Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Antologia przerażającyh opowieści pióra Roberta E. Howarda
Robert E. Howard znany jest przede wszystkim jako twórca postaci Conana Barbarzyńcy. Jego dorobek literacki obejmuje jednak znacznie więcej — liczne utwory z gatunku fantastyki, horroru i literatury przygodowej. W tej antologii zebrano nowele i opowiadania pochodzące z różnych cykli, zapoczątkowanych przez Howarda, w tym teksty inspirowane twórczością H.P. Lovecrafta i mitologią Ctulhu.
Tom zawiera również uznawane przez wielu za wybitne opowiadania grozy, takie jak Glizdy Ziemi (Worms of the Earth) oraz Gołębie z piekła rodem (Pigeons from the Hell) – to ostatnie Stephen King określił mianem jednego z najlepszych opowiadań grozy XX wieku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 545
Po raz pierwszy przeczytałem o nim w książce von Junzta, niemieckiego ekscentryka, który prowadził osobliwy żywot, a zmarł w sposób ponury i tajemniczy. Szczęśliwym trafem miałem dostęp do oryginalnego wydania Unaussprechlichen Kulten, zwanej Czarną Księgą, a wydanej w Düsseldorfie w roku 1839, na rok przed okropną śmiercią autora. Zbieracze rzadkiej literatury poznali to dzieło głównie jako Nameless Cults, w marnym tłumaczeniu, po piracku wydanym przez Bridewell w Londynie w roku 1845, a po starannym ocenzurowaniu opublikowanym przez Golden Goblin Press w Nowym Jorku w 1909 roku. Jak już wspomniałem, udało mi się trafić na wolne od poprawek wydanie niemieckie w okładce z grubej, czarnej skóry, na dodatek zabezpieczone zardzewiałą metalową klamrą. Nie sądzę, by na całym świecie znalazło się jeszcze dziś więcej niż pół tuzina takich egzemplarzy, gdyż oryginalny nakład był niewielki, a gdy rozeszła się pogłoska o tym, jak zginął autor, liczni posiadacze książki w popłochu ją spalili.
Von Junzt przez całe trwające w latach 1795–1840 życie zajmował się zakazanymi problemami, zjeździł cały świat, był członkiem niezliczonych tajnych stowarzyszeń, a także z pasją studiował mało znane ezoteryczne książki i rękopisy. W Czarnej Księdze, w której można znaleźć fragmenty niezwykle jasne, ale też bardzo zawiłe, zdarzają się stwierdzenia, od których myślącemu czytelnikowi krew lodowacieje z żyłach. Gdy czyta się to, co von Junzt ośmielił się powierzyć drukowi, nieuchronnie zaczyna się myśleć o tym, czego nie ważył się powiedzieć publicznie. Przez ostatnie miesiące przed śmiercią zaciekle pracował nad rękopisem, którego stronice leżały podarte i rozrzucone na podłodze starannie zamkniętego pokoju, gdzie znaleziono go martwego ze śladami szponów na szyi. A wiedząc o tym, czy można nie zadawać sobie pytania, o jakich tajemnych kwestiach traktował ten manuskrypt? Na to pytanie jednak nie uzyskamy odpowiedzi, gdyż najbliższy przyjaciel von Junzta, Francuz Alexis Ladeau, odcyfrowawszy poskładane strzępy, spalił je, a następnie poderżnął sobie gardło.
Ale nawet treści opublikowane są dostatecznie wstrząsające, nawet jeśli ktoś skłonny jest uznać, iż to tylko majaczenia wariata. Do tych zaś niepokojących wzmianek należą informacje o Czarnym Kamieniu, leżącym gdzieś w węgierskich górach niepokojącym głazie, o którym traktuje wiele budzących trwogę legend. Von Junzt niewiele o nim pisał, gdyż głównie zajmował się kultami i czarnoksięskimi przedmiotami, które miały funkcjonować w jego czasach. Tak czy owak, wydaje się, że Czarny Kamień należy do jakiegoś rytuału od dawna już zapomnianego. Ilekroć wspominał o tym głazie, nazywał go jednym z „kluczy”, co jest terminem często przezeń używanym, a stanowiącym jedną z zagadek jego tekstu. Bardzo zwięźle wspomniał o przedziwnych zjawiskach rozgrywających się przy Czarnym Kamieniu podczas przesilenia letniego. W tym kontekście przytacza teorię Ottona Dostmanna, iż jest to pamiątka po najeździe Hunów, ustanowiona dla upamiętnienia zwycięstwa Attyli nad Gotami. Sam von Junzt odrzuca tę koncepcję, nie podając żadnych faktów, jedynie stwierdzając, że wiązanie Czarnego Kamienia z Hunami ma tyle sensu, co łączenie Wilhelma Zdobywcy ze Stonehenge.
Wzmianki o tak dawnych czasach bardzo mnie zainteresowały i po pewnych staraniach udało mi się dotrzeć do nadgryzionej przez myszy i nieco zbutwiałej kopii Die Überreste der verlorenen Imperien (Berlin, 1809, Das Drachenhaus). Jakież czekało mnie rozczarowanie, gdy okazało się, że Dostmann mówi o Czarnym Kamieniu jeszcze mniej niż von Junzt, oznajmiając tylko, iż to artefakt o wiele bardziej współczesny niż grecko-rzymskie ruiny w Azji Mniejszej, którymi interesował się przede wszystkim. Przyznał, że na głazie można dostrzec jakieś zamazane postacie, ale jego zdaniem z pewnością można orzec tylko tyle, iż mają one rysy mongoloidalne. I to już niemal wszystko, co udało mi się znaleźć u Dostmanna, jeśli nie liczyć wzmianki o wiosce, obok której znajduje się Czarny Kamień: Stregoicavar. To nazwa nader złowieszcza, znaczy bowiem coś w rodzaju „Czarcia Wieża”. Przetrząsnąłem wprawdzie wszystkie dostępne przewodniki i reportaże podróżników, ale nie znalazłem żadnych więcej informacji.
Stregoicavar, którego nie udało mi się znaleźć na żadnej mapie, miało znajdować się w zapadłej, odległej od jakichkolwiek tras turystycznych okolicy. Natomiast dała mi do myślenia lektura Magyar Folklore Dornly’ego. W rozdziale poświęconym snom i podejściu do nich wspomina o Czarnym Kamieniu, a także dotyczącym go przekonaniom, między innymi, iż jeśli ktoś prześpi się w jego pobliżu, będzie już odtąd do końca życia dręczony przez nocne zmory, a także, że zdaniem okolicznych chłopów, ciekawscy, którzy odważyli się odwiedzić Kamień w noc przesilenia letniego, zmarli ogarnięci szaleństwem z powodu czegoś, co zobaczyli.
Nic więcej w tej książce nie znalazłem, niemniej jednak złowieszcza aura otaczająca Kamień tylko potęgowała moje zainteresowanie. Wzmianki o mrocznej przeszłości czy niezwykłych zdarzeniach w noc przesilenia letniego poruszały jakieś głęboko skryte struny w mojej duszy, co można by przyrównać do niejasnych wrażeń, jakie wywołuje w nas nie dźwięk, lecz sama obecność jakichś podziemnych rzek.
Wtedy zupełnie nieoczekiwanie zobaczyłem związek pomiędzy Czarnym Kamieniem a tajemniczym, fantazyjnym poematem Ludzie monolitu, którego autorem był oszalały poeta Justin Geoffrey.
Dotarłem do informacji, że Geoffrey napisał utwór w trakcie podróży po Węgrzech i niepodobna było wątpić, że owym tytułowym monolitem był właśnie Czarny Kamień. Przy ponownej lekturze tych wersetów poczułem te osobliwe podświadome drgnięcia, których doznałem przy pierwszych informacjach o głazie.
Ponieważ już wcześniej rozmyślałem o miejscu na spędzenie krótkich wakacji, teraz zapadła decyzja: jadę do Stregoicavar. Starodawny pociąg powiózł mnie z Timişoary do miejsca możliwie najbliższego mego celu. Do upatrzonej wioseczki położonej wysoko w żyznej dolinie między jodłowymi stokami dotarłem po trzydniowej jeździe trzęsącym się powozikiem. Sama ta podróż przebiegła bez żadnych szczególnych wydarzeń, warto jednak wspomnieć, że po drodze minęliśmy pole bitwy pod Schomvaal. Tam w roku 1526 bohaterski rycerz polsko-węgierskiego pochodzenia, hrabia Borys Włodzimierski, poległ w starciu z zalewającą Europę Wschodnią osmańską armia Sulejmana Wspaniałego.
Kiedy woźnica wskazał mi spiętrzony na pobliskim wzgórzu wielki stos kamieni, pod którymi miały lec zwłoki dzielnego hrabiego, przypomniał mi się fragment z Wojen tureckich Larsona. „Po zakończeniu potyczki — w której Włodzimierski na czele swych skąpych sił odepchnął turecką awangardę — kiedy hrabia stał pod silnie nadkruszonymi murami zamku na wzgórzu i rozkazywał, jak rozlokować oddziały, adiutant podał mu nieduże lakierowane puzdro zdjęte z ciała poległego w trakcie starcia słynnego tureckiego skryby i historyka Selima Bahadura. Hrabia uniósł wieko, wydobył ze środka pergamin i zaczął czytać, ale bardzo szybko straszliwie zbladł, na powrót umieścił tekst w szkatułce, tę zaś schował w zanadrze. Dokładnie w tym momencie turecka artyleria znienacka otworzyła ogień, za cel biorąc stary zamek. Węgrzy w przerażeniu patrzyli, jak stare mury się walą, całkowicie grzebiąc mężnego hrabiego. Pozbawione wodza oddziały rychło zostały rozbite w puch, a w późniejszych pełnych wojen latach ciała Włodzimierskiego nigdy nie odnaleziono. Obecnie miejscowi wskazują wielką kamienną ruinę, pod którą, jak twierdzą miejscowi, nadal spoczywają doczesne szczątki hrabiego Borysa”.
Stregoicavar okazało się senną wioseczką, zupełnie niepasującą do znaczenia swej nazwy: ot, zapomniana pipidówka, spokojnie wegetująca poza szlakami postępu. Urocze gospodarstwa, sympatyczne stroje i zwyczaje tutejszych pochodziły jeszcze z zeszłego stulecia. Mieszkańcy okazali się mili, ciekawi, ale nie natarczywi, chociaż przybysze ze świata stanowili tu całkowitą rzadkość.
— Przed dziesięcioma laty przebywał tu u nas przez kilka dni inny Amerykanin — oznajmił właściciel gospody, w której się zatrzymałem. — Taki młody dziwak, nic tylko coś mruczał do siebie, chyba poeta, jak sądzę.
Musiało mu chodzić o Justina Geoffreya.
— Ma pan rację, poeta — potwierdziłem. — Napisał nawet utwór o tutejszej okolicy.
— Naprawdę? — Mój gospodarz był wyraźnie pod wrażeniem tej informacji. — Wszyscy ci znani poeci dziwnie mówią i się zachowują, ale ten to już musiał nie lada zasłynąć, bo ja niczego nie rozumiałem z tego, co mówił i jak postępował.
— No cóż — odpowiedziałem — większość artystów zdobywa uznanie dopiero po śmierci.
— To co, nie żyje?
— Zmarł przed pięcioma laty, szarpiąc kraty domu dla obłąkanych.
— Szkoda, naprawdę szkoda. — Gospodarz ze współczuciem pokiwał głową. — No ale za długo się gapił na Czarny Kamień.
Serce skoczyło mi do gardła, lecz powiedziałem obojętnym tonem, aby ukryć swe zainteresowanie:
— O tym Czarnym Kamieniu coś słyszałem, chyba znajduje się gdzieś tu w pobliżu, mam rację?
— Znacznie bliżej, niż chcieliby pobożni chrześcijanie — odparł. — Niech pan sam spojrzy! — Pociągnął mnie do kratkowanej okiennicy i wskazał na porośnięty jodłami stok. — Tam za tą sterczącą skałą znajduje się ten przeklęty kamień. Ach, gdyby tak zmełł go ktoś na proch, żeby później Dunajem spuścić do oceanu! Znajdowali się tacy, którzy próbowali go rozbić czy to młotem, czy kilofem, ale każdy taki śmiałek bardzo źle kończył. No więc teraz już go ludzie nie tykają.
— A niby dlaczego wiąże się z nim jakieś zło?
— Bo to szatańska jest rzecz — odparł z niechęcią mój rozmówca, którym wstrząsnął wyraźny dreszcz. — Dzieckiem jeszcze byłem, gdy gdzieś tam z nizin przyszedł taki jeden i strasznie się naśmiewał z naszych obyczajów. Na tyle był głupi, że w czas przesilenia letniego polazł do Czarnego Kamienia, ale do wioski dokuśtykał z powrotem zupełnie już głuchy i oszalały. Coś mu tam padło na mózg i język przetrąciło, bo już aż do śmierci, na którą zresztą nie musiał długo czekać, jeśli się odezwał, to albo bełkotał, albo wygadywał jakieś bluźnierstwa. Z kolei mój siostrzeniec zabłąkał się kiedyś w górach i spędził noc w lesie koło Kamienia, a teraz kiedy jest już zupełnie dorosły, męczą go straszne sny, tak że przewraca się w pościeli, krzyczy i budzi zlany zimnym potem. No, już dobrze, zmieńmy temat, bo to nie są rzeczy nadające się do rozmowy.
Kiedy wspomniałem, że gospodarka wygląda na całkiem starą, wypiął pierś i odparł z dumą:
— A jakże, fundamenty położono przed czterystu laty i był to jedyny budynek w całej wiosce, którego nie spaliły te diabły Sulejmana. Powiadają, że to właśnie w tym domu miał swoją kwaterę ten skryba Selim Bahadur, kiedy pustoszyli całą okolicę.
Dowiedziałem się, że obecni ludzie ze Stregoicavar nie są potomkami tych, którzy zamieszkiwali tutaj podczas najazdu tureckiego w roku 1526. Muzułmańscy najeźdźcy pozabijali wszystkich ludzi z wioski i okolicy. Mordowali niezależnie od płci i wieku, zostawiając po sobie tylko głuche, wymarłe pustkowia. Ludzie obecnie mieszkający w Stregoicavar są potomkami osiedleńców z nizin, którzy nadciągnęli tutaj, kiedy Turcy się wycofali.
Gospodarz mówił o wymordowaniu pierwotnych tuziemców bez specjalnego oburzenia, zresztą rychło się od niego dowiedziałem, że mieszkańcy z nizin odnosili się do ludzi z gór z jeszcze większą niechęcią, a nawet wrogością niż do Turków. Wyjaśniając przyczyny tej antypatii, wspomniał ogólnikowo, że dawni mieszkańcy Stregoicavar zwykli byli urządzać wyprawy na niziny w celu porywania kobiet i dzieci. Podkreślił zresztą, że kwestia rodowodu tamtych jest nader skomplikowana, gdyż ich pierwotne korzenie węgierskie i słowiańskie stopniowo więdły, słabły i marniały, w jakiejś mierze na skutek małżeństw zawieranych między osobami spokrewnionymi. Podsumowując tę kwestię, powiedział, że żyli jak poganie i pogańskie kultywowali wierzenia.
Nie będę ukrywał, że do tych historyjek przywiązywałem niewielką wagę, gdyż przypominały mi opowieści o tym, jak to plemiona celtyckie zmieszały się z ongiś pierwotnymi ludami śródziemnomorskimi, czego efektem pośród wzgórz Galloway mieli być Piktowie, odgrywający tak gigantyczną rolę w szkockich legendach. Trzeba powiedzieć, że upływ czasu osobliwym cieniem kładzie się na przekazywanej z pokolenia na pokolenie wiedzy, w czego efekcie miałyby jakieś pradawne ludy wnieść zapomniany później wkład do opowieści piktyjskich. Przypuszczałem, że na podobnej zasadzie przypisywane pierwotnym mieszkańcom Stregoicavar prymitywne cechy najpewniej były echem mitów zrodzonych przez najazdy Hunów i Mongołów.
Następnego ranka po przyjeździe otrzymałem od gospodarza lękliwe wyjaśnienia, w jaki sposób dotrzeć do Czarnego Kamienia. Kilka godzin wspinałem się po jodłowym stoku, aż wreszcie dotarłem do sterczącej pionowo nierównej, solidnej ostrogi kamiennej. Za nią wspinała się wąska ścieżynka, z której rozpościerał się widok na spokojną dolinę Stregoicavar, jakby uśpioną między górskimi zboczami. Na dnie kotliny zobaczyłem kilka gospodarstw, ale po przeciwnej jej stronie, zupełnie jakby wioska starała się trzymać jak najdalej od Czarnego Kamienia.
Grań była mocno zarośnięta i musiałem się trochę przedzierać przez gęstwinę, zanim dotarłem do szerokiej polany, pośrodku której widniał posępny czarny głaz. Nie ulegało wątpliwości, iż kiedyś był gładko wypolerowany, teraz jednak były na nim gęste rysy, najpewniej będące efektem prób zniszczenia go. Młotom udało się jednak tylko odłupać kawałki głazu i pokiereszować znaki, które spiralnie wspinały się od góry do szczytu. Aż do wysokości trzech metrów były tak zniszczone, że niełatwo było nawet odgadnąć, w jakim zwrócone są kierunku. Nieco wyraźniejsze uchowały się na górze, a więc kiedy wspiąłem się odrobinę, mogłem im się lepiej przyjrzeć z bliska. Były bardzo zniekształcone, jednak nabrałem pewności, że nie mogą wyrażać żadnego ze znanych nam języków. Ponieważ bardzo dobrze się orientuję we wszystkich znanych filologom i badaczom hieroglifach, mogę z wielkim przekonaniem stwierdzić, że nigdy wcześniej nie zetknąłem się z podobnymi znakami. Najbardziej jeszcze podobne były do surowych nacięć na wielkiej i zaskakująco symetrycznej skale w jednej z zapomnianych dolin na Jukatanie. Pamiętam, że kiedy pokazałem je towarzyszącemu mi archeologowi, ten wyraził przypuszczenie, że są one efektem albo warunków atmosferycznych, albo jakimiś nieporadnymi rytami indiańskimi. Na moje przypuszczenie, że mogła to być podstawa jakiejś od dawna już nieistniejącej kolumny, tylko się zaśmiał, oznajmiając, że jeśli miałyby być zachowane reguły symetrii architektonicznej, kolumna taka musiałaby być wysoka na trzysta metrów. Nie upierałem się, ale nie byłem przekonany.
Nie twierdzę, że znaki na Czarnym Kamieniu były podobne do tych z Jukatanu, a chodzi mi jedynie o to, że jakoś sobie odpowiadały. Natomiast w prawdziwe zakłopotanie wprawiła mnie sama substancja głazu. Jak już wspomniałem, był solidnie pokiereszowany, wydawało się jednak, że oryginalnie jego powierzchnia budziła wrażenie półprzezroczystości.
Spędziłem tam całe przedpołudnie i wróciłem nader skonsternowany. Czarny Kamień tak dalece nie przywodził mi na myśl żadnego innego artefaktu, że nie mogłem opędzić się od myśli, iż przed wieloma wiekami stworzyły go jakieś obce, nieludzkie ręce.
Zbyteczne jest więc chyba dodawać, że gdy wracałem do wioski, moje zainteresowanie ani odrobinę nie zmalało. Chciałem dalej zgłębiać tę kwestię, aby może ostatecznie ustalić, co to były za dłonie i jakiemu tajemniczemu celowi miał służyć Czarny Kamień.
Odszukałem wspomnianego przez gospodarza siostrzeńca i zacząłem go wypytywać o dręczące sny, chociaż jednak z pewnością chciał mi pomóc i nie wymigiwał się od rozmowy o nich, nie był w stanie przedstawić żadnego klarownego opisu. Wprawdzie powtarzały się, a gdy go dopadały, były niesłychanie żywe, to na jawie nie zostawiały w jego pamięci niemal żadnych śladów, jeśli nie liczyć chaotycznie miotających się postaci, buchających płomieni oraz nieustającego łomotu bębnów. A właściwie było jeszcze jedno wspomnienie: otóż raz Czarny Kamień ukazał mu się we śnie nie na górskim stoku, lecz jako zwieńczenie wieży gigantycznego zamku.
Jeśli chodzi o innych mieszkańców, ci absolutnie nie chcieli rozmawiać o Czarnym Kamieniu z wyjątkiem tylko nauczyciela, który niezależnie od szerokiego wykształcenia, o wiele więcej jeździł po świecie niż cała reszta miejscowych.
Bardzo się zainteresował tym, co mu opowiedziałem o uwagach von Junzta na temat Kamienia, a także gorąco poparł jego opinię na temat starodawności monolitu. Był przekonany, że ongiś w pobliżu odbywały się sabaty czarownic i nie wykluczał, że wszyscy pradawni mieszkańcy Stregoicavar byli wyznawcami kultu płodności, który kiedyś groził podkopaniem europejskiej cywilizacji i zrodził opowieści o złowrogich zgromadzeniach wiedźm. Twierdził, iż za jego opinią przemawia najpierwotniejsza nazwa wioski, ta bowiem wedle legend miała brzmieć Xuthltan i oznaczała miejsce, na którym przed wieloma wiekami pobudowano wieś.
Informacja ta znowu ogromnie mnie zaniepokoiła, gdyż owa barbarzyńska nazwa nie wskazywała na żadne związki ze Scytami, Słowianami czy Mongołami, z którymi w normalnych warunkach pierwotni mieszkańcy tych gór powinni być spokrewnieni.
Zdaniem nauczyciela, o tym, że żyjący na nizinach Węgrzy i Słowianie uważali pradawnych mieszkańców wioski za czcicieli kultu czarownic, świadczyła owa nazwa Xuthltan, której używano nawet po tym, jak Turcy wymordowali pradawnych tubylców, wioskę zaś odbudowali i zaludnili ludzie zupełnie innego pochodzenia.
Nie przypuszczał, by rzecznicy tego kultu stworzyli ów monolit, sądził jednak, że stanowił centrum ich życia, a legendy pochodzące z czasów sprzed najazdu tureckiego skłaniały go do koncepcji, iż wynaturzonym mieszkańcom wioski służył on za ołtarz, na którym dawnym przodkom składano ofiary z kobiet i dzieci porywanych na nizinach.
Natomiast z lekceważeniem odnosił się do opowieści o przedziwnych zdarzeniach podczas nocy przesilenia letniego, jak również do legendy o straszliwym bóstwie, do którego rzecznicy czarownic z Xuthltan mieli wznosić hymny oraz w imię którego biczowali się i zarzynali ofiary.
On sam podczas równonocy wiosennej nigdy nie odwiedził Kamienia, ale, jak twierdził, wcale by się tego nie bał, cokolwiek bowiem istniało tam czy działo się w dawnych czasach, zdążyło się już rozmyć we mgle czasu i zapomnienia. Czarny Kamień stracił swoje dawne znaczenie, a teraz był już pomostem do martwej, skrytej w mgłach przeszłości.
*
Aż wreszcie kiedy mniej więcej tydzień po tym, jak przybyłem do Stregoicavar, wracałem późno z wizyty u nauczyciela, nagle uświadomiłem sobie, iż oto zbliża się owa noc przesilenia letniego, z którą legendy tak usilnie wiązały Czarny Kamień. Minąłem gospodę i przemknąłem przez wioskę. Wszędzie panowała cisza, mieszkańcy wcześnie kładli się spać. Nie widziałem nikogo, gdy pośród rozszeptanej ciemności zacząłem się wspinać po górskim stoku. Nad doliną zawisł wielki księżyc, wszędzie, gdzie się dało, wciskając swoją srebrzystą poświatę i rzucając czarne cienie. Nawet lekki wiatr nie poruszał jodeł, a jednak wszędzie dookoła rozbrzmiewały tajemnicze, trudne do identyfikacji szmery i szepty. Pomyślałem, że właśnie w takiej aurze przed wiekami nagie czarownice śmigały na miotłach, a za nimi mknęli, szydząc, ich diabli pobratymcy.
Kiedy zbliżyłem się do skał, z pewnym niepokojem skonstatowałem, że w blasku księżyca zyskały nieobecny dotąd wygląd, gdyż teraz prezentowały się nie jako turnie i ostrogi, lecz ruiny jakichś sterczących ze zbocza cyklopowych czy tytanicznych fortyfikacji. Na ile mogłem, odganiałem od siebie te skojarzenia, a kiedy dotarłem do miejsca, gdzie teren się wypłaszczał, na chwilę przystanąłem, wahając się wejść w las. Wydawał się pełen takiego napięcia, jakby jakieś niewidoczne monstrum wstrzymywało dech, aby nie spłoszyć ofiary. Jeśli zważyć na moment i złą sławę miejsca, trudno się dziwić tym odczuciom, ale nie poddając się im, wstąpiłem w las, wtedy jednak opadło mnie skrajnie nieprzyjemne wrażenie, iż ktoś mnie śledzi, a gdy przystanąłem, poczułem, jak po twarzy przesuwa mi się coś lepkiego.
Dotarłem wreszcie do polany, na której wysoki głaz ponuro wznosił się z trawy. Na skraju lasu po stronie skał leżał kamień, na którym śmiało można było przysiąść. Tak też zrobiłem, myśląc, że to pewnie tutaj oszalały poeta Justin Geoffrey tworzył swoich Ludzi monolitu. Wprawdzie mój gospodarz przypuszczał, że to Kamień spowodował jego obłęd, ja jednak byłem pewien, iż szaleństwo zostało posiane w umyśle poety na długo przed przyjazdem do Stregoicavar.
Zerknąłem na zegarek: zbliżała się północ. Czekałem, czy pojawią się jakieś widma lub upiory. W nocnym wietrzyku, który poruszył gałęzie jodeł, słychać było dźwięk jakichś fujarek snujących osobliwie groźną melodię. Poczułem senność, wprawdzie walczyłem z nią, jednak nie potrafiłem się oprzeć. Miałem wrażenie, że głos dziwnie zniekształcony kołysze się w tańcu, a potem zapadłem w sen.
*
Otworzyłem oczy i próbowałem wstać, ale nie mogłem się w ogóle ruszyć, zupełnie jakby pochwycony jakąś lodowatą dłonią. Ogarnęło mnie przerażenie. Polana nie była już bezludna, gdyż zapełniał ją milczący tłum przedziwnych istot, a moje wybałuszone oczy wychwytywały szczegóły ich barbarzyńskich strojów, które, jak podszeptywał mi rozum, nawet w najbardziej zagubionych częściach świata byłyby archaiczne i zapomniane. Pomyślałem, że to z całą pewnością owi pradawni mieszkańcy, którzy przybyli odprawiać swoje rytuały, ale kiedy dokładniej się przyjrzałem, uznałem, że nie mogą to być ludzie z Stregoicavar. Byli krępi, mieli szerokie, tępe twarze z nisko osadzonymi brwiami. Rozpoznawałem rysy słowiańskie i węgierskie, tyle że osłabione na skutek zmieszania z jakimś innym dziedzictwem, którego nie byłem w stanie zidentyfikować. W wielu przypadkach odziani byli w skóry dzikich zwierząt i niezależnie od płci przywodzili na myśl bestie. Byłem pełen obrzydzenia nimi i przerażony, tymczasem w ogóle nie zwracali na mnie uwagi. Ustawili się rozległym półkolem przed monolitem i wznieśli śpiew, w zgodnym rytmie wyrzucając w górę dłonie i kołysząc tułowiami. Twarze wszystkich wpatrzone były w szczyt Kamienia, do którego najpewniej się zwracali. Ale najbardziej zdumiewający był ton głosów: chociaż odlegli ode mnie o góra pięćdziesiąt metrów mężczyźni i kobiety dziko śpiewali, ile mieli tchu w piersiach, do mnie docierał tylko pomruk tak niezrozumiały i stłumiony, jakby biegł przez ogromne rozłogi przestrzeni… lub czasu.
Przed monolitem stał kocioł, znad którego kręgami wznosił się wstrętny mdlący, żółtawy dym przywodzący na myśl wielkiego, ruchliwego węża. Po jednej stronie kotła leżały dwie postacie: naga dziewczyna ze spętanymi kończynami oraz dziecko najwyżej kilkumiesięczne. Po drugiej stronie przykucnęła odrażająca stara wiedźma, trzymająca między kolanami czarny bębenek, w który z wolna uderzała, aczkolwiek żaden dźwięk do mnie nie docierał.
Roztańczone korpusy ciał zaczęły kołysać się coraz szybciej, aż wreszcie pomiędzy zebranych i Kamień wskoczyła naga młoda dziewczyna z płomiennymi oczyma i rozwianymi czarnymi włosami. Wirując na palcach stóp, zbliżyła się do monolitu, by zwalić się przed nim i zastygnąć nieruchomo. Już po chwili w ślad za nią podążył okryty kozią skórą mężczyzna, którego twarz była zupełnie skryta za maską z wilczego łba — w efekcie wyglądał jak potworny, na pół ludzki, a na pół zwierzęcy upiór. W ręku trzymał pęk jodłowych gałęzi związanych z grubszej strony, a z szyi zwisał mu ciężki, lśniący w blasku księżyca łańcuch ze złota. Doczepione do niego ogniwo sugerowało jakiś jeszcze wisiorek, którego jednak nie było.
Reszta jeszcze energiczniej potrząsała ramionami i chyba jeszcze bardziej wzmogła wrzaski, których nie słyszałem, podczas gdy tamten wyczyniał najróżniejsze skoki i fikołki. Znalazł się przy leżącej obok Kamienia niewieście, zaczął ją chłostać, a wtedy poderwała się i puściła w taniec tak szaleńczy, że nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Dręczyciel towarzyszył jej, a każdy jej pląs nagradzał okrutnymi smagnięciami nagiego ciała. Wykrzykiwał przy tym ciągle to samo słowo, które powtarzali za nim zebrani. Widziałem, jak poruszają wargami. Skądś, jakby z wielkiej oddali dolatywał zmieszany bezład ich ekstatycznych głosów. Nie byłem jednak w stanie rozpoznać, co to za słowo.
Tancerze wirowali więc w dzikich pląsach, natomiast pozostali rytmicznie poruszali rękami i tułowiami. Szaleństwo migotało w oczach i jednych, i drugich, nie inaczej też rzecz się miała z walącą w bębenek staruchą.
Krew spływała po nogach tancerki, ale zdawało się, że chłośnięcia tylko ją pobudzają do bardziej opętanego ruchu. Gęste smugi żółtego dymu niczym złowrogie macki obejmowały oboje pląsających, dlatego też wydawało się, że to znikali w cuchnącej mgle, to się z niej wynurzali. Nieprzerwanie ciskając się w szaleńczym tańcu pomimo krwawych razów, kobieta w końcu przypadła do kotła i objęła go rozdygotana. Tymczasem chlaśnięcia spadały na nią z niemalejącym okrucieństwem, ona zaś zaczęła pełznąć po ziemi w stronę Kamienia, podczas gdy kapłan — bo uznałem, że tym był okrutnik — postępował za nią, nieprzerwanie katując. Zostawiając za sobą krwawą smugę, doczołgała się wreszcie do monolitu i chwyciwszy go oburącz, zaczęła wstawać, czemu towarzyszyły jej ekstatyczne, pełne uwielbienia pocałunki.
Domniemany kapłan cisnął wysoko w powietrze zakrwawioną rózgę, wtedy zaś cała reszta z wyciem i pianą na twarzach rzuciła się na siebie w ataku bestialstwa, kąsając, kalecząc, szarpiąc, zdzierając z siebie okrycia, a nawet skórę. Tymczasem kapłan pochwycił niemowlę i wyrzucił je rozkrzyczane wysoko w powietrze, a pochwyciwszy z powrotem, jednym machnięciem roztrzaskał jego czaszkę o Kamień. Zesztywniały z przerażenia patrzyłem, jak łapczywymi palcami rozdziera małe ciałko, wysysa z niego krew, by na koniec cisnąć zwłoki do rozpalonego kotła. Płomienie żarłocznie trysnęły w górę, w odpowiedzi na co znowu rozbrzmiało owo tajemnicze słowo. Następnie znienacka wszyscy rzucili się na ziemię, wijąc jak węże, kapłan zaś w triumfalnym geście wyrzucił w powietrze ociekające krwią dłonie. Usiłowałem wydobyć z siebie wrzask przerażenia, ale z mego gardła wydostało się tylko chrypienie, a na szczycie monolitu pojawiła się rozkraczona, podobna do ropuchy istota.
Przyglądałem się jej napuchniętej, wstrętnej, odrażającej postaci, a w jej wybałuszonych ślepiach widziałem skumulowane chciwość, okrucieństwo, nikczemność, które wcielali w czyn ludzie od chwili, gdy ich przodkowie zeszli z drzew. W tych ślepiach osadziła się pamięć wszystkich tych tajemnic i sekretów, które skryły się w głębinach oceanów wraz z zatopionymi miastami i królestwami. Tak właśnie za sprawą owej ropuszej istoty okrucieństwo, sadyzm, krwiożerczość zwalały się na czcicieli, przyprawiając ich o przeraźliwe szaleństwo.
Aż wreszcie odziany w wilczy łeb kapłan podniósł z ziemi skrępowaną kobietę i uniósł w powietrze ku przycupniętej na Kamieniu ohydzie, kiedy zaś ta przywarła pyskiem do nieszczęśniczki, na szczęście straciłem przytomność.
*
Gdy się ocknąłem, był już świt. W pamięci natychmiast odżyły nocne doświadczenia, zerwałem się przeto i rozejrzałem dookoła. Niknący księżyc w milczeniu spoglądał na trawę, która niezdeptana kołysała się w porannym wietrze. Zrobiłem parę kroków ku miejscu, gdzie rozgrywały się szaleńcze pląsy, a skatowana tancerka czołgała się do Kamienia, ale nigdzie nie zobaczyłem najmniejszego choćby śladu. Rzuciłem się do głazu, pamiętając, jak brutalnie zostało zmasakrowane niemowlę, lecz nie znalazłem na monolicie żadnych resztek mózgu ani plam krwi.
A więc był to sen! Straszliwa zmora albo… Bezradnie wzruszyłem ramionami, gdyż niepojęta była dla mnie wyrazistość tych opisanych wyżej scen.
Wróciłem do wioski i przez nikogo niewidziany wśliznąłem się do gospody, gdzie zadumałem się nad swymi przeżyciami. Coraz mniej przekonywała mnie teoria sennego widziadła. Nie wątpiłem, że to, co widziałem, nie miało materialnego podłoża, przypuszczałem jednak, że doświadczyłem czegoś w rodzaju lustrzanego odbicia przedziwnie jakoś ugrzęzłej w Kamieniu przeszłości. Jak jednak upewnić się w słuszności tego przypuszczenia? Skąd zaczerpnąć dowód, że byłem świadkiem zgromadzenia upiorów, które nie stanowiły jedynie płodów mego umysłu?
Znienacka błysnęła mi w głowie odpowiedź: Selim Bahadur! Zgodnie z legendą ów żołnierz, który parał się też pisaniem, należał do tej części armii Sulejmana, która spustoszyła Stregoicavar. Nasuwało się logiczne podejrzenie, że z tej skrwawionej ziemi udał się wprost do Schomvaal, gdzie przeznaczony mu był zgon. Poderwałem się z nagłym okrzykiem, gdyż przypomniał mi się znaleziony przy zwłokach Bahadura rękopis, który tak wstrząsnął hrabią Włodzimierskim. Czy manuskrypt ten opowiadał, co zwycięscy Turcy znaleźli w Stregoicavar? Co jeszcze innego mogło tak przerazić mężnego Polaka? A skoro nigdy nie odnaleziono jego zwłok, to czyż owa lakierowana szkatułka nie powinna nadal znajdować się w ruinach, które się zwaliły na Włodzimierskiego? Gwałtownie zacząłem pakować swoje rzeczy.
Trzy dni później znalazłem się w wioseczce położonej nieopodal pola bitwy, a gdy wzeszedł księżyc, zastał mnie grzebiącego z pasją w kamienistej ruinie. Była to katorżnicza praca, która trwała aż do świtu, a ja sam nie wiem, jak udało mi się jej dokonać.
Słońce właśnie wstawało, kiedy odgarnąłem ostatnią warstwę kamieni, spod której wynurzyły się skąpe szczątki hrabiego Borysa Włodzimierskiego. Pomiędzy ledwie kilkoma pokruszonymi kośćmi widniała pokiereszowana lakierowana szkatułka.
Łapczywie ją pochwyciłem, a ukrywszy kości pod kilkoma kamieniami, czym prędzej wróciłem do gospody, lękałem się bowiem, że gdyby ktoś mnie zobaczył, mógłby oskarżyć o profanację doczesnych szczątków.
Znalazłszy się w izbie, otworzyłem szkatułkę. Znalazłem w niej nie tylko stosunkowo dobrze zachowany rękopis, ale także owinięty w jedwab jakiś kanciasty przedmiot. Z jednej strony aż się paliłem, żeby stwierdzić, czy pożółkłe stronice zawierały rozwiązanie tajemnic, zarazem jednak… byłem nazbyt zmęczony. Od chwili opuszczenia Stregoicavar niemal nie zmrużyłem oka, a całonocne wysiłki ogromnie mnie znużyły. Na przekór więc samemu sobie musiałem się położyć do łóżka, a zbudziłem dopiero o zachodzie słońca.
Szybko przełknąłem kolację, a potem w chwiejnym blasku świecy zacząłem zgłębiać zapisany na pergaminie turecki tekst. Nie przyszło mi to łatwo, gdyż niezbyt biegle posługuję się tym językiem, a dodatkową przeszkodę stanowił archaiczny styl. Łączyłem jednak pojedyncze zrozumiałe słowa i frazy, a im dalej się posuwałem, tym bardziej rosło moje przerażenie, krew coraz wolniej płynęła mi w żyłach, pojawiły się też ciarki na grzbiecie i suchość w ustach. Zdało się zresztą, jakby cały świat zewnętrzny komentował tę lekturę, owady bowiem bzyczały, jak gdyby był to pomruk jakichś upiorów, zaś podmuchy wiatru przywodziły na myśl posępne westchnienia nad marnością ludzkiego losu.
Kiedy w końcu świt począł zaglądać do okien, odłożyłem rękopis i odwinąłem rzecz opakowaną w jedwab. Wpatrując się w nią zapuchniętymi oczyma, wiedziałem, że kwestia jest już przesądzona, nawet jeśli byłyby podstawy, by wątpić w wiarygodność manuskryptu.
Oba przedmioty odłożyłem do szkatułki, pewien, że nie zatroszczę się o odpoczynek, sen ani jadło, dopóki kasetka obciążona kamieniami nie legnie w głębinie Dunaju, aby może zwrócił je piekłu, skąd oba znaleziska musiały pochodzić.
Owej równonocy nie śniłem na wzgórzach nad Stregoicavar. Miał szczęście Justin Geoffrey, że odwiedził Czarny Kamień za dnia, a potem udał się dalej, gdyby bowiem w nocy stał się świadkiem tego sabatu, już wtedy umysł odmówiłby mu posłuszeństwa. Nie mam pojęcia, jak mnie udało się tego uniknąć.
Tak, nie był to sen; uczestniczyłem w konwentyklu dawno zmarłych czcicieli, którzy wychynęli z Piekieł, aby odprawić pradawne obrzędy, w których duchy kłoniły się przed duchami. Bo też piekło z dawien dawna domagało się czci dla ich obrzydliwego boga. Na długie wieki zaległ między tymi wzgórzami jako niszcząca zdrowie umysłu pozostałość pradawnych wieków, tyle że teraz jego szpony nie mogły już chwytać dusz żywych, gdyż za domenę miał już tylko królestwo zmarłych, duchy tych, którzy służyli mu docześnie.
Nie mam najmniejszego pojęcia, za sprawą jakiej nikczemnej alchemii czy jakich bezbożnych czarów bramy piekieł rozwarły się tej nocy, niemniej byłem świadkiem efektów ich otwarcia. Wiem, że tej nocy nie miałem przed sobą żywych istot, gdyż spisany ręką Selima Bahadura manuskrypt dokładnie opisywał, na co on i jego towarzysze natknęli się w dolinie Stregoicavar. Czytałem więc dokładne opisy bezbożnych okropności, do których przyznawali się torturowani czciciele kultu, a także dowiedziałem się, iż do nieuczęszczanej górskiej jaskini przerażeni Turcy zagnali rozdętego niczym ropucha potwora, gdzie go uśmiercili przy użyciu ognia i stali dawno temu pobłogosławionej przez Mahometa, który wypowiedział przy tym zaklęcia stare już wtedy, gdy Arabia była jeszcze młoda. Ale nawet skrzętna ręka Selima drżała, gdy opisywał wydawane przez monstrum przeraźliwe ryki, od których dygotała ziemia. A razem z nim zginęło także kilku zabójców, jednak skryba nawet nie chciał czy nie mógł opisać, jak to się stało.
Złotą podobiznę tego właśnie koszmarnego bóstwa zerwał Selim z łańcucha na szyi kapłana w wilczej masce, owinął w jedwab i wraz z rękopisem umieścił w szkatule.
I dobrze, że Turcy ogniem i mieczem spustoszyli Stregoicavar. Takie widowiska jak to, którego przypadkiem byłem świadkiem, na szczęście należą już do dawno minionej przeszłości. Jeśli zaś zdarza się, że nawiedzają mnie w nocy dreszcze grozy, to nie z racji owego ropuszego bóstwa. Wraz z hordą swoich czcicieli szamocze się w czeluściach piekielnych, raz w roku na godzinę z nich wypuszczane. Przyczyną ich jest świadomość, że takie barbarzyństwa i bestialstwa nie były kiedyś obce ludzkiej duszy, a wiedząc o tym, lękam się znowu wertować wynurzenia von Junzta. Teraz bowiem rozumiem, dlaczego w jego tekstach pojawia się fraza „Klucze do Zewnętrznych Wrót”, wrót do głębokich otchłani teraźniejszości. I dlaczego w księżycowym świetle skały nad Stregoicavar zdały się bojowymi umocnieniami, zaś nękanemu nocnymi zwidami siostrzeńcowi właściciela tamtejszej gospody Czarny Kamień jawił się jako zwieńczenie olbrzymiego czarnego zamku. Jeśli ludzie zaczną rozkopywać te wzgórza, mogą w ich stokach dotrzeć do niewiarygodnych rzeczy. Bo też jaskinia, w której Turcy zamknęli owo Coś, nie była w istocie zamkniętą pieczarą, ja zaś z dreszczem zgrozy myślę o przepaściach przeszłości leżących między chwilą obecną a czasami, gdy formowała się dopiero postać człowieczeństwa. Oby więc nigdy nikt nie dokopał się do upiornej wieżycy zwanej Czarnym Kamieniem.
Klucz! Ów Klucz do zapomnianego horroru został zepchnięty w otchłanie, z których wypełzał, gdy ludzki świat się dopiero formował. Ale co z innymi przeraźliwymi możliwościami, o których napomykał von Junzt? Co z morderczym uściskiem, który zakończył jego życie? To, co wyczytałem u Selima Bahadura, nie pozwala mi już wątpić w żadne stwierdzenia Czarnej Księgi. Nie zawsze człowiek panował na ziemi, a czy na pewno teraz panuje?
Mnie zaś nawiedza myśl: jeśli tak upiornej mocy jak Władca Monolitu udało się przetrwać w przepaściach przeszłości, ileż może być jeszcze na świecie podobnych mrocznych miejsc?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Czarny Kamień
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
