Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 245 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Disko - Anna Dziewit-Meller

Dowcipna historia, która nigdy się nie wydarzyła. Ale mogła…

Paweł Kozioł, cyniczny i wyrachowany typ, robi swoją małą karierę – zostaje nauczycielem tańca w szkole podstawowej gdzieś na Śląsku. W szarej rzeczywistości lat 90. jest jak intrygujący przybysz z innego świata. Tym łatwiej może realizować swój ohydny plan – ma teraz nieograniczony dostęp do małych, słodkich, niewinnych dziewczynek. Choć może nie tak bezbronnych, jak mu się wydaje…

Oryginalna, mocna powieść "pełną gębą".

Krystyna Kofta

Opinie o ebooku Disko - Anna Dziewit-Meller

Fragment ebooka Disko - Anna Dziewit-Meller

AnnaDziewit-Meller

Disko

Fragment

Ta historia nigdy się nie wydarzyła. Ale mogła.

Szukają w złym miejscu, pomyślałam.

Jeśli chcą się dobrać do mojego demona,

muszą się dobrać do mnie.

Jeannette Winterson, Nie tylko pomarańcze

Disko

Przeczeszemy się i idziemy – Paweł Kozioł zerknął jeszcze raz w lustro nad umywalką. Słaby blask czterdziestowatowej żarówki oświetlał pęknięcie na tafli i kremowe plastikowe kafle z kwiatem róży w rogu. Paweł Kozioł zmoczył trochę palce, wycisnął żel z tubki i wczesał we włosy. – No, nie jest źle – puścił oko do lustra. – A będzie tylko lepiej. – Umył ręce i nalał w dłonie trochę old spice’ a z buteleczki. Roztarł energicznie na policzkach i szyi.

Gwiżdżąc pod nosem, zgasił lampę nad lustrem i wyszedł z łazienki.

Na podłodze leżała sterta ubrań, piętrząca się na pół metra. Wybebeszone wnętrzności szafy walały się po ziemi. Spodnie od garnituru, marmurkowe dżinsy, koszule w kratkę, T-shirty, wełniane swetry, tenisówki, miękkie chińskie pantofle, baletki.

Kozioł przerzucał ubrania, obwąchując koszulki i swetry pod pachami. To nieświeże, i to też nieświeże, Jezu, trzeba w końcu kupić pralkę, taki cebulowy ten pot, że normalnie w ręcznym nie daje rady sprać, kuuurwa, no! – rzucił swetrem w stronę okna.

Wygrzebał z dna zapinany na suwak zielony pulower.

– Jakoś tak pedalsko w tym swetrze – przejrzał się w lustrze w przedpokoju, okręcając się na pięcie. – Ale kurwa z drugiej strony dziś zimno jak chuj się zrobiło. – Zapiął suwak pod szyję. Zarzucił na ramię skórzaną czarną kurtkę.

Z legowiska pod oknem podniósł się czarny łeb. Pies wstał i otrzepał się, dzwoniąc kolczatką. Fred był rottweilerem. W tych czasach kupowało się rottweilery albo dobermany. Przeminęła już moda na pudle i jamniki, które królowały w latach osiemdziesiątych. Nadchodził też zmierzch ery wilczura. Królem był teraz doberman albo rottweiler. Tak jak Fred.

Kozioł uderzył ręką w udo:

– No, chodź tu, chodź do pana! – Rozległo się stukanie zbyt długich pazurów o drewno podłogi. – Mój Fred, mój Fred Astaire... dobry piesek, dobry, domu pilnuj. Pan ma dziś swój dzień. – Kozioł wtulił głowę w kark zwierzęcia i wdychał jego zapach, głaszcząc je po boku. – A teraz won do kąta – popchnął psa z całej siły, aż ten zaskomlał głośno i piskliwie, a potem pokręcił się dookoła po swym legowisku i położył grzecznie.

Kozioł przetarł ręką czubki butów, wytarł dłonie w spodnie i zarzucił na ramię torbę. W lustrze w przedpokoju zerknął jeszcze raz na siebie.

– Nic ci kurwa nie brakuje – wycedził kącikiem ust. Dotknął ręką twarzy. Pod okiem wielki płat przeszczepionej skóry błyszczał od kremu wtartego przed chwilą. Prawie nie widać. Założył ciemne okulary i wyszedł, zatrzaskując drzwi.

Fred podniósł się z kąta i podbiegł do wyjścia. Obwąchał podłogę i drzwi. Wszędzie gryzł go w nozdrza znajomy, duszący zapach old spice’a. Wrócił do pokoju, trącił nosem rozwalone spodnie, obwąchał je długo i dokładnie w kroku.

Kozioł wybiegł po schodach, trzasnął drzwiami klatki. Zatrzymał się w bramie i wyjął papierosa z pogiętej paczki. Ostatni – pomyślał. Od jutra koniec z paleniem, nie mogę śmierdzieć, w zdrowym ciele zdrowy duch. Trzask. Zapalił zapałkę i zaciągnął się głęboko dymem. Zakręciło mu się w głowie i oparł się o ścianę.

– Panie Pawle, a pan dokąd to idzie o takiej wczesnej porze? – Stary sąsiad z góry niósł w siatce brzęczące butelki.

– Panie Grzesiu, a pan z czym to wraca o tak wczesnej porze? – Kozioł puścił staremu oko. – Widzę flaszeczki będziemy robić?

– Ocet przecież niosę, stara będzie grzybki marynować. Panie, cośmy tego nawieźli zeszłej niedzieli z Rodaków, same prawdziwki – pan Grześ cmoktał z zachwytu. – Słoiczek i dla pana się znajdzie. Ale dokąd to pan tak leci, co?

– Do pracy. – Kozioł zgasił peta na obcasie. – Lecę, bo późno, panie Grzesiu. Grzybki lubią pływać, pan pamięta. Cześć pracy!

– Cześć! – Stary pokręcił głową i wyjrzał z bramy za oddalającym się zielonym pulowerem. – Gdzie on lezie – poskrobał się po głowie. – Do pracy? Jakiej pracy. Nie ma pracy.

Miasto parowało. Nieświeży oddech tuż po przebudzeniu rozwiał się już, opadła mgła rozjechana przez półciężarówki rozwożące chleby z piekarni do sklepów. Kozioł szedł po zaplutych nocną flegmą chodnikach między starymi domami. Z brudnych klatek schodowych zalatywało grzybem i wilgocią, światło słoneczne przedzierało się przez korytarze, kurz wirował w plamach słońca. Kozioł czuł, że jego głowa dudni, krew tak prędko przeciskała się z podniecenia przez tętnice, musując jak szampan, jak sowietskoje igristoje. Praca, pieniądz, przyjemność. Ach, jak dobrze być tobą, ty cholerny szczęściarzu! Zaciskał kciuki w kieszeniach, wręczał sam sobie order i przypinał odznaczenia na piersi.

Gdyby Paweł Kozioł nie zaparł się, to gówno by z tego było. Gdyby nie poświęcił połowy lata na szukanie, to praca by sama do niego nie przyszła. Gdyby nie zawracał głowy dyrektorkom układającym kolorowe klocki na ogromnych tablicach ogólnoszkolnych planów lekcji, to szczęściu nie wyszedłby naprzeciw. Namawiał, objaśniał, chodził, przekonywał. Puk, puk, pan do kogo, niech siądzie, poczeka, w sprawie jakiej, lekcje tańca? Dziękujemy, oddzwonimy, może w następnym semestrze, w przyszłym roku. Ale wreszcie jest. Jest, jest, jest.

Szkoła w centrum miasta, parę tylko przystanków autobusem spod domu, w najgorszym razie pół godziny jazdy. Zielona tysiąclatka na środku osiedla z wielkiej płyty. Postępowa dyrekcja, angielski, niemiecki, wszystko, basen, wycieczki, kursy, nowoczesność. Tańce. Disco.

Kozioł wsiadł do prawie pustego autobusu. Skasował bilet i usiadł pod oknem. Szył nogą ze zdenerwowania. Zajrzał do teczki, okej, wszystko jest, old spice w dezodorancie, grzebień, kasety.

Zamknął teczkę i zapatrzył się w okno. Autobus wlókł się, rycząc, jakby kierowca nie wrzucał nigdy biegu wyższego niż drugi. Jechali ulicą koło regionalnej rozgłośni radiowej, do której czasem jeździł z zespołem, kiedy jeszcze grali. Stare czasy. Kolorowe stroje, darmowe alkohole, radio i telewizyjne programy kręcone w parku. Peruczki, fatałaszki, zagraniczne szminki, zagraniczne papierosy, zagraniczne dewizy wydawane w hotelu Warszawa. Było, minęło, może wróci. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy – pomyślał i zdjął okulary słoneczne. Stara baba stojąca z tobołami przy rurce w przegubie autobusu przyglądała mu się natrętnie. Co się gapisz, kurwo – pomyślał – sama masz ryj jak niedojebanie. Założył okulary, wziął teczkę i wstał. Przecisnął się przez mały tłumek przed drzwiami i stanął koło niej. Baba się odsunęła. Zdjął okulary i powiedział: – Buuu! – Tak jak zrobił Joker Kim Basinger w Batmanie.

– Idź ty, giździe pieroński! – baba ze wstrętem odwróciła głowę.

Kozioł prychnął i nadepnął na walające się po ziemi ucho którejś z jej siat. – A w gówno wszedłem wcześniej – wycedził. Autobus zatrzymał się, i zanim baba się zorientowała, Kozioła już nie było.

Wysiadł przystanek wcześniej. Rekonesans w okolicy zrobić. Piętrowe kamienice wzdłuż ulicy, małe ogródki na tyłach. Za nimi osiedle z wielkiej płyty, a w samym jego centrum, w cieniach kładzionych przez dziesięciopiętrowe bloczyska, szkoła – sen miłośnika betonu i klocowatych form. Rachityczne drzewka posadzone wokół budynku, plac apelowy wylany, a jakże, betonem. Wszedł po schodach. W szklanych drzwiach wejściowych odbijała się jego twarz. Wyjął grzebień. Przeczeszemy się i idziemy.

– Pan do kogo? – z okienka naprzeciw wejścia wychyliła się siwa głowa uczesana w koczek. Cisza godziny lekcyjnej wibrowała w uszach. – Halo, panie, do kogo? Kaj to leziecie?

Kozioł, który minął bez słowa kanciapę szatniarki, zmierzając śmiało przed siebie, odwrócił się niedbale w jej stronę.

– Do szefowej. I nie trzeba mnie odprowadzać, ja tu teraz pracuję, kierowniczko. I dla was od dziś panie magistrze, jasne? – wysyczał, zaciskając wargi. Jak on nienawidził tych wszystkich śląskich prostaczek. Stare kurwy.

– Hela, te, fto to był? – rozgdakały się sprzątaczki siedzące w kanciapie. – Nie znomy chopa, wloz tu jak do siebie!

– Nie wiem. – Szatniarka odpięła guzik kwiaciastego fartucha, bo wgniatał jej się w mostek. – Ale ryj mioł fest obity.

Paweł Kozioł, lat trzydzieści. Szczupły brunet. Włosy lekko kręcone, na karku dłuższe niż krótsze. Znaki szczególne – wyłącznie szczególne. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd. Nigdy go nie było, nagle się zjawił i tak już został. Sąsiadki gderały, że samotny mężczyzna, kawaler, to zawsze jest sprawa śliska. Imprezy, dziewczyny, nocne lokale, mocne alkohole, pani kochana, ja swoje wiem, wiem tyle, co zjem, a z niejednego pieca się jadło. Podobno przyjechał aż z Kołobrzegu, podobno tylko z Sosnowca, podobno to, podobno tamto. Do czego to podobne. Do niczego. I ta blizna na twarzy. Sztuczna skóra, żółty plastik czy jakiś skaj pod okiem. Oj, dziwne, sąsiadko, taka blizna się z niczego nie bierze. Tylko z czegoś. Tylko z czego? I miękki jakiś w obyciu, dupkę chudą ma, kręci nią w opiętych spodenkach, zawsze taki wymuskany, zrobiony, włosy na żel. No dziwne, dziiiwne. Ale on się im kłaniał zawsze, przebiegając przez plac, na tych swoich podeszwach gumowych cichuteńko tup, tup, jak cień, pod ścianami, nie rzucając się w oczy, znaki szczególne zakrywając skutecznie. I nikt nie wiedział o nim nic. Skąd przychodził, kto go znał. Majster bieda. Aż w końcu przywykli. Sensacji nie było. Kurew nie sprowadzał. Pić na placu nie pił, może w domu po kryjomu, ale to trudno. Mało gadał, mało bywał. Nuda. Niech mu tam. Sąsiad jak sąsiad. Normalnie.

Bo wszystkie dzieci – oprócz tego jednego – dorastają.

J.M. Barrie, Piotruś Pan i Wendy

Kozioł stanął pod drzwiami gabinetu dyrektorki. Schylił się i zajrzał przez dziurkę od klucza. Krzątała się po pomieszczeniu, krojąc ciasto i parząc kawę. Zapukał głośno. Wszedł.

– No witam, witam, panie Pawle – twarz kobiety rozpromieniła się. – Chciałam nawet dzwonić do pana, upewniać się, czy wszystko gra, bo wie pan, dzieci podekscytowane, czekają, stroje szykują.

– Całuję rąsie pani szanownej – zgiął się wpół i cmoknął swój kciuk przyłożony do kościstej dłoni dyrektorki. – Co ma nie grać, wszystko gra i buczy, ja jestem solidna firma, droga pani.

– No myślę, kochany panie Pawełku. Kawałek ciasta? – przełożyła na talerzyk solidną porcję makowca. – My tu sobie na dużej przerwie taką tradycję mamy z księdzem katechetą, słodkości na lepszy nastrój, wie pan – krygowała się i gięła. – Oboje ciastkarze jesteśmy. Choć ksiądz Mirek to jednak jest przede wszystkim grzybiarz. Cha, cha, cha! A ten makowiec to cud, niech pan wierzy. Herbatka? Kawusia? Mleczko?

– Proszę, herbatę chętnie – wziął z rąk dyrektorki talerzyk z ciastem.

– No klasa moja to są zdolne dzieci. Dla pana ważne, że grzeczne i będą się słuchać.

Elżbieta Wąż była dyrektorką szkoły pierwszą kadencję. Miała swój gabinet na piętrze. Dosyć tęga, dosyć wysoka, przekwitająca, niemal doszczętnie już siwa, choć przecież nie taka stara, obcięta na pogrubiającego rysy pazia, przytrzymywała grzywkę srebrną spinką. Ubierała się niewyzywająco, dbała o detale, zawsze spinała kołnierzyki bluzek pod szyją, zakrywając jak najwięcej ciała, nosiła spódnice za kolano i kryjące rajstopy. Po niełatwych studiach na matematyce w samym Krakowie znalazła pracę w szkole podstawowej jako nauczycielka fizyki. Matematyka, fizyka – wszystko jedno. Zawodowo uczyła dzieci prawa ciężkości i prawa Keplera, hobbystycznie prawa Bożego i intuicyjnie wyczuwanych nauk przedsoborowych. Tego ostatniego z największą pasją, we współczesnej fizyce znajdując coraz więcej elementów niepokojących. A już ten cały Darwin... trzeba to przemyśleć, przeanalizować na spokojnie...

Kręciła się po gabinecie, trzymając w rękach talerzyk z ciastem. Kozioł rozejrzał się dookoła. Na czarnych regałach stały trzy figury Matki Boskiej, na biurku krzyż pamiątka z Lichenia, nad drzwiami wisiał wielki Chrystus, którego lewa stopa, przebita gwoździem, kończyła się we framudze.

– Tak, piękna pamiątka – złapała wzrok Kozioła. – Rodzice podarowali ten krucyfiks szkole na zakończenie roku w podziękowaniu Panu Bogu za szczęśliwą promocję dzieci do piątej klasy.

– Ładna rzecz – powiedział Kozioł przymilnie.

Dyrektorka otwierała przeszklone szafki w poszukiwaniu cukru w kostkach. Znalazła, podała Koziołowi, ten pokręcił głową. Wrzuciła sobie do kawy cztery kostki. Wręczył jej łyżeczkę.

– Nie mieszam – uśmiechnęła się. – Zdrowsza, bo mniej słodka.

– Oczywiście – schylił się nad swoim talerzem. – To jest klasa piąta? – upewnił się, przełykając ciasto.

– Tak, mają tych dwanaście lat – pokiwała głową. – No zgadzam się z panem w całej rozciągłości, panie Pawełku. – Dyrektorka dyskretnie przesuwała językiem po zębach, badając, czy nie ma na nich zdradzieckich kulek maku. – Im ruchu brakuje, a to jest coś więcej niż ruch, ja uważam. To jest filozofia życia oczywiście.

– W rzeczy samej – srebrny widelczyk ślizgał się po talerzyku, ostatni kawałek ciasta spadał mu ciągle, gdy podnosił go do ust. Odłożył sztuciec. Łyknął herbaty. Dyskretnie przepłukał nią usta.

– To zaraz idziemy się przedstawić, jeśli pan jest gotów. – Dyrektorka wstała i obciągnęła poliestrową bluzkę. – Myślę, że polubi pan te moje urwisy, te urwipołcie, smyki, wisusy.

– Jestem o tym przekonany, droga pani. Ja to dzieci kocham – powiedział i pomyślał: Elżbieto Wąż, już mam cię w kieszeni! I ruszył za nią. W głąb króliczej nory.

– Agnieszka! Wracaj tu do mnie natychmiast! Agnieszka!

Dziewczynka drgnęła na dźwięk swojego imienia. Zeskoczyła z betonowej cembrowiny i wrzuciła do zbiornika patyk, którym grzebała w butwiejących liściach.

Babka stała przy grobie, pakując do poliestrowej siatki szufelkę i zmiotkę.

– Daj ten słoik – wzięła z rąk dziewczynki słój po ogórkach konserwowych wypełniony po brzegi żółtą wodą. Przelała wodę do plastikowej butelki po ludwiku, którą włożyła do środka przybetonowanego wazonu z lastrika. – Kwiaty do wody włóż – wskazała głową pomarańczowy wiecheć.

Agnieszka posłusznie zaczęła układać nasturcje w kamiennym wazonie.

– Kładziemy te kwiaty jak do trumny, babciu. Normalnie wieczny odpoczynek racz im dać Panie.

Chlast! Ręka babki świsnęła, przecinając powietrze.

– Przestaniesz ty kiedyś bluźnić, dziewczyno? Tyle razy ci mówiłam. Jak bluźnisz, to Pana Jezusa pejczem w zbolałe ciało uderzasz. Mówiłam? Czy nie mówiłam? Jakim pejczem?

– Mówiłaś babciu. Siedmiobolesnym – Agnieszka pocierała czerwone ucho, patrząc w czubki zmoczonych przy kranie butów. – Pejczem siedmiobolesnym.

– No i nie jest ci przykro? Nie jest?

– Jest.

– I niech jest. Ma być żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy. Bierz siatkę – babka podała Agnieszce granatową torbę, uszytą ze starego fartucha – to jeszcze się pójdziemy pomodlić.

Szły razem aleją wysadzaną starymi drzewami w stronę kościoła. Babka przystanęła koło grubego pnia topoli. – Widzisz? – pokazała na drzewo.

– Drzewo?

– Głupia, nie drzewo, tu patrz – pokazała palcem na zgrubienia i pęknięcia kory. – Tu jest Chrystus Frasobliwy. Ukazał się, kiedy proboszcz chciał wyciąć te drzewa, jak nie było węgla, w stanie wojennym. Frasuje się nad nami, nad tym krajem, nad komunistami, nad twoim ojcem, nad wszystkimi złymi ludźmi, dziecko, którzy doprowadzili do tego, co jest.

– A co jest? – Agnieszka wpatrywała się z wysiłkiem w srebrne smugi na korze.

– I ty się pytasz. Jest źle, dziecko, jest bardzo źle. Kiedyś zrozumiesz wszystko. Ale wtedy będzie już za późno.

*

Babka nie lubiła życia. – We wtorek wieczorem lubię myśleć, że jest już środa – mówiła sąsiadkom popołudniami. – Żeby to wszystko szybciej zleciało, żeby mi minęło.

Co dzień budziła się wcześnie rano, ścieliła wielkie łoże małżeńskie, przykrywała je narzutą, którą sama ręcznie wyhaftowała w monogramy JD (Jagoda Węglowska, po mężu Dusza), kwiaty (róże) i ptaki (czarne haczyki – symbol jaskółki w locie), gotowała na małej kuchence wodę na bawarkę, piła ją pospiesznie, parząc sobie język, i szła do kościoła na poranną mszę. Siadała zawsze w drugiej ławce po lewej stronie, z brzegu, nigdy nie przesuwając się dalej, co najwyżej wpuszczała innych chętnych, wychodząc na chwilę z ławki. Ale chętnych o tej porze bywało niewielu.

Modliła się żarliwie. Za siebie i swoje spuchnięte nogi, za Agnieszkę, żeby nie okazała się jednak podobna do rodziny swego ojca, a już w szczególności do niego samego, za kraj, żeby Matka Boska Królowa Polski oświeciła rządzących, żeby się opamiętali, za zmarłą córkę, za męża, którego już prawie nie pamiętała, nie pamiętała go tak bardzo, że zdawało jej się, że nigdy nie żył, za gloksynie w ogródku, za rewaloryzację rent i emerytur. Za wszystko.

Lubiła chodzić do spowiedzi, tak jak inni lubią często myć zęby. Lubiła się obmywać łaską uświęcającą, zraszać strumieniem bożego miłosierdzia, czyścić tajemne zakamarki mocą Ducha Świętego. W drodze do kościoła śledziła w myślach swoje postępowanie, by potem w ciszy konfesjonału, spoglądając przez kratkę na zaczerwieniony, świeżo ogolony policzek księdza, wdychając zapach perfum i świeżo wypitej przez niego kawy, wyciągać do Boga pobrudzone ręce. Odkąd któryś z nich polecił jej, by może rzadziej odwiedzała konfesjonał, zmieniała regularnie spowiedników, tak żeby żaden z nich nie zorientował się, że to znów ona.

– W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, jestem kobietą, mam sześćdziesiąt osiem lat, wyznaję swe grzechy – szeptała czule przez drewniane kraty.

Stuk, stuk, stuk – ksiądz wystukiwał w ścianę konfesjonału umiłowany sygnał, a babka przymykała oczy w ekstazie. Znów czysta, umyta, zdezynfekowana, znów uświęcona przyjmie ciało Chrystusa.

Magda Orzeszko stała w przymierzalni sklepu Twoja Moda i przykładała do piersi na przemian różowy pulower w stylu telewizja śniadaniowa i batystową bluzkę w kolorze malin.

Za alkohol się płaci, za moje towarzystwo też mógłbyś, gnoju! – powtarzała sobie w myślach. To wszystko źle się skończy – poprawiała ramiączka białego biustonosza. Ale zanim się skończy źle, warto w ogóle coś zacząć. Krótko przycięta grzywka nad czołem nadawała jej okrągłej twarzy o małych oczach wygląd Agatki ze znaku drogowego na przejściu pod szkołą. Magda uważała jednak, że jest co najmniej boska.

Jak w każdy czwartek, kończyła wcześniej lekcje w szkole, ostatnia godzina past participle z VIb mijała o dwunastej trzydzieści. Pakowała do dużej zielonej torby zeszyty z notatkami, podręczniki i granatowe pióro Parker.

Stojąc teraz w przebieralni, aż się wzdrygała na samo wspomnienie wczorajszego dnia. Boże, ten Jakub! Jak on mógł! Przychodzić do niej z tą kartką „Daj mi tę noc, tę jedną noc” – no co ona sobie miała pomyśleć! No kurwa, na pewno nie to, że to jest tekst piosenki zespołu, którego Jakub nie znosi, i że się przyszedł wspólnie z nią pośmiać z grafomanii. A ona, głupia, myślała, że zaraz zaczną ocierać się o siebie, że zaraz poczuje jego twardą ciupagę na swoim udzie... Ja pierdolę, jaka ze mnie idiotka – syczała do lustra w przebieralni.

Magda miała wielki potencjał nienawiści. Nienawiść była jej ulubionym uczuciem. Lubiła ją w sobie pielęgnować jak trującą diffenbachię na parapecie. Miała już dwadzieścia osiem lat i zdążyła dobrze to sobie przemyśleć. Na anglistyce, którą skończyła z całkiem słusznym wyróżnieniem, zrozumiała, że frustracja seksualna jest pierwszym stopniem do piekła. Magda wiedziała od zawsze, że studia to najlepszy czas na zapoznawanie, na gorące romanse i przebieranie w uległych jej ulęgałkach. Zawsze była we wszystkim najlepsza. Kiedy traciła w wieku dziewiętnastu lat cnotę, traciła ją ze studentem, i to czwartego roku. A to, choćby brzmiało dla państwa dziś krańcowo śmiesznie, to było wtedy naprawdę coś. Jednak straciła ją, nie tracąc przytomności na tyle, by wiedzieć, że albo student się nie spisuje, albo ta zabawa trwa zbyt długo i nie tak, nie tak, nie tak, dziewczyno.

Potem zaczęła sama trenować, przeczytawszy w prasie kobiecej, że warto zaciskać w seriach po dziesięć razy mięsień Kegla. Można to robić wszędzie, w autobusie i na zajęciach, piorąc i smażąc, leżąc i stojąc. Zaciskać ścianki pochwy. Napinać mięśnie, urządzić sobie wewnętrzną siłownię. Po rozstaniu ze studentem Magda wpadła w szał ćwiczeń na swej endosiłce. Żeby następnym razem wiedzieć, że straci przytomność, a nie przyjemność.

Niestety, były te ćwiczenia niczym tajski boks trenowany w ciemnych piwnicach przez jej osiedlowych kolegów: nigdy niewykorzystaną taktyką walki, strategią ciosów, które nigdy nie zostały zadane, muskulaturą trenowaną do lustra i dla lustra tylko. Choć była Magdaleną Orzeszko z TYCH Orzeszko (tak, z tych Orzeszko – uśmiech, trzepot rzęs, spuszczenie wzroku, westchnięcie zniecierpliwione, a zarazem dumne) i miała możliwości wabienia, jakie daje własna kawalerka, pieniądze rodziców i silne wewnętrzne przekonanie o swojej wartości, to jakoś nie szło. Mięsień Kegla rozwinął się na chwałę redaktorek prasy kobiecej, lecz nikt przesadnie nie palił się do testowania wyników.

Dystrybucja potencjału seksualnego we współczesnym świecie jest słaba jak kolportaż czasopism literackich w małych kioskach na prowincji. Złe krążenie dóbr niematerialnych we wszechświecie uczyniło z Magdy zarośniętą nierówną skórą bliznę, pod którą dyszało samotne dziewczęce serce, które najpierw marzyło o wielkiej miłości, a potem już tylko o pokątnych romansach, i żałowało odesłania w diabły nieuzdolnionego w trudnej przecież kwestii ars amandi studenta. Magda wtedy właśnie zaczęła nienawidzić. Całościowo, generalnie, masowo, zbiorowo. Ogromny potencjał uczuciowy, jaki w sobie nagromadziła, tęskniąc za obezwładniającą miłością przez całe długie studia, znalazł to ponure ujście i wystrzelił jak korek z szampana, którym nieszczęsny student oblał jej nogi w czasie gry wstępnej, by go potem namiętnie zlizywać, jątrząc mikroskaleczenia na świeżo ogolonych łydkach.

Jakuba poznała na przyjęciu, na które zasadniczo nikt jej nie zaprosił. Jej obecność tolerowano, większość osób jednak uważała ją za osobę krańcowo nieciekawą, bezbarwną i towarzysko zbędną. Magda jednak zjawiała się zawsze i wszędzie, swym iście psim węchem tropiąc miejsca przyjęć, prywatek, zlotów i nasiadówek, o których nikt jej oficjalnie nie wspominał. Wyczuwała je jednak swoim wewnętrznym sejsmografem, łapiąc przelatujące gdzieś nad jej głową informacje nie w jej stronę kierowane, absorbowała tę wiedzę poniekąd tajemną, przyciągając ją, jak miotełka z piór wyłapuje naelektryzowane cząsteczki kurzu.

Tak też znalazła się w domu dwóch przyjaciółek wynajmujących małe mieszkanie w robotniczej dzielnicy miasta. Znała jedną z nich ze studiów. Tamta ich nie skończyła, a teraz pracowała ze swoją przyjaciółką w tej samej gazecie lokalnej. Obie pięły się po szczeblach kariery powoli, ale systematycznie. Urządzały wiele przyjęć, goszcząc u siebie wszystkich tych, których Magda bardzo chciała poznać. Żeby móc wszystkich jeszcze bardziej nienawidzić. Pierdoleni artyści, szmaciarze – myślała, malując rzęsy tuszem Lancôme, który kupił jej tata w Niemczech. Gnoje, zasrańcy – pudrowała sobie dekolt sypkim pudrem. Jebane nieroby – spryskiwała sobie szyję i pachwiny perfumami Antilope, które kupiła jej mama. Stroiła się dla nich, wkładała pończochy zamiast rajstop (nieważne, że nikt nie wie, co masz na tyłku, ważne, że TY masz tę świadomość – mówiła kiedyś swej jedynej koleżance, która najpóźniej zorientowała się, że Magda jej też nienawidzi, za posiadanie miłego chłopca) i bluzki z głębokimi dekoltami. Jechała przez miasto, słuchając agresywnych piosenek z walkmana (Who the fuck you think you are?!!! I’m not like any grrrrrrrrrrrrrrrrlllllll!!!) i wyobrażała sobie teledysk, w którym obsadzała się w rolach seksownych ździr, przechodzących po męskich torsach na najcieńszych obcasach świata. Dzwoniła do drzwi i wchodziła do mieszkań nieoczekujących jej nigdy ludzi krokiem aktorów przemierzających narodowe sceny. A potem siedziała w centralnym miejscu, pijąc cudze alkohole (nie będę kurwom przynosić prezentów), i napawała się swoją niechęcią. Zamykała się na długo w łazience, blokując ją tym, którzy nadużyli piwa albo po prostu chcieli się spokojnie wyrzygać, żeby móc pić dalej. Używała najdroższych miejscowych kosmetyków stojących na półkach, prychając. Czasem na cudzych fotelach dawała się obmacać paru pijanym mężczyznom, którzy nie odróżniali już seksu od miłości, nie odróżniali prymasa od premiera. Generowała niechęć świata jak elektrownia wodna prąd. Przepuszczała przez siebie cudze zdegustowane spojrzenia, produkując w sobie wielkie czarne robaki, które toczyły jej puste wnętrze.

I tak poznała Jakuba.

– Podobno jesteś po anglistyce? – przysiadł się do niej podczas przyjęcia u kreatywnych przyjaciółek, kiedy żuła powoli zieloną oliwkę, ogryzając ją do pestki, do kości, małymi, systematycznymi ruchami krzywych zębów.

– You’re talking to me? – syknęła profilaktycznie, lustrując natręta, który nie wyglądał na skłonnego do pijackiego gmerania między jej udami.

– Jestem Jakub. Gram w kapeli A’Postoły, może słyszałaś? – spytał z pewną zbyt wyczuwalną nadzieją w głosie. – Szukam kogoś, kto przetłumaczy mi teksty na angielski. Na Dni Młodzieży jedziemy. No i tak sobie pomyślałem, że może byś miała chęć na kooperację?

Trzeba przyznać jedno – Jakub, charyzmatyczny lider kapeli A’Postoły, był szalenie przystojny. Kiedy ze sceny w młodzieżowym domu kultury śpiewał o prostowaniu ścieżek Jego, serce niejednej bożej służki drżało w słodkim uniesieniu. Może nie miał głosu ani też zasadniczo słuchu, ale jego charyzma sceniczna była tak wielka, że wystarczyło, że podniósł wzrok znad mikrofonu i omiótł nim salę, a już nie wiadomo było, czy to Pan, czy to Szatan brał w posiadanie dziewczęce zastępy i nie puszczał, i trzymał, dopóki nie wybrzmiały im w uszach ostatnie głośne dźwięki pieśni o błogosławionym, który idzie w imię Pańskie. Był szczupły, wysportowany, bo w zdrowym ciele zdrowy duch, jego czarne kędziory wiły się wokół głowy jak u najlepszych z pokolenia Judy, oczy, wielkie, szeroko otwarte i o pięknych, zawsze wilgotnych kącikach, patrzyły na świat rozumnie, odkąd tylko się urodził. – Ten pani syn, pani Nowacka, to tak na nas patrzy, jakby wszystko rozumiał – mówiły sąsiadki, zaglądając do wózka Jakuba, i miały rację. On rozumiał wszystko.

W domu obok łóżka trzymał Wyznania. Na bierzmowaniu, kiedy dzieci prześcigały się w wymyślaniu bardziej fantazyjnych imion, licytując, kto nazwie się głupiej, na przekór księdzu katechecie, Jakub, dumnie podnosząc głowę i trzymając się prosto jak zwykle, powiedział: – Przyjmuję imię Augustyn.

Nie trzeba dodawać, że za ten szlachetny czyn został pupilkiem księdza katechety i gdy tylko założył A’Postołów, od razu mógł liczyć na przytulną salę prób w piwnicach pod salkami katechetycznymi. Nieodpłatnie i bezterminowo.

Jakub w życiu kierował się ważną zasadą – starał się ciągle pamiętać, że ludzki czyn dzieli się zasadniczo na dwie kategorie: grzech powszedni, jak na przykład myśl nieczysta, oraz grzech śmiertelny, czyli zasadniczo wszystko pozostałe. To była trudna kwestia, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Lektura Wyznań zawsze mu pomagała w chwilach zwątpienia.

Zespół A’Postoły nie odniósł na razie większego sukcesu, oprócz kilku lokalnych występów na przeglądach i ekosongach nie miał specjalnie okazji, by się pokazać światu. Jednak dzięki starej, szkolnej jeszcze znajomości Jakuba z dwiema dziennikarkami z robotniczej dzielnicy udało się wepchnąć grupę na listę artystów grających na Dniach Młodzieży we Francji. Jakub starał się zwalczać co sił dumne myśli, wiedząc, że pycha nie licuje z postawą prawdziwego augustiańskiego psa, jak o sobie mówił z czułością, ale nie ma co tu kryć – duma rozpierała go, jak życie rozpiera dojrzewające kłosy zboża w lipcu.

I właśnie z powodu tego wyjazdu zaczęła się kolejna wielka martyrologia Magdy Orzeszko. Wielka, trująca namiętność, której nie umiała zaradzić. Zapragnęła tak bardzo dać się przelecieć Jakubowi jak niczego nigdy dotąd. Nie wiadomo właściwie, po co. Jakub był bardzo religijny i zgodnie z przykazaniami swego Kościoła kochać miał się dopiero po ślubie. Nie do ruszenia. Jak opoka, jak skała Piotrowa. Przejebane, Magdo ze znaku drogowego. Powinnaś wiedzieć, że miłość nie należy do niezbywalnych praw człowieka.

*

Tymczasem Paweł Kozioł nie zrobił furory swoim pierwszym wejściem do klasy Vb. Wywnioskował to z zaniepokojonego szumu, jaki się podniósł, kiedy stanął na wprost siedzących w ławkach dzieci. Rozczarowane i zdumione yyyyyhhh przetoczyło się przez salę na widok żylastego faceta z fryzurą na piłkarza Bundesligi z lat osiemdziesiątych, który w dodatku miał twarz zeszpeconą jakimś skóropodobnym paskudztwem na policzku pod okiem. I to ma być instruktor tańca? – wyrażały twarze dziewczynek, całujących na dobranoc plakaty pięknego jak marzenie chłopaka z New Kids on the Block. O kurwa, ja pierdolę, w pizdę jebany – wyrażały twarze chłopców, którzy zdążyli już dawno temu zasmakować w przyjemności głośnego wymawiania zakazanych słów.

– Pani Madziu, przepraszamy za to wtargnięcie – Elżbieta Wąż gięła się i wiła jak wąż. – Ale, ale – nadeszła pora, żebyśmy się wreszcie wszyscy zapoznali. Pan pozna, nasza wspaniała anglistka, miła pani Madzia Orzeszko, a to pan Pawełek, instruktor tańca.

– Bardzo mi miło – powiedziała Magda, której było akurat bardzo niemiło. Nie lubiła osób brzydkich, tak samo jak nienawidziła osób ładnych, wysokich, grubych, średnich, smutnych czy na przykład czarnych.

– A to jest klasa – uśmiech Elżbiety Wąż błysnął w jesiennym słońcu niepokojącym żółtym światłem.

Nie dało się nie zauważyć, że klasa wyrażała zgodną dezaprobatę i niechęć. Ktoś tam sobie pisał w zeszycie, ktoś smarował ołówkiem po ławce, ktoś dłubał cyrklem w dziurach płyty pilśniowej, pogłębiając koleiny napisu „Ruch Pany”.

Paweł Kozioł rozejrzał się uważnie. Twarze patrzyły na niego raczej złowrogo. Niektóre dziewczęta miały skórę powleczoną jakby oleistą mazią i zawiązki piersi pod bawełnianymi bluzkami, niedawno uzyskane nadwyżki ciała wypadały im ze zbyt małych spodni w postaci krągłych wałków po bokach. Dwóm, trzem chłopcom pod wybulwionymi purchawkami nosów czarnych od wągrów sypały się pierwsze wąsy, pozostali mieli jeszcze gładkie, aksamitne, dziecięce buzie.

No, kurwa, nie będzie łatwo – pomyślał niechętnie i zdobył się na najszerszy uśmiech swego życia: – Witajcie, kochani. Cieszę się, że już się poznaliśmy. Wasza pani wiele mi o was opowiadała.

Odpowiedziało mu brzęczenie muchy uwięzionej między szybami i nerwowe stukanie długopisu nauczycielki angielskiego, która zresztą od pierwszego spojrzenia kojarzyła mu się bardzo z postacią Agatki ze znaku drogowego.

– Na zajęciach ze mną będziecie się spotykać dwa razy w tygodniu – nie dał się zbić z pantałyku i przemawiał głosem stanowczym, ale serdecznym i ciepłym. Długo to ćwiczył. Ten moment miał przetrenowany lepiej niż kroki do paso doble. – Potrzebne będą wam buty na gumowej podeszwie, dla dziewcząt niezbędne lycrowe getry, dla chłopców wygodne spodenki sportowe. I oczywiście, cha, cha, dobry humor, cha, cha – modulował głos mistrzowsko.

Postać ze znaku drogowego zerknęła na niego spod krótkich jasnych rzęs. Złapał to spojrzenie. Głupia szmato – pomyślał – ty się możesz bardzo przydać.

Agnieszka obudziła się tego dnia grubo przed budzikiem. Męczyły ją w nocy sny o nadjeżdżających coraz bliżej czołgach, których wielkie zielone lufy przystawiano jej do gardła. Słyszała potem, jak babka ścieli łóżko i wychodzi do kościoła.

Zazwyczaj lubiła spać długo. We śnie, no może nie w takim jak ten dzisiejszy, odpoczywała. I nie chodziło tylko o zwykłą regenerację sił. Kiedy spała, nie istniało zwykłe życie. To znaczy może istniało, ale nie miała tej pewności. Po tamtej stronie rzęs nad senną rzeczywistością miała znacznie większą kontrolę niż nad tą po otwarciu oczu. Tu była wciąż ubezwłasnowolnioną dwunastolatką, mieszkającą z babką, zmuszaną do picia ciepłego mleka z rosnącym grubym kożuchem i zjadania wszystkich kanapek. Jeśli jakichś nie zjadła, musiała je zjeść następnego dnia, i tak do oporu. Niezjedzone kanapki całymi godzinami schły w kuchni na drewnianej okrągłej tacy, pokrywając się czarnymi punktami muszych odchodów, z tłuszczem wyciekającym z żółtego sera. Tu zupełnie nic nie było w porządku, ani mama, która nie żyła, ani babka, która też jakby nie żyła, będąc paradoksalnie bardzo żywotną, ani ojciec, który gdzieś żył i czasem się zjawiał, ani szkoła, która męczyła, ani Sodalicja Mariańska, która żyła swoim życiem, równie przystającym do rzeczywistości dojrzewającej dziewczynki jak błękitne wstążki medalionów z Maryją do kolorowych bluzek z boysbandami.

Nieprzystające?!!! Nie bluźnij, dziewczyno, znów spałaś z rączkami pod kołdrą! Powtórz wszystko trzy razy za karę!

A zatem powstanie wspólnoty Dzieci Maryi w kościele powszechnym zawdzięczamy św. Katarzynie Labouré, której w 1835 roku Maryja oznajmiła, że chce, aby powstała taka wspólnota. Siostra Katarzyna powiedziała swojemu spowiednikowi o żądaniu Najświętszej Maryi Panny i robiła wszystko, aby prośba Matki Bożej została spełniona. Tak powstało stowarzyszenie młodych dziewcząt, Dzieci Maryi. W 1847 roku wspólnota została włączona do rzymskiej Sodalicji Mariańskiej, prowadzonej przez jezuitów.

Mało! Jeszcze żywoty świętych. Rach-ciach przed myciem zębów! Zanim babka wróci i wyczuje szatańskie podszepty, siarkę na progu tego pobożnego domu.

Święta Agnieszka, dziewica, męczennica. Jako dwunastoletnia dziewczynka miała ponieść męczeńską śmierć na stadionie Domicjana w Rzymie około 305 roku. Całkowicie obnażona, została wystawiona na spojrzenia tłumu, lecz za sprawą cudu okryła się płaszczem włosów. W ikonografii przedstawia się ją z barankiem. Jej atrybutami są bowiem baranek z nimbem lub ze sztandarem, gałązka palmowa, dwie korony – dziewictwa i małżeństwa, kość słoniowa, lampka oliwna, lilia, miecz, zwój. Na miejscu świadectwa krwi dzisiaj jest Piazza Navona. Tuż obok, nad grobem męczennicy, wzniesiono bazylikę pod jej wezwaniem, w której dwudziestego pierwszego stycznia poświęca się dwa białe baranki. Święta Agnieszka to patronka Wspólnoty Dzieci Maryi.

O Panie Jezu, przecież to wszystko wiadomo. Agnieszka powtórzyła wszystko, patrząc w sufit, na którym łuszcząca się farba przybierała niepokojące ją kształty. – Panie Jezu słodki, nie dopuść tylko do tego, żeby ukazała się na naszym suficie Matka Boska – poprosiła cichutko. – Babka każe mi wtedy spać w swoim pokoju, a tu urządzi kaplicę. Proszę...

Wstała z łóżka, wzięła z krzesła przygotowane wczoraj przez babkę ubrania w tradycyjnie niepasujących do siebie kolorach.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Redakcja

Aniela Nycz-Florkiewicz

Korekta

Maciej Korbasiński

Jadwiga Piller

Copyright © by Anna Dziewit-Meller 2012

Copyright © by Wielka Litera, Sp. z o.o., Warszawa 2012

Wielka Litera Sp. z o.o.

02-953 Warszawa, ul. Kosiarzy 37/53

ISBN 978-83-63387-12-9

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl