż dotarł do Sajgonu, stolicy Wietnamu Południowego, gdzie schronił się w Cholon, starej dzielnicy zamieszkanej przez niemal milion rdzennych Chińczyków. Było to niezwykle żywe miejsce, gdzie bez trudu mógł poruszać się niezauważony wśród ludzi, którzy nie byli zwolennikami wojennego trudu.

Ojciec skontaktował się z babką, która nie ufając żadnemu mężczyźnie, nie wyłączając własnego syna, poleciła mojej matce przeprowadzkę do Sajgonu. Mama zabrała moją dwuletnią siostrę, Lynę, i mojego malutkiego brata, Mau, i posłusznie dołączyła do taty. W Sajgonie przeczekali do końca wojny, kiedy bezpiecznie mogli wrócić do Tam Ky, nie obawiając się, że ojciec zostanie wtrącony do więzienia lub gorzej – przywrócony do służby i zmuszony do udziału w wyraźnie chylącej się ku tragicznemu końcowi wojnie. To nie były czasy na kolejne dziecko.

Kiedy Sajgon upadł 30 kwietnia 1975 roku, moi rodzice radowali się nie dlatego, że wierzyli w siłę reżimu komunistycznego, ale dlatego że oznaczało to koniec wojny. Świętowali razem z resztą społeczeństwa, dołączając się do band grabiących sklepy i magazyny z butli gazowych, worków z ryżem i wszystkiego, co mogli unieść. Cieszyli się też na myśl o moim rychłym przyjściu na świat. Wrócili do domu, do Tam Ky, gdzie pewnego styczniowego wieczoru, osiem miesięcy później, urodziłam się, ważąc nieco powyżej trzech kilogramów. Sporo jak na wietnamskie standardy, ale nie na tyle dużo, aby zagrażać życiu własnemu i matki podczas porodu. Szpitale były obskurne, cesarkie cięcie w tamtych czasach nie wchodziło w grę – nikt, poza być może lekarzami w Sajgonie, nie wiedział, jak je przeprowadzić. Mój ojciec nazwał mnie , co wymawia się „Lijing” po mandaryńsku i „Lising” po hajnańsku, a oznacza dosłownie „Esencja jaśminu”. Moje imię miało być symbolem energii, życia i piękna. Mama, która tak długo czekała na kolejne dziecko, była zachwycona. Zresztą babcia też – przynajmniej na początku. Dwa miesiące po narodzinach, ubraną w stare rzeczy po siostrze i bracie, zabrano mnie autobusem autostradą numer jeden na północ do Da Nang. Tamta dwugodzinna podróż miała zakończyć się dla mnie wyrokiem śmierci.

2Życie

14 lipca 2017, Brooklyn, Nowy Jork

Drogie Mia i Isabelle!

Chyba rozwiązałam wszelkie kwestie logistyczne związane z moją śmiercią. Wynajęłam całkiem niedrogiego kucharza dla Was i dla tatusia. Zrobiłam listę ważnych rzeczy, notując, kto jest Waszym dentystą, kiedy trzeba opłacić czesne za szkołę, kiedy przedłużyć umowę wynajmu skrzypiec i zająć się nastrojeniem pianina. Wkrótce przygotuję filmiki o tym, gdzie znaleźć wszystkie wywietrzniki w domu i jaką psią karmę lubi Chipper. Sądzę jednak, że to łatwizna i niezbyt ważne kwestie życiowe.

Zdałam sobie sprawę, że zawiodłabym Was jako matka, gdybym nie próbowała uśmierzyć bólu związanego z moim odejściem. Przynajmniej powinnam Was uświadomić, że strata mamy naznaczy Wasze życie za młodu. Zawsze będziecie dziećmi, których matka zmarła na raka. Ludzie będą na Was patrzeć z sympatią, ale też litością (co nie będzie Wam się podobało, chociaż ich intencje będą dobre). Fakt, że Wasza mama zmarła, stanie się wyznacznikiem Waszego życia niczym rzucająca się w oczy plama na nieskazitelnym ubraniu. Patrząc na dzieciaki, które mają rodziców, będziecie sobie zadawać pytanie, dlaczego Wasza mama musiała zachorować i umrzeć? Nieraz zapłaczecie z powodu tej niesprawiedliwości. I tak bardzo będziecie chciały znów znaleźć się w moich ramionach wtedy, kiedy pokłócicie się z przyjaciółką, albo zapragniecie, żebym była z Wami, gdy będziecie przekłuwać sobie uszy, czy biła Wam brawo, siedząc w pierwszym rzędzie na szkolnym przedstawieniu. Albo żebym była tą nieznośną mamą, która chce jeszcze jedno zdjęcie na zakończeniu roku szkolnego. Żebym pomogła Wam się ubrać w dzień ślubu lub zająć się nowo narodzonym dzieckiem, żebyście mogły się przespać. Ból pojawi się za każdym razem, gdy będziecie mnie potrzebowały.

Nie wiem, czy moje słowa kiedykolwiek go uśmierzą. Ale nie darowałabym sobie, gdybym nie spróbowała Wam ich zostawić.

Moja zwariowana i ekscentryczna, ale genialna nauczycielka historii w siódmej klasie, gdy graliśmy w grę lub urządzaliśmy quiz, zwykła odpowiadać na nasze protesty „to niesprawiedliwe!” słowami „życie jest niesprawiedliwe, przyzwyczajcie się!”. My jednak wychowywaliśmy się w przekonaniu, że równość istnieje, ludzie powinni być oceniani sprawiedliwie, i że wszyscy zasługują na równe szanse i jednakowe traktowanie. To podejście jest pewnie spuścizną życia w bogatym kraju, który cechuje głębokie poszanowanie zasad prawnych. Z drugiej strony Wy, już gdy miałyście jakieś pięć lat, wykrzykiwałyście hasła sprawiedliwości, jakby stanowiła ona dla Was fundamentalne prawo (przecież to niesprawiedliwe, że Belle poszła do kina, a Mia nie). Więc być może oczekiwania równości i sprawiedliwości zakorzenione są w ludzkiej psychice i stanowią swego rodzaju moralny kompas. Nie wiem.

Wiem za to, że pani Olson miała rację. Życie nie jest sprawiedliwe. Jesteśmy głupcami, jeśli oczekujemy sprawiedliwości, szczególnie w kontekście życia i śmierci, w sprawach wykraczających poza normy prawne, niemieszczących się w ramach inżynierii, na które człowiek nie ma wpływu, a które pozostają jedynie w rękach Boga lub są kwestią szczęścia albo innej nieznanej, niepojętej mocy.

Nie wychowywałam się bez matki, ale nacierpiałam się w inny sposób, i o wiele wcześniej od Was zrozumiałam, że życie nie jest sprawiedliwe. Patrzyłam na dzieciaki, które mogły prowadzić samochód, grać w tenisa i nie potrzebowały lupy do czytania. Być może teraz rozumiecie, jak bardzo mnie to bolało. Ludzie patrzyli na mnie litościwie. Nienawidziłam tego z całego serca. Nie dostawałam równych szans, zawsze byłam sędzią, nigdy nie mogłam uczestniczyć jako zawodnik w grze na lekcji wychowania fizycznego. Matka nie posyłała mnie, w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa, na lekcje chińskiego po zajęciach w angielskiej szkole, ponieważ uznała, że nie mogłabym nic odczytać. Uczyłam się oczywiście chińskiego w późniejszym czasie, w szkole średniej i studiując poza krajem. Zaczęłam się nawet nim posługiwać lepiej od mojej siostry i brata. Nie ma nic gorszego dla dziecka niż poczucie inności w negatywnym tego słowa znaczeniu, inności, która przyciąga litościwe spojrzenia. Byłam niezmiernie smutna. Płakałam w samotności i gniewie. Tak jak Wy, borykałam się ze stratą – ze ślepotą, która oznaczała pozbawienie mnie czegoś więcej niż wzroku. Byłam w żałobie. Pytałam: „Dlaczego?”. Nienawidziłam tej niesprawiedliwości.

Moje słodkie dzieci, nie mam odpowiedzi na to pytanie, przynajmniej nie teraz i nie w tym życiu. Ale wiem, że ból i cierpienie mają niewyobrażalną wartość. Pozwólcie sobie ich doświadczyć, płakać, odczuwać smutek i żałobę, cierpieć. Przejdźcie przez ogień, a znajdziecie się po drugiej stronie, bezpieczne i silniejsze. Przyrzekam. W końcu odnajdziecie prawdę, piękno, mądrość i spokój. Zrozumiecie, że nic nie jest wieczne, ani ból, ani radość. Zrozumiecie, że nie ma radości bez smutku. Ulga nie istnieje bez bólu. Współczucie bez okrucieństwa. Odwaga bez strachu. Nadzieja bez desperacji. Mądrość bez cierpienia. Wdzięczność bez straty. Życie obfituje w paradoksy. Życie jest jak żeglowanie po morzu paradoksu.

