Wydawca: Psychoskok Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 378 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dni z kalendarza - Małgorzata Chaładus


Autorka Małgorzata Chaładus mieszka w Szwecji od prawie trzydziestu lat. Tutaj zaczęła pisać, nie licząc młodzieńczych prób, których nikomu nie odważyła się pokazać. Odniosła już pewne sukcesy literackie. Agencja teatralna ADiT, z którą podpisała kontrakt, lansuje jej sztuki. Wiersze zdobyły wiele nagród w konkursach poetyckich i drukowane były w almanachach.

Między innymi w 2008 roku wiersz „Na strychu” zajął pierwsze miejsce w sekcji polskiej konkursu International Poetry Competition- Feile Filiochta w Irlandii. Opowiadanie „Jedna noc z życia prawdziwej kobiety” wyróżnione było w 2005 roku w konkursie im. K.K. Baczyńskiego w Łodzi i opublikowane we „Frazie”. W 2009 roku dwa z opowiadań zdobyły pierwsze nagrody. „Żurawie” w konkursie Centrum Kultury „Zamek” we Wrocławiu a „Matka Judasza” w konkursie dla pisarzy polonijnych organizowanym przez Klub Inteligencji i magazyn „Jupiter” w Wiedniu. W 2011 roku w antologii „Swoją drogą” wydaną przez Centrum Kultury we Wrocławiu ukazało się opowiadanie „Dziewczyna z naprzeciwka”. W 2011 wydawnictwo „Grasshopper” wyróżniło „Szwecja i ja” w konkursie na powieść.

W zbiorze Dni z kalendarza znajdują się opowiadania nagrodzone w konkursach literackich. Wiele z nich poświęconych jest losom kobiet. Tym młodym, stojącym u progu dorosłego życia i tym, które coraz częściej oglądają się wstecz na przebytą drogę.

Opinie o ebooku Dni z kalendarza - Małgorzata Chaładus

Fragment ebooka Dni z kalendarza - Małgorzata Chaładus

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013
Copyright © by  Małgorzata Chaładus, 2013
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Skład: Wydawnictwo Psychoskok
Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok
Zdjęcie okładki © Fotomatrix - Fotolia.com
ISBN:978-83-7900-002-9
Wydawnictwo Psychoskok
ul. Chopina 9, pok. 23 , 62-507 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

http://wydawnictwo.psychoskok.pl

http://ebooki123.pl

e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Małgorzata Chaładus

DNI Z KALENDARZA

Wydawnictwo Psychoskok 2013

Konin

Bieg

Wody! Wody! Wody! Zapomniałam zabrać butelkę. Fuj! Jaka ciepła! Coś jest chyba w lodówce. Wszystko jedno, co. Pijamy tylko niesłodzone. Dosyć. Raz, dwa! Raz, dwa! Nie wolno tak od razu usiąść. Konie też oprowadzają po wybiegu. Wcale nie jeżdżę. Wolę sama biegać. Lubię innym zostawiać wybór. Czy koń może mieć jakiś wybór? Myślałam wyłącznie o mięśniach. Mięśnie mają te same potrzeby, niezależne od szkieletu, do którego są doczepione. Kwas mlekowy i nagłe przejście w stan spoczynku po wysiłku im nie służą. Mam skłonności do skurczów w lewej łydce. Uuuch! Naciągaj się! Ciekawe, czy zrobiłabym jeszcze szpagat? Przez kilka lat chodziłam na rytmikę. Mama I ma oprawione moje zdjęcie w paczce.Tak mówiłyśmy na tę odstającą pod kątem prostym od bioder kusą, baletową spódniczkę. No tak. Mama I trzyma na wierzchu to zdjęcie, ale na tańce prowadziła mnie już mama II. Raz kozie śmierć! Jeszcze potrafię. Ten drugi, z nogami na bok, jest trudniejszy. Może innym razem. Nie będę ryzykować, żeby okuleć przed osiemnastką Arlety. Przetańczyć całą noc, przetańczyć całą noc... Powinnam wziąć prysznic. Właściwie, po co? Odpocznę trochę i pobiegnę do mamy I.

Lubię jogging. Do szpitala też pobiegłam, chociaż nie miałam ochoty na spotkanie z babcią. Nie bardzo zgadzam się z nią. W przeciwieństwie do matek, babcię mam jedną. Wszystko się jakoś wyrównuje. Babcia od mamy II już dawno umarła. Nie bardzo ją pamiętam. Tatowa też. Babcia, która trwa, wystarczy za wszystkie. Mama II stwierdziła, że powinnam odwiedzić babcię w szpitalu. Na pewno czuje się samotna. Ktoś powinien pójść do niej. Mama I ma straszne zahamowania w kontaktach z babcią. Podejrzewam, że mama II też ma pewne. Czy to nie dziwne? Odnosi się przyjaźnie do mamy I, chociaż miała przez nią tyle zgryzów. No cóż, babcia jest jedyna w swoim rodzaju. Nie o to chodzi. Kto nie jest? Babcia jest emocjonalnie nakrochmalona. Wymyśliłam już dawno to określenie. Wcale nikt mi go nie podsunął i zatrzymuję je na własny użytek. Jest poręczne. Pomaga mi w kontaktach z babcią. Dostałaby duszności, gdyby usłyszała o skrochmaleniu jej, chociaż sama mnie natchnęła. Opowiadała kiedyś o swoim ojcu. Nosił nakrochmalone kołnierzyki i miał skład z węglem. Pamiętam, że zapytałam, jak często musiał zmieniać koszule. Czy to pytanie było rzeczywiście niewłaściwe? Pył węglowy musiał osiadać na kołnierzykach. Babcia zesztywniała. Wycedziła przez zęby, że jej ojciec był właścicielem, a nie wozakiem. Siedział za biurkiem. Koszule zmieniał i tak codziennie. Krochmaliła je służąca. Nie miałam pojęcia, o co chodzi. Babcia wyjaśniła mi jak i po co. Pomyślałam, że musiała często stawać przy balii, skoro jest tak dobrze poinformowana. Na pewno nieźle na nią nachlapało krochmalem. Połknęła też solidną porcję i nie może się jej pozbyć. 

To, że dziadek miał służącą jest ważne dla babci. Wynosi ją ponad tych, którzy zawsze sami sobie musieli krochmalić. A jak jeszcze innym... Babcia taty była żoną wiejskiego organisty. Nie tylko krochmaliła mu koszule, ale jeszcze okopywała ziemniaki. Tato, nawet przy gościach, może odrobinę za często, opowiada jak jesienią pobożnie wznosiła oczy do nieba w podzięce za zwiększone dochody. „Chwała Bogu, pogrzeby ruszyły”. 

Moja babcia leży w szpitalu. Nic śmiertelnego, usunęli jej kamienie żółciowe, ale mama I zrobiła z tego szekspirowską tragedię. Zjadła dwulitrowe pudełko lodów czekoladowych i zasłabła. 

 - Kasia pójdzie – pospieszyła na ratunek mama II. – Prawda, Kasiu?

Mama II nazywa mnie Kasią, a mama I Kasiulką. Ja jakoś odwrotnie. Mamę II mamusią,a mamę I właśnie mamą. Tak mi lepiej pasuje. Jak jesteśmy we trzy, staram się unikać tytułowania. Nie chcę nikogo urazić. Zmieniam się w krążącego wokół mam aniołka. Muskam skrzydełkiem. „Czy mam podać sól. Może jeszcze trochę sałatki? Mogę prosić o pieprz?” Tę numerację mam nie ja wymyśliłam. Arleta. Wyszłyśmy z kina po czyichś przygodach III. Z początku nie podobał mi się jej pomysł, ale przyjął się z czasem. Arleta do drugiej żony swojego taty zwraca się po imieniu. Muszę jej przypomnieć o numeracji.

 - Ile gazu w tej cholernej wodzie! Tato na pewno nie patrzył, co bierze. 

