Dlaczego właśnie ja - E.G. Scott - ebook

Dlaczego właśnie ja ebook

Scott E.G.

4,0

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Elektryzująca opowieść o Charlotte, która po zniknięciu jej chłopaka zostaje uwikłana w zagadkę śmierci obcej kobiety.

Charlotte jest byłą neurochirurżką, która wraz ze swoją przyjaciółką Rachel, kobietą po przejściach, prowadzi gabinet akupunktury i masażu. Udziela się na czacie dla ofiar traumy, gdzie daje wsparcie innym kobietom, ale też je otrzymuje.

Ma również chłopaka, Petera, rzekomo agenta specjalnego, o którym sama niewiele wie. Peter nalega, aby ich związek pozostał całkowitą tajemnicą. Dlatego kiedy Peter znika bez słowa, Charlotte obawia się zgłosić na policji jego zaginięcie.

Kilka tygodni później policja kontaktuje się z nią w sprawie identyfikacji zwłok. Przekonana, że chodzi o ukochanego, Charlotte jedzie do kostnicy i z ulgą stwierdza, że leżące na stole ciało nie należy do Petera, lecz do nieznanej kobiety. Ulga szybko ustępuje miejsca konsternacji, a potem przerażeniu, gdy Charlotte uświadamia sobie, że policja interesuje się nią jako jedną z podejrzanych.

Dlaczego ofiara wskazała Charlotte jako kontakt w nagłych wypadkach? Chodzi o zemstę? A może to ostrzeżenie? Jakie miejsce w tym wszystkim zajmuje Peter? Charlotte rozpoczyna wyścig z czasem - musi poznać prawdę na temat zamordowanej kobiety i dowiedzieć się, co je łączyło. To, co odkryje, przejdzie jej najśmielsze wyobrażenia.

"Misternie skonstruowana, mroczna intryga pełna kłamstw, zdrad i tajemnic. Niezwykle inteligentny i dynamiczny thriller".

Samantha Downing, autorka "Mojej doskonałej żony"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: In Case of Emergency

Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redakcja: Sławomira Gibka

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska, Maria Śleszyńska

Fotografia wykorzystana na okładce

© Amelia Fox/Shutterstock

Copyright © 2020 by E.G. Scott

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2021

© for the Polish translation by Jacek Żuławnik

ISBN 978-83-287-1582-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2021

fragment

Dedykujemy naszym siostrom i braciom: Gordonowi, Susan, Madeline oraz Thomasowi.

Prolog

To się źle skończy.

Panuje jeden wielki chaos. Nie słuchają mnie. Tłumaczę im, że musimy przerwać operację, ale mówią jeden przez drugiego, zagłuszają mnie. A przecież wiem, co robię. Jestem integralną częścią tego zespołu. I, cholera, najrozsądniejszą osobą tutaj.

Kobieta ma pokiereszowane narządy wewnętrzne. Oddycha płytko i z trudem. Jest blada jak ściana.

– Zbyt długo była nieprzytomna. Musimy ją zamknąć.

– Potrzebuję jeszcze chwilę, dosłownie moment.

Narastają przenikliwe dźwięki aparatury.

Wypełniające salę ego wyparło cały zdrowy rozsądek.

– Stracimy ją.

– To moja operacja!

– Zatrzymanie akcji serca!

CZĘŚĆ PIERWSZA

Data: 2 października 2019

Od: [email protected]

Do: [email protected]

H,

uprzedzałeś, żebym nie kontaktowała się z tobą w taki sposób, ale nie mam wyjścia, skoro ignorujesz moje telefony. Musimy porozmawiać.

Wiem, że wczoraj oboje otrzymaliśmy identyczną wiadomość. Problem sam się nie rozwiąże. Twoja duma nie pozwala ci uczynić tego, co słuszne. Uważam, że najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich zaangażowanych w tę sprawę będzie ujawnienie całej prawdy.

Chciałabym móc spojrzeć sobie w oczy ze świadomością, że naprawiłam swoje błędy. Zniszczyłam życie wystarczająco wielu osobom. Odezwij się, proszę.

Charlotte

1

WOLCOTT

Słyszę trzask i spoglądam w górę, akurat kiedy odłamany konar spada wprost na nas. Odciągam krzyczącą kobietę, która uczepiła się mojego ramienia, i w następnej chwili o chodnik uderza potężna gałąź.

– Lionel! – piszczy kobieta.

Ponownie zadzieram głowę i widzę, że mojemu partnerowi udało się znaleźć punkt zaczepienia. Niewiele brakowało, a podzieliłby los konara. Obejmuję odchodzącą od zmysłów kobietę i zamykam jej dłoń w swojej.

– Wszystko będzie dobrze – mówię kojącym tonem radiowca puszczającego pościelówki o północy. – Mój partner panuje nad sytuacją.

– Ale Lionel zwykle nie wychodzi z domu – przekonuje kobieta. – Na pewno jest przerażony. I zdezorientowany!

– Nic mu nie będzie, proszę pani – woła z góry Silvestri. – Detektywie Wolcott, czy zechciałby pan podejść bliżej? Podam go panu.

– Tylko błagam, ostrożnie! – nalega kobieta.

– Zapewniam panią – odpowiada Silvestri, stojąc na gałęzi – że pani kot znajduje się w odpowiedzialnych rękach. Mój partner to ucieleśnienie spokoju i stabilności.

Ściśnięciem dłoni dodaję jej otuchy, po czym uwalniam ją ze swych objęć i podchodzę bliżej pnia. Widzę dwóch nastolatków stojących po przeciwnej stronie ulicy. Celują do nas z telefonów. Na pewno znacznie szybciej niż my ściągnęliby Lionela z drzewa, myślę.

Trzymając kota w jednej ręce, Silvestri powoli kładzie się na brzuchu, następnie uważając, by nie stracić równowagi na wąskiej gałęzi, opuszcza Lionela, który wygląda na sparaliżowanego strachem i rozcapierza przed sobą łapki niczym przerażony Pan Stopek ręce przed nadjeżdżającym autem. Odbieram go od Silvestriego, delikatnie ujmując za klatkę piersiową, a następnie umieszczam w zgięciu łokcia.

Jego właścicielka o mało mnie nie przewraca, wyciągając ręce po swojego zbiega.

– Och, bardzo wam dziękuję, panowie detektywi! Tak się cieszę, że akurat przejeżdżaliście. Uratowaliście Lionelowi życie! – Przenosi uwagę na swojego pupila, za­sypuje go pocałunkami, jednocześnie strofując za nie­posłuszeństwo: – Niegrzeczny z ciebie chłopiec, wiesz? Straszna niedobrota.

Silvestri zeskakuje z drzewa i dołącza do tej fiesty miłości, drapiąc Lionela za uchem. Kociak łasi się do niego.

– Dziękuję, detektywie! – Kobieta przygląda się mojemu partnerowi. – Jest pan bardzo dzielny. – Zaczyna szeptać kotu do uszka, nie odrywając wzroku od Silvestriego. – Lionelku, podziękuj przystojnemu panu policjantowi. Właśnie tak. Powiedz: „Dzię-ku-ję”.

– Nie ma za co, proszę pani. – Silvestri kiwa głową najpierw do kobiety, potem do jej kota. – Lionelu. Możecie wrócić do domu. Życzę wam obojgu miłego dnia.

– Zrobiłeś na niej wrażenie, Silvestri. – Włączam się naszym nieoznakowanym radiowozem do ruchu. Właścicielka Lionela macha do nas, stojąc na werandzie.

– Elita policji Long Island w akcji – odpowiada śmiertelnie poważnym tonem. Podwija rękawy. Widzę, że całe przedramiona ma upstrzone maleńkimi rankami.

– O cholera, stary. Nic ci nie jest?

– Wszystko gra – odpowiada, odmachując kobiecie z kotem. – Ale dobrze, że założyłem gruby podkoszulek z długimi rękawami, inaczej moje ręce wyglądałyby jak po spartolonej sesji akupunktury.

– Co za dziwny dzień – mówię.

– Raczej wyjątkowo niespieszny tydzień.

– W każdym razie nieźle się spisałeś z tym kotem. Gdzie się nauczyłeś tak łazić po drzewach, ty mieszczuchu?

– Może się zdziwisz – rechocze – ale nie zawsze byłem wzorowym obywatelem.

– Ach tak?

– Pakowałem się w kłopoty przez złe sprawowanie. – Ostatnie dwa słowa ujmuje palcami w cudzysłów. – Rodzice wpadli na pomysł, żeby wysłać mnie na jeden z tych letnich obozów, Outward Bound. Zrobiłem na tobie wrażenie wspinaczką na drzewo? Powinieneś zobaczyć, jak wiążę węzeł prosty. Pękłbyś z zazdrości.

– Prawdziwy traper z ciebie.

– A jak myślisz, dlaczego tak mi dobrze tutaj, na tej głuchej prowincji?

– Cesar Millan mógłby się od ciebie uczyć obchodzenia się ze zwierzętami – dodaję.

– Mam na kim ćwiczyć.

– A właśnie. Jak się mają Molly i Duff?

– Jak zawsze. Są wielkie, szczęśliwe i ślinią się na potęgę – odpowiada i odwraca głowę w moją stronę. – Znam kogoś, o kim mógłbym powiedzieć to samo.

– Dobra, Silvestri, dosyć tego lizania się po fiutach. To był szalony poranek. Proponuję zajrzeć do Gusa na sandwicza.

– Przedni pomysł – rzuca. – Śnił mi się Ruben ze świeżą… – Przerywa mu wibrowanie komórki, którą trzyma we wnęce na kubek. Sięga po nią i odbiera. – Detektyw Silvestri… Yhy… Tak, możemy zaraz tam być… Jasne… No, dzięki. – Rozłącza się i zwraca do mnie: – Sorry, Wolcott, ale trzeba będzie przesunąć lunch.

– Bo?

– Czeka nas spacer po parku.

– O, coś nowego. Co się urodziło?

Mój partner marszczy czoło i wzrusza ramionami.

– Wygląda na to, że trup.

Zatrzymujemy się na placu tuż przy parku. Rozległy trawnik jest pusty, jeśli nie liczyć stada mew rozgrzebujących zawartość kosza na śmieci, a także czegoś, co z tej odległości przypomina wylegującego się na plaży człowieka.

– Wiadomo, kto to zgłosił? – pytam, rozglądając się wokół.

– Ktoś, komu nie chciało się na nas zaczekać.

Wysiadamy i wchodzimy na trawnik, płosząc ptaki.

– Wygląda na to, że się odmeldowała – mówię, zakładając lateksowe rękawiczki. Kucam nad ciałem i przykładam dwa palce do tętnicy szyjnej. Po chwili spoglądam na Silvestriego i smętnie kręcę głową.

Silvestri dołącza do mnie, żeby lepiej przyjrzeć się ofierze.

– Młoda – zauważa, ściągając brwi. Patrzy zasępiony. – Wielka szkoda.

Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka kobieta ma nie więcej niż trzydzieści parę lat. Jest ubrana w cienką bluzę z kapturem i podwiniętymi rękawami, legginsy i buty do biegania. Włosy związane w koński ogon. Leży w pozycji wskazującej na nagły upadek. Przyglądam się twarzy. Jest pozbawiona koloru, ale nie rzuca mi się w oczy nic, co świadczyłoby o obrażeniach. Strój też jest nienaruszony. Przyglądam się jej dłoniom. Niepomalowane paznokcie, przycięte krótko i równo, nie są połamane. Na odsłoniętej części przedramienia oraz nadgarstku nie zauważam żadnych siniaków ani śladów urazów, pomijając kilka drobnych, powierzchownych zadrapań. Wyjmuję latarkę kieszonkową i świecę kobiecie w oczy. Pochylając się nad nią, czuję dobywającą się z jej ust woń wymiocin. Rozglądam się, ale nie stwierdzam obecności plam po torsjach w najbliższym otoczeniu.

– I jak? – pyta Silvestri.

– Rozszerzone źrenice – mówię. – Zapach taki, jakby niedawno zwróciła zawartość żołądka. I tyle.

– Czyli co: brak oznak przestępstwa? Może miała problemy z sercem? Wyszła pobiegać i nagle bach!

– Niewykluczone – odpowiadam z namysłem.

Silvestri najpierw powoli przesuwa po jej ciele wzrokiem, a potem robi to samo dłonią, natrafia na kieszonkę w bluzie. Wsuwa palce do środka i wyjmuje trochę gotówki oraz inhalator.

– O proszę – zauważam. – To mógł być atak astmy.

– Niewykluczone – potwierdza ponuro Silvestri. Kiedy przelicza pieniądze (dwanaście dolarów; dwie piątki, dwie jedynki), spomiędzy banknotów wypada karta rozmiarów wizytówki. – Forsa na kawę? – zastanawia się, odkładając gotówkę na miejsce i sięgając po kartę.

– Co tam masz?

Obraca ją w palcach, ogląda, po czym wręcza mi.

– Tylko coś takiego.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz