Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 532 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Długi weekend - Wiktor Hagen

Kilka dni w opustoszałym mieście, czyli drugi tom kryminalnego cyklu z sympatycznym komisarzem Nemhauserem! Warszawa, wiosna, w życiu komisarza mogą nastąpić zmiany... Kiedy znany ekolog ginie w wypadku, nic nie wskazuje na morderstwo. Cała Polska przygotowuje się do długiego weekendu, wszyscy żyją zbliżającym się wyjazdem. Ale nie komisarz Nemhauser, który tym razem nigdzie się nie wybiera. Musi bowiem zostać z dziećmi, a jego żona Paula wyjeżdża do Amsterdamu, by tam wziąć udział w szkoleniach, przejść testy i stoczyć ostateczną bitwę o atrakcyjną posadę. Nudę zbliżającego się weekendu w opustoszałym mieście przerywają kolejne wydarzenia. Do restauracji, w której gotuje Nemhauser, ma zawitać incognito znany krytyk kulinarny - jego opinia to być albo nie być każdej knajpy - a w podwarszawskim lesie zostaje znalezione ciało profesora uniwersytetu. Czy to zdarzenie wiąże się ze śmiercią ekologa? I czy sprawy te mają coś wspólnego z budową autostrady, która zbliża się do Warszawy? Komisarz Nemhauser będzie szukał odpowiedzi w czasie długiego weekendu, usiłując pogodzić to z opieką nad dziećmi i gotowaniem w restauracji.

Opinie o ebooku Długi weekend - Wiktor Hagen

Fragment ebooka Długi weekend - Wiktor Hagen

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2011Wydanie I Warszawa 2011

Redaktor serii: Filip Modrzejewski

Redakcja: Katarzyna Pawłowska Korekta: Monika Baranowska, Małgorzata Denys Redakcja techniczna: Paulina Potrykus-Woźniak

Projekt okładki, stron tytułowych: Szymon Wójciak Projekt logo serii: Marek Goebel Fotografia na I stronie okładki: © Wiktor Hagen Fotografia autora: z archiwum prywatnego autora

Wydawnictwo W.A.B. 02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5 tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11wab@wab.com.pl www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka Piaseczno, Żółkiewskiego 7A

ISBN 978-83-7747-295-8

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

WIKTOR HAGEN

TAJEMNICZY AUTOR KRYMINAŁUGRANATOWA KREW (W.A.B.2010), URODZIŁ SIĘ MA POCZĄTKU LAT SIEDEMDZIESIĄTYCH W POLSCE. MATKA BYŁA POLKĄ, OJCIEC FRANCUZEM. PIERWSZE LATA ŻYCIA SPĘDZIŁ W KRAJACH ARABSKICH: JEGO OJCIEC WYKŁADAŁ HISTORIĘ NA UNIWERSYTECIE W KAIRZE, ZAŚ W ALEPPO PROWADZIŁ BADANIA NAD HISTORIĄ MIASTA. HAGEN MIESZKAŁ NA ZMIANĘ WE FRANCJI I W POLSCE. STUDIOWAŁ ANTROPOLOGIĘ KULTURY NA UNIWERSYTECIE W AIX-EN-PROVENCE. PO UKOŃCZENIU STUDIÓW POMAGAŁ PRZYJACIELOWI PROWADZIĆ RESTAURACJĘ W PARYŻU. SPĘDZIŁ KILKA MIESIĘCY W INDIACH, KRĘCĄC FILMY DOKUMENTALNE I ROBIĄC ZDJĘCIA DLA POLSKICH I ZAGRANICZNYCH PISM ILUSTROWANYCH. PASJONAT GOTOWANIA W RÓŻNYCH STYLACH ORAZ FOTOGRAFII. Z PRZEKONANIA ALTERGLOBALISTA, DOMATOR I ZAPALONY PODRÓŻNIK, NIEUSTANNIE STARA SIĘ POGODZIĆ TE SPRZECZNOŚCI. INTERESUJE SIĘ PSYCHOLOGIĄ, HISTORIĄ JEDZENIA, HISTORIĄ ZBRODNI, LUBI TAKŻE LITERATURĘ DZIECIĘCĄ. NA STAŁE MIESZKA W POLSCE.

1

Zaskoczył go ten telefon dzwoniący rozpaczliwie z samego rana. Nie pamiętał, gdzie położył aparat, więc przerzucił poduszki i wreszcie znalazł go pod łóżkiem. Odebrał, nie spojrzawszy, kto dzwoni.

Nie widział jej od lat, właściwie dziesięcioleci, i kiedy zaczęła mówić, na początku nie poznał głosu.

– Cześć, tu Dorota, znalazłbyś dla mnie chwilę?

Zamarł z Metodym pod pachą, starając się bezgłośnie nakłonić Cyryla, żeby przestał bić brata misiem po głowie. Metody wrzeszczał, Cyryl zresztą też i Nemhauser pomyślał po raz tysięczny, że za chwilę oszaleje.

– Dorota – powiedział i zagubiony powtórzył niepotrzebnie: – Dorota.

– Tak, i słuchaj, to w miarę pilne. Nie chciałabym cię ponaglać, ale wiesz… Muszę się z tobą zobaczyć. Po prostu muszę.

– No jasne – powiedział, niosąc Metodego do kuchni i starając się utrzymać komórkę między uchem a ramieniem. Nie miał pojęcia, jaka Dorota.

Krzyki bliźniaków musiały chyba dojść do uszu jego rozmówczyni, bo nagle przestała mówić.

– Słuchaj, to chyba niedobry moment, jesteś pewnie zajęty. To co? Może jutro? Znalazłbyś chwilę czasu?

– Hmmm – powiedział, nie bardzo wiedząc, co robić.

– Może w naszym dawnym miejscu? – zaproponowała.

– Nie, nie – zaprotestował trochę zbyt gwałtownie. Nie chciał się kompromitować i dopytywać, co to za dawne miejsce. – Może gdzieś na mieście?

– Wiesz co, najlepiej będzie, jeśli wpadniesz do mnie – zadecydowała po chwili milczenia. – Przeprowadziłam się za miasto, do Konstancina. Właściwie pod Konstancin, ale na jedno wychodzi. Mogę przysłać po ciebie samochód.

– Samochód?

– Kierowcę, żebyś się nie zgubił – potwierdziła.

– Ach, kierowcę – parsknął, sądząc, że żartuje.

– Może podjechać około osiemnastej? Będziesz już po pracy?

Mruknął coś niewyraźnie, co wzięła za potwierdzenie.

– Świetnie – ucieszyła się.

– Trafię sam, daj adres – mruknął, sadzając bliźniaki po przeciwnych stronach stołu i grożąc palcem, kiedy Cyryl wystrzelił czekoladowymi płatkami w stronę Metodego.

– Czarnów, ulica Jałowcowa i. Ale naprawdę będzie ci trudno. To las, żadna ulica, nawet nazwa nigdzie nie wisi. Przyślę po ciebie Macieja. Pod ambasadą chińską? Może być?

– Dobra, do zobaczenia – zakończył.

Spojrzał na kawałek serwetki, na którym zanotował adres. Świetnie, jutro po południu widzę się z kobietą, o której nie wiem nic, w sprawie, o której też nic nie wiem.

– Co tam mruczysz? – Paula wyjrzała z łazienki. – Dzwonił ktoś?

Nemhauser westchnął. Mógł być pewien słuchu absolutnego swojej żony. Gdyby chciał ją kiedyś zdradzić, nie miałby żadnych szans. Wiedziałaby o zdradzie i kobiecie, z którą ją zdradza, szybciej i więcej od niego.

Streszczał jej rozmowę, obserwując, jak otwiera coraz szerzej oczy.

– Jedziesz jutro do jakiejś babki i nie wiesz po co? – zapytała powoli.

– Nie, no – zaczął i umilkł.

Pomyślał, że to nie najlepsza chwila, żeby zaczynać awanturę. Paula, odkąd miesiąc wcześniej dostała propozycję pracy w Bellaqua, olbrzymiej firmie handlującej żywnością, nie mogła sobie znaleźć miejsca. Firma zaprosiła ją i pozostałych dwóch kandydatów do Amsterdamu, gdzie mieli spędzić kilka dni, walcząc ze sobą o posadę. Wyjazd miał nastąpić za chwilę i Paula zadręczała się – ale jak cicho uważał, głównie jego – rozważaniami, co może wydarzyć się na miejscu. Była jak chodząca bomba zegarowa i Nemhauser najchętniej schodził jej z drogi pod byle pretekstem. Jutrzejszy wyjazd był właściwie też ucieczką z domu. Przecież mógł przełożyć spotkanie, wymówić się wyjazdem na długi weekend, ale skwapliwie się zgodził i przyjął zaproszenie od dawnej dobrej znajomej, której w ogóle nie kojarzył.

– Urwiesz się z domu i ja zostanę z tym wszystkim na głowie. – Wskazała nieokreślonym gestem bliźniaki obrzucające się resztkami purée, zachlapany jedzeniem obrus i stos naczyń w zlewie. – Czy to daleko?

– Daleko? – Z początku nie zrozumiał.

– No, czy ta kobieta daleko mieszka.

– W… zająknął się, chcąc powiedzieć: w lesie, i zrozumiawszy ewentualne następstwa tej informacji, trochę za szybko dokończył: – W centrum.

– Dobre i to, ale błagam, nie siedź długo.

Pokiwał głową i ruszył zabrać bliźniakom talerze.

I wtedy sobie przypomniał. No jasne. Dorota.

2

Drobna szatynka, którą spotkał na zajęciach z historii starożytnego Rzymu. Wpadł spóźniony i zajął ostatnie wolne miejsce. Z początku nie zauważył, że obok siedzi ona. Dopiero po kilkunastu minutach, kiedy trąciła go w bok i podała zwiniętą kartkę, podniósł wzrok znad notatnika. Rozprostował ją ostrożnie, spodziewając się znaleźć tam nie wiadomo co. Zobaczył ciąg rysunków i dopiero po chwili zorientował się, że kartka obiegła salę dookoła i każdy dorysowywał kolejną scenkę, której bohaterem miał być wykladowca. Nemhauser bez chwili zastanowienia narysował go w kostiumie Batmana spadającego na uniwersytet. Dorota zajrzała mu przez ramię i cicho się zaśmiała.

On studiował historię, ona archeologię i tylko na jedne zajęcia chodzili wspólnie. Nemhauser wiedział, że kochała się w niej połowa chłopaków z roku. Zadarty nos, figlarne dołeczki w policzkach, kiedy się śmiała. Słyszał, że pochodziła z dobrego domu, rodzice byli ustawieni, a Dorota co roku jeździła na zagraniczne wakacje i miała własne mieszkanie, co wtedy dla niego i jego kolegów było abstrakcją. Po pierwszym roku kontakt trochę się urwał, chodzili na różne zajęcia w różnych grupach, ale jak przez mgłę przypomniał sobie, że rzeczywiście, bywali kilkanaście razy większą grupą w Harendzie, pubie na tyłach uniwersytetu, i pewnie właśnie to miała na myśli, mówiąc o ich miejscu.

Ale czego właściwie od niego chciała? Zirytował się. Powinien ją zapytać, o co właściwie chodzi, a nie po prostu zgodzić się na spotkanie. I to w dodatku gdzie, na jakimś zadupiu. Odetchnął głęboko. Znowu się wpakował.

Wrócił do kuchni, żeby dokończyć obiad. Dziś miała być zupa fasolowa, a on oczywiście zapomniał namoczyć fasolę na noc i teraz usiłował to nadrobić dłuższym gotowaniem. Spróbował wyłowić z zupy kolejną fasolkę, ale ta też okazała się twarda. Tym razem postawił na wersję meksykańską. Zamiast boczku czy wędzonki użył hiszpańskiej ostrej kiełbaski chorizo, którą podsmażył z cebulką i czosnkiem. Dołożył pomidora, którego potem zmiksował z częścią fasoli, drobno pokrojonych kartofelków i ziół i teraz był ciekaw rezultatu.

Wyłowił kolejną fasolkę, ale ta również nie dawała nadziei na to, że zupa będzie gotowa wcześniej niż za godzinę. Na szczęście bliźniaki najadły się płatkami i purée, Paula szukała czegoś w szafie, a poza tym od tygodnia nic nie jadła, a przynajmniej Nemhauser miał takie wrażenie i podejrzewał, że odchudza się na wyjazd, czemu ona uparcie zaprzeczała, twierdząc, że po prostu nie ma apetytu.

Kiedy położyli już dzieci spać, Nemhauser ciężko padł na fotel.

– Nie opowiadałeś, co się działo w pracy. – Paula usiadła naprzeciwko i wzięła go za rękę.

Potrząsnął zniechęcony głową.

– Nic. Kompletnie nic. Szykuje się exodus. Spojrzała na niego zdziwiona. Roześmiał się.

– Nie ten biblijny, tamten był jeszcze do ogarnięcia. Nie, nie. Zwykły exodus długoweekendowy. Konsul obiecał, że puści nas na urlop, jeśli przeczyścimy szafę.

– Wyczyścicie?

– Nie. Przeczyścimy. Czyli przeniesiemy wszystkie teczki z kupki „do zrobienia”, do kupki „zrobione”.

– Hmmm, to nie wydaje się skomplikowane.

– Rzeczywiście. Gdyby trzeba było tylko przenieść. No ale jeszcze trzeba wyjaśnić, wypełnić, czasem przesłuchać. Zgroza. Ale jak wiadomo, osiołek szybciej biegnie, jeśli widzi marchewkę. Czy ty wiesz, że nawet Mario z tej okazji zaczął szybciej pisać na komputerze?

– Serio? – Paula podniosła zdumiona brwi. Mario, partner Nemhausera, nie znosił komputera. Komputer odwzajemniał tę niechęć, zawieszając się albo wyłączając przed końcem pracy i zjadając świeżo napisany raport.

– Nie poznaję go. Perspektywa wyjazdu na długi weekend z narzeczoną zmieniła go nie do poznania. Czy ty wiesz, że nawet teraz siedzi w pracy i wypełnia to wszystko?

– Jakoś go specjalnie nie żałuję, kiedy sobie wyobrażę, jak wyjeżdża z Andżelą na ten urlop. – Paula zakrztusiła się herbatą. – A gdzie jedzie?

– Chyba do Kazimierza. – Nemhauser wzruszył ramionami. – No wiesz, nocne życie i te rzeczy.

– Zwłaszcza te rzeczy. – Paula uśmiechnęła się, przypominając sobie Andżelę, od niedawna oficjalną narzeczoną Maria, która wyglądała tak, jakby startowała w konkursie na sobowtórkę Dody, a kto wie, może nawet ten konkurs wygrała. – Sama bym na nią poleciała. Przynajmniej do chwili kiedy zacznie mówić. Szkoda, że nie damy rady wyjechać.

– Zdarza się. – Nemhauser nalał sobie jeszcze earl greya z dzbanuszka i sięgnął po cukier. – Zresztą nieduża strata. Kiedy sobie przypomnę, co przeżyliśmy w zeszłym roku w długi weekend nad jeziorem… Pamiętasz tą straszną babę?

Pojechali do szeroko reklamowanego gospodarstwa agroturystycznego na Mazurach, zachwalanego też przez znajomą Pauli.

„Położony nad potokiem domek jak ze snu, dwa kroki od jeziora” okazał się gierkowską kostką oddaloną o pół kilometra od wątłej, mulistej rzeczki, wpadającej trzy kilometry dalej do brudnego jeziora zapełnionego motorówkami. W dodatku strumyk był zanieczyszczony i nie można było w nim zamoczyć nawet nogi, o czym powiedziała im miejscowa kobieta i na dowód zdjęła but i pończochę, by pokazać im stopę pokrytą wypryskami. Skarżyła się, że w ośrodku zdrowia ją lekceważą i zapisali ją na wizytę za miesiąc, a przecież Bóg wie, co przez miesiąc może się z tą nogą stać. Nemhauser szybko przyznał jej rację, mając nadzieję, że kobieta włoży buty, ta jednak, zachęcona sukcesem, gadała przez cały czas o miejscowej fabryce, która zatruwa rzekę i miejscowych od kilku lat, płynnie przeszła do oskarżeń, że za komuny to by tak być nie mogło i ktoś by się jej nogą zajął, ale teraz wszystko rozprzedane obcym, fabryczką rządzi jakiś Włoch, a z takim to nie idzie się w ogóle dogadać.

Uciekli wreszcie do swojego pokoju, w którym stały cztery identyczne, smutne i tanie sosnowe łóżka zajmujące przestrzeń od ściany do ściany. Usiłowali wymyślić, co można by tu robić. Tymczasem zaczęło padać i Nemhauser błogosławił Paulę, że zmusiła go do zabrania laptopa, na którym bliźniaki oglądały bajki, a oni, leżąc na swoich łóżkach, czytali gazety, które udało im się kupić po drodze.

Czary goryczy dopełniła pani Tereska, właścicielka, która zapytana o pralkę, powiedziała, że chyba nie wyobrażają sobie, że każdy, kto przyjedzie na weekend, nawet ten długi, pięciodniowy, będzie sobie u niej prał. Przecież ona nie prowadzi pralni, tylko eleganckie gospodarstwo z wygodami i dużo ludzi z Warszawy zamawia sobie u niej miejsce pół roku wcześniej, ale to ludzie na poziomie, którzy piorą w domu.

To ostatnie zirytowało Nemhausera, ale Paula odciągnęła go na bok i wytłumaczyła, że dadzą sobie radę, wysuszą spodnie chłopców na kaloryferze i jakoś to będzie. Rzeczywiście jakoś to było, chociaż kaloryfer okazał się zimny, mimo że na zewnątrz się ochłodziło i było najwyżej piętnaście stopni. Do dziś chrzęściły mu w ustach słynne litewskie pierogi pani Tereski, tak zachwalane przez znajomych, którzy polecili im ten dom – według niego po prostu kupione w hurtowni, oraz prawdziwe mazurskie kotlety, w których – co stwierdził jako fachowiec – zawartość bułki sięgała osiemdziesięciu procent i już filozoficznie zaczął się zastanawiać nad składem innych mazurskich produktów. Wcale się nie zdziwił, kiedy w zajeździe nad jeziorem, gdzie mieli ochotę zjeść smażoną rybę, zaproponowano im filety z pangi, dorady lub morszczuka. Kelnerka zdziwiła się, kiedy zapytał, czy jest jakaś świeża ryba, i powiedziała, że przecież panga wszystkim smakuje, a świeżych nie ma, bo skąd wziąć. Wskazał za okno na jezioro, ale rozwiała jego nadzieję, mówiąc, że nikomu nie opłaca się przecież łowić, a wietnamska panga jest naprawdę smaczna.

W tym roku miało go to wszystko ominąć. Zostawał na dyżurze. I właściwie choć codziennie przyjmował wyrazy współczucia, które wzbudzała jego odpowiedź na sakramentalne pytanie: A wy gdzie się wybieracie na długi weekend?, to tak naprawdę był zadowolony.

3

Wpadł do pokoju na komendzie spóźniony jak zwykle, zastanawiając się, czy ktoś go na tym nie przyłapie.

Nemhauser, dorośniesz kiedyś? – zapytał sam siebie. Nienawidził się spóźniać, ale się spóźniał. Złościło go to i wprawiało w nieustanne poczucie winy. Zawsze mógł przecież powiedzieć, że przesłuchiwał świadka i nikt by mu nie udowodnił, że było inaczej.

Zamknął z rozmachem drzwi. Zaskoczyła go cisza. Omiótł wzrokiem kilka zdezelowanych biurek poustawianych pod ścianami. Zielonkawa farba gdzieniegdzie łuszczyła się, linoleum na podłodze koloru gównianego – jak określił je kiedyś Mario – popękało. Całość gwałtownie domagała się remontu. Ten miał jednak nigdy nie nadejść, jak wynikało z opasłej księgi zatytułowanej „Wytyczne do budżetu na lata 2010–2015”, którą Nemhauser podejrzał kiedyś u Duni na biurku.

Energicznie postawił torbę na krześle i klepnął z rozmachem w plecy faceta siedzącego przy sąsiednim biurku.

– Przyszedłem. Halo?

– Mhm – mruknął tamten, z napięciem stukając w klawiaturę.

– Dobra, czyli operacja Długi Weekend trwa. – Westchnął. – Miałem kiedyś kumpla. Nazywał się Mario. Odzywał się, kiedy mówiłem „cześć”.

– Mhm – mruknął Mario. – Cześć. Zaraz skończę. Ty, a myślisz, że będzie pogoda? Nie teraz, ale w długi weekend? Bo w telewizji to różnie mówią.

Nemhauser westchnął, usiadł przy biurku i ogarnął wzrokiem stertę teczek, raportów i luźnych kartek leżących na blacie. Tracił nad tym wszystkim kontrolę i bał się, że jak tak dalej pójdzie, to za kilka miesięcy papiery go zaleją. No tak. Przypomniał sobie, że taka sama myśl naszła go rok temu i jakoś nic się nie wydarzyło. A gdyby w ogóle przestał coś z tym robić? Może nikt by nic nie zauważył? Był pewien, że większości papierów nikt już nie czyta. Gdyby tak wypełniać je tylko na pierwszej stronie – wpadł na szalony pomysł.

Niechętnie sięgnął po najbliższą teczkę. „Jakim cudem udaje się wam jeszcze kogoś złapać, jeśli obowiązkiem policjanta jest wypełnienie takiej góry papierów”, spytała go kiedyś Paula. „No cóż, niektórzy sami się zgłaszają na posterunek”, przypomniał jej przypadek znanego gangstera o wdzięcznej ksywie Golonka, którego policja bezskutecznie poszukiwała przez dwa lata i pewnie nadal by szukała, gdyby Golonka zirytowany hałaśliwą rodziną mieszkającą piętro nad nim w bloku w Legionowie, gdzie się ukrywał, nie wezwał w nocy policji, żeby uspokoiła sąsiadów i pozwoliła porządnym obywatelom spać. Patrol pouczył hałaśliwych sąsiadów, którzy faktycznie ucichli, i już miał odjechać, kiedy jeden z funkcjonariuszy zauważył, że uszczęśliwiony lokator jest podobny do poszukiwanego listem gończym Golonki. „Nie było to takie trudne”, zakończył Nemhauser i wyjaśnił powody niezwykłej spostrzegawczości policjantów: „Facet miał wytatuowanego na czole byka. Rzucał się w oczy”.

– No dobra. – Mario westchnął, wstał i przeciągnął się. – Prawie wszystko. Rekord.

Nemhauser pokiwał z podziwem głową, patrząc na niemal czyste biurko przyjaciela.

– To co? Skoczymy na fajeczkę? – Mario uśmiechnął się, rozprostowując swoje dwa metry i sto dwadzieścia kilo.

Nemhauser kiwnął głową i ruszył za nim. Rzucił palenie kilka miesięcy temu, ale wciąż z przyzwyczajenia chodził na korytarz. A poza tym nie chciało mu się jeszcze siadać do odmóżdżającej papierkowej roboty.

– Te komputery to nawet niegłupie są – zaczął Mario, zapalając papierosa.

– No – przytaknął Nemhauser ze śmiertelną powagą. W ustach Maria takie stwierdzenie było czymś równie niezwykłym, jak homilia papieża mówiącego, że w zasadzie nie ma rozsądnych powodów, by księża się nie żenili.

– Siedzę sobie tak wczoraj na dyżurze, nic się nie dzieje, to z nudów włączyłem i poszukałem czegoś w tym Kazimierzu – ciągnął Mario. – I ty wiesz, że przypadkiem znalazłem pokój za stówę.

– A ten poprzedni…? – zapytał Nemhauser.

– Ten pensjonat, co miałem zarezerwowany? Babka wołała dwieście pięćdziesiąt za dzień, to niech się schowa z taką ceną, kto do niej przyjedzie, Kulczyk z żoną? Ale wyobraź sobie, że się ucieszyła, że skasowałem rezerwację. Powiedziała, że ma już chętnych za trzy stówy. Może jednak Kulczyk. I wyżywienie obowiązkowe za stówkę.

– Oni już raczej ze sobą nie jeżdżą – przypomniał Nemhauser.

– Pies ich ganiał. – Machnął ręką i strząsnął popiół do kwiatka stojącego w kącie. – Jak ma być w tym kraju dobrze, jak chcą od ciebie tyle za pokój.

– Może to znaczy, że już jest dobrze? – podsunął Nemhauser, ale Mario zbył go ruchem ręki.

– W każdym razie wziąłem pokój, zadzwoniłem do Andżeli, jest dobrze.

Nemhauser pokiwał głową. Mario, jeszcze niedawno będący rozsądnym człowiekiem, teraz całkowicie wpadł, zadurzony w długonogiej blondynce, spotkanej niespełna dwa miesiące temu przy okazji prowadzonego śledztwa. Andżela była prawie dwa razy od niego młodsza, miała duży biust, który dziwnym trafem zawsze odsłaniał się w nieoczekiwanych miejscach, i uwielbiała łączyć krótkie spodenki z długimi kozaczkami za kolana, noszonymi niezależnie od pory roku. Tak przynajmniej sądził. Widział ją w takim stroju zimą, wczesną wiosną, a pierwsze cieplejsze słoneczne dni nie zmieniły jej wyglądu.

Nemhauser ze zdumieniem obserwował, jak Mario, jeszcze niedawno chodzący w rzeczach, które mogły być darami PCK, teraz ubiera się coraz bardziej elegancko. Choć przyznać trzeba, że była to elegancja z likwidowanego właśnie Stadionu X-lecia, a nie centrum handlowego Arkadia. Teraz Mario miał na nogach czarno-czerwone sportowe buty zamiast mokasynów z kutasikami, a w miejsce odwiecznej dżinsowej kurtki Levisa, o której od lat sądził, że jest szczytem mody, białą koszulę ze smokiem, który zaczynał się na plecach, okręcał przez pokaźny brzuch Maria i kończył się na jego piersi, co wywoływało, przynajmniej w przekonaniu Nemhausera, niezamierzony efekt komiczny.

– No więc jedziecie. – Nemhauser kiwnął głową.

– A jak? A wy? O kurde, wciąż zapominam. Zostajesz. Masz przerąbane, chłopie.

– Mhm, wiesz, jak jest – mruknął Nemhauser, postanawiając nie zdradzać się z tym, że przesadnie nie cierpi.

– Wszystko zaplanowałem, więc tak, wyjeżdżamy, na miejscu jesteśmy wieczorem. Idziemy do knajpy coś przekąsić, bo po podróży jesteśmy głodni. Potem spacer po rynku i do łóżka.

– Jasne – przytaknął Nemhauser.

– Bo Andżela narzeka, że ja wciąż w pracy siedzę i ona się nudzi – wyjaśnił Mario. – Następnego dnia wypożyczymy rowery i będziemy eksplorowali wąwozy…

– Mario…

– A potem przejedziemy się statkiem po Wiśle, kolacja i do łóżka. Kolejny dzień…

– Mario…

– Wyprawa na targ staroci, potem jest odpust, zabawa taneczna, kolacja i do łóżka.

– Mario, chwila.

Olbrzym zgasił papierosa w doniczce i popatrzył na niego wyczekująco.

– No?

– Może niekoniecznie trzeba planować wszystko od rana do wieczora. Kobiety tego nie lubią. No, nie zawsze w każdym razie.

– Nie? – Mario wyglądał na zbitego z tropu.

– Może trochę luzu.

– Znaczy co?

– Bo ja wiem. Coś widzisz, proponujesz i ruszacie.

– Ale ona wciąż narzeka, że ja jestem taki niezdecydowany i bez planu.

– Wiesz, może jej chodzi o co innego?

– O co niby?

– A mówi coś o dzieciach? Albo o małżeństwach?

– Cały czas. Wczoraj nawijała cały wieczór o jakimś wujku. Dasz wiarę, że facio znał ciocię, znaczy wtedy nie była ciocią, tylko siksą z Grochowa, no to znał ją dwa tygodnie i poleciał się oświadczać, kretyn jeden.

– I co?

– I nic, żyją sobie. Wyciągnęła mnie do nich w zeszłym tygodniu. Mieszkają przy Wiatracznej. Kamienica taka bardziej obszczymurska, ale mieszkanko nie powiem…

– Mario…

– No co, ładnie sobie urządzili.

– Mario, ona ci mówi, żebyś się z nią ożenił.

– Zalewasz. Nic mi nie mówiła o tym, tylko o wujku i…

– No…

– I jeszcze o jakiejś przyjaciółce, że spotkała gościa z alfa romeo, a ten zaraz wystartował do niej i mają bobasa… Ty serio?

– Serio, serio.

– Nie, chwila.

– Opowiada ci cały czas, co by chciała, a ty jak kołek zabierasz ją na rejs po Wiśle.

– Jasny gwint.

– No.

4

Wyszedł z pracy wcześniej, wymówiwszy się przesłuchaniem. Musiał odebrać bliźniaki z przedszkola, zawieźć do domu, zrobić obiad, no a potem odwiedzić znajomą ze studiów. Kilka razy powtarzał sobie ich rozmowę, usiłując dojść, czego Dorota właściwie chciała. Przez lata nie utrzymywali kontaktów, nie miał pojęcia, co się z nią działo przez cały ten czas, i zastanawiał się, czy warto nadrabiać ten brak.

Zaparkował przed przedszkolem, zadowolony, że przynajmniej tu się nie spóźnił. W korytarzu usłyszał, że ktoś go woła, zatrzymał się i obejrzał. Syknął w myślach, kiedy zobaczył kostyczną wychowawczynię, której nie cierpiał. Zbliżała się do niego z zaciśniętymi ustami. Wzdrygnął się mimowolnie. Nie wiedział, co go tak odstręczało w tej kobiecie. Po pięćdziesiątce, chuda, najwyraźniej samotna i nieopuszczająca żadnej okazji, by pokazać, kto rządzi w tym przedszkolu.

Rządziła oczywiście ona.

– Proszę pana, mam tu listę. Czy państwa dzieci będą korzystać z przedszkola drugiego maja?

Zastanowił się przez chwilę, starając się przypomnieć sobie, o jaki dzień tygodnia chodzi.

– Tak – potwierdził.

– Jest pan pewien? – ponowiła pytanie.

– Tak, jestem pewien, żona wyjeżdża, zostaję sam i idę do pracy – zaczął się tłumaczyć, ale zaraz przestał, zły na siebie, że daje jej powód do dyskusji.

– No tak, inni rodzice nie zapisali dzieci – powiedziała.

– Może nie pracują. – Wzruszył ramionami.

– Być może, ale może pan coś załatwić.

– Co załatwić?

Teraz ona wzruszyła ramionami.

– Cóż, jak na razie tylko pan chce, żeby przedszkole było w tym dniu otwarte.

Dopiero teraz zrozumiał, o co chodzi, i uśmiechnął się w duchu. Przedszkolanki też chciały zamknąć przedszkole na cztery spusty i wyruszyć na długi weekend.

– No cóż… – Uśmiechnął się i naprawdę chciał, żeby nie był to bardzo złośliwy uśmiech. – Pomyślę.

– Bardzo byłabym panu wdzięczna. – Przedszkolanka też się uśmiechnęła, choć właściwie nie było to dobre określenie. Nemhauser widział kiedyś mieszankę owczarka kaukaskiego z rottweilerem. Psa zabójcę, którego policyjni komandosi wyprowadzali z mieszkania. Nemhauser przysiągłby, że „ciocia Jadzia” wyszczerzyła się tak, jak ten pies wtedy.

Szybko zapakował dzieci do samochodu, wciąż nieobecny myślami. Nie zwracał uwagi, kiedy chłopaki pokłócili się na śmierć i życie. Zdaje się o to, która strona jest lewa, a która prawa – mieli co do tego inne zdanie. A kiedy już sądził, że doszli do porozumienia, prawie pobili się o to, czy Gwiazdka jest zimą. Pogwizdując, dowiózł ich do domu. Zaparkował pod Mini Europą na Bonifraterskiej, bo akurat zwolniło się miejsce. Poprzedniego dnia krążył kilkanaście minut, usiłując znaleźć skrawek miejsca. A jeszcze kilka lat temu stawał po prostu pod domem. Zerknął na zegarek. Miał jeszcze godzinę do wyjazdu. Zdecydował, że puści dzieci na podwórko, zanim zacznie robić obiad. Dziś domagały się naleśników, co skwitował wzruszeniem ramion. Dzieci najwyraźniej odżywiały się seriami. Syn znajomych już od miesięcy żywił się tylko paluszkami rybnymi i zielonym groszkiem. Jego dzieci od kilku tygodni nie jadły nic prócz naleśników z cukrem, purée ziemniaczanego, jabłek i smażonej cebuli. I to tyle, jeśli chodzi o dietę dziecięcą – pomyślał. Oglądał niedawno propozycje dań dla maluchów w jakimś piśmie dla rodziców. Uśmiechnięta mama podawała uśmiechniętym dzieciom kilkudaniowy obiad z warzywkami, a uśmiechnięte dzieci zajadały, aż się uszy trzęsły, nie zostawiając ani kawałka na sobie, obrusie lub mamie. „I widzisz, zawsze uważałem, że media kłamią”, powiedział, pokazując sesję Pauli, która również nie mogła oderwać od niej wzroku. Dopiero po chwili zorientował się, że kontempluje tatusia rodziny, nieco na uboczu, uśmiechniętego drągala z blond lokami i muskułami zdradzającymi miesiące na siłowni. „Zapomnij, nie ma takich ojców” – zamknął jej pismo.

5

Nie wiedział, czego ma się spodziewać, ale na pewno nie spodziewał się tego. Stał w umówionym miejscu pod ambasadą chińską na Bonifraterskiej. Dorota powiedziała mu, że o osiemnastej po niego podjedzie. Rozglądał się za jakimś samochodem, kiedy usłyszał, że ktoś go woła.

– Pan Nemhauser? Zapraszam.

Odwrócił się i spojrzał z niedowierzaniem na niewysokiego mężczyznę w czarnych spodniach, białej koszuli i kamizelce w srebrne i czarne pasy. Mężczyzna wyglądał nierealnie, przypominał mu trochę Gucia ze starej bajki o pszczółce Mai, któremu nagle wyblakły paski.

– Pan Nemhauser? – powtórzył mężczyzna.

– Tak. – Skinął głową.

– Witam serdecznie. Nazywam się Maciej, jestem kamerdynerem. Będę zaszczycony, mogąc pana zawieźć do domu mojej pani.

– Eeee, tak – wydukał Nemhauser, ze zdziwieniem obserwując mężczyznę. Nie był pewien, czy facet się nie wygłupia. Przez myśl przemknęło mu, że to jakaś ukryta kamera albo wygłup kolegów i za chwilę wszyscy wyskoczą z ukrycia, rycząc ze śmiechu, że dał się nabrać. Nic jednak nie wskazywało, by tak miało być.

– Czy posiada pan bagaż? – zapytał Maciej. – Nie, w takim razie zapraszam.

Nemhauser przeniósł wzrok na samochód i cicho gwizdnął. Był to najnowszy land rover discovery 4 w wersji lux.

Umościł się na skórzanym fotelu, a Maciej zamknął za nim bezgłośnie drzwi.

– Czy życzy pan sobie słuchać muzyki? – zapytał kamerdyner, który zamienił się w szofera za sprawą rękawiczek z cienkiej skórki do prowadzenia samochodu, które właśnie naciągnął na dłonie.

– Eeee, tak. Może coś z klasyki – rzucił szybko, w obawie przed kolejnymi pytaniami.

– Znakomicie. Pani Dorota bardzo sobie chwaliRequiemGabriela Faure w wykonaniu orkiestry Saint Martin in the Fields. Czy może być?

– Tak, oczywiście – potwierdził Nemhauser.

Czuł się jak w jakimś kiepskim filmie, z którego nie można uciec, i spodziewał się, że za chwilę Maciej przedstawi mu inne wersje nagrania, by wybrał tę, która najbardziej mu odpowiada. Na szczęście mężczyzna po prostu wcisnął przycisk i z głośników popłynęła muzyka.

Land rover ostrożnie zawrócił i ruszył w stronę Konwiktorskiej. Nemhauser wyglądał przez okno, zdziwiony obcością świata przesuwającego się za oknem i dopiero po kilkunastu sekundach zrozumiał, w czym rzecz. Nie słyszał pracującego silnika, a zawieszenie tłumiło wszystkie drgania. Wydawało mu się, że płynie nad ulicą, otoczony muzyką doskonałej jakości.

Pojechali Wisłostradą w stronę Wilanowa i Nemhauserowi zdawało się, że upłynęły całe kwadranse, kiedy zadzwonił telefon.

– Kochanie, wiesz może, gdzie jest kocie jedzenie? Brutus i Cezar chodzą i miauczą, a ja nie mogę znaleźć.

– Nie ma, zapomniałem kupić. – Klepnął się w głowę.

– No dobrze, pójdziemy do sklepu i kupimy – westchnęła Paula.

Wiedział, że nienawidziła sama chodzić z bliźniakami do sklepu. Nemhauser żartował, że po przekroczeniu progu zamieniali się w małych kiboli, starających się ugryźć, zabrać lub zniszczyć wszystko na swojej drodze. On sobie jakoś z tym radził, ale Paula tylko bezradnie obserwowała niszczycielski zapał dzieci lub przeciwnie, irytowała się i wyprowadzała ich na zewnątrz, nie kończąc zakupów, tak jak polecała niania z telewizji. Miało to nauczyć dzieci spokoju i pokazać konsekwencję rodzica, niegodzącego się na takie zachowanie, ale kończyło się tym, że jego żona z dziećmi nie mogła nigdy skończyć zakupów. Najwyraźniej w telewizji jakoś to działało i może dzieci się uczyły. A może rodzice umierali z głodu, rygorystycznie przestrzegając przykazań i nigdy nie mogąc dojść do kasy? A może po prostu telewizyjni rodzice mieli Macieja, którego posyłali na zakupy?

– Dojechałeś już? – zapytała Paula.

– Eeeee, nie – mruknął, skrępowany dyskretnie milczącym Maciejem.

– Rozumiem, nie możesz mówić. Wróć szybko – poprosiła.

Przecisnęli się do Wilanowa szybciej, niż się spodziewał, mijając prawie puste ulice. Zagadnął o to Macieja, ale ten pokręcił tylko głową.

– Długi weekend – wyjaśnił. – Dużo ludzi wyjechało wcześniej. Liczyli na ładną pogodę, potem ma podobno padać deszcz.

Nemhauser skinął głową, nie chciał ciągnąć konwersacji.

Na korek trafili dopiero przed zwężeniem drogi w Konstancinie. Kierowca zręcznie wyprzedził dwie ciężarówki, potem skręcił w boczną ulicę, a po stu metrach w kolejną, jeszcze węższą. Przejechali obok wielkiego dworu, który przypominał nieco pomniejszoną kopię dworu w Pemberley zDumy i uprzedzenia.Nemhauser zastanawiał się, czy był to zamierzony efekt, i doszedł do wniosku, że pewnie tak. Tylko otoczenie nie chciało się dopasować do wizji właściciela i architekta, który usiłował ją zrealizować. Zamiast bezkresnych trawników i parków wokół posiadłości rozciągały się pola kapusty, które pewnie za kilka lat zajmą kolejne ogrodzone i strzeżone luksusowe osiedla.

Pola kapusty skończyły się, zastąpione kartofliskami, z których tu i ówdzie wyrastały samotne rezydencje, a nawet kilka miniosiedli zapełnionych minirezydencjami. Wreszcie domy i pola skończyły się i zaczął się las, w którym stały kolejne domy. Droga stawała się coraz bardziej wyboista, na poboczach leżały sterty gruzu porzucone na tyle dawno, że zdążyły już porosnąć rachitycznymi zaroślami. Kiedyś zastanawiał się, czy taki dysonans nie przeszkadza bogatym ludziom, ale sądząc z natłoku przydrożnych reklam zachwalających ostatnie wolne domy na zamkniętych luksusowych osiedlach, było wręcz przeciwnie.

Domy również się skończyły i jechali przez las. Kierowca skręcił w anonimową leśną dróżkę, a po kilkunastu metrach zaczęło się kamienne ogrodzenie, prowadzące ich do bramy z kutej stali. Maciej wcisnął coś pod deską rozdzielczą. Brama, pod którą podjechali, bezgłośnie się otworzyła. Land rover wjechał na niewielki podjazd i zatrzymał się przed rezydencją. Nemhauser wysiadł i zaczął rozglądać się ciekawie. Słyszał tylko ćwierkanie ptaków, żadnego innego dźwięku.

– Miło tu, prawda? – usłyszał niski, przyjemny głos.

Odwrócił się.

Dorota nie zmieniła się przez te wszystkie lata. Właściwie wyglądała o wiele lepiej niż prawie dwadzieścia lat temu. Pamiętał ją w dżinsach i rozciągniętych swetrach, teraz miał przed sobą szczupłą kobietę w szaroperłowym kostiumie i szpilkach, które go zdziwiły. Wokół był las i nie wyobrażał sobie, by mogła w nich chodzić nawet po starannie przystrzyżonym trawniku. Trawnik, przycięte krzewy zdradzające wprawną rękę wyszkolonego ogrodnika, kamienne kompozycje i strumyk wody sączący się ze sztucznej kamiennej górki w połączeniu z wybujałym lasem za płotem sprawiały trochę surrealistyczne wrażenie.

Jakby kawałek Wersalu wyfrunął z Francji i spadł przypadkiem w Polsce. Musiał jednak przyznać, że był to naprawdę spory kawałek.

– Pięknie tu, prawda? – Podeszła bliżej i podała mu rękę. Owionął go lekki zapach dobrych perfum. Pomyślał, że Dorota bardzo chce uzyskać potwierdzenie swojego sukcesu.

– Wspaniale – przytaknął.

– Kilka lat temu przeprowadziliśmy się z Warszawy. Wiktor nie znosi hałasu, a tu, jak sam widzisz, nikt nam nie przeszkadza.

– No tak – potwierdził, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Chciałam zawsze mieć taki angielski park i jak widzisz, jestem na dobrej drodze. Widzisz tamte krzewy? To budleja Dawida.

Nemhauser usłyszał o nich pierwszy raz w życiu, ale postanowił nie zdradzać się ze swoją ignorancją. Wystarczyło mu, że pomylił ogród francuski z angielskim.

– Przepiękne – oświadczył.

– Oczywiście niełatwo jest utrzymać to wszystko w porządku – kontynuowała. – To w końcu prawie hektar terenu.

Jeszcze raz obrzucił posiadłość wzrokiem i uznał, że kimkolwiek jest człowiek utrzymujący park w porządku i dyskretnie usuwający gałązki z trawnika, tym kimś na pewno nie jest Dorota.

– Wejdźmy do środka – zreflektowała się gospodyni. – Napijemy się herbaty i porozmawiamy.

Weszli przez wielkie, dwuskrzydłowe drzwi ozdobione wprawionym w nie witrażem. Pomyślał, że same drzwi kosztowały majątek. Przeszli przez ogromny przedpokój, pewnie wielkości całego jego mieszkania. Na ścianie królowała olbrzymia abstrakcja. Przyjrzał się jej bliżej i stwierdził, że chyba widział zdjęcie tego obrazu w gazecie. Jakiś modny malarz i cena z wieloma zerami.

– Wypijemy herbatę w salonie – powiedziała Dorota i Nemhauser skinął głową, poniewczasie orientując się, że słowa nie były skierowane do niego, a do trochę zgarbionej kobiety w nieokreślonym wieku, ubranej w sukienkę w takie same paski jak u Macieja. Kobieta natychmiast zniknęła za drzwiami, za którymi – zgadywał – znajdowała się kuchnia.

– Helena wszystkim się zajmie, opowiedz lepiej, co u ciebie. – Jeszcze raz się uśmiechnęła i położyła się na szezlongu – ascetycznym w formie i drogim tak samo jak prostym. Złapała jego spojrzenie i powiedziała usprawiedliwiająco: – Rwie mnie w plecach po jodze, muszę na chwilę rozprostować mięśnie.

Przysiadł na brzeżku skórzanej kanapy. Czuł się nieswojo w tym wnętrzu, które w spokojny i nieostentacyjny, ale bardzo zdecydowany sposób mówiło o zamożności właścicieli. Wszystko, począwszy od marmurowych kolumn – i był to marmur prawdziwy, zdążył dotknąć go ręką – służących za podstawki pod wielkie donice z kwiatami, poprzez kamienne płyty na podłodze, tak dobrze imitujące włoski trawertyn, że pewnie nim były, aż po zasłony z wzorami z życia wiejskiego, skopiowanymi z dziewiętnastowiecznych pism, mówiło o guście i randze społecznej mieszkańców.

Opowiedział kilka dyżurnych anegdotek o pracy, a potem o rodzinie, dobrze wiedząc, że muszą jakoś zabić czas do podania herbaty, która pojawiła się kilka minut później razem z tacą ciasteczek i samą Heleną, która zniknęła tak samo niepostrzeżenie, jak się pojawiła.

– Pyszna herbata – powiedział i odstawił ostrożnie filiżankę, która była jak cała reszta domu: stonowana, barwy kości słoniowej, z cieniutkim złotym szlaczkiem i sądząc po grubości ścianek – zdawałoby się niewiele grubszych od bibułki – również musiała kosztować fortunę.

– Tak, naprawdę dobra – uśmiechnęła się Dorota.

Zapadła cisza. Nemhauser chrząknął stropiony.

– Chciałaś mi o czymś powiedzieć?

– No tak. Nie wiedziałam, do kogo się zwrócić. Mamy przyjaciół o wiele wyżej postawionych… – Przerwała, kiedy zorientowała się, jak to zabrzmiało.

– Przepraszam, głupio wyszło. – Uśmiechnęła się tak jak dawna Dorota w wyciągniętym swetrze. – Mogę zacząć jeszcze raz?

– Proszę bardzo – powiedział zadowolony, że sama z tego wybrnęła.

– Mam złe przeczucia – wyznała, nerwowo kręcąc łyżeczką między palcami. – Widzisz, to naprawdę brzmi idiotycznie, ale boję się, że Wiktor zaplątał się w niebezpieczną grę.

– Wiktor…? – Pytanie zawisło w powietrzu.

– Mój mąż – wyjaśniła. – Ach, gapa ze mnie, powinnam zacząć od początku. Przecież znasz Wiktora.

Podniósł brwi zdumiony i odstawił filiżankę.

– Te zajęcia na pierwszym roku. Z historii Rzymu. Nie pamiętasz? Wiktor je prowadził.

– Wiktor. Ten Wiktor?

– No właśnie. – Uśmiechnęła się. – Ten Wiktor.

Odetchnął głęboko, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Gratulacje – wydusił wreszcie. – Nie sądziłem, że ty, że wy, przecież on był stary.

Zorientował się, że teraz to on popełnił gafę. – Dobra, remis. – Uniósł ręce w geście poddania. – Mogę zacząć jeszcze raz?

– Niech będzie. – Mrugnęła okiem jak dawna Dorota.

Przypomniał sobie te zajęcia. Wiktor Getz był wtedy doktorem. Nemhauser zapisał się trochę przypadkowo na prowadzone przez niego zajęcia z historii starożytnego Rzymu. Zapamiętał te pierwsze zajęcia. Wiktor Getz wkroczył do sali. Tak, „wkroczył” to było dobre słowo. Wysoki, wysportowany, w okrągłych okularach, świetnie leżącej marynarce i nieskazitelnie wyprasowanych dżinsach – to go zdziwiło bardziej niż zawinięty wokół szyi czerwony szalik. Odróżniał się od innych wykładowców ubranych w swetry lub anonimowe garnitury, jak kanarek wrzucony w stado wróbli.

Plotka głosiła, że doktor Getz znał biegle sześć języków. Czy była to prawda, nie miał pojęcia. Ale była to bardzo prawdopodobna plotka. Lista jego publikacji już wówczas, osiemnaście lat temu, była imponująca, a większość z nich wydano za granicą.

Już wtedy dobrze po czterdziestce i z tego co pamiętał, miał rodzinę i dorastające dzieci.

– Od dawna jesteście po ślubie? – zapytał zaciekawiony.

– No cóż, pięć lat – odparła Dorota po chwili zastanowienia. – Wiktor potrzebował kogoś do pomocy, przez jakiś czas byłam jego asystentką, przygotowywałam odczyty i sprawdzałam publikacje. Wiktorowi potrzebny był ktoś zaufany, kto potrafi zrobić korektę w języku obcym. W każdym razie bardzo się wtedy zbliżyliśmy. Zobaczyłam w nim nie tylko wybitnego naukowca, ale i bardzo wrażliwego człowieka.

– Jasne. – Nemhauser skinął głową. – Ale wróćmy do tych obaw. Czy coś się stało?

– Właściwie nie – szepnęła i jego uwadze nie uszło, że przygryzła wargi. – Nie chciałabym nawet, żeby się dowiedział, że rozmawialiśmy. Wiesz, Wiktor nie jest człowiekiem, który martwiłby się przyziemnymi rzeczami. Ale ostatnio poczułam się niepewnie. Zaczęło się chyba od tych telefonów.

Nemhauser czekał cierpliwie, nie chcąc jej przyciskać.

– Pierwszy był dwa tygodnie temu. Podniosłam słuchawkę i…

– Jakieś groźby? – pomógł jej wreszcie Nemhauser.

– Nie, właśnie że nie. Tylko cisza. Tak jakby ktoś tam był, ale milczał. Wtedy sądziłam, że to pomyłka. Odłożyłam słuchawkę. Ale później tych telefonów było jeszcze kilka. Prawie codziennie. Nigdy nikt się nie odezwał. Raz czy dwa usłyszałam jakby pisk czy zgrzyt. Zirytowałam się, zaczęłam krzyczeć, że nie życzę sobie takich żartów. I nic.

Nemhauser pokiwał głową.

– Coś jeszcze? – zapytał.

– Właściwie nie. No tak, całkiem bym zapomniała. Dwa listy, zanim zaczęły się telefony. Właściwie trudno powiedzieć, że to były listy. Kilka słów. „Zabiję cię”, jakoś tak.

– Możesz mi je pokazać?

Uśmiechnęła się z zażenowaniem.

– Widzisz… Wyrzuciłam je. Wiem, że to wygląda idiotycznie, ale na tym właściwie polegała moja rola. Usuwałam Wiktorowi przeszkody spod nóg. Gdyby dowiedział się o listach, zirytowałby się, zaczął zastanawiać, kto to może być. Wiktor jest… bardzo nerwowy. Uznałam, że to kretyński wygłup i wyrzuciłam do kosza. Ale to mnie zaniepokoiło. Praca Wiktora jest taka stresująca. I jeszcze ten konkurs na dyrektora Muzeum Narodowego…

– Stresująca? – przerwał jej zdziwiony, pewien, że się przesłyszał. Czytał kiedyś artykuł tłumaczący sekret długowieczności profesorów uniwersytetu, zwłaszcza na kierunkach humanistycznych: mieli zapewnioną stałą pracę, w której sami sobie stawiali zadania, a jednocześnie siłą rzeczy byli autorytetami i ludźmi, których poważano. Stałe zajęcie, które się kocha, plus nieustające uznanie i szacunek, według autora artykułu, tłumaczyło długowieczność, dobre samopoczucie i intelektualną sprawność profesorów. Większość z nich dożywała dziewięćdziesiątki, niejednokrotnie do ostatnich dni udzielając się naukowo.

Uśmiechnęła się.

– No tak, zapomniałam, że nic nie wiesz. Wiktor ma firmę, która pracuje przy budowie autostrady A2, zresztą nie tylko tej, ale akurat teraz ma duży kontrakt.

– Wiktor Getz buduje autostradę – powtórzył zdumiony Nemhauser.

– Nie, skądże, nie buduje. Jego firma przeprowadza prace przygotowawcze. Przed przystąpieniem do budowy trzeba sprawdzić, czy przypadkiem w miejscu, gdzie będzie przebiegać, nie ma jakichś śladów historycznych.

– A, czyli robi powierzchniówki – ucieszył się, przypomniawszy sobie, że, żeby dostać zaliczenie, musiał w jakiś weekend pojechać z całą grupą z zajęć Getza i od rana do wieczora łazić po polach pod Płońskiem. Znalazł wtedy kawałek glinianej miski, ocenionej przez nadzorującą ich asystentkę na późne średniowiecze i całkowicie bezwartościowej.

– Tak, powierzchniówki, tylko w o wiele większej skali – przytaknęła Dorota. – A jeśli na powierzchni znajdą się jakieś ślady świadczące o tym, że w pobliżu jest osada albo cmentarzysko, to trzeba je błyskawicznie przekopać. Wiktor zajmuje się tym od kilku lat, oczywiście wykłada również na uczelni. Z początku cieszyłam się. To nowe wyzwanie, również duże pieniądze, ale teraz… Zamilkła i wpatrywała się w ręce złożone na kolanach.

– Robert – szepnęła. – Tam dzieje się coś złego. Nie mam pojęcia, co to, ale błagam cię, sprawdź to.

– Postaram się. – Chrząknął zaskoczony. – Ale jeśli były pogróżki… Może lepiej, jeśli złożysz zwykłą skargę, można by założyć monitoring linii telefonicznej.

– Wiktor się wścieknie – ucięła jego propozycję. – Nie ma mowy, myślałam o prywatnym detektywie, ale przypomniałam sobie, że przecież znam ciebie.

Chrząknął, zbity z tropu. Jakoś nie czuł się bohaterem Chandlera.

– Przyjechał pan Wiktor. – Pokojówka weszła do salonu, przerywając ciszę, która zapadła. – Czy podać coś jeszcze?

– Nie. – Dorota pokręciła głową. – Pan Nemhauser już wychodzi. – Odprawiła ją ruchem ręki. – Błagam, nie mów, że jesteś policjantem. Wiktor nie znosi, kiedy nie konsultuję z nim takich rzeczy.

Zanim zdążył odpowiedzieć, Wiktor Getz wszedł do salonu.

– Dobry wieczór, moja droga. Witam. – Jego spojrzenie omiotło Nemhausera, a na czole pojawiła się zmarszczka.

– Ja pana znam, chodził pan do mnie na zajęcia, zaraz, przypomnę sobie, proszę przez chwilę nie pomagać. – Powstrzymał go gestem, kiedy Nemhauser otworzył usta, by się przedstawić. – W 1992 roku. Pan… pan… no pamięć nie ta, ale moment… Robert, Robert i nazwisko chyba nam.

– Tak jest, prawie idealnie – uśmiechnął się Nemhauser. – Robert Nemhauser.

– Tak, już pamiętam. – Po czole Getza przebiegła chmura niezadowolenia, że nie mógł sam przypomnieć sobie nazwiska.

– Robert właśnie wychodził, kochanie. – Dorota nerwowo się uśmiechnęła.

– W takim razie nie zatrzymuję.

Getz znowu uważnie mu się przyjrzał.

Nemhauser pomyślał, że profesor doskonale wygląda. Sportowa marynarka w kratę, dżinsy. Zastanawiał się, czy Wiktor Getz wstrzyknął sobie botoks, bo na idealnie gładkim czole nie było ani jednej zmarszczki. Podobnie jak Dorota, wyglądał lepiej i młodziej niż w czasach, kiedy go znał.

Dopiero w tym momencie zauważył drugiego mężczyznę, który niepostrzeżenie wsunął się do salonu za Getzem. Nie miał pojęcia, czy to jeszcze jeden służący, czy może gość, i stał niepewny, nim Getz nie odwrócił się i nie natknął na mężczyznę.

– Poznajcie się, panowie. Jacek Hoherko, mój asystent, Robert Nemhauser.

Nemhauser potrząsnął ręką mężczyzny. Hoherko był chyba w jego wieku, ale prawie o głowę niższy i w jakiś dziwny sposób sprawiał wrażenie zabiedzonego. Może były to zapadnięte policzki, może fryzura wyglądająca, jakby Hoherko sam skracał sztywne, czarne, siwiejące na skroniach włosy, lub ubranie sprawiające wrażenie, że każda jego część była przygotowana dla kogoś wyższego, grubszego, i za nic nie chcące dobrze leżeć na ich właścicielu.

Nemhauser pożegnał się z Getzem i wyszedł, pilotowany przez pokojówkę. Doprowadziła go do Macieja, który w wielkim garażu na trzy samochody pucował właśnie błotniki land rovera.

– Naprawdę warto? – zdumiał się Nemhauser. – Za chwilę znowu będą w błocie.

– Pan nie lubi, jeśli w garażu stoi brudny samochód – wyjaśnił kamerdyner, zapraszając go do zajęcia miejsca.

Nemhauser przeszedł obok auta, którym przyjechał Getz – ciemnozielonego jaguara x8 i z zazdrością zerknął na trzeci samochód, czerwonego mini morrisa, należącego zapewne do Doroty.

6

Poprosił Macieja, by wysadził go w pobliżu Czarnego Tadka. Zmyślił na poczekaniu, że chce jeszcze zajrzeć do sklepu. Stał teraz przed Red Onion na Burakowskiej, czekając, aż land rover zawróci i odjedzie. Zrobiło się już ciemno i ulica zaczynała się zaludniać. Machinalnie zerknął na wielki wysprejowany napis ciągnący się przez kilkanaście metrów na parkanie.

Pokręcił głową zdumiony. Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do tego, że ta bezludna uliczka w pobliżu Powązek zabudowana byle jak małymi zakładami, które dawno popadły w ruinę, teraz stała się elegancką, a przynajmniej modną arterią. Kiedy Jasiu otwierał Czarnego Tadka sześć lat wcześniej, jeszcze nie było tych tłumów, a Arkadia, największe centrum handlowe Warszawy ledwo pół kilometra dalej, była dopiero wielką dziurą na pasie ziemi niczyjej między ogródkami działkowymi a linią kolejową prowadzącą do pobliskiego Dworca Gdańskiego.

Gotował na najmodniejszej ulicy w Warszawie, choć jak wszystko w stolicy, i ona się znudziła i straciła aurę nowości i tajemniczości przyciągającą tu zamożnych warszawiaków i powoli wychodziła z mody, a gastronomiczny punkt ciężkości przenosił się w stronę ulicy Foksal i Nowego Światu, gdzie co chwila otwierała się lub zamykała jakaś knajpa.

Ruszył spacerkiem w stronę łuny świateł strzelających z Arkadii. Minął kilka zrujnowanych pofabrycznych budyneczków, jeszcze bezludnych, ale był pewien, że za rok czy dwa powstaną w nich perfumerie, winiarnie i bary sushi dla nowej warszawki, która tu przychodziła. Pchnął zardzewiałą bramę i tylnymi drzwiami wszedł do Czarnego Tadka.

Prawie wpadł na Jasia, kiedy otworzył drzwi na zaplecze. Jego przyjaciel, jak zwykle w czarnych spodniach, białej koszuli i wściekle wzorzystej kamizelce, nerwowo przestawiał puszki w magazynie, najwyraźniej nie mogąc sobie znaleźć miejsca.

– Jesteś, no jesteś – jęknął na jego widok. – Dzwoniłem, tyle razy dzwoniłem. Bałem się, że coś się stało.

Nemhauser wymacał w kieszeni kurtki komórkę. Rzeczywiście wyłączył ją w czasie wizyty u Doroty i zapomniał włączyć.

– A stało się coś? – zapytał.

– No masz – jęknął jeszcze głośniej Jasiu.

Nemhauser już dawno uznał, że w jego kumplu ze studiów czai się niespełniony talent dramatyczny, domagający się swojego miejsca na scenie.

– Ty sobie nie wyobrażasz, co ja tu przeżywam – jęczał Jasiu, chodząc wokół niego, kiedy Nemhauser się przebierał. – Nie masz pojęcia.

– Załóżmy, że już mam pojęcie. Przewijam, co dalej? – rzucił Nemhauser, wiedząc z doświadczenia, że niekontrolowany i niestrofowany Jasiu może rozwodzić się kwadrans nad stanem swoich nerwów.

– Mam cynk. – Jasiu przystanął i uderzył się w piersi. – Cynk.

– Mhm – przytaknął ostrożnie Nemhauser. – A w sprawie…?

– Adam Styller – wyrzucił z siebie Jasiu. – Ha. I co ty na to?

– Co Adam Styller? – Nemhauser podniósł oczy.

– Nie powiesz mi chyba, że nic ci to nie mówi? – Jasiu załamał ręce. – Nie powiesz?

Nemhauser wzruszył ramionami, zakładając fartuch. Oczywiście, że to nazwisko coś mu mówiło. Adam Styller był warszawską wyrocznią dobrego smaku. Jego felietony kulinarne ukazywały się w „Metropolu” i kilku miesięcznikach oraz tygodnikach, a ostatnio prowadził również własny program kulinarny „Kuchnia nie dla każdego”. Ostry w sądach, potrafił pogrążyć każdą restaurację. Rzadko spod jego pióra wychodziła recenzja zachęcająca do odwiedzin w lokalu. Każda raczej odstręczała, odmalowując cierpienia, jakich krytyk doświadczył w kolejnej knajpie, gdzie czekał za długo, muzyka była za głośna, a jedzenie nie do przyjęcia, nie wspominając o przełknięciu.

Nemhauser nieźle się ubawił, kiedy przeczytał opis luksusowej restauracji otwartej niedawno na Starym Mieście. „Ta restauracja ma bardzo wiele zalet. Niezwykle piękny widok z okien, przepiękne obrusy i dobrze dobrane ryciny na ścianach. Obie kelnerki, które mnie obsługiwały, były czarujące i znały języki obce. Szczerze polecam odwiedzenie Piano Forte. No chyba że jesteście głodni, wtedy lepiej zamówcie hot doga po sąsiedzku, bo niestety nic w Piano Forte nie nadaje się do jedzenia”.

To było mocne, ale Nemhauser wierzył, że krytyk ma rację. Kilka razy odwiedzał staromiejskie knajpy, ale za każdym razem spotykała go dotkliwa porażka. A jedzenie było okropne, tak jakby restauratorzy umówili się, że na Stare Miasto trafiają tylko turyści z grubym portfelem, nieznający się na kuchni, których nie warto oczarowywać potrawami, bo i tak wyjadą i nigdy już tu nie wrócą.

– No więc Adam Styller, sam Adam Styller nas odwiedzi. Będziemy sławni.

– Poczekaj, a skąd wiesz? – zapytał podejrzliwie Nemhauser. – Dzwonił i zapowiadał, że wpadnie z niezapowiedzianą wizytą incognito?

Jasiu nadął się i z ważną miną obwieścił:

– Głupi nie jestem, dwa do dwóch dodać potrafię. Dziś dzwoni do mnie fotograf z „Metropolu” i mówi, że wpadnie, chce zrobić zdjęcie. Ja na to, że oczywiście zapraszam, a z jakiej okazji. Chłopak nie powiedział, coś tam bąknął, że to do dodatku lifestylowego „Twój weekend”. A rubryka Styllera, mój drogi, jest gdzie? Gdzie? No tam właśnie.

Gdzie niby ma się ukazać zdjęcie knajpy? W recenzjach płytowych? Główka pracuje.

– Brawo, trafiony, zatopiony. – Nemhauser westchnął. – I kiedy on przyjdzie?

– No właśnie w tym kłopot. Może zaraz, może pojutrze. Nie wiem. Robert, możesz wziąć jakiś urlop w pracy?

– Co proszę? – zdziwił się Nemhauser.

– No urlop. Przecież co ja zrobię, jak ten Styller przyjdzie tu, a ciebie nie będzie.

– No a co ma być? To samo, co wtedy, gdy przychodzą inni goście, a mnie nie ma. – Nemhauser wzruszył ramionami. – Nakarmisz go.

– Nie wygłupiaj się. – Jasiu zdjął kieliszki i zaczął je nerwowo przecierać, choć były kryształowo czyste. – Dziewczyny są w porządku, ale mi tu spanikują.

Kiedy kilka miesięcy wcześniej Jasiu poprosił Nemhausera, by na chwilę pogotował w Czarnym Tadku, zapewniał, że chodzi tylko o weekendy, a i to tylko wieczorem. Teraz coraz częściej wspominał, że weekendy to za mało, że trzy Ukrainki, które zatrudniał w kuchni, dają sobie radę, ale chodzi o kogoś z wizją, i nieodmiennie wskazując na Nemhausera, kończył: kogoś takiego jak ty.

– Irina świetnie sobie radzi – zaprzeczył Nemhauser.

– Robert, przecież wiesz, o co chodzi. Dobrze gotuje, ale Styller miażdży dobre jedzenie. On potrzebuje wybitnego jedzenia. A poza tym ty pamiętasz, że one znikają.

– Co takiego?

– Mówiłem ci przecież, nigdy nie słuchasz – fuknął Jasiu.

Nemhauser pomyślał, że są jak stare dobre małżeństwo, a Jasiu jest żoną z prawie ustawicznym PMS-em. Zresztą zważywszy na to, że Jasiu, zdeklarowany gej, niemal oświadczył się Nemhauserowi lata temu, mogłoby do tego dojść.

– Kończy im się wiza. Wracają na Ukrainę, wysyłam zaproszenie, dostają nową wizę i przyjeżdżają. Ale trzeba na miesiąc znaleźć zastępstwo, bo tyle to trwa.

– Nie zwolnię się ani nie wezmę urlopu. Zaraz będzie długi weekend, jak myślisz, kto zostaje na straży, żeby chronić Warszawę przed zwyrodnialcami i mordercami? – Klepnął Jasia po plecach. – Ja zostaję. Mowy nie ma, żebym wziął urlop.

– No to przynajmniej wcześniej przychodź. – Jasiu wpił mu się palcami w rękę. – Przecież ten Styller może…

– Tak, wiem, nie znamy dnia ani godziny – westchnął Nemhauser.

7

Odwiózł Paulę na spotkanie. W sobotę wylatywała do Amsterdamu, a teraz w siedzibie Bellaqua w biurowcu przy Emilii Plater miała mieć ostatnie spotkanie, na którym ona i dwójka pozostałych kandydatów z Polski mieli otrzymać ostatnie informacje o wyjeździe.

– Nie martw się, wrócę sama. – Uśmiechnęła się, kiedy wysadzał ją przed budynkiem. Pomachał jej i wtedy zadzwoniła komórka.

– Nożeż kurwa – powiedział Mario.

– Tak w ogóle to dzień dobry. Co się stało?

– Żeż jego psia mać – jęknął partner. – Zdaje się, że coś na rzeczy jest. Jakiś podejrzany sztywny. Ale że patafian nie miał kiedy kopnąć w kalendarz. Nie mógł po długim weekendzie, pies go ganiał. Ludzie, kurwa, złośliwi są nawet po śmierci. Przyjeżdżaj. Czekam na dole.

Kiedy po dziesięciu minutach parkował pod Pałacem Mostowskich, już z daleka zobaczył Maria chodzącego wielkimi krokami w tę i z powrotem przed fontanną.

– Mów – powiedział.

– Sztywniak w mordę kopany – wykrzywił się Mario. – Ten od robaczków i krzaczków, patafian jeden, żeby go pokręciło.

– Co? – nie zrozumiał Nemhauser.

– No ten od ślimaczków. Tomasz Nerad, nawet ja kojarzę gościa.

Nemhauser przez chwilę przeszukiwał pamięć, nim skojarzył.

– Ten Tomasz Nerad?

– No a jaki inny? – zirytował się Mario, wciąż podenerwowany. – Chodź, jedziemy. – Ruszył w stronę służbowej cywilnej vectry.

– Wiesz coś więcej?

– Ani dudu. – Mario pokręcił głową i zapuścił silnik. – Informacja przyszła dwadzieścia minut temu. Gościu wykorkował dopiero co, zdaje się w biurze przy Szpitalnej.

Resztę drogi przejechali w milczeniu. Mario, ze zmarszczonymi brwiami, postanowił postawić na dachu koguta i zganiał bezlitośnie na bok inne samochody. Zaparkowali pod starą kamienicą. Fundacja „Żyjąca Polska” mieściła się na pierwszym piętrze, jak informowała duża złota tablica przy przedwojennych dębowych drzwiach na klatkę schodową. Mario machnął odznaką przed umundurowanym funkcjonariuszem, który strzegł wejścia do budynku. Klatka schodowa była ciasna i jeszcze nieodnowiona, podobnie jak drzwi na pierwszym piętrze, prowadzące do fundacji. Ciężkie, dwuskrzydłowe, pokryte lata temu białą farbą olejną wpuściły ich do niespodziewanie dużego wnętrza pomalowanego na ciepły beżowy kolor. Nemhauser ocenił, że działał tu architekt wnętrz, i to drogi architekt. Jedna ze ścian była wyłożona kamiennym łupkiem. Podłoga sprawiała wrażenie położonej dwa wieki temu, a jednocześnie świetnie utrzymanej i nowej. Nie wątpił, że za tym wrażeniem czaiły się wielkie pieniądze. Wnętrze z drewnem, kamieniem, prostymi i bardzo drogimi meblami mogło udawać powrót do natury, ale było w tym takie samo złudzenie, jak w Meg Ryan, której fryzura udawała poranny nieład po wstaniu z łóżka, choć w rzeczywistości ten rzekomy bałagan był dziełem sztabu stylistów, pracujących bez chwili wytchnienia.

– Gdzie ten gościu? – rzucił z westchnieniem Mario w stronę kolejnego funkcjonariusza przy drzwiach.

Ten skierował ich gestem do pomieszczenia, które z kolei miało się zapewne kojarzyć z japońską chatą. Ciemne drewno, maty tatami na podłodze i kilka prostych japońskich lampionów. Wrażenie spokoju zakłócało tylko ciało leżące na podłodze.

– Matko Święta. – Mario westchnął ponownie.

Nemhauser zbyt dobrze znał partnera, by sądzić, że powoduje nim współczucie dla zmarłego albo przerażenie widokiem nieżyjącego człowieka.

– Nie martw się, wyjedziesz. – Klepnął go po ramieniu.

– Andżela mnie po prostu zabije, jeśli będę siedział tu i gmerał przy sztywniaku, zamiast pojechać z nią na długi weekend – syknął Mario. – Ty, a może nieboszczyk samodzielnie się odwalił na tamten świat. Możliwe to jest? – dodał po chwili zastanowienia, jak dziecko pytające rodzica, czy może się zdarzyć, że Gwiazdka przyjdzie dwa razy w roku.

Nemhauser skrzywił się i pokręcił głową, choć wiedział, że Mario sam nie wierzył w to, co mówi. Mario skrzywił się i wyszedł przepytać ekipę techniczną, a Nemhauser ostrożnie podszedł do leżącej na podłodze sylwetki. Mężczyzna wyglądał, jakby spał. Leżał bokiem na macie, z nogami podwiniętymi pod siebie i głową opartą na maleńkiej, sądząc z wzoru tworzonego przez egzotyczne zawijasy – japońskiej poduszce.

Przyczyna zgonu była oczywista: ciężka, kamienna figurka Buddy ze śladami krwi. Przyjrzał się figurce zapakowanej już do worka na dowody. Uśmiechnięty Budda siedział w swojej zwykłej pozie, w pozycji lotosu, medytując nad światem. Nemhauser wiedział już od ekipy technicznej, która dokumentowała miejsce morderstwa, że zabójca złapał Buddę, stojącego na półce, i uderzył Nerada w tył głowy. Smugi niezastygłej jeszcze krwi na głowie uśmiechniętego Oświeconego sprawiały surrealistyczne wrażenie.

Przyjrzał się jeszcze raz leżącemu ciału. Mężczyzna był mniej więcej w jego wieku, w każdym razie nie przekroczył czterdziestki. Brunet z lekko szpakowatymi skrońmi, śniadą cerą w typie południowym, zapewne bardzo przystojny, choć teraz, kiedy leżał na ziemi w pozycji embrionalnej, trudno to było ocenić. Ubrany w dobre dżinsy, biały podkoszulek, teraz zabrudzony krwią, i czarną marynarkę. Zerknął na metkę, czego nauczyła go Paula, i gwizdnął cicho: Ralph Lauren.

– Chyba bogini Kali byłaby bardziej na miejscu – usłyszał za sobą.

Odwrócił się. Iwona Czerny ostrożnie obeszła ciało i nie zwracając na nie większej uwagi, uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił uśmiech, nieco skrępowany. Piękna pani patolog zawsze nieco go onieśmielała, zwłaszcza że miał podejrzenia, że w mniej lub bardziej dyskretny sposób flirtuje z nim nawet wtedy, gdy rozmawiają o zbrodniach.

– I co ja wpiszę jako przyczynę zgonu? – Śmiertelny cios Buddą? Jak to brzmi? – Westchnęła w udawanym zmartwieniu.

Chrząknął speszony. Wiedział, że po latach oglądania nieboszczyków wszyscy pracujący w komendzie oswajali widok zwłok żartami, ale wciąż trudno było mu przerzucać się bon motami nad nieostygłym jeszcze ciałem. Nie dlatego, żeby uważał, że jest w tym coś niestosownego. Rozumiał aż nazbyt dobrze ten wisielczy humor, bez którego można by oszaleć lub popaść w alkoholizm. Co zresztą często się zdarzało. Po prostu nie umiał utrafić w ten ton, tak samo jak nie potrafił pojąć, czemu miałby wrzeszczeć i wściekać się, kiedy jedna drużyna strzeli drugiej bramkę. Nawet jeśli ta druga jest akurat z jego miasta.

– Będzie ciężko – zgodził się uprzejmie i szybko zmienił temat: – Co sądzisz o ułożeniu ciała? Ta poduszka…

– Morderca z całą pewnością ułożył je w ten sposób. – Szybko ogarnęła scenę morderstwa wzrokiem. – Nie sądzisz chyba, że dostał Buddą w głowę i przewrócił się akurat na poduszkę. – Ponownie zaśmiała się gardłowym śmiechem.

– Nie, oczywiście, że nie. Musiał go tak ułożyć, tylko po co. Spotkałaś się z czymś podobnym?

Zastanowiła się przez chwilę.

– Nie, chociaż poczekaj. Raz rzeczywiście widziałam podobną historię. To znaczy też była używana poduszka. W jakimś pustostanie koledzy zrobili sobie libację i jeden oberwał butelką w głowę. Potem się pogodzili, tyle że już byli pijani i nie mieli pojęcia, że ten walnięty w głowę zszedł. Myśleli, że zasnął, podłożyli mu poduszkę i nawet okryli jakimś kocem, żeby nie zmarzł. No, ale to ci chyba za bardzo nie pomoże?

Pokręcił głową.

– Nie bardzo – przyznał. – Ale ta poduszka jest dziwaczna. Ktoś go znał, więc zrobiło mu się go żal. Kochanka? Żona? Przyjaciel? Morduje, ale po śmierci układa głowę na poduszce?

– Może. – Wzruszyła ramionami. – Nawet nie będę usiłowała wejść im do głowy. Coś jeszcze?

– Tak – przypomniał sobie. – Zobacz, w tej ręce, na której leży, wygląda, jakby coś trzymał w dłoni. Myślisz, że można spróbować to jakoś wyjąć?

Iwona zmarszczyła brwi i uklękła przy zwłokach. Poczuł zapach jej perfum i pomyślał, że to kolejna surrealistyczna rzecz w tym pomieszczeniu.

– Tak, coś trzyma, poczekaj chwilę. – Wyjęła z torby rękawiczki i torebkę na dowody i ostrożnie odgięła jeden z palców, który zasłaniał mały przedmiot w ręce zmarłego.

– No to chyba masz coś ważnego – powiedziała, ostrożnie podając mu torebkę, do której wrzuciła znalezisko.

Zdumiony oglądał nieduży wisiorek z kawałkiem rozerwanego rzemyka.

Orzeł wpisany w krzyż i mały napis: „Polska Power”.

Spojrzał uważniej na krzyż. Równoboczny, krwistoczerwony, z wygiętymi krawędziami i asocjacjami, które nie dawały pola dla wyobraźni. Był idealną, poza kolorem, kopią hitlerowskiego Krzyża Żelaznego, na którą ktoś dysponujący zbyt dużą lub zbyt małą wyobraźnią nałożył polskiego orła z nienaturalnie wielkimi szponami, koroną i dziobem.

8

Przeszedł z powrotem do salonu wyłożonego łupkiem i zagadnął pilnującego drzwi policjanta, czy na miejscu jest ktoś z pracowników fundacji. Funkcjonariusz skierował go do kuchni. Nemhauser zawołał Maria i weszli do drzwi na lewo od wejścia. Zauważył, że kuchnia była jakby żywcem przeniesiona z salonów Almi Decor z luksusowymi meblami kolonialnymi. Popatrzył jeszcze raz i stwierdził, że po prostu była przeniesiona. Wielkie tekowe regały, tekowy stół z wysokimi krzesłami z rzeźbionymi oparciami i szafki. Przy stole siedziała młoda dziewczyna z blond włosami związanymi w kok i niewiele starszy chłopak w ciemnym garniturze i białej koszuli, bez krawata.

– Państwo tu pracowali – raczej stwierdził, niż zapytał.

Dziewczyna kiwnęła głową. Podniosła oczy i zobaczył, że tusz spłynął jej ze łzami, żłobiąc czarne ślady na policzkach. Uznał, że była ładna, nawet bardzo, choć trochę nieoczywistą urodą Umy Thurman.

– Możemy chwilę porozmawiać? – zaproponował Nemhauser.

Skinęli głowami. Tak jak się spodziewał, jeszcze studiowali. Dziewczyna, Katarzyna Callan, pracowała jako osobista asystentka Nerada, a chłopak, Marek Sabis, był specjalistą od PR, co podkreślił trzy razy, jakby uważał, że w tej chwili była to szczególnie ważna informacja.

– PR? Tutaj? – zdziwił się Nemhauser.

Chłopak odgarnął długie włosy wpadające mu do oczu i uśmiechnął się.

– Oczywiście nie sam, kierowałem komórką do spraw marketingu ipr.Razem ze mną pracowały jeszcze dwie osoby.

– Dobra, ale skąd… – przerwał Mario, lecz Nemhauser podniósł rękę.

– Mario, chwila. Dam sobie radę. Zobacz, czy chłopaki zabezpieczyły ślady.

Mario zniknął za drzwiami. Nemhauser zachęcił chłopaka ruchem ręki, by kontynuował.

– Proszę opowiedzieć, jak pan tu trafił.

Chłopak powiedział, że pracuje w fundacji od roku, że przyszedł zafascynowany osobą szefa, który nigdy nie wahał się zaangażować w ochronę środowiska naturalnego.

– Ile pan zarabiał? – strzelił nagle Nemhauser.

Chłopak stropił się.

– Właściwie to nie mieliśmy umowy o pracę. Ja jeszcze studiuję, na ostatnim roku, więc mam sporo czasu. Niekiedy dostawałem jakieś pieniądze jako zwrot wydatków. Pan Nerad pokrywał również rachunek za moje rozmowy telefoniczne. Miałem służbowy laptop i ryczałt na dojazdy.

– Czyli pracował pan za darmo?

– No właściwie… Zdobyłem masę doświadczenia. To się bardzo liczy w CV – odparł chłopak.

– Rozumiem. – Proszę poczekać za drzwiami, zawołam, kiedy skończymy rozmawiać.

Marek Sabis wyszedł niechętnie, a Nemhauser spojrzał na dziewczynę. Zdołała się już opanować.

– A pani?

Dziewczyna popatrzyła na niego załzawionymi oczami.

– Mogłaby mi pani opowiedzieć, co robił pan Nerad?

– Jak to? – zdziwiła się. – Przecież…

– Tak, wiem. – Machnął ręką. – Czytam gazety, oglądam telewizję. Wiem, że pan Nerad jednego dnia broni bezdomnych psów, a drugiego dnia ratuje siedlisko bobrów. Ale jak ta praca wyglądała od środka?

– No cóż – zaczęła powoli dziewczyna – mamy infolinię, każdy może na nią zadzwonić i zawiadomić o niszczeniu przyrody albo o zwierzętach, którym dzieje się krzywda.

– To oznacza wielu wrogów – wtrącił Nemhauser.

Spojrzała na niego zdumiona.

– My tylko ratujemy zagrożone gatunki.

– Ale nie wszystkim się to podoba.

– Nie, przecież, my… – zaczęła się bezładnie jąkać.

Nemhauser cierpliwie czekał.

– Dlaczego komuś miałoby to przeszkadzać? – wydusiła wreszcie. – Na przykład wczoraj dostaliśmy wezwanie, że przy Grochowskiej ktoś wrzucił palące się szmaty do piwnicy, gdzie mieszkała kotka z młodymi. Pojechaliśmy tam i pan Nerad je wyciągnął. Zawieźliśmy je do weterynarza. Wszystkie udało się uratować, choć jedno było naprawdę w złym stanie. To oczywiście tylko margines naszej działalności. Proszę nie myśleć, że zajmujemy się bezpańskimi kotami – zastrzegła, tak jakby dezaprobata Nemhausera mogła zepsuć opinię o fundacji. – Zwykle zajmowaliśmy się naprawdę dużymi sprawami. Nie wiem, czy pan słyszał o planie ochrony miejsc lęgowych nad Wisłą?

– Tak. – Nemhauser skinął głową. Trudno było o tym nie słyszeć. Niemal codziennie widywał Nerada w którymś z programów informacyjnych. Czasem ekolog tkwił po pas w wodzie lub błocie, wyciągając zranionego ptaka, kiedy indziej perorował ze swadą w studiu telewizyjnym, zawsze w kolorowej marynarce i fantazyjnym szaliku.

– Ale wracając do sprawy wrogów…

Dziewczyna potrząsnęła bezradnie głową.

– Naprawdę, Tomasz robił tyle dobrego…

– Ostatnie pytanie: Czy miał jakąś rodzinę?

Przez twarz dziewczyny przebiegł cień.

– Chyba nie – powiedziała wolno.

– Czyli może miał? – podchwycił Nemhauser.

– Nie wiem, ale Tomasz, to jest pan Nerad, nic o tym nie wspominał. Ale… – Zawahała się i zamilkła. – Nie wiem, czy powinnam.

– Wszystko może pomóc – zachęcił ją.

– Ja… byłam w mieszkaniu pana Nerada. Przyniosłam materiały – dodała usprawiedliwiająco.

– Oczywiście – uśmiechnął się Nemhauser.

– I zobaczyłam zdjęcie kobiety. Tomek się bardzo zirytował. Potem mnie przepraszał. On był bardzo łagodnym człowiekiem. Potem już nigdy tego zdjęcia nie widziałam, kiedy… ponownie przynosiłam materiały.

– Aha – zanotował Nemhauser. – Gdzie mieszkał pan Nerad?

– Przy Nowym Mieście – wyjaśniła dziewczyna. – Zapiszę adres. Klucze powinny być w jego kurtce.

Nemhauser wziął kartkę i gwizdnął cicho.

– Rynek Nowego Miasta?

Dziewczyna skinęła głową.

– Tak. Tomek, to jest pan Nerad, mieszkał tam od dwóch lat.

– No tak, dziękuję pani.

Czekając na pojawienie się chłopaka, wstał z krzesła i przeszedł się po kuchni. Przesunął palcem po filiżankach i miedzianych rondlach zwisających z fantazyjnie wygiętych haków. Na palcu nie został mu nawet ślad kurzu.

Usłyszał otwierające się drzwi.

– Jak pan to robił, że zawsze była kamera? – spytał bez wstępów.

– Słucham? – zdziwił się chłopak.

– Widziałem ten reportaż o ratowaniu nietoperzy. Nie powie mi pan chyba, że ekipa telewizyjna akurat przejeżdżała tamtędy przypadkiem w nocy?

– No tak. – Chłopak uśmiechnął się. – Rzeczywiście. Wypracowałem sobie dobre kontakty w kilku stacjach i pismach. Dziennikarze wiedzieli, że kiedy robimy akcję, to będzie się działo. Sami się pytali, czy coś mamy na widelcu, i bardzo chętnie współpracowali. Dzięki tym akcjom podniosła się też świadomość ekologiczna w mediach.

– I zawsze się działo? – zainteresował się Nemhauser.

– Tak. To nie takie trudne. Pan Nerad uważał, że nagłośnienie naszej sprawy pomoże w ochronie przyrody, a ja oczywiście się z nim zgadzałem. Nie ma pan pojęcia, ile masowych akcji zainicjowaliśmy. Na przykład w zeszłym miesiącu razem z uczniami mokotowskich gimnazjów chodziliśmy po dzielnicy i katalogowaliśmy miejsca lęgowe nietoperzy. Wcześniej dzieciaki widziały nietoperze tylko na filmie. A teraz miały okazję się nimi zaopiekować.

– Mhm, to niezwykłe – przyznał Nemhauser. – Czy wie pan o jakichś akcjach, które mogły komuś nie przypaść do gustu?

Młody człowiek spojrzał na niego dziwnie.

– Jak to nie przypaść?

– No cóż, musiał mieć przynajmniej jednego wroga, prawda? – zirytował się trochę bezkrytycznym uwielbieniem dla Nerada.

Marek zastanowił się przez chwilę.

– Może Łukasik. Doktor Maciej Łukasik.

Nemhauser zapisał nazwisko i spojrzał wyczekująco na chłopaka.

– Pan Łukasik pracuje w ogrodzie zoologicznym, i cóż… według mnie to człowiek zawistny, który po prostu zazdrościł nam ewidentnych sukcesów. Tylko raz go widziałem. Wiem, że wypowiadał się kilka razy o naszej fundacji w bardzo negatywnym tonie. Uważał, że akcje naszej fundacji to czyste działanie pod publiczkę, które nie ma nic wspólnego ani z ekologią, ani z ochroną przyrody, tylko z… – zatrzymał się nagle.

– Proszę powiedzieć, panu Neradowi to już naprawdę nie zaszkodzi – zachęcił go Nemhauser.

– Twierdził, że panu Neradowi chodziło o pieniądze, co było przecież absurdem. Wystarczy przypomnieć historię z samochodem, który wygrał w konkursie „Polski dobroczyńca”. Pewnie pan pamięta, telewizja zorganizowała konkurs z esemesami na człowieka, który zrobił najwięcej w sferze społecznej. Pan Nerad znalazł się wśród trzech zwycięzców. Poprosił o sprzedanie samochodu, a wylicytowaną na aukcji sumę przekazał na ratowanie cietrzewi. Zarzucanie mu, że działa dla pieniędzy, jest po prostu nieporozumieniem. Pan Nerad był bliski wystąpienia na drogę sądową w sprawie o zniesławienie.

– Mhm. – Nemhauser spojrzał wyczekująco. – Jeszcze ktoś?

– Inni wrogowie pana Nerada? Nie, skąd. To niemożliwe. To był człowiek, który pracował dla innych, wie pan, że raz dostaliśmy zgłoszenie, że do kanałów ściekowych zabłąkało się kilka kaczek krzyżówek? Pan Nerad zszedł pod ziemię i wyciągnął je. A pan przecież wie, co płynie kanałami. Ja, przyznam, zawahałem się. Nie mieliśmy odpowiednich strojów, tylko kalosze. A woda, a raczej ta ciecz… no sam pan wie, co tam jest, sięgała prawie do pasa. Strasznie śmierdziało. A pan Nerad po prostu wszedł i je wyciągnął. Całą rodzinkę. Dwie dorosłe i pięcioro kaczątek. Wyobraża pan sobie?

– No tak – przytaknął Nemhauser. Był pewien, że kamera nie ominęła również tego niezwykłego wyczynu.

Podziękował i odprawił chłopaka. Przez drzwi zajrzał Mario.

– Co, szefuniu, spływamy?

Nemhauser wzruszył ramionami i przytaknął.

Zeszli po schodach, tłumek gapiów już się rozszedł.

– Skoczę jeszcze zobaczyć jego mieszkanie – powiedział Mariowi i dostrzegł w jego oczach obawę.

– Nie bój się, sam pójdę – dodał i usłyszał westchnienie ulgi.

– Wiesz, ja bym zawsze, ale muszę jeszcze przywieźć ciuchy z pralni i…

– Dobra, dobra. – Uśmiechnął się. – Podrzuć mnie tylko, i już.

Sprawdził, czy ma klucze do mieszkania Nerada. Mario wysadził go na rogu Freta i Zakroczymskiej. Ruszył w stronę Rynku Nowego Miasta, myśląc, że zadziwiająco długo tu nie był. W końcu mieszkał tuż obok, ale przeważnie nie chciało mu się konkurować z tłumami turystów traktującymi Starówkę jak coś w rodzaju wielkiej atrapy, którą zresztą była.

Zniknęły już wszystkie miejsca, które Nemhauser lubił. Nie było księgarni na rogu Koziej, w której uwielbiał myszkować jeszcze jako dziecko. Teraz zastąpił ją elegancki salon kosmetyczny. W ulubionym starym kinie Wars podobno miał się znaleźć apartamentowiec i Nemhauser nie miał pojęcia, jaki cud zamieni kino w przestrzeń mieszkalną. Sklep z zabawkami na rogu Mostowej, gdzie przeżył kiedyś największą radość dzieciństwa, znajdując wystawione w witrynie resorowce matchboksa – też zniknął, zastąpiony przez modne obuwie, a niedawno przez nowiutki bar z jedzeniem na wynos.

Wyciągnął kartkę papieru, na której zapisał adres, i wyjął klucze wzięte z siedziby fundacji. Mieszkanie Nerada mieściło się w kamienicy naprzeciwko kina Wars. Otworzył drzwi na ładnie utrzymaną klatkę schodową i wszedł na pierwsze piętro. Zawahał się, nim nacisnął klamkę do mieszkania, ale przekręcił klucz i wszedł.

Nie wiedział, czego się spodziewać, lecz rozglądając się po pokoju, a właściwie dużymopen space,właściwie nie dziwił się. Było całkiem możliwe, że architekt, który urządzał siedzibę fundacji, został zatrudniony również przy urządzaniu tego wnętrza. To był apartament z gatunku tych, których zdjęcia znajduje się w luksusowym magazynie z podpisem „mieszkanie na V Avenue”. Jedna ze ścian wyłożona surową cegłą, na parkiecie z surowych i drogich desek perski dywan, który wyglądał na oryginał, wielki regał na książki najwyraźniej na zamówienie i sprzęt stereo Arcam Alpha z górnej półki. Dopiero po chwili zorientował się, że to nie wszystko. Wąskie schodki z korytarza prowadziły na górę. Tam był gabinet i sypialnia z wielkim łóżkiem, tym razem w kwiatowych motywach na tapecie i z mięciutką wykładziną na podłodze.

Nemhauser wszedł do gabinetu. Włączył laptop, ale ku jego zdumieniu okazało się, że jest chroniony hasłem i czytnikiem linii papilarnych. Uniósł brwi. Tomasz Nerad był albo do przesady ostrożny, albo obawiał się czegoś.

Otworzył szuflady i przeglądał dokumenty, nie bardzo licząc na ciekawe znaleziska. Ulotki, programy ekologiczne. Zamknął szufladę i rozejrzał się jeszcze raz po pokoju. Już miał wychodzić, kiedy zobaczył książkę na szafce nocnej przy łóżku:Nietoperze dla początkujących.Wziął ją do ręki i przekartkował. Nerad najwyraźniej studiował ją poprzedniego dnia, zakreślając całe akapity markerem. Obok leżał scenariusz, który Nemhauser przejrzał pobieżnie. Dotyczył nagrania nowego show, w którym Nerad miał być ekspertem. „Cztery łapy i ja”. Na marginesach zobaczył wiele odręcznych dopisków, a na końcu znalazł zamaszysty zapis: Marysia Świetlikowska – producentka, i numer telefonu.

Włożył książkę do torby razem z laptopem, który zamierzał przekazać komputerowym magikom na komendzie. Zerknął na zegarek. Zostało mu jeszcze trochę czasu, więc zadzwonił do producentki programu. Miał szczęście, złapał ją od razu i umówił się na spotkanie.

Spojrzał jeszcze raz na książkę i odczytał zdanie podkreślone markerem.

„Nietoperze to stworzenia żyjące… ”

Zastanowił się, czemu to zdanie wydało się Tomaszowi Neradowi tak ważne.

9

Długą wrócił na plac Bankowy i do komendy. Właściwie oprócz oddania komputera do analizy nie miał nic do roboty.

Na szczęście drzwi do pracowni Piotra Warwała – człowieka, który potrafił znaleźć każdy dowód – były uchylone. Wszedł cicho i spojrzał na Warwała. Odwrócony do niego plecami, zaciekle polerował jakąś rzecz leżącą na metalowym stole. Papcio Chmiel – doznał olśnienia. No jasne, wygląda jak Papcio Chmiel.

Rzeczywiście, kręcone siwe włosy i długie wąsy sprawiały, że Piotr Warwał przypominał Papcia Chmiela, a zarazem szalonego naukowca zPowrotu do przyszłości.

– No nie czaj się, właź – huknął Warwał, dając ostateczny dowód, że naprawdę ma oczy z tyłu głowy.

Nemhauser ostrożnie, łukiem, okrążył stół. Nigdy nie był pewien, co Warwał robi. Kilka miesięcy wcześniej wpadł do jego pracowni, klepnął go po ramieniu i dopiero, kiedy Warwał, zły, syknął, dostrzegł, że tamten usiłuje za pomocą małej pęsetki wyjąć coś z przedmiotu, który przypominał granat i który jak się okazało, był granatem. Co prawda domowej roboty, ale jak stwierdził potem Warwał: niezłej roboty. „Nie zachowujesz wymogów bezpieczeństwa”, zbeształ go potem laborant. „Przecież to mogło wybuchnąć”. Nemhauser zauważył, że pominął milczeniem fakt, że badanie uzbrojonego granatu też mogło spowodować niebezpieczeństwo, ale postanowił nie ciągnąć tego tematu.

– Hmm, komputer. Drogi – stwierdził Warwał.

Nemhauser zajrzał mu przez ramię, usiłując zgadnąć, co za przedmiot polerował naukowiec.

– A tak. – Nemhauser dopiero teraz zerknął na trzymanego w ręce laptopa.

– Dwanaście tysięcy – ocenił Warwał. – Co z nim? Zepsuł się?

Nemhauser wyjaśnił krótko, o co mu chodzi. Warwał pokiwał głową sceptycznie.

– To