Do błyskawicy podobne. Cykl Terra Ignota. Tom 1 - Ada Palmer - ebook

38 osób właśnie czyta

Opis

Debiutancka powieść Ady Palmer, Do błyskawicy podobne, otrzymała nominację do nagrody Hugo w roku 2017. Zapewniła też autorce nagrodę imienia Johna W. Campbella.

Jest rok 2454. Po długich staraniach ludzkość osiągnęła wreszcie złoty wiek. Zbudowano go po zakończeniu straszliwego konfliktu, który zmiótł z powierzchni Ziemi zarówno religię, jak i państwa narodowe. Władzą nad światem dzieli się siedem frakcji zwanych Pasiekami. Ich dominacja opiera się na ostrożnej cenzurze, analizie statystycznej o proroczych możliwościach oraz zapewniającej dobrobyt technologii. Ta utopia jest jednak krucha i ktoś jest zdeterminowany ją obalić. Mycroft Canner – skazany za swe zbrodnie i ceniony za wielkie zdolności – jest pozbawionym osobistej wolności narzędziem – a także powiernikiem – ludzi zaliczających się do najpotężniejszych na świecie. Gdy zleca mu się zbadanie sprawy dziwacznej kradzieży, wpada na trop spisku, który może zburzyć pokój i ład, od trzech stuleci utrzymywany przez Pasieki. Mycroft ma jednak własną, dużo groźniejszą tajemnicę. To coś zupełnie nieoczekiwanego, czego nie mogłyby przewidzieć żadne statystyczne analizy. Ową groźbą jest trzynastoletni chłopak imieniem Bridger. Jak bowiem świat, który wygnał Boga, zareaguje na pojawienie się dziecka, które czyni cuda?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 794

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:Too Like the Lighting

Copyright © 2016 by Ada Palmer

Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Projekt graficzny serii oraz opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Ilustracja na okładce: Dark Crayon

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-66409-88-0

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o. o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Tę książkę dedykuję pierwszej istocie ludzkiej, która wpadła na to, by wydrążyć kłodę izrobić czółno,

DO BŁYSKAWICY PODOBNE RELACJA Z WYDARZEŃ roku 2454 Spisana przez MYCROFTA CANNERA na prośbę PEWNYCH OSÓB

Opublikowana za pozwoleniem: Siedmiopasiekowego Komitetu Stabilności w Romanovie Pięciopasiekowego Komitetu ds. Niebezpiecznej Literatury Ordo Quiritum Imperatorisque Masonicorum Kuzynowskiej Komisji na rzecz Humanitarnego Traktowania Usługowców Dyrektoriatu Naczelnego Mitsubishi Jego Królewskiej Mości Isabel Carlosa II, króla Hiszpanii A także za zgodą wszystkich ŻYJĄCYCH OSÓB, WOLNYCH I NIEWOLNYCH, KTÓRE PRZEDSTAWIONO W TEKŚCIE

Qui veritatem desideret, ipse hoc legat. Nihil obstat   Polecam – Anonim

sprawdzone przez czteropasiekowy komitet ds. religii wliteraturze pod kątem braku prozelityzmu raté d par la commission européenne des medias dangereux

Ratingi Gordiańskiej Komisji Oceny Zagrożeń:

S3 – Otwarte, lecz niezbyt długie sceny seksu; wzmianki o gwałcie; seks z użyciem przemocy; stosunki seksualne realnych, żyjących osób.

P5 – Otwarte i długie sceny świadomego użycia przemocy; opisowe, lecz niezbyt długie sceny ekstremalnej przemocy; pochwała przemocy; historyczne incydenty powiązane z traumą o zasięgu globalnym; zbrodnie z użyciem przemocy popełnione przez realne, żyjące osoby.

R4 – Otwarte i długie dyskusje na tematy religijne, bez prób nawracania; religijne przekonania realnych, żyjących osób.

O3 – Opinie mogące być obraźliwe dla określonych grup i urażać wrażliwość wielu; tematy mogące powodować obrazę lub stres u licznych osób.

Kubusiu, mój przyjacielu, jesteś filozofem, boleję nad tym w twoim interesie.

Diderot, Kubuś fatalista ijego pan

Rozdział pierwszy   Prośba do czytelnika

Z pewnością będziesz mnie krytykował, Czytelniku, za to, że posługuję się stylem odległym o sześćset lat, ale przecież przybyłeś do mnie po wyjaśnienie wydarzeń owych dni transformacji, które uczyniły Twój świat takim, jakim jest, a ponieważ właśnie nagłe odrodzenie zainteresowania filozofią osiemnastego wieku, pełną optymizmu i ambicji, stało się początkiem niedawnej rewolucji, owe wydarzenia można opisywać tylko w języku oświecenia, sentymentalnym i skłonnym do osądów. Musisz mi wybaczyć moje „on” i „ona”, moje „ty”, którym się do Ciebie zwracam, brak współczesnych słów i nowomodnego obiektywizmu. Z początku będzie to trudne, ale bez względu na to, czy jesteś moim współczesnym, nadal zdumionym nadejściem nowego porządku, czy też historykiem patrzącym na moje dwudzieste piąte stulecie tak, jak ja patrzę na osiemnaste, przekonasz się, że władasz językiem przeszłości lepiej, niż Ci się zdawało. Podobnie jak my wszyscy.

Kiedyś zadawałem sobie pytanie, dlaczego w dawnych czasach autorzy tak często padali na kolana przed audytorium, przepraszali, błagali o przysługi, wychwalali czytelnika niczym cesarza, tłumaczyli się ze swych błędów i niedoskonałości. Ledwie jednak zdążyłem rozpocząć pracę, natychmiast sam poczułem potrzebę podobnej uniżoności. Jeśli mam dochować wierności stylowi, który sobie wybrałem, powinienem na samym początku książki opisać siebie, swoje kwalifikacje i środowisko, w którym żyję, a także wyjaśnić Ci, jakim zrządzeniem opatrzności odpowiedzi na Twoje pytania wpadły mi w ręce. Błagam Cię, dobry Czytelniku, mój władco i tyranie, przyznaj mi przywilej pominięcia tych spraw milczeniem. Ci, którzy znają nazwisko Mycroft Canner, mogą spokojnie odłożyć tę książkę. Tych, którzy go nie znają, błagam, zaufajcie mi na kilkadziesiąt stron, zanim opowieść da Wam wystarczające powody, by mnie znienawidzić.

Rozdział drugi   Chłopiec i jego bóg

Zaczynamy od poranku dnia dwudziestego trzeciego marca roku dwa tysiące czterysta pięćdziesiątego czwartego. Carlyle Foster wstał owego dnia pełen sił, albowiem dwudziesty trzeci marca to dzień świętego Turybiusza. W tym właśnie dniu ludzie w dawnych czasach oddawali cześć swemu Stwórcy i czynią to po dziś dzień. Nie miał jeszcze trzydziestu lat i w jego żyłach płynęła europejska krew, na tyle czysta, że był niemalże blondynem. Długie włosy opadały mu na ramiona. Był wychudzony, jakby życie dostarczało mu zbyt wielu zajęć, by miał czas na karmienie własnego ciała. Nosił wygodne buty oraz luźną, lecz praktyczną szatę Kuzynów, dzisiejszego ranka szarozieloną. Jednakże jedynym elementem stroju, któremu poświęcał większą uwagę, była długa chusta senseisty z poszarzałej ze starości wełny. Był przekonany, że należała ona kiedyś do wielkiego reformatora Konklawe Senseistów, Fishera G. Guraia. To było jedno z wielu kłamstw, jakie Carlyle powtarzał sobie codziennie.

Kierując się instrukcjami parafianina, nakazał autolotowi wylądować nie na wysokiej, przypominającej most zwodzony grobli prowadzącej do głównych drzwi baszobudynku, lecz przy ciasnych schodach technicznych znajdujących się obok. Prowadziły one do wąskiego, stworzonego ludzką ręką kanionu oddzielającego ten rząd baszobudynków od sąsiedniego – czegoś w rodzaju głębokiej suchej fosy. Jej dno porastały polne kwiaty i ciężka od nasion trawa, zmierzwiona przez liczne ptaki poszukujące w niej pożywienia. W cieniu mostu kryły się drzwi należące do Thisbe, tak mało ważne, że nie miały nawet dzwonka.

Zapukał.

– Kto idzie?! – zawołała ze środka.

– Carlyle Foster.

– Kto?

– Carlyle Foster. Jestem waszym nowym senseistą. Umówiliśmy się na spotkanie.

– Och, prawda... – Jej słowa z trudem przebijały się przez drzwi. – Wysłałam wiadomość, żeby odwołać spotkanie. Mieliśmy tu problem z bezpieczeństwem...

– Nie otrzymałom żadnej wiadomości.

– To nie jest odpowiednia chwila!

Carlyle uśmiechał się jak matka, której dziecko kryje się za jej kolanami pierwszego dnia w przedszkolu.

– Dobrze znałom waszego poprzedniego senseistę. Wszystkim nam bardzo przykro z powodu tego, co je spotkało.

– Tak. To wielka tragedia... Psst! Moglibyście przez chwilę stać nieruchomo?

– Dobrze się czujecie?

– Tak! Tak.

Być może senseista usłyszał zza drzwi inne głosy, ciche, lecz gwałtowne, a być może nie słyszał nic, ale wyczuł kłamstwo w jej głosie.

– Potrzebujecie pomocy? – zapytał.

Rozległy się kolejne głosy, mężczyzn, ciche jak szepty, lecz niecierpliwe jak krzyki.

– Wskazujący! Nie odchodź Nie odchodź! Oddychaj!

– Za późno, Majorze!

– On nie żyje.

Drzwi nie wystarczały, by stłumić żałobę, łkanie małego dziecka, ostre jak włócznia. Carlyle zerwał się do czynu. Nie był już senseistą, ale istotą ludzką, gotową śpieszyć z pomocą potrzebującym. Walił w drzwi dłońmi nieprzywykłymi do zaciskania się w pięści i szarpał za klamkę, choć wiedział, że zamek nie ustąpi przed jego niewprawną siłą. Ci, którzy nie wierzą w opatrzność, mogą winić znajdującego się w pokoju psa, który w swej ekscytacji zapewne zbliżył się do drzwi i je aktywował.

Wiem, co zobaczył Carlyle, kiedy się otworzyły. Najpierw Thisbe, bosą i we wczorajszym ubraniu, kreślącą coś szaleńczo na karcie papieru leżącej na pośpiesznie oczyszczonym blacie stołu. Resztki jej pracy oraz śniadania walające się na podłodze. Jedenastu mężczyzn stojących na stole, poturbowanych i silnych, o grubych kościach i twardych obliczach. Wszyscy wyglądali, jakby zrodzili się w bardziej surowych czasach, i mieli po pięć centymetrów wzrostu. Byli odziani w mundury barwy zielonej albo pustynnego brązu, nie eleganckie, jak w dawnej Europie, lecz praktyczne, jak w czasach wojen światowych, brudne i znoszone. Trzej krwawili, a na blacie zbierały się plamy jaskrawoczerwonego płynu. Wyglądało to przerażająco, jak rany oswojonej myszki, każda przelana kropla znaczyła tyle, co utrata połowy litra krwi dla któregoś z nas. Jeden ucierpiał bardziej.

Czy widziałeś kiedyś śmierć, Czytelniku? Kiedy nadchodzi powoli, jak w przypadku utraty krwi, jest nie tyle momentem, ile okresem niejednoznaczności. Słyszysz jeden oddech i czekasz w niepewności na następny. Czy to był ostatni? Jeszcze jeden? Jeszcze dwa? Śmiertelne drżenie? Mija trochę czasu, nim policzki staną się bezwładne, a smród rozluźnionych kiszek wydostanie się z ubrania. Nie możesz być pewien, że śmierć rzeczywiście przyszła, nim chwila jej odwiedzin stanie się przeszłością. Ale nie w tym przypadku. Żołnierz wydał ostatnie tchnienie na oczach Carlyle’a, a wraz z nim miękkość i barwy, czerwień krwi i brzoskwiniowy odcień skóry, wszystko to obróciło się w zieleń, gdy maleńki trupek zmienił się w plastikowego żołnierzyka wyposażonego w podstawkę. Nasz protagonista skulił się za stołem, łkając i krzycząc.

To nie imię Bridgera sprowadziło Cię do mnie. Podobnie jak nawet najbieglejszy mówca we wczesnych latach osiemnastego wieku nie zdołałby przekonać wykształconego audytorium, że młody pisarz nazwiskiem Wolter zaćmi wszystkie królewskie dynastie Europy, ja również nie przekonam Cię, Czytelniku, że ten chłopak, nie głowy państw, które z czasem Ci przedstawię, lecz właśnie Bridger, ten trzynastolatek oplatający ręce wokół kolan pod stołem Thisbe, stworzył przyszłość, w której żyjesz.

– Gotowe! – Thisbe zwinęła rysunek w tubę i podała go chłopcu. Zastanawiam się, czy mogłaby się zawahać, gdyby wiedziała, że patrzy na nią intruz? – Bridgerze, już czas. Bridgerze?

Wyobraź sobie teraz nowy głos w tym domu pogrążonym w kryzysie, rozkazujący bez bojaźni, głos dziadka, a nawet więcej, głos weterana. Carlyle nigdy przedtem nie słyszał podobnego głosu, był bowiem dzieckiem pokoju i dobrobytu. Nie słyszał go on, nie słyszeli jego rodzice ani rodzice jego rodziców. Pokój na świecie panował już od trzech stuleci.

– Działaj, synu, nim żal uniemożliwi ci pomaganie innym.

Bridger wyciągnął rękę spod stołu i dotknął papieru palcami dziecka, za krótkimi i zbyt szerokimi, jak u figury z gliny, niedopracowanej jeszcze przez rzeźbiarza. W jednej chwili, bez żadnego dźwięku, światła czy melodramatycznych obłoczków dymu, papierowa tuba przeobraziła się w butelkę, gryzmoły w etykietę, a fioletowa kredka w zawarty wewnątrz płyn. Thisbe wyciągnęła korek, który zaledwie przed chwilą był szrafowaniem na papierze, i wylała płyn na rannych żołnierzyków. Ich rany złuszczyły się niczym stara farba. Byli czyści i uzdrowieni.

Ity, Mycrofcie Canner? – zapytasz, oburzony Czytelniku. Ity popierasz tę bujdę powtarzaną już przez zbyt wiele ust? Choć marny zciebie przewodnik, miałem nadzieję, że przedstawisz mi fakty, nie brednie. Jak Twój sługa może na to odpowiedzieć, mój dobry Panie? Nie przekonam Cię – choć widziałeś cud niemal na własne oczy – nie mam najmniejszych szans Cię przekonać, że moce Bridgera były realne. Nie będę więc próbował. Domagasz się prawdy, a ja mogę Ci dać tylko taką prawdę, w jaką sam wierzę. Nie musisz czuć się zobowiązany sam w nią uwierzyć, i gdy nasza podróż dobiegnie końca, możesz zlekceważyć swego niedoskonałego przewodnika i Bridgera razem z nim. Dopóki jednak pozostaję Twoim przewodnikiem, okaż mi, proszę, pobłażanie, jak okazałbyś je dziecku, które nie zaśnie, dopóki nie zapewnisz, że wierzysz w potwory ukryte pod jego łóżkiem. Możesz to nazwać szaleństwem. Łatwo mnie uznać za szaleńca.

Dla Carlyle’a luksus niedowierzania nie był jednak możliwy. Widział transformację na własne oczy, równie realną, jak strona, którą masz przed oczami, niewiarygodną i niezaprzeczalną. Wyobraź sobie kapłanów faraona w chwili, gdy wąż Mojżesza pożarł ich węża, bóg niewolników pokonał zwierzogłowych panów śmierci i zmartwychwstania, którzy uczynili Egipt największym imperium w dziejach świata. Miny tych kapłanów w chwili kapitulacji ich panteonu mogłyby się równać z tą, która pojawiła się wówczas na twarzy senseisty. Chciałbym wiedzieć, co wyrwało się z jego ust w owej chwili – słowo, modlitwa, jęk – ale ci, którzy byli obecni – Major, Thisbe i Bridger – nie mogli mi tego powiedzieć, ponieważ zagłuszyli reakcję Carlyle’a swym natychmiastowym krzykiem:

– Mycrofcie!

Potrzebowałem tylko kilku sekund, by wbiec po schodach, i jeszcze mniej czasu, żeby obezwładnić senseistę. Przycisnąłem go do podłogi i zacisnąłem palce na jego tchawicy, uniemożliwiając mu oddychanie i mówienie.

– Co się stało? – wydyszałem.

Najszybciej odpowiedziała Thisbe.

– To nasze nowe senseista. Byliśmy umówieni, ale Bridger... drzwi się otworzyły i zobaczyło! Wszystko. Mycrofcie, ono widziało wszystko. – Uniosła rękę do lokalizatora przy uchu. Sygnał pochodził od jej brata Ockhama, który przebywał na górze. – ¡Nie! ¡Nie schodźcie na dół! – warknęła do mikrofonu po hiszpańsku. – ¿Słucham? Wszystko jest w porządku. Po prostu rozlałam na dywan trochę paskudnych perfum, nie chcecie tu przychodzić, nie, to nie ma nic wspólnego z... naprawdę nic mi nie stało...

Podczas gdy Thisbe wypowiadała swe kłamstwa, pochyliłem się nisko nad jeńcem, by poczuć smak pierwszego oddechu, gdy zwolnię ucisk na gardle.

– Nie zrobię wam krzywdy. Za chwilę wasz lokalizator zapyta, czy wszystko z wami w porządku. Jeśli potwierdzicie, odpowiem na wasze pytania, ale jeśli wezwiecie pomoc, zniknę bez śladu razem z dzieckiem i żołnierzykami, zostawiając tylko Thisbe. Nigdy nas nie znajdziecie.

– Nie zawracajcie sobie głowy, Mycrofcie. – Thisbe ruszyła w stronę szafki. – Mam jeszcze trochę tych pigułek wymazujących wspomnienia. Pamiętacie? Tych niebieskich.

– Nie! – sprzeciwiłem się, czując, że mój jeniec zadrżał z tego samego powodu. – Thisbe, to senseista.

Przyjrzała się wystrzępionej chuście opadającej na ramiona Carlyle’a.

– Nie bierzmy sobie teraz tego na głowę. Ockham mówi, że na górze jest multiprawnik. Mason.

– Senseiści żyją dla metafizyki, Thisbe. Tym właśnie są. Jak byście się czuli, gdyby ktoś wymazał z waszej pamięci najważniejsze wydarzenie w waszym życiu?

Mój ton nie przypadł jej do gustu. Nie naraziłbym się na jej gniew dla kogoś mniej ważnego niż senseista. Zastanawiam się, jaką etymologię przypisujesz temu słowu, Czytelniku. Czy senseista to forma pochodna od nieistniejącego łacińskiego czasownika senseo? Czy może ktoś, kto swymi słowami nadaje rzeczom sens? A może ten termin pochodzi od japońskiego sensei, tytułu nadawanego nauczycielom, lekarzom i mędrcom? Próbowałem zbadać tę sprawę, ale Mertice McKay, która stworzyła to słowo, nie pozostawiła żadnych notatek dla potomności. Nie miała na to czasu. Pracowała w latach czterdziestych dwudziestego drugiego wieku, w atmosferze wielkiego pośpiechu, gdy gniew całego społeczeństwa wywołany wojną Kościołów doprowadził do zamknięcia świątyń i zakazu religijnych zgromadzeń oraz nawracania, a w jej opinii groził nawet delegalizacją samego słowa Bożego. Te prawa nadal obowiązują, Czytelniku. Podobnie jak w dawnych czasach w niektórych miejscach trzy niespokrewnione ze sobą kobiety żyjące pod tym samym dachem prawo uważało za burdel, trzy osoby przebywające w tym samym pokoju i dyskutujące o religii uznano za kościelne zgromadzenie, za które groziły surowe kary, i to nie tylko w prawach tej czy tamtej Pasieki, lecz nawet w samym Kodeksie Romanovańskim. Jakże straszliwą ciszę przewidywała McKay. Ciszę, w której człowiek boi się zapytać ukochanego, czy on również liczy na życie przyszłe, a rodzice obawiają się odpowiadać dzieciom pytającym, kto stworzył świat. Z jaką desperacją wykrzyknęła do ludzi mogących powstrzymać owe zmiany: „Ludzkość nie może żyć bez tych pytań! Stwórzmy nową profesję! Zajęcie nie kaznodziei, lecz nauczyciela, który będzie wysłuchiwał pytań swych parafian i zapoznawał ich z odpowiedziami wszystkich wiar i sekt w historii. Chrześcijan i pogan, muzułmanów i ateistów, bez różnicy. Mając za przewodnika ten nowy rodzaj eksperta, każdy będzie mógł się zapoznać z owocami wszystkich teologii i antyteologii, by stworzyć z nich własny system, poddawać go próbom, udoskonalać, a wreszcie opierać się na nim przez wszystkie lata swego długiego życia. Dawni przeciwnicy chrześcijańskiej reformacji obawiali się, że protestanci stworzą tyle rodzajów chrześcijaństwa, ilu jest chrześcijan, niech ten nowy rodzaj specjalisty pozwoli nam powołać do życia tyle religii, ilu jest ludzi!”. Tak brzmiał jej krzyk. Wybacz jej, Czytelniku, że w swym ferworze zapomniała wyjaśnić nam szczegóły pochodzenia stworzonej przez siebie nazwy.

– Mycroft ma rację. – Głos weterana nas ocalił. Leżący na podłodze Carlyle zapewne widział tylko maleńką głowę i tułów wychylające się nad krawędzią stołu, jak u zwiadowcy spoglądającego w przepaść. – Mówiłem, że już czas, by Bridger poznał więcej ludzi. Poza tym, Thisbe, czy ktokolwiek na całej Ziemi potrzebuje senseisty bardziej od nas?

Poparły go okrzyki pozostałych żołnierzyków stojących na blacie.

– Major ma rację!

– Najwyższy czas, żebyśmy znaleźli sobie cholernego kapłana!

– Najwyższy czas!

Pochyliłem się nad jeńcem.

– Odwołajcie wezwanie pomocy albo zrobimy tak, jak chce Thisbe.

Policja nalega, bym dodał ostrzeżenie, przypominające Ci, Czytelniku, byś nigdy nie robił tego, co zrobił Carlyle. Gdy twój douszny lokalizator wykryje nagłe przyśpieszenie akcji serca albo wzrost poziomu adrenaliny, automatycznie wysyła sygnał wzywający pomocy, chyba że potwierdzisz, iż wszystko jest w porządku. Dzięki temu, jeśli spotka Cię jakieś niebezpieczeństwo albo atak, pomoc nadejdzie, nawet jeśli nie jesteś w stanie się poruszać. W zeszłym roku doszło do stu osiemnastu zabójstw oraz prawie tysiąca napaści seksualnych, które stały się możliwe dlatego, że ofiary z jakiegoś powodu dały się przekonać do odwołania wezwania o pomoc. Carlyle dokonał słusznego wyboru, odwołując alarm, ponieważ Bóg znaczył dla niego więcej niż życie albo cnota, a poza tym nie zamierzałem wyrządzić mu realnej krzywdy. W Twoim przypadku zapewne będzie inaczej.

– Zrobione – wypowiedział bezgłośnie.

Puściłem go i odsunąłem się. Trzymałem ręce tak, żeby mógł je widzieć. Rozluźniłem mięśnie, a spojrzenie wlepiłem w podłogę na znak uległości. Nie odważyłem się unieść wzroku, by poszukać insygniów ukrytych pod szatą Kuzyna i chustą senseisty. W tej chwili, gdy mógł znowu wezwać policję, liczyło się tylko to, by go przekonać, że nie jestem zagrożeniem.

– Jak się nazywacie, kapłanie?! – zawołał Major z blatu. Jego głosik brzmiał ciepło, jak u dziadka przemawiającego do wnuka.

– Carlyle Foster.

– To dobre nazwisko – stwierdził żołnierz. – Mnie zwą Majorem. Moi towarzysze to Celujący, Wypatrywacz, Pełzacz, Medyk, Stojący Żółty, Stojący Zielony, Przykucnięty, Nieuzbrojony i Bezpodstawkowy. Tam leży zabity szeregowy Wskazujący.

Skinął głową, wskazując za siebie, tam, gdzie plastikowa zabawka leżała sztywno na boku.

Carlyle był zanadto zdrowy na umyśle, by nie wytrzeszczyć oczu ze zdumienia.

– Plastik.

– Tak. Jesteśmy plastikowymi żołnierzykami. Bridger znalazł nas w śmietniku i dał nam życie, ale starliśmy się dziś z kotem, a przy naszych rozmiarach taki zwierzak jest dla nas jak lew nemejski. Wskazujący walczył jak bohater, ale bohaterowie giną.

Dziewięciu pozostałych żołnierzyków zebrało się wokół Majora na krawędzi blatu. Wszyscy poza mającym paranoidalne skłonności Przykucniętym zdjęli już ciężkie hełmy, ale nadal mieli na sobie polowe mundury o licznych kieszeniach, zbyt misternych, by mogła je uszyć ludzka ręka. Na plecach nosili karabiny cienkie jak wykałaczki.

Carlyle’a na moment ogarnęło zwątpienie.

– Czy to coś w rodzaju u-bestii? SI?

– Czyż to nie byłaby ulga? – Major zaśmiał się z własnych słów. – Nie, mocy Bridgera nie da się tak łatwo wytłumaczyć. Jedno dotknięcie czyni zabawki realnymi. Widzieliście to przed chwilą na przykładzie buteleczki z eliksirem uzdrawiającym, którą narysowała Thisbe.

– Eliksirem uzdrawiającym? – powtórzył senseista.

– Mycrofcie! – zawołał Major. – Podajcie Carlyle’owi pusty pojemnik. Niech się przekona, że jest realny.

Zrobiłem to. Palce senseisty drżały, jakby się spodziewał, że szkło może się rozprysnąć pod jego dotykiem. Tak się nie stało.

– To działa na wszystkie podobizny – kontynuował Major – Posągi, lalki, zwierzęta origami. Jeśli chcecie to sprawdzić, mamy papier. Możecie zrobić żabę. Ale nie żurawia. Żaby mogą być wielkości naturalnej, ale żurawie nie powinny być wysokie na palec. To zbyt okrutne i kończy się źle.

Carlyle zajrzał pod stół, gdzie krzesło na wpół zasłaniało skuloną postać owiniętą w dziecięcą szatę, ongiś niebiesko-białą, a teraz niebieską i porządnie poszarzałą.

– Wy jesteście Bridger?

Podciągnięte pod brodę kolana powędrowały jeszcze wyżej.

– A wy jesteście Kuzyn Carlyle Foster?

Thisbe podeszła bliżej. Jej głos i postawa nagle nabrały władczego charakteru. Uwolniła morze czarnych włosów od spowijającego je ręcznika, chroniącego przed zamoczeniem pod prysznicem. Włożyła też buty, wysokie humanistyczne buty z mocno naciągniętej skóry, ozdobione namalowanym brush penem pejzażem, z tych z krętymi rzekami i skrytymi we mgle górami, w których oko bardzo łatwo się gubi. Każdy Humanista przeobraża się, staje się silniejszy i bardziej dumny, gdy tylko włoży buty, dzięki którym każdy członek ich Pasieki może odcisnąć swój ślad w pyle historii. Jeśli jednak inni Humaniści zmieniają się wówczas z kotów w królewskie tygrysy, Thisbe staje się czymś bardziej ekstremalnym, jakimś pierwotnym drapieżcą, po którym w dzisiejszych czasach pozostało jedynie wspomnienie zapisane w szpiku naszych kości. Wlepiła spojrzenie w intruza, a wszystko w jej postawie wyrażało moc: rozprostowała ramiona, a smagłą szyję trzymała prosto, zapominając o upokorzeniu, jakim była noszona od wczoraj koszula. Jestem przekonany, że w głębiach rodowodu Saneerów kryje się odrobina metyskiej krwi, ale poza tym Thisbe to czyste Indie. Jej wielkie oczy były dodatkowo powiększone przez długie czarne rzęsy, dzięki czemu nie tyle przeszyła, ile objęła swym ostrym spojrzeniem nieszczęsną ofiarę, powtarzając nazwisko senseisty. Jednakże tym razem to ja byłem celem tego spojrzenia, do mnie wycedziła przesadnie powoli:

– Kuzyn Carlyle Foster?

Skinąłem głową – tak leciutko, jak tylko mogłem, potwierdzając, że wrzuciłem już to nazwisko w wyszukiwarkę i wyświetlacz danych na moich soczewkach pokazał mi akta policji, dane o zatrudnieniu oraz historię członkostwa w Pasiece Kuzynów. Moje upoważnienia przebijały się przez bariery jak nóż sekcyjny przez ciało. Po paru minutach wiedziałem o senseiście więcej niż on sam o sobie. Gdybyś Ty strzegł Bridgera, Czytelniku, byłbyś tak samo czujny.

– Przepraszam. – Carlyle również wiercił się nerwowo pod spojrzeniem Thisbe. – Nie chciałom tu wtargnąć bez pozwolenia. Po prostu wyglądało na to...

– Przekonajcie mnie, że powinnam wam zaufać. Uwierzyć, że nikomu nie wspomnicie ani słowem o najpotężniejszej i najbardziej niebezpiecznej mocy na świecie.

– Niebezpiecznej?

– Mogłam napisać na tej buteleczce „śmiercionośna superepidemia”.

Blade policzki Carlyle’a pobladły jeszcze bardziej.

– Powinniście, ponieważ... mogę... pomóc wam... w sprawie... kontekstu? Porównań, scenariuszy i różnych „izmów”, które pozwolą wam nazwać to, co się wydarzyło!

Przerywał co chwila, co przekonało mnie skuteczniej niż jego argumenty. W tych przerwach borykał się z nakazem milczenia, narzucanym przez prawa zabraniające prozelityzmu oraz śluby Konklawe zakazujące mu zdradzania własnych przekonań, wskutek czego nie mógł nazwać tego spotkania przypadkiem, zrządzeniem losu, dziełem opatrzności ani kaprysem odbijających się od siebie atomów. Ale Carlyle był dobrym senseistą. Nie popełniał takich błędów nawet w skrajnych sytuacjach.

– Nazwy, scenariusze – odparła zimno Thisbe. – A potem sugestie? Że Bridger powinno stworzyć to albo tamto? Złoto? Diamenty? A następnie przedstawienie go jednemu przyjacielowi, później drugiemu, a wreszcie bogatym i potężnym?

Carlyle zmarszczył czoło. Jego młoda skóra ułożyła się w delikatne zmarszczki.

– Pieniądze? W jakim celu... To jest nieporównanie ważniejsze niż bogactwo. To jest teologia!

Zauważyłem, że twarz Thisbe zmieniła wyraz, przechodząc od srogości maskującej gniew do takiej, która skrywa śmiech.

– Możecie mi zaufać – ciągnął Carlyle. – Konklawe z wielką starannością wybrało senseistę dla waszego baszu. To oczywiste, z uwagi na jego szczególną rolę. Gdybym chciało nadużyć swej pozycji, wystarczy mi klucz do drzwi baszu Saneer-Weeksbooth, by spowodować ogólnoświatową katastrofę.

– To prawda.

Wątpię, by Carlyle uważał aluzję do pracy Thisbe za komplement, niemniej kobieta uśmiechnęła się i dotknęła ściany, by poczuć wibrację systemu komputerowego ukrytą w głębi. Strzegli go członkowie jej baszu, ich baszrodzice, badziadkowie i tak dalej, aż do czasu, gdy przed niemal czterema stuleciami Gulshan i Orion Saneer oraz Tungsten Weeksbooth uczynili ten dom w Cielo de Pájaros filarem naszego świata.

Carlyle zaczął się rozpędzać.

– Jestem tu dlatego, że Konklawe wie, iż nigdy nie nadużyłobym swojej pozycji. Nigdy.

Thisbe uniosła podbródek, by nadać swemu spojrzeniu bardziej władczy charakter.

– Zachowacie to w absolutnej tajemnicy. Wszystko, co tu widzieliście. Sam fakt istnienia Bridgera.

– Tak. Oczywiście.

– Przysięgnijcie – wtrąciłem. Thisbe nie wpadłaby na to, by o to poprosić.

– Przysięgam.

– Na coś? – zapytałem.

– Tak, na coś. – Carlyle rozciągnął policzki w ciepłym uśmiechu, zapewne wyrażającym dumę z siły jego wiary w coś, w co wierzył. – Mogę wam pomóc. Mam potrzebne wyszkolenie. Nie boję się słowa „nadprzyrodzone”. Nie boję się zbadać tej sprawy, bez zmuszania kogokolwiek do czegokolwiek, ale jedynie za pomocą hipotez, eksperymentów myślowych, słuchania i mówienia.

– Czy boicie się słowa „cud”? – zapytałem.

– Nie. – Patrzył teraz na mnie, a ja odwróciłem głowę, by ukryć fakt, że brakuje mi kawałka prawego ucha. Mógłby skojarzyć to z imieniem „Mycroft” i uświadomić sobie, kim jestem. – W gruncie rzeczy zalicza się ono do moich ulubionych.

Uniosłem wreszcie wzrok i przyjrzałem się Kuzynowi. Z zadowoleniem przekonałem się, że pod jego szatą oznaczającą Pasiekę i chustą symbolizującą powołanie kryje się niewiele insygniów. Nosił czerwonobrązową bransoletę czytelnika kryminałów, skarpetki w zielone pasy, świadczące, że jest miłośnikiem herbaty, a na jednym bucie zacisk rowerzysty, ale nic politycznego. Nie miał znaków grupy narodowej ani nawet kampusowej obrączki. Uśmiechnął się na znak aprobaty, a stojący na blacie Major skinieniem głowy wyraził swoją. Thisbe nadal unieruchamiała nas spojrzeniem swych ciemnych oczu, zabraniającym przerywać jej wewnętrzną debatę. Gdy wreszcie się uśmiechnęła, atmosfera w całym pokoju złagodniała razem z jej miną. Gorąca jak impuls z broni energetycznej groźba przemocy zniknęła w chwili, gdy rozluźniła mięśnie, niczym dym rozwiany przez uzdrawiający wietrzyk.

Thisbe uklękła przy stole.

– Bridgerze? – zapytała, przywołując swój najłagodniejszy ton. – Czy moglibyście wyjść i poznać senseistę Carlyle’a Fostera?

Ukryty pod stołem chłopiec zakołysał się w kolebce własnych kolan. Bezgłośne łkanie rwało mu oddech.

– Wskazujący nie żyje.

Przeprosiłem w myślach Wskazującego, chłopaka i żołnierzy, że pozwoliłem na to, by kryzys wywołany pojawieniem się intruza zakłócił ich żałobę. Nadal starając się przechylać głowę tak, by ukryć uszkodzone ucho przed Carlyle’em, wczołgałem się pod stół i uściskałem Bridgera, by przekazać mu tyle ciepła, ile tylko mogłem. Pogłaskałem go po włosach, które przybrały ostatnio barwę złotoblond, tracąc jaśniejszy, prawie biały odcień dzieciństwa. Trudno było uwierzyć, że skończył już trzynaście lat.

– Wiecie, kto to jest senseista, prawda? – zapytałem. – Pamiętacie, co wam powiedziałom?

– Senseista to... – Łkanie przerywało jego odpowiedź niczym czkawka. – Ktoś, kto... kocha wszechświat tak... tak bardzo, że... poświęca całe życie... na rozmowy o... wszystkich rozmaitych sposobach... na jakie mógłby być urządzony.

Uśmiechnąłem się, słysząc własną definicję powtórzoną dziecięcym głosem.

– Senseiści pomagają ludziom zastanawiać się nad tym, skąd wziął się świat, czy istnieje jakiś plan i czy ktoś tym wszystkim kieruje, czy raczej wszystkim rządzi chaos, a także o tym, co dzieje się z ludźmi po śmierci. Carlyle jest senseistą. Może wam pomóc myśleć o tych sprawach. Zwłaszcza o śmierci.

Otoczony moimi ramionami Bridger zdobył się na to, by unieść wzrok i spojrzeć w twarz nieznajomemu.

– Czy wolno mi przywołać Wskazującego z powrotem? Czy to będzie w porządku? Mogłobym zrobić eliksir, który przywróci mu życie, ale nie wiem, dokąd poszło, kiedy umarło. Może to jakieś dobre miejsce i nie powinno się go stamtąd zabierać, ale może jest złe. Albo nigdzie nie poszło, a po prostu zniknęło. Wiecie to?

Carlyle rozciągnął usta w perfekcyjnym, spokojnym, szczerym uśmiechu. Podziwiałem to, jak szybko wrócił do siebie. Niespełna dwie minuty temu zaciskałem mu tchawicę, a teraz był jedyną spokojną osobą w pokoju. Prawdziwy senseista.

– Nie wiem – odpowiedział. – Nie na pewno. Ludzie wysuwali mnóstwo rozmaitych sugestii i wiele możliwości wspierają dobre argumenty. Możemy o nich porozmawiać, jeśli chcecie. Czy myślicie, że Wskazujący dokądś poszło?

Mój Panie, czy wierzysz, że sam przypadek, bez wsparcia opatrzności, zesłałby temu dziecku w owym momencie tak odpowiedniego przewodnika?

– Nie sądzę, żeby Wskazujący po prostu zniknęło. – Bridger wytarł nos w rękaw, a swój rękaw w mój. – To by było niesprawiedliwe.

Wprawny uśmiech Carlyle’a niczego nie zdradzał.

– Bardzo wielu ludzi zgadza się z tą opinią.

– Nie byłoby też sprawiedliwe, gdyby poszło w jakieś złe miejsce.

– To zdanie również podziela wielu ludzi. Wskazujący mogło pójść do wielu dobrych miejsc. Niektórzy powiedzieliby, że odrodziło się jako ktoś inny. Inni, że znowu stało się jednością z wszechświatem, tak samo jak przed urodzeniem. Jeszcze inni, że odeszło w zaświaty.

Bridger wcisnął palce w moje ramię.

– Jak Hades albo niebo. Można tam spotkać wszystkich ludzi, których znało się za życia, na przykład mamę albo tatę.

– Tak, niektórzy myślą, że to właśnie może się wydarzyć po śmierci.

– Ale Wskazujący nigdy nie miało mamy ani taty, bo to ja ich stworzyłom. Pamiętało ich, tak samo jak kraj, w którego armii służyło, i wojnę, w której walczyło, ale nic z tego nigdy się nie wydarzyło, bo to wszystko było wymyślone. Czy wymyśleni umarli mogą odchodzić w zaświaty?

Pięć lat nauki i cztery lata praktyki nie wystarczyły, by Carlyle mógł znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Zagłębiłem się dokładniej w jego akta, wykraczając poza świadectwa nagród, pochwały od parafian, życiorysy współbaszowców. To był bezpieczny, szerzej nieznany basz, sami Kuzyni, w większości nauczyciele plus masażysta, dwóch malarzy murali i oboista. Znalazłem nawet zapiski z sierocińca. Spodziewałem się zobaczyć nazwisko „Foster”, a z pewnością nie oczekiwałem słów „utajniony genotyp”.

Być może w Twoich czasach, dobry Czytelniku, ludzki gatunek jest lepszy. Wystarczająco dobry, by nie potrzebować tak złowrogiego narzędzia. Powszechny katalog DNA, nasze najpewniejsze zabezpieczenie przed zbrodnią albo chorobami, położył kres anonimowości podrzutków. Rodzice zostawili swe podpisy w każdej komórce ich ciała. Sądy w pierwszej chwili uznały to za triumfalne potwierdzenie praw porzuconych. Trzeba było dopiero skandalu Cooperów i potrójnego samobójstwa Chaucer-Kingów, żeby prawo przyznało, iż jeden podrzutek na tysiąc nosi w swych genach zapis przeszłości zbyt trudnej, by można było z nią żyć. Dlatego stworzono nieliczną rasę „utajnionych genotypów”. Wbrew plotkom nie chodzi tu o geny tak odrażające, że nie można ich ujawniać publicznie, lecz po prostu o zakaz sądowy zabraniający dziecku dostępu do genetycznego dziedzictwa, dla jego własnego dobra. Prawo daje sądom, nie rodzicom, możliwość decyzji o tym, które przypadki zasługują na status utajnionych genotypów, aczkolwiek rodzice mogą prosić (albo przekupywać) sądy, jeśli uznają to za konieczne. Gwałt na ogół nie jest wystarczającym powodem. Zapewne przychodzi Ci na myśl kazirodczy gwałt, Czytelniku, i czasami rzeczywiście tak jest, ale z reguły opowieść jest dłuższa i dziwniejsza. Gdyby królowa Troi, Hekuba, która wydała na świat niewiarygodną liczbę pięćdziesięciorga dzieci, urodziła pięćdziesiąte pierwsze nie w wieżach Ilionu, lecz w namiotach dla niewolnic po upadku miasta, gdzie trojańskie kobiety obejmowały kolana nowych panów rękami nadal białymi od popiołów ich mężów, gdyby w takiej godzinie mściwy los uznał, że hańba królowej nie jest jeszcze absolutna, i pozwolił, by gwałt zasiał ostatnie nasienie w macicy, która dała życie tak wielu, po to tylko, by wszystkich spotkała śmierć, i w dodatku wybrał nie nasienie herosa – Menelaosa, Ajaksa albo jakiegoś innego króla, lecz wydał jej ciało na pastwę żądz krzywonogiego Tersytesa, najbrzydszego i najnędzniejszego ze wszystkich mężczyzn, którzy przybyli pod Troję, spłodzony w ten sposób syn byłby utajnionym genotypem. Uśmiechnąłem się, myśląc o imieniu „Carlyle”. Sądziłem dotąd, że sierociniec wykazał się brakiem oryginalności, wybierając imię, które stało się najpopularniejsze na Ziemi, odkąd skreśliłem Mycrofta z listy. Musisz jednak przyznać, Czytelniku, że utajnionemu genotypowi, któremu odmówiono wszelkiej przeszłości (nawet historii rodziców, która mogłaby mu przynajmniej dać dziedzictwo zwane zemstą), należy się przynajmniej imię bohatera.

– Jakiś problem?

Thisbe przykucnęła koło mnie i wyszeptała to pytanie, zapewne zauważywszy, że wzdrygnąłem się na hasło „utajniony genotyp”.

– Niewykluczone – odpowiedziałem równie cicho. – Lepiej zabierzcie stąd Bridgera. – Pogłaskałem chłopca po włosach. – Chcecie iść do domu, Bridger? – zaproponowałem. – Nie musicie teraz rozmawiać z Carlyle’em. Możecie wrócić do siebie, żeby Mama Lalka upiekła wam ciastka, a dopiero później zdecydować, czy wskrzesicie Wskazującego.

– Ale...

Uścisnąłem jego ramię.

– Wskazujący i tak już nie żyje. W tej chwili nic tego nie zmieni. Możecie zdecydować w dowolnej chwili.

– A co, jeśli jest w jakimś złym miejscu? Takim jak piekło?

Chwyciłem ramię chłopca jeszcze mocniej. Ścisnęło mnie w gardle i nie byłem w stanie mu odpowiedzieć.

Major poradził z tym sobie lepiej ode mnie.

– Wskazujący był żołnierzem, Bridgerze. Był gotowy na śmierć, czymkolwiek może ona być.

W chłopcu pękła mała tama odwagi. Wybuchnął płaczem, częściowo tłumionym przez jego próby bycia silnym.

– Chodźcie.

Uniosłem Bridgera przed sobą. Moje ręce zapomniały, że nie jest już tak łatwo go podnieść.

– Czy... nie po... winniśmy... poro... zmawiać z sense... istą?

Jego odwaga sprawiła, że moje oczy również zaszły wilgocią.

– Może nas odwiedzić kiedy indziej – zasugerowałem. – Jutro czy kiedy tylko zechcecie. Prawda, Carlyle?

– Tak.

Rzadko zdarzało mi się słyszeć w tym słowie więcej pasji.

Bojaźliwy jak pisklę Bridger wyszedł spod stołu. Towarzyszył mu Boo, jaskrawoniebieski pies długi prawie na metr. Skomlał teraz z niespokojnym współczuciem, zupełnie jak prawdziwe psy. Nawet po bliskich oględzinach można by go wziąć za u-bestię bądź zaawansowanego technologicznie robota jakiegoś innego rodzaju albo za genetycznie zmodyfikowanego towarzysza, jako że Bridger usunął wszelkie ślady po szwach. To właśnie Boo zdradził przede mną dziesięć lat temu istnienie chłopaka, choć nigdy nie uświadomiłbym sobie, czym naprawdę jest, gdyby los nie umieścił go na mojej drodze dokładnie w chwili, gdy cud Bridgera utracił moc i żywe stworzenie zmieniło się na moich oczach w zwykłą pluszową zabawkę.

Bridger pochylił się, wspierając bark o blat stołu.

– Wszyscy na... – Znowu targnęło nim łkanie. – Wszyscy na pokład.

Szepcząc chóralne słowa pocieszenia, maleńcy żołnierze wdrapali się na szatę chłopca, jakby wchodzili do siatki bagażowej, i usiedli na niej jak marynarze na rejach.

– A co z ciałem? – zapytał chłopiec.

– Ja się nim zajmę – zaproponowała Thisbe. – A wy zjedzcie coś i odpocznijcie. Na pewno Mama Lalka czeka już z porządnym obiadem.

Bridger potarł powieki, rozsmarowując słone łzy po poczerwieniałych policzkach.

– Dobra.

Chciałem wyjść spod stołu w ślad za chłopakiem, ale Thisbe podeszła bliżej, więżąc mnie tam solidnymi kratami swych nóg. Bridger ruszył przed siebie, ale zatrzymał się, zauważywszy, że nie idę za nim.

– Mycroft nie idzie? – zapytał.

Thisbe świetnie sobie radzi z uśmiechami, które nie wyglądają na wymuszone.

– Zaraz do was przyjdzie, kochanie, ale musi jeszcze chwilę tu zostać, żeby mi pomóc. W porządku?

– W porządku – powtórzył Bridger. Jego mina sugerowała, że jest niezadowolony, ale był dzielnym chłopcem i starał się nie okazywać tego po sobie.

– Chwileczkę! – zawołał Major, gdy Bridger otworzył drzwi. – Carlyle Foster.

Bojaźń sparaliżowała senseistę, gdy Bridger zatrzymał się obok niego, pozwalając mu po raz pierwszy ujrzeć z bliska niewiarygodnie perfekcyjne podobizny ludzi, którzy byli nie wyżsi niż długość palca.

– Słucham?

– Parę słów ostrzeżenia. Jesteśmy mali, ale nadal pozostajemy żołnierzami. Prawdziwymi żołnierzami. Zadawanie śmierci nie jest nam obce. – Przerwał na moment, by jego słowa mogły nabrać należytej wagi. – Będziemy mieli was na oku. Jeśli nas zdradzicie, jeśli choć spróbujecie to zrobić, jeśli staniecie się zagrożeniem dla Bridgera, zabijemy was. Nie będzie drugiej szansy. Nie narazimy tej mocy na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Po prostu was zabijemy. Jasne?

– Złożyłom przysięgę. Nie złamię jej.

Znajdowałem się po przeciwnej stronie pokoju i nie widziałem wyrazu twarzy Majora. Nie miałem pojęcia, czy uśmiechnął się, słysząc pasję i szczerość w głosie senseisty, czy też zmarszczył brwi, widząc jego twarz, tak pełną radosnego niedowierzania w realność tej groźby.

– W takim razie będziecie tu jutro mile widziani, Carlyle Foster. Potrzebujemy kapłana albo senseisty, czy jakim tam mianem właściwie się posługujecie. Chłopak najbardziej, ale reszta moich ludzi również. Brakowało nam tego. Będziemy wdzięczni, jeśli przyjdziecie.

Carlyle milczał zafascynowany. Major rzucił na niego czar. W jego głosie brzmiało wielkie doświadczenie, a twarz była zanadto poorana bruzdami troski w porównaniu tym, co widzi się w naszej łagodnej epoce. Myślę, że nawet gdyby żołnierz był normalnego wzrostu, senseista wyczułby, że znalazł się wśród nas obcy.

– Do zobaczenia, Majorze. Do zobaczenia, Bridgerze. Do zobaczenia, żołnierze. – Thisbe zakończyła przeciągającą się chwilę, celowo posługując się przenikliwym, śpiewnym tonem, który skłonił chłopaka do odejścia. Uśmiech utrzymywał się na jej twarzy tylko do chwili, gdy drzwi się za nim zamknęły. – Przejdźmy do ważnych spraw. – Spojrzała na Carlyle’a. Nadal stała w tym samym miejscu, więżąc mnie pod stołem. – Major powiedziało, że was zabije, jeśli spieprzycie sprawę, więc lepiej słuchajcie uważnie. Zasada numer jeden: nie wolno wam powiedzieć nikomu o Bridgerze. Absolutnie nikomu. Ani współbaszowcom, ani szefowi, ani policji, ani kochankom...

– Ani mentorowi z Konklawe Senseistów – dodałem.

– Tak jest – zgodziła się. – I waszemu senseiście też nie. Absolutnie nikomu.

– Rozumiem – odpowiedział.

– Tak sądzicie? Dochowanie tajemnicy jest trudniejsze, niżby się zdawało.

Thisbe usiadła na blacie tak, że jej ozdobione malowanymi pejzażami buty dyndały mi tuż przed twarzą.

Carlyle spojrzał w jej ciemne, otchłanne oczy i nie odwrócił wzroku.

– Jestem senseistą. Dotrzymuję słowa i nie zdradzam niczyich tajemnic. Ani teraz, ani nigdy.

– Zasada numer dwa. Nie wolno wam brać próbek rzeczy stworzonych przez Bridgera, by poddawać je testom. Wszyscy jesteśmy za tym, by zbadać je naukowo, ale mamy dostęp do laboratoriów i znamy zaufanych ludzi, którzy dotrzymują tajemnic. Jeśli chcecie wykonać jakieś badanie, możecie je zasugerować. Zawsze chętnie słuchamy nowych pomysłów, ale badania przeprowadzamy sami.

Skinął głową.

– To ma sens. Cieszę się, że wykonujecie takie próby.

– Zasada numer trzy – ciągnęła Thisbe. – Nie będziecie przynosić Bridgerowi nowych zabawek, obrazków, książek ani niczego w tym rodzaju, nie pokazawszy ich najpierw nam.

Uniósł brwi.

– Czy mogę zapytać, dlaczego?

– Przywiązanie – wyjaśniła. – Bridger wie, że nie może wypełnić całego świata żywymi zabawkami, ale czasami się denerwuje, kiedy przywiązuje się do jakiejś postaci, której nie powinien obdarzyć życiem.

Skinął głową.

Thisbe zrobiła to samo.

Czy niepokoi Cię, Czytelniku, że w każdym zdaniu przypominam Ci o płci ich obojga, pisząc „ona” i „on”? Czy wyobrażasz sobie, jak padają sobie nadzy w ramiona, wypełniając nawet tę prostą scenę lubieżną zmysłowością? Językoznawcy powiedzą Ci, że starożytni byli mniej wrażliwi na nacechowany płciowo język niż my, że reagujemy na niego, ponieważ jest czymś rzadkim, ale w dawnych wiekach słyszało się rozróżniające płeć formy w każdym zdaniu, aż stało się to czymś zwyczajnym, podobnie jak widok kostki nie wydaje się już czymś zmysłowym, gdy spódnice stają się krótkie. Nie wierzę w to. Osobiście uważam, że rodzaje gramatyczne wydawały się naszym przodkom tak samo erotyczne jak nam, ale po prostu zostawiali miejsce dla seksu we wszystkich myślach i gestach, podczas gdy w naszej pruderyjnej erze ukrywamy się za neutralnymi płciowo formami, udając, że nie przyjmujemy założenia, iż dwie osoby, które spojrzały sobie w oczy, mogły już popełnić cudzołóstwo w myślach, jeśli nawet nie w ciele. Sprzeciwisz się, mówiąc: „Mój umysł nie jest tak brudny jak twój, Mycrofcie. Moje wątpliwości biorą się stąd, że to dziwne, iż używasz rodzajów gramatycznych, opisując wydarzenia z połowy dwudziestego piątego wieku, gdzie nie ma dla nich miejsca”. Gdybyż tylko była to prawda, drogi Czytelniku. Gdybyż w moich czasach słowa „on” i „ona” oraz ich elektryzująca moc były czymś całkowicie nieznanym! Niestety, od tych właśnie słów zaczęła się transformacja, którą rozkazano mi opisać, i dlatego muszę się nimi posługiwać. Przykro mi, Czytelniku. Nie mogę ofiarować Ci wina bez zawartej w nim trucizny, jaką jest alkohol.

Carlyle się uśmiechnął.

– To dobre zasady, rozsądne środki ostrożności.

Myślę, że te słowa miały wyrażać uznanie, ale poirytowana Thisbe wierzgnęła nogą pod stołem, omal nie uderzając mnie obcasem w nos. Pewnie, że były rozsądne. Była Thisbe Saneer z baszu Saneer-Weeksbooth, któremu od chwili jego narodzin zlecono opiekę nad jednym z najpotężniejszych fundamentów naszej cywilizacji. Kim był ten mały Kuzyn, by miał prawo chwalić bądź ganić podjęte przez nią kroki?

– W takim razie przestrzegajcie ich.

– Tak zrobię. – Carlyle oblizał wargi. Tysiąc pytań walczyło w jego umyśle o prawo pierwszeństwa. – Skąd się wzięło Bridger?

Głęboko zaczerpnęła tchu.

– Nie wiemy tego. Kiedy ożywiło żołnierzyków, było małym chłopcem. Nie mamy pojęcia, co wydarzyło się przedtem. Od tej pory opiekujemy się nim w tajemnicy. Nie zdradzimy przed światem jego istnienia, dopóki nie stanie się wystarczająco dojrzałe, by zrozumieć implikacje swych mocy oraz zdecydować, czy i komu jest gotowe je zademonstrować.

– Cały ten czas mieszka w waszym baszu?

– W kwietnym rowie za domem – poprawiła go. – Są tam kryjówki.

– Czy reszta baszu o tym wie?

– Nie.

– Cato – odezwałem się.

– To prawda. – Thisbe roześmiała się, być może z siebie, a być może z myśli, że wśród jej współbaszowców jest ktoś tak nieszkodliwy, iż mogła o nim zapomnieć. – Cato poniekąd wie.

– Cato Weeksbooth? – Zauważyłem błysk w soczewkach Carlyle’a, który przywołał plik z informacjami. – Jeszcze się z nim nie umówiłom, ale wysłałom wiadomość z prośbą o wyznaczenie terminu.

Thisbe zmarszczyła brwi.

– Cato nie wie o mocach Bridgera ani o żołnierzykach. A nawet o tym, że chłopiec mieszka w naszym rowie. Ale przyprowadzamy go do klubu naukowego dla dzieci prowadzonego przez Cato, więc wie, że jesteśmy z Mycroftem jego mentorami. Ale na tym koniec.

– Mycroft...

Carlyle wreszcie przyjrzał mi się z uwagą. Klęczałem pod stołem, starając się wyglądać tak niegroźnie, jak to tylko możliwe w przypadku człowieka, który przed chwilą z brutalną szybkością powalił senseistę na podłogę. Czy powinienem teraz siebie opisać? Co zobaczył Carlyle? Nie rzucam się zbytnio w oczy. Byłbym mniej więcej tego samego wzrostu co Thisbe, gdybym nie nauczył się garbić, karnację mam dość ciemną, a moje równie ciemne włosy zawsze wydają się za długie. Wynędzniała twarz sprawia, że niektórzy obawiają się, że za mało jem. Dłonie z czasem mi stwardniały od fizycznej pracy, a mundur usługowca – beżowy w szare cętki – zwisa na mnie tak luźno, że mogę w nim spać. Gdybyś mnie spotkał na ulicy, nie zwróciłbyś na mnie najmniejszej uwagi. Nawet mając przed oczami stare zdjęcia, nie poznałbyś mnie, gdyby nie charakterystyczne ucho. Na szczęście to mundur przyciągnął uwagę Carlyle’a. Zauważyłem, że senseista odsunął się ode mnie na pół kroku z pogardą, jaką wolni ludzie okazują skazanym.

Kiedy ludzie widzą mundur usługowca, zbrodnią, która przychodzi im na myśl, najczęściej jest zabójstwo dla zysku – czyn, którego skazany nie ma potrzeby powtarzać, odkąd prawo zabroniło mu posiadania czegokolwiek. Obdarzeni większą wyobraźnią mogą podejrzewać wielki korporacyjny przekręt, pozbawienie życia w akcie zemsty za jakiś zły uczynek pozostający poza zasięgiem prawa bądź też zbrodnię w afekcie, jak zabójstwo kochanka przyłapanego w objęciach rywala w triumfalnej, lecz krótkiej chwili szaleństwa. W początkach szesnastego wieku święty sir Tomasz More opisał humanitarny, choć fikcyjny system sprawiedliwości znany rzekomo w Persji. Skazańców nie zakuwano tam w łańcuchy w jakimś mrocznym, wypełnionym zarazą lochu, lecz czyniono ich niewolnikami państwa. Pozbawiano ich domu oraz dobytku, a następnie kazano wędrować i spełniać rozkazy każdego obywatela potrzebującego pracownika. Wszyscy wiedzieli, kim są ci skazańcy, nikt więc nie dawał im żywności ani schronienia, chyba że w zamian za pracę. Nie mając nic do stracenia ani do zyskania, aż po kres swoich dni służyli społeczeństwu, wypełnieni pozbawionym ambicji spokojem. Czy nasi przodkowie w dwudziestym drugim wieku stworzyli Program Usługowców, oferując przestępcom uznanym za wystarczająco niegroźnych, życie wśród wolnych ludzi, dożywotnią służbę społeczeństwu zamiast więzienia, inspirowani wymyślonym siedemset lat wcześniej systemem, którego nigdy dotąd nie wprowadzono w życie, byli postępowi czy raczej reakcyjni? Odpowiedz mi na to pytanie, Czytelniku.

– Czy pomagacie w wychowywaniu Bridgera? – zapytał Carlyle.

– Mycroft odkryło go przypadkowo, tak samo jak wy – odpowiedziała Thisbe. – Przyznaję, że trochę oszukuję, wpisując „sprzątanie” zamiast „opieka nad dzieckiem” w jego kartę godzinową, ale to nie narusza ducha prawa.

Wstrzymałem na moment oddech, gdy senseista trzymał w dłoni moją kruchą przyszłość. Jednakże Carlyle jest miły z natury i uśmiechnął się nawet do mnie.

– Miło mi was poznać, Mycrofcie. Z pewnością sąd przydzielił wam senseistę?

– To prawda.

– I ta osoba nie wie o Bridgerze?

– Zgadza się.

– A wy, Thisbe? Mieliście kiedyś senseistę, które wiedziało?

– Nie.

– To znaczy, że żadne z was nie miało okazji porozmawiać z senseistą o implikacjach tej sprawy?

– Pewnie macie rację – przyznała po chwili namysłu.

– A chcielibyście? Mamy umówione spotkanie, jeśli jesteście gotowi.

Wlepiła w niego spojrzenie.

– A wy jesteście?

– Zawsze. – Spodobało mi się „zawsze” Carlyle’a, wypowiedziane stanowczym tonem, jakby przypomnienie o jego prawdziwym powołaniu przywołało w nim przypływ energii. – Mycrofcie, gdybyście chcieli umówić się ze mną na sesję, z pewnością zdołałobym załatwić pozwolenie.

– Zastanowię się nam tym – odpowiedziałem, wyczołgując się wreszcie na wolność między nogą stołu a nogami Thisbe.

Zmarszczyła brwi.

– Mycrofcie, nie musicie nas opuszczać tylko dlatego, że...

– Czeka na mnie praca.

To była prawda. Już od pewnego czasu brzęczało mi w uchu wezwanie z Dyrektoriatu Naczelnego Mitsubishi. Zwlekałem, ponieważ Bridger miał pierwszeństwo, ale teraz zdobyłem dodatkowy powód, by odwiedzić Tōgenkyō. Moje wyszukiwanie wniknęło głęboko. Nie było zbyt wiele utajnionych genotypów urodzonych w roku 2426. Rodzice mogący spłodzić dzieci z oczami o tym odcieniu błękitu i włosami z taką dokładnie nutą złota również nie byli szczególnie liczni, podobnie jak szpitale, których akta nie otworzyłyby się przed kodami dostępu, jakie miałem przywilej sobie pożyczyć. Wszystko to doprowadziło mnie do Tōgenkyō.

Thisbe wie, że nigdy nie odpowiadam na pytania dotyczące mojej pracy.

– Czy zobaczę was wieczorem?

Pochyliła się ku mnie i dotknęła moich pleców. Jej dłoń i palce przesunęły się powoli po konturach mojego ciała. Z twarzy Carlyle’a wyczytałem, że natychmiast wyobraził mnie sobie nagiego w jej objęciach. To właśnie była największa przysługa, jaką mi wyświadczała. Nie musiała nawet kłamać. Wprawna kobiecość wyrażająca się w jej leniwych pozach, przekonałaby wszystkich, nawet baszrodzone, z którym dorastała, że za moimi ciągłymi wizytami nie kryje się nic więcej niż zwyczajny zakazany romans. Carlyle widział już Bridgera, więc nie musieliśmy go oszukiwać, ale ktoś, kto myśli, że poznał już czyjąś brudną tajemnicę, z reguły nie będzie drążył głębiej.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.