Dla Ciebie płonę - Abbi Glines - ebook
Opis

Abbi Glines po raz ostatni wraca do Rosemary Beach, by w zaskakujący sposób zakończyć całą serię.

Zepsuta do szpiku kości, samolubna, bogata i piękna Nan Dilon zdaje się mieć wszystko, wszystko, poza autentycznym szczęściem i prawdziwą miłością. Jej brat Rush nie ma już dla niej czasu, poświęcając swoje życie ukochanej córeczce, a jedyny facet, którego naprawdę kochała wybrał jej przyrodnią siostrę, Harlow…

Więc, gdy tylko Major chce się z nią umówić, natychmiast się zgadza. Lecz już wkrótce tego pożałuje. Romans nie trwa bowiem długo. Rozczarowana zachowaniem Majora, wyjeżdża na dziki weekend do Vegas. Tam poznaje tajemniczego Gannona.

Jak potoczą się jej dalsze losy, którego z nich wybierze?

I czy na pewno wie wszystko, co powinna?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 273

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Up in Fla­mes

Tłu­ma­cze­nie: Mar­ta Żbi­kow­ska

Re­dak­cja: Agniesz­ka Pie­trzak

Ko­rek­ta: Alek­san­dra Ty­kar­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Zdję­cie na okład­ce: Fo­to­lia (olly)

Skład: IMK

Przygotowanie wersji eBook: Jarosław Jabłoński

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Co­py­ri­ght © 2016 by Abbi Gli­nes

Atria Bo­oks, a Di­vi­sion of Si­mon & Schu­s­ter, Inc.

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal

All ri­ghts re­se­rved.

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Po­sta­ci i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-052-6

Ska­ka­łam po ca­łej kuch­ni, kie­dy Ty gra­łaś mu­zy­kę na pa­tel­ni i garn­kach. Ni­g­dy nie uda­ło mi się po­bić Cię w UNO, bo by­łaś w nie naj­lep­sza, a kie­dy po­trze­bo­wa­łam, żeby ktoś się za mnie po­mo­dlił, wie­dzia­łam, że Ty to zro­bisz.

Ko­cham Cię, bab­ciu Camp­bell. Nie ma dnia, w któ­rym nie po­my­śla­ła­bym o Two­jej mą­dro­ści. Bar­dzo mi Cie­bie bra­ku­je, ale wiem, że zo­sta­niesz na za­wsze w moim ser­cu.

Być ko­cha­nym – to jed­na z pod­sta­wo­wych ludz­kich po­trzeb. Za­nim go po­zna­łam, by­łam prze­ko­na­na, że to tyl­ko czcze ga­da­nie. Ale wte­dy by­łam sil­na… a może wła­śnie sła­ba? Już sama nie wiem. Więk­szość rze­czy, o któ­rych kie­dyś my­śla­łam, że są waż­ne, za­czę­łam po­da­wać w wąt­pli­wość. Jed­ne­go je­stem za to pew­na: po na­szym spo­tka­niu nic już nie bę­dzie, ta­kie jak daw­niej.

Nan

Nan

Męż­czyź­ni za­wsze mnie wku­rza­li. Za­wsze chcie­li cze­goś ode mnie, ale ni­g­dy nie chcie­li mnie sa­mej. Wy­star­cza­ła mi chwi­la, żeby ich przej­rzeć. Kie­dy na mnie pa­trzy­li, my­śle­li: „cór­ka gwiaz­dy roc­ka” i „pie­nią­dze”. Więk­szość z nich po ci­chu li­czy­ła na to, że dzię­ki zna­jo­mo­ści ze mną tra­fią na okład­ki ko­lo­ro­wych ma­ga­zy­nów.

To wszyst­ko spra­wi­ło, że w pew­nym mo­men­cie stra­ci­łam sza­cu­nek do ga­tun­ku mę­skie­go. Wy­jąt­kiem był mój brat Rush. On je­den był przy mnie za­wsze, kie­dy go po­trze­bo­wa­łam – no, może poza pa­ro­ma przy­pad­ka­mi, kie­dy za­cho­wa­łam się jak skoń­czo­na zoł­za wo­bec jego żony, Bla­ire. Ale kie­dy prze­szła mi za­zdrość o nią, Rush z po­wro­tem stał się moim opar­ciem. A ja za­czę­łam cie­szyć się jego szczę­ściem.

Zro­zu­mia­łam, że nad­szedł czas, że­bym do­ro­sła i wy­po­wie­dzia­ła woj­nę wła­snym de­mo­nom. Na po­cząt­ku nie szło mi naj­le­piej, cho­ciaż nie było też naj­go­rzej. Ja­koś so­bie ra­dzi­łam. Na swój spo­sób…

Po­czu­łam wi­bra­cje i spoj­rza­łam na te­le­fon. Na ekra­nie wy­świe­tli­ła się twarz Ma­jo­ra. To był je­den z mo­ich naj­now­szych „złych po­my­słów”. Ma­jor był odro­bi­nę zbyt ko­cha­ny i słod­ki – na ogół lu­bi­łam choć odro­bi­nę ak­cji – ale małą ry­skę na jego nie­mal ide­al­nej po­sta­ci sta­no­wi to, że był na­praw­dę do­bry w te kloc­ki. Uwiel­biał ko­bie­ty. Uwiel­biał być w cen­trum ich uwa­gi. My­ślał, że by­łam głu­pia i nie wie­dzia­łam, że kie­dy nie był ze mną, spo­ty­kał się z kimś in­nym. Ale jego ta­lent ak­tor­ski nie był tak do­szli­fo­wa­ny, jak mu się wy­da­wa­ło. Po spo­so­bie, w jaki od­pi­sy­wał mi na wia­do­mo­ści, by­łam w sta­nie do­my­ślić się, że jest z inną ko­bie­tą albo że nie ma dla mnie cza­su.

My­śla­łam, że je­stem od­por­na na jego sztucz­ki, ale co­raz trud­niej było mi utrzy­mać ser­ce w ry­zach i nie pod­dać się jego uro­ko­wi. Za­czy­na­łam mu ule­gać, cho­ciaż do­brze wie­dzia­łam, że je­stem tyl­ko jed­ną z wie­lu.

Co ro­bisz?

To był stan­dar­do­wy SMS, któ­ry do­sta­wa­łam od nie­go, kie­dy czuł się sa­mot­ny i znu­dzo­ny. Na po­cząt­ku my­śla­łam, że był szcze­rze za­in­te­re­so­wa­ny tym, co od­po­wiem, ale kie­dy uświa­do­mi­łam so­bie, jak czę­sto sło­wa: „cześć, ko­cha­nie” i „kot­ku” po­ja­wia­ły się na ekra­nie jego te­le­fo­nu, kie­dy spę­dzał czas ze mną, zro­zu­mia­łam, że to wszyst­ko pic na wodę.

Wszy­scy fa­ce­ci to ściem­nia­cze. Na­wet ci o wiel­kim ser­cu. Nie ufa­łam męż­czy­znom, ale nie­ste­ty, po­trze­bo­wa­łam ich. Chcia­ła­bym nie pra­gnąć tak bar­dzo ich wzglę­dów i uwa­gi, ale taka już by­łam. Nie­na­wi­dzi­łam tego w so­bie i czę­sto pró­bo­wa­łam to ukryć, ale z każ­dym dniem było co­raz trud­niej. To, że Rush dla swo­jej wy­bran­ki po­rzu­cił tryb ży­cia aman­ta, a jego naj­lep­szy przy­ja­ciel – i mój eks­ko­cha­nek – Grant Car­ter za­mie­nił się w przy­kład­ne­go męża Har­low, nie uła­twia­ło spra­wy. Ja nie by­łam taka jak Bla­ire czy Har­low. Nie bu­dzi­łam w męż­czy­znach po­trze­by zmia­ny na lep­sze. Przy­zna­nie się do tego przed samą sobą było bo­le­sne, ale po­wo­li za­czy­na­łam się z tym go­dzić.

Tłu­mio­na złość, wstręt do sa­mej sie­bie i po­czu­cie nie­ade­kwat­no­ści mogą spra­wić, że w czło­wie­ku ro­dzi się nie­na­wiść. Robi się zgorzk­nia­ły. Sta­je się po­two­rem. A ja nie chcia­łam taka być. I im bar­dziej sta­ra­łam się igno­ro­wać Ma­jo­ra, tym go­rzej mi to wy­cho­dzi­ło. Od­pi­sy­wa­łam mu, li­cząc na to, że oka­że mi tro­chę uwa­gi i będę mo­gła choć przez mo­ment uda­wać, że coś do mnie czu­je. Że je­stem war­ta mi­ło­ści i mogę być dziew­czy­ną, dla któ­rej ja­kiś męż­czy­zna się zmie­ni.

Do­pie­ro wsta­ję – od­po­wie­dzia­łam i usia­dłam na łóż­ku.

Zo­ba­czy­łam na ekra­nie chmur­kę, któ­ra ozna­cza­ła, że od­pi­sy­wał na moją wia­do­mość, i po­czu­łam mo­ty­le w brzu­chu. Był sam. My­ślał o mnie.

Tak, wiem, to brzmi ża­ło­śnie, ale przy­naj­mniej jes­tem szcze­ra.

Śpioch. O któ­rej się po­ło­ży­łaś?

Rów­nie do­brze mógł­by sam so­bie za­dać to py­ta­nie. Po dwu­dzie­stej nie wy­słał mi już żad­ne­go SMS-a, a ja by­łam zbyt dum­na, że na­pi­sać albo za­dzwo­nić jako pierw­sza. W ostat­nim SMS-ie, któ­re­go od nie­go do­sta­łam, wy­da­wał się ode­rwa­ny od rze­czy­wi­sto­ści. Za­ło­ży­łam więc, że był z kimś in­nym.

Póź­no – od­pi­sa­łam tyl­ko. Praw­da jest taka, że le­ża­łam na ka­na­pie, opa­tu­lo­na ko­cem, oglą­da­łam trze­ci se­zon Plot­ka­ry i ja­dłam po­pcorn, któ­ry będę mu­sia­ła spa­lić dzi­siaj pod­czas jog­gin­gu.

A co ro­bi­łaś, że tak póź­no się po­ło­ży­łaś?

De­ner­wo­wa­ły mnie ta­kie py­ta­nia. Do­brze wie­dział, że może za­py­tać mnie o wszyst­ko, bo i tak po­wiem mu praw­dę. Ja ni­g­dy nie py­ta­łam go pro­sto z mo­stu o to, co ro­bił, bo wie­dzia­łam, że w od­po­wie­dzi do­sta­nę tyl­ko pół­praw­dę – naj­pew­niej tę część, któ­ra nie za­wie­ra­ła in­nych ko­biet.

Oglą­da­łam te­le­wi­zję.

Po­sta­no­wi­łam, że nie będę kła­mać tyl­ko po to, żeby wzbu­dzić w nim za­zdrość. Już daw­no temu uświa­do­mi­łam so­bie, że Ma­jor nie bywa o mnie za­zdro­sny, co, praw­dę mó­wiąc, było gor­sze niż po­li­czek. Z dru­giej stro­ny sama za­wsze mu wy­ba­cza­łam, tyl­ko dla­te­go, że był taki mi­lut­ki.

Plot­ka­rę czy Chi­rur­gów?

Wie­dział, ja­kie są moje ulu­bio­ne se­ria­le. Tak dużo o mnie wie­dział. Ko­lej­na rzecz, któ­ra tyl­ko wszyst­ko utrud­nia­ła.

Plot­ka­rę.

U mnie wszyst­ko do­brze – na­pi­sał i do­dał mru­ga­ją­cą buź­kę. Ża­den inny chło­pak, ja­kie­go zna­łam, nie uży­wał emo­ti­ko­nek. Na po­cząt­ku wy­da­wa­ło mi się to dziw­ne, ale te­raz tyl­ko na nie cze­ka­łam. To była nie­od­łącz­na część jego oso­by. Spra­wiał, że rze­czy, któ­re nor­mal­nie nie były sexy, ta­ki­mi się sta­wa­ły.

Zje­my ra­zem lunch? Coś ja­poń­skie­go?

Uwiel­biał ja­poń­ską kuch­nię.

A ja (cho­ciaż może tyl­ko trosz­kę?) chy­ba uwiel­bia­łam jego.

Pew­nie.

Major

Ode­tchną­łem z ulgą. Ni­g­dy nie mia­łem pew­no­ści, kie­dy Nan była na mnie zła. Czy da­łem jej ku temu po­wód? Chy­ba nie. Nie mie­li­śmy sie­bie prze­cież na wy­łącz­ność i kil­ka razy przy­po­mi­na­łem jej, że tyl­ko ze sobą sy­pia­my. Nie chcia­łem, żeby my­śla­ła, że jest mię­dzy nami coś wię­cej. Ale wie­dzia­łem, że po ta­kiej dziew­czy­nie jak Nan mogę spo­dzie­wać się wszyst­kie­go.

Ko­bie­ta, któ­ra spę­dzi­ła noc w moim miesz­ka­niu, była o wie­le mniej wy­ma­ga­ją­ca od Nan. Była ra­do­sna i wy­lu­zo­wa­na. Nie mu­sia­łem się mar­twić, że ją roz­złosz­czę albo że do­pad­nie ją huś­taw­ka na­stro­jów, któ­ra po­psu­je wie­czór nam oboj­gu. Mo­głem też od niej rano wyjść i ni­g­dy nie wró­cić. Z Nan mu­sia­łem wy­trzy­mać, aż wy­ko­nam swo­ją ro­bo­tę. Mu­sia­łem spra­wiać, że bę­dzie się ze mną do­brze czu­ła. Nie mo­głem po pro­stu jej bzyk­nąć i odejść.

Z dru­giej stro­ny Sa­rah była prze­wi­dy­wal­na. Nie kle­iła się do mnie, ale też nie mia­ła wy­gó­ro­wa­nych ocze­ki­wań. Przy niej się nie stre­so­wa­łem, do­brze się ba­wi­łem i mo­głem za­spo­ko­ić swo­je po­trze­by. Lu­bi­łem ją, ale nie chcia­łem jej na sta­łe w swo­im ży­ciu. Nie w ten spo­sób. Sta­no­wi­ła po pro­stu prze­ciw­wa­gę dla przy­tła­cza­ją­cej oso­bo­wo­ści Nan.

Przy Nan za­po­mi­na­łem, że mię­dzy nami nie może być nic wię­cej. Moja pra­ca była waż­niej­sza. Nie mo­gli­by­śmy zo­stać parą. Ona po pro­stu jesz­cze o tym nie wie­dzia­ła.

Nie mu­sia­łem py­tać, co ro­bi­ła wczo­raj. I tak wie­dzia­łem. Ja mo­głem być za­ję­ty rand­ko­wa­niem, ale jej dom był pod sta­łym nad­zo­rem. Cope – mój szef, że tak po­wiem – ob­ser­wo­wał każ­dy jej ruch, kie­dy ja tego nie ro­bi­łem. Gdy­by wy­szła, i tak bym wie­dział do­kąd.

Na szczę­ście zo­sta­ła w domu, a ja mo­głem się za­ba­wić z Sa­rah. Kie­dy ostat­nio chcia­łem się z nią umó­wić, Nan za­dzwo­ni­ła do mnie roz­gnie­wa­na przez ja­kąś głu­po­tę i mu­sia­łem po­je­chać do niej i ją po­cie­szać. Była ni­czym bom­ba, któ­ra w każ­dej chwi­li mo­gła wy­buch­nąć, więc cały czas po­zo­sta­wa­łem czuj­ny.

Gło­śne pu­ka­nie do drzwi spra­wi­ło, że pod­sko­czy­łem ze stra­chu. Do­brze wie­dzia­łem, kto to, ale było jesz­cze za wcze­śnie, że­bym miał siłę za­wra­cać nim so­bie gło­wę. Nie zdą­ży­łem na­wet wy­pić kawy ani zjeść śnia­da­nia. Wes­tchną­łem cięż­ko, wy­sze­dłem z cie­płe­go łóż­ka, za­ło­ży­łem bok­ser­ki, któ­re wczo­raj rzu­ci­łem na pod­ło­gę, i ru­szy­łem do drzwi. Le­d­wo co je uchy­li­łem, Cope we­pchnął się do środ­ka. Był ode mnie nie­znacz­nie wyż­szy. Ale to nie wzrost de­cy­do­wał o jego wy­jąt­ko­wo­ści, tyl­ko jego oso­bo­wość. Kie­dy wcho­dził do po­miesz­cze­nia, za­własz­czał wszyst­ko, co się w nim znaj­do­wa­ło – a je­śli ktoś chciał­by mu w tym prze­szko­dzić, po pro­stu by go za­bił. Był tym ty­pem go­ścia, któ­re­mu nie na­le­ża­ło za­cho­dzić za skó­rę. Rów­nie bły­sko­tli­wy, co nie­zrów­no­wa­żo­ny. Wi­dzia­łem na wła­sne oczy, jak do­pa­dał swo­ją ofia­rę i za­bi­jał bez śla­du emo­cji na twa­rzy.

– Do­brze się wczo­raj ba­wi­łeś? – za­py­tał oschle.

– Tak, świet­nie. Dzię­ki, że py­tasz – od­par­łem rze­czo­wo, nie po­zwa­la­jąc mu wy­trą­cić się z rów­no­wa­gi. Nie opo­wia­da­łem mu jesz­cze o Sa­rah i na pew­no nie za­mie­rza­łem zmie­niać tego te­raz. Cope na­wet na mnie nie spoj­rzał.

– Przez cie­bie utknę­li­śmy w mar­twym punk­cie. Ona ci nie ufa. Do­brze wie, że je­steś pusz­czal­ski.

Pusz­czal­ski? A co mu do tego?

– My­lisz się, ufa mi.

Cope od­wró­cił się i spoj­rzał na mnie wzro­kiem, od któ­re­go na­wet Su­per­man zro­bił­by krok w tył.

– Oczy­wi­ście, że się nie mylę. Ta ko­bie­ta nie jest głu­pia. Wie o wszyst­kim. Po­zna­ła wy­star­cza­ją­co dużo męż­czyzn, żeby wie­dzieć, kie­dy ktoś spusz­cza ją na drze­wo.

– Za­bie­ram ją dzi­siaj na lunch! – od­pa­ro­wa­łem.

– To za mało. Ona może nie wie­dzieć, kim jest ta dru­ga dziew­czy­na, ale ja wiem. Sa­rah Jer­gins, miesz­ka przy Ra­ven­hurst Dri­ve 8431. Nan ma świa­do­mość, że wczo­raj spa­łeś z kimś in­nym. To zna­czy, że nie za­ufa ci na tyle, żeby ci się zwie­rzyć. A my po­trze­bu­je­my jej zwie­rzeń. Jest na­szą je­dy­ną wtycz­ką w Li­ving­ston. Była z nim bli­sko. Na pew­no coś wie. A my mu­si­my spraw­dzić co.

Kie­dy Cope szedł do drzwi, wy­ko­rzy­sta­łem oka­zję, że mnie nie wi­dzi, i zro­bi­łem w jego kie­run­ku kil­ka głu­pich min. Chy­ba tyl­ko po to, żeby udo­wod­nić so­bie, że da­lej je­stem nie­doj­rza­ły.

Zła­pał za klam­kę i się za­trzy­mał.

– Daję ci jesz­cze ty­dzień. Po­tem sam wkro­czę do ak­cji. Je­śli jej w so­bie nie roz­ko­chasz, będę mu­siał ci po­móc – po­wie­dział, szarp­nął za klam­kę i za­trzas­nął za sobą drzwi.

Fakt, że znał imię, na­zwi­sko i ad­res Sa­rah, mnie nie za­sko­czył. Ale jego po­mysł, że roz­ko­cha w so­bie Nan, był ab­sur­dal­ny. Nan lu­bi­ła męż­czyzn o twa­rzach mo­de­li. O twa­rzach stwo­rzo­nych dla du­że­go ekra­nu. Czy­li ta­kich jak moja. Lu­bi­ła też za­lot­nych i słod­kich chło­pa­ków.

Cope nie miał żad­nych szans. Miał dłu­gie wło­sy i przez więk­szość cza­su no­sił je spię­te w ku­cyk. Zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dzał też z za­ro­stem. Po­wi­nien zgo­lić tę pusz­czę. Ow­szem, cia­ło miał ze sta­li, ale w ni­czym in­nym nie przy­po­mi­nał mnie. A Nan lu­bi­ła mnie. I to jesz­cze jak! Do­brze o tym wie­dzia­łem. Cope nie miał u niej żad­nych szans.

Gdy­by nie ob­cho­dzi­ły mnie jej uczu­cia, wy­star­czył­by je­den ruch z mo­jej stro­ny i wpa­dła­by jak śliw­ka w kom­pot. Ale nie chcia­łem jej ra­nić. Nie ko­cha­łem jej. I nie mia­łem na nią miej­sca w swo­im ży­ciu. Naj­pierw mu­sia­łem zro­bić coś in­ne­go.

Chwy­ci­łem te­le­fon i wy­sła­łem jej ko­lej­ne­go SMS-a.

Chcesz pójść na pla­żę po lun­chu? Albo może mia­ła­byś ocho­tę po­bie­gać?

Mo­głem ją na­mó­wić do zwie­rzeń bez pod­bi­ja­nia jej ser­ca. Bę­dzie tyl­ko mu­sia­ła mi za­ufać. My­ślę, że po­wo­li za­czy­na­ła. Gdy­by rze­czy­wi­ście wie­dzia­ła, że wczo­raj­szą noc spę­dzi­łem z Sa­rah, na pew­no by­ła­by wred­na.

Chęt­nie po­bie­gam – od­pi­sa­ła.

Uśmiech­ną­łem się i wy­sła­łem ostat­nią wia­do­mość: No to po­bie­ga­my.

Nan

Nie­któ­re ko­bie­ty są ob­ra­żo­ne i ro­bią sce­ny. Inne sta­ra­ją się wzbu­dzać w chło­pa­ku za­zdrość. Jesz­cze inne uda­ją do­brze wy­cho­wa­ne i sta­ra­ją się iść do przo­du. A ja? Cóż… Ja po­je­cha­łam do Ve­gas.

Ob­ci­sła, srebr­na su­kien­ka, któ­rą ku­pi­łam w pa­rys­kim bu­ti­ku w lip­cu ze­szłe­go roku, pod­kre­śla­ła moje ko­bie­ce kształ­ty i by­łam w peł­ni świa­do­ma tego, jak świet­nie w niej wy­glą­da­łam. Nie żeby to mia­ło ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Dzi­siaj nie cho­dzi­ło o mi­łość ani wiel­kie uczu­cia. Dzi­siaj mia­łam tyl­ko tań­czyć, flir­to­wać i za­po­mnieć o bo­żym świe­cie. Ve­gas było dla mnie świet­nym le­kar­stwem i utwier­dza­ło mnie w prze­ko­na­niu, że związ­ki są nie dla mnie i po­win­nam prze­stać usil­nie pró­bo­wać je stwo­rzyć.

Po­czu­łam wi­bra­cje te­le­fo­nu. Dzwo­nił Ma­jor. Wy­ci­szy­łam te­le­fon i wrzu­ci­łam go z po­wro­tem do ko­per­tów­ki od Pra­dy. Zbyt dłu­go mnie igno­ro­wał. Dzi­siaj ja zi­gno­ru­ję jego i za­stą­pię go so­bie kimś in­nym. Praw­dzi­wym męż­czy­zną. Kimś z sze­ro­ki­mi ra­mio­na­mi i ol­brzy­mi­mi dłoń­mi. Kimś, kto bę­dzie w sta­nie mnie znieść. I ujarz­mić. Kto przy­po­mni mi, że nie mu­szę być naj­sil­niej­szą oso­bą na zie­mi.

Kie­dy wró­cę do Ro­se­ma­ry Be­ach, słod­ki uśmiech Ma­jo­ra i jego roz­kosz­ny styl by­cia nie zwa­lą mnie zno­wu z nóg. Już ja się o to po­sta­ram. Nie by­łam ża­ło­sna, a on ro­bił ostat­nio wszyst­ko, że­bym tak właś­nie się czu­ła. Ale ni­g­dy wię­cej.

Wy­szłam z po­ko­ju w ho­te­lu Bel­la­gio i po­szłam do klu­bu Hyde, w któ­rym kil­ku mo­ich zna­jo­mych mia­ło za­re­zer­wo­wa­ne sto­li­ki w sek­cji VIP na naj­bliż­sze trzy noce. Czu­łam na so­bie spoj­rze­nia, co tyl­ko utwier­dza­ło mnie w prze­ko­na­niu, że wy­glą­dam świet­nie – do­kład­nie tak, jak się po­czu­łam, kie­dy po­pa­trzy­łam w lu­stro. By­łam go­to­wa na wód­kę i za­po­mnie­nie.

Jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych tu tra­fi­łam, była Knox. Była moją przy­ja­ciół­ką z cza­sów krót­kie­go epi­zo­du w szwedz­kiej szko­le z in­ter­na­tem i dziew­czy­ną Ezry Kin­ca­ida, dzie­dzi­ca sie­ci ho­te­li Kin­ca­id. W ten week­end świę­to­wa­li z Ezrą jego uro­dzi­ny i li­sta go­ści była za­mknię­ta. Kie­dy do­sta­łam za­pro­sze­nie od Knox, nie by­łam pew­na, czy je­chać. Nie chcia­łam zo­sta­wiać Ma­jo­ra. Ale pod­czas wspól­ne­go lun­chu po­czu­łam, jak­by ktoś zmu­szał go do spę­dza­nia cza­su ze mną. Zde­cy­do­wa­łam więc, że wy­ja­dę z mia­sta, co oka­za­ło się słusz­nym po­su­nię­ciem. Przez peł­ne dwa dni nie ode­zwał się do mnie ani razu.

Dzi­siaj po­sta­no­wi­łam uda­wać, że ni­g­dy nie da­łam się zła­pać na jego przy­nę­ty. Do ju­tra nie będę już na­wet pa­mię­tać jego imie­nia.

– Nan! – pi­snę­ła Knox. Mu­sia­ła pić już od kil­ku go­dzin, wi­dzia­łam to w jej szkla­nych oczach, ale i tak wy­glą­da­ła świet­nie. Na nie­sfor­nych, krę­co­nych blond wło­sach mia­ła cu­kier­ko­wo­czer­wo­ną opa­skę, któ­ra ide­al­nie pa­so­wa­ła ko­lo­rem do jej su­kien­ki. Po­sta­no­wi­łam, że mu­szę tro­chę nad­go­nić z drin­ka­mi. Wy­glą­da­ła, jak­by do­sko­na­le się ba­wi­ła.

– Jest też Win­ter! Za­bra­ła ze sobą Ro­lan­da. Za­rę­czy­li się! – po­wie­dzia­ła z lek­ką po­gar­dą w gło­sie, po czym ob­ję­ła mnie ra­mie­niem i po­pro­wa­dzi­ła w stro­nę swo­je­go sto­li­ka. Roz­po­zna­łam więk­szość twa­rzy. To lu­dzie z krę­gu, w któ­rym się wy­cho­wy­wa­łam, kie­dy miesz­ka­łam jesz­cze z mat­ką. Demi Fra­ser była w ze­szłym ty­go­dniu w te­le­wi­zji na ja­kimś su­per­waż­nym me­czu te­ni­sa. Nie na­dą­ża­łam już za nią. Wy­ro­bi­ła so­bie na­zwi­sko na kor­cie, a te­raz mia­ła wła­sną sieć sa­lo­nów fit­nes­su. Ciem­ne, rude wło­sy ścię­ła na krót­ko, a nos i ra­mio­na mia­ła ob­sy­pa­ne pie­ga­mi od cią­głe­go prze­by­wa­nia na słoń­cu. Pre­zen­to­wa­ła się wspa­nia­le. Praw­dę mó­wiąc, dzia­ła­ło mi to na ner­wy. Chcia­ła­bym tak świet­nie wy­glą­dać z pie­ga­mi.

Po­de­szłam do sto­li­ka i przy­wo­ła­łam kel­ne­ra.

– Wód­ka z so­kiem żu­ra­wi­no­wym.

– Kopę lat, Nan. Co po­ra­biasz, oprócz tego, że ro­bisz za­ku­py w Pa­ry­żu? – Demi była zło­śli­wa jak za­wsze. Lu­bi­ła za­dzie­rać nosa. Per­fek­cyj­ne­go, pie­go­wa­te­go nosa.

Ale tej nocy mia­łam za­po­mnieć o pro­ble­mach, a nie je po­mna­żać.

Ro­zej­rza­łam się po klu­bie. Nie od­po­wie­dzia­łam na jej py­ta­nie. Na­wet nie spoj­rza­łam na Win­ter i Ro­lan­da. Mia­łam za mało al­ko­ho­lu we krwi, żeby być du­szą to­wa­rzy­stwa.

Kie­dy pa­trzy­łam wo­kół, znu­dzo­na tym, co wi­dzia­łam, coś przy­cią­gnę­ło mój wzrok. Para oczu skie­ro­wa­nych pro­sto na mnie. Oczu, któ­re spra­wi­ły, że za­drża­łam ze stra­chu i eks­cy­ta­cji. Przyj­rza­łam się do­kład­nie po­są­go­wej twa­rzy o ostrych ry­sach, wi­docz­nych na­wet spod gę­stej bro­dy. Mój wzrok za­czął po­wo­li scho­dzić w dół. Sze­ro­kie ra­mio­na, moc­no umię­śnio­ne ręce i klat­ka pier­sio­wa, któ­ra wy­glą­da­ła, jak­by mia­ła za­raz roz­sa­dzić czar­ny T-shirt.

Po chwi­li za­czął iść. W moją stro­nę. To ja by­łam w cen­trum jego uwa­gi. Sta­łam bez­czyn­nie, jak za­cza­ro­wa­na, a mój od­dech przy­spie­szył. Pra­wie nie mo­głam zła­pać tchu!

Był wy­so­ki. Szpil­ki, któ­re mia­łam na so­bie, spra­wia­ły, że mia­łam metr osiem­dzie­siąt, ale i tak mu­sia­łam pod­nieść wzrok, kie­dy sta­nął obok mnie.

– Znasz go? – za­py­ta­ła Knox, ale jej głos do­bie­gał jak­by z od­da­li. Nie­waż­ne. Nie od­po­wie­dzia­łam jej. Po pro­stu cze­ka­łam.

Po­wie­trze sta­ło się rzad­kie. Mu­sia­łam wy­glą­dać jak idiot­ka, pró­bu­jąc zła­pać od­dech.

– Za­tańcz ze mną – rzu­cił. Brzmia­ło to bar­dziej jak roz­kaz niż proś­ba. Nie słu­cha­łam się ni­ko­go, ale jemu nie chcia­łam od­ma­wiać. Chcia­łam po­czuć jego dło­nie na swo­im cie­le. Chcia­łam być na tyle bli­sko, żeby wchła­niać jego za­pach całą sobą. Chcia­łam też do­tknąć jego klat­ki pier­sio­wej. Wy­glą­da­ła jak ze sta­li!

Uda­ło mi się tyl­ko przy­tak­nąć, a kie­dy wy­cią­gnął do mnie dłoń, ocho­czo wśli­zgnę­łam w nią swo­ją. Cie­pło i siła jego uści­sku spra­wi­ły, że za­drża­łam. Gdy­bym była w sta­nie nor­mal­nie od­dy­chać, może mo­gła­bym za­sta­no­wić się nad tym, jak nie zro­bić z sie­bie idiot­ki. Ale na ra­zie sku­pia­łam się tyl­ko na tym, jak utrzy­mać rów­no­wa­gę na szpil­kach, któ­re po­sta­no­wi­łam za­ło­żyć.

Gę­sty tłum, w któ­ry mnie wcią­gnął, jak­by się przed nim roz­stą­pił. Wi­dzia­łam, że inne ko­bie­ty od­wra­ca­ły się i pa­trzy­ły na nie­go z ta­kim sa­mym prze­ra­że­niem i eks­cy­ta­cją jak ja.

Po chwi­li za­trzy­mał się, od­wró­cił do mnie, po­ło­żył dłoń na mo­ich bio­drach i przy­cią­gnął do sie­bie we wład­czym ge­ście. Przy­tu­li­łam go i nie­omal pi­snę­łam z roz­ko­szy, kie­dy moje sut­ki mu­snę­ły jego klat­kę pier­sio­wą. Nie po­wie­dział nic, ale za­czął pro­wa­dzić mnie w tań­cu z gra­cją, któ­rej nie spo­dzie­wa­ła­bym się po męż­czyź­nie zbu­do­wa­nym tak jak on. My­śla­łam, że bę­dzie sztyw­ny, ale nie był. Czuł się swo­bod­nie na par­kie­cie.

Opu­ścił gło­wę i po­czu­łam jego od­dech na skó­rze. Moje sut­ki stward­nia­ły i po­ło­ży­łam dło­nie na jego ra­mio­nach, żeby nie stra­cić rów­no­wa­gi.

– Przy­jem­nie ci – po­wie­dział tyl­ko, z ak­cen­tem, któ­re­go nie by­łam w sta­nie przy­po­rząd­ko­wać do czę­ści kra­ju. Chcia­łam od­po­wie­dzieć, że to dla­te­go, że pach­nie o wie­le ład­niej niż przy­pusz­cza­łam, ale ugry­złam się w ję­zyk. Trzy­ma­łam bu­zię na kłód­kę, nie prze­sta­jąc pa­trzeć mu w oczy. Nie zna­łam go. Wąt­pi­łam też, że jesz­cze kie­dyś go zo­ba­czę, i ogar­nę­ło mnie uczu­cie smut­ku. Jak­bym mia­ła stra­cić coś, co ni­g­dy do mnie nie na­le­ża­ło.

Major

Ży­cie w co­un­try clu­bie nie było ta­kie złe. Nie rozu­mia­łem, dla­cze­go mój ku­zyn Mase tak bar­dzo go nie cier­piał. Za­wsze na­rze­kał, kie­dy jego sio­strzycz­ka, Har­low, ka­za­ła mu przy­jeż­dżać do klu­bu Ker­ring­to­nów, ale po­zwa­lał jej na to, jak na do­bre­go star­sze­go bra­ta przy­sta­ło.

Ja na­to­miast po­zwo­li­łem so­bie za­po­lo­wać na go­rą­cą, drob­ną kel­ne­recz­kę, któ­ra przed chwi­lą nas ob­słu­gi­wa­ła.

– Ci­szej, kot­ku – wy­szep­ta­łem, kie­dy wpa­ro­wa­ła z im­pe­tem do ma­lut­kiej ubi­ka­cji w re­stau­ra­cji. Za­mknę­li­śmy drzwi, ale każ­dy, kto prze­cho­dził obok, mógł­by nas usły­szeć, gdy­by była za gło­śna.

Mu­sia­łem się po­spie­szyć, za­nim Mase za­cznie się za­sta­na­wiać, dla­cze­go tak dłu­go nie wra­ca­łem na kurs gol­fa.

Zsu­ną­łem jej maj­tecz­ki i wśli­zgną­łem dłoń mię­dzy nogi. Jej uda za­drża­ły de­li­kat­nie, co mnie ucie­szy­ło. Lu­bi­łem, kie­dy ogar­nię­te eks­ta­zą dziew­czy­ny le­d­wo trzy­ma­ły się na no­gach.

– Chcesz po­czuć mnie w środ­ku? – wy­szep­ta­łem i za­czą­łem ca­ło­wać ją po szyi.

– O tak, pro­szę – po­wie­dzia­ła, trzy­ma­jąc mnie moc­no, kie­dy pra­co­wa­łem nad nią, do­pro­wa­dza­jąc ją do mo­kre­go sza­leń­stwa.

– Ale bę­dziesz mu­sia­ła być ci­cho, kot­ku. Wtul gło­wę w moje ra­mio­na i jęcz, je­śli bę­dziesz po­trze­bo­wa­ła – szep­ną­łem, po czym szyb­ko zsu­ną­łem dżin­sy i na­ło­ży­łem pre­zer­wa­ty­wę. Chwy­ci­łem ją w pa­sie i po­sa­dzi­łem na kra­wę­dzi umy­wal­ki. Roz­chy­li­ła przede mną nogi jak pro­fe­sjo­na­list­ka, a ja wsze­dłem w nią moc­no. Ob­ję­ła mnie ra­mio­na­mi i pi­snę­ła:

– O, Boże!

– Na­zy­wam się Ma­jor, ale mo­żesz też mó­wić mi „Boże” – rzu­ci­łem i pchną­łem ją.

Była ide­al­ną, cia­sną roz­ryw­ką na po­po­łu­dnie. Golf był nud­ny jak cho­le­ra. Jesz­cze jed­na hi­sto­ria o dzie­ciach Ru­sha i Gran­ta, a wbi­ję so­bie kij gol­fo­wy w ser­ce, żeby za­koń­czyć swo­je cier­pie­nie. Po co, do cho­le­ry, ga­dać o dzie­ciach, kie­dy wo­kół jest tyle ko­te­czek?

Pod­nio­słem jej bluz­kę i ob­ją­łem dło­nią cy­cusz­ki, któ­re po­dzi­wia­łem pod­czas lun­chu. Były cał­kiem po­kaź­ne. Ko­cha­łem wszyst­kie roz­mia­ry cy­cusz­ków, ale z tymi więk­szy­mi było wię­cej za­ba­wy.

Unio­sła ko­la­na do góry i od­chy­li­ła do tyłu, otwie­ra­jąc się dla mnie jesz­cze sze­rzej, tak że mia­łem do niej peł­ny do­stęp. Ta mała do­brze się zna­ła na szyb­kich nu­mer­kach w to­a­le­cie. Za­ło­że­nie pre­zer­wa­ty­wy nie było głu­pim po­my­słem.

– O tak, ko­cha­nie, ści­śnij mo­je­go pe­ni­sa – mruk­ną­łem, po czym za­czą­łem ssać je­den z jej sut­ków. Będę mu­siał jesz­cze kie­dyś ją od­wie­dzić. Do­brze wie­dzia­ła, jak uży­wać swo­jej cip­ki.

– Ja… o, Boże… za­raz doj­dę – jęk­nę­ła, a jej cy­cusz­ki za­czę­ły drżeć. Była bar­dzo go­rą­ca, ale oba­wia­łem się, że ra­zem z tym or­ga­zmem na­dej­dzie krzyk.

Zła­pa­łem ją za wło­sy, przy­cią­gną­łem do pier­si i ujeż­dża­łem moc­no, aż usły­sza­łem krzyk, po któ­rym całe jej cia­ło za­czę­ło drżeć. Kie­dy tyl­ko za­ci­snę­ła mię­śnie, ja też do­sze­dłem.

To zde­cy­do­wa­nie był naj­mil­szy punkt mo­je­go dnia.

Szko­da, że nie pa­mię­tam, jak mia­ła na imię.

Nan

Kie­dy się obu­dzi­łam, było już póź­ne po­po­łu­dnie. Ro­le­ty po­tra­fi­ły uczy­nić cuda. Cięż­ko było oprzeć się wra­że­niu, że na ze­wnątrz jest jesz­cze ciem­no. Od­wró­ci­łam się na dru­gi bok i zo­ba­czy­łam nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nie od Ma­jo­ra i SMS-a.

Je­śli się gnie­wasz, daj mi szan­sę, wszyst­ko na­pra­wię. By­łem za­ję­ty. Za­dzwoń.

Rzu­ci­łam te­le­fon na łóż­ko i wes­tchnę­łam. Ta­kie za­cho­wa­nie było dla nie­go ty­po­we. My­ślał, że jak bę­dzie słod­ki i za­baw­ny, wy­ba­czę mu to, że igno­ro­wał mnie przez kil­ka dni. Ale po tym, jak prze­tań­czy­łam całą noc z Gan­no­nem Ro­them, nie by­łam już pew­na, czy Ma­jor kie­dy­kol­wiek bę­dzie mi wy­star­czał. Za­sma­ko­wa­łam praw­dzi­we­go męż­czy­zny i bar­dzo mi się to spodo­ba­ło.

Znu­dzi­ły mi się już gier­ki Ma­jo­ra. Gan­non był moc­no zbu­do­wa­ny, pe­łen cie­pła i pach­niał sek­sem. Nie żeby do cze­goś wczo­raj do­szło. Tań­czy­li­śmy dłu­go, a po­tem ku­pił mi jesz­cze kil­ka drin­ków i usie­dli­śmy w rogu. Resz­tę nocy prze­ga­da­li­śmy, a po­tem po­pro­sił mnie o nu­mer te­le­fo­nu i znik­nął. Na­wet nie pró­bo­wał wpro­sić się do mnie ani nie za­pro­sił do sie­bie.

Po­czu­łam się pra­wie do­tknię­ta, ale póź­niej po­myś­la­łam o wie­czo­rze, któ­ry spę­dzi­li­śmy ra­zem. Był stu­pro­cen­to­wym dżen­tel­me­nem. Nie od­zy­wał się czę­sto, za to spra­wiał wra­że­nie, że in­te­re­su­je go to, co ja mia­łam do po­wie­dze­nia. Ma­jor był prze­ko­na­ny, że ma mi za­pew­nić roz­ryw­kę i to głów­nie on mó­wił. Rzad­ko kie­dy mia­łam wra­że­nie, że kon­wer­sa­cja an­ga­żu­je nas obo­je.

Zno­wu po­czu­łam wi­bra­cje w te­le­fo­nie i się­gnę­łam po nie­go, prze­wra­ca­jąc ocza­mi. By­łam pew­na, że to ko­lej­ny SMS od Ma­jo­ra. Ale my­li­łam się.

Tu Gan­non. Je­steś głod­na?

Mój fa­cet na­pi­sał! Za­pra­szał mnie na lunch!

Zrzu­ci­łam koł­drę i wy­sko­czy­łam z łóż­ka jak opa­rzo­na. Po chwi­li uzna­łam, że war­to by­ło­by mu od­po­wie­dzieć, za­nim pój­dę się szy­ko­wać.

Do­pie­ro wsta­łam. Będę go­to­wa za go­dzi­nę – od­pi­sa­łam, ma­jąc na­dzie­ję, że nie mi­jam się z praw­dą. Go­dzi­na to nie­zbyt wie­le cza­su.

Spo­tkaj­my się w Star­buck­sie na dole.

Uśmiech­nę­łam się do sie­bie w lu­strze. „Masz go­dzi­nę, żeby zro­bić się na bó­stwo. Dzi­siaj wie­czo­rem nie wró­cisz do apar­ta­men­tu sama” – po­my­śla­łam.

Do zo­ba­cze­nia – od­pi­sa­łam.

Ja­kimś cu­dem mi się uda­ło. Go­dzi­nę póź­niej wy­sia­dłam z win­dy i ru­szy­łam w stro­nę Star­buck­sa. Kie­dy zo­ba­czy­łam Gan­no­na, resz­ta świa­ta prze­sta­ła ist­nieć. Ro­sta­czał wo­kół sie­bie nie­sa­mo­wi­tą aurę, sku­pia­jąc uwa­gę wszyst­kich wo­kół. Jego bro­da była krót­ko ostrzy­żo­na, a ciem­ne wło­sy zwią­za­ne w ku­cyk. Po­do­bał mi się. I to jak!

Pa­trzył mi pro­sto w oczy, co spra­wia­ło, że czu­łam się pięk­na i waż­na. To też mi się po­do­ba­ło. Chcia­łam wię­cej.

– Dzień do­bry – po­wie­dzia­łam.

– Dzień do­bry. Do­brze spa­łaś? – za­py­tał.

– Tak, cho­ciaż mam wra­że­nie, że nie­ma­ły udział mia­ła w tym wód­ka.

Gan­non po­słał mi iro­nicz­ny uśmie­szek. Wy­glą­dał nie­ziem­sko, kie­dy to ro­bił.

– Nie wąt­pię – po­wie­dział i oparł dłoń na mo­ich bio­drach, kie­ru­jąc mnie do wyj­ścia. – Na ze­wnątrz cze­ka na nas sa­mo­chód. Za­re­zer­wo­wa­łem nam sto­lik w moim ulu­bio­nym miej­scu, gdzie ser­wu­ją śnia­da­nia.

Wszyst­ko za­pla­no­wał i to też mi się po­do­ba­ło. Z Ma­jo­rem za­wsze się kłó­ci­li­śmy, gdzie zjeść. To było inne. Po­czu­łam ulgę i spo­kój.

– Chy­ba jesz­cze ni­g­dy nie ja­dłam śnia­da­nia w Ve­gas. Czy są tu w ogó­le miej­sca, w któ­rych ser­wu­je się śnia­da­nia o tej po­rze dnia?

Za­śmiał się ci­cho.

– Oczy­wi­ście. Kto w Ve­gas wsta­je wcze­śnie?

Co ra­cja, to ra­cja. Wąt­pię, żeby re­stau­ra­cje mia­ły tu ja­ki­kol­wiek ruch przed je­de­na­stą.

– To praw­da – rzu­ci­łam, a on otwo­rzył drzwi do czar­ne­go mer­ce­de­sa kla­sy G.

– Pa­nie przo­dem.

Kie­dy by­łam w środ­ku, za­mknął za mną drzwi i wsiadł z dru­giej stro­ny. Kie­row­ca nie ode­zwał się sło­wem, tyl­ko ru­szył. Mu­siał wie­dzieć, do­kąd je­dzie­my.

Usły­sza­łam, że te­le­fon Gan­no­na wi­bru­je, ale go zi­gno­ro­wał. Oparł się o za­głó­wek i wy­glą­dał przez przed­nią szy­bę na Strip.

– Do­kąd je­dzie­my? – za­py­ta­łam za­in­try­go­wa­na, kie­dy sa­mo­chód zje­chał z dro­gi głów­nej.

– Do Sta­re­go Ve­gas. To moja ulu­bio­na część mia­sta – od­po­wie­dział.

Jego te­le­fon znów za­czął wi­bro­wać, a on po­now­nie go zi­gno­ro­wał.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

SPIS TREŚCI

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

De­dy­ka­cja

Treść

Po­dzię­ko­wa­nia