Dior i ja. Autobiografia - Christian Dior - ebook
Opis

Christian Dior (1905-1957) – jeden z największych projektantów XX wieku, artysta i wizjoner, sprawny menedżer. Swoje wspomnienia zaczyna od jednej najważniejsze decyzji – porzucenia lukratywnego stanowiska w znanym domu mody i stworzenia własnej kolekcji. Wątpliwości i lęki, negocjacje z bankierami, szczęśliwe zbiegi okoliczności i mozolne budowanie własnej marki to tylko jedna strona jego autobiografii. Druga zabiera czytelnika w świat dzieciństwa, rodziny i przyjaciół twórcy.

Dior pięknie pisze o swojej pracy i o ważnych dla niego ludziach, widzi swoje słabości i zachowuje ciepły dystans i do siebie, i do świata. Zaprasza czytelnika w niezwykły świat piękna, ale i ciężkiej pracy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Tytuł oryginału
Christian Dior et moi
Projekt okładki
JAROSŁAW DANIELAK
Fotografia na okładce
© CORBIS / FotoChannels
Przekład przejrzała
MARTYNA LEWANDOWICZ
Redakcja
LUCYNA JACHYM
Korekta
IWONA HUCHLA
Redakcja techniczna
EDYTOR
© Publicat S.A. MMXIV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2014
ISBN 978-83-271-5218-3
Wydawnictwo Dolnośląskie
PRZEDMOWA

O człowieku, który pisze swoje wspomnienia, zwykło się mówić, iż „pochyla się nad swoją przeszłością”. Nie lubię tego wyrażenia. Po pierwsze z powodu „pochylonej sylwetki”, którą narzuca piszącemu, a po drugie dlatego, że przeszłość pewnego Monsieur, snującego opowieść o swoim życiu, wydaje się jakby zmartwiała.

Ja natomiast nie mam pochylonej sylwetki, nie ma we mnie rozrzewnienia ani żalu. Moje najlepsze wspomnienia wciąż są przede mną, podczas gdy moja przeszłość jest młoda i pełna życia. Liczy sobie dokładnie dziewięć lat, a mnie samego najbardziej interesuje w niej to, czym będzie jutro.

A to dlatego, że Christian Dior, projektant mody spod numeru 30 przy avenue Montaigne, Christian Dior z domu mody Dior, urodził się w 1947 roku. Zdecydowałem się spisać te słowa, aby nadać charakter wiarygodnego opowiadania jego początkom i jego wciąż krótkiej karierze. Uważam, że to dziewięcioletnie dziecko nierozważnie ściągnęło na siebie wystarczająco wiele uwagi. Gdybym czekał, aż dorośnie i się zestarzeje, mógłbym się od niego za bardzo oddalić.

W opowieści o życiu najbardziej pobudzające są lata formowania. A gdy od jakiegoś czasu jest się w fazie produktywnej naszego istnienia, pojawia się ryzyko, że nie zrozumiemy dobrze ucznia, którym przestało się być.

Pisząc te słowa, używam środków wyrazu, które nie są moje. Czynię to z odrobiną niepokoju i bez najmniejszej próżności.

Próżność! Słysząc to słowo, niektórzy mieliby, być może, ochotę się roześmiać: „Piszesz książkę, w której mowa wyłącznie o tobie, o twoim domu mody, o twoim zawodzie, i nie chcesz, by nazywano to próżnością!”. Chodzi o to, abyśmy się dobrze zrozumieli. W książce tej mówię o tym, co znam. Ci, którzy nie interesują się projektowaniem i tym, co ono reprezentuje, nie przeczytają tej książki, podczas gdy inni uznają za rzecz naturalną, że to właśnie ja ją napisałem. Zarozumialstwem w moim przypadku byłoby, gdybym mówił o czymś innym, gdybym na przykład uznał, że ponieważ odniosłem sukces jako kreator mody, ludzie chcą poznać moją opinię na temat sztuki lub reformy konstytucji.

Natomiast punktem, w którym nie czuję aż takiej pewności, że nie zgrzeszyłem pychą, jest dokonane przeze mnie połączenie Christiana Diora jako osoby publicznej z Christianem Diorem jako osobą prywatną. Ponieważ istnieje dwóch Christianów Diorów, ja i ten drugi, którzy w coraz większym stopniu żyją oddzielnie.

Ja, co jest niewątpliwe, urodziłem się w Granville (w departamencie Manche) 21 stycznia 1905 roku, z Aleksandra-Louisa-Maurice’a Diora, przemysłowca, i z Madeleine Martin, bez zawodu. Jako pół paryżanin i pół Normandczyk czuję się bardzo związany z regionem, w którym przyszedłem na świat, mimo że nigdy do niego nie wracam; lubię intymne spotkania wśród wiernych przyjaciół; nie znoszę zgiełku, życia towarzyskiego i wszelkich zbyt nagłych zmian.

On natomiast jest wielkim kreatorem mody. Jego nazwisko odsyła do kamienicy przy avenue Montaigne wraz z zespołem budynków, które ją otaczają. Kryją się za nim setki osób, sukienki, bielizna, perfumy, witryny reklamowe, zdjęcia w prasie i od czasu do czasu mała rewolucja bez rozlewu krwi, choć nie bez rozgłosu, której następstwa obiegają świat.

To właśnie ten Christian Dior zajmuje w tej książce najwięcej miejsca. Być może powinienem był na tym poprzestać, nie wyjawiając niczego, co jest związane ze mną. Wydaje mi się jednak, że wówczas popełniłbym oszustwo i pozbawił moich wspomnień tego, co może być w nich osobistego. Zawodowy powieściopisarz, z urodzenia również Normandczyk, Gustave Flaubert bronił przed sądem zrodzonej w swojej wyobraźni postaci, obwieszczając: „Pani Bovary to ja!”.

Przyparty do muru stwierdzam zatem, odnosząc się do tego drugiego: „Christian Dior to ja!”. Gdyż tak naprawdę wszystko, co wydarzyło się w moim życiu – czy tego chcę, czy nie – znalazło wyraz w jego sukienkach.

CZĘŚĆ PIERWSZA
JAK ZOSTAŁEM CHRISTIANEM DIOREM
ROZDZIAŁ PIERWSZY
PROJEKTANT MODY WBREW SOBIE

Byłbym niewdzięcznikiem, a przede wszystkim mocno minąłbym się z prawdą, gdybym na początku swojej przygody dużymi literami nie napisał przypadek. Ta mająca szczęśliwe zakończenie przygoda skłania mnie, przez wzgląd na wdzięczność, do ogłoszenia wierności wróżkom, które mi tę „szczęśliwą przygodę” przepowiedziały.

Wróżka z Granville

Bardzo szybko odegrały one ważną rolę w moim życiu. Było to w 1919 roku przy okazji kiermaszu dobroczynnego zorganizowanego na rzecz żołnierzy. Na ozdobionych kwiatami stoiskach pełno było jarmarcznych atrakcji. Każdy chciał uczestniczyć w wydarzeniu na swój sposób. Ja byłem przebrany za wędrownego Cygana z koszykiem zawieszonym na wstążkach wokół szyi i sprzedawałem amulety chiromantki.

Gdy nadszedł wieczór, a uczestnicy się stopniowo wykruszali, znajdowałem się akurat w pobliżu chatki wróżbiarki, która grzecznie zaproponowała, że powróży mi z ręki. W pierwszej chwili wróżba nie wzbudziła we mnie zbytniego zainteresowania, zwłaszcza że wydawała mi się dość niezrozumiała, jednak w drodze do domu wiernie odtworzyłem sobie jej słowa:

„Będziesz bez pieniędzy, jednak dzięki temu, że kobiety ci sprzyjają, odniesiesz sukces. Będziesz z nich czerpał ogromne zyski i odbędziesz wiele morskich podróży”.

Wątpliwość odnośnie do słów „będziesz czerpał ogromne zyski z kobiet” jest dzisiaj wyjaśniona, jednak wówczas była ona równie tajemnicza dla moich rodziców jak dla mnie, ponieważ niewiele z pewnością wiedzieli na temat korzyści płynących zarówno z handlu kobietami, jak i z haute couture. Co więcej, te dwie jakże odmienne profesje miały pewną cechę wspólną: w umyśle rodziców ani jedna, ani druga nie mogły dotyczyć którejkolwiek ze znanych im osób, a zwłaszcza jednego z ich dzieci. Zagrożenie nędzą było zatem dla nich niespodziewane. Co do „wielu morskich podróży”, wszyscy ryknęli śmiechem:

– Będziesz podróżował, Christian! Ty, dla którego problemem jest wyjście z domu, by odwiedzić przyjaciół!

Jak moi rodzice zdołaliby mnie rozpoznać – sam bowiem się w tym wszystkim nie rozpoznawałem – w momencie, w którym rozpoczyna się przygoda Christiana Diora, pod koniec 1945 roku?

O ile byłem mocno oddalony od „środowiska” bohaterów powieści Francisa Carco, o tyle z rozkoszą obracałem się od niespełna dziesięciu lat w środowisku mody. Pracowałem jako rysownik mody dla Luciena Lelonga, u którego w bardzo przyjemny sposób zarabiałem na życie: wykonywałem uroczy zawód bez konieczności brania odpowiedzialności związanej z zarządzaniem ani bez zależności wynikających z pełnienia reprezentacyjnej funkcji. Krótko mówiąc, żyłem sobie w spokoju. Koniec przeklętej wojny, odwrót okupantów, a nade wszystko powrót mojej deportowanej siostry (powrót niespodziewany, uparcie przepowiadany przez wróżkę w dniach najgorszej rozpaczy) – wszystko to umacniało we mnie zamiłowanie do spokoju i trwania w anonimowości. Bolesny rozdział był za mną. Na nowej i wciąż niezapisanej stronie miałem nadzieję ujrzeć wyłącznie harmonijne i przyjacielskie znaki. Ta uporczywa nadzieja pomagała mi zapomnieć o niezgodzie, w której wciąż tkwiliśmy, o nieszczęściach wojny, ograniczeniach, czarnym rynku, a także – od bardziej frywolnej, a jednocześnie bardziej zawodowej strony – o paskudnej modzie. Zbyt obszerne kapelusze, za krótkie spódnice, za długie marynarki, za grube podeszwy, a nade wszystko okropne, uwydatnione nad czołem czupryny à la Madame de Fontanges[1], które opadały niczym grzywa na plecy ówczesnych paryskich rowerzystek. Innymi słowy – styl zazou[2], zrodzony bez wątpienia z potrzeby sprzeciwienia się pogardliwej postawie okupantów i surowości czasów Vichy. Przedziwna to była epoka, w której ze względu na deficyt materiałów pióra i woalki godnie służyły za chorągiewki i powiewały w całym Paryżu niczym sztandar buntu.

Wszystko to zmierzało ku końcowi. Jeden z tych zanikających obyczajów podobał mi się szczególnie: konieczność częstego chodzenia pieszo, co umożliwiało wałęsanie się, przyjacielskie spotkania, wspólne spacery wypełnione rozmowami, z czego dawniejsi paryżanie tak bardzo korzystali, nie wiedząc nawet, jakie to szczęście.

Trzy znaki od losu

Mój los wyszedł mi zatem na spotkanie pieszo, a było to na chodniku biegnącym od rue Saint-Florentin do rue Royale, na której mieszkałem. Aby dać mi znak, przybrał znaną mi postać kolegi z dzieciństwa, z którym dawniej bawiłem się na plaży w Granville. Nie widzieliśmy się od wielu lat. Kolega był dyrektorem domu mody Gaston, mieszczącego się przy rue Saint-Florentin, i wiedział, że zostałem rysownikiem mody. Wznosząc ręce ku górze, oznajmił mi, że spadam mu z nieba. Monsieur Boussac, właściciel domu Gaston, chciał go diametralnie odmienić i szukał projektanta zdolnego tchnąć w niego nowe życie. Czy znałbym kogoś, kto by się do tego nadawał? Naprawdę długo się zastanawiałem, zanim odpowiedziałem, że z przykrością muszę stwierdzić, iż nikt taki nie przychodzi mi na myśl. Jakżebym mógł pomyśleć o sobie?

Los był uparty. Mój kolega z plaży natknął się na mnie po raz drugi na tym samym chodniku. Wciąż nie znalazł nikogo, kto by się nadawał na to stanowisko, a ja w dalszym ciągu nie myślałem, że tym kimś mógłbym być ja.

Przed objawieniem trzeciego znaku los był sprytniejszy. Coś się wydarzyło u Lelonga. Balmain, również rysownik, zadecydował, że odchodzi, by stworzyć – z sukcesem – dom mody pod swoim nazwiskiem. Skłoniło mnie to do refleksji nad własnym losem. Czy rzeczywiście nigdy nie miałem osobistych ambicji? U Lelonga bez wątpienia było mi dobrze, rozumiałem się ze wszystkimi, jednak pracowałem na sukces kogoś innego i podług jego stylu. Moje poczucie odpowiedzialności względem Lelonga przeszkadzało mi w pełnym wyrażeniu siebie.

Kiedy los po raz trzeci, na tym samym chodniku, dał mi znak, przybierając tę samą twarz z pytającym wzrokiem tego samego kolegi, podjąłem decyzję. Nie myśląc ani sekundy o tym, że właśnie decyduje się moje życie, odpowiedziałem:

– A właściwie to dlaczego nie ja?

Lunch w interesach

Kości zostały rzucone. Jak tylko wymówiłem te na pozór niewinne słowa, przyprawiły mnie o zawrót głowy i niewyraźnie ujrzałem to, co miało z nich wyniknąć. Przede wszystkim musiałem poznać się z Monsieur Boussakiem, dyrektorem bawełniczej spółki Comptoir de l’industrie cotonnière (w skrócie CIC). Moja skłonność do niewychodzenia poza codzienną rutynę powodowała, że było to nie lada wyzwanie. Miałem znaleźć się pośród jednej czy kilku osób mających ogromne doświadczenie w prowadzeniu interesów, być może jednak niewiele wiedzących na temat mojego zawodu. „Interesy” – to spowite niejasnością słowo, uwzględniając niebezpieczny wydźwięk, który zawiera jego liczba mnoga, zawsze mnie przerażało[3]. Powiązanie interesów z miłym zajęciem, jakim jest jedzenie obiadu, powoduje u mnie zmieszanie. W każdym razie, zanim spotkałem Monsieur Boussaca – nie dlatego, żeby chcieli przygotować grunt pod zmiany, lecz po to, by wyrobić sobie zdanie na mój temat – odbyłem rozmowę z jego prawą ręką, Monsieur Fayolem, do której doszło, rzecz jasna, podczas „lunchu w interesach”.

Ku mojemu wielkiemu zadowoleniu Monsieur Fayol, który potem został wspaniałym przyjacielem, nie miał na sobie czarnej marynarki z lamówką, spodni w paski i nie nosił sztywno zapiętego kołnierzyka. Kieszenie jego kamizelki nie były wypchane terminarzami i przybornikami do pisania, a on sam, podobnie jak ja, lubił dobrą kuchnię. Co więcej, nie stawiał pytań w formie pułapek i nie czekał na odpowiedzi, które miałyby mnie pogrążyć. Był wysoki, uczciwy, sympatyczny i miał poczucie humoru. Chcąc, bym poczuł się swobodnie, prezentował lekko zamierzoną otwartość. A nade wszystko doskonale wiedział, co oznacza elegancka kobieta. Czyż jego żona, Nadine Picard, nie lubiła dobrze się ubrać? W każdym razie wydawało się, że jest skłonny uznać, iż fakt, że nie posiadam żyłki do interesów, nie przeszkadza mi w tym, by myśleć o nich w odpowiedni sposób, a ja sam raczej nie wywarłem na nim wrażenia syneczka tatusia, którego życie nagle zmusiło do tego, by radził sobie sam.

Prawdę mówiąc, sam patrzyłem na siebie w ten sposób i to właśnie z tym poczuciem – tym „kompleksem” – musiałem stoczyć najcięższą walkę. Wchodząc tak późno w zawód, w którym codziennie czegoś się uczymy, i robiąc to bez żadnej wiedzy, poza własną intuicją, i bez żadnej metody, poza koniecznością, zawsze towarzyszyła mi obawa, że nie wiem na jego temat wystarczająco wiele. To być może ten strach przed pozostaniem amatorem przyczynił się do pokonania ostatnich wątpliwości i zmusił mnie do wymyślenia postaci Christiana Diora.

Po spotkaniu z Monsieur Fayolem, jak mi się wydaje, obaj byliśmy z siebie zadowoleni. Ustaliliśmy, że muszę przede wszystkim dogłębnie poznać dom mody Gaston. Dla mnie był to sposób, aby uniknąć podejmowania wszelkich poważnych zobowiązań i odwlec w czasie nieuchronny moment, w którym miałem odejść od Lelonga.

Dom mody Philippe et Gaston

Trzy dni później, przy rue Saint-Florentin, dokładnie zapoznałem się z domem mody, który w 1925 roku nosił nazwę Philippe et Gaston i cieszył się dużym rozgłosem. Kierowany wspomnieniami z czasów, gdy byłem pełnym zachwytu gimnazjalistą, przypomniałem sobie, że blond piękność Huguette Duflos nosiła stroje uszyte w tym właśnie domu mody. Następnie zmienił on nazwę na „Gaston”, mocno odczuł trudy wojny i od tamtej pory ograniczył się wyłącznie do projektowania i szycia futer, prezentując przy tym beznadziejnie staromodny styl. Zobaczyłem wszystko, dokonałem sumiennej obserwacji, jednak już od pierwszych chwil byłem przekonany, że szanse na ożywienie tego miejsca są marne. Tylu innych przede mną na próżno usiłowało przywrócić blask niegdyś sławnym nazwom!

Stojące pod znakiem niepewności życie domów mody jest jeszcze krótsze niż życie ludzkie. Czułem się znużony na myśl, że będę musiał stawić czoła tylu niebezpieczeństwom, przedrzeć się przez taką warstwę kurzu, radzić sobie z intrygami i wymaganiami tej samej od lat załogi, stworzyć coś nowego, mając do dyspozycji stare narzędzia, i to w zawodzie, w którym jedyną regułą są zmiany. Wychodząc od Gastona, nie czułem się na siłach wskrzeszać umarłych.

Spotkanie z Monsieur Boussakiem

Byłem zdecydowanie na nie!

W duchu się cieszyłem. Nie będę musiał spotykać się z Lelongiem; nie będę musiał zajmować się „interesami”; pozostanę w moim małym światku, z którym czułem się tak sentymentalnie związany. Po tylu ciężkich latach zależało mi na moim małym szczęściu.

Wiedząc, że nic się nie wydarzy, nazajutrz stawiłem się w siedzibie CIC z lekkim sercem. Przychodziłem z odpowiedzią odmowną. Monsieur Boussac na mnie czekał. Zarówno on, jak i jego gabinet przypadły mi do gustu. Dużo książek, piękne meble w stylu empire. Honorowe miejsce tuż obok biura zajmował koń wyścigowy z brązu, ulubione bóstwo właściciela tego pomieszczenia. Za nim, na ścianie, wisiał gwasz z widokiem nawiązującym do starożytnego Rzymu. A sam Marcel Boussac? Był mężczyzną raczej średniego wzrostu, postawnym, o zdecydowanym wyrazie twarzy, zaciśniętej szczęce, oschłym i konkretnym w gestykulacji oraz w mowie, jednak z prawdziwie przychylnym uśmiechem, który łagodził pozornie surowy wygląd. Siedząc naprzeciw tej sławnej postaci, doznałem nagle olśnienia, jeśli chodzi o moje prawdziwe zamiary. Tak naprawdę ten wielki człowiek interesów wysławiał się jak osoba oczytana i doskonale we wszystkim obyta. Zresztą, czyż nie wiedziałem, że był synem Madame Jeanne Catulle-Mendès i mężem Fanny Heldy, którą tak często podziwiałem w Opéra de Paris? Ponad wszelką wątpliwość nie interesowały go wyłącznie liczby i konie, dwie dziedziny, o których nie wiedziałem kompletnie nic. Bardzo szybko poczułem, że moglibyśmy dojść do pełnego porozumienia.

Nagłe przypływy elokwencji wśród osób nieśmiałych są zjawiskiem powszechnie znanym. Postanowiłem oświadczyć, że moim pragnieniem nie jest wskrzeszanie domu Gaston, lecz stworzenie domu mody, który będzie nosił moje nazwisko i będzie mieścił się w dzielnicy, którą wybiorę. Domu mody, w którym wszystko będzie nowe: od stanu umysłu załogi aż po lokal i jego umeblowanie. Czyż epoka nowego początku nie zachęcała nas także do nowego stylu elegancji? Z przekonaniem graniczącym z zarozumialstwem opowiadałem o domu mody moich marzeń. Byłby bardzo mały, zamknięty, z niewielką liczbą pracowni; pracowałoby się w nim, wykorzystując tradycje najlepszego krawiectwa, z myślą o klienteli, którą stanowiłyby naprawdę eleganckie kobiety. Projektowałbym tam stroje z pozoru proste, ale wymagające zaawansowanych technik szycia.

Uważałem, że rynki zagraniczne, po długim i wywołanym wojną zastoju w dziedzinie mody, domagały się nowych modeli. Byłem zdania, że aby je zadowolić i dostarczyć tego, czego im brakowało, należało powrócić do tradycji wielkiego luksusu francuskiego krawiectwa. Żeby zaś zrealizować to w świecie, w którym wszystko zmierza w kierunku maszyn, dom mody miał przypominać bardziej pracownię artystyczną niż zwykłą szwalnię.

Wraz z utratą tchu i śmiałości zakończyłem przemówienie. Mój współrozmówca cierpliwie mnie wysłuchał. Przed odprowadzeniem mnie do drzwi Monsieur Boussac wyznał, że jego koncepcja była zupełnie inna niż moja i że to, co powiedziałem, było zbyt śmiałe, jednak mój punkt widzenia był interesujący i należało się nad nim zastanowić. W duchu pomyślałem sobie, że musiał też stwierdzić, iż raczej nie wątpię w swoje umiejętności. Jednak najbardziej zdziwiło mnie to, że przychodząc, by powiedzieć „nie”, wychodziłem po wyłożeniu planu, który bardzo mocno przypominał „tak”.

Po kilku dniach, które upłynęły pod znakiem niepewności, dowiedziałem się, że „zespół” był zainteresowany moją koncepcją. Miałem ogromną nadzieję, że nie przytrafi się nic, co spowoduje, że pozytywna odpowiedź wprowadzi mnie w konsternację. Będę miał zatem tylko jeden dzień na to, by oznajmić moje odejście Lucienowi Lelongowi, który na dodatek był przyjacielem Marcela Boussaca!

W co ja się wpakowałem?

Madame D... i „Babka”

Nie można było się już wycofać. Powierzając losowi dalszy rozwój wypadków, nie mogłem dłużej przed sobą ukrywać, że wszedłem w fazę negocjacji. Gdy zaczęliśmy bardziej szczegółowo omawiać sprawę, rozmowy stały się trudniejsze. Jeśli o mnie chodzi, moje nieprzejednanie brało się nie z poczucia własnej wartości, lecz ze skrytej nadziei na to, że uda mi się z tego wszystkiego wyplątać. To ono doprowadziło mnie do wysłania telegramu z informacją o zerwaniu negocjacji.

Wtedy odwiedziłem Madame D..., która w pełnym przekonaniu przepowiedziała powrót z deportacji mojej siostry:

– Zgódź się! – rozkazała. – Zgódź się! Musisz stworzyć dom mody Christian Dior! Bez względu na warunki wyjściowe, wszystko to, co będziesz mógł otrzymać później, nie może się nawet równać z szansą, przed którą stoisz dzisiaj.

W obliczu tak jednoznacznego zapewnienia ugiąłem się, a raczej poddałem. Telefon od Monsieur Fayola, który domagał się wyjaśnienia powodów mojej rezygnacji, pozwolił mi na nowo nawiązać rozmowy. Gdy moja niechęć do współpracy się wyczerpała, porozumienie z Monsieur Boussakiem nastąpiło bardzo szybko. Jedyny rozdźwięk, do którego miało dojść między nami, wynikający z naszych na różny sposób autorytarnych natur, przeszedł tym samym do historii.

Ośmieliłem się zatem uprzedzić Lelonga o moim odejściu. Chociaż, chcąc ująć rzecz dokładniej, najpierw powiedziałem o nim Madame Raymonde, tej, która jako pierwsza przyjęła mnie w tym domu mody. Stała się moją wielką przyjaciółką i moim najpewniejszym doradcą. Od jakiegoś czasu pozwalałem jej się domyślać, że spotykam się z „zespołem”, więc już wcześniej podjęła stanowczą decyzję, że odchodzi z avenue Matignon, aby towarzyszyć mi w nowej przygodzie. Od 1942 roku jej łagodne niebieskie oczy były dla mnie oczami anioła stróża. Przez wzgląd bardziej na mnie niż na siebie poprosiła swoją koleżankę, by dowiedziała się o przyszłość mojego przyszłego domu mody, udając się do innej wróżki o przydomku „Babka”.

Gdy wręczyła wróżce kartkę, na której wcześniej skreśliłem kilka nieistotnych zdań, wydawało się, że „Babka” naprawdę weszła w trans:

– To będzie fantastyczne. Ten dom zrewolucjonizuje modę!

Dodała do tego wiele innych tak wspaniałych słów, że nie chcieliśmy i nie mogliśmy w nie uwierzyć! Jednak potwierdzenie tej przepowiedni przez inną wróżkę dało mi wreszcie siłę do działania.

Mimo tego, co Lelong mógł powiedzieć lub obiecać, a nade wszystko pomimo mojego przyjacielskiego przywiązania do niego, byłem niewzruszony. Madame Raymonde i Madame D... mnie wspierały! Uzgodniliśmy, że zrobię jeszcze dwie kolekcje, aby dać im trochę czasu na znalezienie osób, które mnie zastąpią i które będzie trzeba ze wszystkim zaznajomić. Jak bardzo jestem wdzięczny Lelongowi za to, że zrozumiał, że zaakceptował twarde postanowienie, które powziąłem! Nasze rozstanie było równie przyjacielskie jak melancholijne. Moje spokojne życie dobiegło właśnie końca.

To musiał być numer 30 przy avenue Montaigne

Po smutku wywołanym rozstaniem z szefem i przyjacielem w jednej osobie pojawił się kłopot spowodowany koniecznością znalezienia lokalu. W całym Paryżu odpowiadał mi tylko jeden: ten, który opisałem Boussacowi, mimo że nic nie wiedziałem o jego istnieniu. Jednak wiele lat przed decydującą rozmową z Boussakiem natknąłem się na dwie sąsiadujące ze sobą małe kamienice przy avenue Montaigne. Ich regularne proporcje, umiarkowaną elegancję bez zbyt przytłaczających zdobień zachwalałem przed towarzyszącym mi wówczas moim drogim i przedwcześnie zmarłym przyjacielem Pierre’em Colle’em. Pierre, właściciel galerii obrazów przynoszącej mu spory zysk, był pierwszą osobą, która zaproponowała mi sfinansowanie domu mody noszącego moje nazwisko. Tamtego dnia, stojąc przed bliźniaczymi kamienicami, wykrzyknąłem w żartach:

– Pierre, gdybyśmy kiedykolwiek zrealizowali ten projekt, mój dom mody byłby właśnie tutaj i nigdzie indziej!

W 1945 roku nie istniał żaden powód, dla którego jedna z kamienic przy avenue Montaigne miałaby się zwolnić. Powierzyłem zatem sprawę agencjom, które przekazały mi dwa adresy w tej samej dzielnicy Champs-Élysées. Zaproponowane przez nie kamienice były bardzo ładne: pierwsza, znajdująca się na placu François-Ier (dawne miejsce zabaw słynnej hrabiny Blanche de Clermont-Tonnerre), została odkupiona przez Madame Manguin. Druga, ogromna kamienica, leżąca przy avenue Matignon, jest obecnie własnością mojego przyjaciela Jeana Dessèsa. Wahałem się. Kamienice te wykraczały poza skromną skalę mojego ambitnego marzenia. Żadna z nich nie była moim domem... Jednak przez wzgląd na rozsądek i presję czasu należało podjąć decyzję. A ponieważ nie potrafiłem tego zrobić, złorzeczyłem na odwlekający się termin, ponieważ mogło to być brzemienne w skutki.

I wtedy ktoś powiedział mi od niechcenia:

– Wiem, że szuka pan lokalu, proszę zatem zajść na avenue Montaigne. Projektantka, która zajmuje małą kamienicę pod numerem 30, właśnie się wyprowadza.

Dzierżawę lokalu można było przenieść na innego najemcę. W ten sposób został założony dom mody Christian Dior.

ROZDZIAŁ DRUGI
DOM Z RENOMĄ

„Być szefem dla siebie” to wyrażenie, które w odniesieniu do mnie oznaczało nie tyle wolność i fantazję, ile posłuszeństwo najbardziej bezwarunkowemu i palącemu z obowiązków: odnieść sukces za wszelką cenę. Byłem zatem odpowiedzialny za każde działanie związane z organizacją przyszłego domu mody Dior, jednak chętnie pozostawiałem administrowanie nim osobom, które zapewniały jego finansowanie.

Umieć otaczać się właściwymi osobami

Zresztą zarządzanie i finanse zależały w pełni od sukcesu na moim polu. Aby odnieść zwycięstwo w tej „wojnie na koronki”, w którą właśnie się angażowałem, musiałem dysponować sztabem najlepszych ludzi. Miałem już Raymonde, uosobienie czujności i wigoru, które były ukryte pod pozornie spokojnym usposobieniem. Raymonde była niczym moje drugie ja, a nawet więcej: była moim idealnym dopełnieniem. Była rozumem wewnątrz fantazji, poukładaniem wewnątrz wyobraźni, pojednaniem w niezgodzie. Krótko mówiąc, dając mi wszystko to, czego nie miałem czasu nabyć, miała mi pomagać w umiejętnym poruszaniu się w świecie mody, do którego wszedłem raptem kilka lat temu. Chcąc określić funkcję Madame Raymonde, należałoby powiedzieć, że odgrywała ona wszystkie role, angażując w każdą z nich cały swój zdrowy rozsądek i całą swą ludzką wrażliwość. Jej niebieskie oczy wyrażały wszystko. Nic nie mogło umknąć jej uwadze.

Zabiegałem również o Madame Bricard, która wykazała się dużym talentem, współpracując przy kolekcjach Molyneux, i która stała się moją drogą przyjaciółką. Madame Bricard jest jedną z tych osób, dzisiaj niezwykle rzadkich, których elegancja wynika po prostu z tego, że żyją. Niewzruszona w obliczu przypadkowości obecnej sytuacji, przewrotów społecznych i finansowych, pospolitości życia politycznego, pozostaje wierna jednej zasadzie: wymaga najbardziej wyrafinowanego luksusu. Patrzy na świat okiem klientki hotelu Ritz. W sierpniu obowiązkowo funduje sobie pobyt w uzdrowisku, pod warunkiem że jest ono modne i znajdują się w nim luksusowy hotel i kasyno. Jej miłość do natury ogranicza się do uwielbienia kwiatów, którymi potrafi przyozdabiać sukienki i kapelusze. Jest nieprzejednana, jeśli chodzi o jakość, uosabia w najpełniejszy sposób to coś niedefiniowalnego i nieco przestarzałego, co nazywamy szykiem.

Elegancja Madame Bricard jest najwierniejszym odzwierciedleniem kosmopolitycznego stylu. Liczyłem, że tak wyjątkowa natura, dzięki zamiłowaniu do niezrównanej przesady, cudownie zrównoważy mój nazbyt rozsądny temperament, który zawdzięczam normandzkiemu pochodzeniu. Miałem nadzieję, że dzięki niej powstanie atmosfera sprzyjająca tworzeniu, które polega zarówno na przeciwdziałaniu, a nawet rewolcie, jak i na przyzwoleniu. Poza tym tak dogłębna znajomość tradycji krawiectwa i tak zdecydowana odmowa ulegania wszelkim kompromisom wydawały mi się najlepszymi bodźcami do podjęcia zamierzonych przeze mnie działań na przekór niedbalstwu naszych czasów. Madame Bricard zgodziła się na uosabianie w domu mody mojej ulubionej dewizy: Je maintiendrai. Będę trwał.

Madame Marguerite

Oprócz doradczyń potrzebowałem osoby, która pełniłaby funkcję pośrednika między moim „biurem urojeń” – jak mawiało się w XVIII wieku – a pracowniami, w których moje koncepcje miały przybierać formę i przemieniać się w sukienki. Miałem szczęście spotkać w salonie dekoratora Georges’a Geoffroya, pracującego wówczas jako rysownik u Patou, i „Damę Krawiectwa” we własnej osobie. Tak właśnie nazwałem Madame Marguerite, która ze swoją różaną i świeżą cerą wyglądała niczym z obrazu Renoira. Ona również stała się po latach częścią mnie, moją częścią „krawiecką”, jak mógłbym to określić. Porywcza i uparta, gniewna i niestrudzona, nosiła w sobie tak głębokie zamiłowanie do swojego zawodu, że nasza współpraca była naprawdę pasjonująca. Świat mógłby się walić, a ona, siedząc przed swoją nową sukienką, nawet by tego nie zauważyła.

Dla niej nic nigdy nie jest wystarczająco piękne, wystarczająco doskonałe. Życie istnieje wyłącznie w jej sukienkach. Niczym nieznająca skruchy Penelopa, prze do przodu, rozpruwając, przerabiając, odcinając, rozcinając i doprowadzając do skrajnego wyczerpania wszystkich dookoła, łącznie ze mną. Jest w tym niezmordowana. Jej zapał wzrasta, w miarę jak zbliża się dzień pokazu nowej kolekcji, a prawdziwe apogeum osiąga, gdy zmęczenie modelek dochodzi do punktu krytycznego, co ona, po dwudziestu próbach, komentuje następująco:

– Wyglądają jak nietknięte!

Madame Marguerite była osobą, której potrzebowałem. Jej pasja do strojów mogła się równać jedynie z moją. Wybadałem ją przez wspólną znajomą. Związana z domem mody Patou, była jednym z jego filarów. Uległa jednak chęci zmiany środowiska, a także osobliwemu pragnieniu, aby poznać jeszcze więcej, mimo że wiedziała aż tyle. Aby sfinalizować podbój najgłówniejszej z głównych krawcowych, specjalnie dla niej wymyśliłem stanowisko dyrektorki technicznej.

To, czym był do niedawna zawód krawca

Aby dobrze opisać zakres tej nowej funkcji, muszę streścić ewolucję krawiectwa od czasów poprzedzających wybuch pierwszej wojny światowej. Jeżeli dzisiaj możemy porównać kreatora mody do reżysera teatralnego, to w czasach Paquin i Douceta[4] kojarzył się bardziej z producentem filmowym. Jego zawód polegał na wykorzystywaniu pomysłów innych i nadawaniu im wartości.

Niewątpliwie potrzebne było do tego niezawodne wyczucie smaku. Pozwalało ono wybrać najlepsze materiały lub szkice wyspecjalizowanych rysowników, którzy chodzili od domu do domu, proponując to, co do dziś nazywamy rycinami. Podobnie jak proces szycia sukienki rozdzielony był pomiędzy szwaczki szyjące niezależnie spódnice, rękawy i gorsety, które następnie łączono, na kolekcję składał się zbiór kreacji pochodzących z różnych pracowni, autorstwa różnych projektantów pracujących w pełnej zawiści tajemnicy. Jedynym, co nadawało odrobinę jednolitości tej zbieraninie, była osoba dyrektora domu mody. Wartość strojów określana była przede wszystkim przez jakość wykończenia, przywiązanie wagi do szczegółów i piękna materiału, natomiast sam krój często się nie zmieniał przez wiele sezonów.

To tłumaczy monotonię w modzie z początku XX wieku i wynikającą z niej konieczność, by urozmaicić stroje, pokryć je mnóstwem pieczołowicie dopracowanych ozdób. Wszystkie te tasiemki, haftki, koronki, falbanki i ozdóbki miały na celu podkreślić użyte formy, których sam krój nie byłby w stanie rozróżnić. Dodajmy do tego, że każda klientka chciała mieć „swoją” sukienkę. Madame de X nie mogła nosić takiej samej kreacji jak jej przyjaciółka, Madame de Y, a już na pewno nie tej samej co znana wszystkim Mademoiselle de Z, o której mówił cały Paryż. Ponieważ niemożliwe było, by dla każdej z nich wymyślać osobny krój, zmieniały się tylko ozdoby.

Paul Poiret

Pojawienie się Poireta wywróciło wszystko do góry nogami.

Ten wielki artysta był przede wszystkim kreatorem i dekoratorem. Na nieszczęście nie był handlowcem, co potwierdził smutny koniec jego życia. Zanim otworzył własny dom mody, przez długi czas pracował jako rysownik u Douceta. Brał materiał do rąk, zwinnie owijał go wokół ciała swoich modelek, nie troszcząc się zbytnio o dokładność: zdumiewający kolor, kilka radosnych cięć nożycami, szpilki i sukienka gotowa!

Po kreacjach pieczołowicie wykończonych, wymuskanych do granic możliwości przyszła pora na modele bardziej odważne, naszkicowane jakby niedbale niczym na obrazach Boldiniego. Żegnajcie ozdoby i zabawy z igłą i nitką! Różowa sukienka Iribe’a wyparła różową sukienkę à la Madame Pompadour, a tkane materiały inspirowane modą orientalną zdetronizowały wzorzyste tkaniny rodem z XVIII wieku.

Poiret mocno inspirował się wpływami bizantyjskimi i perskimi, które przedostały się do mody dzięki Sarah Bernhardt, a następnie Baletom Rosyjskim. Artyści rewolucjonizowali wszystko, jak gdyby przewidywali wstrząs, który przyniosła pierwsza wojna światowa. Rodził się kubizm, czego wdzięczące się damy, uwiecznione na obrazach Helleu czy Boldiniego, nie miały nawet czasu zauważyć, ponieważ tak bardzo były pochłonięte pospieszną zamianą swych sukni na kole na słynne jupes-culottes[5]. Eleganckie stroje dam w gorsetach ustępowały miejsca z lekka ograniczonej swobodzie. Każda kobieta czuła się niczym odaliska[6], niczym jedna z legendarnych kapłanek, których idealnym wcieleniem była Ida Rubinstein w teatralnym kostiumie zaprojektowanym przez Baksta.

Przypisy
[1] Marie Angélique de Scorraille de Roussille (1661–1681) – jedna z faworyt króla Ludwika XIV. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
[2] Styl we francuskiej modzie lat czterdziestych, popularny wśród młodych ludzi, którzy ubierali się na modłę angielską i amerykańską, manifestując przy tym swoją miłość do jazzu. Nosili zbyt długie ubrania, co w czasach racjonowania materiału na ubrania było protestem przeciwko polityce rządu w Vichy.
[3] W języku francuskim „interesy” to affaires. W liczbie pojedynczej słowo to oznacza „aferę”, a także „trudność”, „skomplikowaną sytuację”.
[4] Jeanne Paquin (1869–1936) i Jacques Doucet (1853–1959) należą do grona pierwszych wielkich projektantów francuskich.
[5] Tunika wypuszczana na spodnie „haremki”. Jupe-culottes uznaje się za kreację, która utorowała drogę noszonym przez kobiety i społecznie akceptowanym spodniom.
[6] Biała niewolnica w haremie sułtańskim.