Długa dolina. Jasny płomień - John Steinbeck - ebook + książka

Długa dolina. Jasny płomień ebook

John Steinbeck

0,0
48,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Opowiadania zawarte w zbiorze „Długa dolina. Jasny płomień” Johna Steinbecka ukazują różne oblicza jednego z największych amerykańskich pisarzy.

Opublikowana po raz pierwszy w 1938 roku „Długa dolina” to doskonałe wprowadzenie do twórczości laureata literackiej Nagrody Nobla. Opowiadania, osadzone w kalifornijskiej dolinie Salinas, pokazują życie prostych ludzi i ich zmagania z losem, odzwierciedlając charakterystyczne dla Steinbecka skupienie na napięciach i konfliktach zarówno międzyludzkich, jak i społecznych.

Opublikowany po raz pierwszy w 1950 roku „Jasny płomień” to ostatnia (po książkach „Myszy i ludzie” z 1937 roku i „Księżyc zaszedł” z 1942 roku) podjęta przez Steinbecka próba stworzenia nowej, eksperymentalnej formy literackiej, noweli dramatycznej, wariacji na temat średniowiecznego moralitetu. Jest to pierwsze wydanie tej książki w języku polskim.

John Steinbeck (1902–1968) – amerykański powieściopisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla z 1962 roku za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw społecznych”. Jego najbardziej znane powieści to „Grona gniewu”, „Myszy i ludzie” i „Na wschód od Edenu”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 315

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

THE LONG VALLEY

BURNING BRIGHT

THE LONG VALLEY

Copyright © John Steinbeck, 1938

Copyright renewed © John Steinbeck, 1966

BURNING BRIGHT

Copyright © John Steinbeck, 1950

Copyright renewed © Elaine Steinbeck, John Steinbeck IV

and Thom Steinbeck, 1978

Introduction copyright © John Ditsky, 2006

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Michał Poniedzielski

Projekt graficzny okładki

Michał Poniedzielski

Ilustracje na okładce

A dead chicken (1827),

Jean Bernard, ze zbiorów Rijksmuseum,

udostępniona w internecie przez Rawpixel

(domena publiczna)

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Hanna Śmierzyńska

Joanna Popiołek

Korekta

Hanna Śmierzyńska

Patrycjusz Pilawski

ISBN 978-83-8444-603-4

Warszawa 2026

Wy­daw­ca

Pró­szyń­ski Media Sp. z o.o.

02-697 War­sza­wa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

długa dolina

Przełożyła Maja Kittel

Chryzantemy

Zimowe mgły odcięły dolinę Salinas od nieba i od całej reszty świata niczym płachty grubej flaneli. Szadź osiadła na górskich szczytach jak pokrywa na garnku. Szeroka, rozległa równina była pokryta głębokimi bruzdami. Lśniły metalicznie w miejscach, w których ostrza wżarły się w glebę. Żółte pola rancz rozrzuconych wokół rzeki wyglądały, jakby kąpały się w zimnym świetle słońca, ale w grudniu słońce nie świeciło w dolinie. To ostre liście płonęły żółtym blaskiem w zaroślach okalających rzekę.

Nastała pora ciszy i oczekiwania. Powietrze było chłodne i delikatne, a z południowego zachodu nadciągał lekki wiatr, dzięki któremu farmerzy nabrali nadziei, że już niebawem spadnie porządny deszcz. Ale mgła nie jest zwiastunem deszczowej pogody.

Za rzeką, na wzgórzu, gdzie mieściło się ranczo Henry’ego Allena, wszystkie letnie prace były już wykonane. Skoszone siano spoczywało w stodole, a głęboko przeorana ziemia w sadzie czekała na deszcz. Bydło pasące się na wysokich zboczach miało coraz bardziej splątaną i stwardniałą sierść.

Elisa Allen pracowała w ogródku, spoglądając na drugi koniec podwórza. Jej mąż, Henry, stał właśnie przy szopie i rozmawiał z dwoma mężczyznami w garniturach. Każdy z trzech mężczyzn opierał nogę na krawędzi małego Fordsona. Palili papierosy i oglądali uważnie maszynę.

