Wydawca: Dream Music Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Diana – Moja Historia ebook

Andrew Morton

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Diana – Moja Historia - Andrew Morton

Wstrząsający światowy bestseller, który Diana pomagała pisać, i który ukształtował jej los i przeznaczenie oraz zmienił królewska rodzinę na zawsze.

Istnieje tylko jedna prawdziwa i źródłowa biografia Diany, księżnej Walii: ta, w której powstawaniu ona sama sekretnie brała udział. To jest właśnie ta książka.

O Lady D opublikowano setki książek – biografie oparte głównie na plotkach i  żalach niechętnej służby, ograniczonym widzeniu przyjaciół lub tzw. przyjaciół oraz ilustrowane zdjęciami, pstrykanymi przez paparazzich.

Diana – Moja Historia” opiera się na zarejestrowanych na magnetofonie wywiadach, przekazanych w sekrecie przez księżną Walii Andrew Mortonowi w czasie głębokiego kryzysu w małżeństwie księżnej oraz w jej życiu, ilustrowanych unikalnymi kolorowymi fotografiami, które ona  sama dostarczyła. Odkąd życie Diany tak dramatycznie się zakończyło, ta książka jest tak bliska autobiografii, jaką świat kiedykolwiek może otrzymać.

Prasa o biografii „Diana – Moja Historia”:

„Najlepiej udokumentowana i miarodajna książka o rodzinie królewskiej, jaka kiedykolwiek powstała”  – Sunday Times

„Nowoczesna klasyka, książka, która zmieniła życie tych, którzy byli jej bohaterami” – London Evening Standard

„…wiarygodny, intrygujący, lecz także alarmujący portret ‘ostatniej ikony dwudziestego wieku’ ”– Daily Telegraph

Opinie o ebooku Diana – Moja Historia - Andrew Morton

Fragment ebooka Diana – Moja Historia - Andrew Morton

Tytuł oryginału: DIANA: HER TRUE STORY – IN HER OWN WORDS

First published in 1992 as Diana: Her True Story

by Michael O’Mara Books Limited

Copyright © Andrew Morton, 1992

In Her Own Words

Copyright © Michael O’Mara Books Limited, 1997

Revised (excluding In Her Own Words) in 1998, 2003, 2013

Copyright © for the Polish edition by Dream Books

(A division of Dream Music Ltd.), Warsaw, Poland 2013

Cover designed by Małgorzata Białkowska-Mackowiak (Dream Books)/Ewa Majewska

Copyright © for the Polish translation

by Elżbieta Królikowska-Avis/Dream Books, 2013

Tłumaczenie: Elżbieta Królikowska-Avis

Redakcja i korekta: Magdalena Pluta

Wydanie I

ISBN: 978-83-936945-5-6

Dream Books

Dream Music Sp. z o.o.

ul. Wspólna 50 lok. 9, 00-687 Warszawa, Polska

Tel. +48-22-4035713

Fax +48-22-4035713

E-mail:info@dreambooks.com.pl

Website:www.dreambooks.com.pl, www.dreammusic.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Andrew Morton, jeden z najbardziej znanych biografów świata, jest czołowym autorytetem w gatunku biografii celebrytów i jednym z najlepszych dziennikarzy śledczych swoich czasów. Jego pierwszy bestseller, kontrowersyjna Diana: prawdziwa historia, zmienił publiczną percepcję brytyjskiej monarchii, a kolejny, Monika Lewinsky: jej historia, dał opis prawdziwych zdarzeń, które stały za próbą impeachmentu prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona.

NiedawnoPosh&Becks, jego bestsellerowa biografia dwojga celebrities Dawida i Wiktorii Beckham, została zakwalifikowana jako krytyka nowoczesnej kultury celebrytów, a Madonnarzuciła nowe światło na tę najsłynniejszą piosenkarkę ostatnich dwóch dekad. Najnowsza książka Mortona, Nine for Nine, jest dramatycznym studium akcji ratunkowej, jaka miała miejsce latem 2012 roku – kiedy dziewięciu górników z Queecreek w stanie Pensylwania zostało schwytanych w pułapkę pod ziemią – była szczególnie zachwalana przez tych, którzy brali udział w tej akcji.

Andrew Morton jest laureatem wielu nagród, m.in. Autora Roku, Dziennikarza Śledczego Roku i Temat Roku, a także specjalnej nagrody za służbę w zawodzie dziennikarskim. Diana: prawdziwa historia stała się drugą najlepiej sprzedającą się brytyjską książką 1992 roku, a jej wznowienie, po śmierci księżnej Diany, pt. Diana. Moja historia – książka, która po raz pierwszy udowodniła, że księżna współpracowała przy powstawaniu tej publikacji i zawierała jej własną relację wydarzeń – stała się bestsellerem 1997 roku. Miliony egzemplarzy obu wersji książki i sequelu tejże pt. Diana: Her New Life, rozeszły się błyskawicznie w księgarniach całego świata, a pierwsza z nich została przetłumaczona na więcej niż trzydzieści pięć języków.

Andrew Morton mieszka w Londynie z żoną i dwiema nastoletnimi córkami.

Podziękowania

Biografia księżnej Walii jest o tyle unikalna, że historia, jaką zawiera na swych stronicach, nigdy by się nie ukazała, gdyby nie całkowita i entuzjastyczna współpraca Diany. Cała story została oparta na długich, zarejestrowanych na magnetofonie, wywiadach z księżną, uzupełnianych przez świadectwa jej rodziny oraz przyjaciół. Podobnie jak Diana, oni także współpracowali z całą uczciwością i szczerością – choć musieli wyrzec się swego głęboko wpojonego zwyczaju dyskrecji i lojalności, którą zawsze powoduje bliskość królewskiej rodziny. Dlatego moje wielkie dzięki za ich współpracę są równie szczere i serdeczne.

Chciałbym wyrazić ogromną wdzięczność bratu księżnej Walii, dziewiątemu hrabiemu Spencer, za przekazanie mi wielu szczegółowych wspomnień o jej dzieciństwie i latach młodzieńczych.

Podziękowania składam także baronessie Falkender, Carolyn Bartholomew, Sue Beechey, dr. Jamesowi Colthurstowi, Jamesowi Gilbeyowi, Malcolmowi Grovesowi, Lucindzie Craig Harvey, Peterowi i Neilowi Hicklingom, Felixowi Lyle’owi, Michelowi Cashowi, Delissie Needham, Adamowi Russellowi, Rory’emu Scottowi, Angeli Serocie, Muriel Stevens, Oonagh Toffolo i Stephanowi Twiggowi.

Są także inni, których nazwisk nie mogę wymienić z uwagi na pozycję, jaką zajmują, a którym zawdzięczam wiele bezcennych informacji.

Na koniec składam wyrazy wdzięczności mojemu wydawcy Michaelowi O’Marze, za jego porady i wsparcie na ciernistej drodze od pomysłu do ostatecznej realizacji, oraz mojej żonie Lynne za jej cierpliwość i wyrozumiałość.

Andrew Morton

wrzesień 1997

PODZIĘKOWANIA DLA FOTOGRAFÓW

Przed śmiercią w marcu 1992 roku ojciec księżnej Walii, ósmy hrabia Spencer, był uprzejmy udostępnić mi rodzinne albumy. Większość zdjęć w tej książce zreprodukowano z tych właśnie zbiorów. Jestem mu niezmiernie wdzięczny za jego wspaniałomyślną pomoc.

Piękne portrety księżnej Walii i jej dzieci zamieszczone w tej książce zostały wykonane przez Patricka Demarcheliera, który całe swoje honorarium przekazał na fundację Turning Point. Inne źródła zostały oddzielnie zaznaczone w podpisach pod fotografiami.

Wprowadzenie

Tragiczna śmierć Diany, księżnej Walii, 31 sierpnia 1997 roku, pogrążyła świat w żalu i smutku, jakich nie pamiętały nasze czasy. Ten spontaniczny wybuch bólu był nie tylko sygnałem jej osobistego wpływu na światową scenę, lecz także potencjalnego wpływu, jaki mogła wywierać jako kobieta – chorąży sztandaru swojej generacji, nowego porządku i nowej przyszłości. Wciąż jeszcze próbujemy dojść do siebie nie tylko po stracie jej samej, ale i wszystkiego, co dla nas znaczyła – nawet ci, którzy nigdy jej nie spotkali, czuli się do głębi poruszeni, doznając żalu, jakiego czasem nie potrafili okazać swoim krewnym i przyjaciołom. Jakimś trudnym do zrozumienia cudem stała się uosobieniem ducha swoich czasów, więc kiedyśmy ją już pochowali, pochowaliśmy także jakąś cząstkę samych siebie. Ci, którzy przybyli z pielgrzymką, aby złożyć kwiaty przed jej londyńskim domem, Kensington Palace, płakali nie tylko z powodu jej odejścia, lecz także z własnych przyczyn. Kiedy – o ironio! – została kiedyś zapytana, jakie epitafium chciałaby mieć na swoim grobie, odpowiedziała: „Wielkie nadzieje zdruzgotane w dzieciństwie”. Fraza ta podświadomie określała z jednej strony jej krótkie życie, z drugiej zaś – ducha, jaki reprezentowała.

Pośród tych wszystkich łez i kwiatów czaiło się poczucie wstydu, winy i gniew na królewską rodzinę, która ją opuściła i mass media, które ją ścigały. Ten nastrój sięgał o wiele głębiej, pokazując, jak bardzo zmienił się charakter naszych czasów. W ciągu ostatnich kilku lat płyty tektoniczne społeczeństwa przesunęły się kulturowo, obyczajowo i politycznie. Ci sami ludzie, którzy zabrali głos podczas wyborów w maju 1997 roku, dając historyczne zwycięstwo Partii Pracy, w dniach poprzedzających pogrzeb Diany i w jego trakcie wyartykułowali swoje rozczarowanie i niezadowolenie z dwóch potężnych instytucji, mediów i monarchii, które – jak twierdzili – zdradziły nie tylko Dianę, księżną Walii, lecz także ich samych. Ona była z narodu i dla narodu, a premier Tony Blair zdołał uchwycić ten nastrój, gdy jako pierwszy nazwał ją „księżniczką wszystkich ludzi”.

Kiedy Elżbieta II, stojąc z rodziną przed bramą Buckingham Palace, skłoniła głowę przed lawetą z trumną Diany, było to coś więcej niż tylko gest szacunku dla powszechnie kochanej kobiety. Była to także zgoda na przemijanie starych porządków i nadejście nowej etyki, którą Diana personifikowała w sposób tak idealny. W swojej elektryzującej pogrzebowej oracji brat Diany, hrabia Spencer, znakomicie oddał ten nastrój; w ciągu krótkich siedmiu minut przeobraził się z syna mało znanej arystokratycznej rodziny w narodowego bohatera. Ale ważniejszy niż sztych rapiera wymierzony w rodzinę królewską – „ona nie potrzebowała królewskiego tytułu, aby stworzyć ten szczególny rodzaj magii” – niż gwałtowny atak na media, był fakt, że jego eulogia, w swojej formie i treści, tak doskonale oddawała charakter Diany. Jego mowa, odważna i lekkomyślna – pełna troski uczciwość i prawda sięgająca ponad społeczne zawiłości – zwariowana w swojej logice, pozwoliła osiągnąć to, o co Diana walczyła przez całe dorosłe życie: aby przemawiać do ludzi ponad głowami tych, którzy rządzą, czy jest to rodzina królewska, politycy czy magnaci prasowi. Jak dowiodły spontaniczne oklaski, które nastąpiły po tym przemówieniu, w chwili śmierci Diana znalazła swojego orędownika i obrońcę.

W latach, które nastały po tym doniosłym tygodniu, nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i świecie, wiele powiedziano i napisano o tym, co Diana znaczyła dla nas, indywidualnie i zbiorowo, jako społeczeństwa. Ponieważ jej życie stało się w jakimś sensie parabolą naszych czasów, to, co napisano i powiedziano, było nie dość, że słuszne i właściwe, ale i wskazane. Po prostu pojawiła się potrzeba oceny jej życia. Kiedy pisałem swoją książkę, w drodze był już tuzin biografii, kaset wideo i albumów wspomnieniowych. Rzecz w istocie nieuchronna, ponieważ chcieliśmy poznać lepiej te cechy jej charakteru, które sprawiły, że Diana stała się postacią niemal mitycznych rozmiarów. Za jakiś czas pył historii przesłoni jej postać, więc pamiętniki tych, którzy ją znali lub myśleli, że znali, odmienią publiczną percepcję kobiety, która stała się najbardziej hołubioną ikoną naszych czasów. Wciąż jednak istnieje niebezpieczeństwo, że odbiór przez Dianę swojego życia i spraw, o których tak desperacko chciała się wypowiedzieć, zostanie z upływem czasu zweryfikowany.

Łatwo mi było zaakceptować ten historyczny proces; obie moje książki, Diana: prawdziwa historia i Diana: jej nowe życie, są obecnie światowymi bestsellerami, z komercyjnego więc punktu widzenia lepiej by było niczego, co zostało w nich powiedziane, nie zmieniać. Niemniej zniekształcenie historii w niezgodzie z duchem uczciwości i otwartości księżnej, tak błyskotliwie uchwyconym na pogrzebie przez jej brata, hrabiego Spencera, oznaczałoby brak szacunku dla jej pamięci.

Ludzie nigdy nie zdawali sobie sprawy z zakresu zaangażowania księżnej w książkę Diana: prawdziwa historia, której pierwsze wydanie ukazało się w czerwcu 1992 roku. Naszym zamierzeniem była autobiografia, osobisty testament kobiety, która w tamtym czasie widziała siebie jako osobę bezsilną i pozbawioną głosu. Książka wypełniła się treścią, która spływała z jej ust, a ból serca został zarejestrowany na magnetofonie w serii wywiadów, nagranych w Kensington Palace latem i jesienią 1991 roku. Nie było tam świateł kamery, prób ani kolejnych ujęć. Słowa, jakie wypowiadała, płynęły wprost z jej serca, kreśląc żywe, a czasem smutne detale izolacji, samotności i smutku kobiety podziwianej i uwielbianej przez świat. Patrząc na tę rozwijającą się przed naszymi oczami tragedię jej życia i przedwczesnej śmierci, trudno czytać to ponownie, nie roniąc łez. Dziś jej świadectwo pozostaje wciąż żywe – wyjątkowy świadek przed trybunałem historii.

Od brzemiennego w skutki lata 1991 roku zmieniło się tak wiele, że niełatwo przekazać ową straszliwą bezsilność, jaką księżna Walii wtedy odczuwała. Uważała się za więźnia niespełnionego małżeństwa, przykuta kajdanami do nieczułego królewskiego systemu i przytwierdzona łańcuchami do zakłamanego publicznego image’u. Gdziekolwiek szła, szedł za nią ochroniarz, każdy moment jej życia był odnotowany, a każdy gość w jej domu – zauważony i sprawdzony. Miała wrażenie, że jest pod ciągłym nadzorem, nie tylko monitorowana przez policję i fotoreporterów, lecz także obserwowana z podejrzliwością przez rodzinę królewska i jej dworzan. A cały ten czas skrywała sekret, który powoli ją wyniszczał. Sama uważała swoje życie za groteskowe i totalne kłamstwo.

Jej małżeństwo z księciem Walii było ostatecznie zakończone. Wiedziała, że powrócił do pierwszej miłości swojego życia, Camilli Parker-Bowles. Sama sobie wydawała się postacią z powieści Kafki; jej niepokoje establishment potraktował jako fantazje i paranoję, zapewne aby mieć czas na stworzenie alibi, które miało ukryć niewierność jej męża. Jak próbowała wyjaśnić wiele lat później w słynnym wywiadzie w Panoramie BBC: „Przyjaciele ze strony mojego męża twierdzili, że jestem niezrównoważona, chora i aby wyzdrowieć, powinnam zostać hospitalizowana. Byłam problemem”. Lecz – jak świat zdążył się dowiedzieć – instynkt prowadził ją we właściwą stronę. Książę Walii sam przyznał się do cudzołóstwa, po tym, jak jego małżeństwo w połowie lat osiemdziesiątych okazało się „nieodwracalnie zniszczone”. Kiedy w tamtych czasach patrzyła na swoje małżeństwo, najbardziej się bała, że koła bliskie jej mężowi rozpoczęły proces dyskredytowania jej i przekonywania świata, że zachowuje się irracjonalnie i nie ma kwalifikacji ani do macierzyństwa, ani do reprezentowania monarchii.

Jej frustracja miała dwie przyczyny. Były to: bardzo konserwatywna formuła monarchii oraz rozpadające się małżeństwo. Czuła intuicyjnie, że styl brytyjskiej monarchii był przestarzały, a jej własna rola i ambicje wciąż ograniczane. Dworzanie lub, jak ich nazywała, „ludzie w szarych garniturach”, byliby zadowoleni, widząc ją jako posłuszną żonę i matkę, atrakcyjną ozdobę jej inteligentnego męża. I, jak się orientowała, system wciąż minimalizował jej pozycję, aby umacniać jego popularność. Kiedy tak patrzyła z okien swojego więzienia, rzadko mijał dzień bez kolejnego bębnienia w drzwi jej celi i ryglowania kolejnego zamka, podczas gdy przed oczami publiczności snuto baśń, którą podobno było jej życie. Opublikowanie w 1991 roku, na dziesięciolecie ich małżeństwa, serii książek i artykułów, było jak nowa blokada w tym więzieniu. „Czuła, że pokrywa zamyka się nad jej głową – wspominał jeden z przyjaciół. – W przeciwieństwie do innych kobiet nie miała tego komfortu, aby odejść z dziećmi”.

Jak więzień, skazany za zbrodnie niepopełnione, Diana czuła imperatyw, aby wykrzyczeć światu prawdę o swoim życiu, swoich problemach i swoich ambicjach. Miała głębokie poczucie, że nie jest traktowana sprawiedliwie. Po prostu chciała mieć prawo wyrazić, co ją nurtowało, mieć szansę opowiedzenia ludziom historii swego życia, i dopiero wtedy pozwolić im ją osądzić. Czuła, że potrafiłaby wyjaśnić narodowi – jej narodowi – swoją story, aby mógł ją zrozumieć, zanim będzie za późno. „Pozwólmy im być moimi sędziami – powiedziała, ufna, że publiczność nie osądzi jej tak surowo jak rodzina królewska i mass media. Jej pragnienie, aby wyjaśnić to, co uważała za prawdę, splatało się z lękiem, że w każdym momencie jej wrogowie z pałacu obwołają ją chorą psychicznie i zamkną w szpitalu. I nie był to bezpodstawny strach – kiedy w 1995 roku została wyemitowana Panorama, ówczesny minister obrony Nicholas Soames, bliski przyjaciel i equerry księcia Karola, publicznie określił jej zachowanie jako „zaawansowaną paranoję”.

Tylko jak przemycić swój przekaz światu za murami więzienia? Rozglądając się po brytyjskiej scenie medialnej, dostrzegła kilka miejsc, gdzie mogłaby sprzedać swoją historię. Do dziś dnia, chociaż poraniona i upokorzona, monarchia wywiera potężny wpływ na mass media. A w 1991 roku, kiedy powstawała Diana. Moja historia, dominacja królewskiej rodziny była niemal kompletna. Dom Windsorów był wtedy najbardziej potężną i wpływową familią w Wielkiej Brytanii. Toteż gdyby Diana jedynie zasygnalizowała, że chce opublikować prawdę o swojej sytuacji, tzw. wiarygodne media, BBC i ITV oraz national, poważne dzienniki krajowe, dostałyby zbiorowego ataku spazmów. A gdyby jej historia pojawiła się w tabloidach, zostałaby przez establishment zlekceważona jako kompletne bzdury. Więc co robić? Wielu bliskich przyjaciół Diany martwiło się wtedy o jej bezpieczeństwo. Wiadomo było o kilku niezbyt poważnych, ale jednak próbach samobójczych, dlatego widząc coraz większą jej desperację, byli zaniepokojeni, że może znów próbować odebrać sobie życie – jakkolwiek uspokajała ich myśl, że miłość do dzieci nigdy nie pozwoli jej wejść na tę ostateczną drogę.

Kiedy zimą 1990 roku rozpocząłem dokumentację biografii księżnej Walii, niewiele wiedziałem o tych wszystkich sprawach. Od 1982 roku pisywałem o rodzinie królewskiej, jako dziennikarz i pisarz, i zdobyłem w kilku pałacach i kręgach księżnej Walii i księżnej Yorku wiele kontaktów. Przedtem, w 1990 roku, napisałem Pamiętniki Diany, lifestyle’ową książkę o żonie następcy tronu, która, jak się potem dowiedziałem, została przez nią bardzo dobrze przyjęta. Już podczas gromadzenia dokumentacji do tej książki stało się dla mnie jasne, że z małżeństwem królewskim nie jest dobrze, a przyjaciele Diany i członkowie jej personelu robili na ten temat niepokojące aluzje. Te wszystkie wzmianki były intrygujące, ale nie stanowiły żadnej niespodzianki. Spekulacje dotyczące małżeństwa księcia i księżnej Walii słyszało się od ich wizyty w Portugalii w 1987 roku, kiedy to poprosili o oddzielne sypialnie. I tak, przygotowując się do napisania kolejnej książki, biografii księżnej, postanowiłem odsłonić znane mi zdarzenia i fakty z jej życia. I wkrótce miałem poznać całą bolesną prawdę.

Kiedy Diana zastanawiała się nad dylematami swojego życia w rodzinie królewskiej, dostrzegła, że seria artykułów, które napisałem dla Sunday Timesa – między innymi na temat wrzawy po odrzuceniu przez księżną oferty bankietu urodzinowego, jaki zamierzał wydać dla niej w Highgrow książę Karol, oraz rezygnacji sekretarza księcia, sir Christophera Aireya – jest jej życzliwa. Już wiedziała, że dokumentuję historię jej życia, że jestem pisarzem niezależnym, niezwiązanym ani z Fleet Street, ani, co ważniejsze, z trollami z Buckingham Palace – co było istotne z uwagi na plany przyszłych działań. I po pewnym skądinąd oczywistym wahaniu zdecydowała się otworzyć mi drzwi do swego wewnętrznego sanktuarium. Poprosiła, abym został kanałem transmisyjnym „jej prawdziwej historii”.

Natrafiliśmy jednak na dużą przeszkodę. Pojawienie się u bram Kensington Palace pisarza natychmiast uruchomiłoby system alarmowy – zwłaszcza że książę Karol wciąż jeszcze tam mieszkał. Tak więc – jak nam to uświadomił Martin Bashir, dziennikarz telewizyjny, który kilka lat później prowadził wywiad z księżną dla programu BBC Panorama – podstęp był jedyną drogą obejścia czujnego oka królewskiego systemu. I tak, Bashir w listopadzie 1995 roku, kiedy chciał nagrać ten wywiad, pewnej niedzieli przeszmuglował do Kensington Palace całą ekipę kamerzystów BBC.

W moim przypadku wywiady z Dianą były rejestrowane przez zaufanego pośrednika, dlatego gdyby księżną zapytano „Czy spotkałaś się z Andrew Mortonem?”, mogłaby bez wahania odpowiedzieć „nie”. Przekazałem jej niezliczoną ilość pytań na temat każdego aspektu jej życia, rozpoczynając naturalnie od dzieciństwa. A ona, w ciszy swojego prywatnego saloniku, nagrywała odpowiedzi na raczej antyczny magnetofon, tak obszerne i dokładne, jak potrafiła. To była oczywiście bardzo niedoskonała metoda, która nie dawała szansy na natychmiastowe zadanie dodatkowego pytania, by pociągnąć interesujący wątek, lecz bardzo szybko obraz jej życia, jaki się zaczął wyłaniać, okazał się diametralnie różny od oficjalnego image’u. Byłem pisarzem, który spędził wiele czasu na dworskich salonach, gdzie oficjalną walutą były wykręty, dwuznaczności i sekrety, ale nawet ja byłem zdumiony, słuchając szczerych wynurzeń Diany, i z trudem mogłem uwierzyć w tę zdumiewającą historię.Podczas pierwszej sesji – wiele pytań zostało przygotowanych wcześniej – natychmiast po włączeniu magnetofonu słowa popłynęły jak rzeka, z krótkimi interwałami na głębszy oddech. To była dla niej wielka ulga.

Po raz pierwszy, odkąd żyła na dworze, poczuła, że coś od niej zależy. Wreszcie jej głos wkrótce dotrze do ludzi, prawda wyjdzie na jaw. „Powiedz, aby Noah [pseudonim, jakim mnie nazywała] zrobił wszystko, by ujawnić tę historię” – poleciła swoim zaufanym, rozczarowana tym, że proces pisania i dokumentowania książki musi trwać tak długo. Wybór tego pseudonimu świadczy o jej subtelnym poczuciu humoru. Pojawił się wtedy, gdy w jakiejś amerykańskiej gazecie opisano mnie jako „pisarza i historyka”. Bardzo ją to pompatyczne określenie rozbawiło i od tego czasu zawsze, kiedy mówiła o mnie, używała imienia Noah. Weszło to do naszego stałego repertuaru dowcipów.

