Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Długa zima w N - Alina Krzywiec

Współczesna powieść dla kobiet opowiadająca historię prowincjonalnej Madame Bovary.

Maria B. ma 32 lata, niepospolitą urodę, oddanego męża Miśka, którego wytrwale wpędza w poczucie winy i trzyletnią córeczkę Julkę. Ma też pięć innych wcieleń na portalach randkowych, które czasem prowadzą do szybkiego i brutalnego seksu w realnym świecie. Narcystyczna Maria B. w swoim życiu kieruje się nieracjonalnymi impulsami, którym nie potrafi się oprzeć. Wyniosłość współczesnej pani Bovary jest maską, pod którą kryje się kobieta szukająca miłości i tożsamości, niestabilna, pozbawiona poczucia własnej wartości, którą próbuje potwierdzić w ramionach obcych mężczyzn.

Mariusz K. jest listonoszem w miasteczku N. na Mazurach, który co tydzień losowo wybiera i otwiera pięć kopert. Nie dostarcza też niektórych paczek, sprzedając pokątnie ich zawartość. Kiedy Maria wraz z mężem przeprowadza się do N., listonosz już wie, że na taką kobietę czekał całe życie. Piękną i bogatą. Wie też, że chce zobaczyć strach w jej pięknych oczach. Poznając jej pewną tajemnicę, małymi kroczkami zmierza do celu…

Opinie o ebooku Długa zima w N - Alina Krzywiec

Fragment ebooka Długa zima w N - Alina Krzywiec

WydawcaAgata Pieniążek

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaDominika Cieśla-Szymańska

Redakcja technicznaLidia Lamparska

KorektaJadwiga Przeczek Ewa Grabowska

Copyright © by Alina Krzywiec, Warszawa 2013 Copyright © by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2013

Świat Książki Warszawa 2013

Świat Książki Sp. z o.o. ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 721 30 00www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-459-6

W serii:

Caroline Leavitt Szczęście w twoich oczach

Karolina Monkiewicz-Święcicka Taniec z przeszłością

Jojo Moyes Zanim się pojawiłeś

Leslie Daniels W łóżku z Nabokovem

W przygotowaniu:

Vanessa Greene Klub Porcelanowej Filiżanki

Prolog

Umówili się, jak zawsze, na telefon. Zadzwoniła tuż po czternastej, sądząc, że wrócił już z obiadu i nie zastanie go w stołówce. Było jednak inaczej.

– Halo. – W tle usłyszała harmider i brzęczenie sztućców. To znaczy, że nie czekał na ten telefon, to znaczy, że coś poszło niezgodnie z planem, że może powinni porzucić tę zabawę. Nie mogła się jednak powstrzymać:

– Dzień dobry, dzwonię z ogłoszenia. Pan Wójcik? – Miała wrażenie, że w tym momencie lekko się uśmiechnął, bo gdy przytaknął, jego głos zabrzmiał trochę cieplej. – Jestem zainteresowana wynajęciem mieszkania. – Wciąż nie była przekonana, czy złapał przynętę. Ponieważ się nie odzywał, uznała, że nie może rozmawiać. Zaryzykowała jednak: – Czy możemy w tej sprawie zamienić słówko?

– Tak. Chwileczkę – odpowiedział. – Musiałem odejść od stołu. Myślałem, że już nie zadzwonisz. – Cholera, wciąż jeszcze nie zaakceptował reguły, zgodnie z którą nie wolno mieszać dwóch osób. W tej chwili nie była dziewczyną z internetu, którą za chwilę miał przelecieć szybko i brutalnie, ale zwykłą klientką. Poprawił się: – Czy może pani przyjechać dzisiaj? Jest wielu chętnych.

– Zapewniam pana, że warto wynająć to mieszkanie właśnie mnie – powiedziała z pewnością, która zaskoczyła ją samą. – Mogę być o siedemnastej piętnaście – dodała.

Podał jej adres, po czym się pożegnał. Wyobrażała sobie pełna satysfakcji, jak w pośpiechu kończy obiad. Prawdopodobnie dzwoni do mamy, żeby upewnić się, że nie wróciła z sanatorium. Potem do żony, żeby uprzedzić, że się spóźni. Zawiadamia współpracowników w sądzie, że nie będzie mógł dłużej zostać. Prosi sekretarkę, żeby zamówiła mu taksówkę. I czeka.

Byli ze sobą tak blisko może dlatego, że oboje ryzykowali wiele, zapominając o swoich małżonkach. Maria B. była podniecona przewagą, jaką dawała jej sytuacja. To ona będzie dyktować warunki.

Dojechała na czas. Było to osiedle wielkich bloków z plątaniną małych jednokierunkowych uliczek. Dookoła tylko beton i chodniki w cieniu kolosów. Było to osiedle, na którym nigdy nie chciałaby kupić mieszkania, ale to akurat nie miało żadnego znaczenia. Teraz miała szansę stać się kimś innym niż na co dzień. Bycie kimś innym wymaga charakteryzacji. Pomalowała więc usta jaskrawą szminką, przeglądając się w szybie jednego z samochodów. Nie zauważyła, że za kierownicą siedział mężczyzna. On za to od razu dostrzegł burzę ciemnych włosów, symetryczną twarz, szczupłą sylwetkę, zgrabną talię podkreśloną paskiem. Na jej prowokacyjny gest, a następnie zakłopotanie, zareagował życzliwym uśmiechem zainteresowania, na który też odpowiedziała uśmiechem.

Nacisnęła klawisz domofonu. Nie miała wątpliwości, że na nią czeka. Wpuścił ją na górę. Szóste piętro. Mimowolnie podniosła wzrok, by sprawdzić, czy stoi przy oknie. Jakaś część jej mówiła, żeby się wycofać, ale w tym samym czasie druga część tylko ją poganiała.

Szybciej. Szybciej.

Tęskniła za kimś, przy kim mogłaby być w pełni sobą, a wdała się w grę, w której bycie sobą było wręcz niedopuszczalne. „A gdyby jednak? – przeszło jej przez myśl. – Przecież wszystko, co wymyślę, i tak będzie pochodziło ode mnie, będzie częścią mnie. Powinnam być mu wdzięczna. Oboje dajemy sobie szansę, żeby wyjść poza konwenanse tego szaroburego społeczeństwa. Społeczeństwa, w którym wierności pilnuje Bóg”. Dla Marii Bóg nie istniał. Mogła splunąć na małżeńską przysięgę.

Wójcik czekał w drzwiach. Od razu zauważył jej czerwone usta. Maria spostrzegła, że hamuje się, aby nie pocałować ich na powitanie. Postanowiła utrzymać go na dystans możliwie jak najdłużej. Chciała narzucić reguły gry, chciała bawić się jego pożądaniem, tak by wzbierało, aż w końcu oboje dadzą niepohamowany upust żądzy. Podała mu dłoń. Przedstawiła się fałszywym nazwiskiem.

Weszli.

Przeszli.

Obejrzeli.

Mówili o czymś, lecz o czym – żadne z nich nie pamiętało.

Patrzyli na coś, lecz nie wiedzieli, na co.

Maria czuła tylko jego zapach. Zapach, który nie istniał bez niego, a on nie istniał bez tego zapachu. Zapach, który, kiedy się rozstawali, chciała zatrzymać jak najdłużej.

Teraz pytała o okolicę, o młodzież na klatce, o stan wind, o sąsiadów, o wymianę rur. Czuła, jak zaczyna jej drętwieć palec u stopy. Jej obcasy stukały po parkiecie. Dłonie dotykały ścian, zostawiając na nich ślady spoconych palców. Zdjęła płaszcz. Kiedy nachyliła się, żeby sprawdzić, czy podłogi są równe, wypiętą pupą prawie dotknęła jego penisa. Matka zawsze ją upominała, żeby pochylając się, kucała, ale ona uparcie stawała w pozycji z lekko rozstawionymi nogami. To, co w domu uważano za wulgarne, poza domem stawało się ponętne. W romansie bowiem, inaczej niż w małżeństwie, czasem lepiej smakują rzeczy zepsute.

Maria miała na sobie długie kozaki, pod spódnicą stringi i pończochy. Wiedziała, że Wójcik to zauważył. Musiał dostrzec brak szwów, bo zamarł, a potem powiedział:

– Chciałbym pokazać pani kuchnię. Jest naprawdę warta uwagi.

Przeszli do kuchni, w której przejął inicjatywę. Zniknął cały jego sceptycyzm. Miała przed sobą oszalałego z pożądania agenta nieruchomości. Agenta, któremu pozwoliła się uwieść. Podciągnęła spódnicę nieco do góry, ukazując pasek od pończoch.

– Meble zostają? – dopytywała się.

– Jak cała zabudowa. Jest na wymiar.

– Czy to mocne drewno? – spytała, po czym wskoczyła na blat.

Meble były w dobrym stanie, ale żadne z nich nie zastanawiało się dłużej, czy zdołają wytrzymać to, na co się zanosiło. Maria przesunęła się na brzeg i rozchyliła nogi. Zapach jej wilgotnej kobiecości zmieszał się z jego zapachem. Uśmiechnęła się do niego zalotnie.

– Chyba się zdecyduję – wyszeptała.

– Moja suczka – skomplementował kochankę z uznaniem.

Wszedł w nią zdecydowanym posunięciem. Było im dobrze. Było tak, jakby dopełniło się kilkutygodniowe oczekiwanie. Sapali, drżeli, drapali, głaskali, jęczeli i płakali. Mogli być przez chwilę razem. Położyli się na podłodze. Ona na nim. On nie wypuszczał jej z rąk. I trwali. Znowu stracili poczucie czasu. Teraz dopiero zaczęli się całować. Każdą zmarszczkę na twarzy, każdą rzęsę. Potem przeszli do pokoju, niespiesznie zdjęli ubrania i przytulili się w ciszy.

– Ale pojechałaś z tymi pończochami.

– Kiedy się zorientowałeś?

– Jak tylko zrzuciłaś płaszcz.

Śmiali się i żartowali dalej.

Wiedziała, że nie ma prawa tu być. Ale czuła się tak, jakby to nie ona tu była. Ona była przecież żoną i matką, grzeczną córką. Nie wiedziała, kim staje się przy nim, ale kiedy przekraczała z Wójcikiem granice, zaczynała żyć. Ta nieprawdziwa tożsamość była coraz ważniejszą częścią jej życia. Jeszcze przed chwilą nie wiedziała, co tu robi, a teraz żałowała, że tak długo z tym zwlekała.

– Pięknie, co? – Wójcik jak w filmach zapalił papierosa, przykrywając się kapą z frędzlami. Kapa wydała się Marii nieświeża, a papieros cuchnął.

– Nie wiedziałam, że palisz – odezwała się.

– Zacząłem. Dużo stresów, lepiej palić, niż jeść ciastka. – Dmuchnął dymem w przeciwną stronę. – A co, może chcesz pociągnąć? – Podał jej ćmiący się niedopałek.

– Nie.

– Słuchaj, madame – zwrócił się do niej pseudonimem z sieci.

– Tak?

– Mam gorący okres, pali mi się grunt pod nogami. Lepiej, żebyśmy się przez jakiś czas nie spotykali.

– Teraz i tak wyjeżdżam z Warszawy.

– To dobrze. – Odetchnął.

– O co ci chodzi?

– Przestań, do cholery, cytować moją żonę! Chcesz wielkimi literami? To koniec.

Maria otwarła okno i nabrała chłodnego powietrza.

– Odejdź od okna – nakazał. – I ubierz się.

– Ale mnie nie jest zimno – odezwała się Maria.

– Ktoś cię jeszcze zobaczy. Zresztą, matka zaraz wróci.

– To ona nie jest w sanatorium?

– Nie. U lekarza.

Zawsze ją bawiło, kiedy Wójcik zdejmował obrączkę przed seksem. Ukradkiem schowała ją do torebki, ubrała się i wyszła. Niech sobie myśli, że to koniec, ale piekło dla niego dopiero się zacznie. Bo będzie szukał. Bo nie znajdzie. Bo żony są spostrzegawcze.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Miasteczko zasypał świeży puch. Spod śniegu wystawały kontury budynków, między którymi górowała wieża kościelna. Z wysoka miasto wyglądało jak łąka zasiana bielą. Gdyby przyjrzeć się dokładnie, można by dostrzec opatuloną w chustę postać kobiecą, która wydeptywała w ten niedzielny poranek pierwsze ślady na śniegu. Zmierzała przez bezkres w kierunku Rynku, podnosząc wysoko nogi i przeskakując zaspy. Mimo dziarskich ruchów sprawiała wrażenie ducha. Kto bowiem wstaje w niedzielę o szóstej rano, przed pierwszą mszą w kościele, by wrzucić list do skrzynki? List, który i tak przeleży w oczekiwaniu na zainteresowanie poczty przynajmniej dwadzieścia cztery godziny. To, co robiła, było tak niedorzeczne, że można by pomyśleć, że nigdy nie zaistniało, gdyby nie lawina zdarzeń, jakie wywołało.

Maria B. – bo o niej mowa – brała udział w wielu konkursach. Rozwiązywała krzyżówki i wysyłała około dwudziestu SMS-ów tygodniowo z nadzieją na nagrodę. Od razu otrzymywała automatyczną odpowiedź, że zostanie poinformowana w przypadku wygranej. Za każdym razem, kiedy nadchodziła nowa wiadomość, w Marii ożywała nadzieja na toster, płytę DVD lub całą ich kolekcję, samochód, pralkę, piłę elektryczną lub inną rzecz. Lubiła wygrywać. Szczęście ją jednak omijało. Tego dnia została wylosowana, chociaż nie miała o tym pojęcia. Listonosz z okręgowej poczty w N., Mariusz K., co niedziela wyjmował ze skrzynki trzy przypadkowe listy. Trzy listy oznaczały trzy historie. W szarych, niepozornych kopertach znajdował czasem emocjonujące opowieści.

Mariusz K. trzymał nad parą kopertę wrzuconą do skrzynki przez Marię B. List prawdopodobnie z kategorii nieciekawych pism urzędowych z adresem Prokuratury Wojewódzkiej w Warszawie. Nie spodziewał się wiele. Ale początkowe rozczarowanie minęło po otwarciu koperty, w której znajdowała się druga, wyłożona folią, a na niej starannym drukiem widniało: „Sz. P. Prokurator Teresa Wójcik/prywatne”. „Dwie koperty to jak dwa losy zamiast jednego” – ucieszył się. Z tej mniejszej wytoczyło się metalowe kółko. Ślubna obrączka. Z rozmiaru wnioskował, że męska.

Mariusz K. zamyślił się, a kiedy myślał, zawsze pocierał podbródek. Przestał, kiedy podbródek zaczerwienił się mocno i zaczął swędzieć.

– Ożeż ty... – wymamrotał. Na kopercie nie było adresu nadawcy i nie wiedział, jak skatalogować tajemniczą przesyłkę. A liścik o treści: „Z pozdrowieniami dla męża” nie pozostawiał wątpliwości, że warto było ją zapamiętać.

* * *

Maria B. nieświadoma wyróżnienia w dzisiejszym losowaniu odbywała w tym czasie coniedzielną rozmowę z mężem.

– Nie mogę iść z tobą, mam pracę do zrobienia – wymawiała się.

– Nigdzie nie chodzimy razem.

– Razem, razem, razem. Ciągle razem. A gdzie mamy chodzić razem? Do teatru czy do kina? Do muzeum czy do galerii? No proszę, wybieraj, a zaraz będę gotowa.

– Chodzi mi tylko o Julkę – westchnął Misiek, a potem oparł się o ścianę i schował głowę w ramiona. Na każdą aluzję do ich przeprowadzki do N. reagował bezradnością. Choć przed nim otwierała się tu kariera w firmie deweloperskiej, dla Marii miasteczko było zesłaniem. To fakt.

Julka na dźwięk swojego imienia wychyliła się z korytarza. Niedawno dostała od Miśka fluorescencyjne sznurowadła, co powodowało, że najchętniej wkładała tenisówki.

– Zdejmij tenisówki i wkładaj kozaki. Zaraz idziecie z tatą do kościoła.

Julka zniknęła i Maria usłyszała, jak z szafki z butami wysypuje się obuwie wszelkiej maści. Misiek ruszył w stronę korytarza, rzucając na odchodnym:

– Jak chcesz.

– Tak chcę. Bułeczki zrobię, trochę popiszę – próbowała łagodzić sytuację.

Po kwadransie, stojąc przy oknie, czekała, aż jeep wyjedzie za bramę osiedla. Potem nie ruszała się jeszcze zapatrzona w dal, jakby toczyła w sobie walkę. Podeszła do szafy i wyjęła laptopa spod stosu ubrań. Odpaliła go, wpisała hasło i za chwilę, ukryta pod nickiem Madame_83, odmłodzona o siedem lat, korespondowała z niejakim „Gonzem”.

To był jej świat.

Oczy nabierały życia, wprawnymi palcami tworzyła rzeczywistość, w której była panią swojego losu. Gonzo nalegał na spotkanie, ale Maria nie chciała się wikłać w historie z gimnazjalistami, a na takiego właśnie wyglądał. Odpisywała mu wyłącznie z obowiązku. Skoro już zaczęli rozmawiać. W rzeczywistości miała nadzieję, że pod tym nickiem tym razem ukrył się prokurator Aleksiej Wójcik. To na niego czekała. Od ładnych paru miesięcy. Kiedy się poznali, korzystał z nicka „car”. Zrozumiałe, że zaczepił madame. Z czasem okazało się, że łączy ich więcej. Najbardziej zamiłowanie do ostrego seksu z fabułą w tle.

Maria dalej nie mogła mu wybaczyć tego rozstania. Jeśli zdarzało się, że ktoś ją odrzucał, zaraz do niej wracał. Wójcik uparcie się nie odzywał. Co miała zrobić? Posunęła się do desperackiego czynu. Wysłanie tego ranka obrączki jego żonie było w większym stopniu aktem tęsknoty niż zemsty. A niech się wścieknie. Niech ją znajdzie. Wtedy znów będzie jej. Bo prosić go o nic nie będzie. To uwłaczające. Odliczy do dziesięciu albo lepiej do dwudziestu i zamknie ten komputer.

Kiedy liczyła ruchy sekundnika na zegarze ściennym – dziesięć, dziewięć, osiem... na dole ekranu pojawiła się ikonka oznaczająca nową wiadomość. Maria triumfowała. Jakże byli z carem podobni! Napisał, że mu jej brak. Że chyba nastąpiło jakieś nieporozumienie, do którego nie bardzo wie, jak się odnieść. Maria nie reagowała, a wtedy Wójcik spytał wprost: „Czy masz moją obrączkę?”. „Nie” – zgodnie z prawdą zaprzeczyła Maria. Prokuratorzy powinni wiedzieć, jak zadawać pytania. Wójcik podszedł ją z innej strony. Obiecywał od dawna, że przedstawi ją szefowi wydawnictwa, który jest jego kumplem ze szkolnej ławki. Proponuje spotkanie we trójkę. Zapewniał Marię, że na pewno mu się spodoba.

Jej pisanie. Oczywiście.

Maria pozostawiła to bez odpowiedzi i rozczarowana zamknęła komputer. Czy chciała się z nim zobaczyć? Tak. Czy chciała poznać prezesa wydawnictwa, guru prasy kobiecej? Tak. A jednak była z tej rozmowy niezadowolona. Czuła niedosyt. Kiedy się rozstali, wyrzuciła kartę SIM z numeru, którego używała do kontaktów z Wójcikiem. Jego numer znała na pamięć. Walczyła ze sobą, żeby nie wysłać mu wiadomości ze swojego telefonu. Najpierw żale i pretensje, a potem zaproszenie do N.

Co za zbieg okoliczności, że akurat dziś się odezwał! Właśnie dziś, kiedy wysłała tę obrączkę! Łączyło ich porozumienie dusz, jakiego nie doświadczyła ani z mężem, ani z żadnym innym z kochanków. Powstrzymała się przed jakimikolwiek ruchami. Pragmatycznie patrząc, wreszcie mogło ziścić się jej marzenie: Wójcik przedstawi ją prezesowi, pójdą na jakąś kolację, pokaże mu swoje teksty. Jeszcze może zrobić karierę na miarę swojego talentu! Tylko musi wycofać ten cholerny list. Obrączkę odda Wójcikowi w nagrodę. A on znów ją założy. Jak zawsze po udanym seksie.

Zabrała się do pieczenia bułeczek. Taki mieli rodzinny rytuał niedzielny. Zaczęło się od Julki, której Maria chciała dogodzić ciastem orzechowym, ale okazało się, że dziecko jest uczulone na orzechy. Maria najpierw próbowała dodawać mniejszą ilość orzechów, a w końcu całkiem z nich zrezygnowała. Trudno się dziwić, że efekt był niezadowalający i w końcu to zarzuciła. Bułeczki mleczne wszyscy w rodzinie uwielbiali, dlatego ich pieczenie traktowała jak swój obowiązek. W niedzielę musiała postawić je na stole.

Ledwo wstawiła blachę do piekarnika, gdy usłyszała nadjeżdżający samochód. „A może jeszcze coś napisał” – miała ochotę włączyć komputer choć na chwilę, zanim Misiek wejdzie na domu. Pohamowała się. A może po prostu uznała, że nie zdąży.

Wzbierało w niej pożądanie, wymieszane z wściekłością i nadzieją. Wspomnienie dzikiego seksu z carem dekoncentrowało ją. Kiedy położyła Julkę na poobiednią drzemkę, przyszła do Miśka, usiadła mu na kolanach i bez żadnych wstępów, bez zachęty czy pytania, złapała jego jeszcze na wpół wiotkiego penisa i po chwili poczuła, jak sztywnieje w jej środku.

* * *

Listonosz Mariusz K. niedziele spędzał na organizowaniu archiwum. Prowadził katalog spraw miejscowych, który nazwał roboczo „ewidencją ludności”. Gdyby miał więcej poczucia humoru lub fantazji, mógłby kartotekę tę nazwać „Archiwum Gwiżdżącego Czajnika”.

Choć zaledwie dwudziestosześcioletni, był bardzo zdyscyplinowany. Wszystko, czego się podejmował, wykonywał sumiennie. Dzięki temu od sześciu lat pracował w tym samym urzędzie pocztowym w N., a odkąd postanowił czytać cudzą korespondencję, trwał także i w tym postanowieniu. Jego archiwum teczek urosło z czasem do rozmiarów przepastnej kartoteki proboszcza, o której istnieniu dowiedział się zresztą właśnie z jednego z listów.

Mariusz K. przeczytane listy najczęściej wysyłał w świat. Wyjątkiem były te zwykłe, te, które zawierały pieniądze, listy biorące udział w konkursach i te do gazet, a także odpowiedzi na ogłoszenia matrymonialne. Prawdę mówiąc, rozczarowywał go malejący odsetek listów pisanych do rodziny. Takich właśnie poszukiwał. Pozbawiony zupełnie własnych krewnych, w myślach wypożyczał sobie cudzych, zajmował stanowisko w kwestii ich problemów, a nawet psioczył na niektórych, gdyż – jak wiadomo – psioczenie jest nieodzownym elementem życia familijnego. List z obrączką nie był listem poleconym. Postanowił przetrzymać go kilka dni i zastanowić się, co dalej. Nie musiał go wysyłać. Mógł oddać tę obrączkę do komisu, wpadłoby parę groszy. Ale nie chciał ryzykować, bo była charakterystyczna – od wewnętrznej strony wygrawerowano datę 11.01.2001 oraz imiona „Aleksiej i Teresa”. Na razie więc wpisał do zeszytu duży znak zapytania.

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

CZĘŚĆ DRUGA

CZĘŚĆ TRZECIA