Elisa obserwowała ich przez chwilę, po czym wróciła do pracy. Miała trzydzieści pięć lat. Jej twarz była szczupła, a oczy przejrzyste jak woda, ale figura wydawała się przysadzista w ogrodniczym stroju – męskim czarnym kapeluszu opadającym na oczy, ciężkich butach i wzorzystej sukience, którą niemal całkowicie zasłaniał wielki sztruksowy fartuch z czterema kieszeniami. Wystawały z nich nożyce, rydel i skrobak, a także paczki nasion i nóż. Dłonie Elisy chroniły wielkie skórzane rękawice.

Trzymała w nich krótkie, ale potężne nożyce, którymi ścinała właśnie zeszłoroczne chryzantemy. Co jakiś czas unosiła wzrok, by zerknąć na mężczyzn zgromadzonych wokół traktora. Dojrzała, przystojna twarz Elisy kryła w sobie napięcie, a jej ruchy, gdy zaciskała nożyce, były zbyt intensywne, przesadnie energiczne. Wyschnięte łodygi chryzantem wydawały się za delikatne i kruche jak na tyle siły.

Elisa odgarnęła włosy z oczu wierzchem rękawicy, która pozostawiła na jej policzku smugę ziemi. Za nią widniały bielone ściany schludnego domku porośniętego gęstym czerwonym geranium do wysokości okien. Dom ten wyglądał niezwykle porządnie ze swoimi lśniącymi szybami i czystą wycieraczką przed progiem.

Elisa rzuciła kolejne spojrzenie w stronę szopy. Nieznajomi wsiedli do Forda coupé, szykując się do odjazdu. Kobieta zdjęła rękawicę i wbiła silne palce w gąszcz młodych, zielonych pędów chryzantem, które wyrastały wokół starych korzeni. Elisa rozwinęła listki i popatrzyła na gęsto stłoczone łodygi. Nie było na nich żadnych mszyc, żadnych pasożytów, ślimaków ani gąsienic. Jej potężne palce miażdżyły wszelkie podobne stworzenia, zanim zdążyły się na dobre rozpanoszyć.

Drgnęła na dźwięk głosu męża. Podszedł bezgłoś­nie i nachylił się do niej przez siatkę, która chroniła ogródek przed bydłem, psami i kurczakami.

– A ty jak zwykle tutaj – powiedział. – Szykują ci się ładne zbiory.

Elisa powoli wyprostowała plecy i ściągnęła rękawicę z dłoni.

– O tak. W tym roku będą naprawdę spore. – W jej głosie i twarzy kryła się duma.

– Świetnie sobie radzisz z kwiatami – zauważył Henry. – Niektóre z twoich tegorocznych żółtych chryzantem miały kwiaty na dziesięć cali. Mogłabyś zabrać się za nasz sad i wyhodować takie wielkie jabłka.

– Pewnie bym mogła. – Jej oczy zabłysły. – Mam dar. Tak jak moja matka. Czego by nie wsadziła do ziemi, wszystko jej wyrastało. Matka mówiła, że trzeba mieć dobrą rękę do roślin, taka ręka sama wie, co robić.

– No, z kwiatami to się sprawdza.

– Henry, kim są ci ludzie, z którymi rozmawiałeś?

– A, jasne, przecież właśnie chciałem ci powiedzieć. To ludzie z Western Meat Company. Sprzedałem im trzydzieści byczków. I dali mi za nie prawie tyle, ile chciałem.

– To świetnie – powiedziała. – Świetnie, że ci się udało.

– I pomyślałem sobie, że, no, że jest sobotnie popołudnie i że moglibyśmy pojechać do Salinas na kolację w restauracji, a potem na film. Wiesz, żeby to uczcić.

– Świetnie – powtórzyła. – O tak. Świetny pomysł.

Henry przybrał żartobliwy ton.

– Dziś wieczór są walki. Nie chciałabyś pójść na walki?

– O nie – odparła bez tchu. – Nie, nie chciałabym.

– Przecież ja się tylko zgrywam, Elisa. Pójdziemy na film. Zaraz, zastanówmy się. Teraz jest druga. Muszę wziąć Scotty’ego i spędzić te byczki na dół. To nam zajmie jakieś dwie godziny. Więc pojedziemy do miasta koło piątej i zjemy sobie kolację w hotelu Cominos. Podoba ci się plan?

– Pewnie, że mi się podoba. Miło czasem zjeść poza domem.

– W takim razie wszystko gra. Idę zaprząc konie.

– A ja mam jeszcze sporo czasu, żeby zająć się tymi sadzonkami.

Usłyszała, jak Henry woła Scotty’ego, stojąc przy stodole, a chwilę później zobaczyła, jak dwaj mężczyźni wjeżdżają na bladożółte wzniesienie w poszukiwaniu bydła.

Mała, kwadratowa, piaszczysta grządka już czekała, by przyjąć chryzantemy. Elisa raz po raz przerzucała ziemię rydlem, po czym wygładzała ją i przyklepywała. Potem wykopała dziesięć równoległych rowków, w których miały znaleźć się sadzonki. Po chwili wróciła do chryzantem, żeby powyrywać trochę cienkich, kruchych pędów. Wzięła nożyczki, by pozbawić je liści, po czym ułożyła z nich mały porządny stosik.

Od strony drogi dobiegło ją skrzypienie kół i ciężkie stąpanie kopyt. Elisa zerknęła w górę. Na wiejskiej drodze, która wiodła wzdłuż brzegów rzeki, porośniętych gęsto wierzbami i topolami, pojawił się dziwaczny pojazd o równie dziwacznym napędzie. Była to stara fura z płótnem narzuconym na półkoliste żebra, jak na wozach pierwszych osadników. Pojazd ciągnął stary kasztanek i szarawy osiołek. Pomiędzy skrajami pokrowca siedział rosły mężczyzna o szorstkiej brodzie, który powoził niemrawym zaprzęgiem, a z tyłu, tuż za kołami, kroczył dostojnie jakiś chudy i długonogi kundel. Na płótnie widniały niezgrabne, pokrzywione litery, które układały się w słowa: „Garki, patelnie, norze, sekatory, norzyce. Naprawa”. Nazwy artykułów wymieniono w dwóch rzędach, a triumfalne, zdecydowane „Naprawa” znalazło się poniżej. Czarna farba pozostawiła drobniutkie zacieki pod każdą literą.

Elisa przykucnęła na ziemi, by popatrzeć za rozwalającym się pojazdem. Ale on wcale nie odjechał, tylko ze szczękiem i skrzypieniem kół skręcił na drogę wiodącą do jej domu. Chudy kundel wyprysnął spomiędzy tylnych kół i natychmiast ruszyły na niego dwa owczarki z farmy. Nagle wszystkie trzy psy zamarły na chwilę, po czym powoli, majestatycznie wyprężyły ogony, wyprostowały sztywno łapy i zaczęły krążyć wokół siebie, delikatnie węsząc. Pojazd podjechał jeszcze kawałek i zatrzymał się przy siatce Elisy. Tymczasem kundel poczuł, że siły przeciwnika przeważają, opuścił ogon i schował się z powrotem pod wozem, jeżąc sierść i wyszczerzając zęby.

– Ten pies potrafi nieźle chapnąć, jak już się rozgrzeje – zawołał woźnica.

Elisa się zaśmiała.

– Widzę. A jak długo zwykle się rozgrzewa?

Mężczyzna podchwycił jej śmiech ze szczerym rozbawieniem.

– Czasem całe tygodnie i miesiące – odparł, po czym niezgrabnie zszedł po kole na ziemię. Koń i osiołek stały z opuszczonymi głowami, jak więdnące kwiatki.

Elisa widziała, że woźnica jest wyjątkowo potężnie zbudowany. Chociaż jego włosy i broda siwiały, nie wyglądał staro. Miał na sobie znoszony czarny strój, cały pognieciony i poplamiony smarem. Kiedy skończył się śmiać, śmiech zniknął także z jego twarzy i ciemnych oczu, które przepełniała zaduma charakterystyczna dla żeglarzy i kierowców ciężarówek. Dłonie oparte o siatkę Elisy były popękane, a każde pęknięcie odznaczało się czarną linią. Mężczyzna zdjął sfatygowany kapelusz.

