Opis

Rok 1945. Po trochę jeszcze wojennej, a trochę powojennej Polsce wędruje należący do tajemniczego właściciela cyrk, a w nim galeria niezwykłych, zagadkowych postaci: karzeł Szczepan, który kiedyś grał w cyrkowym kabarecie Hitlera, Lena – przedwojenna „kobieta-guma”, Damiel – nazista z Łodzi, udający niemowę volksdeutsch Cassiel, a przede wszystkim podająca się za wróżkę Irminę, cudem ocalała Felicja i przechrzczony Żyd Moryc. Dramatyczne, chwilami wręcz surrealistyczne losy tych ludzi splatają się w fascynującą opowieść o strachu, niepewności jutra i wielkiej potrzebie miłości. Ważna, nietuzinkowa książka autora, który już teraz w pełni zasługuje na opinię jednego z najciekawszych polskich pisarzy młodego pokolenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 256

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Leszek Pietrzak

Redakcja: Monika Frączak

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Dorota Kielczyk, Barbara Milanowska (Lingventa)

© for the text by Kuba Wojtaszczyk

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

Projekt współfinansowany ze stypendium artystycznego Prezydent m.st. Warszawy

ISBN 978-83-287-0400-8

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Bartoszowi

Wyszedł na szary dzień, stanął i przez ułamek sekundy zobaczył absolutną prawdę o świecie. Zimne nieprzejednanie krążące po ziemi pozbawionej jutra. Nieubłagana ciemność. Spuszczone ze smyczy ślepe psy słońca.

Cormac McCarthy, Drogaprzeł. Robert Sudół

KLASY SIĘ NIE MIESZAJĄ

Przeciąg trzasnął oknem w izbie, więc biegnie sprawdzić, czy szyby są całe. Rodzice już pośpieszają z dworu, a dziewczyna jest przecież ledwie gotowa. Zamyka okno w pokoju, po czym zakłada kremową sukienkę w kwiaty. O poranku matka zaplotła jej kasztanowe włosy w gruby warkocz. Podarowała nawet buty – z czarnej skórki, do kostek, jeszcze przedwojenne. Trochę uciskają dziewczynę w palce, ale to jedyne obuwie, jakie posiada.

– Już idę – woła i poprawia włosy.

To pierwsza wyprawa do kościoła od początku wojny. Od tego momentu, kiedy szwaby wywieźli proboszcza, a rodzinę Majów przesiedlili z ich gospodarstwa do opuszczonego budynku. Do dziś dwuizbowa lepianka sterczy ukryta w nieuczęszczanym zagajniku, oddalonym od wsi, drogi, ludzi i niebezpieczeństwa. Dziewczyna właściwie zetknęła się z okupantem tylko w chwili wygnania z rodzinnych włości. Później o Niemcach jedynie słyszała od ojca i matki. Była niczym biblijny nomada, czekający na wyprowadzenie z niewoli i poznanie prawideł, które obecnie rządzą światem. Dzisiaj ma się to wydarzyć, ma przejrzeć na oczy.

Nie dalej niż dwa tygodnie temu ojciec z młyna, w którym w okupację pracował z żoną, przyniósł zasłyszaną nowinę, że Hitler się zabił, a Niemcy to już ledwie cień potęgi, do której ludzie przywykli. Matka zaraz chciała wieszać biało-czerwoną flagę, lecz jej w domu nie odnalazła. Dziewczyna ledwie pamiętała hymn narodowy, ale ten z kolei doskonale znali rodzice. A więc go zanucili dla świętego spokoju.

– To koniec – powiedział wtedy ojciec.

– Wrócimy do ludzi – dodała matka.

– Byleby tylko my mieli do czego wracać.

– Nieważne jak, ważne że.

– Tu spokój taki…

Dziewczyna niepewnie zapytała: – To kiedy idziemy?

– Jeszcze chwila.

– Szkoda, że nie możemy tutaj…

– Nie możemy.

Przez niemal sześcioletnie, cykliczne pogłoski o okupacyjnym bytowaniu tęsknota za elegancko bielonym domem we wsi i pamięć o sąsiadach, o zagryzionym przez wilka owczarku niemieckim Morelu zatarła się, a przedwojenne życie było przywidzeniem. W brzezinie licho jedli, biednie mieszkali, ale przy każdej okazji hojnie dziękowali Bogu, że to oni zostali wybrani, by wieść taki, a nie inny żywot.

Dziewczyna wybiega z domu i zamyka drzwi z dykty. Na dworze panuje majowa ciepłota, delikatnie ujarzmiana przez chłodny wiatr. Dziewczyna mija drzewa o ciemnych pniach i jasne brzozy, wyrosłe gdzie bądź. Uradowana podchodzi do rodziców.

– No wreszcie, dziecko.

– Ciekawe, czy spotkam Alkę, Jóźkę i Bronkę? To już tyle lat…

Trzymały się razem niczym panny z powieści Dziewczęta z Nowolipek. Wojna wszystko zepsuła. Dom Felki położony był za daleko od wsi, by koleżanki mogły się widywać. Poza tym rodzice kategorycznie na to nie pozwalali. Ojciec z rzadka przynosił lichy prowiant, a resztę gospodarzyli sobie sami dla siebie.

– Żebyś je poznała. Nie macie już po czternaście lat.

– Otóż to, tato.

Ojciec, pomimo czterdziestu pięciu lat, wygląda staro i nieciekawie w za dużym, połatanym garniturze. Ma siwe kępki włosów, wyrastające jak gdyby z przypadkowych miejsc na głowie niczym okoliczne brzozy z ziemi. Wierzchem trzęsącej się dłoni ściera pot z czoła, by po chwili ułożyć ją pod bezpiecznym ramieniem małżonki. Nazizm zrobił swoje albo swoje zrobiły wyrzuty sumienia, spowodowane tym, że pan Kuświk walczył ze szkopem, tak samo pan Andrysiak, pan Zborowski i nawet panna Pożarska, nauczycielka, którą podobno niedawno porwali Ruscy.

– Bylebyśmy zdążyli. Ale żałuję tego konia, co nam skonfiskowali.

– Mama, to przyśpieszmy, co?

– Z koniem czy bez, przynajmniej żyjemy. Można powiedzieć, żeśmy w czepku urodzeni – dodaje ojciec. – Zresztą już po wojnie.

– Tak. Po.

Buty zagłębiają się w leśnym runie niczym dowód na przeżycie. Istnienie Majów to nie fikcja. Promienie słońca prześwitują przez korony drzew, głaszczą ich po twarzach i rażą w oczy. Jest tak, jakby nic się nie zmieniło. Równie dobrze mogliby odbywać wiosenną podróż w trzydziestym siódmym albo dziś, w czterdziestym piątym. Trudno dostrzec różnicę. Dopiero spoglądnąwszy na matkę, dziewczyna przypomina sobie, że przeszłość jest nie do powtórzenia.

– A wrócimy do starego domu?

Na te słowa rodzice spoglądają na siebie. Milczą.

– Sam tata powiedział, że nie mam już czternastu lat, a nadal zachowujecie się, jakby było na odwrót.

Matka posyła jej niepasujący do sytuacji ekspresyjny uśmiech.

– Dajcie już spokój z tą ochroną. Czuję się, jakbyście otumaniali mnie tym ukrywaniem, i tyle.

– Nie wiem, czy dostaniemy dom, Fela – syczy matka.

Fela patrzy na kobietę, która jeszcze nie tak dawno temu nosiła się sztywno i taksowała władczym wzrokiem mijanych ludzi. Były czasy, gdy zakładała tylko suknie szyte na miarę przez najlepszych żydowskich krawców z okolicy. Ta czterdziestodwulatka, która – przez wczesną śmierć rodziców – wniosła w małżeństwo gargantuiczny, jak na wiejskie standardy, posag, obecnie wyglądała niczym nietaktowna, gruboskórna baba z pola. Fela uważa jej mętny wzrok i zakrawającą na szaleństwo częstą gestykulację za dziwaczną obsceniczność. Tym bardziej teraz. Zamiast w wojenną chustę i fartuch ubrała się w zszarzałe koronki, jakieś tiule i tafty. We wszystko, co znalazła w nierozpakowanych od przeprowadzki walizkach, a co niegdyś świadczyło o świetności rodziny Majów.

– Jak dobrze, że proboszcz z tych obozów wrócił. Myślałem, że nie wróci.

Na słowo „obozy” matka chwyta męża za rękę i ściska z całej siły. Mężczyzna cichnie i nie wspomina już o księdzu proboszczu – repatriancie z obozu w Niemczech. Myślą, że Fela nie ma pojęcia o wywózkach, łapankach i powstaniach, lecz ona podsłuchiwała, gdy ojciec raz na jakiś czas przynosił takie smaczki ze wsi. Dla dziewczyny te nowinki były niczym nieprawdopodobna, wywołująca gęsią skórkę powieść w odcinkach. Matka każdorazowo dziękowała Bogu za brak podobnych okropieństw w życiu jej rodziny. Udająca sen Fela z jednej strony wtórowała w myślach kobiecie, lecz z drugiej pragnęła doświadczyć choć ułamka tej straszliwej przygody. Jest już za późno.

– Teraz wszystko wróci do normy – wzdycha ojciec.

– A dziadki też przyjdą na mszę?

– Nie wiem, może.

– Chciałabym ich w końcu zobaczyć. Taaa…

– Co jest, Felka?

– Czy oni przez wojnę nie przestali mnie aby kochać, co?

– Co to za brednie! – wykrzykuje matka.

– Bo nie przychodzili. Ani razu.

– Chore, to nie przychodzą.

– Przynajmniej żyją, dzięki temu ich pamiętasz.

– Pamiętam.

– Jak nie przyjdą na mszę, to do nich zajrzymy.

– O Matko Boska, a co to? – woła matka.

– Ścichnijcie teraz, kobiety…

Wkroczywszy na zbitą drogę, mijają gromady ludzi objuczone tobołami i walizami; pojedyncze osoby ciągną świnie, ktoś inny psa czy krowę. Obserwują tłum zmięty, zmęczony, jak gdyby zlany w jedną szarą masę.

– Ludzie, dokąd wy idziecie? – dopytuje ojciec.

– Nie wiemy!

Przed Majami sunie starowina na wózku, który ciągną wychudzone dziewczęta, może w wieku Feli.

– Przed siebie.

– Na dół kazali.

– Pociąg się popsuł, to idziemy.

– Co dalej będzie? Co dalej?…

Głosy, niczym tyraliera, lawinowo atakują, każdy chce wypowiedzieć swą krzywdę. Utytłani, w znoszonych chustach i kaszkietach, w kieckach, marynarkach i rozdartych mundurach każdej armii, która przetoczyła się przez polskie ziemie. W końcu ze słownego bełtu rodzi się modlitwa, zaintonowana przez ciągniętą na wózku starowinę: – Kyrie eleison, Chryste eleison. Kyrie eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami…

Nawet matka i ojciec przyłączają się do tłumu, pomimo że dalej zmierzają w przeciwnym kierunku. Takiej pielgrzymki to sama Matka Boska nie doświadczyła.

– Trzymaj się blisko, Felka.

Ściska ją upokorzenie. Jest głodna doświadczeń tych ludzi i wiedzy na temat ich migracji. Przecież jest Polką, a pochodzenie uprawnia ją do pokrewnych przeżyć, a nie tylko przesiedlenia do – w gruncie rzeczy – bezpiecznej kryjówki.

– Wasze szczęście to niesprawiedliwość mojego losu – szepcze do nich, ale rodzice nie słyszą zajęci modlitwą.

Lustruje tłum prący do przodu i z każdą sekundą zwalnia, jak gdyby blokowana jednostkowym cierpieniem, ichnim bagażem doświadczeń. Złość pulsuje w skroni. W końcu dziewczyna wypatruje ściśniętą grupę sterczącą tyłem na poboczu i kluczy do niej. Przeciska się przez zbite ze sobą ciała, przez mieszaninę pyłu, zapachu potu oraz odchodów. Nieludzki smród. Smród oswobodzenia. Swoim misternym warkoczem zahacza o brezentowy plecak jednego z gapiów. Wstążka rozplątuje się, włosy opadają do pasa.

– Gdzie się pcha?!

Serce szybko bije, a oczy pragną widzieć to, co inni zdążyli poznać przez ostatnie lata. Odpycha kobietę bez nogi i tęgiego mężczyznę trzymającego za rękę kilkuletniego chłopca. Natrafia na dwie postaci o spętanych nadgarstkach. Z mimowolną wrogością spogląda spod długich rzęs na praktycznie identyczne postacie ubrane w worki po ziemniakach. Pospuszczali opuchnięte, ogolone głowy, a tchórzliwy wzrok wbili w ziemię. Na pierwszy rzut oka płeć więźniów jest umowna, tylko przyczepione do worków kartki oświadczają, kto jest frycem, a kto frycową. Ich ciała drżą.

– Dobrze, niech się boją – syczy dziewczyna.

U bosych stóp więźniów leży deska, na której napisano białą farbą: My, Niemcy, mordowaliśmy Polaków. Grymas niechęci wykrzywia twarz dziewczyny, zżółciałe zęby niemal same się szczerzą, podobnie dłonie – bezwiednie formują się w pięści. Powszechnie dostępne zadośćuczynienie.

– Do dzieła, panienko – słyszy za sobą pomruk. – Bij!

Maluch z pierwszego rzędu podaje jej kij. Fela tłucze tę dwójkę, a przy uderzeniach wykrzykuje, za kogo dostają tym razem. Jakby karmiła dziecko, wołając przy każdej łyżeczce: za mamę, za babcię, za tatę, za Bronkę, za dziadzię, za ciotkę… Sama przed sobą udaje repatriantkę lub ocalałą z obozu na wpół zwariowaną sierotę o przedwcześnie siwych włosach.

– Majówna, bo im do końca machę przekręcisz! Zostaw coś dla innych.

Patrzy to na Niemców, to na jasnowłosego efeba stojącego tuż przy niej. Nad zdemolowanym prawym okiem fryca widnieje pokaźna krwawiąca rana, która zdaje się niemożliwa do załatania. Frycowa rzewnie płacze, usiłując uwolnić sine ręce. Fakt, że oboje jeszcze stoją, zakrawa na cud.

– Trzeba, by przeżyli poniżenie!

– Majówna, jak pragnę zdrowia, skąd tyś się tu wzięła?

Dopiero po tych słowach poznaje dawnego kolegę. Chłopak zmienił się, zmężniał. Ubrany jest w połatane łachy, za duże buty, a u szyi dynda mu kawałek sznura. Twarz jej pąsowieje, wpada w jego ramiona. Czuje alkohol.

– Janusz! Jak życie? Jak inni, wiesz coś? Co to za dziwna ozdoba? Nowa moda?

– Gadasz jak z automatu. Ale jak ty, Felcia, wyrosłaś! No, no. – Odsuwa ją delikatnie. – Życie trudne, ale nie jest nudne. Widzisz, jestem przywódcą okolicznych wsi! Czyścimy z chłopakami domy z naszych fryców. A sznur na szczęście, po szwabskim wisielcu. Organizujemy takie o, rozrywki dla ludzi. Darmowa zemsta.

– Chłop na schwał!

– A ty, gdzie żeś się całą wojnę panoszyła, hę?

– W lepiance w brzezinie. Z ojcami nas wywieźli.

– A, coś było.

Tłum gęstnieje, swoim szemraniem zagłusza rozmowę. Ludzie obijają się o nich, rozdzielają jak wezbrana rzeka, która wylewa i pędzi, nie zważając na nic, w swym nowym nurcie pochłaniając wszystko to, co udało się odbudować po poprzedniej powodzi.

– Żadnych konszachtów?

– Że co?

– No, czy nie kolaborowałaś?

– Ja?!

– Ty.

– Chyba teraz człowiek nie powinien się tym chwalić, co?

– No, chyba nie ma czym.

Fela milczy.

– Jak ta twoja cała Aleczka, co z Niemcami się bardzo lubiła, teraz szwenda się po wsi łysa jak kolano i ratunku szuka. Ty nie?

– Ala?

– Ty cholerny smarku!

Janusz nieruchomieje na dźwięk głosu ojca Feli.

– Panie Maj, niech się pan nie bulwersuje, trzeba kolaborantów łapać.

– Moja córcia nie jest żadną kolaborantką! Idziemy do kościoła modlić się za odzyskaną niepodległość.

– Przecież nic takiego nie…

Ojciec ucisza Janusza machnięciem ręki, którą zaraz chwyta ramię córki i ciągnie ją w stronę przeciwną niż idzie tłum.

– Co ci mówiłem?

– Tymczasem, Felcia! – wykrzykuje Janusz, ale jego głos niemal ginie w rozrastającej się wrzawie.

– Alka z Niemcami? Ale, jak to… Tatko, powiedz, co to znaczy?

Dziewczyna z nadzieją spogląda na mężczyznę. Jego twarz jest zasklepiona w ciągle niewypowiedzianym gniewie i przestrachu, jak gdyby chciał o coś zapytać, ale nie wiedział kogo.

– Byś nie robiła tego matce.

– Przepraszam.

– Widzieliście, ile ludzi? – pyta mama i kręci głową. – Po co ten warkocz żeś rozpuściła?

Pieką ją dłonie od kurczowego ściskania kija. Pod pachami czuje ziębiące mokre plamy, dlatego dociska ręce do tułowia jak podczas musztry. Słońce dociera na sam środek nieba, gdy ze spuszczonymi głowami wkraczają do wsi. Fela doskonale pamięta rozmieszczenie parterowych budynków, placu przed kościołem, pól, stodół, zabudowy dziedzica Mazura, wśród której stał dom zarządcy jego włościami – Maja. Na targowisku rozłożyli się przesiedleńcy, niczym kupcy w prowizorycznych szałasach albo tipi, sprzedający swoje dobra, brzęczący przy tym jak chmary much nad truchłami. Wtem, pomiędzy nimi, dostrzega wynędzniałą istotę z ogoloną głową, bosą, ubraną w prawie doszczętnie poszarpaną suknię balową. Postać porusza się w obłąkanym tańcu – raz podskakuje, raz kłania się włóczęgom, by następnie biec przed siebie, jakby zobaczyła górę złota. Matka dłonią zakrywa Feli oczy, a ojciec pogania.

– Mamuś, to Alka, wiesz? Gdzie jej rodzicie? Gdzie Kazik?

– Na co ci to?

– Jak na co? Przecież to moja przyjaciółka!

– Nie wiem – szepcze kobieta. – Po prostu nie wiem.

– Skąd to wszystko? Musisz wiedzieć. Tato?

– Wojna, Felka, wojna.

– Ale taka? Nie rozumiem.

– To dobrze.

– Dzień dobry, pani Kominowa – woła matka, a Kominowa kiwa głową.

– A tej co jest?

– Nic, Felka, a co ma być?

– Nie wiem, skoro Alce tyle się nadziało, na targu ludzi jak w czwartek, a ja na ulicy tłukę szwabów, to pani Kominowej też coś być musi.

– Żyjemy w okropnych czasach – stwierdza krótko ojciec.

– Tylko tyle? – Fela płacze, spuszcza głowę i stara się ukryć twarz we włosach.

Ojciec obejmuje ją ramieniem.

– Zaraz się wymodlisz, to ci dobrze zrobi.

Wokół kościoła skulone – na noszach lub gołej ziemi – jęczą kaleki, ludzie pozbawieni kończyn, fragmentów twarzy wyciągają ręce albo kikuty po prośbie. Zbici ciasno wyglądają, jakby porzucono ich dogorywających gdzieś na polu walki, na pastwę kruków i własnych wrzasków.

– Pewnie czekają na transport do miasta.

– Nie nadepnijcie nikogo.

Fela oswobadza się z objęć ojca i przystaje na chwilę. Obserwuje tłum nieszczęśników. Zadziwia ją ten okrutny widok w południe, w ciepły majowy dzień, wśród powitań i szlochów dawno niewidzianych znajomych.

Kościół wygląda jak przed wojną. Niewielki, murowany, z drewnianym chórem, obrazami i rzeźbami miejscowego artysty, pana Pietruszki.

– Jak dobrze, że nic się nie zmieniło – rzuca Fela w przestrzeń. Tuż przy niej padają pytania o przyszłość, Ruskich, ich gwałty, kradzieże i morderstwa. Głosy to cichną, to wybuchają odwagą, a Fela skacze z jednej twarzy na kolejną. Tak w kółko, aż do chwili, gdy zgromadzenie z wolna rozchodzi się do ławek.

– Czy teraz może być już tylko lepiej? – pyta dziewczyna.

– Ścichnij, nie zapeszaj.

– Czego, tato?

– Wyzwolenia.

Fela z niedowierzaniem spostrzega wśród obecnych nikłe zainteresowanie okupacyjnymi doświadczeniami innych. A szkoda, mogłaby podsłuchać i później wykorzystać te wspomnienia. Bo co ma opowiadać? Że przesiedziała całą wojnę na glinianej polepie? Żadnych patriotycznych haseł, partyzantki w lesie, krewnych w obozie i uczestnictwa w zrywie w stolicy, w której zresztą nigdy nie była – to wszystko może sobie po prostu tylko wyobrazić, a nawet tego nie potrafi. Ojciec wskazuje im miejsca. Feli trafia się krzesełko tuż za kolumną. Rozdrażniona wzdycha.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Na słowa księdza uradowani wierni klaszczą; niektórzy, tak jak rodzice, łkają. Gdy chce dojrzeć, co, prócz wyglądu, zmieniło się w proboszczu, ludzie syczą na nią i prychają, że hałasuje podczas nabożeństwa, wierci się, jakby miała owsiki. Dziewczyna wbija wzrok w kolumnę przed sobą, na której pan Pietruszka wymalował owce oraz Jezusa brodzącego w promieniach słońca. Czuje postępujące znużenie. Treść mszy wygląda identycznie jak przed wojną. Ludzie na powrót stają się apatyczni, wyłuskani z energii spożytkowanej na brawa. Mimo to, wraz ze świstem wiatru między murami i skrzypieniem kościelnych stropów, wiele głów z lękiem odwraca się w stronę wejścia.

Ksiądz rozpoczyna kazanie: – Przeżyliśmy! Nie usłyszymy już słów szatana, który zawoła za nami: Papieren, Ausweis! Zza rogu nie nadjedzie wróg i nie zagoni nas pod dach śmiercionośnego samochodu. Przeżyliśmy pomimo pogardy dla śmierci i życia, pomimo cienkiej granicy dzielącej nas od Królestwa Jedynego, a ciągłego strachu o życie nasze i naszych najbliższych. Przeżyliśmy. Codziennie mówiliśmy sobie, że oto minęła kolejna godzina, kolejna doba, że przetrwaliśmy kolejną noc i kolejny dzień.

Głos mówcy załamuje się, a Fela wychyla głowę zza kolumny. Ksiądz wygląda, jakby miał zemdleć, lecz otrzymuje oparcie w mównicy. Podnosi rękę, wskazuje na nią palcem i mówi żarliwie: – Ten numer oznacza, że widziałem i przeszedłem wiele. Wiele cierpień, wiele żalu, wiele śmierci. A wy co? Nic. Siedzieliście tutaj, pozwalając, aby jedno zło odeszło i przyszło drugie. Szatan odrodził się na nowo! Czerwony tyfus zakaża naszą Matkę – Polskę! Dopadł nas szatan sowiecki i już nie puści! Polegliśmy, mimo że przeżyliśmy! Nie zasługujemy na to!

Zapada cisza, zakłócana wyłącznie przyspieszonymi oddechami.

Wtem, bez żadnego ostrzeżenia, dziewczyna słyszy zrozpaczony krzyk, szamotaninę i skrzypienie ław, z których wybiegają ludzie. Strzał, a potem następny i kolejny zagłuszają wszelkie lamenty. Wierni – ranni lub już martwi – padają na posadzkę. Fela leży przywalona rodzicami. Ciało matki przygważdża jej piersi. Nie może złapać tchu. Prawą rękę przygniata ojciec, który zaczyna przypominać blednący szlauch, plujący strumieniami krwi. Dziewczyna wierzga nogami, następnie wije się niczym wąż. Odpycha ojca, a oswobodzoną ręką – matkę. Czołgając się do drzwi, dostrzega innych robiących to samo co ona. Biegnie umorusana i bez jednego buta. Mija inwalidów, mieszkańców wsi, migrantów. W słońcu na twarzy i dłoniach krew schnie szybciej, lecz za wiele jej wsiąkło w suknię, która teraz ciąży, spowalniając ruchy. Dziewczyna przy każdym zakręcie obraca głowę, przygryza przy tym wargi, jak gdyby zastanawiała się, czy niedawna strzelanina faktycznie się wydarzyła. Wpada w znajomy gąszcz traw, mchów i krzaków. Ledwie dyszy, przemierzając leśne wertepy. Zziajana pada w lepiance, a strugi krwawego potu spływają po niej, barwiąc glinianą polepę ciemnymi kleksami.

– Masz swoje doświadczenia wojenne! – szepcze.

Ciężko oddycha, zupełnie mokra, jakby ktoś wylał na nią wiadro czerwonych pomyj. Zamyka oczy, aż w końcu zasypia.

*

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz