Dlaczego gospodarka światowa potrzebuje krachu finansowego - Jan Toporowski - ebook
lub
Opis

Eseje zebrane w tym tomie objaśniają zasadnicze cechy strukturalne inflacji finansów, która doprowadziła do kryzysu finansowego w 2008 r.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 238

Kolekcje



Tytuł oryginału:

Why the world economy needs a financial crash and other critical essays on finance and financial economics

Przełożył:

Jerzy Paweł Listwan

Współpraca:

Grzegorz Konat

Redaktorzy serii:

Przemysław Wielgosz, Andrzej Herman

Indeks:

Waldemar Chamala

Projekt okładki i opracowanie graficzne:

Krzysztof Ignasiak / istdesign.pl

© Anthem Press 2010

© „Europa wschodnia: kryzys aktywów postkomunistycznych” Jan Toporowski

© „Notatki o kryzysie w strefie euro” Jan Toporowski

© Instytut Wydawniczy Książka i Prasa 2012

© Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie, Szkoła Główna Handlowa w Warszawie

ISBN 978-83-62744-21-3

Instytut Wydawniczy Książka i Prasa

ul. Twarda 60, 00-818 Warszawa

tel. 22-624-17-27

[email protected]

www.iwkip.org

www.monde-diplomatique.pl

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

WPROWADZENIE/

19 lutego 1986 r. Financial Times opublikował mój artykuł „Dlaczego gospodarka światowa potrzebuje krachu finansowego”. Ten jeden tekst złamał mi karierę, ponieważ znalazłem się z jego powodu na czarnej liście instytucji finansowych londyńskiego City. Utrata pracy obciążyła moją niedawno założoną rodzinę nowymi stresami i niepewnością, a także zmieniła bieg mojego rozwoju intelektualnego i przeobraziła mój sposób patrzenia na dyskusje strategiczne i teoretyczne, będące ponoć motorem postępu rozumu w ekonomii i polityce. Tamten artykuł pisałem z przekonaniem, że nie jestem pisarzem zaangażowanym na pasku jakiegoś autorytarnego reżimu; że żyjemy w intelektualnej demokracji, w której idee i analizy są oceniane merytorycznie. Publikacja artykułu była punktem zwrotnym. Rychło uświadomiłem sobie, że rynek idei jest polem rywalizacji koterii ubiegających się o władzę albo właśnie ją sprawujących. Media odgrywają na owym polu szczególną funkcję „tablicy opinii, mówiącej poszczególnym podmiotom rynkowym, jak w danym momencie brzmi opinia przeciętna albo ogólnie przyjęta”1. (Josef Steindl posunął się jeszcze dalej, sugerując, że określone koterie, czy „liderzy opinii” wręcz opanowują to pole gry, i kształtują oczekiwania uczestników rynków finansowych tak, aby utrzymać na owych rynkach określony poziom entuzjazmu spekulacyjnego albo deflacyjnej powściągliwości2. Można zaryzykować twier-dzenie, że ekonomia finansowa funkcjonuje bardzo podobnie.)

Tamten pamiętny artykuł powstał w scenerii spustoszeń wywołanych przez kryzys zadłużeniowy Trzeciego Świata, który wybuchł w 1982 r. Odejście od systemu sztywnych kursów walutowych zapoczątkowanego w Bretton Woods, a tuż potem 4-krotny wzrost ceny ropy naftowej ogromnie pogłębiły nierównowagę bilansu handlowego prawie wszystkich krajów. Z jednej strony, nadwyżki handlowe, zwłaszcza krajów eksportujących ropę naftową, napęczniały i przechodziły obecnie przez międzynarodowe banki komercyjne a nie, jak dawniej, przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Kiedy międzynarodowe zadłużenie urosło ponad miarę i kiedy oprocentowanie tych długów wzrosło z początkiem lat 80., a ceny towarów nieprzetworzonych zaczęły w tym samym czasie spadać, zaistniały wszystkie konieczne warunki międzynarodowego kryzysu bankowego znacznych rozmiarów. Wybuchł on z chwilą, gdy rządy Meksyku, Brazylii, Polski i kolejnych krajów ogłosiły, że nie są w stanie dalej spłacać swoich zagranicznych zobowiązań. Wezwany na pomoc Międzynarodowy Fundusz Walutowy miał niewystarczające środki finansowe. Rząd USA znalazł się pod presją ze strony czołowych banków nowojorskich, które zdominowały międzynarodową bankowość: Citibank, J.P. Morgan, Chase Manhattan i inne domagały się od rządu rozwiązania, które ochroni te banki przed bankructwem na skutek nadmiernego zaangażowania w finansowanie niewypłacalnych rządów państw Trzeciego świata.

Pierwsze rozwiązanie zaproponował w październiku 1985 r. James Baker, sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych. Przewidywało ono zmianę warunków kredytowania 15 najbardziej zadłużonych państw, a równocześnie zwrócenie się do międzynarodowych instytucji finansowych, takich jak MFW, oraz międzynarodowych banków komercyjnych o dalsze kredyty, które ułatwią zadłużonym państwom refinansowanie długów zagranicznych. Restrukturyzację zorganizowano w zasadzie tak, jak popadło. MFW i międzynarodowe agencje finansowe pożyczyły tyle, ile mogły, na warunkach wyniszczających dla gospodarki i dla funkcjonowania państwa w wielu biednych krajach. Dzięki tej akcji, międzynarodowe banki komercyjne uniknęły konsekwencji niewypłacalności państw-dłużników, które doprowadziłyby je do upadku.

Mimo to, inicjatywa nie dała spodziewanych rezultatów. Podobnie, jak w czasach najnowszych inicjatywy zmierzające do wyjścia z międzynarodowego kryzysu zadłużeniowego lat 2007-2009, traktowała ona problem nadmiernego zadłużenia jak zwykły problem płynności, jakim był on z punktu widzenia bankierów działających na międzynarodowych rynkach finansowych (jeszcze jeden powód, dla którego rozwiązania kryzysu zadłużeniowego nie można powierzać bankierom). Kryzys utrzymywał się do 1989 r., kiedy to następca Bakera, Nicolas Brady, zaproponował inne rozwiązanie, przewidujące refinansowanie poprzez emisję obligacji, gwarantowanych obligacjami Skarbu Stanów Zjednoczonych (tzw. obligacje Brady’ego). Dla rządów państw zadłużonych jednak był to również bodziec do rozwinięcia rynków kapitałowych, które pomagałyby tym rządom refinansować swoje długi zagraniczne w bardziej pewny sposób. Zewnętrzne zadłużenie większości zadłużonych rządów zostało w ten sposób z powodzeniem „zabezpieczone” (ang. hedged) przez procesy inflacji rynku kapitałowego, uruchomione w wyniku liberalizacji finansowej rynków wschodzących. Ponownie więc zwiększenie płynności systemu nie rozwiązało problemu nadmiernego zadłużenia. Kiedy jednak, począwszy od połowy lat 90., wybuchały kolejne „kryzysy rynków wschodzących”, rządy krajów stanowiących owe rynki przeważnie miały już z głowy problem zadłużenia zewnętrznego.

Tytułowy artykuł niniejszego zbioru pochodzi z czasów poprzedzających inicjatywy Bakera i Brady’ego. Bezpośrednie konsekwencje owego artykułu dla mojej kariery zawodowej okazały się rozwijające choćby dlatego, że skłoniły mnie do zastanowienia się, dlaczego to, co napisałem, wywołało tak wielki szok. Część tych refleksji była inspiracją dla moich późniejszych prac, a także dla esejów, składających się na ten zbiór, nawet jeśli w momencie ich pisania nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Kolejne zawarte w tym tomie eseje ukazują ewolucję mojego sposobu myślenia o finansach począwszy od roku 1986, po części wynikającą z coraz głębszego rozumienia finansów i ich ekonomii, a po części z tego, że gmach systemu finansowego, którego budowę rozpoczęto w latach 80., stopniowo ujawniał coraz to nowe pęknięcia, których kulminacją był kryzys finansowy ostatnich lat. Eseje były pisane z myślą o przystępnym przedstawieniu części analiz ekonomicznych napisanych językiem bardziej technicznym w moich monografiach i referatach akademickich, a także zwróceniu uwagi na pewne społeczne i polityczne konsekwencje funkcjonowania systemu finansowego. Na konsekwencje te przymykano oczy w radosnym zapale jego planowania i konstruowania, i tendencja ta utrzymuje się do chwili obecnej. Dzisiejsi krytycy finansów skłaniają się ku populistycznemu poszukiwaniu winnych, wytykając bankierom i finansistom rzekome nadużycia, zamiast przyjrzeć się, w jaki sposób sam panujący system finansowy generuje przejawy takich ekstrawagancji w profesji słynącej z konserwatyzmu, o ile nie z ostrożności. W wiekach średnich różne złe rzeczy miały się zdarzać dlatego, że „za rogiem czyha zło”. Nasze pojmowanie bankowości i finansów bardzo się od tamtych czasów rozwinęło. Kiedy jednak coś idzie nie po naszej myśli, w dalszym ciągu nader łatwo uciekamy się do takich mistyfikacji.

Na przestrzeni lat, które upłynęły od publikacji tamtego artykułu oswoiłem się z faktem, że bez względu na moje początkowe przekonanie, iż gospodarka światowa cierpi z powodu nadmiernego zadłużenia, krach mający wyeliminować ów nadmiar wprawdzie okresowo daje znać o sobie na progu gmachu finansów, nigdy jednak nie ogarnia go całego. W trakcie pisania mojej pierwszej książki o finansach, The Economics of Financial Markets and the 1987 Crash3 uświadomiłem sobie, że rynki finansowe zawdzięczają swą odporność na wstrząsy zmianom w strukturze stosunków między finansami a gospodarką realną, do których doszło wraz z przejściem na kapitałowe systemy emerytalne w latach 70. i 80. Związany z takimi systemami, mniej lub bardziej przymusowy udział w rynkach finansowych miał powiększyć pulę oszczędności, dostępną dla inwestycji produkcyjnych. W praktyce jednak obiecany renesans przemysłu jakoś się nie ziścił. Doszedłem do wniosku, że stało się tak, ponieważ napływ kredytu na rynki finansowe, czyli inflacja finansów, uczynił owe rynki daleko bardziej atrakcyjnymi i rentownymi miejscami inwestowania niż żmudne tworzenie jakichś trwalszych wartości. Jak odnotowałem w owym czasie, „w erze finansów finanse finansują głównie finanse”.

Druga część tego tomu zawiera wybór moich esejów poświęconych ekonomii inflacji finansów. Serię tę otwiera esej pod tytułem „Pieniądz w czasach globalizacji”. Pierwotnie został on napisany w roku 2003 na potrzeby encyklopedii globalizacji, jednak redaktorzy tej pracy zmienili się, i mój esej wypadł z planu razem z osobą, która go zamówiła. Mniej więcej w tym samym czasie Alfredo Saad Filho poprosił mnie o napisanie rozdziału poświęconego finansom międzynarodowym do redagowanego przez niego i Deborę Johnston zbioru tekstów Neoliberalizm: A Critical Reader (Pluto Press 2005)4. Od czasu napisania tamtego rozdziału moje poglądy na neoliberalizm, o ile nie na finanse międzynarodowe, zmieniły się w kluczowych kwestiach. Wersja zamieszczona w niniejszym tomie bardziej całościowo przedstawia moje obecne poglądy w tej kwestii.

Trzeci esej z tej części, dotyczący „innowacji finansowych” wyłonił się w następstwie ponownej lektury Gold, Prices and Wages (Złoto, a ceny i płace) Johna Hobsona. Hobsonowska krytyka wzburzyła Johna Maynarda Keynesa, który uznał ją za skandal w recenzji napisanej dla Economic Journal5. Skandalem dla Keynesa było zaatakowanie przez Hobsona „ilościowej teorii pieniądza” (w myśl której przyczyną inflacji jest wzrost podaży pieniądza). A przecież w myśli Hobsona, iż kredytu przybywa z chwilą pojawienia się nowych aktywów finansowych zawarty jest sposób patrzenia na innowacje finansowe, który znakomicie wspiera wysuniętą później przez Keynesa teorię preferencji płynności i rzuca światło na finansowe innowacje w sposób podobny jak Hyman Minsky w swoich późnych pracach. Zamieszczony tu esej jest rozbudowaną wersją opracowania napisanego na początku 2009 r. dla Oxford Analytica.

Następne dwa eseje wyłoniły się z haseł opracowanych przeze mnie na potrzeby jednego z najnowszych wydań International Encyclopaedia of the Social Sciences (Międzynarodowej encyklopedii nauk społecznych). Opisują one sposób, w jaki przedsiębiorstwa niefinansowe przystosowują się do zjawiska inflacji finansów poprzez ekspansję bilansów za pomocą dźwigni oraz wykorzystywania pojęcia „wartości firmy" (ang. goodwill). Ostatnie dwa eseje w tej części stanowią podsumowanie poprzednich i pokazują, w jaki sposób opisane w nich zjawiska – kredyt, innowacje korporacji, finanse przedsiębiorstw – mogą wspólnie tworzyć proces inflacji finansów. Pierwszy z tych esejów został opublikowany pierwotnie po hiszpańsku pod tytułem „Inflación en los mercados financieros” (Inflacja rynków finansowych) w ramach pracy zbiorowej Economía financiera contemporánea pod redakcją E. Correi i A. Giróna (Meksyk: Porrua, Las ciencias sociales 2004, ss. 141–169). Drugi esej „O inflacji finansów i dlaczego jest ona tak ważna” („Financial Inflation and Why It Matters”) został oparty na opracowaniu dla Oxford Analytica, rozszerzonym w celu dokładniejszego pokazania, jak inflacja finansów wywołuje kryzys.

Druga część niniejszego tomu jest poświęcona rozważaniom nad kulturą inflacji finansów. Od dawna twierdzę, że inflacja finansów jest źródłem iluzorycznych wyobrażeń na temat rynków finansowych. Owe iluzje pokutują szczególnie wśród tych, którzy poświęcają niemal cały swój czas badaniom rynków, czy to z powodu przemożnej chęci „robienia pieniędzy”, czy też z chęci racjonalnego usprawiedliwienia owego robienia pieniędzy. Pierwszy esej w tej części stanowi rzut oka na ewolucję teorii finansów w drugiej połowie XX stulecia, od prób zrozumienia katastrofy 1929 r. po przedstawianie inflacji finansów w dogodnym świetle – wzmacnianie argumentacji opartej na pospolitych spostrzeżeniach i wspieranie starań menedżerów funduszy, a także uśmierzanie finansowych niepokojów klas posiadających. Esej ten jest rozszerzoną wersją mojej recenzji pracy G. Poitrasa (red.) Pioneers of Financial Economics. Volume 2: Twentieth Century Contributions. Recenzja ukazała się w numerze 49 History of Economics Review (zima 2009, ss. 104–107). Drugi esej miał swój początek w opublikowanej w History of Economics Review nr 45 (zima 2007, ss. 127–131) recenzji książki Perry’ego Mehrlinga Fischer Black and the Revolutionary Idea of Finance.

Pozostałe eseje w tej części dotyczą szerszych społecznych konsekwencji działania systemu finansowego. Trzeci esej, poświęcony związkowi między nierównościami ekonomicznymi a wzrostem cen aktywów pojawił się najpierw, 11 lutego 2009, w hipernowoczesnym medium, jakim jest blog polityczny political-finance.blogspot.com. Badam w nim oddziaływanie inflacji finansów na rozwarstwienie społeczne. Czwarty esej w tej części wnika w specyficzną kulturę klas średnich posiadających, która wyłoniła się wraz z procesem inflacji finansów. Jest to rozszerzona wersja końcowego fragmentu mojego referatu „The Economics and Culture of Financial Inflation”, który ukazał się w Competition and Change vol. 13 nr 2, czerwiec 2009 (ss. 147-158). W obecnej formie, z jedynie niewielkimi zmianami redakcyjnymi, esej ten ukazał się w Monthly Review vol. 62 nr 4, wrzesień 2010, (ss. 10-15).

Ostatnia część tego zbioru składa się z esejów, w których starałem się objaśnić źródła i mechanizmy obecnego kryzysu finansowego. Pierwszy z tych esejów, „Wszystko, czego chciałeś się dowiedzieć o kryzysie finansowym, ale nie dowiedziałeś się od ekspertów”, powstał z notatek do różnych odczytów dla nieekonomistów z lat 2008 i 2009, w których tłumaczyłem, skąd się wziął kryzys i jak prawdopodobnie dalej się potoczy. Drugi esej, poświęcony ograniczeniom stabilizacji finansowej realizowanej siłami banków centralnych, był pierwotnie napisany chyba ok. roku 2004, kiedy zastanawiałem się nad bardziej ambitnym projektem poświęconym reformowaniu finansów. Rozwijam w nim temat polityki banku centralnego w warunkach inflacji finansów oraz kryzysu, o którym napomknąłem w artykule tytułowym. Żaden z tych dwu esejów nie był wcześniej publikowany. Trzeci, zatytułowany „Biznes międzynarodowy a kryzys”, jest poprawioną wersją tekstu, który ukazał się w Critical Perspectives on International Business vol. 5 nr 1-2/2009 (ss. 162-164). Jest on ważny, ponieważ objaśnia kluczowe mechanizmy, które sprawiły, że kryzys bankowy przerodził się w tak wielu krajach w kryzys całej gospodarki. Także ostatni esej, zatytułowany „Kraje rozwijające się a mechanizm transmisji kryzysu” został zrewidowany od czasu pierwszej publikacji pod tytułem „How the Global Crisis is transmitted to developing countries” wydanej w ramach serii Development Viewpoint przez Centrum Polityki Rozwojowej i Badań nad Rozwojem przy School of Oriental and African Studies Uniwersytetu Londyńskiego (nr 24, luty 2009 r.). Zrodził się on z dyskusji, w których uczestniczyłem w SOAS.

Tytułowy artykuł z roku 1986 umożliwił mi poznanie wielu osób, które podzielały moje zaniepokojenie gospodarczymi, społecznymi i politycznymi konsekwencjami inflacji finansów. Eseje zawarte w tej niewielkiej antologii ukazują ewolucję moich poglądów od czasu napisania owego komentarza i są moim osobistym hołdem dla nich oraz licznych przyjaciół, angażujących się w idee, które zacząłem rozważać w roku 1986. Należeli do nich: Richard Hall, Zvi Schloss, Geoff Harcourt, Victoria Chick, Tadeusz Kowalik i inni, którzy z kolei byli moimi przewodnikami w sferach mniej znanych rozważań na temat finansów Michała Kaleckiego, Johna Maynarda Keynesa, Josepha Schumpetera i Josepha Steindla. Dążenie, by móc spłacić prawdziwie wielki dług intelektualny, zaciągnięty u tych autorów i przyjaciół, z pewnością wpłynęło korzystnie na poziom moich tekstów: niełatwo jest omawiać poważne zagadnienia ekonomiczne w przystępny sposób, nie popadając ani w trywialność, ani w ton mentorski. Owi giganci XX-wiecznej ekonomii potrafili trafić do szerszego grona słuchaczy, ponieważ poruszali sprawy o fundamentalnym znaczeniu w sposób zaangażowany, a nade wszystko uczciwy. Znacznie trudniej jest dotrzeć do takich słuchaczy, kiedy się tylko prognozuje zmienne. Redaktorzy wyżej wymienionych pism fachowych także wnieśli swój wkład, przyczyniając się do dopracowania i jaśniejszego wyłożenia pojęć, które mnie czasami wydawały się aż nazbyt oczywiste. Moje teksty przez nich publikowane zostały w większości przepisane na nowo, by uwzględnić nowe refleksje i obserwacje. Oprócz tego, duża liczba osób poświęciła wiele czasu i uwagi na dyskusje ze mną na temat finansów i kryzysu finansowego. Należeli do nich: Noemi Levy-Orlik, Sheila Dow, Gary Dymski, John Grahl, Murray Glickman, Charles Goodhart, John King, Photis Lysandrou, Marica Frangakis, Julio Lopez, Jo Michell, Juan Pablo Paschoa, Annina Kaltenbrunner, Radha Upadhyaya, Sanjay Krishnan, John Weeks, Tracy Mott, Anastasia Nesvetailova, Angelo Reati, Riccardo Bellofiore, Joseph Halevi, Robert Wade i Alessandro Vercelli. Wielkoduszny wkład w tę pracę nie czyni ich w żadnym stopniu odpowiedzialnymi za ewentualne błędy, jakie mogły pozostać w moich rozważaniach. Jo Michell zasługuje na szczególne podziękowania za pomoc w zebraniu tych esejów i nadaniu im spójnej, nadającej się do opublikowania formy.

Nade wszystko, eseje te są moim hołdem dla Anity Prażmowskiej oraz dla Miriam Prażmowskiej-Toporowskiej, która w chwili ukazania się eseju tytułowego miała zaledwie kilka tygodni. Nie sposób należycie wyrazić głęboką wdzięczność, którą do nich czuję za wsparcie, którego udzielały tej pracy nie tylko ze względu na moją osobę, ale i dlatego, że słusznie niebezwarunkowy szacunek dla autorytetu nigdy nie powstrzymuje ich przed głośnym wyrażaniem sprzeciwu wobec ignorancji, niesprawiedliwości i ucisku.

Jan Toporowski

Londyn, wrzesień 2010

Nie każdy jest dłużnikiem z własnej woli;

nie każdy, kto chce, zostaje wierzycielem

François Rabelais

ROZDZIAŁ 1/ Dlaczego gospodarka światowa potrzebuje krachu finansowego

Niedostrzeganą zasługą Akumulacji kapitału6 Róży Luksemburg jest to, że zawarta w niej teoria finansów międzynarodowych pozostaje do dziś zaskakująco aktualna.

W książce tej, którą wciąż mogłoby z pożytkiem przeczytać wielu ekonomistów z City, Róża Luksemburg analizowała proces akumulacji kapitału (a więc rozwoju gospodarczego) na terytoriach kolonialnych na przełomie stuleci. Wobec braku własnych źródeł finansowania, najważniejsze ówczesne przedsięwzięcia kapitałowe były opłacane poprzez emisję akcji i obligacji na giełdzie londyńskiej (London Stock Exchange) oraz zaciąganie międzynarodowych kredytów.

Pomysłodawcy i sponsorzy takich przedsięwzięć często, co było nieuniknione, przejawiali nadmierny optymizm co do ich przyszłości. Nader często koszty przewyższały prognozowane wydatki i kredyty zaciągnięte na początku okazywały się niewystarczające, tak że nawet jeśli przedsięwzięcie udawało się sfinalizować, było ono nadmiernie obciążone spłatami długów i odsetek. Niespłacanie zobowiązań sprowadzało kryzys finansowy zarówno na dłużnika, jak i na wierzyciela. Następujący w takich sytuacjach krach deprecjonował roszczenia kredytodawców danego projektu do takiego poziomu, przy którym jego ukończenie albo dalsze funkcjonowanie stawało się znowu możliwe. Przyniosło to ruinę wielu bankom i finansistom, ale z samych przedsięwzięć gospodarczych (takich jak budowa sieci kolejowej w Wielkiej Brytanii) rzadko się wycofywano. W ten sposób postępowała akumulacja kapitału, a wraz z nią rozwój zarówno względnie zacofanych części świata, jak i samych krajów wysoko rozwiniętych; inwestycje opłacano pieniędzmi zgromadzonymi przez rentierów, po czym ogłaszano niewypłacalność, żeby unikać zaspokajania roszczeń tychże rentierów.

Na szczęście, od tamtego czasu pojawił się jeszcze inny, mniej katastroficzny sposób na zdeprecjonowanie roszczeń rentierów w stosunku do owoców rozwoju gospodarczego. Była nim inflacja, która zmniejszała wartość roszczeń rentierów, a równocześnie zwykle ocalała wartość przedsięwzięć rozwojowych i strumień zysków po ich ukończeniu.

Związek między tym wszystkim a kryzysem zadłużeniowym Trzeciego Świata jest oczywisty. Jednak stare rozwiązanie, polegające na rujnowaniu rentierów (w tym przypadku, banków międzynarodowych i ich wierzycieli) nie wydaje się już wchodzić w grę. Pozycję międzynarodowych banków wzmacnia domyślna, o ile nie jawna gotowość banków centralnych do wchodzenia w rolę kredytodawców ostatniej instancji, aby właśnie nie dopuścić do owego krachu, który mógłby rozwiązać problem zadłużenia przez zupełną deprecjację długu. Same banki umacniają swoje roszczenia w stosunku do Trzeciego Świata poprzez stosowanie zmiennych stóp procentowych, które począwszy od lat 70. XX w. powodują wzrost obciążenia kredytobiorców odsetkami. Ponadto banki zabezpieczały owe roszczenia przed deprecjacją wskutek inflacji, ustalając wysokość roszczenia w walucie takiej jak dolar USA czy marka niemiecka, które zwykle utrzymywały swoją wartość w stosunku do towarów i innych walut.

Podjęta przez państwa-dłużników jak Polska, Nigeria, Peru czy Argentyna decyzja o ograniczeniu obsługi długów do niedużej części wpływów z eksportu, świadczy jednak o naglącej potrzebie uwolnienia tych krajów z kleszczy roszczeń rentierskich, paraliżujących ich handel zagraniczny i rozwój. Jednak takie rozwiązanie jedynie łagodzi problem spłat bieżących poprzez zaciąganie coraz większych długów. Jeżeli dalsze narastanie owych roszczeń nie zostanie ograniczone przez deprecjację, musi ono w końcu zmiażdżyć albo rentierów, albo same zadłużone kraje.

Możliwe są trzy inne rozwiązania. Jednym z nich jest propozycja sekretarza skarbu USA, Jamesa Bakera, żeby udzielić państwom-dłużnikom kolejnych kredytów, które pozwolą im utrzymać handel na niezbędnym poziomie i zminimalizować przymusową restrukturyzację zadłużenia.

Drugim rozwiązaniem byłoby drastyczne obniżenie realnych stóp procentowych. Rozwiązanie to w pewnym stopniu złagodziłoby problem, ale jego przeforsowanie jest mało prawdopodobne ze względu na sposób w jaki funkcjonują nieregulowane rynki międzynarodowe oraz stopniową integrację z nimi rynków wewnętrznych w państwach OECD – jest to trend, którego władze tych państw nie czują się na siłach odwrócić. Banki komercyjne operują na nieregulowanych rynkach w ten sposób, że przyciągają środki, których podaż jest elastyczna i kierują je do kredytobiorców, których zapotrzebowanie na fundusze jest stosunkowo mało elastyczne, tj. mało wrażliwe na zmiany stóp procentowych. Umożliwia to bankom maksymalizację marż (aż do momentu, w którym konkurencja je zmniejszy i zmusi banki do poszukiwania innych kredytobiorców, także stosunkowo mało elastycznych w stosunku do stóp procentowych). Ta sama prawidłowość jednak często winduje w górę stopy procentowe również na rynkach pozornie wolnych i konkurencyjnych.

Zarówno rozwiązanie Bakera, jak obniżenie stóp procentowych to w gruncie rzeczy jedynie łatanie dziur. Rozwiązania te, w najlepszym razie, odsuwają w przyszłość to, co nieuniknione. O wiele skuteczniejszym rozwiązaniem byłaby deprecjacja roszczeń rentierskich w drodze krótkiego, raptownego ataku inflacji, najlepiej w Stanach Zjednoczonych.

W obecnych okolicznościach jednak wdrożenie tego rozwiązania jest jeszcze mniej prawdopodobne niż obniżenie stóp procentowych, z uwagi na rosnącą presję zderegulowanych rynków finansowych na politykę pieniężną państw OECD. Każdy rząd, który choćby upozoruje tolerowanie inflacji, nie mówiąc już o świadomym jej wywoływaniu, będzie coraz bardziej narażony na paraliż finansów, który mogą spowodować rynki finansowe zatrwożone możliwością systematycznej deprecjacji ich roszczeń.

Jedynym praktycznym wnioskiem, możliwym do wyciągnięcia w obecnych okolicznościach wydaje się więc potrzeba jakiegoś krachu finansowego. Krach taki, rzecz jasna, okazałby się niekorzystny dla większości londyńskiego City, dziś z entuzjazmem szykującego się na Nowy Wspaniały Świat Finansowy, który miałby nastąpić po liberalizacji rynków finansowych. Spowodowałby również okresowe załamanie aktywności gospodarczej i byłby katastrofą dla wielu z tych, których dochody i bogactwo opierają się na aktywach finansowych. Również polityka rządu brytyjskiego, i tak już nadmiernie uzależniona od utrzymywania się wysokich kursów giełdowych przez fakt finansowania bieżących wydatków sprzedażą aktywów, poniosłaby sromotne fiasko w swych usiłowaniach promocji usług jako alternatywy dla pogrążonego w zastoju przemysłu. Prócz tego, krach finansowy dramatycznie osłabiłby atrakcyjność tzw. „demokracji akcjonariuszy” i położył kres iluzjom, że prywatne plany emerytalne mogą zastąpić system państwowy.

Ci, którzy większość swoich dochodów uzyskują z działalności City, są stosunkowo nieliczni. Zarówno w Wielkiej Brytanii, jak gdzie indziej znacznie więcej jest takich, którzy zyskaliby na ożywieniu handlu, inwestycji i produkcji, obecnie doświadczających postępującego paraliżu pod brzemieniem roszczeń rentierów. Deprecjacja owych roszczeń jest koniecznym, choć niekoniecznie wystarczającym warunkiem ożywienia gospodarki realnej, a może nawet warunkiem przetrwania systemu kapitalistycznego.

CZĘŚĆ PIERWSZA/ Ekonomia inflacji finansów

ROZDZIAŁ 2/ Pieniądz w czasach globalizacji

W debacie parlamentarnej nad ustawami bankowymi sir Roberta Peela z lat 1844 i 1845 Gladstone zauważył, że nawet miłość nie uczyniła głupcami większej ilości ludzi niż mędrkowanie nad istotą pieniądza. Mówił o Brytyjczykach do Brytyjczyków. Natomiast Holendrzy, czyli ludzie, którzy wbrew wątpliwościom Petty’ego od dawna posiadali „niebiański talent” do spekulacji pieniężnych, nigdy nie zmarnowali swego talentu na spekulację na temat pieniądza.

– Karol Marks, Przyczynek do krytyki ekonomii politycznej, Warszawa: Książka i Wiedza 1953, s. 54 (przeł. E. Lipiński)

Podstawą nowoczesnych finansów jest posiadanie „pieniędzy podręcznych” (ang. convenience money), czyli zasobu płynnych aktywów, który umożliwia firmom i gospodarstwom domowym pokrycie nieplanowanego wydatku albo nieprzewidzianego ubytku dochodu bez utrapień związanych z koniecznością sprzedaży tego, co się posiada (pracy bądź własności nieożywionej) czy też zaciągnięcia nagłej pożyczki. Pieniądze podręczne stanowią część zgromadzonego bogactwa. Globalizacja, łącząc ze sobą poszczególne, lokalne i krajowe rynki bogactwa, zmienia też charakter pieniądza, którym się posługujemy.

Każdy podręcznik powtarza nam do znudzenia, że pieniądz funkcjonuje na zasadzie umowy społecznej, która ułatwia handel, ponieważ pozwala wyrażać ceny w odniesieniu do jednego szczególnego towaru, jakim jest pieniądz („funkcja obrachunkowa” czyli miernika wartości) oraz ponieważ zysk ze sprzedaży towaru można trzymać w postaci pieniędzy tak długo, aż pożądany towar pojawi się na rynku („funkcja tezauryzacyjna” czyli środka przechowywania wartości). W kapitalizmie rynki finansowe koncentrują duże ilości pieniądza (oszczędności albo, jak u Marksa, „kapitał przynoszący odsetki”), który może być wykorzystany do finansowania działalności handlowej i produkcyjnej w zamian za część zysku z owej działalności. Począwszy od XX w. kapitał pieniężny jest wykorzystywany najczęściej do generowania zysku z operacji na rynkach finansowych, polegających na kupowaniu aktywów finansowych, a następnie odsprzedawaniu ich po wyższej cenie. Pieniądz podążał więc przede wszystkim tam, gdzie rozwijał się handel i rozrastały się rynki. Ostatnio jednak ruchy kapitału pieniężnego z jednej waluty do drugiej zakłócają efektywność funkcjonowania pieniądza jako środka ułatwiającego handel.

Ewolucja pieniądza

Przed nastaniem XIX stulecia, kiedy rynki miały w większości lokalny charakter i niewielkie rozmiary, lokalna produkcja monet w pełni zaspokajała potrzeby handlu. Wielki handel koncentrował się w zlewiskach mórz (np. Śródziemnego) i wielkich rzek (takich jak Wołga czy Dunaj), i w miarę postępującej integracji rynków funkcjonowały tam obok siebie monety bite w różnych miastach i o różnej wartości. Praktyczną kwestię ich wzajemnej wartości rozwiązywano poprzez porównywanie zawartości w nich szlachetnych kruszców (złota albo srebra). Moneta zawierająca 12 uncji złota uchodziła za wartą dwa razy więcej niż ta, która zawierała 6 uncji złota. Trudniejsze było natomiast ustalanie względnej wartości złota i srebra.

W roku 1717, w obliczu deficytu srebrnych monet w stosunku do zapotrzebowania angielskiego handlu, za radą zarządcy mennicy królewskiej, sir Izaaka Newtona, wprowadzono stały przelicznik srebra na złoto. Dekretem Korony angielskiej ustalono, że jednej złotej gwinei będzie odpowiadać 21 srebrnych szylingów. W efekcie jednak wartość złota była tak zawyżona, że przez kolejne 100 lat do londyńskiej mennicy rzadko trafiało jakiekolwiek srebro, z którego można by wybić monety. Zjednoczone Królestwo przeszło więc praktycznie na standard złota. Mimo to, pod koniec XIX w. wśród poważnych specjalistów teorii pieniądza nie brakowało takich, którzy, jak Alfred Marshall, opowiadali się za powrotem do stosowania zarówno pieniądza złotego, jak i srebrnego (bimetalizm), choćby dlatego, że w najważniejszej z brytyjskich kolonii, Indiach, do 1893 r. utrzymywał się standard srebra.

W XVIII w., wraz z rozwojem handlu międzynarodowego, środkami płatniczymi stały się papierowe dowody wierzytelności i weksle. Miały one tę przewagę nad monetami czy bilonem (tj. sztabami szlachetnych kruszców), że były bezpieczniejsze i umożliwiały zapłatę z opóźnieniem, czyli zaciągnięcie kredytu. Osoba, która otrzymywała taki weksel na zapłatę z opóźnieniem, mogła zawsze przyspieszyć jego realizację poprzez jego zdyskontowanie – tj. sprzedaż za cenę niższą od wartości, którą miał osiągnąć z upływem terminu płatności – w jednym z wyspecjalizowanych banków londyńskich, amsterdamskich bądź nowojorskich. Z takich praktyk wyłonił się pieniądz papierowy, emitowany przez banki lokalne w celu zmniejszenia cyrkulacji złota w warunkach, gdy obnoszenie się z nim w miejscach publicznych wiązało się z ryzykiem. Jednak w połowie XIX w. większość odpowiedzialnych bankierów i ekonomistów uważała za rozsądne wprowadzanie do obiegu tylko takiej ilości pieniądza papierowego, która odpowiadała posiadanym przez nich zapasom złota. Obawiano się bowiem, że nielimitowana emisja pieniądza papierowego, zwiększająca dostępność waluty umożliwiającej zakup towarów będzie powodować inflację i spekulację, czyli czerpanie zysków ze wzrostu cen towarów i posiadłości. Zjawiska takie występowały w Stanach Zjednoczonych po uzyskaniu przez nie niepodległości, we Francji po rewolucji roku 1789 oraz na Wyspach Brytyjskich w czasie wojen napoleońskich.

Pieniądz papierowy oraz monety bite zarówno z kruszców szlachetnych, jak i pospolitych stopniowo zastępowały złoto w obiegu wewnętrznym, przyjmując postać mniej lub bardziej standaryzowanych jednostek: funtów, szylingów i pensów w Wielkiej Brytanii, dolarów i centów w USA. Mglistym wspomnieniem czasów, w których monety emitowane przez różne mennice krążyły równolegle było przyjmowane jeszcze założenie, że o względnej wartości poszczególnych walut krajowych w wymianie międzynarodowej decyduje „zawartość” złota w ich monetach – albo ich wartość w stosunku do złota. Taki sens miał standard złota, przyjęty po 1870 r. przez większość bogatszych państw. W systemie tym handel i finanse rozkwitły. Owa pozorna prosperity nie miała związku z przyrodzonymi właściwościami złota, ale z łatwością dokonywania płatności za pośrednictwem roszczeń do rachunków, prowadzonych w centrach finansowych. Przedstawiane tam roszczenia były zaspokajane papierowymi pieniędzmi, takimi jak emitowane przez Bank Anglii, wymienialne na złoto banknoty jednofuntowe.

Nawet pewne na pozór dziwaczne cechy tego systemu miały swoje aspekty racjonalne: rząd Rosji carskiej ekspediował złoto do określonego centrum finansowego, np. do Paryża. Zwiększone w ten sposób rezerwy złota sprawiały, że banki obniżały stopy procentowe, aby zachęcić kredytobiorców. Wówczas rząd rosyjski brał taki niżej oprocentowany kredyt, po czym przenosił swoje złoto do innego centrum finansowego, gdzie zaciągał kolejny kredyt, tańszy właśnie na skutek dopływu rosyjskiego złota. W latach 20. XX w. wysoki brytyjski urzędnik skarbowy, sir Ralph Hawtrey przekonywał, że należy wysłać do Nowego Jorku statek pełen złotego bilonu, aby spowodować na rynkach walutowych aprecjację dolara w stosunku do funta szterlinga.

Bretton Woods

Cały ten system nieuchronnie runął pod ciężarem długów zaciąganych ze względu na jego pozornie „zdrowe” zasady, a także tych, które zaciągnięto, by sfinansować I wojnę światową. Już w latach 30. XX w. niemożność utrzymania stabilnej wartości międzynarodowych płatności i transferów kapitałowych nierozerwalnie wiązała się z depresją gospodarczą. Od tamtego czasu ekonomiści nie przestają się spierać, którymi konkretnymi posunięciami rządy sprowadziły na swoich obywateli tę katastrofę. Wielki Kryzys lat 30. potwierdził pokutujące nawet wśród najbardziej praktycznych bankierów i finansistów przekonanie o istnieniu pewnego „naturalnego” porządku, przy którym transgraniczne płatności i transfery kapitału mogą się odbywać na całym świecie z łatwością i przy minimalnym koszcie. Na tej podstawie przyjmuje się, że jedyną przeszkodę dla nieskrępowanego przepływu międzynarodowych pieniędzy stanowią politycznie motywowane regulacje, narzucane przez władze krajowe (albo stanowe, w przypadku Stanów Zjednoczonych) i zastępujące brutalną przemoc w dochodzeniu roszczeń handlowych bądź finansowych.

W takich właśnie okolicznościach w 1944 r. doszło do spotkania mężów stanu i ekonomistów w amerykańskim Bretton Woods, z myślą o odbudowie międzynarodowego systemu handlowego i finansowego. Dla większości z nich mentalnym punktem odniesienia był standard złota. Jednak w owym czasie ponad 80% rezerw złota świata kapitalistycznego znajdowało się na terytorium Stanów Zjednoczonych, z czego duża część trafiła tam w ramach zapłaty za wspieranie innych krajów w czasie wojny, a kolejna część jako zabezpieczenie udzielonych kredytów. Zebrani zgodzili się więc na pośredni standard złota (system waluty złoto-dewizowej), przy którym inne waluty miały być wymienialne po stałym kursie na dolary USA, a dolar – na złoto po stałej cenie 35 dolarów za uncję czystego kruszcu.

Aby móc utrzymać sztywny kurs walutowy, rządy większości krajów ograniczyły dostęp ich mieszkańców do walut obcych. Zobowiązanie ludności do wymiany posiadanych walut obcych na walutę krajową pozwalało bankom centralnym na zbieranie większych zapasów waluty obcej, umożliwiających interwencje na rynkach walutowych. Transfery kapitału zagranicznego były przy tym ograniczone, a dewizy potrzebne na import – często racjonowane. Wtedy właśnie w Londynie, a następnie w Hongkongu i Singapurze pojawiły się wolne rynki walutowe. Stwarzały one ułatwienia płatności i transferu, z których jednak korzystały głównie wielonarodowe koncerny i międzynarodowe banki.

Tak czy inaczej, system z Bretton Woods musiał kiedyś zacząć niedomagać. Pozwalał on Stanom Zjednoczonym pokrywać deficyty bilansu handlowego kolejnymi emisjami dolarów. Popyt na dolary był nieustający, gdyż banki w innych krajach gromadziły je w charakterze rezerw walutowych. Z kolei dolary, które wracały do Stanów Zjednoczonych, aby być wymienione na złoto, drenowały tamtejsze zapasy złota. 15 sierpnia 1971 r. rząd USA zaprzestał sprzedaży złota z rezerw na żądanie.

Wolne rynki a globalizacja