Wydawca: Ole Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 245 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dla nas zawsze będzie lato - Jenny Han

Trzecia część bestsellerowej amerykańskiej trylogii.

Belly w swoim życiu kochała tylko dwóch chłopców, obu noszących nazwisko Fisher. Po dwóch latach spotykania się z Jeremim była pewna, że znalazła bratnią duszę. Prawie. Conrad wciąż nie pogodził się z błędem, jaki popełnił, pozwalając jej odejść, Justin zawsze zaś wiedział, że Belly jest mu pisana.

Czy Belly wreszcie dokona wyboru między Jeremim a Conradem?

Opinie o ebooku Dla nas zawsze będzie lato - Jenny Han

Fragment ebooka Dla nas zawsze będzie lato - Jenny Han

Jen­ny Han

Dla nas za­wsze będzie lato

Tłuma­cze­nie: Zu­zan­na By­czek

Tytuł ory­gi­nału: We’ll Al­ways Have Sum­mer

Tłuma­cze­nie: Zu­zan­na By­czek

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Zdjęcia na okładce: © Tina Lo­rien

Re­dak­cja, ko­rek­ta i przy­go­to­wa­nie: Do­li­na Li­te­rek

Co­py­ri­ght © 2011 by Jen­ny Han. Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Fo­lio Li­te­ra­ry Ma­na­ge­ment, LLC and GRA­AL Li­te­ra­ry Agen­cy.

Po­lish trans­la­tion © 2014 by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., 2014

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-413-9

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ane­ta Raw­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla mo­ich obu Emi­lek

Emi­ly van Beek, je­steś moją am­ba­sa­dorką quan

Emi­ly Tho­mas Me­ehan... bądźmy już za­wsze ra­zem, ko­cha­nie, Two­ja dziew­czy­na

pro­log

Kiedy byłam mała, w śro­do­we wie­czo­ry za­wsze oglądałyśmy z mamą sta­re mu­si­ca­le. Uwiel­białyśmy to. Cza­sa­mi przy­cho­dzi­li tata czy Ste­ven, przy­sia­da­li na chwilę, ale prze­ważnie to my dwie ko­czo­wałyśmy na ka­na­pie z ko­cem i miską słody­czy, i so­lo­ne­go po­pcor­nu, każdej środy. Oglądałyśmy ta­kie fil­my jak: The Mu­sic Man, West Side Sto­ry, Spo­tka­my się w St Lo­uis. Wszyst­kie mi się po­do­bały, a szczególnie Desz­czo­wa pio­sen­ka. Ale żaden nie przy­padł mi do gu­stu tak jak Bye, Bye, Bir­die. Ze wszyst­kich mu­si­ca­li ten był moim nu­me­rem je­den. Oglądałam go na okrągło, narażając cier­pli­wość mamy. Chciałam ma­lo­wać się tu­szem i szminką tak jak Kim Ma­cA­fee, nosić wy­so­kie ob­ca­sy i czuć się jak „praw­dzi­wa ko­bie­ta”. Chciałam, żeby chłopcy gwiz­da­li za mną na uli­cy. Chciałam do­rosnąć i być taka jak Kim, bo ona miała to wszyst­ko.

A po­tem, szy­kując się do snu, śpie­wałam: „Ko­cha­my cię, Con­rad, o tak, ko­cha­my cię”. Do lu­stra w łazien­ce, z usta­mi pełnymi pa­sty do zębów. Wyśpie­wy­wałam wszyst­ko, co kryło się w moim ser­cu ośmio-, dzie­więcio- i dzie­sięcio­let­nim. Ale nie śpie­wałam dla Con­rada Bir­die, śpie­wałam dla mo­je­go Con­rada. Con­rada Bec­ka Fi­she­ra, chłopca z mo­ich snów.

Ko­chałam w swo­im życiu tyl­ko dwóch chłopców – i obaj no­si­li to samo imię. Con­rad był pierw­szy i ko­chałam go tak, jak to się zda­rza tyl­ko za pierw­szym ra­zem. To miłość niemądra – i nie chce być mądra, jest głupia, oszałamiająca i gwałtow­na.

A po­tem był Je­re­mi. Kie­dy pa­trzyłam na nie­go, wi­działam przeszłość, teraźniej­szość i przyszłość. Znał mnie nie tyl­ko taką, jaka byłam kie­dyś, znał mnie także taką, jaka byłam te­raz, i ko­chał mnie.

Moje dwie wiel­kie miłości. Chy­ba za­wsze wie­działam, że któregoś dnia będę na­zy­wać się Bel­ly Fi­sher. Nie prze­wi­działam tyl­ko, że tak to się wszyst­ko po­to­czy.

roz­dział pierw­szy

Kiedy trwa se­sja eg­za­mi­na­cyj­na i ślęczysz nad nauką już od pięciu go­dzin bez prze­rwy, po­trze­bu­jesz trzech rze­czy, żeby jakoś prze­trwać noc.

Pierw­sza to naj­większy slur­pee, jaki uda ci się zdo­być, wiśnia z colą. Spodnie od piżamy tak spra­ne, że ma­te­riał zro­bił się cien­ki jak pa­pier. I wresz­cie prze­rwy na ta­niec. Dużo przerw na ta­niec. Kie­dy oczy same ci się za­my­kają i ma­rzysz tyl­ko o tym, żeby zna­leźć się w łóżku, prze­rwy na ta­niec po­mogą ci przeżyć.

Była czwar­ta rano, uczyłam się do eg­za­mi­nu kończącego mój pierw­szy rok na Uni­wer­sy­te­cie Finch. Sie­działyśmy w bi­blio­te­ce z moją nową naj­lepszą przy­ja­ciółką Aniką John­son i moją starą naj­lepszą przy­ja­ciółką Tay­lor Je­wel. Wa­ka­cje były tak bli­sko, już czułam ich smak. Jesz­cze tyl­ko pięć dni. Od­li­czałam od kwiet­nia.

– Prze­py­taj mnie – zarządziła Tay­lor lek­ko schryp­niętym głosem.

Otwo­rzyłam no­tat­nik na chy­bił tra­fił.

– Po­daj de­fi­nicję pojęć ani­ma i ani­mus.

Tay­lor za­gryzła dolną wargę.

– Po­proszę jakąś pod­po­wiedź.

– Emm… Przy­po­mnij so­bie łacinę.

– Nie miałam łaci­ny! Czy na tym eg­za­mi­nie będą spraw­dzać zna­jo­mość łaci­ny?

– Nie. To była pod­po­wiedź. W łaci­nie słowa męskie­go ro­dza­ju kończą się na -us, a żeńskie­go na -a. Ani­ma to ar­che­typ żeński, ani­mus zaś męski. Ro­zu­miesz?

Wes­tchnęła głęboko i stwier­dziła:

– Nie. Chy­ba nie zdam.

Ani­ka uniosła głowę znad no­ta­tek i po­wie­działa:

– Może gdy­byś prze­stała pisać ese­me­sy i dla od­mia­ny zaczęła się uczyć, to byś zdała.

Tay­lor rzu­ciła jej pio­ru­nujące spoj­rze­nie.

– Po­ma­gam sio­strze za­pla­no­wać śnia­da­nie na zakończe­nie roku. Muszę dyżuro­wać pod te­le­fo­nem.

– Dyżuro­wać? – Ani­ka zro­biła roz­ba­wioną minę. – Jak le­karz?

– Dokład­nie tak jak le­karz – warknęła Tay­lor.

– To co będzie, naleśniki czy go­fry?

– Fran­cu­skie to­sty, dziękuję.

Wszyst­kie trzy uczęszczałyśmy na zajęcia z psy­cho­lo­gii. Tay­lor i ja zda­wałyśmy eg­za­min następne­go dnia, Ani­ka dzień po nas. Oprócz Tay­lor przy­jaźniłam się z Aniką. Tay­lor, która za­wsze lubiła wy­gry­wać, była nie­co za­zdro­sna, ale oczy­wiście nig­dy by się do tego nie przy­znała.

Przy­jaźń z Aniką różniła się od przy­jaźni z Tay­lor. Ani­ka była wy­lu­zo­wa­na i bez­pro­ble­mo­wa. Nie oce­niała lu­dzi z góry. A przede wszyst­kim zo­sta­wiała mi prze­strzeń. Nie znała mnie od nie­pa­miętnych czasów i nie miała w sto­sun­ku do mnie żad­nych ocze­ki­wań czy uprze­dzeń. To dawało mi po­czu­cie wol­ności. Poza tym Ani­ka różniła się od in­nych mo­ich przy­jaciół. Miesz­kała w No­wym Jor­ku, jej oj­ciec był jazz­ma­nem, a mat­ka pi­sarką.

Kil­ka go­dzin później wstało słońce, bi­blio­tekę zalało nie­bie­ska­we światło. Głowa Tay­lor opa­dała co­raz niżej, Ani­ka gapiła się gdzieś przed sie­bie jak zom­bie.

Zwinęłam dwie pa­pie­ro­we kul­ki i cisnęłam w dziewczęta.

– Prze­rwa na tańce – zaśpie­wałam, wci­skając „play”.

Zatańczyłam w miej­scu, nie pod­nosząc się z krzesła.

Ani­ka po­pa­trzyła na mnie.

– Coś ty taka rześka?

– Po­nie­waż – od­parłam i klasnęłam w dłonie – już za kil­ka go­dzin będę miała to za sobą.

Miałam przystąpić do eg­za­mi­nu do­pie­ro po południu, więc za­mie­rzałam wrócić do po­ko­ju, po­spać kil­ka go­dzin, wstać od­po­wied­nio wcześnie i powtórzyć ma­te­riał.

Za­spałam, ale i tak udało mi się po­uczyć jesz­cze przez go­dzinę. Nie miałam cza­su zejść do stołówki na śnia­da­nie, więc tyl­ko wypiłam wiśniową colę z au­to­ma­tu.

Test był dokład­nie tak trud­ny, jak się tego spo­dzie­wałyśmy, ale czułam, że do­stanę przy­najm­niej B.

Tay­lor stwier­dziła, że chy­ba jed­nak zda. Obie byłyśmy zbyt zmęczo­ne, żeby świętować, więc tyl­ko przy­biłyśmy piątkę i poszłyśmy każda w swoją stronę.

Ru­szyłam do po­ko­ju z po­sta­no­wie­niem, że będę spała przy­najm­niej do ko­la­cji. Kie­dy otwo­rzyłam drzwi, oka­zało się, że w moim łóżku śpi Je­re­mi. Wyglądał jak mały chłopiec mimo kil­ku­dnio­we­go za­ro­stu na twa­rzy. Leżał na kołdrze, jego sto­py zwi­sały z brze­gu łóżka, do pier­si tulił mo­je­go plu­szo­we­go niedźwie­dzia po­lar­ne­go.

Zdjęłam buty i położyłam się obok. Je­re­mi po­ru­szył się, otwo­rzył oczy i po­wie­dział:

– Cześć.

– Cześć – od­parłam.

– Jak poszło?

– Nieźle.

– To do­brze. – Wypuścił z objęć niedźwie­dzia i przy­tu­lił mnie. – Przy­niosłem ci połowę ka­nap­ki z mo­je­go dru­gie­go śnia­da­nia.

– Je­steś słodki – po­wie­działam, wci­skając głowę w jego ramię.

Pocałował mnie w czu­bek głowy.

– Nie mogę po­zwo­lić, żeby moja dziew­czy­na ciągle opusz­czała posiłki.

– Tyl­ko śnia­da­nie – za­pro­te­sto­wałam. I dodałam po namyśle: – I dru­gie śnia­da­nie.

– Chcesz tę ka­napkę? Jest w tor­bie z książkami.

Stwier­dziłam, że je­stem głodna, lecz również bar­dzo śpiąca.

– Może trochę później – od­parłam, za­my­kając oczy.

Po­tem Je­re­mi zasnął. Ja też zasnęłam. A kie­dy się obu­dziłam, było ciem­no, niedźwiedź leżał na podłodze, Je­re­mi obej­mo­wał mnie i nadal spał.

Zaczęliśmy cho­dzić ze sobą w wa­ka­cje przed moją ostat­nią klasą w li­ceum. „Cho­dzić” właści­wie nie jest od­po­wied­nim słowem. To stało się tak szyb­ko i na­tu­ral­nie, miałam wrażenie, że je­steśmy ra­zem od za­wsze. Przy­jaźniliśmy się, na­gle zaczęliśmy się całować, a po­tem wysłałam pa­pie­ry na tę samą uczel­nię, na której on stu­dio­wał. Tłuma­czyłam so­bie i wszyst­kim dokoła (w tym szczególnie jemu i mo­jej ma­mie), że to do­bra uczel­nia, że znaj­du­je się tyl­ko kil­ka go­dzin jaz­dy od domu, że to bar­dzo sen­sow­ny po­mysł i że biorę pod uwagę różne roz­wiąza­nia. To była praw­da. Ale przede wszyst­kim chciałam być bli­sko nie­go. Chciałam być z nim przez cały rok, nie tyl­ko la­tem.

I oto leżeliśmy ra­zem w moim łóżku. Je­re­mi stu­dio­wał na dru­gim roku, ja właśnie kończyłam pierw­szy. Nie­sa­mo­wi­te, jak da­le­ko to zaszło. Zna­liśmy się przez całe życie; z jed­nej stro­ny to, co się między nami wy­da­rzyło, zda­wało się nie­co za­ska­kujące, ale z dru­giej – po pro­stu nie­unik­nio­ne.

roz­dział dru­gi

Brac­two, do którego należał Je­re­mi, urządzało im­prezę na zakończe­nie roku. Za nie­cały ty­dzień wszy­scy mie­liśmy roz­je­chać się do domów i wrócić do Finch do­pie­ro pod ko­niec sierp­nia. Za­wsze lubiłam lato naj­bar­dziej ze wszyst­kich pór roku, ale te­raz, gdy ry­so­wała się przede mną per­spek­ty­wa po­wro­tu, miałam mie­sza­ne uczu­cia. Każdego ran­ka spo­ty­kałam się z Je­re­mim na stołówce, późno w nocy ro­bi­liśmy ra­zem pra­nie w jego aka­de­mi­ku. Świet­nie składał moje ko­szul­ki.

Tego lata za­mie­rzał zno­wu odbyć prak­ty­ki w fir­mie ojca, ja zaś miałam pra­co­wać jako kel­ner­ka w ro­dzin­nej re­stau­ra­cji Behrs, tej sa­mej, co w zeszłym roku. Pla­no­wa­liśmy spo­ty­kać się w let­nim domu w Co­usins, tak często, jak tyl­ko się da. Po­przed­nie­go roku nie po­je­cha­liśmy tam ani razu. Obo­je byliśmy zbyt zajęci. Ja sta­rałam się brać jak naj­więcej zmian, oszczędzałam na szkołę. Ale czułam lek­ki smu­tek – moje pierw­sze lato bez Co­usins.

Za­pa­dał zmrok, nie było bar­dzo gorąco. W po­wie­trzu ja­rzyły się świe­tli­ki. Włożyłam buty na wy­so­kim ob­ca­sie, bar­dzo głupio, bo w ostat­niej chwi­li zde­cy­do­wałam się iść na pie­chotę, za­miast po­je­chać au­to­bu­sem. Uświa­do­miłam so­bie, że to ostat­nia oka­zja, żeby po­spa­ce­ro­wać po kam­pu­sie w piękną let­nią noc.

Za­pro­po­no­wałam Ani­ce i na­szej wspólnej koleżance Shaw, żeby ze mną poszły, ale Ani­ka wy­bie­rała się na im­prezę z ze­społem ta­necz­nym, do którego należała, Shaw zaś zdążyła upo­rać się z sesją i po­le­ciała do domu, do Tek­sa­su. Klub Tay­lor or­ga­ni­zo­wał spo­tka­nie in­te­gra­cyj­ne, więc też nie mogła przyjść. Byłam sama ze swo­imi bolącymi sto­pa­mi.

Wysłałam ese­mes do Je­re­mie­go, że idę na pie­chotę, więc pew­nie chwilę to po­trwa. Co jakiś czas mu­siałam przy­sta­wać i po­pra­wiać buty, które wpi­jały mi się w pięty. Uznałam, że ob­ca­sy to kre­tyński wy­na­la­zek.

W połowie dro­gi zo­ba­czyłam Je­re­mie­go. Sie­dział na mo­jej ulu­bio­nej ławce. Wstał i po­wie­dział:

– Nie­spo­dzian­ka!

– Nie mu­siałeś po mnie wy­cho­dzić – stwier­dziłam bar­dzo za­do­wo­lo­na, że to zro­bił.

Usiadłam obok nie­go.

– Sek­sow­nie wyglądasz – po­wie­dział.

Cho­dzi­liśmy ze sobą już od dwóch lat, ale nadal ru­mie­niłam się, kie­dy mówił coś ta­kie­go.

– Dzięki – od­parłam.

Miałam na so­bie su­kienkę pożyczoną od Ani­ki, białą w małe nie­bie­skie kwiat­ki, na ta­kich przy­marsz­czo­nych ramiączkach.

– Ta su­kien­ka ko­ja­rzy mi się z Dźwiękami mu­zy­ki, ale w taki kręcący sposób.

– Dzięki – powtórzyłam.

Czyżbym wyglądała jak Ma­ria? Nie­zbyt miła per­spek­ty­wa. Wygładziłam trochę marsz­cze­nia na ramiączkach.

Paru chłopaków, których nie ko­ja­rzyłam, przy­stanęło i przy­wi­tało się z Je­re­mim. Ja zo­stałam na ławce, bo nogi nadal mnie bolały.

Kie­dy po­szli, Je­re­mi za­py­tał:

– Go­to­wa?

Jęknęłam.

– Chy­ba umrę z bólu. Ob­ca­sy są bez­na­dziej­ne.

Je­re­mi przy­kucnął.

– Wska­kuj, dziew­czy­no.

Chi­chocząc, wdra­pałam mu się na ple­cy. Chi­cho­tałam za każdym ra­zem, gdy na­zy­wał mnie dziew­czyną. Nie mogłam się opa­no­wać.

Za­wsze mnie tym roz­ba­wiał.

Pod­niósł mnie, a ja szyb­ko za­rzu­ciłam mu ra­mio­na na szyję.

– Twój tata przy­jeżdża w po­nie­działek? – spy­tał, ru­szając przez traw­nik.

– Tak. Pomożesz?

– No wiesz. Nie dość, że noszę cię na rękach, jesz­cze mam po­ma­gać przy prze­pro­wadz­ce?

Pacnęłam go po głowie. Schy­lił się, robiąc unik.

– No do­bra, do­bra.

Dmuchnęłam mu w kark, a on pisnął jak mała dziew­czyn­ka. Śmiałam się przez całą drogę.

roz­dział trze­ci

Drzwi do sie­dzi­by brac­twa były sze­ro­ko otwar­te, lu­dzie sta­li i sie­dzie­li na traw­ni­ku przed bu­dyn­kiem. Dokoła non­sza­lanc­ko wi­siały ko­lo­ro­we lamp­ki cho­in­ko­we: na skrzyn­ce na li­sty, nad wejściem, je­den sznur prze­ciągnięto na­wet wzdłuż chod­ni­ka. Lu­dzie leżeli w trzech dmu­cha­nych ba­se­ni­kach dla dzie­ci, mie­li przy tym ta­kie miny, jak­by znaj­do­wa­li się w łaźni. Kil­ku chłopaków bie­gało dokoła z pi­sto­le­ta­mi na wodę, strze­lając so­bie wza­jem­nie pi­wem pro­sto w usta. Niektóre dziew­czy­ny miały na so­bie ko­stiu­my kąpie­lo­we.

Ze­sko­czyłam z pleców Je­re­mie­go, zdjęłam buty i rzu­ciłam je na traw­nik.

– Kan­dy­da­ci na członków wy­ko­na­li niezłą ro­botę – stwier­dził Je­re­mi, z uzna­niem wska­zując ru­chem głowy na dmu­cha­ne ba­se­ny. – Wzięłaś ko­stium?

Potrząsnęłam głową.

– Mam spy­tać, czy któraś z dziew­czyn nie wzięła przy­pad­kiem dwóch? – za­pro­po­no­wał.

Szyb­ko od­parłam:

– Nie, dzięki.

Znałam członków brac­twa, bo często bywałam w ich sie­dzi­bie, ale dziew­czyn ra­czej nie ko­ja­rzyłam. Większość należała do Zeta Phi, sio­strza­ne­go sto­wa­rzy­sze­nia brac­twa Je­re­mie­go. To ozna­czało, że często or­ga­ni­zo­wa­li wspólnie spo­tka­nia in­te­gra­cyj­ne, im­pre­zy i tym po­dob­ne. Je­re­mi chciał, żebym za­pi­sała się do Zeta Phi, ale odmówiłam. Po­wie­działam mu, że nie mogę po­zwo­lić so­bie na płace­nie składek i do­dat­ko­we opłaty związane z kosz­tem miesz­ka­nia w sie­dzi­bie sto­wa­rzy­sze­nia, ale tak na­prawdę cho­dziło o to, że chciałam po­znać różne dziew­czyny, nie tyl­ko „sio­stry”. Chciałam zdo­być roz­ległe doświad­cze­nia, jak zwykła określać to moja mama. Tay­lor twier­dziła, że Zeta Phi jest dla im­pre­zo­wi­czek i pro­sta­czek, w prze­ci­wieństwie do sto­wa­rzy­sze­nia, do którego należała ona, jej zda­niem znacz­nie bar­dziej eks­klu­zyw­ne­go i gro­madzącego dziew­czyny z klasą. A także sku­pio­ne­go przede wszyst­kim na pra­cy społecz­nej, jak dodała po namyśle.

Dziew­czy­ny pod­cho­dziły do Je­re­mie­go i ści­skały go na po­wi­ta­nie. Mówiły mi „cześć”, ja od­po­wia­dałam „cześć”. Po­tem poszłam na górę zo­sta­wić torbę w po­ko­ju Je­re­mie­go.

Kie­dy scho­dziłam z po­wro­tem po scho­dach, zo­ba­czyłam ją.

La­cie Ba­ro­ne była ubra­na w ob­cisłe dżinsy, ko­szulkę bez rękawów, chy­ba je­dwabną, i czer­wo­ne la­kier­ki na ob­ca­sach, które pew­nie do­da­wały jej ja­kieś dzie­sięć cen­ty­metrów wzro­stu. La­cie zaj­mo­wała się or­ga­ni­zo­wa­niem im­prez w Zeta Phi i była na trze­cim roku – rok star­sza od Je­re­mie­go, dwa lata ode mnie. Miała ciem­nobrązowe włosy przy­cięte na boba i była bar­dzo drob­na. Każdy mu­siałby przy­znać, że jest nie­zwy­kle sek­sow­na. Tay­lor twier­dziła, że La­cie ma coś do Je­re­mie­go. Po­wie­działam jej, że zupełnie mnie to nie mar­twi, i mówiłam prawdę. Bo niby dla­cze­go miałabym się przej­mo­wać?

To ja­sne, Je­re­mi po­do­bał się dziew­czy­nom. To był taki typ. Ale na­wet tak ślicz­na dziew­czy­na jak La­cie nie mogła nam za­szko­dzić. Cze­kało nas wie­le wspólnych lat. Nikt nie znał go tak do­brze jak ja i nikt nie znał mnie tak do­brze jak on. Wie­działam, że na­wet nie spoj­rzałby na inną.

Je­re­mi po­ma­chał do mnie.

Po­deszłam do nich i po­wie­działam:

– Cześć, La­cie.

Je­re­mi przy­ciągnął mnie do sie­bie.

– La­cie po wa­ka­cjach będzie stu­dio­wać w Paryżu. – Zwrócił się do La­cie: – W przyszłym roku wy­bie­ra­my się na wy­prawę do Eu­ro­py.

La­cie upiła łyk piwa i od­parła:

– Faj­nie. Do których krajów?

– Na pew­no do Fran­cji – od­parł. – Bel­ly mówi płyn­nie po fran­cu­sku.

– Nie­praw­da – wtrąciłam zażeno­wa­na. – Uczyłam się w li­ceum i tyle.

– Ja też je­stem bez­na­dziej­na – od­parła La­cie. – Ale chcę tam po pro­stu po­miesz­kać, za­mie­rzam obżerać się se­rem i cze­ko­ladą.

Głos miała lek­ko schryp­nięty, za­ska­kujące jak na kogoś tak drob­ne­go. Może paliła? Uśmiechnęła się do mnie i pomyślałam, że Tay­lor po­my­liła się co do La­cie, bo na mnie robiła bar­dzo do­bre wrażenie.

Kie­dy kil­ka mi­nut później poszła po drin­ka, po­wie­działam do nie­go:

– Bar­dzo sym­pa­tycz­na.

Je­re­mi wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Jest okej. Przy­nieść ci coś do pi­cia?

– Ja­sne.

Objął mnie i po­sa­dził na ka­na­pie.

– Siedź tu i nie ru­szaj się. Za­raz wrócę.

Pa­trzyłam, jak prze­ci­ska się przez tłum. Czułam się taka dum­na, że należy do mnie. Mój chłopak, mój Je­re­mi. Pierw­szy chłopak, w którego ra­mio­nach spałam. Pierw­szy chłopak, któremu po­wie­działam, jak w wie­ku ośmiu lat nie­chcący weszłam do po­ko­ju, kie­dy ro­dzi­ce to ro­bi­li. Pierw­szy chłopak, który po­szedł kupić dla mnie prosz­ki prze­ciwbólowe, kie­dy miałam okrop­ne bóle men­stru­acyj­ne. Pierw­szy chłopak, który po­ma­lo­wał mi pa­znok­cie u nóg. Pierw­szy, który trzy­mał mnie za głowę, kie­dy wy­mio­to­wałam, bo tak strasz­nie upiłam się przy jego zna­jo­mych. Pierw­szy chłopak, który na­pi­sał dla mnie liścik miłosny na ta­bli­cy wiszącej na ko­ry­ta­rzu przed drzwia­mi mo­je­go po­ko­ju: „Je­steś mle­kiem w moim sha­ke’u. Na za­wsze Twój, J.”

Pierw­szy chłopak, z którym się całowałam. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Co­raz lep­szy. Tak właśnie miało być. On był tym je­dy­nym. Wy­bra­nym.

roz­dział czwar­ty

To stało się później tego sa­me­go wie­czo­ru.

Tańczy­liśmy.

Oto­czyłam ra­mio­na­mi kark Je­re­mie­go, mu­zy­ka pul­so­wała. Było mi gorąco i kręciło mi się w głowie od tańca i al­ko­ho­lu. W po­ko­ju było mnóstwo lu­dzi, ale kie­dy Je­re­mi na mnie pa­trzył, czułam się tak, jak­byśmy byli sami na świe­cie. Tyl­ko on i ja.

Po­chy­lił się, od­garnął mi ko­smyk włosów z czoła i założył go za ucho. Po­wie­dział coś, ale nie usłyszałam.

– Co?! – wrzasnęłam.

– Nig­dy nie ob­ci­naj włosów! – wrzasnął w od­po­wie­dzi.

– Wy­klu­czo­ne! Wyglądałabym jak cza­row­ni­ca.

Je­re­mi przyłożył rękę do ucha.

– Nie słyszę!

– Cza­row­ni­ca!

Potrząsnęłam ob­ra­zo­wo włosa­mi i udałam, że mie­szam cho­chlą w wiel­kim ga­rze, re­chocząc do sie­bie.

– Po­do­ba mi się – po­wie­dział. – Może będziesz tyl­ko pod­ci­nać?

Krzyknęłam:

– Obie­cuję, że nie obetnę włosów, jeśli ty zre­zy­gnu­jesz z wy­ma­rzo­nej bro­dy!

Gro­ził, że zapuści brodę od ostat­nie­go Święta Dziękczy­nie­nia, kie­dy je­den z jego ko­legów z li­ceum ogłosił kon­kurs, komu uda się wy­ho­do­wać najdłuższą. Po­wie­działam, że nie ma mowy, bo przy­po­mi­nałby za bar­dzo mo­je­go tatę.

– Roz­ważę to – od­parł i mnie pocałował.

Sma­ko­wał pi­wem, ja pew­nie też.

Po­tem je­den z przy­ja­ciół Je­re­mie­go z brac­twa, Tom, z nie­zna­nych mi po­wodów noszący ksywkę Ry­dzyk, za­uważył nas i za­ata­ko­wał Je­re­mie­go jak szarżujący byk. W ręku dzierżył bu­telkę wody i miał na so­bie je­dy­nie bie­liznę. Nie były to by­najm­niej bok­ser­ki, lecz białe ob­cisłe sli­py.

– Ro­zejść się! – krzyknął.

Zaczęli się siłować. Kie­dy Je­re­mi za­blo­ko­wał ra­mie­niem głowę Ry­dzy­ka, woda z bu­tel­ki wylała się na moją su­kienkę. A właści­wie su­kienkę Ani­ki. Woda oka­zała się pi­wem.

– Sor­ry, sor­ry – mruknął Ry­dzyk.

Kie­dy Ry­dzyk porządnie się schlał, po­wta­rzał wszyst­ko dwa razy.

– Nic nie szko­dzi – od­parłam, wyżymając su­kienkę i sta­rając się nie pa­trzeć na dolną część jego ciała.

Poszłam do łazien­ki, ale była długa ko­lej­ka, więc skie­ro­wałam się do kuch­ni. Kil­ka osób robiło body sho­ty na sto­le, je­den z członków brac­twa, Luke, właśnie wy­li­zy­wał sól z pępka ru­dowłosej dziew­czy­ny.

– Cześć, Isa­bel – po­wie­dział, pod­nosząc wzrok.

– Em, cześć, Luke – od­parłam.

Na wi­dok dziew­czy­ny wy­mio­tującej do zle­wu na­tych­miast się zmyłam.

Ru­szyłam do łazien­ki na górze. Nie­chcący na­depnęłam na rękę chłopa­ko­wi, który in­ten­syw­nie zaj­mo­wał się na scho­dach koleżanką.

– Bar­dzo prze­pra­szam – po­wie­działam, ale chy­ba ni­cze­go nie za­uważył, bo drugą rękę aku­rat wkładał jej za bluzkę.

Kie­dy wresz­cie do­tarłam do łazien­ki, za­mknęłam za sobą drzwi i wes­tchnęłam z ulgą. Ta im­pre­za była jesz­cze bar­dziej sza­lo­na niż zwy­kle. Pew­nie w związku z końcem roku i eg­za­minów wszyst­kim pusz­czały ha­mul­ce. Cie­szyłam się, że Ani­ka nie mogła przyjść. To zde­cy­do­wa­nie nie była za­ba­wa w jej guście. W moim zresztą też nie.

Na­my­dliłam pla­my i błagałam w myślach, żeby znikły. Na­gle ktoś na­cisnął klamkę.

– Chwi­leczkę – zawołałam.

Wal­czyłam da­lej z pla­ma­mi. Na zewnątrz roz­ma­wiały ja­kieś dziew­czy­ny. Nie słuchałam, aż do chwi­li, gdy usłyszałam głos La­cie.

– Sek­sow­nie dzi­siaj wygląda, co?

– Za­wsze wygląda sek­sow­nie – stwier­dził inna.

– Nie da się za­prze­czyć – wybełkotała La­cie.

Dru­ga dziew­czy­na dodała:

– Ale ci za­zdroszczę.

La­cie od­parła śpiew­nie:

– Co­kol­wiek stało się w Cabo, zo­stało w Cabo.

Zakręciło mi się w głowie. Oparłam się o drzwi. Nie­możliwe, żeby mówiła o Je­re­mim. Wy­klu­czo­ne.

Ktoś zabębnił do drzwi, aż pod­sko­czyłam.

Nie­wie­le myśląc, otwo­rzyłam.

Na mój wi­dok La­cie uniosła rękę do ust. Jej mina była jak cios pro­sto w żołądek. Au­ten­tycz­nie po­czułam fi­zycz­ny ból. Słyszałam, jak po­zo­stałe dziew­czy­ny gwałtow­nie wstrzy­mują od­dech, ale wszyst­ko to działo się gdzieś bar­dzo da­le­ko. Minęłam je, czułam się, jak­bym lu­na­ty­ko­wała, i zeszłam na dół.

Nie mogłam w to uwie­rzyć. To nie mogła być praw­da. Nie mój Je­re­mi.

Poszłam do jego po­ko­ju i za­mknęłam za sobą drzwi. Usiadłam na łóżku, pod­ciągając ko­la­na pod brodę, myśli kłębiły się w mo­jej głowie. „Co­kol­wiek stało się w Cabo, zo­stało w Cabo”. Mina La­cie, re­ak­cja pozo­stałych dziew­czyn. Ta sce­na wyświe­tlała się w mo­jej głowie jak film po­wta­rza­ny bez końca.

Mu­siałam wie­dzieć na pew­no. Mu­siałam usłyszeć to od nie­go.

Wyszłam z po­ko­ju i zaczęłam go szu­kać. Czułam, jak szok zmie­nia się we wściekłość. Prze­py­chałam się przez tłum. Na­depnęłam na stopę ja­kiejś pi­ja­nej dziew­czy­nie, która wybełkotała „Hej!”, ale ani na chwilę się nie za­trzy­małam i nie prze­pro­siłam.

W końcu go zna­lazłam. Stał na zewnątrz, pijąc piwo z chłopa­ka­mi z brac­twa.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać – po­wie­działam.

– Chwi­leczkę, Bel­ly.

– Nie. Te­raz.

Fa­ce­ci zaczęli re­cho­tać.

– Uuuu, ktoś ma kłopo­ty. Fi­sher jest skończo­ny.

Cze­kałam.

Je­re­mi chy­ba zo­ba­czył coś w moim wzro­ku, bo posłusznie wszedł za mną do środ­ka i ru­szył na górę, do swo­je­go po­ko­ju. Za­trzasnęłam drzwi.

– O co cho­dzi? – spy­tał wyraźnie za­nie­po­ko­jo­ny.

Wy­plułam z sie­bie:

– Kręciłeś z La­cie Ba­ro­ne pod­czas fe­rii wio­sen­nych?

Je­re­mi zro­bił się biały jak ścia­na.

– Co?

– Czy kręciłeś z La­cie?

– Bel­ly…

– Wie­działam – szepnęłam. – Wie­działam.

Cho­ciaż tak na­prawdę nie wie­działam. Nic nie wie­działam.

– Za­cze­kaj, wszyst­ko ci wytłumaczę.

– Za­cze­kaj?! – wrzasnęłam. – Jezu, Je­re­mi. Jezu.

Osunęłam się na podłogę. Nie­ste­ty nogi od­ma­wiały mi posłuszeństwa.

Ukląkł obok mnie, próbował mnie pod­nieść, ale ode­pchnęłam jego ręce.

– Nie do­ty­kaj mnie!

Usiadł na podłodze, zwie­sił głowę.

– Bel­ly, to było na tym wyjeździe. Kie­dy ze­rwa­liśmy.

Po­pa­trzyłam na nie­go.

Na­sze tak zwa­ne ze­rwa­nie trwało rap­tem ty­dzień. To nie było praw­dzi­we ze­rwa­nie, w każdym ra­zie nie dla mnie. Przez cały czas wie­działam, że zno­wu będzie­my ra­zem. Płakałam przez cały ty­dzień, a on lizał się w Cabo z La­cie Ba­ro­ne.

– Wie­działeś, że nie ze­rwa­liśmy tak na­prawdę! Wie­działeś, że to nie było se­rio!

Przełknął ślinę, a jego grdy­ka po­ru­szyła się w górę i w dół.

– La­cie wszędzie za mną łaziła. Nie odstępowała mnie na krok. Przy­sięgam, nie chciałem. Po pro­stu się stało. – Głos mu się załamał.

Po­czułam się brud­na. Zupełnie znie­sma­czo­na.

Nie chciałam myśleć o nich ra­zem, nie chciałam so­bie tego wy­obrażać.

– Milcz – po­wie­działam. – Nie mam ocho­ty tego słuchać.

– To był błąd.

– Błąd? Na­zy­wasz to błędem? Błąd to ja popełniłam, kie­dy zo­sta­wiłam klap­ki pod prysz­ni­cem i spleśniały, a po­tem mu­siałam je wy­rzu­cić. To się na­zy­wa błąd, pa­lan­cie. – Wy­buchłam płaczem.

Nic nie po­wie­dział. Przyj­mo­wał wszyst­ko w mil­cze­niu, nie unosząc głowy.

– Już nie wiem, kim je­steś. – Żołądek mi się wywrócił. – Chy­ba zwy­mio­tuję.

Je­re­mi podał mi wia­dro stojące przy łóżku i zaczęłam wy­mio­to­wać, płacząc jed­no­cześnie. Chciał do­tknąć mo­ich pleców, ale od­sunęłam się.

– Nie do­ty­kaj mnie – wy­mam­ro­tałam, ocie­rając usta wierz­chem ręki.

To było całko­wi­cie bez sen­su. To nie był Je­re­mi, ja­kie­go znałam. Mój Je­re­mi nig­dy tak by mnie nie zra­nił. Nig­dy na­wet nie spoj­rzałby na inną dziew­czynę. Mój Je­re­mi był szcze­ry, sil­ny i wier­ny. A tego człowie­ka nie znałam.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział. – Na­prawdę bar­dzo cię prze­pra­szam.

Te­raz i on płakał. „I do­brze – pomyślałam. – Cierp, sko­ro ja cier­pię przez cie­bie”.

– Chcę być z tobą całko­wi­cie szcze­ry. Żad­nych więcej se­kretów. – Kom­plet­nie się załamał, ry­czał jak dziec­ko.

Wstrzy­małam od­dech.

– Upra­wia­liśmy seks.

Za­nim zdążyłam się za­sta­no­wić, moja ręka już zna­lazła się przy jego twa­rzy. Walnęłam z całych sił. W ogóle nie myślałam. Po pro­stu to zro­biłam. Na jego pra­wym po­licz­ku zo­stał czer­wo­ny ślad.

Pa­trzy­liśmy na sie­bie. Nie mogłam uwie­rzyć, że go ude­rzyłam. On też nie.

Na jego twa­rzy po­ka­zał się wy­raz kom­plet­ne­go za­sko­cze­nia, ja pew­nie wyglądałam po­dob­nie. Nig­dy przed­tem ni­ko­go nie ude­rzyłam.

Po­tarł po­li­czek i powtórzył:

– Prze­pra­szam.

Zaczęłam płakać jesz­cze bar­dziej roz­pacz­li­wie. Wi­działam w myślach, jak robią różne rze­czy. A ja na­wet nie brałam sek­su pod uwagę. Co za idiot­ka!

– To nic dla mnie nie zna­czyło. Przy­sięgam.

Próbował do­tknąć mo­je­go ra­mie­nia, ale za­brałam je, wzdry­gając się. Otarłam po­licz­ki i po­wie­działam:

– Może dla cie­bie seks nic nie zna­czy. Ale dla mnie tak i do­brze o tym wiesz. Wszyst­ko ze­psułeś. Już nig­dy ci nie za­ufam!

Chciał przy­ciągnąć mnie do sie­bie, ale ode­pchnęłam go. Po­wie­dział zroz­pa­czo­nym głosem:

– Za­pew­niam cię, to z La­cie nie miało dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia.

– Ale dla mnie tak. I naj­wy­raźniej dla niej również.

– Nie ko­cham La­cie! – wy­krzyknął. – Ko­cham cie­bie! – Je­re­mi przy­czołgał się do mnie, objął moje ko­la­na. – Nie od­chodź, proszę, nie od­chodź!

Próbowałam go ode­pchnąć, ale był sil­niej­szy. Wcze­pił się we mnie, jak­bym była tratwą, a on roz­bit­kiem na środ­ku oce­anu.

– Tak bar­dzo cię ko­cham – po­wie­dział, cały się trzęsąc. – Za­wsze byłaś tyl­ko ty.

Chciałam da­lej płakać i krzy­czeć, zna­leźć ja­kieś roz­wiąza­nie. Ale nie wi­działam żad­ne­go. Kie­dy na nie­go pa­trzyłam, czułam się jak ska­mie­niała. Jesz­cze nig­dy tak się na nim nie za­wiodłam. A naj­gor­sze, że stało się to całko­wi­cie z za­sko­cze­nia. Nie mogłam uwie­rzyć, że za­le­d­wie kil­ka go­dzin wcześniej niósł mnie na ple­cach, a ja czułam, że ko­cham go jesz­cze bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

– Nie możemy od­zy­skać tego, co było. – Wi­działam, że moje słowa go ranią. – Wszyst­ko stra­co­ne. Stra­ci­liśmy to dzi­siaj, nie­odwołal­nie.

– Możemy to od­zy­skać – od­parł de­spe­rac­ko. – Wiem, że możemy.

Potrząsnęłam głową.

Z oczu znów popłynęły mi łzy, ale nie chciałam płakać, szczególnie przy nim. Z nim. Nie chciałam czuć tego smut­ku. Ni­cze­go nie chciałam czuć. Jesz­cze raz otarłam twarz, pod­niosłam się i oznaj­miłam:

– Wy­chodzę.

Wstał nie­pew­nie.

– Za­cze­kaj!

Minęłam go, za­brałam to­rebkę leżącą na łóżku i wyszłam, zbiegłam po scho­dach, wy­padłam na zewnątrz. Biegłam przez całą drogę na przy­sta­nek, to­rebka obi­jała mi się o ramię, ob­ca­sy kla­skały o chod­nik. Po­tknęłam się i o mało nie upadłam, ale jakoś utrzy­małam równo­wagę. Zdążyłam na au­to­bus w ostat­niej chwi­li. Nie obej­rzałam się, żeby spraw­dzić, czy Je­re­mi za mną bie­gnie.

Moja współspacz­ka, Jen­ny, wy­je­chała tego dnia do domu, więc przy­najm­niej miałam pokój wyłącznie dla sie­bie i mogłam porządnie się wypłakać. Je­re­mi dzwo­nił i pisał tony ese­mesów, więc wyłączyłam te­le­fon. Ale za­nim poszłam spać, włączyłam go i spraw­dziłam, co na­pi­sał.

„Tak bar­dzo mi wstyd. Proszę, ode­zwij się. Ko­cham cię i za­wsze będę cię ko­chał”.

Po­ry­czałam się na całego.

roz­dział piąty

Nasze kwiet­nio­we ze­rwa­nie było jak grom z ja­sne­go nie­ba. Owszem, kłóciliśmy się od cza­su do cza­su, ale tak na­prawdę na­wet trud­no byłoby na­zwać te sprzecz­ki kłótnia­mi.

Na przykład wte­dy, gdy Shay zor­ga­ni­zo­wała im­prezę w let­nim domu swo­jej chrzest­nej. Za­pro­siła mnóstwo lu­dzi i po­wie­działa, że mogę przy­pro­wa­dzić Je­re­mie­go. Mie­liśmy się wy­stroić i tańczyć na zewnątrz do sa­me­go rana. I zo­stać na cały week­end. Shay twier­dziła, że będzie nie­sa­mo­wi­cie. Bar­dzo cie­szyłam się z tego za­pro­sze­nia. Ale Je­re­mi po­wie­dział, że w ten week­end odbędzie się wewnątrzu­czel­nia­ny mecz piłki nożnej. A ja mam iść bez nie­go. Za­py­tałam: „Na­prawdę mu­sisz? To prze­cież nie jest praw­dzi­wy mecz”. Za­cho­wałam się wstrętnie, ale cóż, stało się. Poza tym na­prawdę tak uważałam.

To była na­sza pierw­sza kłótnia. No, na­wet nie do końca praw­dzi­wa kłótnia, nie krzy­cze­liśmy na sie­bie ani nic ta­kie­go, ale Je­re­mi był wściekły i ja też.

Za­wsze spędza­liśmy czas z jego to­wa­rzy­stwem. W pew­nym stop­niu było to zro­zu­miałe. Znał tych lu­dzi już od ja­kie­goś cza­su, ja do­pie­ro zdo­by­wałam nowe zna­jo­mości. Ale po­zna­wa­nie lu­dzi wy­ma­ga cza­su. Ciągle prze­sia­dy­wałam u nie­go, a tym­cza­sem dziew­czy­ny z mo­je­go ko­ry­ta­rza za­przy­jaźniały się beze mnie. Czułam, że coś stra­ciłam, na­wet nie zdając so­bie z tego spra­wy. Za­pro­sze­nie na im­prezę do Shay wie­le dla mnie zna­czyło i chciałam, żeby zna­czyło coś również dla Je­re­mie­go.

Były też inne rze­czy, które mnie iry­to­wały. Rze­czy, których o nim nie wie­działam, których nie mogłam wie­dzieć, wi­dując go tyl­ko la­tem w domu nad mo­rzem. Jak bez­na­dziej­nie za­cho­wy­wał się w to­wa­rzy­stwie swo­ich kum­pli, kie­dy pa­li­li zioło, obżera­li się pizzą z szynką i ana­na­sem, słucha­li Gang­sta’s Pa­ra­di­se Co­olio i re­cho­ta­li przez go­dzinę albo i dłużej.

I te jego aler­gie. Nig­dy nie spo­ty­ka­liśmy się wiosną, więc nie miałam o nich pojęcia.

Raz za­dzwo­nił do mnie, na­ki­chał do słuchaw­ki i po­pro­sił żałośnie przez nos:

– Mogłabyś przy­je­chać i po­sie­dzieć przy mnie? – Po­tem wy­smar­kał się i dodał: – I przy­nieść za­pas chu­s­te­czek. I sok po­ma­rańczo­wy.

Miałam wielką ochotę po­wie­dzieć: „Masz aler­gię, a nie świńską grypę”, ale ugryzłam się w język.

Byłam u nie­go poprzednie­go dnia. Grał z kum­pla­mi na kom­pu­te­rze, pod­czas gdy ja od­ra­białam za­da­nia do­mo­we. Po­tem obej­rze­liśmy film kung-fu i zamówiliśmy in­dyj­skie je­dze­nie, cho­ciaż nie prze­pa­dam za in­dyjską kuch­nią, bo często boli mnie po niej brzuch. Je­re­mi oznaj­mił, że kie­dy aler­gia na­prawdę bar­dzo mu do­ku­cza, je­dy­nie in­dyj­skie żar­cie przy­no­si ulgę. Jadłam więc naan i ryż, patrząc z wściekłością, jak on pochłania swo­je­go kur­cza­ka tik­ka ma­sa­la i gapi się na film. Cza­sa­mi całko­wi­cie mnie lek­ce­ważył i za­sta­na­wiałam się, czy robi to spe­cjal­nie.

– Bar­dzo bym chciała, ale muszę na­pi­sać na ju­tro esej – po­wie­działam, sta­rając się nadać głoso­wi zmar­twio­ny ton. – Więc to ra­czej nie­możliwe. Przy­kro mi.

– To może ja do cie­bie przyjdę? – za­pro­po­no­wał. – Wezmę tonę ta­ble­tek prze­ciw­hi­sta­mi­no­wych i pośpię, kie­dy będziesz pisać. A po­tem może zno­wu zamówimy coś z in­dyj­skiej re­stau­ra­cji.

– Aha – od­parłam cierp­ko. – Ja­sne, dla­cze­go nie.

Przy­najm­niej nie będę mu­siała wy­cho­dzić z domu i tłuc się au­to­bu­sem. Ale za to będę mu­siała pójść do łazien­ki po rolkę pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, bo Ji­lian nieźle by się wku­rzyła, gdy­by Je­re­mi zno­wu zużył jej wszyst­kie chu­s­tecz­ki.

Jesz­cze nie wie­działam, że te wy­da­rze­nia przy­go­to­wują grunt pod naszą pierwszą praw­dziwą kłótnię. Taką z wrza­ska­mi i płaczem, dokład­nie taką, ja­kiej obie­cy­wałam so­bie nig­dy nie odbyć. Słyszałam, jak Ji­lian kłóci się w ten sposób przez te­le­fon, dziew­czy­ny z mo­je­go ko­ry­ta­rza, Tay­lor. Nig­dy nie przy­pusz­czałam, że i mnie to spo­tka. Sądziłam, że za długo zna­my się z Je­re­mim, żeby coś ta­kie­go nam gro­ziło.

Kłótnia jest jak ogień. Wy­da­je ci się, że go kon­tro­lu­jesz i możesz po­wstrzy­mać w każdej chwi­li, ale za­nim się obej­rzysz, sta­je się żywą od­dy­chającą istotą, nad którą nie po­tra­fisz za­pa­no­wać, i na­gle zda­jesz so­bie sprawę, że byłaś idiotką, wierząc, że jest in­a­czej.

Je­re­mi i jego ko­le­dzy z brac­twa w ostat­nim mo­men­cie zde­cy­do­wa­li się na wy­jazd do Cabo w cza­sie fe­rii wio­sen­nych. Zna­leźli jakąś okazję w in­ter­ne­cie.

Ja już pla­no­wałam, co będę robić w domu: pojeździ­my z mamą do cen­trum, pójdzie­my na ba­let. Ste­ven też miał przy­je­chać. Bar­dzo chciałam po­je­chać do domu, ale kie­dy pa­trzyłam, jak Je­re­mi or­ga­ni­zu­je wy­jazd, czułam się co­raz bar­dziej rozżalo­na. Początko­wo on też za­mie­rzał po­je­chać do domu. Te­raz, kie­dy Con­rad prze­niósł się do Ka­li­for­nii, panu Fi­she­ro­wi do­skwie­rała sa­mot­ność. Je­re­mi mówił, że chciałby spędzić z nim trochę cza­su, może od­wie­dzić grób Su­san­ny. Pla­no­wa­liśmy, że na kil­ka dni wy­bie­rze­my się do Co­usins. Wie­dział, ile to dla mnie zna­czy. W tym domu wy­da­rzyło się tyle ważnych rze­czy, więcej niż w moim domu ro­dzin­nym. A po śmier­ci Su­san­ny czułam, że tym bar­dziej po­win­niśmy tam wra­cać.

Ale nie, Je­re­mi po­sta­no­wił po­je­chać do Cabo.

Beze mnie.

– Je­steś pe­wien, że to do­bry po­mysł? – za­py­tałam.

Sie­działam na łóżku, on zaś przy biur­ku zgar­bio­ny, stu­kając w kla­wia­turę.

Pod­niósł wzrok i po­pa­trzył na mnie z za­sko­cze­niem.

– To bar­dzo ko­rzyst­na ofer­ta. Poza tym wszy­scy jadą. Nie mogę prze­puścić ta­kiej oka­zji.

– No tak, ale myślałam, że chciałeś po­je­chać do domu, pobyć z tatą.

– Po­jadę la­tem.

– To do­pie­ro za kil­ka mie­sięcy. – Skrzyżowałam ra­mio­na na pier­si, po­tem roz­plotłam je.

Je­re­mi zmarsz­czył brwi.

– O co cho­dzi? Nie po­do­ba ci się, że wyjeżdżam bez cie­bie?

Oblałam się ru­mieńcem.