Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 473 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Długi pocałunek z Glasgow - Craig Russell

Glasgow, lata pięćdziesiąte XX wieku. Prywatny detektyw Lennox, zwykle balansujący na granicy prawa, jest podejrzany o zabójstwo bukmachera i hodowcy chartów Jimmy’ego „Bilona” MacFarlane’a, który właśnie szykował spory przekręt na wyścigach psów. Detektyw ma jednak mocne alibi – spędził tę noc z jego córką.

Lennox musi rozwikłać sprawę morderstwa. Okazuje się, że jest w nie zamieszany niejaki Willie Sneddon, jeden z Trzech Królów półświatka Glasgow – człowiek, któremu nikt w mieście nie chciałby stanąć na drodze. Wraz z nim pojawia się jeszcze inny, poważniejszy gracz...

Glasgow Russella to drobni przestępcy, bandy katolików i protestantów, okrutni królowie półświatka i... jeszcze więcej innych zbirów.

nettiethomson.com

Opinie o ebooku Długi pocałunek z Glasgow - Craig Russell

Fragment ebooka Długi pocałunek z Glasgow - Craig Russell

CRA­IG

RUS­SELL

DŁU­GI PO­CA­ŁU­NEK Z GLAS­GOW

prze­ło­żył

Ja­cek Ma­jew­ski

Ty­tuł ory­gi­na­łu The Long Glas­gow Kiss

Prze­kład Ja­cek Ma­jew­ski

Re­dak­cja Mar­ta Ku­bi­now­ska

Ko­rek­ta Mo­ni­ka Bu­ra­czyń­ska

Pro­jekt okład­ki Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Skład i ła­ma­nie TYPO

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.

i Mi­chał Na­ko­necz­ny / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Co­py­ri­ght © by Cra­ig Rus­sell

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ja­cek Ma­jew­ski

ISBN 978-83-7881-050-6

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Ma­rion

I

Nie­któ­re po­ję­cia są obce umy­sło­wo­ści glas­gow­czy­ków, ot cho­ciaż­by su­rów­ka czy sto­ma­to­lo­gia, a tak­że prze­ba­cze­nie.

Do owe­go wie­czo­ru, kie­dy zmarł Bi­lon Mac­Far­la­ne, nie mia­łem wy­obra­że­nia, jak pa­mię­tli­we po­tra­fi być Glas­gow. Moja edu­ka­cja w tej dzie­dzi­nie mia­ła się do­pie­ro roz­po­cząć.

Przez Glas­gow prze­ta­cza­ła się fala upa­łów i wszy­scy le­pi­li się od potu, a ja szcze­gól­nie, jako że wła­śnie owe­go wie­czo­ru, gdy zo­stał za­mor­do­wa­ny Bi­lon Mac­Far­la­ne, mia­łem rand­kę z jego wy­strza­ło­wą cór­ką Lor­ną. Za­par­ko­wa­łem swo­je­go au­sti­na atlan­ti­ca na wzgó­rzach Glen­ni­fer Bra­es, skąd roz­cią­gał się wi­dok na ciem­ne i po­nu­re tej par­nej nocy Glas­gow. Szcze­rze mó­wiąc, nie­wie­le uwa­gi po­świę­ci­li­śmy na po­dzi­wia­nie pa­no­ra­my. Z per­spek­ty­wy cza­su na iro­nię wy­da­je się za­kra­wać fakt, że dwo­je człon­ków ro­dzi­ny Mac­Far­la­ne w tym sa­mym mniej wię­cej cza­sie zna­la­zło się w za­się­gu dzia­ła­nia tę­pe­go na­rzę­dzia.

Lor­na wy­kra­cza­ła dość zna­czą­co po­nad glas­gow­ską nor­mę: była ład­na, mia­ła ru­do­blond wło­sy i sza­ło­wą fi­gu­rę. Jak więk­szość szu­mo­win, któ­rym uda­ło się w koń­cu ja­koś do­ro­bić, jej oj­ciec, glas­gow­ski buk­ma­cher, dbał o po­zo­ry sza­cow­no­ści i po­słał Lor­nę do eks­klu­zyw­nej szko­ły z in­ter­na­tem w Edyn­bur­gu. Zro­bił to praw­do­po­dob­nie po to, żeby jego cór­ka wy­ro­sła na układ­ną pan­nę, ja zaś prze­ko­na­łem się na tyl­nym sie­dze­niu atlan­ti­ca, że owszem, je­śli cho­dzi o fran­cu­ski – po­mi­ja­jąc wszyst­kie inne ję­zy­ki, ja­kich uczo­no w tej szko­le – Lor­na była uro­dzo­ną lin­gwist­ką.

Gdy­bym miał opi­sać swój ów­cze­sny zwią­zek z Lor­ną, naj­le­piej pa­so­wa­ło­by do nie­go okre­śle­nie „płyt­ki”. Mu­szę przy tym nad­mie­nić, że przy­miot­ni­kiem tym moż­na by opi­sać nie­mal wszyst­kie moje do­tych­cza­so­we związ­ki z ko­bie­ta­mi. Moja za­ży­łość z Lor­ną była jed­nak wy­jąt­ko­wo mało zo­bo­wią­zu­ją­ca. Ona za­bi­ja­ła czas w ocze­ki­wa­niu na chwi­lę, gdy w jej si­dła wpad­nie od­po­wied­ni kan­dy­dat na męża, a ja… cóż, ja ro­bi­łem po pro­stu to co za­wsze. Gdy­by owej nocy wy­pad­ki po­to­czy­ły się in­a­czej, to są­dzę, że i tak stop­nio­wo od­da­li­li­by­śmy się od sie­bie bez żalu i wza­jem­nych pre­ten­sji. Jed­nak wte­dy, na wzgó­rzach Glen­ni­fer Bra­es, nie mie­li­śmy jesz­cze po­ję­cia, co nas cze­ka.

Moja igno­ran­cja była szcze­gól­nie bło­ga. Nie zda­wa­łem so­bie zu­peł­nie spra­wy, że za­no­si­ło się na ja­kieś krwa­we po­ra­chun­ki, ani nie ze­tkną­łem się z okre­śle­niem „baro” czy „bi­cza­pen”. A gdy­by ktoś w ów par­ny, zbyt upal­ny let­ni wie­czór wy­mie­nił na­zwi­sko Joh­na Lar­go, to pew­nie uznał­bym, że mowa o ja­kiejś po­sta­ci z we­ster­nu. I w pew­nym sen­sie by­ła­by to praw­da: za­chód naj­dzik­szy był wła­śnie w Glas­gow.

John Lar­go nie był jed­nak żad­nym kow­bo­jem. Był kimś w ro­dza­ju sza­rej emi­nen­cji. Cie­niem. Bar­dzo nie­bez­piecz­nym cie­niem, któ­re­go mac­ki się­ga­ły da­le­ko.

Kie­dy za­koń­czy­li­śmy na­sze tan­go na tyl­nym sie­dze­niu atlan­ti­ca, od­wio­złem Lor­nę do domu w Pol­lok­shields. Glas­gow ce­cho­wa­ło się wła­sną geo­gra­fią spo­łecz­ną, nie­zro­zu­mia­łą dla ko­goś z ze­wnątrz, ale ma­ją­cą istot­ne zna­cze­nie dla sta­no­wią­cych tu mniej­szość klas śred­nich. Było zresz­tą ty­pem mia­sta za­sad­ni­czo bez­kla­so­we­go, w któ­rym li­czy­ło się w grun­cie rze­czy tyl­ko to, ile kto miał pie­nię­dzy. Wszech­obec­ny glas­gow­ski ak­cent prze­kra­czał na­to­miast wszel­kie spo­łecz­ne ba­rie­ry, i tu je­dy­ną mia­rą sta­tu­su była oce­na, na ile czy­jaś wy­mo­wa była zro­zu­mia­ła, a ści­ślej rzecz bio­rąc – na ile da­le­ka od nie­zro­zu­mia­ło­ści. Je­śli już do­szu­ki­wać się kry­te­riów po­dzia­łu, to po­zy­cję spo­łecz­ną wy­zna­cza­ło za­zwy­czaj albo miej­sce za­miesz­ka­nia, albo bar­dziej sub­tel­ne wskaź­ni­ki o cha­rak­te­rze so­cjal­nym, ta­kie jak od­le­głość od naj­bliż­szej spłu­ki­wa­nej to­a­le­ty lub to, czy na­sza bab­cia miesz­ka jesz­cze w slum­sie.

Dzia­łal­ność buk­ma­cher­ska Bi­lo­na roz­wi­ja­ła się na prze­strze­ni lat do­brze – pod tym wzglę­dem szło mu chy­ba le­piej niż więk­szo­ści glas­gow­skich buk­ma­che­rów. Nie zro­bił jed­nak aż ta­kiej kasy ani nie wy­ro­bił so­bie na tyle sza­cow­nej po­zy­cji, aby prze­sko­czyć z po­łu­dnio­we­go za­rze­cza na dru­gą stro­nę rze­ki Cly­de i awan­so­wać w spo­łecz­nej hie­rar­chii. Re­zy­den­cja Mac­Far­la­ne’ów po­ło­żo­na była więc w Pol­lok­shields, na po­łu­dnie od Cly­de. Była to duża, so­lid­na i po­zba­wio­na po­lo­tu szkoc­ka wil­la w sty­lu wik­to­riań­skim, sto­ją­ca przy uli­cy peł­nej nie­mal iden­tycz­nych, so­lid­nych i ta­koż po­zba­wio­nych po­lo­tu szkoc­kich wil­li w sty­lu wik­to­riań­skim – zgod­nie z pre­zbi­te­riań­skim im­pe­ra­ty­wem, aby ukry­wać do­bro­byt pod ma­ską ano­ni­mo­wo­ści. Aby czymś się jed­nak od sie­bie na­wza­jem od­róż­niać, pra­wie wszyst­kie domy przy tej uli­cy opa­trzo­ne były nie nu­me­ra­mi, lecz na­zwa­mi. Kie­dy do­je­cha­li­śmy do Ard­mo­re, za­sta­li­śmy tam rząd blo­ku­ją­cych pod­jazd czar­nych po­li­cyj­nych wol­se­ley­ów.

Taki wi­dok to dla mnie na ogół sy­gnał, aby jak naj­szyb­ciej od­da­lić się w prze­ciw­nym kie­run­ku, ale Lor­na wpa­dła w pa­ni­kę, więc za­par­ko­wa­łem na uli­cy i pod­sze­dłem z nią do bu­dyn­ku. Od razu sta­ło się ja­sne, że cze­ka nas tam coś bar­dzo nie­przy­jem­ne­go. I fak­tycz­nie: to dwu­me­tro­we coś, odzia­ne w twe­ed i bru­nat­ne brok­sy, oka­za­ło się de­tek­ty­wem nad­in­spek­to­rem Wil­liem McNa­bem.

– Co się dzie­je? – spy­ta­łem, lecz McNab mnie cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wał.

– Pan­na Mac­Far­la­ne? – ode­zwał się do Lor­ny z tro­ską w gło­sie i by­łem pod wra­że­niem, jak prze­ko­nu­ją­co ode­grał rolę współ­czu­ją­ce­go bliź­nie­go. – Czy mo­gła­by pani pójść ze mną? – Po­pro­wa­dził ją do przed­po­ko­ju, naj­pierw rzu­ca­jąc mi przez ra­mię spoj­rze­nie, jed­no­znacz­nie mó­wią­ce: „A ty, kur­wa, ani kro­ku da­lej”.

Uśmiech­ną­łem się. Miło być za­uwa­żo­nym…

Chcąc nie chcąc, zo­sta­łem przed pro­giem w to­wa­rzy­stwie gli­nia­rza, po­sta­wio­ne­go na stra­ży przy drzwiach fron­to­wych. Był to chłop na schwał – gó­ral, tak jak dzie­więć­dzie­siąt pro­cent mun­du­ro­wych w glas­gow­skiej po­li­cji. Gó­ra­li re­kru­to­wa­no ze wzglę­du na ich wzrost, a nie za­so­by in­te­lek­tu­al­ne, i ła­two ich było oma­mić błysz­czą­cy­mi pa­cior­ka­mi albo ja­ki­miś urzą­dze­nia­mi elek­trycz­ny­mi. Tyl­ko kil­ka mi­nut za­bra­ło mi wy­cią­gnię­cie od nie­go pod­sta­wo­wych in­for­ma­cji. Oka­za­ło się, że Bi­lon Mac­Far­la­ne, od­no­szą­cy w Glas­gow naj­więk­sze suk­ce­sy buk­ma­cher i oj­ciec Lor­ny w jed­nej oso­bie, leży bez­wład­nie na pod­ło­dze swo­je­go ga­bi­ne­tu, ruj­nu­jąc wy­ście­ła­ją­cy ją mięk­ki dy­wan typu Wil­ton spo­rą ilo­ścią czer­wo­nej cie­czy.

– Są­cii­my, sze wła­śnie wró­cił z wy­ści­ków – zwie­rzył mi się me­lo­dyj­nym he­bry­dyj­skim na­rze­czem mój świe­żo za­po­zna­ny ko­leś gli­na. – Wie pan, on był buk­ma­che­rem. Ktoś mu przy­ło­szył fi­ku­rą jeko ulu­bio­ne­ko char­ta… co się wa­bił Bil­ly Boy.

Za­fra­so­wa­łem się, marsz­cząc brwi: – Ależ fuks. I kto by po­my­ślał?

Kie­dy McNab po­now­nie po­ja­wił się w ko­ry­ta­rzu, nadal sta­łem na ze­wnątrz. Spoj­rza­łem w jego kie­run­ku i za­uwa­ży­łem przez otwar­te drzwi sa­lo­nu, że Lor­na sie­dzi zroz­pa­czo­na na ka­na­pie obok po­cie­sza­ją­cej ją ma­co­chy. Od­ru­cho­wo zro­bi­łem krok do przo­du, ale moja klat­ka pier­sio­wa na­po­tka­ła zde­cy­do­wa­ny opór wiel­kie­go łap­ska McNa­ba.

– A ty ja­kie niby mia­łeś po­wią­za­nia z Jim­mym Mac­Far­la­ne’em, Len­nox?

Po­sta­no­wi­łem kon­ty­nu­ować nasz spo­sób po­ro­zu­mie­wa­nia się za po­śred­nic­twem groź­nych min, rzu­ca­jąc mu naj­wy­mow­niej­sze spoj­rze­nie typu „łapy, kur­wa, przy so­bie”, na ja­kie było mnie ak­tu­al­nie stać. Oka­za­ło się rów­nie sku­tecz­ne, jak ga­da­nie do nie­go po ne­pal­sku. Po­wstrzy­mu­ją­ca mnie dłoń ani drgnę­ła.

– Z Bi­lo­nem? Żad­ne – od­par­łem. – Je­stem… przy­ja­cie­lem jego cór­ki, to wszyst­ko.

– Na ile bli­skim przy­ja­cie­lem?

– No cóż, po­wiedz­my, że ostat­nio dość czę­sto się wi­du­je­my.

– I to je­dy­ne, co cię łą­czy z Ja­me­sem Mac­Far­la­ne’em? – za­py­tał McNab. – Na pew­no?

– Spo­tka­łem go kil­ka razy. Za­sad­ni­czo dla­te­go, że wi­du­ję się z Lor­ną – po­wie­dzia­łem, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że Bi­lon obie­cał mi dwa bi­le­ty na zbli­ża­ją­cą się gło­śną wal­kę miej­sco­we­go Bob­by’ego Kirk­cal­dy’ego z Niem­cem Ja­nem Schmidt­ke. Praw­dę mó­wiąc, pierw­sze, o czym po­my­śla­łem, gdy do­wie­dzia­łem się o zgo­nie Bi­lo­na, to czy zdą­żył mi te bi­le­ty za­ła­twić, za­nim dał so­bie roz­wa­lić łeb. Uzna­łem jed­nak, że afi­szo­wa­nie się z tego ro­dza­ju re­flek­sja­mi ujaw­ni­ło­by je­den z mniej atrak­cyj­nych aspek­tów mo­jej oso­bo­wo­ści. Choć może moja ko­lej­na myśl była jesz­cze mniej chwa­leb­na: za­in­try­go­wa­ło mnie bo­wiem py­ta­nie, jak dłu­go będę mu­siał cze­kać, aż Lor­na po śmier­ci ojca od­zy­ska ocho­tę na ko­lej­ną run­dę za­pa­sów na tyl­nym sie­dze­niu atlan­ti­ca.

– Żad­nych in­nych in­te­re­sów? – nie od­pusz­czał McNab. – Nie wy­ko­ny­wa­łeś dla nie­go żad­nych zle­ceń? Ja­kie­goś wę­sze­nia?

Po­trzą­sną­łem gło­wą prze­czą­co i na­gle ja­koś stra­ci­łem hu­mor. Spoj­rza­łem na dłoń opar­tą o mój tors. So­lid­na roz­wi­nię­ta pią­cha. Gru­ba­śne pa­lu­chy z łusz­czą­cą się na knyk­ciach skó­rą. Wy­glą­da­ją­ce spod twe­edu świe­żo wy­pra­so­wa­ne, bia­łe man­kie­ty ko­szu­li.

– Zo­ba­czy­my… I niech ci nie przyj­dzie do gło­wy wściu­biać w to swe­go nosa, Len­nox – po­wie­dział. – To spra­wa dla po­li­cji.

– Wca­le nie mam za­mia­ru się w to mie­szać – od­par­łem, marsz­cząc brwi. Za­sko­czy­ło mnie nie­co, że McNab w ogó­le uwa­ża za ko­niecz­ne, aby mnie znie­chę­cać. – A jaki był mo­tyw?

– No cóż… – McNab wol­ną ręką po­tarł pod­bró­dek, uda­jąc głę­bo­ki na­mysł. – Mac­Far­la­ne był jed­nym z naj­bo­gat­szych glas­gow­skich buk­ma­che­rów i ho­dow­ców char­tów. Wła­śnie wró­cił z wy­ści­gów z tor­bą peł­ną go­tów­ki, któ­rej nie po­tra­fi­my zlo­ka­li­zo­wać… niech no po­my­ślę… Mam! Zbrod­nia w afek­cie.

– Po­wi­nien pan trzy­mać się tego, co panu wy­cho­dzi, nad­in­spek­to­rze, a iro­nię zo­sta­wić mnie.

– A ty zo­staw le­piej ro­bo­tę po­li­cyj­ną mnie. To jest zwy­kły ra­bu­nek. Roz­wi­kła­my to bez ni­czy­jej po­mo­cy, Len­nox. Dwa dni i bę­dzie­my mie­li tego skur­wie­la pod klu­czem.

– Aaa… – uśmiech­ną­łem się i po­ki­wa­łem gło­wą z uzna­niem. – Oto szla­chet­ne dzia­ła­nie sto­ją­ce­go na stra­ży spra­wie­dli­wo­ści szkoc­kie­go sys­te­mu praw­ne­go, we­dług któ­re­go każ­de­go oby­wa­te­la uwa­ża się za nie­win­ne­go, do­pó­ki nie udo­wod­ni mu się, że jest ka­to­li­kiem.

Do­my­śla­łem się, jak to bę­dzie prze­bie­gać. Wła­my­wa­cze rzad­ko ucie­ka­li się do prze­mo­cy. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­łem ko­lej­kę tych sa­mych, co zwy­kle, po­dej­rza­nych, do­sta­ją­cych w dupę na ko­men­dzie. Na fil­mach po­li­cjan­ci z do­cho­dze­niów­ki za­wsze za­pew­nia­li prze­słu­chi­wa­nych, że to „tyl­ko for­mal­ność”. Cie­kaw by­łem, czy wła­śnie tym zwro­tem po­słu­gi­wa­ła się glas­gow­ska po­li­cja: „Nie bę­dzie­my panu już wię­cej za­bie­rać cza­su… to zwy­kła for­mal­ność. Jesz­cze tyl­ko kil­ka ko­pów w że­bra, po­zbie­ra pan zęby z pod­ło­gi, i to by było na tyle…”.

– Mogę ci za­dać py­ta­nie, Len­nox? – prze­rwał moją za­du­mę McNab.

– Za­da­wa­nie py­tań to prze­cież pana fach, nad­in­spek­to­rze – po­wie­dzia­łem, za­cho­wu­jąc dla sie­bie spo­strze­że­nie, że za­zwy­czaj rę­ko­czy­na­mi przy­po­mi­na­no py­ta­ne­mu fra­je­ro­wi, aby za dłu­go nie zwle­kał z od­po­wie­dzią. – Śmia­ło.

– Dla­cze­go nie spie­przasz do Ka­na­dy?

– Czy to py­ta­nie, czy nowy slo­gan re­kla­mo­wy ka­na­dyj­skie­go biu­ra imi­gra­cyj­ne­go? Przy­znam, że ha­sło chwy­tli­we.

– Nie­zły z cie­bie dow­cip­niś, co, Len­nox? – Spoj­rzał w głąb ogro­du, jak­by nie do koń­ca sku­pio­ny na na­szej roz­mo­wie. Po czym na­gle po­pa­trzył mi pro­sto w oczy i przy­su­nął się bli­żej. Ma­jąc tuż przed sobą jego twarz oraz dłoń na klat­ce pier­sio­wej, nie mia­łem już żad­nych wąt­pli­wo­ści, na czym jest sku­pio­ny. – Pa­mię­tasz na­szą ostat­nią po­ga­węd­kę przy pla­cu St. An­drew’s? – McNab miał na my­śli ko­men­dę głów­ną glas­gow­skiej po­li­cji.

– Jak­że mógł­bym za­po­mnieć? Pan, ja i ten cza­ru­ją­cy mło­dzie­niec z He­bryd z owi­nię­tą wo­kół pię­ści mo­krą szma­tą.

– Jak nie prze­sta­niesz dow­cip­ko­wać, to mogę za­ła­twić po­wtór­kę z roz­ryw­ki… Gęba na kłód­kę, Len­nox. I od­po­wiedz na moje py­ta­nie: dla­cze­go nie spie­przasz z po­wro­tem do Ka­na­dy?

– Po­do­ba mi się tu – od­par­łem, igno­ru­jąc oczy­wi­sty dy­le­mat na­tu­ry lo­gicz­nej: jak od­po­wie­dzieć na jego py­ta­nie z gębą na kłód­kę. – Glas­gow­skie po­wie­trze mi słu­ży. Gdy­bym wy­je­chał, pew­nie ozdro­wiał­bym po prze­wle­kłym za­pa­le­niu opłuc­nej, a tak dłu­go nad nim pra­co­wa­łem – wes­tchną­łem, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Nie wiem, może któ­re­goś dnia tam wró­cę. Jak będę na to go­to­wy.

– Na two­im miej­scu po­waż­nie bym się nad tym za­sta­no­wił. – Ode­rwał dłoń od mo­jej klat­ki pier­sio­wej. Tkwi­ła tam tak dłu­go, że przez ma­ry­nar­kę i ko­szu­lę nadal czu­łem jej cie­pły cię­żar. Ko­mu­ni­kat był cał­kiem ja­sny. Nad­in­spek­tor Wil­lie McNab mógł w do­wol­nej chwi­li i na tak dłu­go, jak chciał, po­ło­żyć swo­ją łapę na każ­dym śmier­tel­ni­ku w Glas­gow. – Znam wie­lu lu­dzi, któ­rzy cię nie lu­bią, Len­nox. Owi lu­dzie nadal uwa­ża­ją, że wiesz o spra­wie McGa­her­nów wię­cej, niż się do tego przy­zna­jesz.

– Mylą się. – Szyb­ko przy­wo­ła­łem fał­szy­wy uśmiech, ma­ją­cy po­kryć nie­po­kój, jaki wy­wo­ła­ło we mnie od­grze­by­wa­nie przez McNa­ba mar­twej prze­szło­ści. Bar­dzo mar­twej prze­szło­ści. – Wciąż panu po­wta­rzam, pa­nie nad­in­spek­to­rze, że nie je­stem aż tak waż­ną fi­gu­rą, na jaką wy­glą­dam. Czy mogę te­raz pójść i po­roz­ma­wiać z Lor­ną?

– Pa­mię­taj tyl­ko, żeby nie wty­kać nosa w spra­wę Mac­Far­la­ne’a, Len­nox. – Za­pa­liw­szy play­er­sa, McNab za­cią­gnął się głę­bo­ko i wy­pu­ścił smu­gę dymu w par­ne noc­ne nie­bo Pol­lok­shields. – Bo in­a­czej oso­bi­ście za­ła­twię ci zmia­nę sce­ne­rii. Czy wy­ra­żam się ja­sno?

– Cał­ko­wi­cie… Jed­no mogę z czy­stym su­mie­niem po­wie­dzieć o pana za­wo­alo­wa­nych groź­bach, nad­in­spek­to­rze: są przej­rzy­ste jak krysz­tał.

Mag­gie Mac­Far­la­ne na­la­ła mi szkoc­kiej, pod­czas gdy ja ru­szy­łem po­cie­szać jej pa­sier­bi­cę. Mat­ka Lor­ny zmar­ła dzie­sięć lat temu i Jim­my „Bi­lon” Mac­Far­la­ne oże­nił się po­wtór­nie. Mag­gie, jego dru­ga żona, była star­sza od Lor­ny nie wię­cej niż o dzie­sięć lat.

Są męż­czyź­ni, któ­rzy osią­gnąw­szy okre­ślo­ny wiek, a tak­że od­po­wied­nio za­sob­ne kon­to ban­ko­we, re­zy­gnu­ją z ro­dzin­nej li­mu­zy­ny na rzecz szpa­ner­skie­go, wy­smu­kłe­go sa­mo­cho­du spor­to­we­go i eks­cy­tu­ją­cej jaz­dy, któ­ra daje im choć przez chwi­lę po­czu­cie, że zno­wu są mło­dzi, na­wet je­śli nie do koń­ca po­tra­fią za­pa­no­wać nad mocą sil­ni­ka. Po­dob­nie bywa z dru­gi­mi żo­na­mi. Mag­gie Mac­Far­la­ne z całą pew­no­ścią na­le­ża­ła do tej wła­śnie ka­te­go­rii – po­zna­łem ją, gdy pierw­szy raz przy­je­cha­łem za­brać Lor­nę na rand­kę, i pod­czas tam­te­go spo­tka­nia dała mi nie­dwu­znacz­nie do zro­zu­mie­nia, że gdy­bym i ją chciał kie­dyś wziąć na szyb­ką prze­jażdż­kę, nie mia­ła­by nic prze­ciw­ko temu.

– Jak so­bie da­jesz radę? – spy­ta­łem Mag­gie. Praw­dę mó­wiąc, na moje oko da­wa­ła so­bie radę cał­kiem do­brze. Aż za do­brze.

– Po pro­stu nie mogę w to uwie­rzyć – po­wie­dzia­ła, po­da­jąc mi szkoc­ką i na­le­wa­jąc so­bie. – Bied­ny Jim­my. Kto mógł zro­bić coś tak okrop­ne­go?

Wzią­łem od niej szkla­necz­kę, ob­ją­łem ra­mie­niem Lor­nę i na­mó­wi­łem ją, żeby tro­chę się na­pi­ła. Wy­czer­pa­na pła­czem sie­dzia­ła, bla­da i onie­mia­ła. Upi­ła nie­co al­ko­ho­lu, krztu­sząc się i za­ci­ska­jąc moc­no po­wie­ki. Szkoc­ka chy­ba za­dzia­ła­ła, bo Lor­na jak­by na­bra­ła ani­mu­szu i spoj­rza­ła wil­kiem na Mag­gie.

– Paru by się pew­nie zna­la­zło – wy­mam­ro­ta­ła zja­dli­wie pod no­sem. Ech, har­mo­nia ro­dzin­na. By­łem zmar­twio­ny przez wzgląd na Lor­nę, ale z dru­giej stro­ny chcia­łem się ze­rwać, bo zer­ka­jąc na ze­ga­rek, stwier­dzi­łem, że wszyst­kie bary już po­za­my­ka­no, a je­śli nadal będę zwle­kał, to za chwi­lę nie za­ła­pię się na­wet do pubu Pod Koń­skim Łbem, gdzie o tej po­rze wpusz­cza­ją tyl­ko na umó­wio­ny spo­sób pu­ka­nia.

Po­sta­no­wi­łem roz­ła­do­wać na­pię­tą at­mos­fe­rę. – Czy to ty zna­la­złaś cia… To zna­czy, czy to ty zna­la­złaś pana McFar­la­ne’a? – spy­ta­łem Mag­gie, któ­ra usia­dła na ka­na­pie na­prze­ciw­ko nas, za­kła­da­jąc nogę na nogę. Roz­legł się syk je­dwa­biu piesz­czo­tli­wie otu­la­ją­ce­go jej cia­ło. Była to oczy­wi­ście wy­bit­nie nie­od­po­wied­nia chwi­la na przy­glą­da­nie się jej no­gom i uczy­ni­łem wiel­ki wy­si­łek, aby się przed tym po­wstrzy­mać. Jak zwy­kle po­nio­słem po­raż­kę. Wło­ży­ła mię­dzy in­ten­syw­nie pą­so­we war­gi pa­pie­ro­sa i za­pa­li­ła go. Była to ja­kaś luk­su­so­wa za­gra­nicz­na mar­ka z fil­trem, na któ­rym wid­nia­ły dwa zło­te pa­ski.

– By­łam u przy­ja­ciół­ki w Be­ars­den – po­wie­dzia­ła, wpa­tru­jąc się we mnie błę­kit­ny­mi ocza­mi. – Wró­ci­łam mniej wię­cej go­dzi­nę temu. Od razu zo­rien­to­wa­łam się, że coś jest nie tak, bo drzwi fron­to­we były otwar­te na oścież. Po­tem, kie­dy we­szłam do ga­bi­ne­tu Jim­my’ego… – Spu­ści­ła wzrok i wy­pi­ła duży łyk szkoc­kiej.

– A co po­wie­dzia­ła po­li­cja?

– Nie­wie­le. Tyl­ko tyle, że ich zda­niem to ra­bu­nek. Ktoś mu­siał wie­dzieć, że Jim­my bę­dzie wra­cał z wy­ści­gów na sta­dio­nie Shaw­field z wie­czor­nym utar­giem.

– Czy wy­mie­nia­li ja­kieś na­zwi­ska?

Mag­gie mia­ła wła­śnie od­po­wie­dzieć, gdy do po­ko­ju wszedł bez pu­ka­nia McNab. Pu­ka­nie to dro­biazg, któ­ry po­zo­sta­wiał in­nym.

– Pan­no Mac­Far­la­ne, czy mógł­bym pani za­dać kil­ka py­tań? – Spoj­rzał na mnie wy­mow­nie i do­dał: – Naj­wy­god­niej by­ło­by w kuch­ni.

Mag­gie od­cze­ka­ła, aż Lor­na i McNab wyj­dą, po czym od­po­wie­dzia­ła: – Nie, nie wy­mie­nia­li żad­nych na­zwisk. Ale pew­nie coś wy­my­ślą.

Za­śmia­łem się pod no­sem. – Po­li­cja nie bawi się w wy­my­śla­nie, wszak ma to tę de­ner­wu­ją­cą ce­chę, że pod­wa­ża z góry po­wzię­te prze­ko­na­nia.

Kie­dy Lor­na wró­ci­ła z roz­mo­wy z McNa­bem, była we łzach. Jego to­wa­rzy­stwo czę­sto i mnie pra­wie do nich do­pro­wa­dza­ło. Po­czu­cie obo­wiąz­ku spra­wi­ło, że zno­wu za­czą­łem ją po­cie­szać. Do­trzy­mu­jąc to­wa­rzy­stwa cór­ce i ma­co­sze, na­wet raz nie za­py­ta­łem o to, czy Bi­lon przed swo­im przed­wcze­snym zgo­nem nie wspo­mi­nał przy­pad­kiem o bi­le­tach na mecz bok­ser­ski. Nikt nie mógł­by mi za­rzu­cić, że nie je­stem dżen­tel­me­nem.

Z tego, co by­łem w sta­nie się zo­rien­to­wać, McNab miał praw­do­po­dob­nie ra­cję: Bi­lo­no­wi roz­wa­lo­no cze­rep z po­wo­du ca­ło­dzien­ne­go utar­gu, któ­ry przy­niósł wie­czo­rem do domu. Z pew­no­ścią była to okrą­gła sum­ka, ale czy aż tak, aby ry­zy­ko­wać za nią stry­czek? Bo je­śli sam McNab zaj­mo­wał się tą spra­wą, to z całą pew­no­ścią ktoś za­wi­śnie. Zła­pa­łem się wręcz na tym, że je­stem wdzięcz­ny za swo­je że­la­zne ali­bi.

Po­krę­ci­łem się tam jesz­cze do dru­giej w nocy. Po­li­cja zmy­ła się już wcze­śniej, więc obie­ca­łem, że za­dzwo­nię rano i też wy­sze­dłem.

II

Gdy wra­ca­łem do domu opu­sto­sza­ły­mi uli­ca­mi, na­su­nę­ła mi się re­flek­sja, że praw­do­po­dob­nie ist­nie­ją gdzieś cmen­ta­rze, na któ­rych jest wię­cej ży­cia niż w Glas­gow o dru­giej w nocy. Pew­nie dla­te­go zwró­ci­ło moją uwa­gę świa­tło re­flek­to­rów od­bi­ja­ją­ce się we wstecz­nym lu­ster­ku. Nie by­łem pe­wien, czy po­ja­wi­ło się już w Pol­lok­shields, w każ­dym ra­zie to­wa­rzy­szy­ło mi wy­star­cza­ją­co dłu­go, aby wzbu­dzić moją po­dejrz­li­wość. Prze­jeż­dża­jąc obok swo­je­go miesz­ka­nia, nie za­trzy­ma­łem się, tyl­ko po­je­cha­łem da­lej uli­cą Gre­at We­stern i skrę­ci­łem w uli­cę By­res, a po­tem jesz­cze raz na chy­bił tra­fił w pra­wo, w ja­kąś ci­chą prze­czni­cę, przy któ­rej sta­ły czyn­szów­ki i bliź­nia­ki z pia­skow­ca. Bu­dyn­ki były tak okop­co­ne sa­dzą, że wy­glą­da­ły na ciem­niej­sze niż roz­po­ście­ra­ją­ce się nad nimi noc­ne nie­bo. Sa­mo­chód, któ­re­go świa­tła wi­dzia­łem w lu­ster­ku, przez cały czas utrzy­my­wał naj­więk­szy moż­li­wy dy­stans, dba­jąc jed­nak o to, aby mnie nie zgu­bić na mo­jej przy­pad­ko­wo wy­bra­nej tra­sie. Za­trzy­ma­łem się przed ja­kąś czyn­szów­ką, wy­sia­dłem z atlan­ti­ca, za­mkną­łem drzwi i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wsze­dłem w pa­saż wio­dą­cy na tył bu­dyn­ku.

Sa­mo­chód prze­je­chał obok. Był to au­stin. Je­den z więk­szych mo­de­li. Czar­ny albo ciem­no­sza­ry. Taki, ja­kich uży­wa­ją pa­tro­le po­li­cji. Za­uwa­ży­łem w środ­ku kie­row­cę i pa­sa­że­ra, ale nie by­łem w sta­nie ro­ze­znać nic wię­cej po­nad to, że jed­na z po­sta­ci mia­ła bary, któ­rych mógł­by po­zaz­dro­ścić Atlas. Bi­lon Mac­Far­la­ne był bez wąt­pie­nia dość gru­bą rybą, nie ro­zu­mia­łem jed­nak, dla­cze­go śledz­two w jego spra­wie cie­szy się aż ta­kim za­in­te­re­so­wa­niem. I dla­cze­go, bio­rąc pod uwa­gę moje mar­gi­nal­ne po­wią­za­nia z de­na­tem, po­li­cja z ta­kim upo­rem dep­cze mi po pię­tach. Sa­mo­chód znik­nął za ro­giem i po chwi­li za­wró­cił na trzy, co skon­sta­to­wa­łem, wsłu­chu­jąc się w zgrzyt syn­chro­ni­za­to­ra. Wy­sze­dłem z cie­nia, wró­ci­łem do atlan­ti­ca i z za­ło­żo­ny­mi rę­ko­ma opar­łem się o błot­nik, cze­ka­jąc cier­pli­wie, aż nie­ozna­czo­ny wóz po­li­cyj­ny wy­nu­rzy się zza rogu. Cza­sem po­tra­fię prze­chy­trzyć spra­wę.

Au­stin po­ja­wił się po­now­nie i za­trzy­mał obok mnie. To był mo­del she­er­li­ne, zbyt eks­klu­zyw­ny jak na wóz po­li­cyj­ny. Z fo­te­la obok kie­row­cy wy­su­nę­ło się coś wiel­kie­go i ciem­ne­go, rzu­ca­jąc w świe­tle la­tar­ni nie­wia­ry­god­nie wiel­ki cień.

– Wi­tam po­now­nie, pa­nie Len­nox… – po­wie­dział z uśmie­chem Pe­di­kiu­rek McBri­de swo­im dud­nią­cym ba­ry­to­nem. Wy­pro­sto­wa­łem się i ode­rwa­łem od błot­ni­ka sa­mo­cho­du. A to cie­ka­wost­ka.

– Pe­di­kiu­rek? Co ty tu ro­bisz? My­śla­łem, że to po­li­cja. Cze­mu za mną je­dziesz?

– Bę­dzie pan mu­siał spy­tać o to pana Sned­do­na – od­parł z po­wa­gą. – Je­stem pe­wien, że pana wy­eks­pli­ku­je. – Pe­di­kiu­rek sta­ran­nie wy­mó­wił każ­dą sy­la­bę: wy-eks-pli-ku-je.

– Wi­dzę, że nadal czy­tu­jesz „Re­ader’s Di­gest” – po­chwa­li­łem go.

– Po­sze­rzam za­sób słow­nic­twa… – roz­pro­mie­nił się Pe­di­kiu­rek. Wy­obra­zi­łem so­bie, o ile cie­kaw­sze by­ło­by przy jego po­sze­rzo­nym słow­nic­twie do­świad­cze­nie tra­ce­nia ko­lej­nych pal­ców u stóp za spra­wą trzy­ma­nych przez nie­go no­życ do prę­tów. W sto­so­wa­niu tego wła­śnie na­rzę­dzia tor­tur spe­cja­li­zo­wał się bo­wiem Pe­di­kiu­rek i stąd po­cho­dzi­ła jego ksy­wa. Albo pseu-do-nim, jak pew­nie sam by po­wie­dział.

– Wy­ra­zi­ste słow­nic­two to praw­dzi­wy skarb – uśmiech­ną­łem się.

– Tu się pan, kur­wa, nie myli, pa­nie Len­nox – od­parł z uśmie­chem Pe­di­kiu­rek.

– Pan Sned­don chce się ze mną wi­dzieć już te­raz? – spy­ta­łem, otwie­ra­jąc drzwi do sa­mo­cho­du. – W ta­kim ra­zie po­ja­dę za tobą.

Pe­di­kiu­rek prze­stał się uśmie­chać. Otwo­rzył na oścież tyl­ne drzwi she­er­li­ne’a. – Za­dba­my, aby wró­cił pan póź­niej do swe­go auta. Je­śli nie ma pan o-biek-cji.

– Świet­nie – od­par­łem, jak­by wy­świad­czał mi przy­słu­gę. Prze­mknę­ła mi jed­nak przez gło­wę myśl, że po po­wro­cie mogę nie być w sta­nie do­li­czyć się wszyst­kich dwu­dzie­stu pal­ców u rąk i stóp.

Pe­di­kiu­rek McBri­de był może sa­dy­stycz­nym, psy­cho­pa­tycz­nym osił­kiem, ale spra­wiał przy­najm­niej wra­że­nie przy­jaź­nie na­sta­wio­nej be­stii. Nie moż­na było tego sa­me­go po­wie­dzieć o kie­row­cy au­sti­na – chu­dym, wred­nie wy­glą­da­ją­cym za­ka­pio­rze z kiep­ską cerą i nad­mier­nie na­oli­wio­ny­mi wło­sa­mi, przy­cię­ty­mi w ka­czy ku­per. Już go wcze­śniej wi­dy­wa­łem, jak cza­ił się zło­wiesz­czo wo­kół Wil­lie­go Sned­do­na. Trze­ba było wpraw­dzie przy­znać, że owo zło­wiesz­cze cza­je­nie wy­cho­dzi­ło mu nad­zwy­czaj do­brze, re­kom­pen­su­jąc w peł­ni jego bra­ki kon­wer­sa­cyj­ne.

Wy­je­cha­li­śmy poza mia­sto, na za­chód, i mi­nąw­szy Cly­de­bank, wje­cha­li­śmy na dro­gę do Dum­bar­ton. W za­się­gu wzro­ku nie było żad­nych in­nych sa­mo­cho­dów. Brzyd­kie ka­mie­ni­ce za­czę­ły stop­nio­wo ustę­po­wać otwar­tym prze­strze­niom i po­czu­łem się nie­swo­jo. Już sama dar­mo­wa pod­wóz­ka za­ofe­ro­wa­na przez Pe­di­kiur­ka McBri­de’a po­win­na skło­nić każ­de­go do więk­szej czuj­no­ści, a do­dat­ko­wa wie­dza o tym, kto za­ży­czył so­bie au­dien­cji, wy­star­cza­ła, aby dol­ne czę­ści ukła­du po­kar­mo­we­go za­czę­ły przy­po­mi­nać o swo­im ist­nie­niu. Pe­di­kiu­rek był jed­nym z sie­pa­czy Wil­lie­go Sned­do­na. A Wil­lie Sned­don był Kró­lem po­łu­dnio­we­go za­rze­cza, jed­nym z tak zwa­nych Trzech Kró­lów, kon­tro­lu­ją­cych całą war­tą kon­tro­lo­wa­nia dzia­łal­ność prze­stęp­czą Glas­gow. Spo­tka­nie ze Sned­do­nem za­wsze wró­ży­ło kło­po­ty, i to naj­gor­sze z moż­li­wych.

Kie­dy zje­cha­li­śmy z głów­nej dro­gi w wą­ski wiej­ski trakt, po­my­śla­łem, że rze­czy­wi­ście mogę się zna­leźć w po­waż­nych ta­ra­pa­tach. Zer­ka­łem na­wet na klam­kę, kal­ku­lu­jąc, czy przy tej pręd­ko­ści opła­ca­ło­by mi się ry­zy­ko­wać skrę­ce­nie kar­ku pod­czas pró­by wy­sko­cze­nia z sa­mo­cho­du. Gdy­by jed­nak zła­pa­li mnie Pedi i jego mil­czą­cy kum­pel, ry­zy­ko to mo­gło­by za­mie­nić się w fakt do­ko­na­ny. Wil­lie Sned­don na­le­żał do ka­te­go­rii go­spo­da­rzy, któ­rzy bar­dzo źle re­agu­ją na od­mo­wę przy­ję­cia ich za­pro­sze­nia. Je­śli więc za­czął­bym wiać, to chcąc ujść cało z zę­ba­mi, pal­ca­mi, a może na­wet ży­ciem, mu­siał­bym wiać tak dłu­go, do­pó­ki nie zna­la­zł­bym się z po­wro­tem w Ka­na­dzie. Sa­mo­chód pod­sko­czył na ja­kimś wy­bo­ju. Uspo­ko­iłem się. Było ra­czej bez sen­su, aby Sned­don pla­no­wał dla mnie coś nie­przy­jem­ne­go – coś jesz­cze poza swo­im to­wa­rzy­stwem, któ­re i tak samo w so­bie wy­czer­pie mój li­mit nie­przy­jem­no­ści na ten mie­siąc. Nie zro­bi­łem ni­cze­go, czym mógł­bym się na­ra­zić Sned­do­no­wi czy któ­re­mu­kol­wiek z po­zo­sta­łych dwóch Kró­lów. Praw­dę mó­wiąc, przez ostat­ni rok w ogó­le bar­dzo sta­ra­łem się uni­kać wy­ko­ny­wa­nia dla nich ja­kich­kol­wiek zle­ceń.

Po­sta­no­wi­łem nie ro­bić żad­nych po­chop­nych ru­chów i po­cze­kać, co się bę­dzie dzia­ło.

Trakt do­pro­wa­dził nas do go­spo­dar­stwa wiej­skie­go. Duży dom w sty­lu wik­to­riań­skim, zbu­do­wa­ny z gra­ni­tu, wska­zy­wał na wła­ści­cie­la, któ­ry sam ra­czej rzad­ko wy­cho­dził w pole. Obok sta­ła wiel­ka ka­mien­na obo­ra, któ­ra, jak się do­my­śla­łem, nie była uży­wa­na zgod­nie z pier­wot­nym prze­zna­cze­niem, chy­ba że za­miesz­ki­wa­ła ją rasa by­dła rów­nie szla­chet­nie uro­dzo­ne­go. W je­dy­nych dwóch okien­kach na wiel­kiej ścia­nie bu­dyn­ku wi­dać było cięż­kie ak­sa­mit­ne za­sło­ny, ja­rzą­ce się w ciem­no­ści jak czer­wo­ne wę­giel­ki, a spod ma­syw­nych drew­nia­nych drzwi są­czył się żół­ta­wy blask.

Pe­di­kiu­rek i nasz we­soł­ko­wa­ty kie­row­ca po­pro­wa­dzi­li mnie z sa­mo­cho­du do obo­ry. Sły­chać było do­bie­ga­ją­ce z wnę­trza bu­dyn­ku gło­sy. Dużo gło­sów. Śmiech, okrzy­ki i do­ping. Pedi na­ci­snął przy­cisk dzwon­ka i po chwi­li ktoś po dru­giej stro­nie drzwi wyj­rzał przez ju­da­sza, żeby spraw­dzić, kto zacz.

– Nig­dy jesz­cze nie by­łem w za­kon­spi­ro­wa­nym ba­rze mlecz­nym – zwie­rzy­łem się po­god­nie na­sze­mu nie­zbyt po­god­ne­mu kie­row­cy. – Czy Sned­don pę­dzi tu nie­le­gal­ną ma­ślan­kę?

W od­po­wie­dzi przy­cza­ił się przy mnie zło­wiesz­czo. Pedi jesz­cze raz za­dzwo­nił do drzwi.

– Może trze­ba spraw­dzić dru­gie wej­ście – po­wie­dzia­łem z uśmie­chem, pod­ra­bia­jąc ak­cent no­wo­jor­skich gang­ste­rów. Ale to tyl­ko wpro­wa­dzi­ło w po­mie­sza­nie Pe­di­kiur­ka i po­głę­bi­ło zło­wiesz­cze przy­cza­je­nie jego kum­pla.

Spo­dzie­wa­łem się nie­mal, że otwo­rzy nam ja­łów­ka w smo­kin­gu. I nie­wie­le się po­my­li­łem, bo­wiem w drzwiach sta­nął ja­kiś osi­łek o by­czym kar­ku. Prze­kro­cze­nie pro­gu przy­po­mi­na­ło za­nu­rze­nie się w ba­se­nie: oto­czył nas wil­got­ny za­duch dymu pa­pie­ro­so­we­go, opa­rów whi­sky i potu. A tak­że mdła­wy za­pach krwi. Wraz z na­sy­co­ną tą in­ten­syw­ną mie­sza­ni­ną za­pa­chów falą go­rą­ca do­tar­ła też do nas fala ha­ła­su: peł­ne gniew­nej eks­cy­ta­cji okrzy­ki męż­czyzn, prze­pla­ta­ne z rzad­ka wyż­szy­mi, prze­ni­kli­wy­mi gło­sa­mi ko­biet. W środ­ku ra­czej nie było tłu­mów, na­to­miast więk­szość tło­czy­ła się ra­mię przy ra­mie­niu wo­kół po­de­stu, na któ­rym dwóch moc­no umię­śnio­nych męż­czyzn bez par­do­nu okła­da­ło się na­wza­jem pię­ścia­mi. Obaj byli ob­na­że­ni do pasa, ale za­miast stro­jów bok­ser­skich mie­li na so­bie zwy­kłe spodnie i buty. I nie no­si­li żad­nych rę­ka­wic.

No, nie­źle, po­my­śla­łem. Boks na gołe pię­ści. Or­ga­ni­zo­wa­ny bez li­cen­cji, nie­ure­gu­lo­wa­ny żad­ny­mi prze­pi­sa­mi, nie­le­gal­ny. I nie­jed­no­krot­nie tra­gicz­ny w skut­kach. Nig­dy tak na­praw­dę nie po­tra­fi­łem zro­zu­mieć, po co ktoś miał­by na za­cho­dzie Szko­cji pła­cić za oglą­da­nie walk na gołe pię­ści. Szcze­gól­nie w Glas­gow wy­da­wa­ło się to czymś nad­mia­ro­wym, jak uma­wia­nie się z dziew­czy­ną na rand­kę w trak­cie or­gii.

Pe­di­kiu­rek po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu i nie­mal ugią­łem się pod tym na­głym cię­ża­rem. – Pan Sned­don po­le­cił, że­by­śmy dali panu drin­ka. Ma pan za­cze­kać, aż szef bę­dzie go­to­wy. – Za udra­po­wa­nym kre­pą sto­łem na ko­zioł­kach, peł­nią­cym funk­cję baru, sta­ła mniej wię­cej dwu­dzie­sto­let­nia dziew­czy­na, zbyt moc­no uma­lo­wa­na i zbyt ską­po ubra­na. Jak moż­na się było spo­dzie­wać, nie mia­ła whi­sky Ca­na­dian Club, a szkoc­ka, któ­rą do­sta­łem, po­dzia­ła­ła na moje pod­nie­bie­nie po­dob­nie, jak po­dzia­łał­by roz­pusz­czal­nik na far­bę. Zwró­ci­łem wzrok w kie­run­ku to­czą­cej się wal­ki i przyj­rza­łem się wi­dow­ni. Więk­szość męż­czyzn mia­ła na so­bie smo­kin­gi, a ko­bie­ty były mło­de, wy­strza­ło­wo ubra­ne i nie sta­no­wi­ły by­najm­niej ma­te­ria­łu na żony. Nie­do­brze ro­bi­ło mi się od wi­do­ku tych za­ró­żo­wio­nych, wy­pu­co­wa­nych fa­ce­tów z na­la­ny­mi twa­rza­mi – księ­go­wych, praw­ni­ków i in­nych glas­gow­czy­ków z niż­szej kla­sy śred­niej, szla­ja­ją­cych się po spe­lu­nach. To był taki ich mały gru­po­wy re­ko­ne­sans w kra­inę wy­stęp­ku. Przy­pusz­czam, że na oso­bi­ste za­pro­sze­nie Sned­do­na był tu nie­je­den biu­ro­kra­ta z rady mia­sta, a na­wet co po­nie­któ­rzy wy­żej po­sta­wie­ni gli­nia­rze. Smród ko­rup­cji wy­czu­wa­ło się rów­nie wy­raź­nie, jak odór potu i al­ko­ho­lu.

Moją uwa­gę przy­cią­gnę­ła do­bie­ga­ją­ca od stro­ny po­dium ko­lej­na fala do­pin­gu. Sam cza­sem lu­bi­łem po­pa­trzeć na wal­kę bok­ser­ską, ale to, co się tu­taj od­by­wa­ło, nie było żad­nym spor­tem. Wy­ma­ga­ło tyl­ko umie­jęt­no­ści roz­bi­ja­nia knyk­ci prze­ciw­ni­ka za po­mo­cą swo­jej gło­wy i twa­rzy. Twarz każ­de­go z wal­czą­cych sta­no­wi­ła lu­strza­ne od­bi­cie twa­rzy prze­ciw­ni­ka: bia­ła, na­puch­nię­ta skó­ra, uma­za­na śli­ną, po­tem i wy­raź­ny­mi smu­ga­mi krwi, szpar­ki pod­bi­tych oczu i zle­pio­ne po­tem, przy­kle­jo­ne do czasz­ki wło­sy. Obie ma­ski były rów­nie po­zba­wio­ne wy­ra­zu. Nie było na nich wi­dać stra­chu, gnie­wu ani nie­na­wi­ści, tyl­ko wy­pra­ną z emo­cji kon­cen­tra­cję dwóch męż­czyzn za­an­ga­żo­wa­nych w cięż­ką fi­zycz­ną pra­cę wy­rzą­dza­nia krzyw­dy dru­giej ludz­kiej isto­cie. Od­głos każ­de­go cio­su przy­po­mi­nał mo­kre pla­śnię­cie albo szpet­ne, głu­che łup­nię­cie. Ża­den z męż­czyzn nie pró­bo­wał unik­nąć cio­sów prze­ciw­ni­ka – cho­dzi­ło w tym wszyst­kim wła­śnie o to, żeby okła­dać się na­wza­jem pię­ścia­mi, aż ktoś pad­nie na zie­mię i już się nie pod­nie­sie. Obaj wal­czą­cy spra­wia­li wra­że­nie wy­czer­pa­nych. W wal­kach na gołe pię­ści nie ma po­dzia­łu na run­dy ani przerw na od­po­czy­nek i od­zy­ska­nie sił. Je­śli ktoś zo­stał po­wa­lo­ny na zie­mię, miał trzy­dzie­ści se­kund na to, aby pod­nieść się i sta­nąć na no­gach przed „kre­chą”, li­nią na­ry­so­wa­ną na zie­mi po­środ­ku te­re­nu wal­ki.

Wal­ka na gołe pię­ści ma w so­bie coś ta­kie­go, że chcąc nie chcąc, nie spo­sób ode­rwać od niej wzro­ku. Ja też zła­pa­łem się na tym, że z uwa­gą ob­ser­wu­ję to­czą­cy się na pod­wyż­sze­niu bru­tal­ny po­je­dy­nek. Wal­czą­cy zda­wa­li się zu­peł­nie nie zwa­żać na to, co dzie­je się wo­kół nich. A tak­że przy­pusz­czal­nie na to, co było i co bę­dzie. Pa­mię­ta­łem ten stan z cza­sów woj­ny. Na polu bi­tew­nym nie ma się żad­nej prze­szło­ści ani przy­szło­ści, żad­nych po­wią­zań ze świa­tem ze­wnętrz­nym. Nie ma się na­wet żad­ne­go ludz­kie­go sto­sun­ku do tych, któ­rych się za­bi­ja. Ten sam stan wy­ob­co­wa­nia do­strze­głem u tych dwóch męż­czyzn. Je­den z nich był nie­co niż­szy i tęż­szy od dru­gie­go. Ciek­ną­cą z nosa krew miał roz­tar­tą wierz­chem dło­ni na gór­nej war­dze i w po­przek po­licz­ka, a jed­na ze spur­pu­ro­wia­łych po­wiek szyb­ko pu­chła, gro­żąc cał­ko­wi­tym za­skle­pie­niem oka. Wy­da­wa­ło się, że to tyl­ko kwe­stia cza­su, kie­dy ro­ślej­szy prze­ciw­nik wy­ko­rzy­sta tę prze­wa­gę. Jed­nak niż­szy męż­czy­zna wy­pu­ścił na­gle nie­zdar­ne­go, ale moc­ne­go le­we­go haka, któ­ry z nie­przy­jem­nym od­gło­sem wy­lą­do­wał na po­licz­ku tego bar­dziej na­pa­ko­wa­ne­go. Na­wet z dru­gie­go koń­ca obo­ry, po­przez za­sło­nę pa­pie­ro­so­we­go dymu, wi­dać było, że ten, któ­ry obe­rwał, na chwi­lę zna­lazł się świa­do­mo­ścią poza cia­łem, a ra­mio­na opa­dły mu bez­wład­nie w dół.

Wśród ze­bra­nych pod­niósł się ryk za­chwy­tu i wście­kło­ści, w za­leż­no­ści od tego, na kogo kto po­sta­wił, a mniej­szy gość wy­mie­rzył prze­ciw­ni­ko­wi ła­mią­cy nos cios. Wyż­sze­mu try­snę­ła krew na usta. Wrza­wa przy­bra­ła na sile. To był ko­niec. Mniej­szy już czuł w za­krwa­wio­nych noz­drzach woń zwy­cię­stwa i przy­pu­ścił fron­tal­ny atak na wyż­sze­go za­wod­ni­ka, okła­da­jąc go go­ły­mi pię­ścia­mi po że­brach i brzu­chu. Ko­lej­ny lewy sier­po­wy i więk­szy zwa­lił się na zie­mię jak kło­da, zo­sta­wia­jąc po so­bie w po­wie­trzu tyl­ko lep­ką smu­gę krwi i śli­ny.

Nikt nie gra­tu­lo­wał zwy­cięz­cy ani nie li­to­wał się nad po­ko­na­nym, bo na­tych­miast roz­po­czę­ło się po­waż­ne przed­się­wzię­cie re­gu­lo­wa­nia ra­chun­ków z ty­tu­łu po­sta­wio­nych za­kła­dów. Tym ra­zem małe zbie­go­wi­sko zro­bi­ło się wo­kół nie­le­gal­nie pra­cu­ją­ce­go dla Sned­do­na buk­ma­che­ra i dwóch ochro­nia­rzy. Sned­don był­by szczę­śli­wy, bo kwa­śne miny prze­gra­nych prze­wa­ża­ły li­czeb­nie nad roz­pro­mie­nio­ny­mi en­tu­zja­zmem uśmie­cha­mi wy­gra­nych.

Po kil­ku chwi­lach wszy­scy skie­ro­wa­li się do baru, a ja za­szy­łem się w ja­kimś ką­cie ze swo­ją pod­łą szkoc­ką, aby po­kon­tem­plo­wać swo­je peł­ne suk­ce­sów ży­cie. Jak­że mało bra­ko­wa­ło, aby wszyst­ko po­to­czy­ło się fa­tal­nie. Wy­star­czy­ło­by kil­ka od­mien­nych de­cy­zji ży­cio­wych, a miesz­kał­bym wy­god­nie jako bo­ga­ty czło­wiek pięć ty­się­cy ki­lo­me­trów od Glas­gow i umknę­ło­by mi bu­du­ją­ce do­świad­cze­nie ob­ser­wo­wa­nia dwóch po­kie­re­szo­wa­nych człe­ko­kształt­nych małp bi­ją­cych się do nie­przy­tom­no­ści w ja­kiejś szkoc­kiej obo­rze.

Pe­di­kiu­rek po­ja­wił się zno­wu, tym ra­zem w to­wa­rzy­stwie nie­wy­so­kie­go, moc­no zbu­do­wa­ne­go i wy­glą­da­ją­ce­go na twar­dzie­la męż­czy­zny, ubra­ne­go w świet­nie do­pa­so­wa­ny, dro­gi, choć nie­ra­żą­cy eks­tra­wa­gan­cją gar­ni­tur. Ja­sne wło­sy fa­ce­ta wy­glą­da­ły na świe­żo strzy­żo­ne. Rysy twa­rzy miał przy­stoj­ne, choć tchnę­ła z nich ja­kaś bru­tal­ność. Fi­zjo­no­mię szpe­ci­ła mu nie­ste­ty głę­bo­ka bruz­da na pra­wym po­licz­ku – bli­zna po cię­ciu brzy­twą, naj­wy­raź­niej po­cho­dzą­ca z okre­su, kie­dy nie mógł so­bie jesz­cze po­zwo­lić na za­ło­że­nie szwów rów­nie pre­cy­zyj­nych, jak te wi­docz­ne w kro­ju jego ubra­nia.

– Wi­tam, pa­nie Sned­don – po­wie­dzia­łem.

– Czy wiesz, gdzie się znaj­du­jesz, Len­nox?

– W Kry­jów­ce Her­nan­da1?

– Taa… bar­dzo, kur­wa, śmiesz­ne – po­wie­dział Sned­don bez cie­nia uśmie­chu. – To mój naj­now­szy biz­ne­sik. Wi­dzia­łeś wal­kę?

– Tak. Ślicz­na.

– Paj­ki2… – Sned­don po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. – Biją się jak wa­ria­ci za mar­ne gro­sze. Ro­bi­li­by to na­wet za dar­mo. Po­pa­prań­cy.

– A pan przyj­mu­je za­kła­dy…

Sned­don przy­tak­nął. – To była do­bra noc.

– Nie wąt­pię… – od­par­łem. Sta­ru­szek Ben­ja­min Fran­klin po­wie­dział kie­dyś, że na tym świe­cie nic nie jest pew­ne z wy­jąt­kiem śmier­ci i po­dat­ków. Ale tak było, za­nim na­stał Sned­don – te­raz trze­ba by to prze­for­mu­ło­wać na śmierć, po­dat­ki i rękę Wil­lie­go Sned­do­na w na­szych kie­sze­niach.

– Pro­wa­dzę ten lo­kal od sze­ściu mie­się­cy. Tro­chę trwa­ło, za­nim go wy­szy­ko­wa­łem. Do­stał mi się dom, obo­ra i całe to pie­przo­ne go­spo­dar­stwo, bo ja­kiś ary­sto­kra­ta po­sta­wił na ko­ni­ki wię­cej, niż miał w go­tów­ce. Du­pek. To na­wet dość za­baw­ne, że pro­wa­dzę tu ten in­te­re­sik, bio­rąc pod uwa­gę, że wła­śnie dzię­ki ha­zar­do­wi mam to miej­sce.

– Fakt, pa­nie Sned­don, jest w tym pew­na i-ro-nia – po­wie­dział sto­ją­cy obok Sned­do­na Pe­di­kiu­rek.

– Czy ja, kur­wa, mó­wi­łem do cie­bie? – zje­żył się Sned­don, spo­glą­da­jąc groź­nie na gó­ru­ją­ce­go nad nim Pe­di­kiur­ka. Pedi zro­bił ura­żo­ną minę i Sned­don zwró­cił się do mnie, cią­gnąc da­lej: – W każ­dym ra­zie tym­cza­sem nie ro­bię wo­kół tego miej­sca zbyt wie­le ha­ła­su. Co­hen i Mur­phy chy­ba jesz­cze nic o nim nie wie­dzą. Więc ani pary z ust. – Sned­don miał na my­śli po­zo­sta­łych dwóch Kró­lów: Przy­stoj­nia­ka Jon­ny’ego Co­he­na i Mło­ta Mur­phy’ego.

Przez chwi­lę za­du­ma­łem się nad tym, cze­mu wszy­scy uwa­ża­li, że mu­szą mi mó­wić, abym nie pusz­czał pary z gęby. – Je­śli o nim nie wie­dzą, to pew­nie wkrót­ce się do­wie­dzą – po­wie­dzia­łem. – Miesz­ka­my we wsi po­zu­ją­cej na mia­sto. Nie spo­sób tu ni­cze­go zbyt dłu­go utrzy­mać w ta­jem­ni­cy.

– Jak tego, że ktoś roz­wa­lił Bi­lo­no­wi Mac­Far­la­ne’owi fa­cja­tę… – Sned­don uśmiech­nął się pod no­sem, a w każ­dym ra­zie uczy­nił taką pró­bę, bo efek­tem był tyl­ko zim­ny, bez­li­to­sny gry­mas.

– Taa… do­kład­nie. Mój Boże, wie­ści fak­tycz­nie szyb­ko się roz­cho­dzą. Mac­Far­la­ne prze­cież jesz­cze do­brze nie ostygł. Czy dla­te­go wy­słał pan po mnie Pe­di­kiur­ka i tego uśmiech­nię­te­go mło­dzień­ca?

Sned­don zer­k­nął przez ra­mię na tłum za sobą. – Przejdź­my le­piej do głów­ne­go bu­dyn­ku. Tam jest tro­chę spo­koj­niej.

Kil­ka razy zda­rzy­ło mi się być w domu Sned­do­na w Be­ars­den – pseu­do­wiel­ko­pań­skiej re­zy­den­cji z wy­pie­lę­gno­wa­nym ogro­dem. Bu­dy­nek, do któ­re­go we­szli­śmy te­raz, był zu­peł­nie inny. Już w holu wi­dać było, że jest to lo­kal dzia­ła­ją­cy w spe­cy­ficz­nym sek­to­rze. Z ze­wnątrz wy­glą­dał na wik­to­riań­ską zie­miań­ską re­zy­den­cję, na­to­miast po wej­ściu oka­zy­wał się wik­to­riań­skim bur­de­lem, peł­nym szkar­łat­nych za­słon z gru­be­go atła­su, szez­lon­gów i ru­ben­sow­skich cyc­ków, wy­glą­da­ją­cych z po­wie­szo­nych na ścia­nach ram. Głów­ny sa­lon zo­stał prze­kształ­co­ny na bar z roz­sta­wio­ny­mi tu i ów­dzie ka­na­pa­mi. Na jed­nej z nich sie­dzia­ła dziew­czy­na z bran­ży, ze znu­dzo­ną miną zno­szą­ca nie­zdar­ne za­lo­ty pró­bu­ją­ce­go się do niej do­brać pi­ja­ne­go klien­ta. Mel Tor­mé nu­cił coś ze sto­ją­ce­go w rogu gra­mo­fo­nu, a bar ob­słu­gi­wa­ła dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nia dziew­czy­na, któ­ra też była zbyt moc­no uma­lo­wa­na i zbyt ską­po ubra­na.

– I co my­ślisz? – spy­tał Sned­don to­nem su­ge­ru­ją­cym, że ma gdzieś moją opi­nię.

– Sym­pa­tycz­na at­mos­fe­ra. Wpra­wia mnie w ro­man­tycz­ny na­strój.

Par­sk­nię­cie Sned­do­na mia­ło chy­ba zna­czyć, że go to na­wet roz­ba­wi­ło. Klep­nął Pe­di­kiur­ka po kla­cie i ski­nął gło­wą w kie­run­ku ubz­dryn­go­lo­ne­go go­ścia i dziew­czy­ny. Pe­di­kiu­rek usłu­chał i na­tych­miast wy­pro­wa­dził parę z sa­lo­nu.

– Więc co taki grzecz­ny chło­piec jak ja robi w ta­kim miej­scu? – spy­ta­łem. Sned­don po­le­cił dziew­czy­nie za kon­tu­arem, aby na­la­ła nam drin­ki i zwró­ci­łem uwa­gę, że wy­cią­gnę­ła skądś bu­tel­kę jęcz­mien­nej whi­sky sin­gle malt. Ten lep­szy sort.

– By­łeś dzi­siej­szej nocy u Bi­lo­na w domu. Masz z nim ja­kieś kon­szach­ty? Niu­cha­łeś może za czymś dla nie­go?

– Je­dy­ne niu­cha­nie, w ja­kie by­łem za­an­ga­żo­wa­ny, do­ty­czy­ło jego cór­ki. Żad­nych biz­ne­sów – czy­sta przy­jem­ność.

– Je­steś pe­wien? – Sned­don zmru­żył po­dejrz­li­wie oczy, co dało taki efekt, jak­by z twa­rzy zo­sta­ło mu tyl­ko czo­ło. W Glas­gow było to aku­rat za­le­tą. Ate­ny były ko­leb­ką de­mo­kra­cji, Flo­ren­cja dała świa­tu re­ne­sans, na­to­miast Glas­gow do per­fek­cji do­pro­wa­dzi­ło sztu­kę za­da­wa­nia cio­sów z byka. Stąd sto­so­wa­na wśród na­ro­dów świa­ta piesz­czo­tli­wa na­zwa tego ude­rze­nia: glas­gow­ski po­ca­łu­nek. – Tro­chę by mnie to wy­trą­ci­ło z rów­no­wa­gi, gdy­byś nie był ze mną cał­kiem szcze­ry.

– Niech pan słu­cha, pa­nie Sned­don: po­waż­nie bym się za­sta­no­wił, za­nim bym pana okła­mał. Prze­cież wiem, że Pe­di­kiu­rek nie za­wdzię­cza swo­jej ksy­wy temu, że pro­wa­dzi do­brze pro­spe­ru­ją­cy sa­lon ko­sme­tycz­ny. Je­stem przy­wią­za­ny do swo­ich pal­ców u stóp i mam na­dzie­ję, że z wza­jem­no­ścią. Zresz­tą o to samo py­tał mnie dzi­siej­szej nocy nad­in­spek­tor McNab.

– McNab? – Sned­don od­sta­wił szkla­necz­kę na kon­tu­ar. – A co on, kur­wa, ma do tego? My­śla­łem, że to po pro­stu skno­co­ny ra­bu­nek.

– Wy­glą­da na to, że to ja­kaś po­waż­na spra­wa. Bi­lon był dość zna­ny – po­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się nie dać po so­bie po­znać, ja­kie wra­że­nie wy­war­ły na mnie tem­po i pre­cy­zja, z jaką Sned­don zdo­by­wał in­for­ma­cje. W tej sa­mej chwi­li uświa­do­mi­łem so­bie, że prze­cież sam na­le­żę do jego siat­ki in­for­ma­to­rów. – W każ­dym ra­zie nie­źle się mu­sia­łem na­gim­na­sty­ko­wać, żeby go prze­ko­nać, że nic mnie z Mac­Far­la­ne’em nie łą­czy­ło.

– Więc nie mia­łeś nic wspól­ne­go z Bi­lo­nem i jego in­we­sty­cja­mi?

– Już mó­wi­łem, że spo­ty­kam się z jego cór­ką, to wszyst­ko. W czym pro­blem?

Sned­don mach­nął w moim kie­run­ku ręką, jak­by od­ga­niał ja­kąś na­przy­krza­ją­cą się mu­chę. – W ni­czym. Po pro­stu mia­łem ja­kieś swo­je in­te­re­sy z Bi­lo­nem.

– Ach, tak?

Sned­don spoj­rzał na mnie wy­mow­nie. – Słu­chaj, Len­nox, je­śli by­wasz w domu Mac­Far­la­ne’a, to może wy­świad­czył­byś mi pew­ną przy­słu­gę.

– Je­śli tyl­ko będę mógł… – od­par­łem, uśmie­chem po­kry­wa­jąc złe prze­czu­cia, ja­kie od razu mnie opa­dły.

– In­for­muj mnie na bie­żą­co, co kom­bi­nu­ją gli­ny. I je­śli nada­rzy się oka­zja, spró­buj od­na­leźć no­tat­nik Bi­lo­na. Wiesz – coś w ro­dza­ju ter­mi­na­rza, w któ­rym za­pi­sy­wał szcze­gó­ły do­ty­czą­ce umó­wio­nych spo­tkań. A może to było coś w ro­dza­ju dzien­ni­ka z róż­ny­mi za­pi­ska­mi.

– A mogę spy­tać, po co?

– Nie, kur­wa, nie mo­żesz. – Po chwi­li wes­tchnął, jak­by ustę­po­wał dziec­ku do­ma­ga­ją­ce­mu się loda. – No do­bra… Ostat­nie­go po­po­łu­dnia mia­łem spo­tka­nie z Bi­lo­nem. Cho­dzi­ło o pew­ne przed­się­wzię­cie, nad któ­rym wspól­nie pra­co­wa­li­śmy. Mam za­miar wejść w biz­nes bok­ser­ski… Ale nie coś ta­kie­go, jak wi­dzia­łeś tu obok. Nie cho­dzi o parę paj­ków, spusz­cza­ją­cych so­bie na­wza­jem ło­mot, ale o praw­dzi­wy boks. Roz­ma­wia­łem z Mac­Far­la­ne’em o kil­ku za­wod­ni­kach. Spra­wy mo­gły­by się po­kom­pli­ko­wać, gdy­by do­wie­dzia­ła się o tym po­li­cja.

– A jaki miał być wkład Bi­lo­na w ten in­te­res?

– Nie­waż­ne. Słu­chaj, nie cho­dzi­ło o nic wiel­kie­go. Po pro­stu nie za­le­ży mi za bar­dzo na za­in­te­re­so­wa­niu po­li­cji. To rzecz ja­sna do­ty­czy wszyst­kich mo­ich po­czy­nań, ale tym bar­dziej za tym nie tę­sk­nię, je­śli to aku­rat ten pa­lant McNab oso­bi­ście zaj­mu­je się spra­wą. Mo­żesz dla mnie zro­bić to, o co pro­si­łem, czy nie?

Uda­łem głę­bo­ki na­mysł. – Niech pan mnie źle nie zro­zu­mie, pa­nie Sned­don, ale gdy­bym uma­wiał się z pa­nem na spo­tka­nie, to chy­ba nie za­pi­sy­wał­bym cze­goś ta­kie­go w ka­len­da­rzu. W koń­cu… jak pan sam mówi: mo­gło­by to sta­no­wić ma­te­riał do­wo­do­wy. A nie przy­pusz­czam, aby Mac­Far­la­ne’owi za­le­ża­ło na zo­sta­wia­niu śla­dów.

– Bo nie my­ślisz tak jak ja czy Mac­Far­la­ne. Sam pro­wa­dzę taki ka­len­darz. Za­pi­su­ję w nim każ­de pie­przo­ne spo­tka­nie, każ­dą roz­mo­wę z Mur­phym czy Co­he­nem. Jak sam po­wie­dzia­łeś: ma­te­ria­ły do­wo­do­we. Przy­da­dzą się, gdy­bym kie­dyś miał być świad­kiem ko­ron­nym. Co­hen i Mur­phy ro­bią to samo. Taka po­li­sa ubez­pie­cze­nio­wa, ku­masz? Poza tym wiem, że Mac­Far­la­ne miał, kur­wa, gło­wę jak sito… W każ­dym ra­zie je­śli cho­dzi o tego typu szcze­gó­ły. Bo jako buk­ma­cher po­tra­fił bez na­my­słu po­wie­dzieć, co, gdzie i kie­dy bie­gło i ja­kie były no­to­wa­nia. Na­to­miast w ogó­le nie miał pa­mię­ci do ta­kich rze­czy jak ter­mi­ny spo­tkań i mu­siał je za­pi­sy­wać.

– Chy­ba na nic się tu nie przy­dam. Gli­nia­rze po­wy­no­si­li z jego ga­bi­ne­tu całe kar­to­ny róż­nych ma­te­ria­łów i pew­nie już po­ło­ży­li łapę na tym ka­len­da­rzu.

– Po­myśl chwi­lę, Len­nox. – Sned­don utkwił we mnie su­ro­we spoj­rze­nie. – Prze­cież Bi­lon nie trzy­mał­by tego ka­len­da­rza w żad­nym rzu­ca­ją­cym się w oczy miej­scu, a gli­nia­rze są zbyt głu­pi, żeby szu­kać do­kład­niej. Wiesz co, gdy­bym był po­dejrz­li­wy, to mo­gło­by mi przyjść do gło­wy, że tak na­praw­dę wca­le nie chcesz mi po­móc. Mógł­bym na­wet po­my­śleć, że od dłuż­sze­go cza­su sta­rasz się mnie uni­kać. Tak samo jak Mur­phy’ego i Co­he­na. Co się dzie­je, Len­nox… prze­sze­dłeś do wyż­szej ligi, czy co?

– Już wy­ko­na­łem dla pana ka­wał ro­bo­ty, Sned­don… – Od­sta­wi­łem szkla­necz­kę na kon­tu­ar. Za chwi­lę mo­gły mi być po­trzeb­ne wol­ne ręce. Choć­by po to, żeby Pe­di­kiu­rek mógł mi je skró­cić o pal­ce. – Je­śli do­brze pa­mię­tam, to wła­śnie do mnie pan za­dzwo­nił, kie­dy w ze­szłym roku od­wieź­li pana na ko­men­dę przy pla­cu St. An­drew’s. Nie wy­da­je mi się, aby­ście wraz z Mur­phym i Co­he­nem mie­li na co na­rze­kać. Poza tym nie je­ste­ście mo­imi je­dy­ny­mi klien­ta­mi.

Sned­don rzu­cił mi szy­der­cze spoj­rze­nie. – Do­bra, do­bra, Len­nox, już ła­pię – twar­dziel z cie­bie. Znajdź ter­mi­narz Bi­lo­na albo ja­ki­kol­wiek inny no­tes, w któ­rym za­pi­sy­wał ter­mi­ny spo­tkań, i do­starcz mi go, a za­pła­cę ci trzy­sta fun­tów. Nie­za­leż­nie od tego, czy znaj­dę w nim swo­je na­zwi­sko, czy nie.

– Ro­zej­rzę się tam, je­śli tyl­ko nada­rzy się spo­sob­ność. – Po­wie­dzia­łem wcze­śniej Sned­do­no­wi, że po­waż­nie bym się za­sta­no­wił, za­nim bym go okła­mał, ale gdy przy­szło co do cze­go, po­szło mi to jak z płat­ka. Ani mi było w gło­wie mysz­ko­wać dla Sned­do­na po domu Mac­Far­la­ne’a. Z dru­giej stro­ny, trzy­sta fun­tów pie­cho­tą nie cho­dzi, więc wo­la­łem nie sta­wiać krop­ki nad i. – Czy chciał się pan ze mną spo­tkać tyl­ko w tej spra­wie?

– Jest coś jesz­cze.

Przy­kle­jo­ny uśmiech nie scho­dził mi z twa­rzy. Ale Sned­don mnie przej­rzał.

– Je­śli oczy­wi­ście nie je­steś po­nad to, żeby przy­jąć ode mnie jesz­cze ja­kieś zle­ce­nie – po­wie­dział zło­śli­wie.

– Ja­sne, że nie.

– W każ­dym ra­zie nie mu­sisz mar­twić się o to, że za­bru­dzisz so­bie rącz­ki. To le­gal­na ro­bo­ta.

– A kon­kret­nie?

– Jak już wspo­mi­na­łem, za­czy­nam wcho­dzić w biz­nes bok­ser­ski. Ra­zem z moś­kiem Jon­nym za­in­we­sto­wa­li­śmy w pew­ne­go za­wod­ni­ka.

– Z Przy­stoj­nia­kiem Jon­nym Co­he­nem?

– Tak, z Co­he­nem. Masz z tym ja­kiś pro­blem?

– Ja? Żad­ne­go. Ma pan bar­dzo eku­me­nicz­ne po­dej­ście.

– Nie mam uprze­dzeń. Mogę ro­bić in­te­re­sy z każ­dym. Ab­so­lut­nie każ­dym. – Za­milkł na chwi­lę. – Oczy­wi­ście poza fe­nia­na­mi3. W każ­dym ra­zie ten mło­dy za­wod­nik, któ­re­go fi­nan­su­je­my… za­czy­na już od­no­sić suk­ce­sy. Ma za­bój­czy pra­wy hak. Tyl­ko że ostat­nio ktoś pró­bu­je na­psuć mu krwi.

– W ja­kim sen­sie?

– A, ta­kie, kur­wa, róż­ne głu­po­ty. Ktoś mu pod­rzu­cił mar­twe­go pta­ka do skrzyn­ki na li­sty, po­tem ob­lał far­bą sa­mo­chód – tego ro­dza­ju gów­nia­ne nu­me­ry.

– Wy­glą­da na to, że ko­muś na­dep­nął na od­cisk. Zgła­szał to na po­li­cji?

Sned­don ob­rzu­cił mnie kpią­cym spoj­rze­niem. – Taa… bio­rąc pod uwa­gę, w ja­kiej świet­nej je­stem z nimi ko­mi­ty­wie, od razu mu to po­ra­dzi­łem. Myśl tro­chę, Len­nox. Je­śli gli­ny za­czną wę­szyć, to prę­dzej czy póź­niej za­pu­ka­ją do mo­ich drzwi albo do Jon­ny’ego Co­he­na. A my wo­li­my się nie afi­szo­wać z tą in­we­sty­cją. To Co­hen za­su­ge­ro­wał, że­by­śmy cię za­an­ga­żo­wa­li do zba­da­nia tej spra­wy. Tyl­ko sam ro­zu­miesz: dys­kret­nie.

– Dys­kre­cja – od­par­łem sen­ten­cjo­nal­nie – to moja spe­cjal­ność. No więc kogo wku­rzył na tyle, żeby na­ra­zić się na wen­de­tę?

– Ni­ko­go. W każ­dym ra­zie nikt taki nie przy­cho­dzi mu do gło­wy. To zna­czy, na rin­gu, owszem, nie­jed­ne­mu zdro­wo przy­ło­żył, ale nie wy­da­je mi się, żeby to mia­ło ja­kiś zwią­zek. Przy­pusz­czam, że ktoś po pro­stu ob­sta­wił jego prze­gra­ną w wal­ce ze Szko­pem i te­raz pró­bu­je na­pę­dzić mu nie­co stra­cha. Wiesz, coś ta­kie­go jak pod­rzu­ce­nie char­to­wi na dzień przed go­ni­twą ry­biej ko­la­cji.

– Chwi­la, chwi­la… po­wie­dział pan coś o wal­ce ze Szko­pem. Czy ten Szkop to przy­pad­kiem nie Jan Schmidt­ke? A ten pana bok­ser to nie Bob­by Kirk­cal­dy?

– To nie jest mój bok­ser. Mam w nim tyl­ko swój udział, że tak po­wiem. A bo co?

Gwizd­ną­łem prze­cią­gle. – To mą­dra in­we­sty­cja, pa­nie Sned­don. Kirk­cal­dy to ła­ko­my ką­sek. I ma pan ra­cję, za­czy­na mu się nie­źle po­wo­dzić.

– Och… – po­wie­dział Sned­don z je­dy­nym uśmie­chem, do ja­kie­go był zdol­ny: szy­der­czym. – Tak się, kur­wa, cie­szę, że moje de­cy­zje biz­ne­so­we zy­sku­ją two­ją apro­ba­tę, Len­nox. Co­hen i ja nie mo­gli­śmy ostat­nio spać po no­cach, bo mar­twi­li­śmy się, że wzię­li­śmy się do cze­goś, nie uzy­skaw­szy wcze­śniej two­jej zgo­dy.

Mu­sia­łem przy­znać, że je­śli cho­dzi o ta­lent do sar­ka­stycz­nych uwag, Sned­don zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­szał McNa­ba. Mnie i tak nie do­ra­stał jed­nak pod tym wzglę­dem do pięt.

– Chcę tyl­ko po­wie­dzieć, że Kirk­cal­dy to go­rą­cy to­war – po­wie­dzia­łem. – Gra to­czy się o wy­so­ką staw­kę, i to do­słow­nie. Ma pan ja­kieś po­my­sły, kto może pró­bo­wać go na­stra­szyć?

Sned­don wzru­szył ra­mio­na­mi. – To wła­śnie two­je za­da­nie, żeby się tego do­wie­dzieć… Tyl­ko zrób to tak, żeby ci go­ście się nie zo­rien­to­wa­li, że ich roz­pra­co­wa­łeś. Bie­rzesz tę ro­bo­tę?

– Staw­ki te, co zwy­kle?

Sned­don się­gnął do kie­sze­ni swo­jej uszy­tej na mia­rę ma­ry­nar­ki, wy­cią­gnął port­fel i wrę­czył mi czter­dzie­ści fun­tów w pię­cio­fun­to­wych bank­no­tach. To wię­cej, niż więk­szość lu­dzi za­ra­bia­ła w mie­siąc, ale nie wy­glą­da­ło na to, żeby port­fel Sned­do­na ja­koś zna­czą­co zmniej­szył swo­ją ob­ję­tość. – Do­sta­niesz jesz­cze set­kę, kie­dy po­in­for­mu­jesz mnie, kto stoi za tymi wy­głu­pa­mi.

– Gra. – Ode­bra­łem pie­nią­dze z uśmie­chem, któ­ry sta­no­wił sta­ły ele­ment mo­jej po­li­ty­ki re­la­cji z klien­tem. Zresz­tą uśmie­cha­nie się, kie­dy lu­dzie da­wa­li mi pie­nią­dze, przy­cho­dzi­ło mi na­der ła­two, moż­na by rzec, le­ża­ło w mo­jej na­tu­rze. To była czy­sta ro­bo­ta. Le­gal­na, jak po­wie­dział Sned­don. Moim za­da­niem było je­dy­nie do­star­cze­nie na­zwi­ska, choć sta­ra­łem się nie my­śleć za dużo o tym, co sta­nie się z oso­bą, któ­ra to na­zwi­sko no­si­ła.

– Po­wie­dział pan, że roz­ma­wiał z Bi­lo­nem Mac­Far­la­ne’em o kil­ku bok­se­rach. Czy cho­dzi­ło mię­dzy in­ny­mi wła­śnie o Kirk­cal­dy’ego?

– Ależ nie. Nie, to zu­peł­nie nie ten po­ziom. Po pro­stu kil­ku nie­źle za­po­wia­da­ją­cych się go­ści, to wszyst­ko. Bi­lon nie wie­dział na­wet, że in­te­re­su­ję się Kirk­cal­dym. Trze­ba, kur­wa, uwa­żać na to, w co się wta­jem­ni­cza bu­ków. Tu masz ad­res Kirk­cal­dy’ego. – Sned­don po­dał mi zło­żo­ny wpół kar­te­lu­szek. – Coś jesz­cze bę­dzie ci po­trzeb­ne?

Uda­łem głę­bo­ki na­mysł, choć gdy tyl­ko usły­sza­łem wzmian­kę o Kirk­cal­dym, po­sta­no­wi­łem wy­ko­rzy­stać oka­zję. – Może do­brze by było, gdy­by mi pan za­ła­twił bi­let na tę wiel­ką wal­kę. Mógł­bym wte­dy ro­zej­rzeć się za ja­ki­miś po­dej­rza­ny­mi ty­pa­mi.

– Mam, kur­wa, szcze­rą na­dzie­ję, że roz­gry­ziesz tę spra­wę wcze­śniej. Ale owszem, to się da zro­bić. Coś jesz­cze?

– Gdy­by coś wy­ni­kło, dam panu znać – po­wie­dzia­łem, klnąc w du­chu, że nie po­my­śla­łem o tym, aby pod ja­kimś pre­tek­stem wy­dę­bić od nie­go dwa bi­le­ty.

– Do­bra. Te­raz mo­żesz już spie­przać – rzekł Sned­don. Cie­kaw by­łem, czy nowo ko­ro­no­wa­na kró­lo­wa sto­su­je taki sam ce­re­mo­niał dwor­ski. – I nie za­po­mnij po­wę­szyć za ter­mi­na­rzem Bi­lo­na. Każę Śpie­wa­ko­wi od­wieźć cię z po­wro­tem do two­je­go sa­mo­cho­du. Po­zna­łeś już Śpie­wa­ka, praw­da? – Sned­don kiw­nął na Ted­dy Boy­sa, któ­ry przy­wiózł mnie i Pe­di­kiur­ka na far­mę.

– Ja­sne… ja­dąc tu, ga­da­li­śmy jak na­ję­ci. – Po­chy­li­łem się i do­da­łem kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem. – Praw­dę mó­wiąc, wręcz trud­no mi było dojść do sło­wa.

Sned­don po­czę­sto­wał mnie swo­im ko­lej­nym szy­der­czym uśmie­chem. Wy­glą­da­ło na to, że Śpie­wa­ko­wi zde­cy­do­wa­nie nie spodo­bał się mój dow­cip, i może po­pa­da­łem już w pa­ra­no­ję, ale od­nio­słem wra­że­nie, że czai się w po­bli­żu jesz­cze bar­dziej zło­wiesz­czo.

– Taa… – od­parł Sned­don. – Roz­mów­ca ze Śpie­wa­ka fak­tycz­nie nie­tę­gi. I je­śli już o tym mowa, to śpie­wak z nie­go też mar­ny, praw­da, Śpie­wak?

Śpie­wak prze­stał się cza­ić aku­rat na tyle, żeby przy­tak­nąć ru­chem gło­wy.

– Moż­na by rzec, że jest czło­wie­kiem czy­nu, a nie słów. – Sned­don prze­rwał na chwi­lę, aby wy­jąć pa­pie­ro­sa ze zło­tej pa­pie­ro­śni­cy, tak cięż­kiej, że gro­zi­ła zwich­nię­ciem nad­garst­ka. Mnie nie po­czę­sto­wał. – Tata Śpie­wa­ka był nie­złym skur­wy­sy­nem. Prał Śpie­wa­ka na kwa­śne jabł­ko, kie­dy ten był dzie­cia­kiem, i jego mamy też nie oszczę­dzał. Wiesz, w sen­sie, że do­sta­wa­ło jej się po­nad nor­mę. A Śpie­wak miał pe­wien ta­lent. Odzie­dzi­czył po ma­mie świet­ny głos. Tak przy­najm­niej lu­dzi­ska ga­da­ją. Sam go nig­dy nie sły­sza­łem. W każ­dym ra­zie na róż­nych we­se­lach i in­nych tego typu im­pre­zach za­wsze pro­szo­no Śpie­wa­ka i jego mamę, żeby wsta­li i coś ra­zem za­śpie­wa­li. Nie żeby trze­ba było szczy­la dłu­go pro­sić, praw­da, Śpie­wak? Śpie­wał na okrą­gło. To była jego je­dy­na przy­jem­ność…

Spoj­rza­łem na Śpie­wa­ka, któ­ry zwró­cił w moim kie­run­ku po­zba­wio­ną wy­ra­zu twarz. Naj­wy­raź­niej przy­zwy­cza­ił się już do tego, że Sned­don bez żad­nych za­ha­mo­wań pu­blicz­nie oma­wia naj­in­tym­niej­sze szcze­gó­ły jego ży­cia. A może mu to wszyst­ko po pro­stu wi­sia­ło.

– To jed­nak strasz­nie wku­rza­ło jego tatę. Kie­dy wra­cał do domu pi­ja­ny, ni­ko­mu nie wol­no było na­wet miauk­nąć. Jed­na nuta z ust Śpie­wa­ka, a do­sta­wał od taty wci­ry. Któ­re­goś dnia sta­ru­szek Śpie­wa­ka wra­ca do domu z fa­tal­nie pod­bi­tym okiem. Mały Śpie­wak jak zwy­kle nie­win­nie nuci coś z mamą w kuch­ni, a ta­cie strze­la na­gle do gło­wy, że po­wi­nien na nie­go cze­kać na sto­le go­to­wy obiad. Od­pie­prza mu na ca­łe­go. Do­pa­da Śpie­wa­ka i za­czy­na mu spusz­czać ło­mot. Mama pró­bu­je sta­nąć w obro­nie ma­łe­go. Wiesz, co wte­dy robi sta­ry Śpie­wa­ka?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. Spoj­rza­łem na Śpie­wa­ka. Prze­wyż­sza­łem go wzro­stem o do­bre dzie­sięć cen­ty­me­trów, ale i tak wy­glą­dał na twar­de­go, za­cię­te­go su­kin­sy­na. Mimo wszyst­ko nie było mi w smak wy­słu­chi­wać, jak Sned­don na­pa­wa się jego nie­szczę­ściem.

– Po­de­rżnął ma­mie Śpie­wa­ka gar­dło – od­po­wie­dział sam so­bie Sned­don. O dzi­wo, wy­da­wał się jak­by nie­co prze­ję­ty. – Wziął scy­zo­ryk – scy­zo­ryk, ku­masz? – i na oczach ber­be­cia po­de­rżnął jej gar­dło od ucha do ucha. I od tam­tej pory Śpie­wak już nig­dy nie za­śpie­wał ani nie pu­ścił na­wet pary z ust.

– Przy­kro mi – zwró­ci­łem się do Śpie­wa­ka, bo żad­ne inne sło­wa nie przy­cho­dzi­ły mi aku­rat do gło­wy. Spoj­rzał na mnie bez wy­ra­zu.

– Taa… to był wred­ny skur­wy­syn, ten sta­ry Śpie­wa­ka. Po­wie­si­li go w wię­zie­niu przy uli­cy Duke, a Śpie­wak wy­lą­do­wał w sie­ro­ciń­cu. A po­tem na ja­kiejś śmisz­nej far­mie, bo nie mó­wił i w ogó­le. – Sned­don spoj­rzał wy­mow­nie na Śpie­wa­ka. – Ale ty nie je­steś sza­lo­ny, co, Śpie­wak? Tyl­ko zły… zły do szpi­ku ko­ści. Do­wie­dzia­łem się o jego ist­nie­niu, bo za­li­czał od­siad­kę ra­zem z Ta­mem, jed­nym z mo­ich chło­pa­ków. Sie­dzie­li w tej sa­mej celi. Mam mu po­wie­dzieć, w czym się spe­cja­li­zo­wa­łeś, Śpie­wak?

Śpie­wak, jak moż­na się było spo­dzie­wać, mil­czał. Nie przy­tak­nął, nie wy­ko­nał żad­ne­go ge­stu ani na­wet nie mru­gnął – nic.

– Śpie­wak zro­bił ja­kiś skok i ktoś go za­ka­blo­wał na po­li­cji. Tyl­ko że ze­zna­nia świad­ka sta­no­wi­ły je­dy­ne do­stęp­ne do­wo­dy. Wy­obraź so­bie, że Śpie­wak go nie za­bił, tyl­ko, kur­wa, wy­ciął mu ję­zyk. Cały. Taki jak­by po­etyc­ki zwrot ak­cji, co nie?

– Taa… – od­par­łem. Ka­mien­na twarz Śpie­wa­ka nadal ani drgnę­ła. – Fak­tycz­nie. Coś w sty­lu Au­de­na.

– No więc – kon­ty­nu­ował Sned­don – lu­bię mieć Śpie­wa­ka przy so­bie. Wiesz, że sta­ro­żyt­ni Gre­cy czę­sto spro­wa­dza­li na po­grze­by nie­mo­wy? To byli za­wo­do­wi ża­łob­ni­cy. W każ­dym ra­zie to ja się te­raz opie­ku­ję Śpie­wa­kiem. Praw­da, Śpie­wak?

Śpie­wak przy­tak­nął.

– A Śpie­wak opie­ku­je się mną. I pil­nu­je mo­ich in­te­re­sów.

Pod­czas kur­su po­wrot­ne­go do mia­sta wy­raź­nie czu­ło się nie­obec­ność Pe­di­kiur­ka, tak jak­by zo­sta­ła po nim po­dwój­na pust­ka: prze­strze­ni i ci­szy. Wy­cią­gną­łem pacz­kę play­er­sów navy blue i po­czę­sto­wa­łem Śpie­wa­ka, któ­ry jed­nak po­trzą­snął prze­czą­co gło­wą, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od dro­gi. Taki wła­śnie był. Sku­pio­ny. Sam za­po­mnia­łem, gdzie do­kład­nie zo­sta­wi­łem sa­mo­chód, ale Śpie­wak tra­fił na miej­sce bez­błęd­nie.

– Dzię­ki – po­wie­dzia­łem, wy­sia­da­jąc z sa­mo­cho­du. Śpie­wak miał już od­jeż­dżać, gdy pod wpły­wem ja­kie­goś im­pul­su za­pu­ka­łem w szy­bę wozu. Opu­ścił ją.

– Słu­chaj, chcia­łem tyl­ko po­wie­dzieć… – Co? Co, do cho­le­ry, chcia­łem mu wła­ści­wie po­wie­dzieć? – Chcia­łem tyl­ko po­wie­dzieć, że przy­kro mi z po­wo­du tych dow­ci­pów, któ­re pusz­cza­łem na twój te­mat… wiesz, o nie­mó­wie­niu. Nie mia­łem po­ję­cia o… no wiesz… cho­ler­ny pech… – Za­mil­kłem. I chy­ba do­brze, bio­rąc pod uwa­gę, że ja­koś nie mo­głem skle­cić żad­ne­go sen­sow­ne­go zda­nia.

Śpie­wak pa­trzył na mnie przez chwi­lę z tym wła­ści­wym so­bie zim­nym, po­zba­wio­nym emo­cji wy­ra­zem twa­rzy, po czym kiw­nął gło­wą i od­je­chał. Sta­łem, pa­trząc, jak au­stin zni­ka za ro­giem i za­cho­dząc w gło­wę, skąd – zwa­żyw­szy na te wszyst­kie pod­ło­ści, ja­kie wi­dzia­łem w swo­im ży­ciu i któ­rych sam by­łem spraw­cą – ze­bra­ło mi się na­gle na prze­pra­sza­nie ja­kie­goś po­spo­li­te­go glas­gow­skie­go ban­dzio­ra. Może stąd, że to wszyst­ko spo­tka­ło Śpie­wa­ka, kie­dy był jesz­cze dziec­kiem. To jed­no na­praw­dę trud­no mi było stra­wić: że ta­kie rze­czy przy­da­rza­ją się dzie­ciom. Na woj­nie. A na­wet, co gor­sza, w ich ro­dzin­nych do­mach.

Nie po raz pierw­szy za­du­ma­łem się nad barw­nym ży­ciem, ja­kie so­bie za­fun­do­wa­łem tu w Glas­gow. I nad tym, ja­kich fa­scy­nu­ją­cych spo­ty­kam tu lu­dzi.

III

To za­baw­ne: w owym cza­sie nie my­śla­łem o ty­go­dniu, któ­ry na­stą­pił po pa­mięt­nej nocy mor­der­stwa Bi­lo­na jako o „ty­go­dniu po nocy, kie­dy za­mor­do­wa­no Bi­lo­na”. Mia­łem do prze­my­śle­nia i za­ła­twie­nia zu­peł­nie inne spra­wy. Czę­sto do­pie­ro pa­trząc wstecz, do­strze­ga­my, na ile istot­na była ja­kaś chwi­la w na­szym ży­ciu. Na bie­żą­co wszyst­ko to­czy się swo­im zwy­kłym try­bem, a my te­le­pie­my się do przo­du nie­świa­do­mi tego, że po­win­ni­śmy pro­wa­dzić ja­kieś no­tat­ki czy dzien­nik albo fo­to­gra­fo­wać na­po­ty­ka­ne na co dzień dro­bia­zgi, i że póź­niej będą nas gnę­bić my­śli typu „gdy­bym tyl­ko, kur­wa, wte­dy wie­dział, co tak na­praw­dę się dzie­je…”.

Przez cały ten ty­dzień spo­ty­ka­łem się oczy­wi­ście z Lor­ną co­dzien­nie. I oczy­wi­ście nie było mowy o żad­nym gme­ra­niu w jej bie­liź­nie – w koń­cu je­stem dżen­tel­me­nem. Zresz­tą wie­dzia­łem z do­świad­cze­nia, że ogień na­mięt­no­ści mię­dzy naj­bar­dziej na­wet en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wio­ny­mi ko­chan­ka­mi przy­ga­sa w ob­li­czu ża­ło­by. Ża­ło­by, ale nie sa­mej śmier­ci. Pod­czas woj­ny prze­ko­na­łem się bo­wiem, że na obie płcie śmierć i prze­moc dzia­ła­ją jak naj­moc­niej­sze afro­dy­zja­ki. Dość po­wie­dzieć, że sta­łem się naj­tro­skliw­szym i naj­mniej lu­bież­nym z aman­tów.

Inna rzecz, że zaj­mo­wa­ły mnie te­raz waż­niej­sze spra­wy.

Po­dob­no Eski­mo­si uży­wa­ją set­ki słów na okre­śle­nie śnie­gu. Glas­gow­czy­cy mają chy­ba ze dwa razy wię­cej ter­mi­nów opi­su­ją­cych róż­ne od­mia­ny desz­czu, któ­ry przez okrą­gły rok nie daje mia­stu spo­ko­ju. W zi­mie Glas­gow jest pod ostrza­łem wy­zię­bio­nych, mo­krych po­ci­sków. La­tem ze spo­co­ne­go nie­ba spły­wa­ją na mia­sto tłu­ste, cie­pła­we kro­ple. Tego roku lato było jed­nak zu­peł­nie nie­ty­po­we – su­che i nie­by­wa­le upal­ne. Po­ło­wa miesz­kań­ców spę­dzi­ła je, spo­glą­da­jąc przez więk­szość cza­su w górę, mru­żąc oczy i pró­bu­jąc wy­mó­wić sło­wo „błę­kit”.

Te upa­ły wy­trą­ca­ły mnie nie­co z rów­no­wa­gi. Rzad­kie w Glas­gow pro­mie­nie słoń­ca tłu­mi­ła za­zwy­czaj za­sło­na kop­ciu do­by­wa­ją­ce­go się z ko­mi­nów czyn­szó­wek i fa­bryk. Tego lata zda­rza­ły się jed­nak dez­orien­tu­ją­ce chwi­le, kie­dy nie­bo sta­wa­ło się nie­ska­zi­tel­nie czy­ste, a upał i świa­tło przy­po­mi­na­ły mi o tym, jak wy­glą­da­ły se­zo­ny let­nie w ro­dzin­nym No­wym Brunsz­wi­ku. Ota­cza­ją­ca mnie miej­ska rze­czy­wi­stość ciem­ny­mi kłę­ba­mi dymu za­wsze w koń­cu bu­rzy­ła jed­nak tę ulot­ną ilu­zję.

Plu­sem było to, że mo­głem wy­cią­gnąć z sza­fy lżej­sze, le­piej le­żą­ce gar­ni­tu­ry. Szko­ci mają wy­bit­ne upodo­ba­nie do twe­edu – z cze­go są sze­ro­ko zna­ni – i to jak naj­grub­sze­go i naj­bar­dziej gry­zą­ce­go. Bez wzglę­du na porę roku. Kie­dyś pe­wien szkoc­ki zna­jo­my sta­rał się mnie prze­ko­nać, że twe­ed z wy­spy Har­ris jest mniej gry­zą­cy, tłu­ma­cząc, że to z po­wo­du tra­dy­cyj­ne­go mo­cze­nia tka­ni­ny w ludz­kim mo­czu. Ktoś mógł­by mi za­rzu­cić, że je­stem wy­bred­ny, ale pre­fe­ro­wa­łem kra­wiec­two nie­ma­ją­ce kon­tak­tu ze szczy­na­mi ja­kichś za­grod­ni­ków z cho­wu wsob­ne­go.

Trzy dni za­ję­ło mi ze­bra­nie wszel­kich do­stęp­nych in­for­ma­cji o za­wod­ni­ku Sned­do­na. Bob­by Kirk­cal­dy uro­dził się w Glas­gow, ale wy­cho­wał w hrab­stwie La­nark­shi­re – naj­pierw w sie­ro­ciń­cu, a po­tem pod opie­ką ciot­ki. Kie­dy był jesz­cze dziec­kiem, obo­je jego ro­dzi­ce zmar­li przed­wcze­śnie na za­wał ser­ca. Była to tra­ge­dia, ale wca­le nie taka tu­taj rzad­ka. Gdy­by cho­ro­by ser­ca były dys­cy­pli­ną spor­to­wą, wów­czas cała upra­wia­ją­ca ją bry­tyj­ska dru­ży­na olim­pij­ska skła­da­ła­by się ze Szko­tów.

To pię­ści po­mo­gły mło­de­mu Bob­by’emu Kirk­cal­dy’emu wy­wal­czyć so­bie po­zy­cję w slum­sach Mo­ther­well, któ­re go przy­gar­nę­ły, a po­tem cał­kiem je opu­ścić. Aby nadać kon­tekst jego suk­ce­so­wi, na­le­ża­ło­by wspo­mnieć, że Mo­ther­well było ta­kim miej­scem, któ­re każ­de­go mo­ty­wo­wa­ło do za­cię­tej wal­ki o to, aby się z nie­go wy­rwać. Uda­ło mi się zi­den­ty­fi­ko­wać kil­ka biz­ne­sów, w któ­re za­in­we­sto­wał Kirk­cal­dy i było ja­sne, że miał do­brych do­rad­ców od tego, jak po­mna­żać go­tów­kę, żeby za­pew­nić so­bie spo­koj­ne ży­cie, gdy już na do­bre po­wie­si na koł­ku rę­ka­wi­ce. A może sam był rów­nie zmyśl­ny w in­we­sto­wa­niu, jak w po­czy­na­niach na rin­gu. Praw­dę mó­wiąc, wy­da­wa­ło się wręcz, że jak na ko­goś zbli­ża­ją­ce­go się do szczy­tu swo­jej ka­rie­ry bok­ser­skiej za­prząt­nię­ty jest zu­peł­nie od­mien­ny­mi spra­wa­mi.

Moje biu­ro mie­ści­ło się na trze­cim pię­trze ka­mie­ni­cy przy uli­cy Gor­don, na­prze­ciw­ko dwor­ca cen­tral­ne­go. Do czwart­ku uda­ło mi się upo­rać za­sad­ni­czo ze wszyst­ki­mi spra­wa­mi, któ­re moż­na było po­za­ła­twiać za po­śred­nic­twem te­le­fo­nu, i po po­łu­dniu mia­łem za­miar pod­je­chać, aby spo­tkać się z mło­dym Kirk­cal­dym. Po­sta­no­wi­łem przed wyj­ściem na­pić się jesz­cze kawy i prze­czy­tać ga­ze­tę. Lu­bię być na bie­żą­co. Nig­dy nie wia­do­mo, kie­dy Rab Bu­tler albo Tony Eden po­pro­szą mnie o radę.

Wia­do­mo­ści były ge­ne­ral­nie nie­we­so­łe. Wiel­ka Bry­ta­nia nie była je­dy­nym kra­jem tra­cą­cym sta­tus im­pe­rium: w In­do­chi­nach Fran­cu­zi do­sta­wa­li w ty­łek od Viet­min­hu. W Gor­bals mia­ło miej­sce star­cie mię­dzy gan­ga­mi brzy­twia­rzy. Na przed­mie­ściach ja­kiś męż­czy­zna wpadł pod po­ciąg. Po­li­cja nie po­da­ła na­zwi­ska ofia­ry. Je­dy­na rzecz, jaka nie­co po­pra­wi­ła mi hu­mor, to re­kla­ma za­pew­nia­ją­ca, że co­dzien­ne za­ży­wa­nie jed­nej ta­blet­ki chlo­ro­fi­lu fir­my Am­plex gwa­ran­tu­je świe­ży od­dech i rześ­kie cia­ło. Była to naj­wy­raź­niej pró­ba za­ję­cia ja­kiejś nie­wy­ko­rzy­sta­nej ni­szy ryn­ko­wej.

By­łem aku­rat w trak­cie lek­tu­ry Ripa Kir­by’ego4, kie­dy spo­tka­ła mnie przy­jem­na nie­spo­dzian­ka. Bar­dzo miła blond nie­spo­dzian­ka wzro­stu metr sześć­dzie­siąt. Mimo iż nig­dy wcze­śniej się nie spo­tka­li­śmy, roz­po­zna­łem ją na­tych­miast. Ubra­na była z nie­spo­ty­ka­ną w Glas­gow ele­gan­cją. Kre­mo­wa je­dwab­na bluz­ka, do­pa­so­wa­na bla­do­nie­bie­ska ołów­ko­wa spód­ni­ca i opi­na­ją­ce dłu­gie nogi je­dwab­ne poń­czo­chy. Na szyi mia­ła na­szyj­nik z pe­reł tak du­żych, że aby je wy­do­być, po­ła­wia­cze mu­sie­li chy­ba nur­ko­wać po każ­dą z osob­na. Kom­plet uzu­peł­nia­ły per­ło­we kol­czy­ki. Na gło­wie mia­ła mały bia­ły to­czek, a na rę­kach bia­łe rę­ka­wicz­ki. W ręku trzy­ma­ła to­reb­kę, któ­ra w po­przed­nim ży­wo­cie pły­wa­ła gdzieś w Nilu albo mo­kra­dłach Flo­ry­dy. Przez to samo ra­mię prze­wie­si­ła pa­su­ją­cy ko­lo­ry­stycz­nie do spód­ni­cy ża­kiet.

Wsta­łem, sta­ra­jąc się, aby mój uśmiech nie prze­isto­czył się w lu­bież­ny gry­mas. Pew­nie wy­glą­dał po pro­stu głup­ko­wa­to. She­ila Ga­ins­bo­ro­ugh naj­wy­raź­niej była jed­nak przy­zwy­cza­jo­na do ta­kich re­ak­cji męż­czyzn.

– Wi­tam, pan­no Ga­ins­bo­ro­ugh – po­wie­dzia­łem. – Pro­szę usiąść. Czym mogę słu­żyć?

– Pan mnie zna? – Ob­na­ży­ła zęby w zdaw­ko­wym, nic nie­zna­czą­cym uśmie­chu, ja­kim zwy­kli ob­da­rzać in­nych zna­ni lu­dzie.

– Wszy­scy pa­nią zna­ją, pan­no Ga­ins­bo­ro­ugh. W każ­dym ra­zie wszy­scy w Glas­gow. Mu­szę po­wie­dzieć, że nie­wie­le zna­nych oso­bi­sto­ści do­cie­ra do mo­je­go biu­ra.

– Ach, tak? – Za­tro­ska­ła się, zni­ża­jąc nie­ska­zi­tel­ne łuki brwi i marsz­cząc nie­ska­zi­tel­nie gład­kie przed chwi­lą czo­ło. – Są­dzi­łam, że… – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, nie koń­cząc my­śli i roz­po­ga­dza­jąc po­now­nie twarz. Usia­dła, i ja rów­nież. – Nig­dy wcze­śniej nie by­łam u pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa. Na­wet żad­ne­go nie wi­dzia­łam na oczy, po­mi­ja­jąc Hum­ph­reya Bo­gar­ta w ki­nie.

– Na żywo je­ste­śmy wy­żsi. – Uśmiech­ną­łem się z wła­sne­go dow­ci­pu. Głup­ko­wa­to. – A więc do cze­go jest pani po­trzeb­ny de­tek­tyw?

Od­pię­ła kla­mer­kę kosz­tu­ją­ce­go sześć­dzie­siąt gwi­nei kro­ko­dy­la i po­da­ła mi zdję­cie. Było pro­fe­sjo­nal­nie wy­ko­na­ne, z ro­dza­ju tych, ja­kie spo­ty­ka się w show-biz­ne­sie. Ko­lo­ro­we. Wid­nie­ją­cy na nim mło­dzie­niec był mi nie­zna­ny, ale od razu po­czu­łem do nie­go nie­chęć. Uśmiech na jego twa­rzy był sztucz­ny i wy­ra­żał zbyt wiel­ką pew­ność sie­bie. Mło­dy czło­wiek miał na so­bie dro­gą ko­szu­lę z roz­pię­tym koł­nie­rzem, wy­ło­żo­nym na koł­nierz jesz­cze droż­szej po­pie­la­tej ma­ry­nar­ki. Kasz­ta­no­wa­te wło­sy miał sta­ran­nie przy­strzy­żo­ne i lek­ko na­oli­wio­ne. Był przy­stoj­ny, ale jak­by zbyt wy­mu­ska­ny i bez cha­rak­te­ru. Mimo ciem­nych wło­sów, miał ta­kie same, wy­ra­zi­ste, błę­kit­ne oczy jak She­ila Ga­ins­bo­ro­ugh.

– To mój brat Sam­my. Mój młod­szy brat.

– Czy też dzia­ła w show-biz­ne­sie, pan­no Ga­ins­bo­ro­ugh?

– Nie. W za­sa­dzie nie. Choć cza­sa­mi śpie­wa. Ale chwy­tał się bar­dzo wie­lu in­nych za­jęć. Nie­ste­ty nie­któ­re z nich były dość… po­dej­rza­ne. – Wes­tchnę­ła i na­chy­li­ła się w moją stro­nę, opie­ra­jąc przed­ra­mio­na o kra­wędź biur­ka. Zwró­ci­łem uwa­gę na jej de­li­kat­ną, zło­ci­stą opa­le­ni­znę. Zno­wu uro­czo zmarsz­czy­ła czo­ło. – Moż­li­we, że to wszyst­ko moja wina. Roz­piesz­czam go. Daję mu wię­cej pie­nię­dzy, niż jest w sta­nie wy­dać. – Mia­ło się wra­że­nie, że w jej gło­sie po­brzmie­wa sub­tel­ny ame­ry­kań­ski ak­cent. Mó­wi­łem po­dob­nie, no ale w koń­cu wy­cho­wa­łem się w Ka­na­dzie. O ile się orien­to­wa­łem, She­ila Ga­ins­bo­ro­ugh nie do­tar­ła nig­dy na za­chód da­lej niż do Du­no­on. Do­my­śla­łem się, że prze­szła tre­ning emi­sji gło­su, ma­ją­cy ukryć jej glas­gow­ską wy­mo­wę i nadać tej­że cha­rak­ter bar­dziej atlan­tyc­ki.

– Czy Sam­my wpadł w ja­kieś ta­ra­pa­ty? – Ja też po­chy­li­łem się do przo­du z za­tro­ska­nym wy­ra­zem twa­rzy, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, aby zaj­rzeć w jej de­kolt.

– Za­gi­nął – od­par­ła.

– Jak daw­no temu?

– Ty­dzień, może dzie­sięć dni. By­li­śmy umó­wie­ni w ban­ku, bo zro­bił de­bet na kon­cie, któ­re mu za­ło­ży­łam, ale nie zja­wił się. To było w ze­szły czwar­tek. Po­szłam do jego miesz­ka­nia, ale go tam nie za­sta­łam. W skrzyn­ce była pocz­ta z po­przed­nich dwóch dni.

Wy­ją­łem z szu­fla­dy biur­ka no­tat­nik i coś w nim za­pi­sa­łem. Ot, ta­kie my­dle­nie oczu, ale lu­dzie czu­ją się raź­niej, gdy ro­bi­my przy nich no­tat­ki. Spra­wia to bo­wiem wra­że­nie, że na­praw­dę po­waż­nie pod­cho­dzi­my do pro­ble­mu, z ja­kim przy­cho­dzą. Ki­wa­nie gło­wą z mą­drą miną pod­czas pi­sa­nia też po­ma­ga.

– Czy Sam­my’emu już się to zda­rza­ło? Ta­kie zni­ka­nie bez ostrze­że­nia?

– Nie. W każ­dym ra­zie nie na tak dłu­go. Od cza­su do cza­su za­li­czał ja­kąś ba­lan­gę. Je­den, dwa dni… to wszyst­ko. A za­wsze kie­dy je­stem w mie­ście – wie pan, nie w tra­sie ani nie w Lon­dy­nie – spo­ty­ka­my się w so­bo­ty na obie­dzie w her­ba­ciar­ni Cran­ston’s przy uli­cy Sau­chie­hall. Nig­dy nie opusz­cza tych spo­tkań.

No­to­wa­łem. Ki­wa­łem gło­wą. Z mą­drą miną. – Po­wie­dzia­ła pani, że zro­bił de­bet na kon­cie. Czy od cza­su, gdy znik­nął, były do­ko­ny­wa­ne z kon­ta jesz­cze ja­kieś wy­pła­ty?

– Nie wiem… – Zmie­sza­ła się na­gle, jak­by po­czu­ła się win­na wo­bec nie­go i wo­bec mnie, że tego nie spraw­dzi­ła. – Czy pan mógł­by to spraw­dzić?

– Oba­wiam się, że nie. Wspo­mnia­ła pani, że mie­li­ście się spo­tkać w ban­ku, tak?