Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę ebook

Amanda Michalopoulou  

3 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 329 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę - Amanda Michalopoulou

Ateny, lata 70’ XX wieku. Dwie dziewięciolatki  poznają się wkrótce po upadku Junty czarnych pułkowników. Anna jest córką inteligentów o lewicowych poglądach, którzy wyjechali do Paryża w obawie przed represjami. Maria wraz z konserwatywnymi rodzicami przyjechała z drugiej strony globu, ze skolonizowanej Afryki. Ich burzliwą przyjaźń przerywa drastyczne wydarzenie. Jak długo uda im się czerpać radość, bazując na wspomnieniach i nostalgii za minionymi czasami, kiedy spotkają się po latach?


Toksyczna przyjaźń przez 25 lat przeplata się z politycznym życiem, posyłając czytelnika w wyjątkową podróż do nie tak odległej greckiej rzeczywistości. Powieść Amandy Michalopoulou opowiada o Grecji  po upadku reżimu, „dyktaturze” kobiecej przyjaźni, mrocznych obszarach ludzkiej duszy jak zazdrośc czy odrzucenie, młodzieńczym buncie oraz relacjach, które prześladują nas przez całe życie.

Opinie o ebooku Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę - Amanda Michalopoulou

Fragment ebooka Dlaczego zabiłam moją najlepszą przyjaciółkę - Amanda Michalopoulou

Tytuł oryginału greckiego:Γιατί σκότωσα την καλύτερή μου φίλη

Redakcja:Elżbieta Regulska-Chlebowska

Korekta:Agnieszka Radtke, Małgorzata Wiśniowska-Deluga

Projekt okładki: Magdalena Kocińska | O!Studio, o-studio-dtp.com

Projekt układu typograficznego: Wioletta Kowalska | Violet Design, violetdesign.pl

© by Amanda Michalopoulou, 2014

© for the Polish translation by Alicja Kotecka, 2016

© for the Polish edition by Książkowe Klimaty

e-ISBN: 978-83-65595-17-1

Chciałbym, by moje książki były jakkoktajle Mołotowa albo pola minowe,by po użyciu zamieniały się w popiółjak sztuczne ognie.

Michel Foucault, marzec 1977

Czy staliśmy się tym, czego zamierzaliśmy uniknąć?

Fragment piosenki MolokoAbsent Minded Friends

Pierwszy

Wśrodku lekcji wpadło do klasy dzikie zwierzę. Podskakiwało na grzbiecie wyimaginowanego konia, tratując kartki papieru, parskając igryząc. Zanim się obejrzałam, powaliło mnie na ziemię. Udało mi się dostrzec jedynie oko wyglądające zza blond czupryny.

– Niaaaar! – ryczało. – Jestem tygrysem! Rozerwę cię na strzępy!

Siedzieliśmy zpierwszakami wkółku irysowaliśmy, jak każdego popołudnia. Ledwie udało mi się ich uspokoić; moją zapłatą był suchy imonotonny odgłos tarcia ołówków okartki papieru. Natasza, nieśmiała dziewczynka zgrupy A2, ujrzawszy mnie leżącą na wznak, podniosła krzyk. Panos wycelował dwa palce iwydał zsiebie serię nieartykułowanych dźwięków – coś pomiędzy karabinem maszynowym apluciem. Tygrys ruszył wjego stronę iugryzł go wlufę. Zanim mały otrząsnął się zszoku, tygrys był zpowrotem na mnie iwypróbowywał nowe ryki. Wprogu stała Saroglu – kierowniczka sekcji artystycznej. Trzymała się za serce.

– Mój Boże, Mario! Wyślizgnęła mi się zrąk...

Chwyciłam dziecko za nadgarstki, żeby je unieruchomić. Akurat sztukę łapania dzieci za nadgarstki mam świetnie opanowaną.

– Co się stało? Nawet nie zauważyłam, jak…

– Wżyciu nie widziałam czegoś podobnego. Co za źle wychowane dziewuszysko!

– Jak się tu znalazła?

– Jest nowa. Nazywa się Dafne Maluchu. Przeprowadzili się całą rodziną zParyża. Rodzice są bardzo zapracowani ipoprosili, żeby przyjąć ją do grupy zrysunkiem. Dasz sobie znią radę?

Dziewczynka nie przestawała szamotać się jak opętana. Wczasie gdy przytrzymywałam jej ręce, wierzgała nogami ipodeptała rysunek Nataszy, która zaczęła płakać rozgoryczona. Teraz zawodziły już wszystkie dzieci. Wnadziei na ich uspokojenie poprosiłam Saroglu, żeby wyszła izamknęła za sobą drzwi. Zaproponowałam im, że wybierzemy się razem do dżungli, zmienimy się wdzikie zwierzęta iwystawimy nasze pazury, tak jak Dafne. Lwiątka zaryczały ipowoli przestały bać się nowej dziewczynki. By ożywić zabawę, zaczęłam wystukiwać opuszkami palców opodłogę rytmtam-tam. Przed oczyma mojej wyobraźni pojawiły się nieproszone afrykańskie obrazy: suya zsosem orzeszkowym na plaży. Oszukana coca-cola. Zabawy zUnto Punto za boiskiem do badmintona.

Dafne miotała się wpodskokach – pół koń, pół tygrys. Poszturchiwała inne dzieci łokciami, wykonując triumfalny pochód dookoła sali, lecz jej głównym celem byłam ja – treserka dzikich zwierząt. Wpadła na mnie, zacisnęła mi ręce na udach. Co za siła! Uniosła głowę iwbiła we mnie wzrok. Przeszły mnie ciarki: ten sam dołeczek wpodbródku. To samo spojrzenie. Ten sam upór. Gdyby jeszcze miała biały ślad na brwi…

– Będziesz już grzeczną dziewczynką?

– Za nic wświecie!

– Dafne, ja nie żartuję!

– Ani ja – odpowiedziała iuszczypnęła mnie wudo.

Upewniła mnie nie tyle wrzawa, która się wokół niej podniosła, ani dowody wpostaci dołeczka, Francji, blond włosów czy ogólnego podobieństwa, ile to uszczypnięcie.

– Jak nazywa się twoja mama? – spytałam.

– Za nic ci nie powiem.

– Twoja mama nazywa się Anna.

– Jesteś czarownicą! – krzyknęła.

– Oczywiście, że jestem czarownicą. Aciebie, jeśli się nie uspokoisz, zmienię na zawsze wtygrysa.

Dziewczynka szeroko rozdziawiła usta, potem przymknęła je iotworzyła jeszcze kilka razy, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Przypominała nasze rybki, tam wIkeji.

Drugi

Kucam na trawie pod palmami, na podwórku naszego domu wIkeji. Jem coś zielonego ichrupiącego, używając obu rąk, ponieważ – jak mówi Gwendolyn – „nie złapiesz pchły jednym palcem”. Naprzeciw mnie stoi fontanna ze złotymi rybkami, którą już osuszono. Nie możemy przeprowadzić się do Aten znaszymi rybkami. Dokąd idą ryby, kiedy ludzie się przeprowadzają? Mam nadzieję, że płyną jakimś odpływem do morza, odnajdują swoją zagubioną rodzinę iprzytulają się, ocierając ołuski, skoro nie mają rąk. Ryby przeprowadzają się bez łez, bez bagaży. Ja imama mamy chusteczki zwyhaftowanymi inicjałami na wypadek łez ikontener do przeprowadzki. Unto Punto wynosi znaszego domu wszystkie rzeczy, nawet moje rolki. Ale nie rzeczy taty. Tata zostanie wNigerii razem ze złotym rybkami.

Jest lato, zaczęła się pora deszczowa. Musimy jednak wyjechać, zanim zacznie się szkoła, żebym mogła przystosować się do „greckiego systemu”. Wgreckim systemie tablica nie jest przedzielona na dwie części, awszystkie dzieci wklasie są wjednym wieku. To dlatego, że jest dużo dzieci wkażdym wieku. Mama mówi, że nie będę wychodzić do szkoły opiątej trzydzieści. Wgreckim systemie szkoły są blisko domu. To októrej będę wychodzić? Osiódmej trzydzieści, anawet później. Ale wtedy trafię na wielki upał, mamusiu, cała się spocę. Ty głuptasku, wGrecji nie ma upałów. Wzimie noszą swetry iciepłe ubrania. Chodzą do kina iteatru.

Grecja jest naszym prawdziwym domem. Afryka – oszukanym. WIkeji czasy są niespokojne. Kiedy słyszysz słowa state emergency, Ibo iHausa albo nazwisko generała Ojukwu, wtedy nie idziesz do szkoły. WGrecji od przeszło dwóch lat panuje demokracja, nie da się uciec od lekcji. Dlaczego mam chodzić codziennie do szkoły wmiejscu, gdzie jest zimno? Na co mi kino iteatr? Wystarczy mi squash club imarin house zamerykańskimi marynarzami, którzy częstują mnie prawdziwą coca-colą. Nie chcę, żebyśmy stracili Gwendolyn ani Unto Punto izamieszkali w„mieszkaniu”, jak mawia mama, kiedy szepcze zciocią Amalią przez telefon. Chcę jeździć rowerem po domu, robić slalom między kolumnami, dzwonić dzwonkiem dzyń, dzyń, dzyń iżeby Gwendolyn mówiła: „Ty wariatko! Znowu myślałam, że ktoś dzwoni do drzwi”, iśmiała się przy tym donośnie, trzymając za brzuch.

Mama zbliża się bezszelestnie, chwyta mnie za włosy idaje mi dwa razy wtwarz. Otwiera mi buzię palcami.

– Co wciebie wstąpiło?! Wypluj to natychmiast!

Zielona papka spływa zmoich ust, mieszając się ze łzami ismarkami.

– Ile razy mam ci powtarzać, że nie wolno jeść koników polnych?

Jem koniki, bo Afryka jest moim prawdziwym domem. Grecja oszukanym.

×

Siedzę na balkonie mieszkania, płaczę ipłaczę. Wcisnęłam głowę między dwa pręty barierki inie mogę jej wyciągnąć. Zrobiłam to dla zabawy – wciągnęłam policzki, wstrzymałam oddech i, hops, wsunęłam ją między pręty, które palą niczym piasek wBadagri albo Tarkwa Bay. Wmgnieniu oka wyrosły przede mną leżaki wkwieciste wzory, banana bouts ibar, wktórym sprzedają pieczone suya. „Poproszę suya za dwa nairy. Zcebulką!”. Teraz moje uszy palą jak ruszt grilla.

Plac Eksarchia jest najbrzydszym miejscem na świecie. Mieszkamy wniebieskim bloku, ana parterze mieści się Floral – cukiernia, wktórej przesiadują głównie starzy ludzie. Samochody ruszają tu zpiskiem itrąbią. Wieczorami odgłosy hamowania nie dają mi zasnąć. Mieszkanie ma cztery pokoje, awdrzwiach wejściowych znajduje się okrągłe okienko jak na statku; jest jak jeden duży pokój naszego domu wIkeji, który podzielono na mniejsze części. Mamy dwie sypialnie zamiast pięciu. Jedną łazienkę zamiast trzech. Nie mamy garażu ani pokoju zabaw, tylko małą spiżarnię wkuchni. Nie wolno mi jeździć rowerem po domu, bo pod spodem mieszkają ludzie. Ale nawet gdyby mi pozwalano, to jak jeździć rowerem po czteropokojowym mieszkaniu? Nie ma kolumn do zawracania. Na rower chodzimy na Pole Marsowe. Ciocia Amalia jest starą panną, tak jak Gwendolyn. Ale na tym podobieństwa się kończą – ciocia Amalia jest chuda jak patyk ibardzo biała, jakby była chora. Zna wszystkich aktorów kinowych, ale niestety śmieje się zzamkniętymi ustami. Tak bardzo brakuje mi Gwendolyn, jej śmiechu ipowiedzonek. Ciekawe, jakie przysłowie przytoczyłaby teraz, żeby mnie pocieszyć? „Choćby świat się zepsuł, sól nie zrobaczywieje”. Gwendolyn równa się radość. Radość równa się Afryka. Płaczę więc zwielu powodów, nie tylko dlatego, że moja głowa utknęła między prętami.

Mama wchodzi do domu. Jej kroki rozlegają się wkorytarzu.

– Maria! Mariiia!

Kiedy wkońcu mnie znajduje, zaczyna krzyczeć wniebogłosy:

– Maria, dlaczego mi to robisz?! Jesteś już prawie dorosła, spoważniej wkońcu! Masz dziewięć lat!

×

Pewien człowiek przecina pręt piłą iwypuszcza mnie na wolność. Piłując, powtarza: „Łobuziara zciebie, co?”. Mama chodzi wtę izpowrotem po korytarzu. Jest zła – poznaję po stukaniu obcasów. Ledwie przed nią staję, chwyta mnie za ręce ipotrząsa mną, ściskając mocno nadgarstki. Nie, nie rozpłaczę się. Mam dziewięć lat, jestem już prawie dorosła.

Czekam aż mama uda się na popołudniową sjestę, idę do swojego pokoju izamykam drzwi. Przebieram się. Zakładam biały mundurek ze szkoły wIkeji – aby załoga samolotu do Nigerii rozpoznała, że jestem tamtejsza, ipozwoliła mi wejść na pokład. Wkieszeni mam sporo nair. Ile może kosztować jeden bilet dziecięcy do Afryki? Pięć nair? Sześć? Chyba że jest droższy i, żeby go odpracować, każą mi harować na plantacjach, póki na stopach nie zrobią mi się bąble. Do swojej kraciastej, angielskiej walizy wkładam sukienkę, którą uszyła dla mnie mama iGwendolyn, dwie chusteczki zinicjałami iwszystkie drewniane kredki. Tylko kartek do malowania nie mogę nigdzie znaleźć – na pewno dadzą mi jakieś wsamolocie. Zkuchni biorę puszkę mleka Nunu, pudełko Alsa Mousse, paczkę herbatników Miranda idwa jajka. Jeśli wylądujemy wLagosie późno ibędę musiała nocować nad Atlantykiem, to usmażę sobie jajka na piasku. Banany będę zrywać zdrzewa, ale wezmę ze sobą też kilka na drogę zpółmiska zowocami. Wrotki owijam ręcznikiem, żeby nie stukały. Piszę liścik: „Kochana mamo, jadę na kilka dni do Gwendolyn itaty. Jak będziesz mogła, to dołącz do nas. Weź też rower. Twoja Maria”. Pod spodem rysuję kamienną fontannę zIkeji oraz ryby szamocące się na ziemi bez wody. Jeśli nie zrobi się jej szkoda mnie, to przynajmniej będzie jej szkoda naszych rybek.

Przez plac przejeżdża dużo autobusów. Wchodzę do tego, do którego wchodzi najwięcej osób. Jajka podskakują wwalizce. Mam nadzieję, że się nie potłuką.

– Poproszę jeden bilet na lotnisko. Czy mogę zapłacić wnairach?

Kierowca się uśmiecha. Przypomina Unto Punto, tyle że jest bielszy. Jemu też brakuje kilku zębów.

– Komu dałaś dyla?

– Co takiego? – Dyl nic mi nie mówi. Mój grecki jest raczej mierny.

– Gdzie mieszkasz, panienko?

– Na placu Eksarchia, ale teraz wybieram się do Nigerii, ponieważ tam jest Gwendolyn imój tata.

– Do Nigerii? Przecież zjedzą cię tam czarni!

– Czarni nie zjadają!

– Zjadają, anawet pożerają.

– Jedzą takie rzeczy jak jam, amala czy moin-moin, ale nie zjadają ludzi.

– Ale ty jesteś taka mała idelikatna, wystarczy że otworzą usta, chaps, ischrupią cię na jeden raz, bo ludzie tam na południu są bardzo głodni. Nie słyszałaś otym?

Oczym nie słyszałam? Czyżby znowu wybuchły zamieszki? State emergency? Czy powrócił generał Ojukwu? Boję się, że kierowca może mieć rację. Może Gwendolyn zamiast mnie przytulić, ugryzie mnie, mówiąc: „Strach ojutro sprawia, że ślimak dźwiga swój dom na plecach”. Jak świat mógł się tak bardzo zmienić przez dwa tygodnie? Iczy naprawdę sól nie robaczywieje?

Wysiadam zautobusu na kolejnym przystanku gotowa się rozpłakać. Nie, nie będę płakać. Jestem już prawie dorosła, mam dziewięć lat.

Siedzę na walizce ipowoli jem banana, przesuwając co chwilę językiem po ułamanym zębie. Musiał złamać się jakoś teraz, podczas moich przygód. Jestem bohaterką bajki, która musi przejść przez różne próby. Mrużę oczy iwyobrażam sobie, że jestem na zadaszonej werandzie domu wIkeji, pod bugenwillą. Jem lody waniliowe, mmm, moje ulubione. Gwendolyn prasuje wcieniu iopowiada moją ulubioną historię odwóch przyjaciółkach – Doli iBambi. Dola ma drzewo orzecha włoskiego, ale przychodzą do niego zwierzęta iobgryzają liście. Bambi daje jej wielki, dziurawy garnek, żeby umieściła wnim roślinę itak ochroniła ją przed zwierzętami. Kiedy Dola wzbogaca się dzięki sprzedaży orzechów, Bambi zaczyna jej zazdrościć iżąda dziurawego garnka zpowrotem. Jednak żeby to zrobić, Dola musiałaby zniszczyć drzewo, które wrosło wniego korzeniami. Bambi jest uparta, chce swój garnek ijuż. Wioskowy sędzia mówi, że Bambi odzyska garnek, tak będzie. Itak biedny orzech umiera. Rok później Dola daje Bambi wprezencie urodzinowym złoty naszyjnik. Po dziesięciu latach domaga się podarku zpowrotem. Jednak żeby go odzyskać, Dola musi odciąć Bambi głowę. Znowu udają się do wioskowego sędziego, aon mówi, że jeśli Dola nalega, to to trzeba skrócić Bambi ogłowę – koniec, kropka. Wtedy Bambi zaczyna płakać, wylewa rzekę łez. Doli robi się jej szkoda iwkońcu Bambi udaje się wywinąć. Nikt już nikomu nie zazdrości, bo zazdrość jest najgorszym złem.

Pod wieczór zjawia się dwóch policjantów. Mówią, że zawiozą mnie radiowozem do domu, ipytają, czy nie żal mi mojej mamy? Oczywiście, że żal mi jej. Żal mi jej, nawet bardzo, obie jesteśmy nieszczęśliwe wtym kraju ipowinnyśmy szybko wrócić do Afryki, póki jeszcze Gwendolyn jest naszą przyjaciółką, dba onas inie ma sumienia, żeby nas zjeść.

Mama bardzo płakała, jej oczy są całe spuchnięte. Nie potrząsa mną ani nie ściska za nadgarstki, tylko czesze palcami moje włosy.

– Boję się, że jajka mogły się potłuc wwalizce.

– Nie ma co płakać nad potłuczonymi jajkami – odpowiada mama trafnym przysłowiem, które przypomina przysłowia Gwendolyn, imnie przytula. Jej objęcia nadal są gorące, afrykańskie.

×

Mam na sobie błękitny mundurek „Laura”, który wykonano wfabryce Piraiki-Patraiki. Kupiłyśmy go zmamą wMinion. Po bokach ma dwie wstążki, które zawiązuje się ztyłu wkokardę, podobnie jak fartuszki Gwendolyn. Na plecach mam czerwony tornister przełożony przez oba ramiona, żeby nie dostać garbu. Mój koński ogon żwawo podskakuje ichłodzi mi kark. Schodzimy zmamą ulicą Themistokleous, trzymając się za ręce. Na początku mama będzie mnie odprowadzać iprzyprowadzać ze szkoły, ale muszę nauczyć się trasy na pamięć, bo któregoś dnia może się na przykład rozchorować.

– Jeśli się rozchorujesz, to zostanę ztobą wdomu ibędę cię nacierać – mówię jej. Mama cała się śmieje, ponieważ ma na sobie sukienkę zżółtymi stokrotkami ifalbankami na dekolcie. Wtej sukience śmieje się, nawet kiedy się nie śmieje.

Zostawia mnie wwejściu piątej szkoły podstawowej imacham jej zza krat, jakbym była uwięzionym tygrysem. Każą się nam ustawić wrzędzie, wchodzę do szeregu czwartoklasistów, awtedy rozpoczyna się błogosławieństwo, hymn państwowy oraz modlitwa. Potem robimy baczność–spocznij–baczność–spocznij irozchodzimy się do klas. Moja klasa to czwarta c – sala pomalowana na zielono od podłogi do połowy ściany, astamtąd do sufitu na biało. Znajduje się wniej mapa świata, którą powieszono nad tablicą na gwoździu. Kiedy chcemy coś napisać, mapa zostaje zwinięta. Moja nauczycielka nazywa się Afrodyta Dikeaku ina szczęście przypomina trochę Afrykankę. Jej włosy są bardzo krótkie iczarne, askóra brązowa. Siadam wostatniej ławce obok dziewczynki zwarkoczykami, Angeliki Kotaki. Moja nowa koleżanka ma na brwi duży pieprzyk, który wygląda jak rozgnieciona kupa. Szkoda mi jej przez to ipostanawiam, że się nią zaopiekuję. Zostanę jej najlepszą przyjaciółką, ajeśli ktoś odważy się zniej zakpić, będzie miał najpierw ze mną do czynienia.

– Nowa, wstań! – Pani Afrodyta zwraca się do mnie. – Skąd do nas przyjechałaś?

– ZAfryki.

– Amoże zksiężyca?

Dzieci się śmieją. Chłopiec zławki przede mną odwrócił się irobi głupie miny, naśladując dzikie zwierzęta. Krzyczę zcałej siły.

– Przyjechałam zNigerii! ZAfryki!

– Już dobrze, nie krzycz tak. Usiądź przede mną, żebym miała cię na oku.

Siedzę sama wpierwszym rzędzie. Moja ławka jest zielona, wkolorze mydła Paputsanis, cała popisana iobdrapana; pełno na niej imion, love forever, nazw drużyn piłkarskich – Olympiakos iPanathinaikos, atakże „spierdalaj”i„pierdnij mi wjaja”. Popołudniami wnaszej sali uczy się młodzież zwieczorowego gimnazjum. Ktoś napisał: „Jestem Apostolos. Aty, jak się nazywasz?”. Piszę pięknymi, okrągłymi literami dwa słowa, które potrafię napisać po grecku bezbłędnie – „Maria Papamawru”.

Pani Afrodyta opowiada otym, czego będziemy się uczyć wczwartej klasie idlaczego jest to trudny rok. Musimy przyłożyć się do arytmetyki, gramatyki, kaligrafii igeografii. Potem każe nam napisać dyktando: „Dzieci jedzą śniadanie iidą do szkoły. Uczą się pilnie. Mama gotuje posiłek. Tata ciężko pracuje. Po południu zjedzą wspólnie obiad iodpoczną. Wieczorem wybiorą się na spacer do parku”.Prawie się zgadza, tylko że my nie jemy razem ztatą. Mama ija jemy posiłki na balkonie zprzepiłowanym prętem. Teraz, gdy nikt nie ma taty na oku, pewnie siedzi wpoluzowanym krawacie na zadaszonej werandzie wIkeji ije lunch nieumytymi rękami. AGwendolyn na stojąco przy blacie kuchennym – „jak koza”, wzdycha mama, kiedy widzi coś takiego.

Przerwa to najgorszy moment wciągu dnia. Dzieci zbierają się wokół mnie ipytają, czy mój tata jest czarnym księdzem iprzez to nazywam się Papamawru1. Ktoś dostrzega, że nie mam małego palca uręki ikrzyczy: „Patrzcie! Pewnie lew odgryzł jej palec!”. Chłopiec, który stroił głupie miny, Petros, pyta, czy przywieźliśmy też ze sobą szałas. Angelika, októrej myślałam, że zostanie moją przyjaciółką, mówi, że wAfryce ludzie robią kupę wdżungli ipodcierają się liśćmi, bo nie mają papieru toaletowego.

1 Gra słowna; papas oznacza po grecku księdza lub popa, amawros – czarny kolor (wszystkie przypisy, oile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki).

– Nieprawda! – krzyczę itupię nogą oziemię. – WIkeji mamy trzy łazienki iróżowy papier toaletowy. Ró-żo-wy!

– Kłamiesz! Różowy papier nie istnieje! – odpowiada Angelika.

Ciągnę ją za włosy, żeby przestała, aona zaczyna ryczeć.

– Potrafisz tylko gdakać, Kotaki! – odgryzam się, bo kota po grecku znaczy kura.

Biegnę na drugi koniec podwórka, do stołówki. Normalnie powinnam stanąć wkolejce, ale jestem wściekła isię przepycham. Sprzedają tam obwarzanki, precle, oranżadę Iwi i... lody wwafelku! Tylko pięćdziesiąt lepta! Dwie drachmy dziennie równa się cztery lody wwafelku! Kupuję loda izanurzam zęby wczymś słodkim iciepłym. Wygląda jak lód, ale jest czymś suchym iobrzydliwie słodkim. Wyrzucam go do kosza na śmieci imam ochotę się rozpłakać – chyba już po raz setny, od kiedy przyjechałyśmy do Aten.

Kiedy tylko wchodzimy do klasy, pani Afrodyta łapie mnie za ucho iciągnie do tablicy.

– Dlaczego uderzyłaś Kotaki na przerwie? Idlaczego podarłaś jej wstążkę?

– Nie podarłam jej wstążki. Pociągnęłam ją tylko lekko za włosy.

– Nieprawda! Wyrwałaś mi kępkę włosów, ciągnęłaś mnie za ucho ina dodatek podarłaś mi fartuszek!

– Nie kłam! Twój fartuszek od początku był podarty!

– Posłuchaj, Papamawru! Masz najwięcej błędów ortograficznych ze wszystkich, anie wspomnę już otwoim zachowaniu. Nie wiem, coście robili wtej afrykańskiej szkole, ale tu jesteśmy wcywilizowanym kraju! Za karę postoisz sobie wkącie do końca lekcji, ajak znowu coś zmalujesz, to biada ci!

Stoję przy tablicy ztwarzą zwróconą do mapy świata. To najpiękniejszy moment wciągu dnia. Mogę godzinami wpatrywać się wNigerię ożółtym kolorze, takim jak sukienka mamy ibanana bouts. Pośrodku znajduje się flaga ztrzema pasami: dwoma zielonymi oznaczającymi rolnictwo ijednym białym oznaczającym jedność ipokój. Nie mam pojęcia, co się dzieje za moimi plecami inic mnie to nie obchodzi. Zostanę najgorszą uczennicą wszkole, adnie będę spędzać na staniu pod tablicą, naprzeciwko mapy Afryki.

×

– Ciociu Amalio, co znaczy „pierdnij mi wjaja”?

– Jezus Maria!

Ciocia Amalia przykłada palec do ust, jakby coś złego miało się znich wydostać. Zastygła przed popiersiem greckiej bohaterki – Manto Mawrojenus, walejce zpomnikami. Zabrała mnie na rower na Pole Marsowe, ponieważ mama jest teraz zajęta. Kiedy jest zajęta, zamyka się wswoim pokoju ipłacze, gładząc się po brzuchu iwzdychając. Potem, od czasu do czasu, rzuca okiem na smażące się kotlety ikładzie się na kanapie.

Ciocia Amalia ma kok, który upina za pomocą siateczki. Nosi palto wwielbłądzim kolorze, zpodniesionym kołnierzem. Ja nie znoszę palt, chodzę wżółtej kurtce przeciwdeszczowej ikaloszach, nawet kiedy nie pada. „Ptak nie zmienia piórek na zimę”, mawia Gwendolyn.

– Dziecko, skąd ty to wzięłaś?

– Tak jest napisane na mojej ławce. Od września.

– To bardzo brzydkie słowa, Mario! Tylko chuligani tak mówią. Ateraz posłuchaj, zrób to dla mnie iwykop wswojej głowie dziurę. Wrzuć do niej te słowa izapomnij onich. Weź gumkę ikoniecznie wymaż te słowa zławki, słyszysz?

Ciocia Amalia przypomina niektóre aktorki grające role starych panien wgreckich filmach. Ale jest nowoczesną starą panną: sama chodzi do kina, potrafi ściągnąć but na środku ulicy, żeby podrapać się obcasem po pięcie, pogwizduje stare piosenki, takie jak Rozpuść swe włosy czy Rano obudzisz mnie pocałunkiem. Gdy była młoda, miała obsesję na punkcie Konstantyna II, byłego króla Grecji. Nie chciała żadnego innego. Kiedy Konstantyn poślubił Annę Marię, ciocia Amalia powiedziała rodzicom, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Wykopała wswojej głowie dziurę, wktórej pogrzebała wszystkie rzeczy związane zzamążpójściem – wianki isuknie ślubne. Za każdym razem, kiedy dzieje się coś złego, wykopuje wswojej głowie dziurę izakopuje wniej tę rzecz. Teraz mówi, żebym zrobiła to samo.

Idziemy nad staw karmić łabędzie. Ciocia Amalia kupuje zawsze dwa obwarzanki – jeden dla mnie, drugi dla siebie. Swój kruszy na drobne kawałki, które rzuca łabędziom. „Kici, kici”, przywołuje je, jakby były kotami, ale te konkretne łabędzie wiedzą, oco chodzi, ipodpływają. Potem płyną zpowrotem do swojego drewnianego domku, składają skrzydła iśpią.

– Ciociu Amalio, jak wykopujesz wswojej głowie taką dziurę, to ile rzeczy się wniej mieści?

– Dużo. Bardzo dużo...

Wyobrażam sobie dziurę niezbyt dużą, ani niezbyt małą. Coś na kształt drewnianego domku dla łabędzi. Muszę wniej pomieścić całą Afrykę, fontannę ze złotymi rybkami, boisko do badmintona, karnawały, które nie są prawdziwymi karnawałami, puff-puffywdomu pani Fatoba. Ana górę dołożę jeszcze czteropokojowe mieszkanie, panią Afrodytę, lody, które nie są lodami, Angelikę iPetrosa, lekcje greckiej ortografii.

Inie będę już pamiętać oniczym.

×

Pani Afrodyta daje nam pierwszą lekcję kaligrafii. Wzeszycie zpięciolinią piszemy zdanie: Andron epifanon pasa gi tafos2. Rozumiem tylko dwa ostatnie słowa: gi, co oznacza po nowogrecku ziemię, oraz tafos, czyli „grób”. Wolałabym napisać: „Nienawidzę Angeliki, bo jest głupia”, ale miałabym przez to kłopoty. Dlatego kończę pisać zadanie zkaligrafii iodpisuję Apostolosowi, chłopcu zwieczorowego gimnazjum, który siedzi wmojej ławce. To mój jedyny grecki przyjaciel. Co poniedziałek wymazujemy stare wpisy izostawiamy nowe. Powiedziałam mu, że chodzę do szóstej klasy, ponieważ Apostolos jest wtrzeciej gimnazjum inie chciałby korespondować ze smarkulą.

2 Grobem sławnych mężów jest cała ziemia (zmowy pogrzebowej Peryklesa).

Ostatni raz czytam wpis zzeszłego tygodnia:

Ja: „Nie wiem. Mam nadzieję, że chociaż na święta pojedziemy do Ikeji”.

Apostolos: „Ale dlaczego nie podoba ci się Grecja?”

Ja: „1) Jest zimno. 2) Nie wolno jeździć rowerem wdomu. 3) Codziennie jest szkoła. 4) Jest dużo samochodów. 5) Nasza wychowawczyni jest bardzo surowa inie ma papugi”.

Apostolos: „Twoja nauczycielka wNigerii miała papugę?”

Ja: „Tak, nasza nauczycielka od angielskiego, pani Fatoba, miała gadającą papugę! Iprzyrządzała nam puff-puffy, takie okrągłe pączki zcukrem”.

Apostolos: „Dlaczego nie powiesz swojej mamie, żeby zrobiła ci pączki?”

Ja: „Moja mama jest smutna. Przestała szyć irzadko już gotuje. Odsmaża tylko mrożone kotlety ifasolę, bo zawiera żelazo”.

Apostolos: „Idziesz siedemnastego listopada na Politechnikę?”

Ja: Nie wiem. „Aty?”

Apostolos: „Oczywiście, że idę. Wydajcie juntę ludziom!!!”

Jeszcze nie wiem, oco go zapytam, ale na wszelki wypadek zaczynam zmazywać. Pani Afrodyta łapie mnie za nadgarstki tak jak mama, tylko że mocniej. Gumka wypada mi zrąk.

– Co ty wyprawiasz, Papamawru?

Czyta wiadomości przez moje ramię.

– No, ładnie! Pod tablicę, kara! Nie pokazuj się jutro bez matki!

×

Mama ipani Afrodyta rozmawiają na stojąco wkorytarzu. Mama ma na sobie dżinsową spódnicę wcienkie, czerwone paski, która sprawia, że wydaje się owiele większa niż wrzeczywistości. Pani Afrodyta jest mała, na pół kęsa, ale gestykuluje jak pan iwładca, imama ma spuszczoną głowę. Przychodzi mi na myśl przysłowie Gwendolyn: „Słoń itygrys nie polują wjednym miejscu”. Mama jest słoniem, tyje odkąd przyjechałyśmy do Aten.

– Co ci powiedziała? – pytam.

Powiedziała jej, że zrobiła wywiad iże wdałam się wkonszachty zsiedemnastoletnim hydraulikiem, który uczęszcza do wieczorowego gimnazjum. Atakże, że wmoim wieku nie powinnam zajmować się polityką. Chcę zabłysnąć iopowiadam mamie, czego się dowiedziałam od Apostolosa.

– Ale mamo, dyktatorzy zabijają studentów, nie rozumiesz tego? Rozjechali ich czołgami!

– To nie jest twoja sprawa!

Podchodzi do nas Angelika izaczyna się podlizywać mojej mamie. Kiedy wpobliżu nie ma dorosłych, mówię na nią Diabolika. Ona woła na mnie Paku ze względu na historię zpierwszego dnia – opapierze toaletowym idżungli. Mówi Paku wiele razy pod rząd iwychodzi kupa. Nie rozumiem, jak może mówić takie rzeczy, skoro cały czas ma na brwi rozgniecioną kupę?

– Pani jest mamą Marii?

– Tak. Aty kim jesteś?

– Jestem przyjaciółką Marii, mam na imię Angelika.

– No popatrz, masz tu taką miłą koleżankę do towarzystwa. Obiecaj mi, że skończysz zpisaniem po ławce.

Iwten sposób tracę mojego jedynego przyjaciela, Apostolosa. Nie wiedziałam, że ma siedemnaście lat, ajuż na pewno, że jest hydraulikiem. Teraz, kiedy już wiem, tworzę sobie wgłowie dramatyczną historię: on jest Hausa, aja Joruba. Nie możemy się pobrać, ponieważ jesteśmy zinnych ludów. Apostolos podchodzi pod bramy Politechniki iwoła: „Wydajcie juntę ludziom!”, podnosi mnie, aja zkolei krzyczę: „Choćby świat się zepsuł, sól nie zrobaczywieje!”. Trochę obrywamy, ale wkońcu odnosimy zwycięstwo, ułamują mi tylko ząb iodcinają palec. Dyktatorzy Grecji iNigerii opuszczają czołgi idają nogę. Wtedy my wchodzimy do czołgu, który staje się naszym domem iłodzią podwodną, izanim się zorientujemy, prąd niesie nas na wody Atlantyku. Astamtąd hops ijesteśmy uwybrzeży Nigerii. Wykręcamy nasze przemoczone ubrania, rozkładamy je na piasku, żeby wyschły, izjadamy kilka bananów. Później jedziemy czołgiem do Ikeji. Tata iGwendolyn czekają na nas na zadaszonej werandzie, wcieniu bugenwilli. Apostolos będzie zajmował się wdomu hydrauliką razem zUnto Punto. Oczywiście tylko do ślubu. Ponieważ później zostanie lekarzem, aja malarką, ibędziemy mieli dużo dzieci, które wychowa Gwendolyn. Amoże nie będziemy mieli dzieci, bo jeszcze jakieś nam umrze ico wtedy? Będziemy rwali sobie włosy zgłowy, płakali ijedli tylko fasolę ikotlety.

Łza ścieka mi po policzku, po chwili kolejna. Cały czas zapominam zabrać do szkoły chusteczki mamy zinicjałami.

×

Gwendolyn mawia: „Kiedy dojrzały owoc widzi uczciwego człowieka, spada”. Postanawiam porzucić dramatyczne historie iodmówić modlitwę uczciwego człowieka. Krzyżuję dłonie na piersi przed ołtarzykiem mamy, tak jak mnie uczono, imówię: „Miłosierny Panie, Boże iSynu Boży, spraw, żebyśmy wróciły do Ikeji, anie poproszę Cię już onic więcej, nigdy więcej. Amen”.

IBóg wysłuchał mnie pewnej niedzieli rano, kiedy jeszcze leżał wswoim łóżku inie miał za dużo do roboty.

– Wstawaj, Mario! Mam dla ciebie niespodziankę! – woła mama zkuchni.

Wyskakuję złóżka ibiegnę korytarzem wpiżamie.

– Twój tata nie może przyjechać na Boże Narodzenie, dlatego my pojedziemy się znim zobaczyć. Co ty na to?

Podskakuję zradości iobracam się dookoła wmiejscu, itańczę taniec, który sama wymyśliłam, śpiewając przy tym turururu, la la la ihej. Dla pewności rzucam okiem wstronę sufitu, żeby zobaczyć, czy przypadkiem jakiś dojrzały owoc nie zamierza spaść mi na głowę.

Jestem uczciwa, aIkeja jest moim dojrzałym owocem.

×

Zamykam oczy iprzysięgam sobie, że umrę. Znowu jest niedziela idopiero co wróciłyśmy zNigerii, mama odsmaża kotlety, asamochody zpiskiem hamują pod niebieskim blokiem. Próbuję wstrzymać oddech, jakbym była pod wodą wTarkwa Bay albo jeszcze dalej. Jeśli trochę umrę, zsinieję, to zabiorą mnie do Nigerii na zawsze. Ale nie wytrzymuję, pękam ioddycham przez usta, nos, anawet uszy.

×

Bożonarodzeniowe ferie dobiegły końca. Od jutra znowu szkoła. Wydaje mi się, że tylko śniłam omercedesie na lotnisku wLagosie, tacie, który stoi wotwartych drzwiach wnowych, beżowych szortach iskarpetkach do kolan isię uśmiecha, uściskach zGwendolyn, zabawie wchowanego za boiskiem do badmintona zUnto Punto, błękitnych płetwach, skokach do wody zplatformy wTarkwa Bay, noworocznym cieście, które kroiliśmy na plaży. Trafiłam na monetę, która według zwyczaju ma przynosić mi szczęście przez cały kolejny rok.

– Co dobrego może mnie spotkać, skoro itak wracam do Grecji? – zapytałam Gwendolyn.

– Nie bądź niewdzięczna – odpowiedziała Gwendolyn, nie podnosząc wzroku znad deski do prasowania. – Wielkie drzewo iroko wyrasta zmałego nasionka.

Złota moneta jest wielkości paznokcia. Ma napis „1977”. Mama przyczepiła mi ją na oczku do złotej bransoletki identyfikacyjnej, którą noszę na nadgarstku. Gdy tak leżę na łóżku isię nudzę, odpinam monetę itrochę dłubię sobie nią wnosie, potem chowam ją do ust iciumkam. Po chwili, jakimś cudem, moneta delikatnie prześlizguje się do mojego gardła jak rozpuszczony puff-puff. Boże, co ja zrobiłam? Połknęłam swoje szczęście!

Nic dziwnego, że następnego dnia wmoim życiu pojawia się Anna Horn.

×

Anna siedzi obok mnie wpierwszej ławce ipuszcza do mnie oko. Jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widziałam. Jest jak anioł! Blondynka zoczami jak wody zatoki Tarkwa iszylkretową spinką przypiętą do grzywki. Ma dołeczek wpodbródku ibiałą połowę jednej brwi – jakby zafarbowaną – która sprawia, że wygląda na mądrą iuczciwą, dokładnie tak, jak powinien wyglądać ktoś, komu za chwilę spadnie na głowę dojrzały owoc. Ma na sobie marinière – jak sama mówi zdziwnym akcentem – to znaczy bluzkę wbiałe iniebieskie pasy.

– Ty, nowa... – zwraca się do Anny pani Afrodyta. Cieszę się, że nie jestem już nowa.

– Tak? – odpowiada Anna wyniosłym tonem.

– Jutro przyjedziesz do szkoły wmundurku.

– Nie mam mundurka. Nie zdążyliśmy jeszcze pójść do sklepu.

– Może ty też przyjechałaś zAfryki jak Papamawru?

– Nie, przyjechałam zParyża.

– Ico ja teraz pocznę zwami imigrantami?

– Nie jesteśmy imigrantami, proszę pani. Jesteśmy dysydentami. Mój tata otrzymał stypendium Instytutu Francuskiego. Mama urodziła mnie wParyżu po to, żebym nie była dzieckiem dyktatury. Teraz, kiedy Grecja jest już wolna, wróciliśmy. To znaczy, nie tata. Mama ija. Tata nie ma czasu nawet na sen. Ma olbrzymie biuro ztysiącem książek, anawet więcej, iwszystkie są po francusku. Każdą przeczytał już dwa razy.

Anna mówi bez przerwy, apani Afrodyta nawet nie myśli, żeby jej przerywać. Wklasie cisza jak makiem zasiał. Anna jest ludzką pszczołą, która bzyczy, przenosząc historie jak pyłki. Mówi, jakie piękne są ogrody Paryża oraz Café de Flore, gdzie co niedzielę chodzą na śniadanie, ijaka cudowna izabawna jest Melina Mercouri na żywo, ijak wymawia się „r” po francusku – jakby wydobywało się znaszego środka, ze studni wklatce piersiowej. Na przerwie zbierają się wokół niej wszystkie dzieci. Ale Anna wybiera mnie.

– Po pierwsze dlatego, że jesteś moją sąsiadką zławki, apo drugie, bo ty też jesteś nie stąd. Jesteście afrykańskimi dysydentami?

– Yyy, tak – mruczę pod nosem, kiedy biegniemy na boisko, trzymają się za ręce. Dysydenci są przeciwieństwem dyktatury. Dyktatorzy są źli, więc dysydenci są dobrzy, amy trzymamy zdobrymi, rzecz jasna. – Wydajcie juntę ludziom! – krzyczę hasło Apostolosa, aAnna wpada wekscytację iobejmuje mnie. Trzymamy się za ręce igramy wskakaną grę – tsingoleletę, której tekst nie ma sensu, dlatego zamiast niego śpiewamy nasze własne hasło. Kiedy zaczyna nam brakować tchu, siadamy na schodach przed klasą iAnna rozdziela kanapkę, którą przyniosła zdomu, idaje mi połowę. Nie jestem pewna, czy mam ochotę ją zjeść, bo śmierdzi spleśniałym serem, lecz Anna nalega:

– Jedz! Dysydenci dzielą się wszystkim!

Jak mogłam myśleć, że zaprzyjaźnię się zAngeliką, rozgniecioną kupą, kiedy istnieją takie dziewczynki jak Anna? Nagle Grecja staje się piękna, staje się afrykańska.

Wielkie drzewo iroko wyrasta zmałego nasionka.

×

Anna przestała się do mnie odzywać. Chce przedzielić naszą ławkę na pół iżeby mój łokieć nie wychodził na jej połowę.

– Ale co ja ci takiego zrobiłam? No co?

– Okłamałaś mnie! WAfryce nie ma dysydentów. Moja mama mówi, że jesteście rasistami iwykorzystujecie czarnych.

Miarka się przebrała! Jednym tchem wymieniam jej powiedzenia Gwendolyn izabawy, wktóre bawiliśmy się zUnto Punto. Anna zatyka uszy iśpiewa: „Jestem głucha, tralala, jestem głucha, tralala”. Oczy zachodzą mi łzami.

– Proszę cię, Anno...

– Starczy, koniec znami! Nie koleguję się zrasistami!

Jest długa przerwa izostałyśmy wklasie, żeby wyjaśnić sprawę. Anna zostawia mnie na lodzie iidzie się bawić zAngeliką, swoją nową przyjaciółką. Na początku płaczę przez chwilę, potem wyrywam kartkę zzeszytu do kaligrafii. Ugóry strony widnieje napis „Wolność wymaga cnoty iodwagi”. Pod spodem, wpięciolinii, piszę wymyślnymi literami: „Pani mamo Anny, nie jesteśmy rasistami!!! Kocham Gwendolyn ponad życie. (AGwendolyn jest bardzo czarna). Ja jestem Afrykanką! Zwyrazami miłości, Maria”.

Obok rysuję dwie czarne łzy, to znaczy granatowe – długopisem. Pod spodem szkicuję kamienne molo wzatoce Tarkwa. Dorysowuję dużo małych, czarnych ludzików – jak mrówki, leżących na słońcu, pod palmami. Słońce uśmiecha się, ale ma czarne zęby. Jego promienie są kędzierzawe, przypominają dredy. Składam kartkę na cztery ichowam do czytanki Anny. Znajdzie ją po powrocie do domu, rozzłości się, ale pokaże ją mamie, nie może być inaczej.

Kolejny dzień to piekło. Angelika szepcze mi za plecami: „Paku, Paku, Paku”, pani Afrodyta jej nie słyszy, ale doskonale widzi moment, wktórym pokazuję Angelice otwartą dłoń, to znaczy mundzę3. Do końca lekcji mam karę istoję pod tablicą ztwarzą zwróconą do mapy świata. Nie patrzę na Afrykę. Mój wzrok jest wbity wkraj, który ma taki sam kształt jak Nigeria inazywa się Francja.

3 Obraźliwy gest.

×

– Moja mama mówi, żebyś przyszła do nas dzisiaj na obiad, jeśli twoja mama się zgadza. Chcesz?

– To znaczy, że wierzysz mi, że nie jestem rasistką?

– Chcesz czy nie?

– Chcę!

– Tylko że moja mama jest tancerką baletową inie jadamy sosów.

– Nie lubię sosów.

Podczas przerwy „łączymy się” zpowrotem i„zrywamy” zAngeliką. Dzielimy się kanapką Anny – spleśniały ser jest dzisiaj smaczniejszy – iobiecujemy sobie, że będziemy przyjaciółkami na zawsze. Tak bardzo się wzruszam, że leci mi krew znosa. Wydaje mi się, że zaraz zemdleję, nie znoszę widoku krwi. Muszę jednak wyglądać na silną. Anna zbiera odrobinę krwi, która kapie na ziemię, ipisze nią wzeszycie nasze imiona, jakby były jednym: Anna-Maria.

– Teraz, zkrwią, to jest przysięga. Rozumiesz? – pyta.

Znowu bawimy się wjunto-skakanie. Jestem najszczęśliwszą dziewczynką wGrecji icałej Afryce! Po południu spacerujemy, trzymając się za ręce, anasze dłonie się pocą.

– Ajak daleko jest twój dom?

– Zdradzę ci sekret. Przysięgasz, że nikomu się nie wygadasz? Kłamaliśmy, mówiąc, że mieszkamy naprzeciwko szkoły, obok piekarni. Tak naprawdę mieszkamy na Place. Podaliśmy fałszywy adres, bo nasza szkoła jest wczołówce imusiałam się do niej dostać, choćby-nie-wiem-co. Rozumiesz?

– Jeżeli ta szkoła jest dobra, to jak muszą wyglądać złe szkoły? Czy istnieją gorsze nauczycielki od pani Afrodyty?

Anna śmieje się całą twarzą: oczami, policzkami, dołeczkiem wpodbródku.

– Jesteś taka piękna – mówię jej.

– Najważniejsze piękno kryje się wewnątrz – odpowiada Anna. Zabrzmiało trochę, jakby powtarzała po jakimś dorosłym. Ale skoro ona tak mówi, to od razu zapamiętuję to zdanie.

×

Dom Anny jest jak nasz dom wIkeji, tylko że mniejszy. Ma podwórko ikamienne ściany. Anna otwiera drzwi własnym kluczem, rzuca plecak na podłogę, ajej mama krzyczy zkuchni: Allooo. Anna biegnie iją obejmuje. Kiedy się odsuwa, moim oczom ukazuje się najpiękniejsza mama na świecie: ma soczyste, afrykańskie usta, oczy, które lekko płaczą – tak jak Gwendolyn – iwłosy zaplecione wczarny, lśniący warkocz sięgający pasa. Ma na sobie czarny strój gimnastyczny ibordowe legginsy. Jest bosa ibardzo szczupła, jak wszystkie baleriny. Kłania się iuśmiecha do mnie. Gdy się pochyla, wyraźnie widać jej wszystkie kości, kosteczka po kosteczce, jak na rentgenie.

– Ty zapewne jesteś Maria. Ja nazywam się Antygona.

Awięc będę zwracać się do niej po imieniu, tak jak do Gwendolyn! Anna również zwraca się do swojej mamy po imieniu, tylko że wymawia je ze śmiesznym akcentem – Antigone. Przez chwilę rozmawiają ze sobą po francusku, aja wtym czasie ściągam kalosze.

– Gdzie mogę położyć plecak?

Anna wskazuje ręką salon. Mogę postawić plecak gdziekolwiek? Na podłodze, na kanapie, anawet na stole koło biblioteczki. Umnie wdomu tornister może stać tylko wjednym miejscu – wmoim pokoju obok biurka.

– Mario, powiedziałaś mamie, że dzisiaj zjesz znami, prawda? – pyta Antygona.

Udaję, że nie słyszałam. Nie powiedziałam otym mamie, zresztą ile mogę się spóźnić? Kładę plecak na stole, na którym leży pełno książek, na wpół zapisanych kartek, rachunków za elektryczność ipopielniczek zniedopałkami. Papierosy Antygony nazywają się Gauloises imają bardzo ładny kolor opakowania. Wszystkie rzeczy wich domu są piękne idziwne. Mają afrykańskie rzeźby, podobnie jak my, iogromne komboloi zbursztynu. Ich stoliki są na kółkach, ponieważ, kiedy Antygona ćwiczy balet, meble muszą zniknąć ze środka. Na ścianie wisi plakat zchłopcem sikającym na koronę, aobok bardzo duży ipodłużny obraz zczarno-białymi ludźmi. Wszyscy mają mniej więcej podobne twarze isą smutni, ponieważ jedna dziewczyna (niosą ją na rękach) została ranna. Może nawet nie żyje.

– Podoba ci się ten drzeworyt Tassosa, Mario? – pyta Antygona.

– Jest ładny.

– Widzisz, ilu ludzi cierpiało za sprawiedliwość idemokrację?

– Ci wszyscy ludzie cierpieli?

– Nie tylko oni, wielu więcej...

– Kiedy my byliśmy wAfryce, awy we Francji?

Antygona kiwa głową. Na jej czole tworzy się wiele cienkich zmarszczek. Nie ma brwi, dlatego maluje je sobie ołówkiem.

– To dlaczego nie powiesicie na ścianie czegoś weselszego, przecież już mamy demokrację?

– Na przykład co takiego?

– Bo ja wiem? Owoce albo starca zfajką.

– Musimy pamiętać otych, którzy się dla nas poświęcili, Mario.

Ma rację. Jest piękna, ale ma też coś, oczym mówiła Anna – wewnętrzne piękno.

×

Jemy od końca. Najpierw drugie danie (kurczak zgrzybami), później zielenina. Na koniec dziwne sery igalaretka zkawałkami owoców. Antygona je jak ciocia Amalia, czyli kiedy sobie przypomni. Lecz Anna ija mamy apetyt! Ich kuchnia jest radosna, zniebieskimi ścianami iżółtymi szafkami. Jak wprzedszkolu.

– Chciałam cię przeprosić, Mario – mówi Antygona, zmywając naczynia. Anna poleciała do kiosku kupić dla niej gazetę.

– Za co? – pytam.

– Za to, co usłyszałaś od Anny. Wiesz, wAfryce oprócz dobrych ludzi, takich jak wy, jest też wielu złych białych. Chcą zabrać czarnym ziemię iuczynić znich służących.

Robię się czerwona. Gwendolyn iUnto Punto sąsłużącymi. Ale przecież im to nie przeszkadza.

– Awy? Czym się zajmowaliście wAfryce?

– Głównie jazdą na rowerze. Nasz dom był owiele większy od waszego!

–Oh là là! – mówi Antygona iwybucha śmiechem. – Atwoi rodzice?

– Tata ciągle pracował. Mama czasem uszyła dla mnie jakąś sukienkę. Albo piła herbatę zpanią Stidworthy, która ma jedno szklane oko, ponieważ uderzył ją mąż. Ale teraz już nic nie robi. Nie ma żadnych koleżanek wAtenach.

Jeśli Antygonie będzie żal mojej mamy, może zrobi zniej swoją przyjaciółkę iprzekona, żeby przeszła na dietę iwcisnęła się wsukienkę ze stokrotkami.

Antygona znowu się marszczy. Kiedy myśli, jej czoło zmienia się wzmiętą kartkę. Potem wyrównuje się zpowrotem.

– Myślisz, że twoją mamę zainteresowałby Ruch Demokratycznych Kobiet? To lewicowa organizacja zrzeszająca kobiety...

– Aco robią te kobiety?

– Rozmawiają oswoich prawach, przemocy wrodzinie...

– Jeśli jeszcze przy tym szyją, to na pewno przyjdzie.

– To może zadzwonimy do niej?

Cudownie! Mama pozna Antygonę izostaną przyjaciółkami, tak jak Anna ija. Dola iBambi bez zazdrości. Ostrożnie wykręcam sześciocyfrowy numer.

– Halo, mamo? Mama Anny pyta się właśnie, czy byłabyś zainteresowana Ruchem Demokratycznych Kobiet?

– Jedyne, co mnie teraz interesuje, to gdzie ty się, ulicha, podziewasz. Jak za moment cię tu nie będzie, to tak cię spiorę! Do domu, smarkulo! – krzyczy mama. Zakrywam słuchawkę ręką, żeby nie słyszała jej cała Plaka.

– Ico mówi twoja mama?

– Mówi, że jest bardzo chora imam natychmiast wracać do domu iją natrzeć.

Antygona odwozi mnie do domu garbusem – autem, które wygląda jak żółw icałe się trzęsie. Wgłowie słyszę głos Gwendolyn: „Strach ojutro sprawia, że ślimak dźwiga swój dom na plecach”. Też bym tak chciała. Mieć dom, który mogłabym dźwigać na plecach, tak jak mój czerwony tornister na szelkach. Nie musieć mieszkać zmamą irobić, co mi każe. Siedzimy na tylnym siedzeniu garbusa zAnną. Głaszcze mnie po całej dłoni, oprócz małego palca, który jest trochę straszny. „Moje biedactwo, mam nadzieję, że twoja mama nie zapadła na malarię iże nie odpadną jej wszystkie palce”. Okłamałam ją, mówiąc, że mój mały palec zgnił iodpadł, gdy zachorowałam na straszną afrykańską chorobę.

Antygona chce wejść zAnną na górę, „kobieca solidarność”, mówi. Upieram się, twierdząc, że mama nie przyjmuje nikogo, kiedy jest chora, iżeby nadać sytuacji nieco dramatyzmu, opowiadam, że gdy puszczają jej nerwy, rzuca talerzami. To chyba wystarczająco rewolucyjne, powinno się spodobać Ruchowi Demokratycznych Kobiet. Kiedy docieramy do placu Eksarchia, wylatuję zsamochodu jak pocisk, zapominam powiedzieć „dziękuję”, agdy pokonuję schody głównego wejścia, Antygona zAnną już odjeżdżają. Antygona przyspiesza. Zrury wydechowej garbusa wylatują gęste chmury spalin. Przez okno auta macha do mnie mała ręka.

To ręka Anny, mojej przyjaciółki!

×

Mam karę. Tym razem nie stoję przed mapą świata, awspiżarce kuchennej. Po to, żebym się nauczyła, że nie chodzimy nigdzie bez wcześniejszego telefonu do mamy. Siedzę na stołku iczytam nazwy produktów na półkach: makaron Misko – dwadzieścia paczek. Przecier pomidorowy Łabędź – dwanaście puszek. Słodzone mleko Nunu – dwadzieścia pudełek. Czekoladowy mus Alsa imączka kukurydziana Jotis – po trzy opakowania każdego. Gdybyśmy chociaż mieli wielki magazyn jak wIkeji! Tam nie było mowy onudzie. Na rynku brakowało jedzenia imieliśmy wdomu własny supermarket. Potrzebowałeś trzech dni, żeby przeczytać wszystkie nazwy produktów zamerykańskiej bazy. Tylko że wtedy nie dostawałam kar. Mama miała do mnie wtedy więcej cierpliwości iprędzej powiedziałaby „mój ty głuptasku”, anie „smarkulo”. Teraz jest inaczej, sól zrobaczywiała. Żeby to sprawdzić, wspinam się na stołek iotwieram papierowe opakowanie soli morskiej Kalas. Póki co żadnego robaka, tylko kilka konserw przesuwa się ispada. Tracę równowagę, stołek zaczyna się kolebać inagle ląduję na ziemi. Podpieram się łokciem, ale moja druga ręka od łokcia po dłoń jakoś śmiesznie się wykręciła, patrzy wdrugą stronę. Zanim zrozumiem, jak bardzo mnie boli, mama zdąży otworzyć drzwi, spojrzeć – raz na mnie, raz na moją rękę – ikrzyknąć: „Pomocy!”.

×

Gips sprawia, że się wyróżniam. Nawet dzieci zpiątej iszóstej klasy, które nie gadają zczwartakami, chcą wiedzieć, co mi się stało. „Nic wielkiego. Złamałam sobie rękę”, odpowiadam zbohaterską miną. „Całe szczęście, że złamałaś sobie lewą!”, mówi jedna dziewczyna zpiątej. Skąd wie, że jestem leworęczna? Anna jest moim ochroniarzem. Na przerwach toruje mi drogę, żebym mogła swobodnie przejść, krzycząc przy tym: „No dalej, gamonie, ruszcie się! Nie widzicie, że mamy tu rannego! Merde, merde!”. Merde znaczy po francusku „gówno”. Itak też mówimy na Angelikę. Anna okłamała ją ipowiedziała, że „Angelika” to po francusku „Merde”, aona to łyknęła. Dzisiaj trochę mi jej żal. Zapytała, jaki mam znak zodiaku. Odpowiedziałam, że strzelec, aona nawet nie opowiedziała żadnego kawału otubylcach biegających złukami po dżungli, tylko wygrzebała dwóch strzelców zpaczki zodiakalnych krakersów ipodarowała mi ich. Tylko Petros wciąż gadał głupoty – „Papamawru zrobiła się biała” itym podobne.

Dobre strony gipsu: jestem zwolniona zpisania na zajęciach kaligrafii imogę rysować. Rysowanie prawą ręką jest trudne, biorąc pod uwagę, że mam cztery ipół palca. Kółka nie wychodzą, kreski są koślawe, ale itak wolę to od kaligrafii. Kolejny plus jest taki, że jeśli kiedyś powróci dyktatura iznowu będziemy musieli stanąć przeciw czołgom iżołnierze złamią mi którąś rękę, to będę potrafiła rysować obiema. Mama czesze mnie codziennie wkoński ogon igotuje potrawy, które jada się palcami: pulpeciki, frytki i– nareszcie! – puff-puffy! Antygona rysuje mi na gipsie znak pokoju, aAnna pisze Merde, które tym razem nie znaczy „gówno”, tylko „powodzenia”.

– Jak chcesz mogę ci dać lekcje francuskiego, skoro itak nie możemy skakać na przerwach – proponuje Anna. –