– Zjechałem ze swojej normalnej trasy – powiedział. – Czy ta droga leci dalej przez rzekę i do szosy na Los Angeles?

Elisa wstała, wsuwając wielkie nożyce do kieszeni fartucha.

– Owszem, ale zakręca i potem biegnie w bród przez rzekę. Nie wiem, czy da pan radę przejechać przez ten piach z takim zaprzęgiem.

– Zdziwiłaby się pani, co one potrafią, te zwierzaki – powiedział woźnica nieco zapalczywym tonem.

– Jak się rozgrzeją? – zapytała Elisa.

Mężczyzna przez chwilę się uśmiechał.

– Tak, jak się rozgrzeją.

– W każdym razie myślę, że oszczędzi pan sobie trochę czasu, jak pan wróci do drogi na Salinas i tamtędy dojedzie do szosy.

Woźnica przejechał kciukiem po siatce, aż rozleg­ło się ciche dzwonienie.

– Kiedy mnie się nie spieszy. Jadę z Seattle do San Diego i z powrotem. To mi zajmuje cały rok, po sześć miesięcy w każdą stronę. Po prostu gonię za ładną pogodą.

Elisa zdjęła rękawice i wepchnęła je do kieszeni fartucha razem z nożycami. Odruchowo sprawdziła, czy włosy nie wysuwają się jej spod za dużego męskiego kapelusza.

– To chyba przyjemny sposób na życie – powiedziała.

Mężczyzna nachylił się do niej porozumiewawczo.

– Może zauważyła pani ten napis na moim wozie. Naprawiam garnki i ostrzę noże i nożyce. Ma pani coś z tych rzeczy do zrobienia?

– O, nie, nie – odparła pospiesznie. – Niczego nie potrzebuję. – Jej oczy przybrały twardy, stanowczy wyraz.

– Najgorzej jest z tymi nożyczkami – wyjaśnił. – Większość ludzi to kompletnie je rujnuje, jak usiłują ostrzyć, a nie umieją. Ale ja potrafię. I mam specjalne narzędzia. To taka mała, sprytna maszynka, opatentowana rzecz. Działa bez pudła.

– Nie. Moje nożyce są wystarczająco ostre.

– W porządku. Ale weźmy taki garnek – ciągnął poważnie. – Jakiś zbity albo dziurawy. Mogę go naprawić, żeby był jak nowy, i nie będzie pani musiała kupować kolejnych. To oszczędność.

– Nie – odparła krótko. – Naprawdę nie mam nic dla pana.

Mężczyzna popatrzył na nią z przesadnym smutkiem.

– Jeszcze nie dostałem dzisiaj żadnego zlecenia – powiedział jękliwym tonem. – Kto wie, czy uda mi się zjeść cokolwiek na kolację. Bo widzi pani, zjechałem trochę ze zwykłej trasy. Znam ludzi, którzy mieszkają przy szosie od Seattle aż do San Diego. Oni trzymają różne rzeczy specjalnie dla mnie, żebym im naostrzył, bo wiedzą, że zrobię to świetnie i oszczędzę im pieniądze.

– Przykro mi. – Elisa była już trochę zirytowana. – Nie mam nic dla pana.

Woźnica powoli opuścił wzrok. Przez chwilę szli po obu stronach siatki, dopóki nie dotarli do grządki z chryzantemami, przy której Elisa pracowała.

– A to co za roślinki?

Irytacja i opór natychmiast zniknęły z jej twarzy.

– Och, to chryzantemy, żółte i białe olbrzymy. Sadzę je co roku i są największe w okolicy.

– Chryzantemy to te kwiatki z takimi długimi łodygami? – spytał. – Te, co wyglądają jak małe chmurki kolorowego dymu?

– Dokładnie. Jak pan to ładnie powiedział.

– One trochę brzydko pachną, póki się człowiek nie przyzwyczai.

– To bardzo dobry, gorzki zapach – odparowała. – Wcale nie jest brzydki.

Mężczyzna błyskawicznie zmienił ton.

– Ja też go lubię.

– W zeszłym roku same kwiaty miały dziesięć cali średnicy – powiedziała.

Woźnica przechylił się głębiej ponad siatką.

– Proszę posłuchać. Znam taką panią, co mieszka przy tej drodze, i ona ma najładniejszy ogródek, jaki sobie można wyobrazić. Rosną tam wszystkie możliwe kwiatki, tylko nie chryzantemy. Kiedy ostatnio naprawiałem dla niej taką miedzianą wannę (to okropnie trudna robota, ale mnie wyszło jak trzeba), to ona do mnie mówi: „Jakby pan kiedyś zobaczył jakieś ładne chryzantemy, to proszę dla mnie zdobyć kilka nasion”. Tak mi właśnie powiedziała.

Wzrok Elisy stał się czujny i pełen napięcia.

– Ta pani chyba niezbyt dobrze zna się na chryzantemach. Wprawdzie można wyhodować je z nasion, ale o wiele łatwiej jest posadzić małe pędy, takie jak te.

– O, no to raczej nie będę mógł jej nic zawieźć – powiedział.

– Ależ dlaczego, oczywiście, że pan może – wykrzyknęła Elisa. – Wsadzę panu kilka do mokrego piasku i zaraz je pan weźmie. Ukorzenią się w doniczce, jeśli będzie je pan podlewał, a potem ta pani je sobie przesadzi.

– Na pewno bardzo by się ucieszyła. Mówi pani, że są takie ładne?

– Przepiękne – odparła. – Tak, przepiękne – dodała ze lśniącymi oczami, po czym zerwała z głowy kapelusz i potrząsnęła głową pokrytą burzą ładnych ciemnych włosów. – Tylko wsadzę pędy do doniczki i zaraz je pan sobie zabierze. Proszę wejść na podwórko.

Mężczyzna przeszedł przez bramę z palików, a Elisa ruszyła biegiem wzdłuż wysadzanej geranium ścieżki, która wiodła za dom. Po chwili wróciła, niosąc dużą czerwoną doniczkę. Rękawice zostały całkiem zapomniane – Elisa uklękła na ziemi przy grządce i wykopała palcami trochę piaszczystej ziemi, po czym wbiła ją do kolorowej doniczki. Potem podniosła swoją małą stertę pędów i wcisnęła ją do piasku, ugniatając ziemię wokół potężnymi kciukami. Mężczyzna zaglądał jej przez ramię.

– Zaraz panu powiem, co trzeba robić. Proszę nie zapomnieć i powtórzyć potem tej pani.

– Oczywiście, postaram się zapamiętać.

– Proszę tu popatrzeć. Te pędy ukorzenią się za jakiś miesiąc. Potem musi je przesadzić, dosyć daleko od siebie, do dobrej, żyznej ziemi. O, takiej jak ta, widzi pan? – spytała, pokazując mu garść czarnej ziemi. – Urosną szybko i będą dosyć wysokie. A teraz ważne: proszę jej powiedzieć, że w lipcu trzeba koniecznie je przyciąć, jakieś osiem cali od ziemi.

– Zanim zakwitną? – zapytał.

– Tak, zanim zakwitną. – Jej rysy twarzy zesztywniały z podniecenia. – One prędko odrosną z powrotem. Pod koniec września zawiążą się pąki.

Nagle urwała i popatrzyła na niego zatroskanym wzrokiem.

– Właśnie pąki wymagają najwięcej troski – powiedziała z wahaniem. – Nie wiem, jak to panu wytłumaczyć. – Popatrzyła mu głęboko w oczy, rozchylając wargi, i wydawało się, że czegoś nasłuchuje. – Spróbuję. Słyszał pan kiedyś, że można mieć rękę do roślin?

– Niestety nie.

– Mogę tylko panu powiedzieć, jak to jest. To się czuje szczególnie przy selekcji pąków. Jakby wszystkie myśli spływały wtedy do samych czubków palców. Ja tylko patrzę, jak moje dłonie pracują, a one wszystko robią same. Ja to czuję. Moje palce zrywają kolejne pąki i nigdy się nie mylą. Czuję to aż w ramionach. One wiedzą. Nigdy się nie mylą. I ja wiem, że po prostu nie mogę popełnić błędu. Rozumie pan, o co mi chodzi? Chwyta pan to?

Klęcząc, podniosła na niego wzrok. Oddychała głęboko i szybko.

– Może rozumiem – odparł. – Czasem w nocy, w wozie…

Elisa przerwała mu zduszonym głosem.

– Nigdy nie żyłam tak jak pan, ale wiem, o czym pan mówi. Ciemną nocą, wtedy gwiazdy wydają się takie ostre i jest cisza. I można się wznosić w górę i w górę, a wszystkie te ostre gwiazdy przeszywają nam ciało na wylot, jak sztylety. Tak właśnie jest. I te gwiazdy, rozpalone, ostre i przecudne.

Wciąż klęczała, a jej dłoń powędrowała w kierunku jego nóg w brudnych, czarnych spodniach. Ostrożne palce omal nie dotknęły zatłuszczonego materiału. Potem ręce Elisy opadły na ziemię. Schyliła się nisko, jak pies, który łasi się nieśmiało do groźnego pana.

– To bardzo przyjemne, tak jak pani mówi, ale nie jest przyjemnie, jak się nic nie jadło.

Elisa stanęła wyprostowana, z zawstydzoną twarzą. Podała mu doniczkę i złożyła ją delikatnie na jego rękach.

– Proszę. Niech pan ją postawi gdzieś na siedzeniu, tak żeby mógł pan ją widzieć. Może jednak znajdę coś dla pana.

Pogrzebała w stercie żelastwa za domem i po chwili odnalazła dwie stare, sfatygowane aluminiowe patelnie. Wróciła do mężczyzny, by mu je wręczyć.

– Niech pan spróbuje coś z tym zrobić.

Mężczyzna natychmiast zmienił ton. Zaczął się zachowywać jak profesjonalista.

– Jak ja się do nich wezmę, to będą jak nowe.

Z tyłu wozu rozłożył małe kowadło, po czym wyjął pobrudzoną smarem skrzynkę z narzędziami, z której po chwili wydobył mały młotek. Elisa wyszła przed bramę, by popatrzeć, jak wyklepuje dna naczyń. Jego usta przybrały pewny siebie, fachowy wyraz. W trudnych momentach mężczyzna zasysał dolną wargę.

– Śpi pan tu, w tym wozie? – spytała Elisa.

– Dokładnie tak, proszę pani. Słońce czy deszcz, ja mam zawsze przytulnie jak w oborze.

– To musi być przyjemne – odparła. – Bardzo przyjemne. Szkoda, że kobiety nie mogą robić takich rzeczy.

– Zdaje mi się, że to nie jest odpowiednie życie dla kobiety.

Jej górna warga uniosła się nieco, odsłaniając zęby.

– A skąd pan wie? Skąd pan może to wiedzieć? – powiedziała.

– Ja nic nie wiem – zaprotestował. – Naturalnie, że nie wiem. Proszę, oto pani patelnie. Już nie musi pani kupować nowych.

– Ile płacę?

– O, wystarczy pięćdziesiąt centów. Dbam o niskie ceny i wysoki standard usług. Temu właśnie zawdzięczam tylu zadowolonych klientów po obu stronach szosy.

Elisa przyniosła z domu pięćdziesięciocentową monetę i włożyła ją w jego dłoń.

– Kiedyś mogę panu zrobić konkurencję. Ja też potrafię ostrzyć nożyce. I wyklepywać wgniecenia w małych garnkach. Zdziwiłby się pan, na co stać kobietę.

Odłożył młotek do skrzynki i usunął kowadło z pola widzenia.

– Dla kobiety to byłoby okropnie samotne życie. I trochę straszne, jak te wszystkie zwierzęta podchodzą nocami pod wóz.

Mężczyzna wdrapał się na swoje miejsce, opierając rękę o grzbiet osiołka. Po chwili usadowił się na siedzeniu i wziął lejce w dłonie.

– Bardzo pani dziękuję – powiedział. – Zrobię tak, jak pani mówi. Zawrócę i dojadę do szosy na Salinas.

– Tylko proszę pamiętać, żeby piasek był zawsze wilgotny.

– Piasek, proszę pani?… Piasek? A, oczywiście. Ten od chryzantem. Jasne, na pewno będę pamiętał. – Mężczyzna klasnął językiem i jego zaprzęg z godnością ruszył z miejsca. Wóz skręcił, po czym wolno przetoczył się przez podjazd w kierunku drogi, którą przyjechał, wzdłuż rzeki.

Elisa zatrzymała się przed siatką, patrząc, jak karawan powoli zmierza w swoją stronę. Stała wyprostowana, z głową odrzuconą do tyłu i przymkniętymi oczami, które widziały tylko fragmenty tej sceny. Jej wargi poruszały się bezgłośnie, formując słowa „Do widzenia… do widzenia”.

Nagle szepnęła: „To jasny kierunek. Tam na końcu jest światło”, i wzdrygnęła się, zaskoczona brzmieniem własnego szeptu. Otrząsnęła się i błyskawicznie potoczyła wzrokiem wokół, by sprawdzić, czy nikt niczego nie usłyszał. Tylko psy podniosły na chwilę głowy z kurzu, w którym drzemały, po czym wyprostowały brody i z powrotem zasnęły. Elisa odwróciła się i pobiegła w pośpiechu do domu.

Wpadła do kuchni i wymacała palcami zbiornik z wodą, stojący za kuchenką. Był pełen gorącej wody z porannego gotowania. W łazience zerwała z siebie ubrudzone ziemią ubranie, a następnie cisnęła je w kąt. Potem wyszorowała całe ciało małą kostką pumeksu, nogi, biodra, uda, brzuch i ręce, aż jej skóra stała się szorstka i czerwona. Potem, wytarta i wysuszona, stanęła przed lustrem w sypialni, przyglądając się swojemu ciału. Wciągnęła brzuch, wypięła pierś i obróciła się, by popatrzeć przez ramię na swoje odbicie.

Po chwili bardzo powoli zaczęła się ubierać. Włożyła nową bieliznę i najładniejsze pończochy. I sukienkę, która podkreślała jej urodę. Pieczołowicie ułożyła włosy, zaznaczyła ołówkiem brwi i pociągnęła usta czerwoną szminką.

Jeszcze zanim skończyła, na zewnątrz rozległo się ciche dudnienie kopyt i krzyki Henry’ego i jego pomocnika, którzy właśnie wprowadzali czerwone bydło na korral. Usłyszała trzask zamykanej bramy, więc przygotowała się na jego przybycie.

Jego krok rozbrzmiał dźwięcznie na ganku, kiedy wchodził do domu.

– Elisa, gdzie jesteś? – zawołał.

– W pokoju, szykuję się. Jeszcze nie mogę wyjść. Przygotowałam ci gorącą kąpiel. Pospiesz się, już późno.

Słysząc, jak pluszcze się w wannie, Elisa położyła na łóżku jego ciemny garnitur, a obok niego koszulę, skarpetki i krawat. Wypolerowane buty postawiła na podłodze przy łóżku. Potem wyszła na ganek i usiadła, sztywna i dumna. Popatrzyła w kierunku drogi nad rzeką, gdzie rzędy wierzb wciąż były żółte od zmarzniętych liści, zupełnie jakby pod grubą warstwą szarej mgły widniała cienka przepaska słonecznego blasku. Żaden inny kolor nie rozpraszał szarości popołudnia. Elisa przez dłuższą chwilę siedziała w bezruchu, niemal nie mrugając.

Henry wyszedł z hukiem przez drzwi, po drodze wsuwając krawat pod kamizelkę. Elisa zesztywniała jeszcze bardziej, patrząc na niego z napięciem na twarzy. Henry zatrzymał się gwałtownie, spoglądając na nią.

– No… no, Elisa. Bardzo ładnie wyglądasz!

– Ładnie? Tak sądzisz? Co masz na myśli, mówiąc „ładnie”?

Henry bredził coś bez sensu.

– Och, nie wiem. To znaczy tak jakoś inaczej. Jesteś taka silna i szczęśliwa.

– Jestem silna? Tak, silna. Co masz na myśli, mówiąc „silna”?

Henry spojrzał na nią bezradnie.

– To jakaś gra – powiedział bezsilnym tonem. – Bawisz się ze mną. Wyglądasz, jakbyś była wystarczająco silna, by skręcić kark cielakowi, i wystarczająco szczęśliwa, by go zjeść jak kawałek arbuza.

Na mgnienie oka straciła panowanie nad sobą.

– Henry! Nie mów tak. Nawet nie wiesz, co to znaczy. – Po chwili odzyskała zdystansowaną pozę. – O tak, jestem silna – dodała chełpliwie. – Aż do tej pory nie miałam pojęcia, jak bardzo.

Henry zerknął w kierunku szopy, gdzie stał traktor, po czym przeniósł wzrok z powrotem na nią. Jego oczy znów wyglądały tak jak zwykle.

– Wystawię samochód. Możesz przez ten czas włożyć płaszcz.

Elisa wróciła do domu. Usłyszała, jak podjeżdża do bramy i wrzuca bieg jałowy, a potem długo upinała kapelusz. Co chwila go poprawiała, dociskała i przekrzywiała. Kiedy Henry wyłączył silnik, narzuciła płaszcz i wyszła.

Mała terenówka podskakiwała na wyboistej drodze wzdłuż rzeki, wypłaszając ptaki i zające. Dwa żurawie frunęły ciężko tuż nad linią wierzb, po czym zniknęły pod powierzchnią wody.

Daleko na horyzoncie drogi Elisa zobaczyła ciemną plamę. Już wiedziała.

Starała się nie patrzeć, gdy ją mijali, ale oczy nie chciały słuchać.

– Mógł je odstawić na pobocze – szepnęła do siebie ze smutkiem. – To nie byłby duży kłopot, wcale nie. Ale zatrzymał doniczkę. – Tłumaczyła sobie. – Chciał zatrzymać doniczkę, więc nie mógł ich postawić na poboczu.

Samochód skręcił i Elisa zobaczyła karawan jadący dalej drogą. Obróciła się do męża, żeby nie zauważył tego małego, okrytego płótnem wozu i jego niedopasowanego zaprzęgu, gdy mijali go samochodem.

Po chwili było już po wszystkim. Po wszystkim. Elisa nie oglądała się za siebie.

– Będziemy mieli wspaniały wieczór – powiedziała głośno, tak by przekrzyczeć ryk silnika. – Wspaniałą kolację.

– Znowu zmienił ci się humor – powiedział Henry ze skargą w głosie, zdejmując jedną rękę z kierownicy i klepiąc ją po kolanie. – Powinienem częściej zapraszać cię na kolacje. To byłoby dobre dla nas obojga. Kapcaniejemy, siedząc tak ciągle na ranczu.

– Henry – zagadnęła – napijemy się wina do kolacji?

– Pewnie, że tak. Jasne! Tak właśnie zrobimy.

Przez chwilę milczała, po czym zapytała:

– Henry, czy w tych walkach, czy ci mężczyźni robią sobie wielką krzywdę?

– Czasami troszkę, ale nie za często. A czemu pytasz?

– Wiesz, bo czytałam, jak sobie łamią nosy i krew spływa im na piersi. I czytałam, że rękawice pęcznieją im od krwi.

Henry popatrzył na nią.

– O co chodzi, Elisa? Nie wiedziałem, że czytasz takie rzeczy. – Przyhamował, po czym skręcił w prawo, na most przez rzekę Salinas.

– Czy kobiety czasami chodzą na te walki?

– Pewnie, przynajmniej niektóre kobiety. Ale o co chodzi? Chciałabyś się tam wybrać? Nie sądzę, by ci się to spodobało, ale jeśli naprawdę chcesz, to cię zabiorę.

Opadła luźno na siedzenie.

– Och, nie. Nie. Nie chcę tam iść. Na pewno. – Siedziała z twarzą odwróconą od niego. – Wystarczy, że napijemy się wina. To naprawdę dużo. – Postawiła kołnierz płaszcza, by nie dostrzegł, że popłakuje niczym staruszka.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

długa dolina

Chryzantemy

Punkty orientacyjne

Okładka