Jej radość z pozbycia się ciężaru tajemnicy była odwrotnie proporcjonalna do odczuć innych osób z królewskiego dworu, instytucji, która jest niemal z definicji mieszaniną mitów i magii. Całymi latami przeprowadzałem wywiady z byłymi pracownikami dworu, którzy doświadczali ulgi, kiedy na koniec mogli opowiedzieć historię o tym, jak naprawdę wygląda życie w Buckingham Palace. Wynurzenia Diany to w istocie rodzaj spowiedzi: „Byłam wtedy na skraju wytrzymałości” – twierdziła podczas wywiadu w Panoramie. „Chyba miałam dość przedstawiania mnie jako kłębek nerwów – zwłaszcza że jestem osobą silną, no i znam prawdziwe przyczyny komplikacji systemu, w którym żyłam”.

Sam akt opowiadania o swoim życiu przynosił wiele wspomnień, niektórych radosnych, innych niemal zbyt trudnych, aby wyrazić je słowami. Jej nastroje bezustannie się zmieniały jak pole zboża falujące od podmuchów wiatru. Opowiadając bardzo szczerze o swoich zaburzeniach łaknienia, bulimia nervosa, i nie do końca poważnych próbach samobójczych, gdy mówiła o mrocznych latach1 na dworze królewskim, miewała poważne kryzysy. Wciąż podkreślała swoje głębokie przeświadczenie, że nigdy nie będzie królową, oraz inne, że została przeznaczona do jakiejś szczególnej roli. W głębi duszy wiedziała, że jej przeznaczeniem jest podążać drogą, na której monarchia będzie odgrywać drugorzędną rolę. Patrząc z perspektywy czasu, były to słowa prorocze.

Czasami bywała radośnie ożywiona, zwłaszcza kiedy opowiadała o swoim krótkim życiu jako singielki. Z melancholią wspominała o romansie z księciem Karolem, ze smutkiem – o nieszczęśliwym dzieciństwie, i z widoczną pasją – o wpływie, jaki wywarła na jej życie Camilla Parker-Bowles. Tak bardzo się bała, aby nie postrzegano jej jako głuptaski czy paranoiczki, że – aby udowodnić, iż sobie tego związku nie wymyśliła – pokazała nam kilka listów i pocztówek od pani Parker-Bowles do księcia Karola.

Te billets-doux, pełne namiętności, miłości i skrywanej tęsknoty, nie pozostawiały ani mojemu wydawcy, ani mnie żadnych wątpliwości, że Diana miała rację. Jednak, jak powiedzieli nam znakomici prawnicy, specjalizujący się w sprawach o ochronę dóbr osobistych, w surowym prawie brytyjskim, nawet jeśli wiesz coś, co jest prawdą, nie uprawnia cię to do publicznego informowania o tym. Ku irytacji Diany i mimo ewidentnych dowodów nie mogłem napisać, że książę Karol i Camilla Parker-Bowles byli kochankami. Zamiast tego musiałem robić aluzje do „sekretnej przyjaźni”, która położyła się cieniem na królewskim małżeństwie.

Kolejne wywiady stanowiły dla mnie sposobność, aby wypełnić luki, pozostawione przez pierwsze dojmująco szczere, niczym niehamowane, historie z życia Diany. Dopiero po kilku tygodniach zorientowałem się, jak potężne było jej pragnienie wyrzucenia tego wszystkiego z siebie. I, patrząc na to z perspektywy czasu, jak bardzo niektóre pytania były w stosunku do zdarzeń nieadekwatne, oraz dlaczego czasami odpowiadała monosylabami lub po prostu niezrozumiale. W istocie wiele zdarzeń, do których odwoływałem się w moich ostatnich pytaniach, a które media uważały za ważne, miało niewielkie znaczenie. Przez cały proces przeprowadzania wywiadów działałem niejako na oślep. Przekopywałem się przez istniejący materiał w nadziei, że znajdę temat, który wzbudzi publiczne zainteresowanie i pozwoli uzyskać świeży ogląd spraw.

Proces zadawania pytań był więc dość przypadkowy, podobnie proces zbierania materiałów. Często informację, że Diana ma okazję przekazać odpowiedzi na pytania, otrzymywałem w ostatniej chwili. Wtedy szybko opracowywałem nową serię pytań, przekazywałem je i mogłem tylko mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Kiedy była zainteresowana pytaniami, a te okazywały się trafne, jej odpowiedzi były odkrywcze i wnikliwe. Tak czy inaczej, był to dla niej męczący proces, sesja nagraniowa rzadko trwała dłużej niż godzinę. Potem wyłączała magnetofon, czasem zbyt wcześnie, bo w pobliżu kręciła się służba, i kontynuowała rozmowę za pomocą notatnika, gdzie zapisywała ważniejsze fakty. Kiedy pracowałem nad partią materiału, musiałem zgadywać jej nastroje i zgodnie z tym postępować. Według niepisanej zasady wiedziałem, że Diana była najbardziej energiczna i skłonna do rozmowy w porze poranków, zwłaszcza podczas nieobecności w domu księcia Karola. Te sesje były najbardziej produktywne, i wtedy w pośpiechu, niemal jednym tchem nagrywała swoje historie. Kiedy opowiadała o najbardziej intymnych i trudnych okresach w swoim życiu, potrafiła być irytująco beztroska. Na przykład gdy po raz pierwszy wspomniała o podejmowanych próbach samobójczych, musiałem oczywiście wiedzieć, kiedy i gdzie miały one miejsce. Następnie przekazałem dodatkowe pytania na ten temat, które ona jednak potraktowała jako rodzaj dowcipu: „On chyba pisze całkiem niezły i długi nekrolog” – skomentowała to do swego rozmówcy.

Natomiast kiedy aranżowaliśmy sesję po południu, gdy poziom jej energii wyraźnie spadał, jej relacje były mniej owocne – zwłaszcza gdy miała akurat złą prasę czy nieporozumienia z mężem. Wtedy sensowniej było koncentrować się na szczęśliwszych czasach, jej wspomnieniach jako singielki oraz dzieciach, książętach Williamie i Harrym. Jednak mimo tych trudności, z upływem tygodni stawało się jasne, że jej ekscytacja i zaangażowanie w projekt rosną, zwłaszcza gdy ustaliliśmy tytuł książki. A kiedy wiedziała, że przeprowadziłem wywiad z jej zaufanym przyjacielem, zdarzało się, że przesyłała dodatkową informację, anegdotę czy korektę związaną z pytaniami, które przekazałem jej wcześniej.

Czasem wpadała w nastrój desperacji, marząc, by jej słowa dotarły do szerszego grona ludzi, jakkolwiek tonował go lęk, by Buckingham Palace nie odkrył, kto był tym Deep Throat, źródłem przecieku. Wraz ze zbliżaniem się daty publikacji książki, napięcie w pałacu stawało się coraz bardziej ewidentne. Jej nowo mianowany osobisty sekretarz Patrick Jephson tak opisywał tę atmosferę: „To było jak obserwowanie kałuży krwi powoli wypływającej spod zamkniętych drzwi”. W styczniu 1992 roku Dianę ostrzeżono, że pałac wie o jej pracy nad książką, choć na tym etapie nie znał jeszcze jej zawartości. Niemniej księżna pozostała niezachwiana w swojej decyzji, by kontynuować projekt. Napięcie niekoniecznie było jednostronne. Dwukrotnie koledzy z Fleet Street ostrzegli mnie, że Buckingham Palace ciężko pracuje nad wykryciem „kreta”. A krótko po pierwszym ostrzeżeniu włamano się do mojego biura, przeszukano teczki i segregatory, jednak – prócz kamery – nic nie zostało skradzione. Od tego momentu telefon ze scramblerem oraz miejscowe budki telefoniczne stały się jedyną bezpieczną drogą kontaktu z zaufanymi Diany, bez lęku, że rozmowa zostanie nagrana.

Ale podobnych problemów od początku się spodziewaliśmy. Dlatego postanowiliśmy dać Dianie do ręki broń, by w razie, gdyby została wezwana przez stróżów pałacu, mogła kategorycznie wyprzeć się jakiegokolwiek udziału w powstawaniu książki. Na pierwszej linii obrony postawiliśmy jej przyjaciół, którzy wyrazili zgodę, by wystąpić jako przykrywka jej współpracy ze mną. Formułując zatem pytania dla księżnej, równocześnie wysyłałem kilka, błagalnych listów do jej przyjaciół, którzy z kolei kontaktowali się z Dianą, aby zapytać, czy powinni, czy też nie udzielić mi wywiadu. To był w sumie żmudny proces twórczy. Jednych zachęcała, co do innych miała ambiwalentne uczucia, w zależności od tego, jak dobrze ich znała i jak bardzo się zgadzali co do prawdziwej natury naszego projektu. Wielu z tych wciągniętych w akcję twierdziło, że życie Diany nie mogłoby być gorsze, niż było, i że wszystko byłoby lepsze od sytuacji, w jakiej się teraz znajdowała. Panowało poczucie, że lada chwila, lada moment tama pęknie. Przyjaciele Diany wypowiadali się szczerze, choć doskonale wiedzieli, że to zaangażowanie może zwrócić na nich uwagę mediów. Jak podsumowała księżna podczas telewizyjnego wywiadu: „Wielu ludzi wiedziało, jak bardzo byłam nieszczęśliwa, i pomyślało, aby wesprzeć mnie w sposób, w jaki to uczynili”. Jej przyjaciółka i astrolog Debbie Frank potwierdziła ten nastrój na miesiąc przed ukazaniem się publikacji. „Były momenty, kiedy kończyłam spotkanie z Dianą z uczuciem troski i zaniepokojenia, bo wiedziałam, że znajduje się w ślepym zaułku. Toteż kiedy książka Andrew Mortona została opublikowana, poczułam ulgę, świat poznał jej tajemnicę”.

W kolejnych wywiadach przyjaciele księżnej i inni znajomi potwierdzili, że za uśmiechem i olśniewającym publicznym wizerunkiem stała samotna i nieszczęśliwa młoda kobieta, tkwiąca od lat w małżeństwie bez miłości, traktowana przez królową i resztę rodziny jak outsider, która często nie zgadzała się z celami i zadaniami królewskiego systemu. Jakkolwiek jednym z krzepiących aspektów jej historii było to, jak Diana usiłowała, ze zmiennym powodzeniem, dawać sobie w tej sytuacji radę – a czego skutkiem była jej przemiana z ofiary w kobietę, która przejęła kontrolę nad swoim losem. To był proces, który trwał nieprzerwanie aż do końca jej życia.

