Dlaczego, mamo? - Daria Skiba - ebook

Dlaczego, mamo? ebook

Daria Skiba

5,0

Opis

Nastoletnia ciąża zawsze jest zaskoczeniem. Tak samo było w przypadku Marleny, dla której stan błogosławiony był początkiem zmian. Całe jej życie przewróciło się do góry nogami, kiedy ona starała się walczyć… Ile trudu wymaga wychowanie dziecka dla kogoś, kto sam nim wciąż jest? I jak wiele może znieść nastolatka, której życie nie raczyło oszczędzić?
Dlaczego, mamo?? to opowieść nie tylko o macierzyństwie, ale także o sprawach z nim związanych, o których na co dzień się nie mówi. Kobieta jest w stanie wiele znieść, ale nie wszystko…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0

Popularność




Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Maksym Leki

Fotografia na okładce

© ShotPrime Studio/Shutterstock

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2019

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2018

tekst © Daria Skiba

ISBN 978-83-7835-718-6

Dla mojej jedynej siostry, Marty, w podziękowaniu za wielką miłość i wsparcie, jakim zawsze mnie obdarzałaś.

Dziękuję Ci za szczęście i przepraszam za smutek.

Obyś zawsze pamiętała, że u mnie każdego dnia znajdziesz pomoc, jakiej tylko będziesz potrzebować.

Nie ma na świecie takich problemów, z którymi sobie nie poradzimy.

1. Marlena

Grudzień 2010

To nie mogła być prawda! Przecież to był na pewno sen, z którego, choć bardzo chciałam, nie mogłam się obudzić. Byłam pewna, że w końcu do mojego małego pokoju wejdzie mama, z wałkami na włosach, otulona szczelnie szlafrokiem, i jak każdego ranka, pokrzykując, uwolni mnie z objęć Morfeusza.

W moim śnie siedziałam na posadzce w szkolnej toalecie, obejmując rękoma nogi, i bujałam się w tył i w przód. Czekałam, aż nadejdzie świt, a ja w końcu wyrwę się z tego obłędu, który coraz bardziej mnie pochłaniał. Takie rzeczy działy się tylko w amerykańskich filmach. To właśnie w nich młode dziewczyny okazywały się głupie i naiwne, a jedna sytuacja potrafiła wywrócić ich życie do góry nogami. Czy właśnie to mogło spotkać i mnie? Całe życie ślepo wierzyłam, że mnie nigdy nie przytrafi się nic… takiego! Tylko dlaczego wciąż nie słyszałam słów mamy: „Marlena, wstawaj już! Grzanki masz na stole, herbatę w termosie. Jestem u siebie, ale nie wchodź”. Dlaczego wciąż nie przyszła mnie obudzić?

Nagle usłyszałam stukanie do drzwi.

– Mama? – zapytałam z nadzieją w głosie.

Już chciałam się poderwać z zimnej posadzki i rzucić w jej ramiona, kiedy do moich uszu dotarły zupełnie inne słowa niż te, na które z utęsknieniem czekałam.

– Jaka mama, dziewczyno? Oszalałaś? Wyłaź z kibla, siedzisz tu całą przerwę!

To była Sylwia? Trudno mi było w to uwierzyć.

Z moich oczu ponownie wylał się potok łez, nad którymi już nie panowałam. Co ja najlepszego narobiłam? Jak się z tego wytłumaczę i co powiem matce? Ojciec mnie zabije. Nie, nie mogę! Nie mogę nikomu się przyznać… Muszę jak najszybciej porozmawiać z Krystianem. Przecież mnie kocha, na pewno coś zaradzi. Jest mądry, będzie wiedział, co robić.

Dłużej nie zastanawiając się, wybiegłam ze szkolnej toalety, potrącając po drodze Sylwię i jej przyjaciółeczki. Usłyszałam jeszcze, jak za mną wołały i rzucały pod moim adresem soczyste epitety, jednak nie miało to żadnego znaczenia. Jak najszybciej musiałam dotrzeć do mojego chłopaka.

Krystian był typem szkolnego lidera. Kochały się w nim wszystkie dziewczyny, ale on wybrał mnie. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym poprosił mnie podczas szkolnej dyskoteki do wolnego tańca. Stałam sama pod ścianą, bo moja najlepsza kumpela, Olka, w ostatniej chwili się rozchorowała, a kuzynka Wiolka jak zawsze znalazła dziwną wymówkę, by nas wystawić. Miałam się powoli zbierać do domu, kiedy światła przygasły, a z głośników popłynęły pierwsze dźwięki Dilemma w wykonaniu Nelly’ego i Kelly Rowland. Kierowałam się w stronę wyjścia, kiedy poczułam, że ktoś złapał mnie za rękę. Spojrzałam na nią i już wtedy wiedziałam, kto stał przede mną. Poniżej kciuka widniała wytatuowana literka S, oznaczająca imię Samanta. To była siostra Krystiana, która cztery lata wcześniej zginęła tragicznie, w wypadku samochodowym, jadąc z grupą na zawody cheerleaderek. Były dwie ofiary śmiertelne – ona i trenerka dziewczyn. Krystian do dzisiaj nie wybaczył sobie śmierci siostry. Choć tak naprawdę nie mógł nic zrobić, by ją uchronić, obwiniał właśnie siebie. Tuż przed wyjściem Samanty z domu rodzeństwo bardzo się pokłóciło o jakąś pierdołę. Kto mógł przypuszczać, że tego dnia widzieli się po raz ostatni?

Na dyskotece, kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, przeszły mnie ciarki. Czułam mrowienie wzdłuż całego kręgosłupa i gdyby nie fakt, że wszystkie światła były przygaszone, mój ideał dostrzegłby wypieki na mojej twarzy. Marzyłam o nim każdego dnia i każdej nocy od momentu, gdy zjawił się w naszej szkole. Zapytał mnie o coś, jednak muzyka zagłuszyła jego słowa. Kiwnęłam tylko głową, co – jak się później okazało – było zgodą na zaproszenie do tańca. Krystian sprawnym ruchem przyciągnął mnie do siebie, objął ramionami i wyszeptał: „Nie mogłem się doczekać, aż cię dotknę”. Ponownie przeszedł mnie dreszcz. Położyłam głowę na jego klatce piersiowej i usłyszałam bicie serca. Jego rytm zdecydowanie przyspieszył. Tę chwilę miałam zapamiętać na zawsze…

– Krystian! Krystian, to ja, Marlena. Wpuść mnie, proszę!

Dobijałam się do jego drzwi, chociaż nie miałam pewności, czy był w domu. Wiedziałam tylko, że tego dnia nie dotarł do szkoły. Tak bardzo liczyłam na to, że zaraz mnie przytuli i jak za dotknięciem magicznej różdżki rozwiąże wszystkie moje problemy. Chciałam, żeby doradził mi coś mądrego. Potrzebowałam też zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Przecież musiało być!

Nie zauważyłam momentu, kiedy drzwi się uchyliły i wyjrzała zza nich starsza kobieta w kuchennym fartuchu.

– Dzień dobry, pani Helenko. Czy zastałam Krystiana?

– A dzień dobry, dzień dobry, moje dziecko. Wejdź, wejdź. Krystianka nie ma, poszedł mi do sklepu po mąkę, bo mi zabrakło do szarlotki, ale niedługo powinien być. Oj, już nie te lata. Kiedyś bym sama pobiegła, pogadała po drodze z Miecią i wróciła szybciej niż ten nasz Krystianek, a jego dobre pół godziny nie ma. Napijesz się czegoś, kochaniutka? – spytała babcia mojego chłopaka, która była chyba najukochańszą osobą, jaką znałam. Na wszystko zawsze potrafiła znaleźć odpowiednie rozwiązanie.

Podobno kiedy babcia Helenka budziła się rano, mówiła sobie zawsze te same słowa: „Ten dzień będzie piękny, dlatego że się obudziłam. Wszelkie problemy schowam w kieszeń, by wieczorem na zawsze o nich zapomnieć”. Gdyby tylko tak się dało. Decyzje, które podejmujemy w chwili słabości, wpływają na całe nasze życie. I nie tylko nasze… Nieprzemyślane słowa ranią najbardziej, a wyrządzone krzywdy trudno wyprostować.

– Nie, nie, dziękuję. Ja tylko chciałam… Przepraszam, ja… Ja już pójdę. – Odwróciłam się na pięcie i uciekłam tak szybko, jak tylko potrafiłam.

Babcia Krystiana próbowała mnie jeszcze zatrzymać, wołając za mną, ale bezskutecznie. Tym razem nie mogła mi pomóc. Jedyne jej słowo, które zrozumiałam, a które nieustannie brzęczało mi w myślach, to „dziecko”. Dziecko, dziecko, dziecko…

– Dlaczego?! – wykrzyczałam sama do siebie, gdy dobiegając do parku, padłam na kolana przy jednej z ławek.

Był mroźny dzień i choć wszystko przykryte było białym puchem, a parkowe alejki odróżnić można było tylko po tym, że leżący na nich śnieg był mocno ubity, nie zważałam na to. Mogłam zapaść się nawet pod białą pierzyną, sięgającą pasa, tak by nikt nie mógł mnie znaleźć. Nie widziałam dla siebie przyszłości ani odpowiedniego rozwiązania.

– Marlena? Co ty, do cholery, wyprawiasz? – nagle doszły mnie słowa wypowiedziane przez mężczyznę, którego tak bardzo pragnęłam usłyszeć. Marzyłam jedynie o tym, by zatopić się w jego ramionach, równie mocno, jak za pierwszym razem. – Marla, co jest?

Poczułam, jak jego silne ręce złapały mnie za ramiona i pociągnęły w górę. Ledwo trzymałam się na własnych nogach. Krystian nieznacznie odsunął się i zlustrował mnie od stóp do głów. Widziałam w jego oczach zażenowanie, gdy na mnie spoglądał. Musiałam wyglądaćfatalnie. Do teraz nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się ze mną dzieje. Właściwie nie wiedziałam, ile czasu spędziłam w parku. Spodnie praktycznie całkiem mi przemokły, więc trochę tam prawdopodobnie siedziałam. Wzrok Krystiana przeszył mnie na wskroś i wtedy dotarło też do mnie, że jest mi niezmiernie zimno. Powoli zaczynałam się trząść, choć nie do końca byłam pewna, czy to z powodu chłodu, czy emocji, które mną targały.

– Nic nie powiesz? – Krystian pierwszy się odezwał, a ja wciąż nie wiedziałam, jak zacząć tę rozmowę. Byłam pewna tylko tego, że jak najszybciej powinnam go uświadomić.

– Kochanie, nie wiem, jak ci to powiedzieć. Bo wiesz…

– Co wiem?

– Nie denerwuj się. Musimy porozmawiać.

– Świetnie się składa, bo też chcę z tobą porozmawiać. Ale może ty zacznij. – Krystian włożył rękawiczki, odgarnął śnieg ze stojącej tuż obok ławki i wskoczył na nią, siadając na jej oparciu. – Siadasz?

– Dzięki, postoję. Chcesz rozmawiać… tutaj? – Odwlekałam moment wyznania prawdy, który nieuchronnie oznaczał moją zgubę. Choć czy ten moment nie nastąpił już wcześniej?

– A dlaczego nie? Że niby jest ci nagle zimno? Przed chwilą tarzałaś się w śniegu. Kto wie, co byś robiła, gdybym przechodził tędy trochę później albo wcale – dodał po chwili.

– Szukałam cię.

– Pod ławką? Dobry żart.

– Byłam w twoim domu, ale cię nie zastałam.

– No, patrz… Jestem. Możesz w końcu wydusić z siebie, o co ci chodzi. Chcesz mnie zostawić, tak?

Jego twarz napięła się i nie mogłam z niej nic odczytać. Zero uczuć, brak jakichkolwiek emocji. Nie ułatwiał mi tego zadania ani trochę. Liczyłam na to, że gdy się spotkamy, przytuli mnie mocno, a ja wyszeptam mu na ucho najważniejsze słowa, jakie mógłby kiedykolwiek ode mnie usłyszeć.

– Krystian, kochanie, będziemy rodzicami – powiedziałam na jednym wydechu, po czym, przysięgam, przestałam oddychać.

Sekundy dłużyły się niemiłosiernie, a ja nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ta rozmowa nie trwała pięć minut, a całe lata. Jakby czas stanął w miejscu w oczekiwaniu na reakcję mężczyzny mojego życia. Byłam przerażona, nie wiedząc, czy zaraz porwie mnie w swoje ramiona, czy urządzi trzecią wojnę światową. A on… po prostu milczał, co tylko potęgowało moje zdenerwowanie.

– Żartujesz? – To jedyne słowo, które usłyszałam od swojego partnera.

Nawet nie drgnął, wciąż siedząc na oparciu parkowej ławki.

– Nie, nie żartuję.

– Jesteś pewna? Robiłaś test?

– Trzy razy.

– I…?

– Jestem w ciąży, nie dociera?! Po pierwszym teście druga kreska była bladoróżowa, jednak już po trzecim jeszcze chwila, a zrobiłaby się bordowa! Krystian, jestem w ciąży, a ty będziesz ojcem.

– Bladoróżowa? Jaka kreska? Jesteś pewna, że kupiłaś odpowiedni test?

– Nie rób ze mnie idiotki! – nie wytrzymałam.

Po policzkach spływały mi pierwsze łzy. Nie miałam zamiaru ich powstrzymywać. Krystian był w to tak samo zaangażowany, jak ja. Sama sobie dziecka nie zrobiłam. Za kogo on mnie miał?

– Nie wierzę, nie nabierzesz mnie na taki numer. Zabezpieczaliśmy się! Przyznaj się, przyprawiłaś mi rogi?

Wkurzył się na poważnie. Zeskoczył z ławki i podszedł bardzo blisko mnie. Czubkiem nosa praktycznie dotykał mojego czoła, patrząc na mnie z taką nienawiścią, jakbym zrobiła mu coś złego.

– Co ty wygadujesz? Jesteś moim jedynym facetem, Krystian. Wiesz, że cię kocham i nigdy z nikim więcej nie spałam. Jesteś tylko ty!

– Wytłumacz mi więc, jak to jest możliwe, skoro się zabezpieczaliśmy.

– Żadne zabezpieczenie nie daje stuprocentowej pewności, że…

– Dziewczyno! Czy ty słyszysz własne słowa? Trzeba było o tym pomyśleć, zanim dałaś mi dupy! – Wykrzyczał mi te słowa prosto w oczy, po czym obszedł mnie i ruszył w kierunku swojego domu. – Mnie albo innemu.

– Zaczekaj! Dokąd idziesz?!

– Do domu, babcia na mnie czeka.

– Babcia?! A ja? Ja już się nie liczę? Będziemy mieli dziecko, czy ci się to podoba, czy nie!

Krystian odwrócił się i ponownie zbliżył, znów taksując mnie spojrzeniem, którego miałam nie zapomnieć do końca życia. Jeszcze wczoraj mówił mi, jak bardzo mnie kocha, a dziś w jego oczach widziałam tylko nienawiść. Jakby w jednej chwili chciał rozbić moje serce na tysiąc drobnych kawałków. Zresztą tak właśnie się czułam… Wykorzystana, oszukana i tak cholernie… brudna.

– Posłuchaj, ja też ci chciałem dzisiaj coś powiedzieć. Tak się składa, że z nami koniec. Nie kocham cię. A teraz wybacz, idę pomóc babci przygotować szarlotkę. Wieczorem ma wpaść Klaudia. – Wypowiadając ostatnie zdanie, szeroko się uśmiechnął.

Każde jego kolejne słowo bolało coraz mocniej. Koniec? Nie kocha mnie? Klaudia?

– O co tu, kurwa, chodzi?! – Nie wierzyłam własnym uszom. Wybuchłam, dając upust swoim emocjom.

– O nic, dosłownie o nic. Baw się – usłyszałam na odchodne od swojego już byłego chłopaka.

Już wcześniej byłam załamana, bo nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie w roli matki. Naiwnie łudziłam się jednak, że we dwoje jakoś uda się nam to poskładać. Teraz wiedziałam już, że zostałam z tym wszystkim sama. Z moją miłością i dzieckiem, które z każdą minutą rosło w moim brzuchu. Jak mogłam być tak głupia? Co teraz miałam zrobić? Bałam się tego, co przyniosą kolejne dni, a o zbliżających się miesiącach i latach nawet nie chciałam myśleć. Miałam skończyć szkołę, zrobić kurs, znaleźć pracę i powoli rozpocząć dorosłe życie, a nagle wpadłam w sam jego środek.

Szalony wir dopiero nabierał tempa, a ja w ogóle nie miałam nad nim kontroli.

2. Bożena

– Marlena! Nie trzaskaj drzwiami!

Czy ta dziewczyna nigdy nie nauczy się zamykać drzwi jak człowiek? Upominałam ją, od kiedy tylko sięgałam pamięcią, ale ciągle jak grochem o ścianę.

– Marlena! – Dopiero co zwróciłam jej uwagę, a ona znów swoje.

„Koniec z tym, dopóki mieszka pod moim dachem, musi dostosować się do moich zasad – pomyślałam. – W przeciwnym razie będzie musiała zacząć myśleć o czymś własnym”.

Nie mogłam znieść myśli, że wciąż zadawała się z tym chłopakiem. Nie lubiłam Krystiana, a informacja o ich, pożal się Boże, związku zwaliła mnie z nóg. Marlena bardzo się zmieniła pod jego wpływem. Wcześniej była grzeczną i poukładaną dziewczyną, a od jakiegoś czasu… Nadszedł odpowiedni moment, żeby dać jej jasno do zrozumienia, że dłużej nie będę tego tolerować. Miałam wystarczająco swoich problemów.

Odłożyłam trzymaną w dłoniach ścierkę, zdjęłam fartuch i postanowiłam w końcu przeprowadzić z młodszą córką poważną rozmowę. Tak być po prostu dalej nie mogło. Gdyby Marlena choć trochę przypominała swoją siostrę, Kamilę… Może nie była asem, ale szkołę skończyła bez problemów, a dzięki praktykom w Grecji wyjechała tam do pracy. Znalazła dom, świetnego chłopaka. Miała wszystko, o czym ja marzyłam każdego dnia przez całe życie.

Weszłam do pokoju córki i nie zastanawiając się nad niczym, od razu przeszłam do sedna sprawy. Już dawno planowałam się z nią rozmówić.

– Marlenko, córeczko, musimy sobie coś wyjaśnić…

Musiałam przyznać, że jak na skrupulatnie zaplanowaną rozmowę to początek wyszedł dość marnie. Stara, a głupia. Stresowałam się przed własną córką. Zawsze tak było, gdy na nią spoglądałam. Była śliczną dziewczyną o długich, kręconych kasztanowych włosach i niesamowicie dużych zielonych oczach. Można z nich było czytać jak z otwartej księgi. Ta dziewczyna nie potrafiła przede mną niczego ukryć.

Kiedy weszłam do małego pokoju, Marlena stała przy oknie, ze skrzyżowanymi ramionami, skulona, jakby chciała się ogrzać. Jej piękne i delikatne włosy były w okropnym nieładzie. Odniosłam wrażenie, że nie czesała ich tydzień, choć zawsze bardzo o nie dbała. Były jej największym atutem, choć zawsze kochałam każdy fragment jej ciała. Pamiętam, jak uwielbiałam się w nią wpatrywać, kiedy robiła sobie popołudniowe drzemki, będąc jeszcze małą dziewczynką. Była taka słodka i niewinna, daleka od jakichkolwiek problemów.

– Kochanie, podejdź, proszę, i usiądź. Musimy w końcu porozmawiać, ponieważ tak być nie może. Dobrze wiesz, że staram się jak mogę i jest mi bardzo ciężko, a ty…

– A co ja, mamo? No co?! – Wykrzykując ostatnie słowa, zwróciła się w końcu w moją stronę.

Serce momentalnie podeszło mi do gardła i załomotało tak mocno, jakby zaraz chciało opuścić moje ciało. Mój Boże…

– Marlenka, córeczko… Co się stało?

Nie zastanawiając się dłużej i nie próbując już szukać jakichkolwiek słów, podeszłam szybko do córki i mocno ją przytuliłam. Pragnęłam jedynie zabrać z jej barków całe cierpienie, jakie nią zawładnęło. Moja mała córeczka… Chciałam ją objąć jak kiedyś, gdy upadając na chodniku, bardzo płakała. Malutka dziewczynka z burzą loków zatapiała się w moich ramionach, bo właśnie w nich czuła się bezpiecznie. Delikatnie gładziłam ją po głowie, szepcząc, że ze wszystkim damy sobie radę.

– Kochanie, wszystko będzie dobrze. Córeczko…

Łzy mimowolnie pociekły mi ze zmęczonych oczu. Co trapiło Marlenę? Może zostawił ją w końcu ten gbur, którego dawno powinna kopnąć w tyłek. Nie zasługiwał na nią.

– Mamuś, dlaczego? – Marlena jeszcze mocniej przylgnęła do mojej piersi.

– Skarbie, co się dzieje? Wiesz przecież, że możesz mi powiedzieć wszystko. – Cały czas gładziłam włosy córki, która była okropnie roztrzęsiona. – Chodzi o Krystiana?

Na te słowa Marlena zaniosła się płaczem, nie mogąc z siebie wydusić ani słowa. W końcu obie usiadłyśmy, ale wciąż nie wypuszczałam jej z objęć. Wiedziałam, że nie będzie to prosta rozmowa. Przyszłam tutaj z zamiarem wygłoszenia reprymendy, a obawiałam się, że czekało mnie coś, czemu nie będę potrafiła sprostać.

Całe życie mieliśmy pod górkę, choć starałam się nigdy nie narzekać. Z miesiąca na miesiąc powtarzał się ten sam schemat i już nie pamiętałam, kiedy ostatni raz nie musiałam się martwić, czy pod koniec miesiąca będę miała co włożyć do garnka. Starałam się, jak mogłam. Zawsze wolałam sobie odmówić nowych butów, choć poprzednie ledwo już się trzymały po latach użytkowania. Córki były dla mnie najważniejsze i wszelkie oszczędzone drobniaki przeznaczałam dla nich.

Stwierdzenie, że największy kłopot jest z małymi dziećmi, które nie potrafią jeszcze jasno zakomunikować, o co im właściwie chodzi, nie jest prawdą. Wraz z dorastaniem dziecka liczba problemów mnoży się w zatrważającym tempie. Książki, zeszyty, nowe ubrania, kosmetyki… Moje córki nigdy nie były wymagające, ale zawsze chciałam dla nich jak najlepiej. To chyba naturalne, każdej matce zawsze najbardziej zależy na szczęściu swojego dziecka. Sama może nie mieć nic. Najważniejsze jest to, że ma swoje ukochane pociechy, które nosiła tuż pod własnym sercem. Dzieci to największe i najcenniejsze szczęście każdej kobiety…

Teraz spoglądałam na moją zapłakaną i roztrzęsioną córkę, która z każdym kolejnym dotknięciem powoli się uspokajała. Czułam, że to jeden z momentów, w których nie mogłam na nią naciskać. Musiałam pozwolić jej się wyciszyć, a przede wszystkim dać poczucie bezpieczeństwa.

Marlena w końcu zasnęła. Dopiero kiedy przykrywałam ją kocem, zdałam sobie sprawę, że była bez spodni. Zlokalizowałam je, rzucone pod szafą. Były dosłownie całe przemoczone.

– Co się stało? – powiedziałam po cichu sama do siebie.

Wzięłam je do łazienki, żeby wrzucić do prania. Kiedy je podniosłam, coś wypadło z kieszeni. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. W pokoju panował półmrok, jedynie delikatny strumień kuchennego światła chronił pomieszczenie przed całkowitą ciemnością. Blada poświata rzuciła cień na biały plastikowy przedmiot, który prawdopodobnie miał zmienić wszystko.

Tylko nie ona… Nie Marlena…

– Coś tam tyle robiła? Ile jeszcze mam czekać? – Po wyjściu z pokoju Marleny do moich uszu od razu dotarły słowa Franka.

– Kochanie, obiad miałeś przygotowany, wystarczyło nałożyć na talerz – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Miałam już dość usługiwania każdemu. Szczególnie teraz, gdy nasze życie miało przybrać zupełnie inny bieg… Mimo wszystko starałam się zachować spokojny ton. Nie chciałam teraz nic mówić mężowi. Może jednak nie był to test naszej córki, a którejś z jej koleżanek?

Z Frankiem bywało różnie. Kiedy nie wpadał w ciąg alkoholowy, można z nim było normalnie porozmawiać, obejrzeć razem program w telewizji czy się pośmiać. Najgorsze jednak były dni, kiedy pił na umór, a po kilku dniach dostawał delirki, gdy organizmowi brakowało procentów. Najbardziej chyba jednak bolało mnie to, że potrafił znaleźć pieniądze na piwo, ale nigdy nie widział opcji dorobienia, żeby naszej rodzinie było lżej. Sama robiłam, co mogłam. Przez lata dorabiałam, sprzątając klatki schodowe, latem jeżdżąc na jagody i je sprzedając, jesienią na grzyby. Pracowałam na czarno, jako pomoc kuchenna, ale często zostawałam z niczym, kiedy do pracy zgłaszały się młode dziewczyny. Ja z każdym rokiem byłam coraz słabsza. Upominały się o mnie kolejne choroby, jednak starałam się, przede wszystkim dla dziewczynek. Nie znosiłam widoku, gdy moim małym córeczkom było przykro patrzeć, jak inne dzieci latem jedzą lody lub wynoszą na koc przed dom kolejne nowe i piękne lalki Barbie.

Z niecierpliwością, ale i strachem czekałam na przebudzenie się Marleny. Zadzwoniłam do Kamili. Myślałam, że może siostry rozmawiały ze sobą i Marlena coś jej powiedziała, jednak starsza córka była tak samo zaskoczona, jak ja.

Czekałam i czekałam. Usiadłam przy stole i przy małej lampce tworzyłam kolejne ozdoby choinkowe i stroiki świąteczne. Zawsze parę groszy z nich wpadało, a w tym roku miałam już więcej zamówień niż w poprzednich latach, mimo że grudzień dopiero się zaczął. Tym razem ręce trzęsły mi się jak jakiemuś alkoholikowi, który wpadł w delirkę, a brak procentów zawładnął jego ciałem. Nie potrafiłam dobrze wbić szpilki w styropianową kulkę, nie mówiąc już o dodawaniu cekinów czy zaginaniu pod odpowiednim kątem śliskiej wstążki.

Bardzo powoli kończyłam ostatnią bombkę, kiedy usłyszałam, że drzwi od pokoju Marleny się otwierają. Zostawiłam wszystko i wyszłam na spotkanie z rzeczywistością.

– Marlena? – Więcej słów nie było potrzebnych.

Wystarczyło, że spojrzałam na córkę i wiedziałam już, że tamten test ciążowy należał do niej. Wystarczyło jedno spojrzenie, bym wiedziała, w jakim stanie znajduje się teraz moje dziecko. Tylko że ciąża to nie koniec świata…

– Napijesz się herbaty? – zagadnęłam łagodnie.

– Herbata tutaj nie pomoże.

Czyli było gorzej, niż przypuszczałam.

– No to zrobię, leśne owoce z truskawką są najlepsze. Zaraz do ciebie przyjdę – powiedziałam spokojnie, po czym udałam się do kuchni.

Chciałam jej dać chwilę na przygotowanie się do rozmowy. Na zaparzeniu herbaty zeszło mi jednak więcej czasu, gdyż trzęsące się ręce nie ułatwiały zadania. Obawiałam się, że zanim dojdę do pokoju córki, cały napar rozleje się na tacy.

Pamiętam, jak sama musiałam przyznać się rodzicom do pierwszej ciąży. Bałam się jak cholera. Miałam dopiero szesnaście lat i z całą pewnością nie tego się po mnie spodziewano. Do tego trafiłam na mężczyznę, który zamiast mnie wspierać i pomagać mi, tylko na nas żerował. A przynajmniej zazwyczaj tak było. Teraz od dwóch tygodni był trzeźwy, chociaż podejrzewałam, że po nowinie, jaką przekaże nam Marlena, prędko do domu nie wróci.

Zrobiłam herbatę, z szafki wygrzebałam jeszcze herbatniki i ułożywszy wszystko na tacy, zaniosłam do pokoju córki. Marlena siedziała na łóżku, opierając się o ścianę. Podkurczyła nogi i opierała brodę na kolanach. Kiedy weszłam, spuściła głowę. Wyglądała jak siedem nieszczęść. Tacę postawiłam na stoliku pod oknem, a sama usiadłam na skraju łóżka. Dotknęłam delikatnie kasztanowych włosów córki, a ona jak za sprawą magicznej różdżki zaczęła mówić.