Zostałam pozbawiona wzroku. Ta fizyczna ułomność zmieniła mnie jednak na lepsze. Zamiast użalać się nad sobą, postanowiłam skupić się na własnych ambicjach. Ta ułomność sprawiła, że odnalazłam w sobie potencjał, stałam się mądrzejsza. Nauczyła mnie prosić o pomoc i nie wstydzić się ograniczenia fizycznego. Zmusiła mnie do bycia szczerą z samą sobą, pogodzenia się z moją niedoskonałością, a w końcu do bycia szczerą wobec innych. Nauczyła mnie siły i odporności.

Wy zostaniecie pozbawione matki. Jako Wasza matka życzyłabym sobie móc ochronić Was przed bólem. Ale również jako Wasza matka chcę, żebyście go poczuły, nauczyły się z nim żyć, zaakceptowały go i potraktowały jak źródło wiedzy. Chcę, byście stały się silniejsze dzięki niemu i wiedziały, że nosicie w sobie moją siłę. Współczujcie ludziom, miejcie empatię dla cierpiących, niezależnie od rodzaju cierpienia. Cieszcie się życiem i jego pięknem, żyjcie entuzjastycznie, chłońcie życie i zróbcie to dla mnie. Bądźcie wdzięczne, tak jak mogą być wdzięczne dzieci przedwcześnie pozbawione matki, dzieci, które rozumieją niepewność i piękno życia. Rzucam Wam to wyzwanie, moje słodkie dziewczynki. Przekształćcie tę okrutną tragedię w źródło piękna, miłości, siły, odwagi i mądrości.

Można się z tym nie zgodzić, ale ja zawsze i bez wyjątku wierzyłam, że w naszym życiu jest jakiś głębszy sens. Nawet wtedy, gdy byłam małą dziewczynką, płaczącą samotnie w łóżku. Ufam, że musimy doświadczyć w życiu jak najwięcej, aby zrozumieć, że człowiek ma tylko jedno życie, niezależnie jak krótkie lub długie ono ma być. Jesteśmy tu, aby poczuć całą gamę emocji. Wszelkie doświadczenia sprawiają, że nasza dusza wzrasta, uczy się, zmienia, a my rozumiemy, co oznacza człowieczeństwo. Nazywam to ewolucją duszy. Wiedzcie, że Wasza matka miała niesamowite życie wypełnione niezasłużonym bólem i cierpieniem, najpierw przez ślepotę, potem przez nowotwór. Pozwoliłam bólowi i cierpieniu zdefiniować mnie, zmienić na lepsze.

Przez wszystkie lata od diagnozy doznałam miłości i współczucia, o jakich mi się nie śniło. Byłam świadkiem lub doświadczyłam osobiście ludzkiej opieki najwyższej rangi, która nauczyła mnie skromności i bycia lepszą. Poznałam smak śmiertelnego strachu, pokonałam go i odnalazłam w sobie odwagę. Ślepota i rak nauczyły mnie tak wiele, że nie umiem wszystkich nauk tutaj wyszczególnić. Mam jednak nadzieję, że po przeczytaniu moich słów zrozumiecie, że zmiany na lepsze są możliwe i że cierpienie ma swój sens. Wartość ludzkiego życia mierzona jest nie przeżytymi latami, ale tym, na ile odebraliśmy od życia naukę, na ile pojęliśmy wszelkie jego trudne aspekty. Gdyby to zależało ode mnie, chciałabym z Wami zostać dłużej. Jeśli moja śmierć może Was czegoś nauczyć, jeśli zaakceptujecie moje wyzwanie bycia lepszymi ludźmi dzięki mojej śmierci, moja dusza będzie się radować i zazna spokoju.

Będziecie się czuły samotne, ale zrozumcie, że nie jesteście same. To prawda, że idziemy przez życie w pojedynkę, ponieważ odczuwamy wszystko indywidualnie i w ten sam sposób dokonujemy wyborów. Ale odnalezienie ludzi w podobnej sytuacji jest możliwe i jeśli tego spróbujecie, samotność nie będzie Wam tak bardzo doskwierać. To kolejny paradoks Waszej żeglugi przez życie. I najważniejsze jest to, że macie siebie i możecie na sobie nawzajem polegać. Jesteście siostrami, łączą Was więzy krwi i wspólne doświadczenia. Bądźcie dla siebie oparciem. Kochajcie się i wybaczajcie sobie. Macie też Tatusia. Titi, wujka Mau i ciocie: Nancy, Caroline i Sue, oraz tak wielu drogich przyjaciół, którzy mnie znali i kochali – oni myślą o Was, martwią się i modlą się za Was. Energia tych kochających osób zawsze będzie Was otaczała i sprawi, że tak naprawdę nigdy nie będziecie same.

I pamiętajcie, że niezależnie od tego, dokąd odejdę, część mnie zawsze będzie z Wami. Moja krew w Was płynie. Odziedziczyłyście po mnie to, co najlepsze. Mimo że fizycznie mnie z Wami nie będzie, będę się Wami opiekowała.

Czasem, gdy ćwiczycie grę na Waszych instrumentach, zamykam oczy, żeby lepiej słyszeć. Kiedy to robię, przychodzi mi na myśl, że kiedy będziecie grały na skrzypcach i pianinie z zaangażowaniem i pasją, muzyka – dzięki swej specjalnej mocy – przywoła mnie i przyjdę do Was. Głęboko w to wierzę. Będę z Wami, nakazując grę od początku, licząc akordy, poprawiając Waszą posturę, ucząc, jak odpowiednio usiąść do gry. Potem przytulę Was i powiem, jak świetnie sobie poradziłyście i jak bardzo jestem z Was dumna. Przyrzekam. Nawet jeśli przestaniecie grać, będę z Wami w zwykłych i niezwykłych momentach życia, gdy będziecie pełne pasji i zaangażowania. Może wtedy, gdy zdobędziecie szczyt góry, będziecie podziwiały piękno widoku, pełne dumy z własnego osiągnięcia. A może wtedy, gdy będziecie po raz pierwszy trzymały w ramionach swoje dzieci albo gdy będziecie płakały, bo ktoś lub coś złamie Wasze delikatne serca, albo gdy będziecie musiały pracować lub uczyć się całą noc. Wiedzcie, że Wasza mama przez to wszystko przechodziła i że teraz przytula Was i zachęca do niepoddawania się.

Często marzę o tym, że gdy umrę, wreszcie poczuję, jak to jest ujrzeć świat w pełni, widzieć z daleka, rozpoznać w najmniejszym szczególe przelatujące wysoko ptaki, poprowadzić samochód. Tak bardzo pragnę mieć zdrowy wzrok! Pragnę śmierci, aby stać się doskonałą, dostać od niej to, czego pozbawiło mnie życie. Wierzę, że to marzenie się spełni. Podobnie ja to, że gdy przyjdzie Wasz czas, będę na Was czekała i Wy też otrzymacie to, czego pozbawiło Was życie. Teraz żyjcie, moje kochane dzieci. Prowadźcie życie warte życia. Żyjcie pełnią życia, świadomie, z wdzięcznością, odważnie, mądrze. Żyjcie!

Kocham Was obie na zawsze, nieskończenie, ponad czasoprzestrzeń. Nigdy, przenigdy o tym nie zapominajcie.

Mamusia

3Rachunek prawdopodobieństwa

To miało być kameralne, rodzinne wesele. W połowie lata 2013 rodzina zgromadziła się w Los Angeles, aby wspólnie świętować najszczęśliwszy dzień w życiu mojej pięknej kuzynki. Nie dotarłam. Razem z Joshem, Mią i Belle lecieliśmy z Nowego Jorku. Mieliśmy zamiar zostać tydzień na Zachodnim Wybrzeżu. Od około miesiąca odczuwałam silny dyskomfort w żołądku – trudny do nazwania, inny niż zazwyczaj, dziwny. Nudności, skurcze, zaparcia – wszystko to sprawiło, że wylądowałam u gastroenterologa, ale nic nie wskazywało na chorobę. W Los Angeles zaczęłam silnie wymiotować, więc dzień ślubu spędziłam na ostrym dyżurze.

Kolonoskopia wykazała zmiany w okrężnicy. Była niemal całkiem zablokowana. Zmiany były na tyle znaczące, że zanim wykonano biopsję, lekarze byli prawie całkowicie pewni, że to nowotwór. Prawie, zatem biopsja była nieodzowna.

Nigdy nie zapomnę chwili, w której obudziłam się w sali szpitalnej po zabiegu wycięcia części okrężnicy. Tim, pielęgniarz, i mój chirurg, doktor D.C., pocieszali Josha. Mówili mu, że ma dbać o siebie, aby mógł dbać o mnie. Tim spytał, czy mąż jadł kolację i nie czekając na odpowiedź, po prostu przyniósł mu kawałek pizzy. Mimo silnego znieczulenia czułam, że dzieje się coś naprawdę niedobrego, bo zamieszanie było wokół Josha, nie mnie – osoby, która właśnie została poddana operacji.

Gdy zobaczyłam przed sobą młodą twarz doktora D.C., z trudem zapytałam: „Czy to skrajny przypadek?”. Sądząc po atmosferze panującej w pokoju, oczekiwałam potwierdzenia.

Zamiast potwierdzenia usłyszałam od doktora D.C., że „poważny, ale nie skrajny”. Dodał, że usunął guz, ale znalazł kolejny – wielkości ziarnka zielonego groszku – w otrzewnej, powyżej pęcherza moczowego, dosłownie obok głównego ogniska nowotworu. Pomyślałam, że nie brzmi to aż tak źle – guzek wielkości groszku, który udało się usunąć. Dlaczego więc Josh był tak załamany?

Znieczulenie było na tyle silne, że ich rozmowy ledwo do mnie docierały. Próbowałam się rozbudzić. Doktor D.C. powiedział, że nie będę nic pamiętać z ich rozmowy, ale Josh odparł, że nie byłby tego taki pewien. Uśmiechnęłam się do siebie w duchu. Lata bycia ze mną nauczyły go wiele o moim umyśle. Znieczulona czy nie – niczego nie zapomnę (szczególnie, jeśli mogę tego użyć przeciwko niemu).

I rzeczywiście – zapamiętałam z tamtej chwili bardzo dużo. Czułam dyskomfort fizyczny, ponieważ dopiero co wróciłam z sali operacyjnej. Zdawałam sobie również sprawę, że zabieg musiał trwać o wiele dłużej niż przewidziane dwie i pół godziny, bo za oknem już się ściemniało. Pamiętam, że mój brat i kuzynka przyszli mnie odwiedzić. Wszyscy rozmawiali o liczbach, stadiach, procentach, osiem procent, dziesięć procent, piętnaście procent. Coś o trzydziestu latach. Miałam przerzut nowotworu i, niezależnie od jego wielkości, oznaczał on IV stadium choroby, czyli moje szanse na przeżycie wynosiły od sześciu do piętnastu procent. Doktor D.C. ciągle powtarzał Joshowi, że statystyki zostały stworzone na podstawie badań sprzed trzydziestu lat, więc nie należy się nimi sugerować.

Kiedy pojęłam, że wszyscy są przejęci liczbami, zrozumiałam, dlaczego Josh był tak smutny. Josh kochał liczby. Był w stanie wykonywać najtrudniejsze działania w pamięci. Wiele razy pytał mnie, jakie jest prawdopodobieństwo, że się pobierzemy. Pamiętał wszystkie wyniki ligi Super Bowl, odkąd powstała. Pamiętał, że Roger Federer przegrał 5:3 w drugim secie trzeciej rundy Wimbledonu w 2009 roku. Według Josha liczby nadawały porządek naszemu chaotycznemu, pełnemu przypadkowości światu. Wiadomość, że jego żona jest w IV stadium choroby nowotworowej i ma niewielkie szanse na przeżycie kolejnych pięciu lat, była dla niego w oczywisty sposób niewyobrażalnie druzgocząca. Josh spędził całą noc na leżance obok mnie, płacząc i wyszukując w Sieci informacje o IV stadium raka okrężnicy. Ekran iPada upiornie oświetlał jego twarz w ciemności sali szpitalnej. Nie chciał rozmawiać o statystykach, żeby mnie nie martwić. Ale nie potrafił nigdy niczego przede mną ukryć – to jeden z powodów, dla których tak bardzo go kocham.

Nie dowierzał, gdy liczby mnie nie smuciły. „Czyli co?” – pytał. – „Nie rozumiesz?”. Zawsze chciał, żebym zrozumiała powagę sytuacji.

Josh mocno mnie kochał, ale nie mógł pojąć podstawowej prawdy o mnie, ponieważ nie przeżył mojego życia. Nie rozumiał, że moje istnienie na świecie było dowodem na to, że liczby nie miały znaczenia. Liczby nie miały dla mnie żadnej wartości. Tamtej nocy poprosiłam go, żeby wyobraził sobie 1976 rok, rozpacz i beznadzieję panujące w komunistycznym Wietnamie. Jakie były szanse, aby niewidoma dziewczynka wydostała się z niewyobrażalnej biedy, jakie były jej szanse na pozbycie się fizycznych ograniczeń, które sprawiały, że nie chciałby jej żaden mężczyzna i że nie mogła zostać matką? Dziewczynka, która wiedziała, że jest na zawsze ciężarem, że całe życie będzie zdana na opiekę wyniosłej rodziny.

Kazałam mu ustalić, jakie było prawdopodobieństwo, że tamtej dziewczynce uda się przeżyć na morzu, skoro tylu dorosłych zginęło. Że uda jej się chociaż częściowo odzyskać zdolność widzenia pomimo uszkodzenia nerwu wzrokowego; że wbrew oczekiwaniom rodziny odniesie sukces akademicki, pokona uprzedzenia wobec imigrantów, skończy prawo na Harvardzie, zrobi karierę w jednej z najlepiej prosperujących na świecie kancelarii prawnych, a w końcu wyjdzie za przystojnego, błyskotliwego mężczyznę z Ameryki i zostanie matką dwóch pięknych córek. Josh nie był w stanie wyrazić tego prawdopodobieństwa w liczbach.

Spędził długie godziny nad badaniami naukowymi, próbując znaleźć jakąś nadzieję na wydłużenie mojego życia. W końcu miałam jeden przerzut, a nie kilka – to zwiększało moje szanse. Podobnie jak mój wiek, kondycja fizyczna, dostęp do jednego z najlepszych na świecie systemów opieki medycznej i ogrom cudownego wsparcia. Według Josha szanse przeżycia przeze mnie kolejnych pięciu lat, biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, powinny wzrosnąć do sześćdziesięciu procent. Dla Josha sześć i sześćdziesiąt procent stanowiło ogromną różnicę.

Szczerze mówiąc, sześćdziesiąt procent nie brzmiało dla mnie bardzo pozytywnie. Wszystko, co nie stanowiło sto procent, zwyczajnie nie było wystarczające. Ale wszyscy wiemy, że nic w życiu nie jest na sto procent pewne. Według publikacji kliniki Mayo szanse, że kobieta poniżej czterdziestego roku życia zachoruje na raka okrężnicy, wynoszą osiem setnych procent. To Josh wynajduje te informacje, ja nigdy nie zaglądam do statystyk w Internecie. Statystyki uwzględniają kobiety zapadające na chorobę przez uwarunkowania genetyczne, ale też i niezwiązane z genetyką. Ja zaliczałam się do tej drugiej grupy. Czyli moje prawdopodobieństwo choroby było niższe niż osiem setnych procent. Mój genialny internista powiedział, że w jego trwającej trzydzieści siedem lat praktyce lekarskiej nie spotkał tak młodej osoby, która miałaby nowotwór okrężnicy ze względów niepowiązanych z genetyką. Czyż nie jestem wyjątkowa? Miałam przynajmniej 99,92 procent szans na to, żeby nie mieć raka. A jednak zachorowałam.

Tak więc liczby nic nie znaczą. Nie stanowią ani zapewnienia o polepszeniu sytuacji, ani źródła utrapienia. Oczywiście byłoby o niebo lepiej, gdybym była w I stadium raka, bez przerzutów, ale nawet jeśli prawdopodobieństwo liczbowe jest duże, nadal możesz przegrać. Mimo całej swej obsesji na punkcie obliczeń, kiedy słabsza drużyna wygrywa mecz koszykówki lub piłki nożnej, tym samym obalając teorię prawdopodobieństwa, Josh mawia: „I właśnie dlatego powinniśmy grać”.

No to zaczynam osobistą grę i nie pozwolę, aby o moim życiu lub śmierci zadecydowała teoria prawdopodobieństwa. Nie będę mierzyła wiary w procentach sugerowanych przez jakiegoś anonimowego badacza, który analizuje bezosobowe dane. Zamiast tego skupię się na mojej wewnętrznej wierze, na moim ciele, duchu i na tej części mnie, która już doświadczyła zdarzeń losowych. Trener Taylor, podczas spotkań nazywanych Piątkowymi Światłami Nocy, zawsze powtarzał piłkarskiej drużynie Panter Liceum Dillona: „Wyostrz wzrok, zaufaj sercu, wygramy!”.

Mój wzrok jest wyostrzony, a serce pełne zaufania.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz