Długa droga do domu - Joanna Jax - ebook + audiobook
Opis

Nowa saga rodzinna Joanny Jax – autorki bestsellerowego Dziedzictwa von Becków. Burzliwe losy Antoniny Tańskiej ukazane na tle ważnych wydarzeń w dziejach świata. Córka emigrantów z Polski zakochuje się w narzeczonym siostry i zachodzi z nim w ciążę. Wybucha wielki skandal i młodzi muszą opuścić rodzinne strony. Osiedlają się na Kubie, ale szczęście nie trwa długo. Emmanuel zdradza żonę, wdaje się w podejrzane interesy, a tymczasem rośnie w siłę ruch oporu wobec dyktatora Batisty. Gdy sytuacja polityczna wymyka się spod kontroli, postanawiają opuścić wyspę, ale tuż przed wyjazdem mąż i synek Tosi znikają bez śladu. Kobieta włącza się w działalność rewolucyjną i nie ustaje w poszukiwaniach. Przez kolejnych trzydzieści lat zmienia miejsca pobytu i swoją tożsamość, by wreszcie osiąść w Polsce. Pamiętniki Antoniny, ukryte na strychu starego domu, splatają jej losy z młodą rozwódką, która postanawia rozwikłać tajemnice jej rodziny...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 624

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 18 godz. 51 min

Lektor: Elżbieta Kijowska

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

Pracownia WV

Ilustracja na okładce

© Angie Sidles/Shutterstock.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3 C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

Tekst © Joanna Jakubczak

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2015

ISBN 978-83-7835-427-7

Żyjemy iluzją. To ona plącze nasze ścieżki, wodzi na manowce, zniekształca obrazy i ukrywa przed nami prawdę. Ale to iluzja pozwala nam przetrwać.

Książkę tę dedykuję Komuś Wyjątkowemu.

Prolog. Polska, Teresin, 1990 rok

– Jest pani pewna? – zapytała Teresa Łopiańska, wręczając mi pęk kluczy godny klasztornego klucznika.

Spojrzałam na nią. W jej oczach zobaczyłam błysk politowania. To było całkiem adekwatne do sytuacji, w jakiej się znalazłam. Dom, przed którym stałyśmy, był idealnym dopełnieniem mojej godnej pożałowania egzystencji w ostatnim czasie. Łopiańska wykrzywiła twarz w grymasie, który wedle jej zamysłu miał imitować uśmiech, pożegnała się pośpiesznie i odjechała, pozostawiając po sobie tuman kurzu.

Stanęłam samotnie przed kutą bramą. Była zamknięta na kłódkę, dużą i ciężką, która na tle lekko przerdzewiałych prętów odbijała się blaskiem charakteryzującym nowe rzeczy. Włożyłam klucz, jeden z wielu znajdujących się na dziwacznym breloku wręczonym mi przez panią Teresę, i przekręciłam. Wtedy z głośnym rykiem silnika podjechał inny samochód. W tej ciszy poranka, mąconej chwilami szumem drzew i świergotem ptaków, jego dźwięk zabrzmiał niczym syrena w remizie, rozdzierająca spokój złowróżbną przepowiednią kataklizmu. Odwróciłam się pośpiesznie i nieco nerwowo. Za kierownicą siedział pan Kądzior, właściciel firmy transportowej, i poinformował mnie, że moje meble dotrą po weekendzie, ponieważ w jego samochodzie ciężarowym urwał się wahacz czy też inna część, której brak uniemożliwiał podróż. Jęknęłam w duchu i pomyślałam, że jeśli tapczanik ze służbówki zniknął od czasu, gdy ostatni raz go tam widziałam, spędzę noc w samochodzie. Kolejny człowiek, który sprawił mi tego dnia zawód. Pierwszy, pan Maciejak, mistrz remontów wszelakich, odłożył wizytację w moim nowym domu na następny tydzień. A ja diabelnie potrzebowałam się czymś zająć.

Skrzydło bramy zaskrzypiało niczym wrota do bram piekielnych, płosząc ptactwo skrywające się w gałęziach dzikiej jabłoni. Cała przestrzeń między bramą a schodami porośnięta była chwastami, którym nie oparła się nawet kamienna ścieżka wiodąca do drewnianego ganku. Popatrzyłam raz jeszcze na swój najnowszy zakup i pomyślałam, że doprowadzenie go do stanu świetności zajmie mi jakieś kilkadziesiąt lat. I bardzo dobrze, bo odepchnie na ten czas pytania, które kołatały mi w głowie i których nie potrafiły zagłuszyć ani egzotyczne podróże, ani kolejna para pantofli. Jedynie tytaniczna praca mogła nieco uspokoić moją zszarganą rozterkami duszę. A tutaj roboty będzie pod dostatkiem. Kiedy zaś zakończę swoje dzieło, będę już ogarnięta chorobami wieku starczego, dzięki którym przyjdzie zapomnienie. A być może dzisiejsze dylematy zastąpią rozważania o życiu na tamtym świecie, z naciskiem na niebiańskie przyjemności, uważałam bowiem, że piekło już widziałam. Mój rozwód sam w sobie był przykry, chociaż uniknęłam czegoś, co potocznie zwykło się nazywać praniem brudów. Zatem ubyło mi w życiu jednej osoby, przybyło za to kilka ładnych zer do kwot na moim koncie, co było pewnym plusem, ponieważ łatwiej przeżywać rozdarcia wewnętrzne na Malediwach niż w wynajętej klitce.

Mój adwokat, zażywny staruszek, który wiele już w życiu widział i nabrał wad cynika, stwierdził, że jakbym nie miała co do garnka włożyć, moje rozterki duchowe znacznie obniżyłyby swoje loty, ograniczając się do przyziemnych spraw codziennej egzystencji. Dał mi tym samym do zrozumienia, że w głowie mi się poprzewracało od dobrobytu. Kto wie, może coś w tym było. Nadmiar czasu i pieniędzy może zająć ciało w stopniu niemal doskonałym, tym samym uwalniając myśli od walki o przetrwanie w świecie powszechnego konsumpcjonizmu.

Drewniane schodki zatrzeszczały pod moim ciężarem i znalazłam się na ganku, który był idealnym miejscem ucieczki przed nadmiernym upałem lub ulewnym deszczem. Gdybym miała jednym zdaniem określić swój nowy dom, brzmiałoby ono: „nadaje się do kręcenia horrorów”. To w dużym uproszczeniu. Czas zrobił swoje, na elewacji pojawiły się zacieki i zielonkawe plamy. W niektórych miejscach tynk w ogóle odpadł, odsłaniając cegły w trudnym do odgadnięcia kolorze, których faktura nasuwała myśl o szyderczym uśmiechu. Okna na parterze – duże, z łuszczącą się farbą na ościeżnicach, na strychu – małe, wykuszowe, jakby dające do zrozumienia, że nie mieszkają za nimi ludzie, ale ich tajemnice. Obrazu dopełniała okrągła wieżyczka z dużą liczbą okien, świadcząca o wielkim kunszcie architekta, bo w przeciwieństwie do nowobogackich willi nie trąciła groteską. W przypadku tegoż domu miała ona również funkcję praktyczną, nie była zaś fanaberią właściciela. Wiedziałam, że pierwszym mieszkańcem willi był artysta malarz, który w wieżyczce z silnym strumieniem wpadającego przez okna światła urządził sobie atelier. Z pewnością nie był to znany twórca, ponieważ nikt nie potrafił powiedzieć, co namalował, a i w galeriach próżno było szukać prac Huberta Tańskiego.

Dwuskrzydłowe drzwi, z odpryskującą farbą w kolorze pruskiego błękitu, miały staroświecki zamek z ogromną dziurką od klucza, przywodzącą na myśl manię podglądania. Otworzyłam je. Podobnie jak brama wydały z siebie jęczący dźwięk. Przypomniały mi się słowa Łopiańskiej, jakoby atrakcyjna cena domu wynikała nie ze złego stanu budowli, ale z grasujących w niej duchów zmarłych, w tym jednej samobójczyni. „Zawsze to jakieś towarzystwo” – myślałam z przekąsem w chwilach głębokiej samotności, nie bacząc na to, że był to mój własny wybór, gdyż ludzie drażnili mnie bardziej aniżeli cisza i pustka. Może przeszkadzali mi w ciągłym samobiczowaniu?

Przeszłam przez hol, z równie skrzypiącą podłogą, i otwierałam po kolei wszystkie pomieszczenia. A było ich bez liku. Służbówka (tapczanik jednak zniknął), kuchnia, spiżarnia, jadalnia, dwa ogromne pokoje połączone drzwiami, sypialnie, komórki i łazienka. Normalny duży dom, jakby kompletnie nieprzystający do artysty malarza. Mebli nie było żadnych, oprócz ogromnego fotela stojącego niemal na środku salonu. Obity zielonym pluszem w kwiatowe wzory, sprawiał wrażenie równolatka domu, chociaż trzymał się od niego znacznie lepiej.

Weszłam na strych i przekręciłam staromodny włącznik. Światło słabej żarówki dodawało atmosferze grozy, zamiast ją rozpędzić swoim blaskiem. Przeszłam po kilku pustych pomieszczeniach, z rozczarowaniem stwierdzając, że nie kryją w sobie ani duchów, ani śmiercionośnych tajemnic.

Stary mały kuferek ujrzałam dosłownie w ostatniej chwili. Pokryty grubą warstwą kurzu, stał samotnie za wąskimi drzwiami jednego z pokoików. Wysunęłam go na środek drewnianej podłogi, dłonią starłam pył i próbowałam odnaleźć w pęku kluczy otrzymanych od Łopiańskiej nadający się do otworzenia kłódki przy kuferku. Żaden nie pasował, ale jeden, najsolidniejszy i największy, który nie wiadomo, do jakich drzwi był przeznaczony, posłużył mi jako narzędzie włamania do tajemniczej skrzyneczki. Otwierając ją, słyszałam głośne bicie swojego serca, jakby przeczuwając, że znajdę tam coś niezwykłego. A może były to jedynie wyrzuty, że gwałcę czyjąś tajemnicę?

Wnętrze kuferka wypełnione było brulionami, notesami, notatnikami i kopertami. Wyjęłam zeszyt, który wyglądał na wiekowy, i odczytałam tytuł napisany staranną kaligrafią, jakiej uczono w przedwojennych szkołach:Dzienniki Antoniny Tańskiej 1938.Uśmiechnęłam się do siebie, mając nadzieję, że poprzez pamiętniki mieszkanki tego domu odtworzę jego historię i poznam klimat czasów, kiedy ów dom tętnił życiem. Wzięłam kufer pod pachę, zeszłam do pustego salonu i siadając w ogromnym fotelu, zaczęłam czytać.Nazywam się Antonina Teresa Tańska i wczoraj skończyłam 11 lat –napisała w swoim brulionie mała dziewczynka. Zafascynowana czytałam z wypiekami na twarzy opowieści małej Antosi, nie spodziewając się nawet, w jaką podróż wyruszam… Podróż, która zmieniła całe moje życie…

1. Polska, Teresin, 1938 rok

Antonina była jedną z córek malarza Huberta Tańskiego i śpiewaczki operowej Teresy Tańskiej, z domu Iwanickiej. Miała dwójkę rodzeństwa – siostrę Walerię, młodszą o dwa lata i starszego brata, Wiktora. Jakkolwiek Teresa Tańska była uznaną w Warszawie sopranistką, tak Hubert był raczej malarzem pasjonatem. Odkrywał nowe trendy w malarstwie, wzorowane na francuskim kubizmie, które jednak nie znalazły w ojczyźnie poklasku. Jego fascynacja tego rodzaju sztuką zrodziła się podczas podróży do Paryża, jeszcze za czasów kawalerskich, gdzie przyglądał się z zachwytem pierwszym pracom Picassa i Braque’a. Jako że Tański dysponował znacznym majątkiem rodzinnym, mógł sobie pozwolić na życie w świecie fantazji i modernistycznej sztuki, nie odnosząc większych sukcesów. Gromadził lub oddawał swoje obrazy, zamiast je sprzedawać. Jego żona nie zamierzała eksperymentować i śpiewała w operach znanych i niebudzących kontrowersji.

Hubert, znużony ciągłą krytyką, usunięty w cień artystycznego światka, wybudował okazały dom pod Warszawą i nazwał na cześć żony Teresinem, żeby ją nieco udobruchać, ponieważ Teresa Tańska wieś lubiła równie mocno, co podawaną przez ich kucharkę, Jadwinię, owsiankę. Czyli nie lubiła wcale. Kochała blichtr wielkiego miasta, tłumy ludzi, teatry i kawiarnie, a Teresin kojarzył jej się z powrotem do barbarzyńskich czasów, kiedy etykieta i towarzystwo nie miały żadnego znaczenia. Kilkanaście cichych dni, ponieważ Teresa Tańska jako dama nie wszczynała awantur, sprawiło, że część roku rodzina spędzała w Warszawie, a miesiące wiosenne i letnie w Teresinie. Dla dzieci nie miało to większego znaczenia, gdyż jako dobrze urodzone pobierały nauki w domu, pod czujnym okiem panny Bernadetty, Niemki z pochodzenia, której ojciec Antoniny nie znosił. Niekiedy nazywał ją „Frau” i robił przy tym minę, jakby owo słowo było przekleństwem najokrutniejszym.

Tak oto dowiedziałam się, dlaczego osada, która nadal pozostała miejscem dość odludnym, nazywa się Teresin.

Antosia zdawała się lubić wieś, a zwłaszcza wszelkie żywe stworzenia, które przygarniała z wielkim upodobaniem, ku niezadowoleniu rodziców i pozostałych mieszkańców, zwłaszcza Walerii, która po prostu była bojaźliwa. Panna Bernadetta uznawała, że opieka nad zwierzątkami wyzwoli w dziewczętach odpowiednie instynkty, dzięki którym w przyszłości staną się lepszymi opiekunkami domowego ogniska.

– Co ta baba może wiedzieć o ognisku domowym? – warknął Hubert Tański, gdy kolejny raz wdepnął w psią kupę i zażądał usunięcia wszelkich zwierząt do komórki.

– Daj spokój, Hubercie, Antosia kocha te zwierzaki. Poza tym takie są uroki wsi, do której mnie wywlokłeś – odpowiadała wówczas drwiącym głosem Teresa Tańska.

Zwierzaki pozostały. Kulawy kundel – Szczebiot, kot pozbawiony jednego oka przez sforę psów oraz łysiejący królik, Alik. Poza tym były dwie papugi, kanarki i kilku innych przedstawicieli ptasiego rodu.

Tańscy prowadzili otwarty dom. Zarówno ten w Warszawie, jak i ten w Teresinie gościł osobników bardziej i mniej znanych, czasami polityków, oraz licznych krewnych i powinowatych. Z przewijającej się rzeszy gości mała Antosia często wspominała w swoich dziennikach Annę i Jana Będkowskich. Dziwna to była para. On – rubaszny grubasek z podkręconym wąsem, nadużywający alkoholu, i koścista kobieta z ptasim nosem i wystającymi zębami, zadręczająca wszystkich swoimi dziwactwami. Wszędzie nosiła ze sobą lupę, przez którą oglądała podawane potrawy, nie zważając na niestosowność podobnego zachowania. Po obejrzeniu zaś dania wyjmowała wahadełko, które wściekle kręciło się nad talerzami. Jeśli obracało się w niewłaściwą stronę, Anna Będkowska jedzenia nie ruszyła. Jadwinia, która kucharką była doskonałą, nazywała ją starą wariatką. Małżeństwo Będkowskich często się kłóciło, dostarczając podsłuchującym na schodach dzieciom niezapomnianych wrażeń. Jedną z takich scysji opisała Antonina w swoim brulionie:

Pani Będkowska powiedziała przy kolacji, że rozmawiała z Bonapartym. Na spotkanie z duchami, u Cyganki Manueli, przybył duch Napoleona i oznajmił, że wybuchnie wojna. Pan Janek roześmiał się wpierw, a potem stwierdził, że może jej to samo powiedzieć, i to za darmo. Nos pani Będkowskiej zrobił się jeszcze dłuższy, ponieważ zawsze tak ma, gdy się rozzłości, i odrzekła, że takiego pijusa i karciarza jak pan Janek to nawet za darmo słuchać nie będzie. Wtedy pan Będkowski śmiać się przestał i powiedział, że pasem z tyłka jej wybije te szatańskie zabawy. Mama i tata delikatnie próbowali ich uspokoić, ale nic to nie dało. Pani Anna została nazwana przez męża starą czarownicą i zaczęła płakać, a pan Będkowski wypił całą butelkę wiśniowej nalewki. Gdy odwiedzili nas w kolejną niedzielę, pan Jan mówił do żony „Anusiu”, a ona do męża „Jasieczku”. Dorośli są dziwni, chociaż jak Waleria nazwała mnie makakiem (to taki rodzaj małpy), to tylko dwa dni byłam na nią obrażona.

Antonina opisywała również innych gości odwiedzających Teresin i ich warszawskie mieszkanie. Był wśród nich poeta, który do każdego, w tym do dzieci i służby, mówił wierszem. Wiktor zdradził siostrom, że ów poeta był marny, bo żadnego tomiku z poezją nie wydał. Była też pewna piękna aktorka, która w wieku trzydziestu lat miała już trzeciego męża. Każde zamążpójście działało na piękną aktorkę w ten sposób, że po kilku miesiącach pożycia zaczynała rozglądać się za kolejnym fatygantem. Kiedyś, gdy rodzice sądzili, że nie są słyszani, tata Tański użył wulgarnego słowa, o którym dziewczynka wiedziała jedynie tyle, że nie wolno go wypowiadać, nawet w myślach. A jeśli komuś się taki wypadek przydarzył, musiał go uwzględnić przy spowiedzi u starego księdza Floriana. Pociechą było, że Waleria mogła sobie na ów grzech pozwolić z racji wieku, a Wiktor twierdził, że ksiądz jest głuchy jak pień i nie ma znaczenia, co się mówi. Kiedyś w konfesjonale opowiedział księdzu o wyprawie na ryby ze starym Maciejem, czynie w końcu niegrzesznym, a Florian kazał mu zmówić tę samą co zawsze modlitwę i powiedział, żeby nie grzeszył więcej.

– Nie sądziłem, że z Neli to taka kurwa jest – powiedział Tański, usłyszawszy kolejną łzawą opowieść o nowym kochanku pięknej aktorki.

Mama Tańska popatrzyła gdzieś w przestrzeń, westchnęła i odrzekła głosem rozmarzonej romantyczki:

– Ona jedynie szuka miłości, Hubercie.

– Zawracanie głowy… Rozbestwiona dziwka jest, i tyle – mruknął Hubert Tański.

Antosia odnotowała w dzienniku, że już odgadła znaczenie owego wulgarnego słowa i tą osobą na „k” zostaje się przy trzecim zamążpójściu.

Inną ciekawą postacią była siostra kucharki Jadwini, Helenka. Była to przeraźliwie chuda osóbka wzrostu siedzącego skrzata. Kucharka wyglądała niczym mały słonik i gdy stąpała po schodach, cały dom trząsł się w posadach. Siostra Jadwini, dla odmiany, przerażała wystającymi obojczykami i zapadniętymi policzkami. Helenka panicznie bała się duchów i każdy ruch zasłony wywoływał u niej palpitację serca. Rodzeństwo z upodobaniem wymyślało coraz to nowe sposoby straszenia Heleny, która w takich chwilach darła się, jakby ją ze skóry obdzierano. Głos przy tym miała tak donośny, że każdy zastanawiał się, czy to przypadkiem nie efekt jakiejś diabelskiej siły tkwiącej w tej drobnej istocie.

Życie dzieci w Teresinie było rajską przygodą, do której Antonina wracała myślami w chwilach najtrudniejszych, a których to wydarzeń nie była w stanie przewidzieć ani nawet wymyślić w swoim dziecięcym, niczym niezmąconym umyśle.

* * *

Dzień, który wstrząsnął dziećmi z Teresina, nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Był piękny lipcowy poranek 1938 roku. O świcie trójka rodzeństwa, zaopatrzona w metalowe kubki, wyruszyła wraz z Jadwinią do lasu, po jagody. Około południa cała czwórka powróciła do domu, chociaż pełny kubek jagód miała jedynie kucharka. Dzieci bowiem, zamiast wkładać jagody do kubków, upychały je w swoich ustach. Wiktor stwierdził, że wyglądają jak mały Jasiek Furmanek w trumnie, którego dopadła tajemnicza i, niestety, śmiertelna choroba. Postanowił więc dla draki udawać, iż jego ta choroba również dopadła, nieświadomy, że owych sinych ust dostaje się raczej po śmierci, a nie za życia. Kiedy jednak wszedł do salonu, zrezygnował. Matka siedziała w fotelu, zalana łzami, ściskając w dłoni chusteczkę, a ojciec nerwowo przemierzał pokój, od czasu do czasu zatrzymując się i bezwiednie patrząc w przestrzeń. Gdy zobaczył Wiktora w drzwiach, powiedział smutno:

– Dobrze, że już jesteście, przyjdźcie wszyscy do salonu, musimy porozmawiać.

Pierwszą myślą Wiktora było, że ktoś umarł, może babcia albo któraś z ciotek, i pogratulował sobie w myślach głupiego pomysłu z sinymi ustami.

Kiedy cała trójka zasiadła na kanapie, wpatrując się z lękiem w swojego ojca, okazało się, że sprawa nie dotyczy ani śmierci, ani choroby. Trzy twarze o granatowych ustach i przerażonych spojrzeniach słuchały cichego głosu ojca i zerkały na matkę, której płynęły po policzkach wielkie jak krople rosy łzy.

– Za miesiąc przeprowadzamy się do Ameryki.

Wiktor i Antonina widzieli ten odległy ląd w atlasach i na ogromnym globusie w bibliotece ojca, pamiętali też pocztówki i egzotyczne owoce przysyłane przez wuja Krzysztofa z San Antonio w Teksasie. Waleria w swoim dziewięcioletnim umyśle zakodowała jedynie, że ilekroć w towarzystwie mówiło się o czyimś wyjeździe do Ameryki, mama i Jadwinia robiły znak krzyża i mówiły z przerażeniem: „Jezus, Maria”. Owa Ameryka, która dla wielu była ziemią obiecaną, jej kojarzyła się z jakimś strasznym miejscem kaźni i nieszczęścia. Dzieci nie dociekały, dlaczego wyjeżdżają. Nie były to czasy polemik ze starszymi. Antonina zapytała jedynie o swoje zwierzęta, ale odpowiedź, jaką otrzymała, była gorsza od samego wyjazdu.

– Nie, Antosiu. Do dnia wyjazdu musisz znaleźć dla nich dom – odpowiedział stanowczo Tański.

* * *

Przez ostatni miesiąc w kraju Antonina niewiele pisała o wydarzeniach, jakie zwykła notować swoim starannym pismem, ale o emocjach targających wszystkimi dookoła. Robiła to z pozycji jedenastoletniego obserwatora, dla którego łzy oznaczają rozpacz, a ich brak – spokojną akceptację. Zatem najbardziej cierpiała Waleria, ponieważ płakała niemal bez przerwy. Tak do końca nikt nie wiedział dlaczego, ale być może w ten sposób reagowała na wszystkie zmiany w swojej błogiej egzystencji. Szlochała również Jadwinia.

– I gdzie ja teraz na stare lata się podzieję? Byłam w tej rodzinie, odkąd skończyłam dwadzieścia lat.

– Ożeniłbym się z Jadzią – pocieszająco mruczał stary Maciej. – Alem chuchro straszne i by mnie Jadzia w noc poślubną w łóżku zgnietła.

Jadwinia uśmiechała się wtedy przez łzy, jednocześnie chlastając Macieja ścierką.

– Niechże już Jadwinia przestanie – złościła się Teresa Tańska. – Robotę Jadwini u Perkowskich załatwiłam. To dobrzy ludzie i majętni. On jest rejentem, a ona… Ona to w sumie, Bóg raczy wiedzieć, co robi po całych dniach. Ale na pewno Jadwini nie skrzywdzą.

– Ale to obcy, a ja tutaj to jakbym w rodzinie żyła – łkała Jadwinia.

– Ech, nie mam już do Jadwini siły. – Tańska machała ręką i szła pakować kolejne okrętowe kufry.

Wiktor najpierw był oszołomiony informacją, potem jednak ze spokojem przyjął fakt do wiadomości i począł układać sobie plany na przyszłość w nowym kraju.

– Ja tam się cieszę. Milionerem zostanę. Albo podróżnikiem. Albo jedno i drugie – marzył brat Antosi, nasłuchawszy się opowieści, z których wynikało, że w Ameryce dolary rosną niemal na drzewach. Wystarczy jedynie po nie sięgnąć i zbierać do woli, byle tylko worek był odpowiednio duży.

– Nie martw się… – Klepał po plecach Walerię. – …kupię ci coś ładnego.

W takich chwilach Waleria, ślepo ufająca bratu i wierząca we wszystkie jego fantastyczne opowieści, uspokajała się, a nawet uśmiechała.

Z zapisków Antoniny można wnioskować, iż matka przez cały czas zajęta była pakowaniem dobytku, a Hubert Tański załatwiał rozliczne sprawy związane z organizowaniem na odległość życia rodzinie w Ameryce i jego likwidacją w Polsce. Dlatego uznała, że jej rodzice cieszyli się z wyjazdu. Trudno powiedzieć, jakie uczucia nimi targały. Na pewno obawa przed nowym, lęk przed nieznanym i świadomość, że w razie porażki nie będą mieli dokąd wrócić, ponieważ pozbyli się domu, mieszkania, samochodu, koni i antycznych mebli. W kufry okrętowe zapakowano niezbędne rzeczy, więc z wieloma innymi należało się pożegnać. Mimo sprzeciwu męża Teresie Tańskiej udało się upchnąć w jednym z kufrów stare afisze ze spektakli, w których śpiewała. Jakoś nie wierzyła, że mogłaby zaistnieć w Metropolitan Opera, będącej marzeniem każdego śpiewaka i najwyższym uhonorowaniem kariery. Szukając w późniejszym czasie wzmianek o Teresie Tańskiej, przekonałam się, że nie była ona warszawską diwą na miarę Lotte Lehmann. Może dlatego nie wiązała swojej przyszłości z występami na wielkiej scenie operowej, chcąc skupić się na wychowaniu dzieci i opiece nad domem.

Hubert Tański miotał się między Warszawą i Teresinem, przywożąc i odwożąc rozmaitych ludzi, którzy zapewne byli przyszłymi właścicielami ich rodzinnych pamiątek. Nosił w pękatym sakwojażu ogromne ilości papierzysk, które przeglądał, wypełniał, podpisywał, czytał, składał, grupował w pakiety, klnąc przy tym niemiłosiernie.

– Nienawidzę biurokracji! – sarkał. – Jestem artystą, nie cholernym urzędasem i gryzipiórkiem.

– Musimy, Hubercie, przez to przejść. Chyba że… dajmy sobie spokój i zostańmy – uspokajała go małżonka.

– Mowy nie ma… – burczał. – Tam jest inny świat, tam się na mnie poznają.

– A jeśli się nie poznają? Tak jak nie poznali się w Paryżu i Berlinie? – ostrożnie pytała żona.

– To wjadę na ostatnie piętro Empire State Building i skoczę – odgrażał się Tański.

– Co ty wygadujesz? Doprawdy… – oburzała się Tańska.

Dzieci, słuchając tych informacji, przyrzekły sobie nigdy nie odwiedzić najwyższego budynku na świecie i według gazet jednej z największych atrakcji Ameryki.

* * *

Antonina, widząc, że czas płynie nieubłaganie, oddała swoje zwierzęta pod opiekę różnych ludzi, którzy zarzekali się opiekować nimi niczym własnymi dziećmi. Dziewczynka, mimo młodego wieku, świadoma była, że na wsi zwierzęta są traktowane nierzadko jak przedmioty, a w miastach, dla odmiany, darzono sympatią jedynie pieski salonowe i rodowodowe. Kulawego kundla nikt nie wpuściłby do swojego snobistycznego domu, a na wsi pies kończył na łańcuchu. Bogate domostwa trafiły się jedynie egzotycznym papużkom i dwóm kanarkom.

W ostatnim dniu dziewczynki, ubrane w granatowe sukienki z białymi lamówkami, czekały na swoją matkę przed kutą bramą i zniecierpliwione jej przedłużającą się nieobecnością co chwilę zaglądały do pustego już domu. W stojącym nieopodal samochodzie Wiktor czytał książkę, a siedzący za kierownicą Hubert nerwowo wciskał klakson.

Tymczasem Teresa Tańska żegnała się ze swoim domem. Miejscem, którego na początku nie znosiła, a potem stało się synonimem wytchnienia, ciszy i spokoju. Ubrana w ciemnozieloną suknię z białym kołnierzem, lekką wełnianą narzutkę i czarny kapelusik, przechadzała się po pustych, pozbawionych mebli izbach i wodziła wzrokiem dookoła, chcąc zapamiętać każdy szczegół. Dotknęła ściany w kanarkowym kolorze z namalowanymi zielonymi listkami, przytuliła twarz do zimnych kafli pieca i co jakiś czas spoglądała na ogród przez duże okna salonu.

* * *

Piec pozostał do dzisiaj, jako element dekoracyjny, ciesząc oko wyrafinowaną grafiką w kolorze bieli i granatu. Każdy kafel opowiadał jakąś historię z wiejskiego życia na tle idyllicznie wyglądających domków, młynów i ogrodowych altan.

* * *

Teresa przeszła do kuchni, gdzie pozostały jeszcze fajansowe kubki dzieci, małe rondelki do podgrzewania mleka i ciężka patelnia spoczywająca w duchówce. Sprzęty te, choć ładne i pełne wspomnień, miała zagospodarować Jadwinia, kiedy państwo już wyjadą.

* * *

Gdy przybyli do Gdyni, Antonina zobaczyła ogromny nowoczesny liniowiec M/S Piłsudski i tłumy ludzi zmierzające w kierunku trapu.

Hubert Tański, którego do tej chwili opuszczenie kraju zdawało się nie dotykać, z trudem powstrzymywał łzy, a broda drżała mu jak chrapy klaczy niejakiego pana Różyckiego. Tański wiedział, że jeśli zechce tu wrócić, nie będzie już miał nic swojego. Cały dotychczasowy świat i życie w Polsce właśnie odchodziły w niebyt. Kończył się pewien etap jego egzystencji, a nie miał pojęcia, czy ten, który wybrał, będzie lepszy. Nie wiedział również, że rok później wybuchnie tu najstraszliwsza wojna, jaką widział świat.

Wiktor również się popłakał, gdy wsiadał na statek, i miał minorową minę, gdy gdyński brzeg coraz bardziej się oddalał. Kiedy jednak zniknął z jego pola widzenia, odzyskał humor i nawet udało mu się rozweselić siostry. Teresa Tańska też się uspokoiła, ale był to raczej rodzaj smutnej rezygnacji aniżeli cień nadziei na lepsze życie. Według niej to lepsze życie właśnie odchodziło do przeszłości.

Tańscy zajęli kajuty drugiej klasy. Zostawili podręczne bagaże i wyszli na pokład. Stali wszyscy wpatrzeni w oddalający się brzeg i nie odeszli, dopóki całkowicie nie zniknął im z oczu. Podmuchy wiatru i kropiący deszcz sprawiły, że ocknęli się z lekkiego odrętwienia i ruszyli w stronę restauracji. Teresa i Hubert usiedli przy stoliku, zamówili kawę i siedzieli w milczeniu. Rodzeństwo zaś udało się na zwiedzanie tego ogromnego statku, próbując odnaleźć wszystkie atrakcje i tajemnice, jakie w sobie krył, nie omijając pierwszej klasy. Nikt ich nie zatrzymywał, obsługa wciąż walczyła z zamieszaniem, które zwykle miało miejsce na początku każdego rejsu. Zamienione kajuty, zdublowane miejsca czy zaginione bagaże sprawiały, że stewardzi uwijali się jak muchy w ukropie. Było to widoczne właśnie w klasie pierwszej, gdzie pasażerowie prezentowali fanaberie i fochy wprost proporcjonalne do posiadanych majątków.

Gdy dzieci zwiedziły wszystko, co ich zdaniem było godne uwagi, usiadły na kanapie w ogromnym holu i usiłowały zgadywać, co popchnęło przechodzących ludzi do wyjazdu za wielką wodę.

– Ta to na pewno jakaś wielka aktorka – westchnęła Waleria, wskazując elegancko ubraną kobietę w beżowej jedwabnej sukni, obwieszoną biżuterią niczym ściana muzealna obrazami.

– Wygląda bardziej jak luksusowa kurtyzana niż Apolonia Chałupiec – bąknęła Antonina.

– Głupie jesteście obie – zawyrokował Wiktor. – Ona założyła to wszystko na siebie, żeby nikt jej nie okradł, gdyby włamał się do kajuty. Widzicie tego jegomościa w meloniku? – Wskazał brodą niskiego, brzuchatego mężczyznę w lekko wyświechtanym surducie, pamiętającym zapewne poprzedni wiek. – Myślicie, że w tym lekarskim sakwojażu nosi stetoskop i zioła senesu? On tam dolary trzyma… – dodał ściszonym głosem.

Dziewczynki popatrzyły zdziwione, nie kojarząc jeszcze, że większość z tych ludzi wywozi cały swój dobytek, spieniężony niekiedy z wielkim żalem.

– Zawsze myślałam, że ludzie jadą do Ameryki po pieniądze. Po co wszystko zabierają? – zapytała Antonina.

– Nasi rodzice też wszystko sprzedali… Zabierają wszystko, bo nigdy tu nie wrócą – powiedział Wiktor głosem piętnastoletniego autorytetu.

– Ja tu wrócę kiedyś – pisnęła Waleria.

– Ja też – dodała Antonina. – Tu mi się podobało.

– I ja – dodał cicho brat dziewczynek.

Przez chwilę siedzieli wpatrzeni w strumienie ludzi i zastanawiali się, kiedy będą siedzieli na tym statku w drodze powrotnej. Nie wiedzieli, że tylko jedno z nich powróci kiedyś do ojczyzny.

* * *

Wyjęłam z kuferka plik pożółkłych fotografii. Na jednym ze zdjęć stał wysoki, szczupły chłopak z jasnymi włosami i dwie dziewczynki, ubrane niemal identycznie. Były do siebie bardzo podobne, przy czym ta nieco wyższa miała kręcone, obcięte do ramion włosy i uśmiech od ucha do ucha, a druga stała trochę naburmuszona i miała zaplecione warkoczyki. Domyśliłam się, że owym chłopcem był Wiktor, naburmuszoną dziewczynką Waleria, a bujna fryzura należała do autorki pamiętników. Inne zdjęcia przedstawiały dzieci w towarzystwie pięknej młodej kobiety, być może matki, i mężczyzny z podkręconym wąsem i w jasnym garniturze. Rodzina jak wiele innych jej podobnych, uchwycona w nienaturalnych pozach, jakie zwykło się przybierać podczas uwieczniania na kliszy.

2. Nowy Jork, 1938–1946

Nowy Jork przywitał Tańskich purpurową poświatą nadchodzącego zmierzchu, orgią barw milionów świateł nowoczesnych budynków i hałasem tysięcy automobili poruszających się z gracją po szerokich arteriach.

– Czy wuj Krzysztof będzie na nas czekał? – zapytał Wiktor, gdy zbliżali się do trapu.

Hubert Tański znacząco spojrzał na swoją żonę. Ta jednak odwróciła wzrok, jakby uwijający się z kuframi liczni tragarze stanowili w tej chwili najbardziej frapujący widok.

– Nie… – mruknął od niechcenia Tański. – Nie mógł teraz przyjechać. Spotkamy się z nim kiedy indziej. Powita nas mój serdeczny przyjaciel, Aleksander Kondera-Wolski.

Dzieci pierwszy raz usłyszały o tym człowieku, który podobno był bliższy ich ojcu niż rodzony brat. Nie wiedziały wówczas, że relacje między Krzysztofem a Hubertem były dużo bardziej skomplikowane, a korzenie nieporozumień sięgały dawnych lat, kiedy obaj byli jeszcze młodymi kawalerami.

– Ile tutaj ludzi – wyjąkała ze zgrozą Waleria, wsuwając swoją drobną rączkę w dłoń matki.

Cała piątka zaczęła przeciskać się wzdłuż nadbrzeża, między tłumem ludzi wykrzykujących w różnych językach, stertami walizek i metalowych wózków wyładowanych kuframi, które ze zgrzytem przesuwały się po betonowej nawierzchni.

– Boże, Hubert, jak on wygląda, gdzie on jest, jak my go znajdziemy? – przekrzykiwała gwar Teresa, panikując, z minuty na minutę coraz bardziej.

– Już go widzę – wysapał Hubert i zaczął machać do mężczyzny w białym garniturze i kapeluszu w takim samym kolorze.

Mężczyzna w jednej ręce trzymał długie cygaro, w drugiej zaś dzierżył parasol na drewnianym trzonku.

– Hubert, Teresa! – wykrzyknął jowialnie mężczyzna, z akcentem, który dobitnie świadczył o długim pobycie zagranicą. – Bagaże są już zapakowane, jedziemy do waszego nowego domu.

Kilkaset metrów dalej wsiedli do ogromnego cadillaca fleetwood z 1936 roku, również białego, wyściełanego skórą i z zasłonkami w oknach. Białymi. Odnosiło się wrażenie, że Alex, jak kazał się tytułować rzekomy przyjaciel ojca Antosi, nie uznawał w swoim życiu innego koloru. Swoją drogą, utrzymanie ciągłej bieli w takim mieście jak Nowy Jork musiało być nie lada wyzwaniem.

Alex po ulokowaniu rodziny Tańskich w ich nowym mieszkaniu i przekazaniu kilkunastu praktycznych wskazówek na temat życia w Ameryce ulotnił się w swojej bieli, niczym świetlisty anioł, by już nigdy więcej nie pojawić się w ich życiu.

* * *

Zamieszkali na 61 Ulicy, umiejscowionej pomiędzy Pierwszą a Trzecią Aleją, w pięciopiętrowej kamienicy. Na dole mieściła się maleńka księgarnia, prowadzona przez brodacza w jarmułce i chałacie, wyglądającego, jakby mu się czas zatrzymał w wiekach średnich. Zajęli trzy obszerne pokoje, które jednak, nawet w porównaniu z ich warszawskim mieszkaniem, wydawały się ciasne i przytłaczające. Tańscy, którzy zamieszkali z dala od rodaków, postanowili żyć nieco skromniej, na wypadek gdyby snobistyczna socjeta nowojorska nie zachwyciła się nadmiernie obrazami Tańskiego. Hubert jednak był przekonany, że jakąś karierę zrobi i amerykańskie życie przestanie wydawać się takie drogie. Teresa Tańska nie miała pojęcia, że wynajmowanie mieszkania na Manhattanie, nawet małego, przez bezrobotnego malarza było co najmniej rozrzutnością.

Służbę, którą dotychczas tak chętnie wyręczali się Tańscy, stanowiła otyła Murzynka, Mercy, w wieku, którego nawet biegły wróżbita nie mógłby odgadnąć, i z którą porozumiewano się za pośrednictwem pisma obrazkowego. Dzieci zaś zaczęły uczęszczać do normalnych szkół i nie były to wcale te, które uchodziły za najbardziej prestiżowe.

Każdej niedzieli, na kategoryczne żądanie Teresy Tańskiej, rodzina jeździła na Brooklyn, do kościoła przy Parafii św. Joanny de Chantal w Borough Park, gdzie po mszy dzieci udawały się do jasnego, dużego pomieszczenia w jednej z kamienic z czerwonej cegły na coś w rodzaju szkółki niedzielnej. Dorośli zbierali się w zaimprowizowanej kawiarence znajdującej się w sąsiednim budynku. Te niedzielne wypady były jednymi z najlepszych chwil dla Teresy Tańskiej, o czym wspominała mała Antonina. Dzieci również lubiły te dni, kiedy po spotkaniach z rodakami udawali się całą rodziną na kilkugodzinne spacery, poznając rozmach budowniczych Nowego Jorku. Zgodnie pałając niechęcią do Empire State Building, chętnie wyruszali ku Rockefeller Center, by podziwiać RCA Building, równie wysoki i imponujący. Spacerowali też po Central Parku i Szóstej Alei, by kończyć wędrówkę w ogromnej lodziarni, gdzie w niedzielne popołudnia i wieczory panował zgiełk niczym na Grand Central Station.

* * *

Wieści o nadciągającej wojnie w Europie docierały do Tańskich z różnych stron. Również na kawiarnianych spotkaniach, na Brooklynie, mówiło się o tym ze zgrozą i pewną nutką sensacji charakteryzującą sprawy ważkie, aczkolwiek zbyt odległe i abstrakcyjne, aby budzić rzeczywisty lęk. Nawet gdy Ameryka miała przystąpić do wojny i powoli przygotowywała rodaków na ten fakt, miało to raczej wymiar profilaktyki aniżeli oswajania z realnym zagrożeniem. Wojna kojarzyła się z polami bitewnymi, frontem, nikt nie wierzył do końca, że może dotykać osób postronnych. Niemniej jednak w szkole uczono posługiwać się maskami przeciwgazowymi, symulowano ataki bombowe, a w gazetach zamieszczano porady i spis artykułów spożywczych, które należało zgromadzić na wypadek, gdyby owa straszliwa wojna dotarła do Stanów Zjednoczonych.

O tym, że Hitler napadł na Polskę, Tańscy dowiedzieli się z ogromnego radia w słomkowym kolorze, umieszczonego w centralnym punkcie pokoju rodziców, będącego również salonem. Zbierali się wokół niego wieczorami, by posłuchać wiadomości i audycji, z których początkowo niewiele rozumieli, a nade wszystko muzyki, którą uwielbiali.

Tańscy, zdruzgotani wiadomościami o wojnie w ich starym kraju, pisali rozpaczliwe listy do rodziny i wysyłali paczki, ale pozostawały one bez odpowiedzi. Czasami przedzierały się przez ocean jakieś plotki i nie do końca sprawdzone informacje, wprowadzając jeszcze większy zamęt w ich głowach.

– Widzisz, Tesia, jak dobrze zrobiłem, że uciekłem stamtąd. Już nigdy więcej nie będziesz mi tego wypominać – mówił Tański, wymachując wskazującym palcem, niczym proboszcz na ambonie upominający swoich parafian, aby zawrócili z drogi bezbożności.

Było to niesprawiedliwe, bo z pamiętników Antoniny wynikało, że jej matka nigdy się nie skarżyła i z nadludzką wręcz gorliwością starała się przywyknąć do nowego życia. Na początku ich pobytu gotowała niejadalne potrawy, które kończyły swój żywot na dnie śmietnika, a rodzina dostawała porcje pieczonego kurczaka, którego przynosił od Westley’a Wiktor. Z czasem jednak stała się świetną kucharką. Poprawiała pracę po Mercy, aby dom lśnił czystością, cerowała ubrania i dziergała dla dziewczynek fantazyjne sweterki. Tylko czasem, gdy zdawało się jej, że nikogo nie ma w pobliżu, śpiewała arie z oper, w których niegdyś występowała, i wyjmowała z dna szafy stare afisze ze swoim nazwiskiem. Dotykała ich delikatnie długimi palcami, by przywołać wspomnienia tamtych chwil, kiedy kurtyna szła w górę, a ona w długich i szykownych sukniach zdzierała swoje struny głosowe tylko po to, by po występie usłyszeć burzę oklasków.

Wiktor, gdy nie był szkole, najczęściej siadał na schodkach przeciwpożarowych i patrząc na uliczny zgiełk, snuł marzenia o fortunie i wielkich przygodach, które w jego przypadku nigdy nie miały się ziścić. Przez pierwsze dwa lata pobytu w Nowym Jorku czuł się samotny i wyobcowany. Angielski, którego uczył się w Polsce, okazał się niewystarczający i Wiktor miał trudności w porozumiewaniu się z kolegami. Nie rozumiał ich dowcipów, nie potrafił plastycznie i ciekawie opowiadać, i miał poczucie, że nie jest przez to lubiany. Dobrze się czuł jedynie w niedziele, gdy Tańscy odwiedzali rodaków. Mógł wówczas przebywać wśród młodych Polaków, którzy podobnie jak Wiktor mieli problemy z aklimatyzacją w nowym społeczeństwie. Gdy jednak jego język się udoskonalił, a do miasta przybywały coraz to większe rzesze emigrantów, Wiktor przestał się czuć jak „ten nowy” i zjednał sobie kolegów. Wstąpił również do drużyny baseballowej, która kompletnie pozbawiła go kompleksów.

W owym czasie dziewczynki trzymały się razem. Waleria, przerażona nowym miejscem, trzymała się kurczowo starszej siostry i płakała niemal bez przerwy. A gdy ta odprowadzała ją do klasy i pozostawiała bez swojej opieki, Waleria dostawała niemal histerii. Z czasem jednak i ona przywykła do nowego środowiska, znalazła koleżanki podobne do siebie, a swojej siostrze zwróciła wolność, co ta przyjęła z nieopisaną ulgą.

Stopniowo zapisków na temat Walerii było coraz mniej, a drogi sióstr powoli się rozchodziły. Zainteresowania Walerii kręciły się jeszcze wokół lalek, wesołego miasteczka i pluszowych misiów. Antonina natomiast wchodziła w wiek dojrzewania, bujnej fantazji i snucia marzeń przyszłości.

Dużo natomiast było o przyjaciółce, Noemi, i suce o nieokreślonej rasie, Fridzie. Ta ostatnia była prezentem urodzinowym od rodziców i powinna wyrosnąć na czystej krwi owczarka niemieckiego. Najwyraźniej jednak jej matka, czempionka, zapatrzyła się na jakiegoś przystojnego mieszańca i Frida, mimo całego swojego uroku, jedynie z wielkości przypominała ową rasę. Antonina, która nie przywiązywała żadnej wagi do czystości krwi, pokochała psinę z całego serca i dopiero dramatyczny splot okoliczności je rozdzielił. Stało się to jednak wiele lat później.

Noemi Rosenthal była córką żydowskich cukierników z 67 Ulicy i mogła o sobie mówić, że jest rodowitą Amerykanką. Dziewczynka miała ogromne ciemne oczy, zadarty nos i cieniutkie warkoczyki, które w późniejszym czasie usiłowała zmienić na nieco bardziej twarzową fryzurę. Antonina uwielbiała odwiedzać cukiernię Rosenthalów, gdzie pachniało świeżo zmieloną kawą i lukrem. Matka Noemi częstowała ją śliwkową struclą albo maślanymi ciasteczkami. Czasami mogła też skosztować pysznych ciężkich kremów, którymi dekorowano okazjonalne torty. Noemi, od najmłodszych lat pomagająca rodzicom w biznesie, nie mogła już patrzyć na rodzinne wypieki ani też ich smakować i zadowalała się jedynie wyjadaniem kandyzowanych owoców. Pamiętała jednak o swojej kochanej przyjaciółce, Antosi, i często przynosiła jej w zatłuszczonej torebce jakieś smakołyki.

Ich przyjaźń zaczęła się dość niezwykle, a mianowicie od bójki. Wcześniej Noemi nie zwracała uwagi na Tosię, chociaż ta patrzyła na nią z podziwem. Jeśli na lekcjach działo się coś ciekawego, zawsze uczestniczyła w tym Noemi. Była prowodyrem dowcipów i łamania dyscypliny. I mimo że obrywała za to po głowie, wciąż płatała figle i nic sobie nie robiła z rygorów szkolnych.

Pewnego dnia, gdy Noemi przeskoczyła przez wysoki parkan szkoły, by u ulicznego handlarza kupić sobie precelki, Tosia postanowiła obłaskawić ją komplementem. Niestety, zamiast powiedzieć do koleżanki, że była „bold”, czyli odważna i śmiała, użyła słowa „bald”, co oznaczało „łysa”. Noemi, od dzieciństwa posiadająca kompleks rzadkich włosów, rzuciła się z pięściami na nieświadomą niczego Tosię. Zanim wyjaśniły nieporozumienie, Antonina miała rozbity nos i podarty mundurek.

– Naucz się, moronie, angielskiego – warknęła Noemi, gdy szły do gabinetu dyrektora.

– Rozbiłaś mi nos i jeszcze to moja wina, chuliganko? – odcięła się Tosia, wycierając zakrwawioną twarz.

Gdy dziewczęta pojawiły się w gabinecie, stary Middleton zapytał surowo:

– Czy to prawda, że zostałaś zaatakowana przez Noemi Rosenthal? Panna Rogers, co prawda, nie widziała zajścia, ale to nie byłby pierwszy wybryk tej uczennicy.

Antonina popatrzyła na Noemi. Wiedziała, że ta jest częstym gościem w gabinecie surowego dyrektora. Zdawała sobie również sprawę, że pobicie koleżanki mogło się zakończyć dla niej w najlepszym przypadku wezwaniem rodziców i naganą, w najgorszym relegowano by ją ze szkoły.

– Nieprawda – powiedziała zupełnie spokojnie Antosia. – Przewróciłam się na schodach, a Noemi pomogła mi wstać.

Middleton nie był przekonany o prawdziwości słów Antosi, ponieważ o swojej drugiej uczennicy nigdy nie słyszał, żeby komukolwiek pomogła. Wręcz przeciwnie, liczba jej przewinień była imponująca.

– W porządku. Wobec tego obie zostaniecie ukarane. Noemi za bójkę, ty za kłamstwo. Zostaniecie po lekcjach i posprzątacie stołówkę szkolną. A może jednak powiesz prawdę, Tanska? – zapytał dyrektor, niczym prokurator na rozprawie.

– Było tak, jak powiedziałam – odrzekła na to Tosia, chociaż perspektywa spędzenia kilku godzin na stołówce nie wydała się jej zbyt przyjemna.

Gdy opuściły gabinet Middletona, pierwsza odezwała się Noemi:

– Przepraszam i dziękuję. Rodzice znowu kazaliby mi pracować popołudniami w cukierni – bąknęła ze spuszczoną głową i wyciągnęła dłoń w kierunku Tosi.

– Nie ma sprawy, zapomnijmy o tym – odpowiedziała Antonina i również podała rękę koleżance.

Od tej pamiętnej bijatyki Noemi Rosenthal i Antonina Tańska były nierozłączne. Obie uwielbiały przygody, co sprawiło, że nigdy się ze sobą nie nudziły. Miało to również przykre konsekwencje, bo od tej pory obie były częstymi gośćmi dyrektora Middletona, którego inwencja twórcza w wymyślaniu kar dla krnąbrnych uczniów była nieograniczona.

* * *

Gdy Antonina była starsza, tak oto opisywała Nowy Jork:

Dziwny jest świat, na który patrzę przez nowojorskie brudne okna. Niezbadany, czasami kolorowy, a niekiedy upiornie szary. Jest jak cała cywilizowana kula ziemska ściśnięta na spłachetku ziemi. Włoskie jedzenie, chińskie lampiony, żydowskie jarmułki i słowiańskie dusze znikające w tłumie. Anonimowość. Nigdy nie myślałam, że pośród takiego potoku ludzi, jaki codziennie wylewa się na ulice tego miasta, można czuć tak ogromną samotność. Ludzie na ciebie nie patrzą, sąsiedzi zaledwie kiwają głowami na powitanie, by czym prędzej zniknąć za drzwiami małych mieszkanek, albo przeciwnie, rzucają się w wir bezimiennego i obojętnego tłumu. Wszystkie dźwięki miasta zlewają się w przeraźliwą kakofonię, w której znikają ludzkie głosy. W Warszawie było spokojniej. Były miejsca tłumne, wesołe i głośne, ale zaraz za rogiem czekała cicha uliczka, spokojny miejski skwer z fontanną albo podwórko z bawiącymi się dziećmi. Tutaj bawiliśmy się na ulicy albo w czterech ścianach. Wszędzie blisko i jednocześnie tak daleko. Kwartał, w którym się mieszka, chodzi do sklepów, i kilka ulubionych miejsc to wszystko, co oglądają zwykli mieszkańcy, chociaż Nowy Jork daje dużo więcej możliwości. To trochę tak jak z moją sukienką, którą kupiła mi mama na zakończenie szkoły. Włożyłam ją zaledwie kilka razy, chociaż była taka śliczna. A potem nawet nie spostrzegłam, kiedy z niej wyrosłam, przestała być modna i straciła swój urok. Ale wtedy myślałam, że będę miała przecież mnóstwo okazji, żeby ją nosić.

Z okolicznymi dzieciakami też nie było miło i fajnie. Nie rozumieliśmy ich albo one nas. W chwilach, gdy czuję się samotna i zagubiona, lubię wracać myślami do Teresina. Nie sposób było przejść tam drogą, spotkać człowieka i nie zamienić ani słowa. Nieważne, że byłam ładnie ubrana, a Kryśka od Wanclów brzydko. Umiała za to łowić ryby na wędkę zrobioną z witki leszczyny i wchodzić na najwyższe drzewo we wsi.

Nasza kucharka, Jadwinia, zawsze się do nas uśmiechała, była czuła niczym matka i opowiadała niestworzone historie o duchach, ruszających się meblach i trupach wychodzących z grobów. Baliśmy się po tych opowieściach tak bardzo, że we trójkę spaliśmy w jednym pokoju. Ja z Walerią w łóżku, a Wiktor na podłodze. Do tej pory nie wiem, które historie były prawdziwe, a które jedynie wytworem wyobraźni kucharki. Teraz mamy Mercy. Wcale się nie odzywa. Na początku sądziliśmy, że powodem jest bariera językowa, ale rychło okazało się, że Mercy nie rozmawia z nami, bo nie ma ochoty. O cmentarnych opowieściach nawet nie ma co marzyć. W ogóle to przyznam się, że na początku bałam się Mercy. W Nowym Jorku pierwszy raz w życiu zobaczyłam czarnoskórego człowieka. Niebawem okazało się, że nasza nowa pomoc domowa również ma taki kolor skóry. Jest czarna jak smoła, ma ogromne oczy z błękitnymi białkami i duże dłonie, jaśniejsze po wewnętrznej stronie. Waleria wysnuła wniosek, będąc jeszcze dzieckiem, że dłonie Mercy zbielały od prac domowych. I gdyby tak chciała być cała jak jej dłonie, może wyszorować się płynem do naczyń albo pastą do podłogi. Z oczywistych względów nie zaproponowałyśmy jej tego.

Dobrze, że są na świecie takie osoby jak Noemi Rosenthal. Jak ona potrafi mnie rozśmieszać… I pomyśleć, że gdyby nie przypadek z moim lapsusem, nigdy nie byłybyśmy koleżankami. Noemi z nikim się nie przyjaźniła, a na mnie nawet nie spoglądała. A ja ją podziwiałam za ciągłe dowcipy, nieprzestrzeganie regulaminów i złe stopnie. Imponowała mi jej odwaga i podejście do życia. Teraz, gdy znam ją lepiej, wiem, że to niejedyne jej dobre cechy. Kiedy trzeba, wysłucha i doradzi albo pocieszy jabłkową struclą. Gdyby nie ona, Nowy Jork byłby dla mnie miejscem okropnym i nudnym. Dzięki niej przekonałam się, że posiada wiele zalet, cudownych miejsc, i jest tak ogromny, że chyba nie wystarczy nam życia, żeby go dobrze poznać.

* * *

Hubert Tański, nazywany przez swoją żonę w chwilach złości, pacykarzem dla epileptyków, snuł się całymi dniami po Manhattanie, usiłując nawiązać stosowne znajomości i próbując prezentować swoje prace we wszystkich możliwych galeriach. Czasem jakaś awangardowa galeryjka wystawiała jego obrazy, niekiedy nawet znajdował się na nie nabywca, ale cena, jaką płacił, była według Huberta „haniebna”. Zdarzało się także, że dzięki koneksjom wśród wpływowej polskiej emigracji gościł na snobistycznych imprezach amerykańskiej socjety, ale jego uczestnictwo, jak również jego malarstwo pozostawały bez echa.

Teresa Tańska pokochała Nowy Jork tak, jak każdy człowiek wielbiący miejski zgiełk. Był dla niej, niczym Mekka dla muzułmanów, świętym, cudownym miejscem. I ani trudności dnia codziennego, ani też rezygnacja z wielkiej sceny nie mogły zepsuć jego uroku. Wdychała spaliny tłoczących się samochodów, niczym woń kadzidła, lubiła słuchać stukotu pociągów podmiejskich i śpiewnych klaksonów aut. Gdy miasto budziło się o poranku tysiącem dźwięków, przypominając o swoim istnieniu, uśmiechała się do siebie. Robiła to także wieczorami, gdy spacerując po Piątej Alei, wpatrywała się zachwycona w tysiące migających świateł i bogato przystrojone wystawy sklepów, do których nie miała po co wchodzić z zasobem swojego portfela. Niekiedy siadała z dziewczynkami na ławce, nieopodal Waldorf-Astorii przy 301 Park Avenue, by obserwować skrawki wielkiego świata. Były to wchodzące do hotelu damy, owinięte lisimi etolami, w wyszukanych kapeluszach na głowach, niczym bywalczynie wyścigów w Ascot. I mężczyźni, eleganccy i przystojni, którzy wysiadali z wyszorowanych limuzyn z chromowanymi dodatkami, odbijającymi migoczące światła ulicy. Czasami zabierała dziewczynki do kina, gdzie sławni aktorzy w biało-czarnych barwach, będący postaciami wręcz mistycznymi, przeżywali kłopoty miłosne i rozmaite intrygi lub od czasu do czasu ginęli od kul małych, zgrabnych pistolecików. Życie sławnych aktorów frapowało wszystkich, począwszy od arystokratycznych dam, a na pomocach domowych kończąc.

Dlatego to, co zrobiła Teresa Tańska pewnego wieczoru 1945 roku, pisząc list do Krzysztofa Tańskiego, świadczyło o ogromnej desperacji tej kobiety, która postanowiła opuścić Nowy Jork i nigdy do niego nie powrócić.

* * *

W dniu, w którym dwie osiemnastoletnie panny, Noemi Rosenthal i Antonina Tańska, postanowiły odwiedzić wróżkę Santorinę, Noemi zaopatrzona była w torebkę z ciastkami, na wypadek gdyby proroctwa okazały się niepomyślne dla jej przyjaciółki. Antonina zaś wzięła butelkę czerwonego wina, na podobną okoliczność.

– Już ten dom przyprawia mnie o dreszcze – szepnęła Noemi, gdy stanęły przed ponurą kamienicą przy East Side.

– Masz rację, architekt tego przybytku musiał mieć wyjątkowo parszywe życie – westchnęła Antosia, pchając ciężkie dębowe drzwi wejściowe.

– Boisz się? – zapytała Noemi, łapiąc za łokieć przyjaciółkę.

– E, tam, czego mam się bać? I tak nie bardzo wierzę w takie rzeczy. U nas, na wsi, gdzie mieszkaliśmy, była taka jedna… Ludziska łazili do niej ciągle, chociaż dobrze przepowiadała jedynie pogodę i to tylko dlatego, że cierpiała na reumatyzm i łupało ją w kościach przed deszczem.

– A znajomej mojej znajomej to się wszystko sprawdziło – powiedziała poważnie Noemi.

– No dobra, chodźmy już – mruknęła Antonina, nie do końca przekonana do wizyty u Santoriny.

W końcu stanęły przed dwuskrzydłowymi drzwiami w kolorze kawy z mlekiem i zapukały delikatnie, nie mogąc nigdzie odnaleźć dzwonka lub kołatki. Otworzył im śniady mężczyzna w kolorowych, zwiewnych szatach, przywodzących na myśl bajkę o Aladynie. Szerokim gestem zaprosił je do holu, gdzie panował półmrok i czuć było woń kadzidełek z drzewa sandałowego. Wskazał ciemną i ciężką jak w teatrze kotarę, po czym dyskretnie zniknął w głębi korytarza. Gdy weszły do kolejnego pomieszczenia, kobieta, do której przyszły, stała odwrócona w stronę okna. Ujrzały jedynie długie ciemne włosy sięgające pasa, na których luźno zwisała tiulowa chustka, podobna do tych, które zakładała matka Noemi podczas szabasowych kolacji. W pokoju Santoriny było jaśniej niż w korytarzu, który do niego prowadził. Paliły się dwie duże świece, a z okna docierało światło nowojorskiego popołudnia.

– Jesteście pewne, że chcecie poznać swoją przyszłość? – zapytała kobieta dźwięcznym głosem, wciąż stojąc tyłem do dziewcząt.

Przyjaciółki popatrzyły na siebie, nieco zdziwione i jednocześnie przerażone, zarówno atmosferą mieszkania, jak i zaskakującym pytaniem wróżki. Po chwili chórem odpowiedziały:

– Tak, chcemy.

– Która pierwsza? – ponownie zapytała kobieta i odwróciła się w ich stronę.

Dziewczęta patrzyły na nią szczerze zdziwione, ponieważ wygląd kobiety bardzo różnił się od ich wyobrażeń. Noemi sądziła, że wróżka będzie pomarszczoną, starą kobietą o dobrotliwym wyrazie twarzy i czułym uśmiechu, takim, jaki miała jej nieżyjąca już babka Ruth. Antonina natomiast miała przed oczami raczej wiedźmę z haczykowatym nosem i małymi rozbieganymi oczkami, nieco przypominającą panią Annę Będkowską. Tymczasem Santorina była kobietą w nieokreślonym wieku, o urodzie gwiazdy filmowej, tylko bez takiej ilości makijażu. Mrużyła lekko ciemne, migdałowe oczy i uśmiechała się, ukazując rząd białych jak śnieg zębów.

– Nie mamy przed sobą tajemnic – wyjąkała Noemi, wciąż wlepiając wzrok w piękną wróżkę.

Antonina kiwnęła głową i obie usadowiły się na twardych drewnianych krzesłach. Santorina zasiadła w głębokim fotelu po przeciwnej stronie stołu, jak dyrektor banku przed swoimi księgowymi, i drobnymi dłońmi wyciągnęła z cedrowego pudełka talię kart. Po kilku chwilach jednak odłożyła karty z powrotem do pudełka i ujęła dłoń Noemi. Popatrzyła przez chwilę, po czym ten sam gest uczyniła w kierunku Antosi.

– Ty… – Wskazała na Noemi. – …będziesz szczęśliwą do śmierci. Ale ona przyjdzie szybko… A ty… – zwróciła się do Antoniny – będziesz długo żyła… chociaż będziesz tak nieszczęśliwa, że wolałabyś nie żyć. – Santorina zrobiła krótką pauzę, po czym dodała bezceremonialnie: – Pięć dolarów.

– Chryste Panie – wyszeptała Antonina.

– Gdybym była chrześcijanką, to bym się przeżegnała – dodała równie cicho Noemi. – Chodźmy stąd, ja już nic nie chcę wiedzieć.

– Ja chyba też nie – wydukała Antonina.

Wygrzebała z małej torebki pieniądze i położywszy je na stole, szybko ruszyła w stronę ciemnej kotary. Tuż za nią podążyła przerażona wizją rychłej śmierci Noemi.

Aż do pobliskiego skweru, gdzie dziewczyny usiadły na kamiennej ławce, nie odezwały się ani słowem. Obie dusiły w sobie strach po tym, co usłyszały.

– Głupoty to jakieś, ja tam nie wierzę – prychnęła Antonina, zanurzając dłoń w torebce z ciastkami.

– Ty to chociaż pożyjesz – smutno westchnęła Noemi, pociągając łyk wina z butelki owiniętej starą gazetą.

– Słyszałaś przecież, że będę tak nieszczęśliwa, że wolałabym nie żyć – pocieszająco powiedziała Antonina.

– E tam, to doprawdy jakieś głupoty. Odkąd cię znam, mam wrażenie, że jesteś dzieckiem szczęścia… Zresztą szczęście zależy od nas samych. – Dla odmiany Noemi usiłowała bagatelizować sprawę. – Wracajmy do domu, dzisiaj nasi bracia robią pożegnalną zabawę. Za dwa dni lecą do Europy na wojnę. I to o nich powinnyśmy się martwić, a nie przejmować się jakąś wiedźmą naciągaczką.

Perspektywa rozstania z braćmi, w dodatku idącymi na wojnę, odsunęła myśli dziewcząt o ponurej przepowiedni Santoriny. Nie wiedziały wówczas, że pewnego dnia sobie o niej przypomną.

* * *

Cukiernia Rosenthalów na jeden wieczór zamieniła się w dom tańca. Stoliki stłoczono pod ścianami, z gramofonu leciał ragtime i najnowsze szlagiery, a z oświetlenia pozostawiono włączone jedynie kinkiety. Oprócz rodziny na imprezie zjawili się koledzy Wiktora i brata Noemi – Ismaela, którzy oczekiwali na swój przydział lub za kilka dni opuszczali Amerykę, by walczyć z Hitlerem. Niewątpliwie najprzystojniejszym z nich był Dawid Waterman, ciemnooki i wysoki przyjaciel Ismaela.

– Piękny mężczyzna z tego Dawida – szepnęła Antonina do przyjaciółki.

– Niewątpliwie – odpowiedziała jej Noemi. – To uśmiechaj się czarująco i wypnij pierś do przodu.

– A tobie się nie podoba? – zapytała Antonina, nie chcąc zranić przyjaciółki uwodzeniem amanta.

– Podoba mi się, ale gdybym się w nim zakochała, miałabym wrażenie, że kocham się we własnym bracie. – Noemi parsknęła śmiechem. – Znamy się od dziecka.

Mimo niezbyt miłej okazji, z jakiej zorganizowano przyjęcie, atmosfera była dość frywolna. Jak to powiedział Ismael, nie wiadomo, kiedy następnym razem zobaczy roześmiane twarze. Może nigdy…

Przystojny Dawid przyglądał się z zaciekawieniem towarzyszce Noemi. Widział ją wcześniej kilka razy i wydawała mu się wtedy dzieckiem, tak jak siostra jego przyjaciela. Teraz dostrzegł młodą, piękną kobietę wpatrzoną w niego z zachwytem. Nie nosiła już warkocza ani podkolanówek. Miała krótko ostrzyżone włosy według najnowszej mody i nosiła hit lat czterdziestych – przezroczyste nylonowe pończochy. Patrzył na jej szczupłe kostki i smukłe łydki, by potem przenieść swój wzrok na ledwie wypukłe piersi, które desperacko próbowała prezentować, wypinając się nienaturalnie.

Gdy spostrzegła, że Dawid bacznie się jej przygląda, spuściła wzrok i przestała się uśmiechać. I wtedy zabrzmiał głos Sinatry, bożyszcza nowojorskich dziewcząt. All or Nothing at All i Antonina wpadła wprost w ramiona Dawida. Był doskonałym tancerzem. Gdy utwór dobiegał końca, Antonina mogła śmiało powiedzieć, że była zakochana. Dawid oszalał. Być może perspektywa wyjazdu, może lęk przed wojną i śmiercią sprawiły, że pod koniec przyjęcia był gotów obiecać Antoninie wszystko, dać wszystko, a nawet oświadczyć się, gdyby tylko miał w swoim posiadaniu pierścionek.

Wieczorem, gdy impreza dobiegła końca, odprowadził Antoninę do domu, ucałował z namaszczeniem jej dłonie i poprosił, żeby odprowadziła go na pokład okrętu, którym Dawid, żołnierz Big Red One, miał dotrzeć do Normandii. Uczyniła to, ale smutek z powodu rozstania był silniejszy niż radość z oczarowania mężczyzny, i to w dodatku takiego jak Dawid.

Ta pierwsza, szczenięca miłość Antoniny minęła z chwilą, gdy okręt zniknął za horyzontem, mimo że pisywali do siebie żarliwe listy. Niektóre z nich w pożółkłych kopertach i z dziwnymi pieczęciami, wciąż leżały w kuferku i świadczyły o ogromnym i nieco wyimaginowanym uczuciu Dawida. Ta wyidealizowana miłość do kobiety, której prawie nie znał, widział zaledwie kilkanaście razy, a dostrzegł dopiero dwa dni przed opuszczeniem Nowego Jorku, przetrwała wiele lat i zaskakiwała swoją świeżością, mimo że dla Antoniny była jedynie epizodem. Nie potrafiła zrozumieć późniejszych wypadków, jakie stały się jej udziałem, ale w tym momencie dzięki Dawidowi poczuła się pełnowartościową kobietą. Taką, za jaką szaleją mężczyźni.

Najsłodsza Toniu – pisał Dawid – dzisiaj zginął mój przyjaciel, Edward Cook. Dopiero teraz zacząłem się bać. Śmierć tutaj jest normalnością, widziałem swoich kompanów zbroczonych krwią, z wnętrznościami na wierzchu, bez nóg. Patrzyłem na ich ciała ze smutkiem, ale bez lęku. Jakby to nie dotyczyło mnie. Ale teraz, gdy odszedł Edward, wiem, że ta zmora czai się w pobliżu. Że jeśli tylko przestanę o niej myśleć, to mnie dopadnie. Nie mogę jednak się bać, jestem żołnierzem. Dlatego postanowiłem znowu pomyśleć o czymś, o czym myślę w każdej wolnej chwili. O nas, naszym małżeństwie, domu, dzieciach. Chciałbym mieć i syna, i córkę. Syna wychowam na odważnego człowieka, córka będzie podobna do Ciebie. Będzie piękną damą, którą potem, gdy dorośnie, wydam za najporządniejszego człowieka w Ameryce. Myślę o naszym małym domku porośniętym bluszczem i o Twym uśmiechu podczas wspólnego śniadania. Potem ja będę wychodził do pracy i myślał cały czas o tym, że na mnie czekasz. A gdy wrócę i zjemy obiad, będziemy bawili się z naszymi dziećmi. Wieczorami zaś będę Cię tulił do siebie i myślał o tym, jakim jestem szczęśliwym człowiekiem, bo mam Ciebie.

Słodka Toniu, Twoje listy są dla mnie jasnym słońcem w tym piekle, ale są takie krótkie i tak rzadko przychodzą. Rozumiem, jest wojna i pewnie nie docierają do mnie wszystkie, ale pisz mi o każdej minucie swojego życia.

Kocham Cię.

Dawid

Większość listów Dawida była w podobnym tonie, jakby rzeczywiście łączyła ich wielka miłość i długotrwała znajomość. Trudno powiedzieć, o czym pisała Antonina, ale najwyraźniej to, co opisywała w swoich dziennikach, nie było przeznaczone dla jego oczu. Wyrażała w nim swoje wątpliwości, co do łączącego ich uczucia i niekiedy pisała, że listy Dawida są oderwane od rzeczywistości.

Dzisiaj przyszedł kolejny list od Dawida. Piękny i czuły, a ja niemal zapomniałam, jak on wygląda. Mam jedną sfatygowaną fotografię, na którą patrzę, ilekroć odpisuję na jego listy. Ma na niej piękną twarz i wyraziste oczy, ale nie pamiętam, jak się uśmiecha, jaki ma głos i jak wyglądają jego dłonie. Nic o nim nie wiem, ponad to, co opowiada o nim Noemi, a i to bardzo niewiele. On tymczasem już wydał naszą córkę za mąż, a syna wysłał na studia prawnicze. Przeraża mnie, że widzi we mnie ideał, a mnie do ideału daleko. Nawet nie wiem, kim chciałabym być w przyszłości i jak miałoby wyglądać moje życie. Dobrze śpię, nie ma we mnie tęsknoty i bólu rozstania, nie boję się tego, że jest na wojnie, ale tego, że z niej wróci i wszystko pęknie jak bańka mydlana, bo nie będę mogła sprostać temu wizerunkowi mojej osoby, który sobie stworzył.

Odpisywała jednak, a w listach starała się robić z siebie istotę ludzką, a nie anioła, jakiego w niej widział Dawid. Nie potrafiła być jednak uczciwa i szczera do końca, bowiem żal jej było człowieka, dla którego w piekle wojny była jedyną radością. Rodzice i siostra byli przekonani, że Antonina jest równie mocno zakochana, co Dawid i przychodzące z frontu listy traktowali z uśmiechem pełnym zrozumienia i radości, że chłopak jest wciąż żywy. Jedynie Noemi wiedziała o wątpliwościach przyjaciółki. Jej brat zaś, znający ją doskonale, był daleko, w gorejącej wojną Europie, i nie mógł widzieć ani wyrazu jej twarzy, ani zagubionego spojrzenia, gdy padały pytania o ślub po powrocie Dawida. Gdyby w takich chwilach popatrzył na nią, wiedziałby, że dla jego siostry ta kwestia nie była tak oczywista, jak dla wszystkich pozostałych.

– Noemi… – powiedziała pewnego dnia zatrwożona Antonina – ja nawet nie wiem, czy lubię Dawida. Przeraża mnie. On po prostu postanowił, że będziemy się kochali i zostaniemy małżeństwem. Nawet mnie nie zapytał, czy moje krótkotrwałe zauroczenie przemieniło się w prawdziwie głębokie uczucie. Może byłam zbyt miła i czuła dla niego, ale mam dopiero osiemnaście lat i nie potrafię odróżnić prawdziwej miłości od zwykłej sympatii.

– Może gdy się znowu spotkacie, poczujesz to samo bicie serca, co na przyjęciu? Może to będzie olśnienie, jak wówczas? Nie powinnaś go teraz tak po prostu odepchnąć, bo pomyśli, że bawiłaś się jego uczuciami – westchnęła Noemi.

– A jeśli napiszę, że poznałam kogoś i obdarzyłam uczuciem? – zapytała Antonina.

– Jeśli to nieprawda, możesz żałować tego kłamstwa do końca życia – odpowiedziała przyjaciółka.

Antonina zamyśliła się i postanowiła posłuchać rady przyjaciółki. Kłamstwo jednak miało niebawem zamienić się w prawdę.

* * *

Patrząc na nowojorskie fotografie Tosi, stwierdziłam, że miała w sobie wiele wdzięku. Na niemal każdym zdjęciu uśmiechała się do obiektywu, mrużąc oczy, a niesforne loki tworzyły na jej głowie totalny bałagan. Była szczupła, niewysoka, miała wąskie biodra i niezbyt wydatny biust. Nie można byłoby nazwać jej pięknością, zwłaszcza w czasach, gdy wyznacznikiem seksapilu były duże piersi i krągłe pośladki. Ale ten uśmiech dodawał jej uroku i rekompensował niedostatki urody. Gdyby nie poddała się modzie i pozwoliła bardziej urosnąć włosom, zapewne wyglądałaby dużo bardziej atrakcyjnie. Znalazłam także sfatygowaną fotografię Dawida Watermana. Miał na sobie mundur, ze zdjęcia spoglądały figlarnie ciemne oczy i w istocie był niesamowicie przystojnym młodym mężczyzną.

* * *

Awantury w domu Tańskich zaczęły wybuchać coraz częściej. Spokojna i pobłażliwa dotychczas dla męża Teresa postanowiła siłą wyrwać go ze świata mrzonek i fantazji. A chciała to uczynić dlatego, że Tańskim rozpaczliwie zaczęło brakować pieniędzy. Tymczasem Hubert Tański wciąż malował swoje twarze bez oczu i drzewa z ludzkimi rękami zamiast liści, za które nawet najbardziej awangardowi handlarze sztuką nie chcieli dać złamanego centa. Lekcje śpiewu, których zaczęła udzielać Teresa, przynosiły dochód, który ledwie starczał na czynsz. Tymczasem wieczny chłopiec, Hubert Tański, nie zamierzał podjąć żadnej pracy, mimo iż niemal leżała na ulicy. Wojna nakręciła gospodarkę, Ameryka zbroiła się na potęgę, a do wielkich miast napływały rzesze emigrantów i ludzi porzucających pracę na wsi, by się dorobić. Nowy Jork wchłaniał ich niczym gąbka, a kryzys, trawiący Amerykę kilkanaście lat wcześniej, zniknął bez śladu. Ale Tański żył w innym świecie, jakby codzienna egzystencja nie była jego udziałem. Pieniądze rozeszły się, w rodzinnym kraju trwała wojna, a tutaj mieli tylko Krzysztofa, z którym wymieniali jedynie grzecznościowe karty świąteczne.

Teresa zaczęła się w końcu buntować i z początku delikatnie, a potem z większą stanowczością zaczęła namawiać Huberta na podjęcie jakiejś pracy. Najlepiej w handlu, bo przyzwyczajony do ciągłego poszukiwania zbytu na swoje prace jej mąż nabrał cech komiwojażera. Hubert Tański nie chciał o tym słyszeć.

– Ja mam pracować jako komiwojażer?! Jestem malarzem! – wykrzykiwał rozgniewany Tański.

– Jeśli jesteś malarzem, to maluj coś, co przynosi dochód, nawet ściany – odcinała się Teresa. – Niedługo po żywność będę chodziła do Armii Zbawienia.

– W końcu się ruszy, uwierz we mnie – nie dawał za wygraną Hubert.

– Wierzyłam przez ostatnie dwadzieścia lat. Nie rozumiałam, nie byłam zachwycona taką sztuką, ale wierzyłam. Dopóki mnie było na to stać. Teraz już nie mam siły wierzyć. Może i masz talent, ale dlaczego tworzysz coś, czym jedynie ty potrafisz się zachwycić?!

– Oczywiście, dla ciebie liczy się tylko jeleń na rykowisku i mieszczańskie landszafty. Nie masz pojęcia o prawdziwej sztuce!

– Ja nie mam i jak widać tysiące innych ludzi też nie mają, ale my musimy żyć. Zapłacić za mieszkanie, szkołę dla dziewczynek. Musimy jeść, ubierać się i prać swoją odzież. Mrzonkami tego nie załatwimy. Hubercie, na miłość boską, zejdź na ziemię! Zachowaj się jak prawdziwy mężczyzna.

Podanie w wątpliwość jego męskości ubodło go do żywego, ale w żaden sposób nie wpłynęło na jego postawę. Syknął jedynie przez zęby:

– Mogłaś wyjść za Krzysztofa, opływałabyś teraz w luksusy. I może nie musiałby uciekać przed tobą do Ameryki.

– Kochałam ciebie! – zapiszczała Teresa i wyszła z mieszkania, głośno trzaskając drzwiami. Zrobiła to z takim impetem, że spadła ozdobna półka na klucze w przedpokoju.

Wtedy właśnie po raz pierwszy dotarły do uszu dziewcząt informacje o powodach chłodnych relacji z wujem Krzysztofem. Chodziło o matkę. Starszy brat ojca również starał się o względy młodej uczennicy konserwatorium, ale ona wybrała utracjusza i marzyciela, Huberta. Zrozpaczony i przepełniony żalem Krzysztof opuścił wówczas kraj, by rozpocząć pełne przygód życie w Ameryce. Nic nie wróżyło mu zdobycia wielkiego majątku, gdy postanowił osiedlić się w nieco dzikim i purytańskim zakątku Teksasu. Nabył sporo ziemi, kupił trochę bydła i żył skromnie, dopóki nie odkrył na swoim ranczu roponośnych źródeł, które w ciągu kilku lat zrobiły z niego bogacza. Nigdy się nie ożenił, chociaż nie brakowało w jego życiu kobiet. Były to jednak te niewiasty, które mógł posiąść jedynie za pieniądze, by potem porzucić bez żalu. Zadra tkwiąca w jego sercu z powodu utraty pierwszej miłości nie pozwoliła mu nigdy otworzyć się na to uczucie. Być może wciąż kochał Teresę i żadna nie wydawała mu się dość dobra, żeby ją zastąpić?

Po każdej z awantur, następowały ciche dni, które dla sióstr Tańskich były gorszym przeżyciem niż kłótnie rodziców. To trwało prawie rok. Był to ten czas, kiedy Wiktor służył na froncie, Antonina przeżywała dylematy związane z Dawidem, a Noemi rozpaczliwie tęskniła za Ismaelem.

* * *

Pewnego dnia Teresa Tańska oznajmiła, że przyjeżdża do nich w odwiedziny wuj Krzysztof. Ojca nie było w domu, gdy przekazywała tę informację, poprosiła również córki, aby zachowały dyskrecję, wizyta ta bowiem miała być miłą niespodzianką dla ich ojca. Siostry nie były ani głuche, ani głupie, i wiedziały, że wizyta wuja będzie, co prawda, niespodzianką, ale na pewno nie miłą. Nie spodziewały się jednak, że ich matka w akcie totalnej desperacji napisała rozpaczliwy list do wuja, aby ten mimo niesnasek i żalu przemówił Hubertowi do rozsądku. W końcu Krzysztof był jedyną rodziną, jaką mieli w Ameryce.

Krzysztof zgodził się niemal natychmiast, ale to nie troska o brata kazała mu przybyć pewnego chłodnego popołudnia do Nowego Jorku, ale tkwiąca w nim słabość do jego żony. Tereska była bezradna, jego dawna miłość nie mogła poradzić sobie z długami męża i jego beztroskim podejściem do życia, ukochana Terenia potrzebowała pomocy.

Kiedy Krzysztof stanął w progu ich mieszkania na 61 Ulicy, wszyscy patrzyli na niego jak na zjawę. Zwłaszcza Hubert, bo brat był ostatnią osobą, której się spodziewał. Mniejszą konsternację wywołałaby w nim wizyta wierzyciela z Brooklynualbo kuriera z informacją o śmierci syna, ale Krzysztof był człowiekiem, którego postać zatarła się już w jego pamięci. Nie widział brata od niemal dwudziestu lat. Teresa również, ale była tak zdenerwowana obawą o reakcję męża, że nawet nie zwróciła uwagi, jak bardzo się zmienił. Dziewczynki, znające wuja jedynie z fotografii w kolorze sepii, przyglądały mu się z lekką grozą. Ubiór Krzysztofa kojarzył im się nieodparcie z jednym cyrkowym numerem, kiedy to dziwacznie ubrany mężczyzna rzucał nożami w kierunku roznegliżowanej kobiety. Wuj miał białe wdzianko przyozdobione srebrnymi dodatkami i czarnymi frędzlami, kowbojskie buty z krokodylą łuską i kapelusz wprost z planu filmowego Johna Wayne’a. Poza tym ekstrawaganckim strojem wuj był bardzo przystojnym mężczyzną o szerokich ramionach i wąskich biodrach. Trzeba przyznać, że lekko łysiejący Hubert z pulchnym brzuszkiem wyglądał dużo mniej atrakcyjnie.

– Boże mój! – jęknął Hubert. – Krzysztof…

Wziął w ramiona brata i uronił kilka łez.

– Witaj, Młody – spokojnie odpowiedział Krzysztof i konfidencjonalnie poklepał brata po ramieniu.

Chwilę potem wyswobodził się z uścisku i podszedł do Teresy.

– Nic się nie zmieniłaś, Tereniu – prawie wyszeptał, z trudem przełykając ślinę.

– Dzień dobry, Krzysztofie. Co ty opowiadasz? Przybyło mi lat i siwych włosów – odpowiedziała zmieszana Teresa i żeby jak najszybciej pokryć zakłopotanie, dodała: – Oto moje córki, Antonina i Waleria. Wiktor, niestety, walczy na froncie w Europie.

– Piękne dziewczyny, właściwie to już kobiety! – wykrzyknął jowialnie Krzysztof, chcąc także ukryć wrażenie, jakie zrobiła na nim Teresa.

Córki jednak to zauważyły, zwłaszcza że wnikliwie przypatrywały się scenie powitania wuja z ich matką, żeby upewnić się, czy zazdrość ojca była uzasadniona.

– Moi mili, wiem, że nie spodziewaliście się mnie, dlatego zapraszam was na kolację do Astorii. Już zarezerwowałem stolik. Czekają na nas, tam również się zatrzymałem.

– Fiu, fiu, hotel dla bogaczy – nie bez złośliwości powiedział Hubert.

– Czasem lubię zakosztować luksusu – z uśmiechem powiedział Krzysztof.

– Takie piękne miejsce, musimy się przebrać – jęknęła Teresa.

– Napiję się kawy, a wy tymczasem przygotujcie się. Szofer poczeka. Najpierw pojadę z Hubertem, potem wróci po was. Wy, kobietki, zawsze potrzebujecie więcej czasu na przygotowanie – powiedział Krzysztof i puścił oko w kierunku Teresy.

– Masz szofera? – zapytała podekscytowana Teresa i zaraz pożałowała swoich słów, bo jej mąż zgromił ją wzrokiem.

– To limuzyna hotelowa. Mój samochód pozostał w Tenebith.

Zarówno dziewczęta, jak i Teresa były podekscytowane zobaczeniem Waldorf-Astorii od środka. I w dodatku miały tam zjeść kolację. W przeciwieństwie do nich Hubert miał minę zbitego psa, jak to określiła w swoim notatniku Antonina.

Gdy kobiety dotarły do hotelu i znalazły się w holu, Teresa poczuła się onieśmielona i przerażona. Najchętniej uciekłaby stamtąd. Jej najlepsza sukienka i niedzielne pantofle raziły swoją skromnością na tle wytwornych toalet dam, dumnie kroczących w swoich jedwabiach po wypolerowanych podłogach hotelowego foyer. Antonina i Wiktoria zdawały się tego nie zauważać, tylko rozglądały się wokół z zaciekawieniem.

Niedługo dołączyli do nich bracia Tańscy i całą rodziną udali się do restauracji. Teresa poczuła się lepiej. Mimo idiotycznego stroju i manier pozostawiających wiele do życzenia Krzysztof emanował pewnością siebie. Kelnerzy niemal płaszczyli się przed nim, a inni goście ukradkiem obserwowali go z zazdrością. Pieniądz sprawiał, że ludziom pokroju Krzysztofa wybaczano i hałaśliwe zachowanie, i niezbyt stosowny ubiór.

– To straszne, przez tę cholerną wojnę, nie mogłem być przy mamusi, gdy umierała i ojca nam zamordowali – westchnął Krzysztof.

– Dobrze, że w ogóle coś wiemy – dodał Hubert. – Ta cholerna wojna sprawiła, że nie mogliśmy godnie pożegnać rodziców.

Teresa popatrzyła na męża z wyrzutem. Nawet jakby nie było wojny, nie mogliby sobie pozwolić na podróż do ojczystego kraju. Może gdyby jej mąż nie żył wcześniej tak wystawnie, chcąc zaimponować bogaczom, w których widział potencjalnych kolekcjonerów swoich dzieł, i oni mogliby mówić, że wszystkiemu winna jest wojna. Teresa jednak wiedziała, że tak nie było.

Gdy wytworna kolacja dobiegła końca, Krzysztof wręczył Teresie trzy bilety na wieczorny spektakl Oklahomy! na Broadwayu. Była to prawdziwa gratka, a ceny biletów nieosiągalne dla takiej rodziny jak Tańscy. Krzysztof chciał porozmawiać sam na sam z bratem i spróbować wypełnić prośbę Teresy.

W drodze do teatru Antonina i Waleria dowiedziały się od matki, jaki był prawdziwy powód pozostania braci w hotelu. Wtedy zrozumiały, że sprawa jest dużo poważniejsza, niż do tej pory sądziły. Nie wiedziały jednak, podobnie jak ich matka, że sytuacja jest jeszcze gorsza, niż przedstawiał im to Hubert.

Następnego ranka dziewczęta zastały swojego ojca siedzącego w fotelu, z kompresem na głowie. Każde skrzypnięcie drzwiami, szurnięcie krzesłem czy też klakson samochodu za oknem wywoływały na twarzy Huberta grymas bólu. Teresa krzątała się po domu, od czasu do czasu spoglądając ze złością na męża.

– Musiałeś się tak spić? Nie widziałeś brata tyle lat i tak mu się zaprezentowałeś… – sarkała.

– Zrobiłabyś to samo na moim miejscu, gdybyś usłyszała to, co ja – odpowiadał znękanym głosem. – O mój Boże, moja biedna głowa.

– A niby co to takiego? – zapytała ze złością Teresa.

Wiedziała, że Krzysztof przeprowadził ze swoim bratem pouczającą rozmowę, nie rozumiała jednak zachowania męża. Każdy musiał pracować, żeby mieć co jeść.

– Usiądź, proszę, musimy porozmawiać – westchnął Hubert.

Teresa przycupnęła na brzegu fotela i zaczęła słuchać opowieści męża. A gdy ten skończył mówić, jej twarz zamieniła się w woskową maskę. Kiedy Antonina weszła do pokoju rodziców, jej matka z piórem w dłoni siedziała przy stole i szeptała do siebie:

– Muszę napisać list, muszę napisać list do syna, muszę napisać list…

3. Stany Zjednoczone, Teksas, Tenebith, 1946–1950

San Antonio rozczarowało wszystkich. Już dworzec kolejowy, Sunset Station, przypominał bardziej willę jakiegoś bogacza niż tętniącą życiem bramę do wielkiego miasta. Zbudowany w stylu hiszpańskim, kompletnie nie pasował do otoczenia i w porównaniu z Grand Central Station zdawał się wymarłym miejscem. Wuj Krzysztof, prowadząc rodzinę do zaparkowanego cadillaca sixty, był roześmiany i żywo gestykulował, wskazując najciekawsze elementy miasta. Tańscy szli za nim niczym skazańcy, wyczerpani, zmęczeni dwudniową podróżą, i, z wyjątkiem Antoniny, kompletnie nieszczęśliwi. Nawet Frida kroczyła przy swojej pani ze spuszczoną głową, nie interesując się ani nowym miejscem, ani też żywymi stworzeniami pojawiającymi się w zasięgu jej nozdrzy.

Hubert oto nagle z artysty miał przeobrazić się w ranczera, a Teresa już tęskniła za nowojorskim hałasem. Waleria zaś od dzieciństwa źle znosiła wszelkie zmiany. Jak zawsze była lekko zgarbiona, małomówna i z dziwnym wyrazem twarzy, jakby każdy, nawet najmniejszy, wysiłek intelektualny stanowił dla niej wyzwanie nie do ogarnięcia.

Samochód Krzysztofa Tańskiego był czarny, lśniący i pachniał luksusem. Na tle przejeżdżających od czasu do czasu półciężarówek i pickupów wyglądał niczym prezydencka limuzyna. Jechali powoli szerokimi ulicami, rozglądając się wokół. Krzysztof dumnie pokazywał budynki władz miasta, hotele i inne gmachy pyszniące się przy głównej arterii. Tańscy jednak, przyzwyczajeni już do zgiełku Nowego Jorku, nie podzielali jego zachwytu.

Wkrótce cadillac opuścił miasto i podążył w kierunku Canyon Lake. Miejska zabudowa ustąpiła miejsca bezkresnym łanom pól bawełny i kukurydzy, pastwiskom i niewielkim wzniesieniom porośniętym lasami. Gdzieniegdzie można było dostrzec pojedyncze szyby naftowe albo rozłożyste domy farmerów. Od czasu do czasu mijały ich stare, wysłużone ciężarówki, wzniecając przy tym tumany kurzu. Wkrótce skręcili w leśny dukt i ich oczom ukazał się napis „Tenebith”. Zanim jednak dotarli do miasteczka, jeszcze przez jakiś czas jechali wzdłuż drewnianego ogrodzenia jednego z rancz.

– To twoje włości? – zapytał Hubert, wskazując oddalony nieco od drogi pokaźny dom, znacznie różniący się od innych mijanych po drodze.

– Nie, to dom Spencerów, bardzo bogaci, bardzo napuszeni i bardzo brytyjscy. Nawet ten ich dom wygląda, jakby został żywcem przeniesiony z walijskiej wsi – roześmiał się Krzysztof.

Chwilę potem z naprzeciwka nadjechał równie piękny i równie wypieszczony, co Krzysztofa, samochód, za kierownicą którego siedział przystojny blondyn z opadającą na twarz grzywką. Zatrzymał się i ciekawie zerkając na tylne siedzenia pojazdu sąsiada, zawołał:

– Witaj! Widzę, że rodzina dotarła cała i zdrowa.

– Dzień dobry, Emmanuelu. Tak, już są. Trochę wyczerpani, ale wszystko jest w porządku – odpowiedział ze śmiechem Krzysztof.

– To pamiętajcie, że w niedzielę się spotykamy. – Młodzieniec uśmiechnął się szeroko i z impetem ruszył dalej.

– Spencerowie organizują popołudniową herbatkę dla was. Oczywiście ta herbatka jest czysto umowna, jak znam Evę i Trevora będzie to wystawne przyjęcie dla każdego, kto się liczy w Tenebith i okolicach. – Krzysztof znów się roześmiał.

– Przecież ich nie lubisz – z nutką sarkazmu powiedziała Teresa, niezbyt uradowana perspektywą spotkania z takimi ludźmi.

– Teresko, ale mają dwóch dorodnych synów, którzy z pewnością przejmą interesy po rodzicach – niezrażony odpowiedział Krzysztof.

Teresa