 - Spoko. Errare humanum est.

Mama II wrobiła mnie jeszcze w kwiaty i pół kilo jabłek dla babci. Mama II wierzy w lecznicze właściwości jabłek. Winogrona wkrótce po operacji? Wykluczone! Tylko tarte jabłko.

Zawsze skrobała mi miąższ łyżeczką jak byłam chora. Spróbowałabym z babcią! Sama wie, czego jej potrzeba i lubi być samowystarczalna. Nadgorliwość niewskazana. Torebkę z jabłkami schowałam w moim pokoju. Schrupię zamiast kolacji. Teraz potrzeba mi czegoś konkretnego. Samą wodą człowiek nie wyżyje. Co my tu mamy? Spaghetti z sosem bolognese. Spaghetti! Mama II ma poczucie humoru. Bez ironii! Dlaczego miałaby wykluczyć z jadłospisu makarony? Chociaż osobiście wolę kaszę cous-cous. Nie chce mi się grzać. O rany! Skurcz! Trzeba odczekać z biegiem do mamy I. Dokuśtykać do stołu i usiąść. Trzeba mierzyć zamiary na siły. Ale była zgrywa! Rafał przekonał całą klasę oprócz polonistki. Zakochałam się w nim na jedno półrocze. Uf! Jestem! Kochane krzesło! Najlepiej tak. Zagiąć stopę do góry i czekać. To jest dość łagodny skurcz. Zaraz przejdzie. A sos? Pycha! Mama II ma wyczucie do przypraw.

Pierwsza często o nich zapomina. Smak nie jest ten sam jak się dosypuje dopiero na talerzu. Pycha! Mam prawo się najeść. Do mieszkania mamy I jest niezły kawałek. 

Może powinnam jednak zabrać ten kamień? Babcia chciała mi podarować jeden z wyoperowanych z jej woreczka żółciowego. Wykręciłam się, że mogę zgubić biegnąc. Dobrze czy nie? Raczej to pierwsze. Dla mamy I mógłby to być kamień Syzyfa. Z mitologią jestem 'na ty' dzięki babci. Opowiadała mi nawet o sądzie Salomona. Długo do mnie nie docierało, że to mogły być aluzje do mojej sytuacji. Podobało mi się to opowiadanie. Narysowałam Salomona z mieczem. Gdzie się podział ten rysunek? Pewnie podarowałam go babci. 

Koniec z napychaniem! Poza tym wolę lasagne. Mama II przyrządza bezkonkurencyjne lasagne z dwoma sosami. Zapominam wtedy o figurze, chociaż nie powinnam. Nie chciałabym być podobna do mamy I pod względem tuszy. Jest to jedna z niewielu spraw, w których zgadzam się z babcią. Co nie znaczy, że kiedykolwiek dałam się jej modelować. Buuu... czemu tato upiera się, żeby kupować gazowaną wodę? Muszę teraz odczekiwać, zanim będę mogła pobiec do mamy I. Żołądek musi się uspokoić. Albo spaghetti wyjdzie mi nosem razem z gazem. 

Lubię biegać, chociaż powinnam mieć raczej uraz. Tato był wściekły. Sadził wielkimi krokami z domu mamy I. Ciągnął mnie za sobą. Potem wyobrażałam sobie, że frunęłam za nim nad chodnikiem. Był taki rysunek w jakiejś bajce. Olbrzym trzyma za rękę dziewczynkę, a ona unosi się w powietrzu. Lubiłam tę ilustrację. O czym była bajka nie pamiętam.

Żal mi taty. Jestem dla niego wcielonym wyrzutem sumienia. Za to, co wyrządził obydwu mamom. To musiało być dla niego niełatwe. Wyrzut sumienia po drugiej stronie stołu przy każdym posiłku. Wyrzut sumienia potrzebuje nowych butów. Wyrzut sumienia zaniedbuje lekcje... Tato należy do pokolenia, które odchyłki od normy uważało za tragedię. Mama II była bardziej do przodu. Musiała rozumieć, że w rzeczywistości normy nie istnieją. Rzeczywistość kpi sobie z nich. Przeszkadzałyby jej. Większość ludzi gada o nich i robi swoje. Mnie się nie chce udawać. Zajmuję się swoimi sprawami. O nich przynajmniej wiem coś niecoś. Cudzych można się tylko domyślać. Wyrzut sumienia to też tylko mój domysł. Podoba mi się, ale nie dyskutuję o nim z tatą. Znowu domyślam się, że byłoby mu nieporęcznie. Tato jest raczej w porządku. Jego sprawki z mamami wpłynęły oczywiście na moje życie, ale czy można wiedzieć, co by było gdyby... Nigdy się nie dowiem. Jest jak jest i nie będzie inaczej. Mama I nie była zresztą aż takim wyjątkiem. Druga żona ojca Arlety jest niewiele starsza od niej. Pożyczają sobie ciuchy. Nie mam żalu do Arlety, że odbiła mi Rafała, ale żeby gadać, że jest podobna do Julii Roberts! Trzy centymetry powyżej półtora metra! Julia padająca na kolana.

Ciekawe, czy tato padł na kolana przed mamą II. Nieładnie kpić z cudzych uczuć. Z drugiej strony nikt nie może ode mnie wymagać, żebym je dzieliła. Nie te czasy. Każdy powinien być sobą. 

Naprawdę nie miałam żalu do taty o ten bieg w nowe życie. Ufałam mu. Nie zdawałam sobie sprawy, że krąży między dwoma orbitami. A może to nie do mamy II biegliśmy? Może wtedy zamówił taksówkę? Musiał przecież zabrać moje rzeczy. Może biegliśmy innym razem, np. żeby złapać tramwaj. Jakiś bieg w każdym razie pamiętam. I że mnie rozbawił. Za mamą I na pewno tęskniłam. Teraz już nie pamiętam. Mamie II dałam dobrze popalić. To pamiętam dokładnie. W pierwszą noc z premedytacją zasikałam łóżko. Mama II powiedziała, że nie szkodzi. To może się zdarzyć każdemu. Kupiła mi chomika a raczej chomiczkę. Powiedziałam, że jest jej smutno samej. Dokupiła jej koleżankę. Nigdy się nie dowiem, która z nich okazała się kolegą. W każdym razie pojawiły się małe. Jeden zdechł, a rodzeństwo zeżarło go częściowo w nocy. Taka, maleńka idylla. Dostałam ataku histerii. Syrena najwyraźniej przekazywana jest w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Mama II przyjęła mój występ ze spokojem. Chomiki zniknęły. Miałam potem papużkę i świnkę morską. Nie bardzo się nimi przejmowałam. Mama II musiała pamiętać o karmieniu i czyszczeniu klatek. Dopiero Szakowi nie mogłam się oprzeć. Był najsłodszym szczeniakiem pod słońcem. Miękki w dotyku jak pluszak. Tak go chciałam nazwać. Tato stwierdził autorytatywnie, że pies powinien mieć jednosylabowe imię. Łatwiej je zapamiętuje. Szak... Brak mi go... 

Ustąpiłam bez walki. Tato to zawsze tato, chociaż czasem wpatrywał się we mnie dziwnie przy posiłkach. Ręka z kanapką czy łyżką zawisała mu w pół drogi do ust, a on gapił się na mnie. Usiłowałam zgadnąć, czego chce. Nie miałam jeszcze pojęcia o wyrzutach sumienia. Rzuciłam w niego bułką z miodem. Od tej pory uciekał wzrokiem jak go przyłapałam na gapieniu. Nasze kontakty byłyby o wiele prostsze, gdyby mi powiedział, że kontempluje swój wyrzut sumienia. Nie mam wątpliwości, że mnie kocha i chce, żeby mi się w życiu powiodło. Jesteśmy sobie bliscy na tyle, na ile nas stać. Idealne porozumienie możliwe jest na papierze. Ideały przesłaniają rzeczywistość. Są jak horyzont. Nie można do nich dotrzeć. Nie jestem jeszcze zdecydowana, czy mimo wszystko warto tego próbować, czy nie. Rafał mówił, że trzeba się urządzić nie oglądając na innych. Praktycznie, ale jakoś tak... nieetycznie... gdyby mamusia nie oglądała się na innych... jałowe rozważania. Carpe diem! 

Dziwne, że wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Wyrzutem sumienia mogę być dla wszystkich. Tatę już dawno rozpracowałam, ale mamy też mają powody. Pierwsza, że mnie tak łatwo oddała, a druga, że mnie nie zabrała. Istny węzeł gordyjski. Na delikatnym szarpaniu można sobie najwyżej połamać paznokcie. Trzeba go przeciąć. Niech no tylko minę osiemnastkę. Wtedy już nie powiedzą, że jestem za młoda, żeby rozumieć życiowe komplikacje. Rodzice nie zauważają, że dzieci dużo widzą i rozumieją. A jak nie rozumieją, to trzeba im wytłumaczyć. Jestem niesprawiedliwa. Mama II starała się. A jednak mam wrażenie, że ich rodzinny trójkąt zawsze chwiał się na jednym wierzchołku i z trudem utrzymywał równowagę. Prawda wyzwala, czy kole w oczy? Mam jeszcze trochę czasu, żeby to rozstrzygnąć. Arleta będzie pełnoletnia o kwartał wcześniej niż ja. Wątpię, czy ją to bardzo zmieni. Przełomy w ludzkim życiu raczej nie patrzą w kalendarz. A rodzice patrzą? Przekonam się za kilka miesięcy.

Powinnam schować to spaghetti z powrotem do lodówki. Kusi mnie. E, kilka nitek nie zaszkodzi. Nabiegałam się. Nie należy przesadzać z jedzeniem, ale nie można też wpaść w anoreksję. Zimne jest mniej kaloryczne od ciepłego. Ostatnie trzy nitki. Mama I mówi zawsze, że jem zbyt mało. A kto mógłby jej dorównać? W każdym razie – nie ja. Jeszcze niedawno wstydziłam się, że moją biologiczną matką jest mama I. Nie cierpiałam jej roztargnienia. Te plamy na ubraniu! Byłam wściekła jak karmiła Szaka lodami czekoladowymi. Odpychałam ją. „To nie jest pożywienie dla psa! Nigdy w życiu nie wezmę do ust lodów czekoladowych!” – krzyczałam w myślach. Teraz rozumiem, że prawie wszyscy artyści są czubkami. Weźmy chociaż van Gogha. Ostatni collage mamy I to też arcydzieło. Po raz pierwszy użyła kolorowych makaronów. Co z tego, że makarony? Artysta ma prawo szukać własnych środków wyrazu. Powiedziałam tacie, że powinien kupić kilka prac mamy I. Na ścianach w jego biurze wiszą fotografie rynien. Naprawdę przydałoby się tam coś nietechnicznego. Tato powiedział, że makarony absolutnie nie pasują do jego produktów. Doradził, żebym zwróciła się do wytwórców makaronu. Powiedział to z ironią, ale rada nie była głupia. "Zajmę się tym" – pomyślałam. Mama II na pewno mi pomoże. Zawsze pomagała dużo mamie I. Teraz jest szansa, żeby mama stanęła wreszcie na własnych nogach. Mama I odwróciła się tyłem do życia, które płynie za jej plecami, a ona udaje, że tego nie zauważa. Ja chcę dotrzeć w sam środek nurtu. Jestem już na dobrej drodze. Mam bardzo poważne plany. Nie są jeszcze do końca sprecyzowane, ale na pewno poważne. Rozważam różne opcje. Coś wreszcie wybiorę. Teraz najważniejszą sprawą jest to, żeby wyciągnąć mamę I z marazmu. Ona próbuje czasem na swój sposób. Co ci faceci, których sobie sprowadza, mogą jej pomóc? Muszę pamiętać, żeby zadzwonić, zanim pobiegnę do niej. Nie mam ochoty na spotkanie z którymś. Mama I też czuje się skrępowana jak się napatoczę na jakiego. Nigdy jej nie pytałam, ale mam nadzieję, że nie pokazuje im swoich prac. Nie zasługują na to. Nie należy obnażać duszy przed przypadkowymi znajomkami. Mama I cierpi na bulimię, i to nie tylko, jeśli chodzi o jedzenie, ale również o seks. Raz spróbowałam drobnej aluzji w tym temacie. Udawała, że mnie nie słyszy, ale jej mina... 

Może tato się namyśli i jednak coś kupi? Uważam, że powinien. Co z tego, że wspomaga mamę I finansowo? Pieniądze to nie wszystko. Uznanie dla jej twórczości nie znaczyłoby mniej. Czyżby miał żal, że musiał z jej powodu zmienić zawód? Przecież gdyby nie przekroczył jego ram, to nie musiałby zmieniać. Poza tym biznes idzie mu dobrze. Rynny i inne rury świetnie się sprzedają. 

No tak. Powiedziałam przed chwilą, że pieniądze to nie wszystko. Wcale temu i sobie nie zaprzeczam. Są bardzo potrzebne, ale wszystkich potrzeb nie są w stanie zaspokoić i tyle. Tato na pewno to rozumie. Ma tylko zahamowania w kontaktach z mamą I. Zaczynam podejrzewać, że gdzie się nie obejrzy, natyka się na wyrzut sumienia. Jest wrażliwy. Przebywanie wśród czerni rynien na pewno dodatkowo go przygnębia. Mam! Sama poproszę mamę I o którąś z jej prac dla niego. Nie będzie mogła odmówić przyjęcia pieniędzy. Będą przecież wypłacone z konta przedsiębiorstwa. Chyba mi nie odmówi. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek odmówiła mi czegoś. Starała się mnie ugłaskać? Nie będę się nad tym zastanawiać. Odmawiam przyjęcia roli rodzinnego wyrzutu sumienia. Co mogłam mieć wspólnego z działaniami dorosłych? Byłam dzieckiem. Po prostu byłam. A zresztą największym wyrzutem sumienia jest dla mamy I babcia. Trudno mi to zrozumieć. Zawsze mnie rozśmieszało jej godne nadęcie. I zawsze udało mi się nakłuć balon jej godności. Babcia usiłowała zrobić ze mnie kulturalną osobę w swoim stylu. Zabierała mnie do opery. Nudziłam się. Nie pomagało szeleszczenie papierkami od cukierków ani wiercenie się na skrzypiącym fotelu. Posyłała mi śmiercionośne spojrzenia i zamawiała bilety na kolejny spektakl. Zrezygnowała dopiero po tym, jak przed wysokim C divy zawołałam na całą salę, że chcę siusiu. Muszę zaprosić babcię do opery jak wyjdzie ze szpitala. Ciekawe, czy odważy się pójść ze mną. Wydaje się nie rozumieć, że do pewnych rzeczy się dorasta, a z pewnych wyrasta. Mama II powiedziała tak kiedyś do taty, kiedy martwił się jakąś moją rozróbą. Musiało być coś poważnego, skoro podsłuchiwałam. Nie mogę sobie przypomnieć, co. Jeszcze niedawno miałam niezły repertuar zatruwania życia rodzicom. Z tych czasów został mi tylko tatuaż na lewej łopatce. Nie więcej, mam nadzieję. Jasne, że można go usunąć, ale wolę, żeby został. Przypomina mi o konsekwencjach. Zwiększa tarcie, kiedy niesie mnie w nieprzemyślane strony. 

Mama I za bardzo się babcią przejmuje. Gdybym mogła jej wytłumaczyć...

 - Aj! Drugi skurcz. Głupia łydka! Aż tyle się nie nabiegałaś. Dobrze, dobrze. Chcesz się ułożyć na krześle? Proszę bardzo. I bez dalszych wygłupów!

Babcia leży w tym nowym, dużym szpitalu. Chirurgia jest na czwartym piętrze. Nie wsiadłam do windy. Wbiegłam po schodach, a potem puściłam się biegiem długim korytarzem. Sala z babcią leży na samym końcu. Wszyscy oglądali się za mną. Lekarze i pielęgniarki ze szczególnym zdziwieniem. Niby dlaczego? We wszystkich serialach biegają do pacjentów z niegasnącym poświęceniem. Babcia udawała, że śpi. Uchyliła jedną powiekę, żeby się przekonać kto przyszedł. Chciało mi się śmiać. I tak by nic nie zobaczyła. Babcia ma w oczach jakiś taki rzutnik i wyświetla sobie ludzi takimi, jakich ona chce ich widzieć. Ze mną to niemożliwe. Jestem zbyt ruchliwa. Wyskakuję z kadru. Też udawałam, że nic nie zauważam. Znalazłam w szafce słoik po kompocie. Nalałam wody. Ułożyłam kwiaty. Trochę się rozczochrały w biegu. Babcia westchnęła boleśnie i otworzyła oczy. Ucałowałam ją w policzek i zapytałam jak się czuje. Wyglądała bardzo ładnie. Powiedziałam jej komplement. Wcale się nie ucieszyła. Westchnęła głębiej i pokazała mi swoje kamienie żółciowe. Były niebrzydkie. Widać było wyraźnie jak warstwy nakładały się na siebie, jedna po drugiej. Babcia była trochę urażona, że wykręciłam się od przyjęcia choćby jednego. Zaczęła wychwalać szpital i poświęcenie lekarzy. Wiadomo. Chciałaby mnie wysłać na medycynę, chociaż ze sto razy powtarzałam jej, że medycyna mnie nie interesuje. Prędzej poszłabym na prawo. Mama II jest notariuszem. Wcale nie naciska, żebym szła w jej ślady. Jak byłam mała bawiłam się starymi pieczątkami. Nie mam jeszcze sprecyzowanych planów na przyszłość. Co w ogóle można o niej wiedzieć? Wszystko tak szybko się zmienia. My się zmieniamy.

 - Wcale nie słuchasz – wyrwał mnie z zamyślenia głos babci. – Nie powinnaś tak marszczyć czoła. Z taką miną przypominasz zupełnie Renatę (czyli mamę I).

Co może być w jej oczach gorszego? Trzęsienie ziemi? Wojna nuklearna? Zapytałam. Babcia zrobiła najkulturalniejszą ze swoich min i odmówiła odpowiedzi. Wiem, wiem. Kulturalni ludzie nie zadają pewnych pytań. Nie rozmawiają o pewnych sprawach. Za to robią je chyłkiem. Jak nowy tatuś Arlety. Próbował z nią. Narobiła wrzasku. Obrócił to w żart. Jej matka stanęła po jego stronie. Między sobą nazywamy go Herodem. Wydaje mu się, że naprawdę jest królem. Ma pieniądze, wygląd, przyznaję i gębę pełną izmów. Arleta chce wyjechać na studia jak najdalej od domu. Namawia mnie, żebym z nią pojechała. W tej sprawie też nie podjęłam decyzji. Zbyłam ją pytaniem, czy nie bałaby się o Rafała. Stara miłość nie rdzewieje. 

 - Za to dziecinna rozpada się jak babka z piasku – odpowiedziała.

Na razie nie wracamy do tematu. Wcale nie myślę o Rafale. Na mojej trasie poznałam Wojtka. Często biegamy razem. Nawet nie musimy się umawiać. Znamy swoje godziny. Wezmę go ze sobą na osiemnastkę Arlety. Szczerze mówiąc wcale mnie aż tak nie cieszy jego intuicja. Wolałabym, żeby mi zaproponował regularną randkę. Moje zaproszenie będzie testem. Będzie mi przykro, jeżeli odmówi ze względu na żonę z dzieckiem przy piersi, ale serca mi nie złamie. Nie uważam go jeszcze za mojego chłopaka po kilku spoconych pocałunkach. Nie to nie. Godziny joggingu zawsze można zmienić. 

Tato niepokoi się o moje bieganie. Sama? Po bezludnych ścieżkach? Muszę przyznać mu rację. Herod Arlety chodzi na siłownię, ale gdzie gwarancja, że jakiś nie biega? Na moją osiemnastkę poproszę o szczeniaka, który wyrośnie na duże psisko. To wcale nie będzie zdrada pamięci Szaka. Nikt go nie zastąpi. Jako mops nie mógłby mnie zresztą obronić nawet przed Herodkiem z zadyszką. Szczerze mówiąc wolałabym biegać nadal z Wojtkiem. Pod warunkiem, że nie jest na cudzej smyczy. Jestem wyrzutem sumienia dla dostatecznej liczby osób. Nikogo więcej w tym gronie!

Niemożliwe! Wychlałam całą butelkę gazowanej mineralnej! Ale będzie mi chlupotać w brzuchu na trasie do mamy I. Muszę się ponaciągać. Za długo siedziałam. Łydka wciąż pobolewa. Mama będzie zaniepokojona jak okuleję. Trzęsie się nade mną, jakbym była ze szkła. Chciałabym, żebyśmy były ze sobą szczere. Zamknęły wreszcie przeszłość na kłódkę. Może mama boi się tego, co jest pod szkłem? Niepotrzebnie. Nie chowam w sobie kamieni do ciskania w innych. Czasem wścieknę się na kogoś, ale szybko mi to mija. Herodów wszelkiej maści w ogóle omijam. Czemu mama I boi się rozmowy ze mną? Jest bardzo ostrożna. Jakoś muszę ją otworzyć. Może jej doradzić, żeby założyła blog? Zawsze jakiś początek. Będzie popularny, jeżeli posłuży się swoją grypserą. Jej okresowa brawura zawsze robiła na mnie wrażenie sztucznej. Mama nadyma się tępionymi przez babcię słowami jak ta ryba z przyrodniczego filmu. Dlaczego szczerość bywa uważana za niedelikatność? Gdyby... tak w piecu rosły grzyby... Jakbym nie wiedziała, że wrażliwców szczerość często rani. Nie tylko cudza, ale ich własna. Szczególnie w bliskich kontaktach. Przed obcymi jakoś łatwiej się wygadać i łatwiej znieść ich dezaprobatę. Blog byłby dobrym ćwiczeniem dla mamy I. Komputer jest równie cierpliwy jak papier, a łatwiejszy w obsłudze. Fakt, że ja do swojego blogu nie zaglądałam od tygodni. Znudziło mi się otwieranie przed wszystkimi, czyli przed nikim. Otworzę się przed Wojtkiem. Chcę wiedzieć. Muszę. Mam dużą wyobraźnię. To męczące. Jej wyskoki tylko prawda może poskromić. 

Czas na mnie. Dość naciągania. Wezmę prysznic i przebiorę się. Wszyscy będą zadowoleni jak pojadę autobusem. Obie mamy, tato a najwięcej lewa łydka. Mama I na pewno zatrzyma mnie na noc. Mam u niej szczoteczkę do zębów. Piżamę wezmę swoją. Mama chętnie pożyczyłaby mi nocną koszulę. Nie chcę. Nie dlatego, że będzie za duża. Mogła w niej spać z którymś z jej facetów. Byłaby wyprana oczywiście, ale co z tego? 

Robi się póżno. Wrócą niedługo rodzice. Zaczniemy gadać i nie będzie mi się chciało wyjść. Skoczę lepiej do mojego pokoju po piżamę i już mnie nie ma.

Cynthia

Nienawidzi świąt. Nigdy ich nie lubiła. Już jako dziecko nie lubiła nerwów, pokrzykiwań, pośpiechu, całej przedświątecznej bieganiny. I po jakiego grzyba? Święta nie dorastały nigdy do oczekiwań. Jak większość... nie, nie chciała tak myśleć. Udało jej się sprzątnąć sprzed nosa taksówkę tej grubej babie. Żeby wybierać się o lasce na ślizgawicę! Ludzie nie potrafią ocenić swoich ograniczeń, a potem mają pretensje do tych, którzy potrafią z nich skorzystać. Oparła się wygodnie. Auto było nagrzane. Nowe Volvo. Jeszcze pachniało świeżością. Nie zniosłaby zamknięcia w zniszczonym gracie, w oparach cudzych, banalnych problemów. Spojrzała z niechęcią na malutką choineczkę świecącą lampkami na desce rozdzielczej. Odbijała się nieznośnie w przedniej szybie. Miejsca publiczne powinny być neutralne. Kto chce, niech sobie świętuje we własnym domu! Odwróciła głowę w bok. Wszędzie kretyńskie gwiazdy, krasnale i mikołaje. Wbiła wzrok w tył głowy kierowcy. Na pewno był niedawno u fryzjera. Starannie pocieniowane włosy odsłaniały kark. Trochę zbyt masywny i nieruchomy. 

Dlaczego on nic nie mówi? Nie lubi banalnej gadaniny, ale dzisiaj, właśnie dzisiaj... wszędzie ten brak wyczucia! Powinien zgadnąć, za to mu w końcu płacą! Ani grosza napiwku - postanowiła. Poczuła nagle, że pędzi w nieznane w kosmicznej pustce, z robotem za sterami pojazdu. Żadnej kontroli, żadnego kontaktu. Z trudem powstrzymała chęć, żeby sprawdzić, pociągnąć mocno za kosmyk nad uchem, zareaguje, czy nie. Kark pochylił się w prawo i wrócił do poprzedniej pozycji. Ta piosenka! Mięśnie jej stężały. 

 - Dziewięćdziesiąty czwarty – rzuciła odruchowo. 

Kark znowu się pochylił. Nowa stacja, lista przebojów. Złapała przelotne spojrzenie kierowcy w lusterku wstecznym. Było pytające. Uśmiechnęła się. Gdyby go ośmieliła... Skręt w pustą, nieoświetloną uliczkę. On przełazi niezdarnie na tylne siedzenie, pijany pożądaniem. Ona zsuwa w dół ramiączka sukni. Nie nosi stanika. On wpija się ustami w sutki, szuka jej ud w czeluściach długiej spódnicy. Ona głaszcze jego kark. Gwałtowne, krótkie złączenie. Potem ona wysiada, odchodzi nie oglądając się za siebie. Tak jest najlepiej.

Wpatrzyła się znowu w kark. 'Odwróć się, nie pożałujesz' – przeszło jej przez myśl. Ta piosenka znowu na liście przebojów. Naprawdę nie mają nic nowego? Zauważyła włos na kołnierzu koszuli. Kark był już trochę zarośnięty. Zapięła guzik płaszcza pod szyją i skrzyżowała ręce na piersiach. Przypomniała sobie uśmiech Naty, kiedy zwierzyła jej się ze swoich uczuć. Była zła. Na przyjaciółkę, ale przede wszystkim na siebie. Nigdy, przed nikim nie należy się odsłaniać, pokazywać prawdziwych słabości. To zaproszenie do uderzenia. Ten uśmieszek, kiedy się zwierzyła jak bardzo on ją zawiódł. Otrząsnęła się. Kierowca coś do niej mówił. Auto stało. 

 - Dwieście siedemdziesiąt osiem – powtórzył niecierpliwie. 

'Osioł!' – krzyknęła w myślach.Wręczyła mu trzy setki. 

 - Nie trzeba reszty – rzuciła.

Nie ruszała się z miejsca. Domyślił się wreszcie i wysiadł mrucząc coś pod nosem. Otworzył tylne drzwi i pomógł jej wysiąść. Miał gorącą, spoconą rękę. Szybko cofnęła swoją. Weszła do bramy wyprostowana, powstrzymując chęć odwrócenia głowy. Słyszała tupot nóg i histeryczne wrzaski. Taxi! Taxiii! 

W korytarzu kopnęła ze złością białą kopertę. Była pewna, że ją wyrzuciła. Że też ktoś upiera się, żeby przysyłać idiotyczne życzenia! Sto razy mówiła im, że nie obchodzę! Już soboty, a szczególnie niedziele były trudne do wytrzymania, a co dopiero święta. Były jak głazy, o które z hukiem rozbijał się czas. Wszystko płynęło tak spokojnie, niezauważalnie.

Soboty i niedziele to były małe kamyki. Ledwo dosłyszalne chlupnięcie łatwe do zagłuszenia. Można było zapomnieć, że płynie, gdyby nie ten huk! Że też ludziom chce się świętować przemijanie. 'Święta, święta i po świętach'. Idiotyczne powiedzonko i takie prawdziwe, jeżeli brało się je na poważnie. W firmie powtarzano je jak najlepszy dowcip. Za każdym razem wywoływało salwy śmiechu. Jezu malusieńki! Jeszcze trzy dni, zanim spotka się z ludźmi. Nata? Cóż, trudno! Ustawi ją. Nigdy nie miała z tym trudności. Zajęła się nią od pierwszego dnia. Wprowadziła w rutyny, objaśniła układziki. Sierota zginęłaby bez niej! A teraz pozwala sobie na uśmieszki! Ta świeżo przyjęta w ramach globalizacji azjateczka usmiechała się zupełnie inaczej – niby pokornie, ale z szelmowskim podtekstem. Będą z niej Ludzie! Nata była cieniem. Pracuś. Pewnie, że i tacy sa potrzebni, żeby ktoś inny mógł zrobić karierę. Nie powinna odstępować Nacie tego faceta. Był przecież nią zainteresowany! Przeciętniak. A jednak...

Mieszkanie oznaczało niekończącą się pustkę. Żadnych ścian, tylko ciemność. Jaskrawa wysepka korytarzyka w oceanie ciemności. Wzięła głęboki oddech i rzuciła się wpław. Pstryk! Pstryk! Pstryk! Mieszkanie odzyskało wymiary. Było nadal puste. Napełniła wannę. Zanurzyła się w pianie. Nie chciało jej się zapalać świeczek. Piana pachniała wystarczająco. Przesunęła palcami po znamieniu pod lewą piersią. Tylu mężczyzn je całowało. I kilka kobiet. To wcale nie znaczy, żeby lubiła kobiety. Ale to były nowe doświadczenia, interesujące. Trzeba eksperymentować. Lepiej tak niż potem żałować. Nigdy więcej jakichkolwiek gestów wobec Naty! Jak ta woda szybko stygnie! Odkręciła kran. Nie byłby to pierwszy przeciętniak w jej wannie. Niektórzy byli nawet zabawni. Na krótko. Nie różnili się tak bardzo między sobą. Na chwilę odgradzali pustkę spoconymi torsami. Nie oczekiwała niczego więcej. Nie chciała, żeby oni oczekiwali. Oczekiwania są zbędne, męczące i do niczego nie prowadzą. Trzeba żyć higienicznie, regularnie. Niespodzianki są dobre dla dzieci, póki wierzą w Mikołaja. On rzeczywiście zrobił jej niespodziankę! Była pewna, że zna go na wylot. Tyle lat! Oceniła go, zanim ktokolwiek inny poznał się na nim. Dziewięćdziesiąty czwarty i ostatnie miejsce na liście przebojów, a ona popędziła do sklepu po jego singiel. Zawsze byli na tej samej fali. Pełna synchronizacja. Nawet Belinda była zupełnie w jej typie. Ruchy, szczególne pochylenie głowy, kiedy namyślała się nad odpowiedzią. Bezradne spojrzenia spod rzęs w odpowiednim momencie. Łatwość wyłowienia z mody tego, co najbardziej współgra z jej stylem. I ten styl zamienić na Cynthię!? Tuzinkową małolatę, jakich setki plątały się po catwalkach tego świata! Rozebrała się do naga. Ani jednego zbędnego wałeczka tłuszczu. Może powinna jednak zdecydować się na zmniejszenie piersi? Dla kogo?! Już jutro nie będzie pamiętać dat, tytułów, miejscowości. Tak, zapomnieć! Cynthia mu za wszystko zapłaci! Tego mogła być pewna. Tu nie ma miejsca na niespodzianki. Zbliżyła twarz do lustra. Naprawdę cień zmęczenia pod oczami? To z nudów. Gdyby mogła iść na siłownię! Te jednak zamknięte na czas świąt. Tu i tu i tu! Barbarzyństwo! Na szczęście już tylko jutro. Przecież muszą zarobić, odbić sobie. Bandy obżartych słabeuszy czekają, żeby spalić świąteczne kalorie. Poczuła głód i przerażenie. Nie mogła sobie przypomnieć, ile kieliszków wina wypiła w lokalu. Na ile kalorii może sobie jeszcze pozwolić? Wypiła dwie szklanki wody. Jutro gdzieś się wybierze. Coś jest w końcu otwarte. Lubiła gwar, słowne szermierki, zaglądanie pod maski. Dobrzy gracze nigdy ich nie zdejmowali. Tylko naiwniaki. Może i czasem byli zabawni, ale na dłuższą metę nudni. Zimno. Sięgnęła po szlafroczek i zaraz go odrzuciła. Sukienka na jutro! Przymierzała jedną po drugiej. Wyglądały okropnie. Ona też. Trzęsła się z zimna i usta jej zsiniały. Sięgnęła po szminkę. Wszystko nie tak! Przyłapała się na nuceniu jego niedawnego przeboju. Rozpłakała się. Usiadła na podłodze i skrzyżowała ramiona opierając dłonie o barki. Była wściekła. Tyle zbędnych uczuć naraz! Zakręciło jej się w głowie. Otarła twarz wierzchem dłoni. Wzrok zatrzymał się na białej kopercie. Chyba znajomy charakter pisma. Rozdarła ze złością. Życzenia od matki. Usiłowała przypomnieć sobie jej twarz i nie mogła. Zaraz, zaraz, gdzie upchała ten czerwony albumik, który dostała na urodziny? Matka zawsze miała dziwne pomysły. Gorączkowo wyrzucała szpargały z najniższej szuflady. Jest. Tyle, że zielony. Otworzyła na chybił-trafił. Matka patrzyła na nią z natężeniem. Twarz miała napiętą. Za wysoko podniosła brodę. Nie umiała ustawić się do zdjęcia. Wyglądała staro. Zatrzasnęła album z taką siłą, że okładka znowu odskoczyła. Zdjęcie młodej dziewczyny. Kto to może być? Wyjęła kartonik z oprawki. Na odwrocie była data i „ja na tydzień przed ślubem”. 

 - Co za ja?! Głupie żarty! Matka to była matka! 

Podarła zdjęcie na drobne kawałeczki. Ona w każdym razie nie ma zamiaru tak się zes... zmienić... zaniedbać! Nie ma o czym myśleć. To jeszcze tak daleko. Trzeba żyć! Żyć! Żyć! Podbiegła do lustra. Ta sukienka jest całkiem, całkiem. Dobrała odpowiednie sandałki, upięła włosy. Znowu zawróci komuś w głowie na firmowej zabawie. Nie może zawieść oczekiwań. Była wampem, femme fatale, cenną zdobyczą i jednocześnie pewną siebie fachurą. Nieprawdopodobna i jedyna. Niektórzy nabierali się na jej rolę, stawali się natarczywi, rościli sobie prawa... To było uciążliwe, ale wzmacniało jej miejsce w firmie, ubarwiało nudę codzienności. Wszyscy, którzy się do tego przyczyniali byli niezastąpieni. Oczywiście wiedziało się, że to tylko gra. Chodziło o to, żeby być dobrym graczem. Zżyć się z rolą i jednocześnie zachować do niej dystans. Nie każdy potrafi: kalkulować, przewidzieć ruchy partnerów, zauważyć każdą okazję... Wykonała kilka tanecznych ruchów. Nata jest lojalna. Głupia. 

Nie chciało jej się spać. Olbrzymi, płaski ekran szarzał niemo przytulony do ściany.Włączyła. Przerzuciła kilka kanałów. Belinda??? Cofnęła się. Tak! Trzymała za rękę młodego aktora. Nie mogła sobie przypomnieć jego nazwiska. Widziała go przecież w jakimś serialu. Jego umięśniony tors. I nic, pustka. Imiona, imiona, imiona. Mniejsza o nie. Mówiła o aktualnych orgazmach i minionej pustce. Ona zażądała rozwodu. To niczego nie zmieniało. Skoro był w stanie wybrać Cynthię. Maskował się. Oszukiwał ją... je... ją!! w bezczelny sposób! Zerwała się z kanapy. Zgarniała jego płyty. I ten specjalny stelażyk też! Z trudem wepchnęła go do zsypu. Potępieńcze jęki strącanych w czeluść. 

Wróciła. Belinda wyglądała jakoś inaczej. Zmieniła koloryt? Jasne! Wraca moda na lata 50-te. Trzeba rozjaśnić włosy. Może nawet zaondulować. Zacząć nosić push-up. Cynthia nie miała tutaj żadnych szans. Płastuga! Kupić jaskrawoczerwony lakier i szminkę. Krwisty odcisk warg na kołnierzyku białej koszuli. Nieważne czyjej. Choćby kierowcy taksówki. Klasyk. Wyraźny, bez niedomówień. To się liczy.

Panna młoda

Jutro, niedługo, pojutrze. Nie ma na co czekać. Najpierw girlandy. Nad oknami. Od lampy w rogi sufitu. I nad stołem. Dużo nad stołem. Rzucają wszędzie takie śmieszne cienie. Wujek wyglądał jak pirat z cieniem na jednym oku. A ciotka miała wąsy. Chichotały obie z Hanią jak wariatki. Tak powiedziała ciotka. Strasznie się obraziła. Żeby tak się zachowywać w dzień pierwszej komunii świętej! Bez wychowania! Wujek powinien kupić rózgę zamiast zegarka! Hania podwijała mankiecik rękawka. A nuż ciotka każe wujkowi odebrać prezent. Mama dostała wypieków. Nie wiedziała, co ma z nimi zrobić. Goście wykrzykiwali jeden przez drugiego. Wujek udawał, że odpina pas. Hani za karę nie wolno było wyjść na podwórko, żeby się pochwalić nową sukienką. Jak one płakały! Mama kazała Hani ubrać się w starą bluzkę z cerą na łokciu. 

 - Nie będziesz zasmarkiwać takiej, drogiej sukienki! Przyda się dla Dziuni - krzyczała. 

Hania otarła łzy, chociaż – prawdę mówiąc – nie było nad czym płakać. Sukienka czekała w szafie. Nie wolno jej było tylko dotykać. Wyglądała jak nowa. Biały kolor jest ładny. Świeciła w szafie jak lampa. Hania zaglądała tylko przez szparkę, jednym okiem. Który kolor jest ładniejszy? Chyba jednak zielony. Jeszcze girlanda nad drzwiami. Gdzie są zielone buciki? Nigdy w życiu nie miała już takich ładnych. Zamszowe, na szerokim obcasie, bez pięt, z tyłu tylko paski, a na przodzie takie ładne wycięcia. Jak girlanda z listków. Przeraziła się. Musi je znaleźć! Będą potrzebne już niedługo, pojutrze. W szufladach i na półkach kłębiły się rzeczy. Nie wiadomo po co. Tak trudno trafić w ten rękaw, co trzeba. Niektóre były uparte. Musiała pomagać sobie zębami. Oddzierały się z trzaskiem. Trach! Trach! Aż się spociła. Ubranie paliło. Odrzuciła je w kąt. Oddychała ciężko. Jutro. Jutro zdarzy się coś ważnego. Posiedziała sobie chwilkę. Rozejrzała się dookoła. Jak ładnie! Ile zieleni! Stąd też się może zwieszać. I stąd. Jak się ciotce nie podoba, to nie musi przychodzić. Łaski bez! Janusz kupi jej zegarek. Jutro będą tu wszyscy siedzieć za stołem. 

 - Gorzko! Gorzko! – zachichotała. 

Janusz pachniał papierosami. Co tam! Lubiła ten zapach. Stary nie pachniał tak ładnie. Nie zaprosi go na wesele. Niech się tylko spróbuje przywlec. Nie zdąży. Tak wolno się rusza. A jakby co, Janusz tak mu przyrżnie pasem, że się nie pozbiera! Janusz jest ładny, a stary brzydki jak troll z bajki.

Ręce mu się trzęsą. Rozlewa herbatę na spodek. Palce są powykrzywiane. Niebieskie żyły jak postronki. Wujek miał takie od roboty. Stary nic przecież nie robi. Rozlewa herbatę. Kap, kap i pełno brązowych plam na rękach. Może schować się do szafy? Straszyły się z Hanią trollem.

Obrazek był na całą stronę. Chowała się do szafy. Raz Hania przekręciła klucz. Nie mogła wyjść. Było ciemno. Troll huśtał się na wieszaku. Krzyczała jak opętana. Mama zatkała jej usta i trzęsła nią. Co sobie ludzie pomyślą?! Że cię obdzieram ze skóry? Koniec z głupimi zabawami! Książka powędrowała na strych. Może ją przynieść? Pokazać staremu jak wygląda. Kropka, kreska, kropka, kreska to jest fotografia twojego pieska. Gdzie on się schował? Na korytarzu? Jak tam ciemno. A jak stara siedzi przy drzwiach na stołeczku? Rzuca cień jak baba-jaga. Tutaj jest tak ładnie i zielono. Zupełnie jasno. Nawet cieni nie widać. Gdzie się mogły podziać? Ludzie zabrali je ze sobą. Jak już najadły się na weselu. Tak śmiesznie ruszały szczękami. Każdy na swój sposób. Tato potrafił wyczarować na ścianie pieska i inne cuda. Piesek poszczekiwał. Jeszcze! Jeszcze! Dostaniesz ciasteczko. Nie dam im zeżreć wszystkiego. Co z tego, że wesele? To piesek ma być smutny? 

Wujkowi świeciły się wargi od tłuszczu. Robił się czerwony. Ocierał twarz kraciastą chustką albo serwetką. Chyba dość się już najadł. Wrzuciła jego talerz do zlewu? Jest. Oblepiony resztkami jedzenia. A nuż znajdzie? Będzie wołał o dokładkę. Nic nie zostanie dla pieska. Zobaczymy. Cisnął o podłogę. Skorupki podskoczyły i zabrzęczały. Raz, dwa trzy. Raz dwa trzy. Jaka ładna melodyjka. Baletnica na pozytywce u babci kręciła piruety. Babcia nakręcała tyle razy, ile ją poprosiła. 

 - Co za kłopot? Wcale mnie nie nudzi! - opędzała się od gderania mamy. 

Tę pozytywkę dziadek przywiózł z saksów. Wiele tam nie zarobił, ale zabawka nie psuła się przez lata. Solidna robota. Babcia trzymała ją za szybą razem z ładnymi filiżankami i kryształowym wazonem. Na brzegach filiżanek były złote paseczki i pod nimi wianuszek z róż. Róże by pasowały. Dosyć tańców. Dotknęła ostrożnie francuskich loków. Żeby się nie rozkręciły od piruetów. Hani od rana nie wolno było skakać. Mama nie chciała jej też nakręcić. Poczekaj na swoją kolej, przypięła do prostych włosów dużą kokardę. Jakby to mogło pomóc. Teraz loki dobrze się trzymały. Ostrożnie nawijała na palec pasmo po paśmie. Były miękkie i posłuszne. Pasowały do białej sukienki. Ale róże, róże! Same się posiały wzdłuż drogi. Wszyscy je zbierali. Były ładne, ciemnoróżowe. Nawet kryształowy wazon nie był dla nich za ładny. Stał na środku obrusa obok tortu. Na torcie też były róże. Tyle, że z masła. Aż łaskotały w język przy jedzeniu. 'Róże pasują na każdą okazję' – mawiała babcia. Goździki dobre na akademię. Do drogi nie było daleko. Przejdzie się. Co za wesele bez róż! Janusz może sobie jedną przypiąć do klapy. Babcia się ucieszy. Babcia więcej się śmieje niż mama. 

Starucha czyhała na korytarzu. Była zła. Widać było po minie. 

 - Nie będę się bać! Pokaże jej, co to złość! – Zacisnęła z całej siły pięści. – A tak! Do krwi! – Stara broniła się, drapała. 

 - Nie po szyi. Nie po szyi! Pojutrze, niedługo, jutro musi założyć białą sukienkę bez kołnierzyka. 

Wujek jest głodny. Cienie już ruszają ustami. I Janusz...

Młody lekarz wypisał akt zgonu. Nieszczęśliwy wypadek. Policja też nie miała wątpliwości. Denatka waliła w to lustro gołymi pięściami aż spadło i zawisło jej na szyi. Ostry kant przeciął tętnicę. Staruszek był w szoku. Sąsiadka zresztą też. Przyniosła talerz z rosołem i próbowała go karmić. Łykał bezmyślnie. Ocknął się i odepchnął łyżkę. Płyn wsiąkał w zwisający z lampy pas papieru toaletowego. Całe mieszkanie było nim poowijane. 

Ten Alzheimer! Cholera! Młody lekarz usiadł przy stole. Sięgnął po bloczek z receptami.

 - Wypiszę coś na uspokojenie – powiedział. – Jedną tabletkę od razu i jedną przed spaniem. Zechce pani pójść do apteki?

 - Czemu nie, ja się zajmę panem Januszem dzisiaj, a jutro przyjeżdża córka – skinęła głową sąsiadka. – Rozmawiałam z nią przez telefon. Ja tu wszystko posprzątam. – Zabrała się do zwijania papieru.  – A prawda! Recepta! Już lecę!

'Dlaczego nie przyjęli jej do zakładu? Choroba była już tak zaawansowana' – zastanawiał się głośno lekarz. Starzec zerwał się z fotela. Podreptał do regału ogarniając niecierpliwie pasma papieru czepiające się twarzy i ubrania. Ręce mu się trzęsły. Wcisnął lekarzowi do rąk fotografię w ramce.

 - Do zakładu?! – krzyczał. 

 - Żyłem z nią ponad pół wieku! Była taka ładna! Dobra żona! Dobra matka! A wy tylko to umiecie! Do zakładu! Była dzisiaj taka spokojna.

Wyszedłem tylko do apteki. Łzy torowały sobie drogę w meandrach zmarszczek. 

Lekarz spojrzał odruchowo na zdjęcie: państwo młodzi, niemodne fryzury, przeciętne twarze. Ponad pół wieku? Trudno sobie wyobrazić. Zbliżał się ledwie do trzydziestki. Oddał fotografię staruszkowi. 

 - Zaraz będzie lekarstwo – powiedział.

Dowolny (bardzo) przekład z Dekamerona

Wanda skręciła w boczną uliczkę. Śnieg z deszczem zacinał jej teraz prosto w twarz. Plastikowa torba z kaszanką i sernikiem nabrała nagle powietrza jak żagiel i szarpnęła ją do tyłu. 'Szwedzka wiosna' – pomyślała Wanda ze złością – 'a mnie się jeszcze zachciało biegać na posyłki'. Tak naprawdę, to zamówione przez przyjaciółki przysmaki kupiła zaopatrując poprzedniego dnia swoją spiżarnię w polskim sklepie przy Sankt Eriks Plan. Przyjaciółki poznały się przed kilku laty śpiewając w polskim chórze. Chór od dawna przestał już śpiewać na jedną nutę, ale one nadal spotykały się kilka razy do roku kolejno u każdej z nich.

'I po co? Co nas łączy?' Spływające za kołnierz lodowate strużki wprawiały Wandę w coraz gorszy humor. Trzeba było zabrać parasol, jak radził Pekka. A jeszcze wcześniej trzeba było skorzystać z propozycji Pekki, że nauczy ją prowadzić samochód i pomoże zrobić prawo jazdy. Nie musiałaby się wtedy wlec autobusem z Hässelby Gård do Spånga, stamtąd kolejką miejską do Kallhäll i znowu autobusem do willowej dzielnicy, gdzie mieszkała Agnieszka, u której miały się spotkać. 

Agnieszka prowadziła wraz z mężem – wysokim i szczupłym blond Szwedem – przedsiębiorstwo zajmujące się zbieraniem różnorodnych informacji z sieci komputerowych na zlecenie swoich klientów. Mieli dwóch synów. Jeden nosił szwedzkie imię Evert, a drugi nazywał się Jacek, po dziadku Agnieszki. Przyjaciółki intrygowała ich starsza córka Yasmine. Wyglądała jak księżniczka z 1000 i 1 nocy. Mówiła płynną polszczyzną, a do Andersa zwracała się pappa potykając się ze szwedzkim wdziękiem na podwójniej spółgłosce wyrazu. – To moja córka z pierwszego małżeństwa, adoptowana przez Andersa – wspomniała tylko raz Agnieszka i nie wracała więcej do tego tematu. 

 - Może to córka jakiegoś szejka naftowego – zgadywała Marzena. 

 - Albo Egipcjanina Sinuhe – kpiła Teresa. Była dentystką, znaną w kręgach sztokholmskiej polonii, zarówno z pewnej ręki jak i z bujnej fantazji. Jej mąż, zabójczy brunet z ogromną czupryną, był laryngologiem. 

Dorota prowadziła sklep z konfekcją na spółkę ze swoim irańskim mężem, bladawym brunetem średniego wzrostu. Narzekali ciągle na rujnujące ich podatki, ale kupili sobie piękne czteropokojowe mieszkanie w Sundbyberg. Wanda poczuła ukłucie zazdrości w sercu. Mieszkała ze swoim fińskim mężem w małym, jednopokojowym mieszkaniu z wnęką do spania, gdzie nie mogło być mowy o organizowaniu dużych spotkań towarzyskich. Pracowali oboje w Simensie. Pekka był majstrem na jednym z wydziałów, a Wanda pakowaczką.

'I gdzie ja się pcham na te salony' – pomyślała znowu ze złością. Brnęła pod wiatr z pochyloną głową pogrążona w ponurych rozmyślaniach. Nagle roześmiała się.

 - Co też mnie napadło? – strząsnęła z oka duży płat śniegu i nabrała powietrza w płuca. – Ten wiatr! Przecież to przyjaciel. 

Mieszkali skromnie, bo większość pieniędzy przeznaczali na swój pełnomorski jacht. Wszystkie urlopy spędzali żeglując. Zwiedzili już prawie wszystkie porty w Europie. W dni wolne od pracy, żeglowali wśród skalistych wysepek sztokholmskiego archipelagu. Często zapraszali na te wyprawy swoich przyjaciół. Wanda uśmiechnęła się do siebie. To już naprawdę ostatnie podmuchy zimy. Niedługo będzie mogła zaprosić przyjaciółki na rejs. Lubiły przecież te odmienne spotkania na wodzie, otwartą przestrzeń zamiast czterech ścian, szum wiatru i dzikie krzyki mew, zamiast miejskich gwarów. Wanda pchnęła niską, metalową furtkę i skręciła w żwirową dróżkę, prowadzącą do domu Agnieszki i Andersa. Na trawniku, wśród brunatnych kęp zeszłorocznej trawy, zakwitło poletko krokusów. Wanda nie mogła oprzeć się pokusie i zerwała jeden. Przytykając go do nosa w poszukiwaniu zapachu ruszyła w dalszą drogę. Żwir chrzęścił jej pod stopami. Ten chrzęst! Dawno zapomniane obrazy stanęły jej przed oczami. Małe, duszne kino, pestki słonecznika pod nogami, polska wiosna sprzed ponad trzydziestu lat w małym miasteczku, Staszek... Potknęła się zamyślona o schodek prowadzący do willi. Nie zauważyła, że Anders czekał na nią w otwartych drzwiach z ponurym wyrazem twarzy. 

 - Nie mogłem iść z chłopakami na mecz – powiedział. – Dostaliśmy pilne zamówienie i mam jeszcze mnóstwo roboty. One tam już na ciebie czekają. – Machnął ręką w stronę pokoju, z którego dochodziły ożywione głosy. – Zostawicie mi chociaż trochę kaszanki? – Zapytał i nie czekając na odpowiedź powlókł się ociężale w stronę schodów prowadzących do sutereny, gdzie mieściło się biuro. 

Anders zakochał się nie tylko w Agnieszce, ale i w polskiej kuchni. Jadał nawet flaki. Agnieszka twierdziła jednak, że robił to tylko po to, żeby się potem chwalić przed kolegami swoją brawurą. 

Wanda powiesiła płaszcz na wieszaku i zdjęła wilgotne buty. Pleciony chodnik na korytarzu chrzęścił pod jej bosymi stopami. Stanęła na progu i pomachała krokusem.

 - Cześć! Jak się macie! Kopę lat! – zawołała wesoło. – Wiosna idzie.

 - To ma być wiosna? – Dorota wskazała na wielkie płaty śniegu wirujące ciężko za oknem. 

 - Trzeba jej się dać napić, bo ona już sama nie wie, co mówi z tego zimna. – Teresa nalała jarzębiaku do czwartego kieliszka. – Do pół masztu, kapitanie, żeby było sprawiedliwie. – Zdecydowała, wskazując na opróżnione do połowy trzy kieliszki. Wanda wypiła posłusznie i podała Agnieszce torbę z kaszanką i sernikiem. 

 - Masz tu zagrychę – powiedziała – zgodnie z zamówieniem. My sobie w końcu zrujnujemy żołądki tym okropnym żarciem. Nigdy jedno nie pasuje do drugiego. Nie mogłybyśmy chociaż raz zjeść jak ludzie? 

 - Nie zrzędź – odpowiedziała Teresa. – Raz w miesiącu można sobie pozwolić na odrobinę kulinarnego szaleństwa. Mnie to przypomina studenckie czasy. Wydawało się forsę na ciuchy albo na inną strawę duchową, a potem żarło, co popadnie. – Ugryzła kawałek kaszanki i zawołała: 

 - No, popatrzcie na mnie, czy mi nie ubyło lat? 

 - Ja się tak właśnie poczułam w drodze do Agnieszki – powiedziała w zamyśleniu Wanda. – Jakby mi ubyło ze 35 lat. Przypomniała mi się moja pierwsza miłość. Jeżeli to w ogóle można nazwać miłością. Takie śmieszne, niedojrzałe zadurzenie. Przez całe lata o tym nie pamiętałam.

 - Super! – Teresa była pełna zapału. – To będzie świetna zabawa! Musimy sobie wszystkie przypomnieć o tym, o czym nigdy nie opowiedziałyśmy swoim mamom ani mężom. Wyciągniemy na światło dzienne grzeszki naszej młodości i pośmiejemy się. Nie mogę się już doczekać! No, kto zaczyna?

 - Myślę, że ja – zgłosiła się Wanda. – Przecież to mnie pierwszą dopadły wiosenne nastroje.

Opowieść Wandy