Dla mnie moment prawdy nadszedł, kiedy księżna przystąpiła do czytania maszynopisu. Był jej dostarczany, przy każdej sposobności, fragmentami. Na przykład pewnego późnego sobotniego poranka popedałowałem do ambasady brazylijskiej na Mayfair, gdzie księżna miała zjeść lunch z żoną ambasadora Lucią Flecha de Limą, a ja mogłem przekazać jej „ostatnią daninę”. Mając szansę opisać historię najbardziej kochanej kobiety świata, obawiałem się o to, czy dokładnie i uczciwie zinterpretowałem jej odczucia, słowa i opinie. Ku mojej wielkiej uldze czytała własne słowa spisane z nagranych wywiadów, rozproszone w tekście, już to jako cytaty, już to sparafrazowane w trzeciej osobie, z aprobatą. A raz była tak poruszona własną wzruszającą historią, że – jak przyznała – popłakała się z żalu nad sobą. Wprowadziła pewne poprawki co do faktów i rozłożenia akcentów, ale tylko jedną naprawdę znaczącą, która świadczyła o jej szacunku dla królowej. W którymś z wywiadów powiedziała, że kiedy będąc w ciąży z księciem Williamem, rzuciła się ze schodów w Sandringham, królowa była pierwsza na scenie wypadku. W moim maszynopisie Diana umieściła w tym fragmencie królową matkę, zapewne z szacunku dla monarchini.

Choć wielu przyjaciół Diany było gotowych kontynuować projekt dla podtrzymania wiarygodności tekstu, księżna przystała na to, by w książce – dla jej ostatecznego uwiarygodnienia – znalazły się wypowiedzi jej własnej rodziny. Zgodziła się także dostarczyć rodzinne albumy Spencerów, zawierające nieskończoną liczbę uroczych portretów Diany, wiele zrobionych przez jej zmarłego ojca, hrabiego Spencera. I pewnego dnia kilka dużych, czerwonych, wytłaczanych złotem rodzinnych albumów znalazło się w biurze mojego wydawcy Michaela O’Mary w południowym Londynie. Wyselekcjonowano pewną liczbę zdjęć, powielono je i albumy oddano. Księżna sama pomogła zidentyfikować wielu ludzi, wraz z nią uwiecznionych na fotografiach – bardzo lubiła to zajęcie, bo przywoływało szczęśliwe wspomnienia, zwłaszcza z czasów, kiedy była nastolatką. Wzięła pod uwagę fakt, że – aby sprawić, by książka naprawdę wyróżniała się na tle innych, musieliśmy zamieścić fotografie dotychczas niepublikowane. Ponieważ było jasne, że nie mogła wziąć udziału w fotosesji, więc sama wybrała i dostarczyła czarujący portret autorstwa Patricka De-marcheliera na okładkę, pochodzący z jej gabinetu w Kensington Palace. To ujęcie oraz inne, z dziećmi, zamieszczone wewnątrz książki, podobno należały do jej ulubionych.

Kiedy 16 czerwca 1992 roku książka ujrzała światło dzienne, Diana odetchnęła z ulgą, jej wersja wydarzeń ostatecznie dotarła do publiczności. Bardzo się jednak obawiała, czy jej sensacyjna historia nie zostanie odebrana jak jedna wielka brednia. No i czy kiedy zostanie oskarżona przez pałac, będzie mieć szansę wyprzeć się jakiegokolwiek związku z publikacją. To była rola, którą zagrała z brawurą. Pisarz i gwiazda telewizyjna Clive James wspominał, że jedząc z nią raz lunch, naiwnie zapytał, czy miała coś wspólnego z książką. Pisał: „W każdym razie wiem, że przynajmniej raz skłamała mi bez zmrużenia oka: «Naprawdę nie mam z książką Andrew Mortona nic wspólnego» – powiedziała. «Ale ponieważ moi przyjaciele z nim rozmawiali, musiałam ich wesprzeć». I kiedy to mówiła, patrzyła mi prosto w oczy. Tak że wiem, jak bardzo może być przekonująca, nawet kiedy mówi wierutne kłamstwa”.

W rezultacie całkowicie zdystansowała się do książki, co znaczyło, że ja, jej przyjaciele i inni walczyliśmy w sprawie Diany, jak zdarza się w pojedynku, z jedną ręką przywiązaną z tyłu. Nie muszę dodawać, jaką byłoby pomocą, w obliczu lawiny zniewag i potwarzy z powodu trzech zawartych w książce informacji – na temat zaburzeń łaknienia księżnej, jej prób samobójczych i związku księcia Karola z Camillą Parker-Bowles – gdyby Diana przyznała się do współpracy. Niechęć, uraza, sceptycyzm, z jakimiestablishment i jego akolici oraz media odebrały moją publikację, pokazywały, jak trudno jest Brytyjczykom przyjmować prawdę. Lecz w następnych miesiącach po tym zdarzeniu książka nie tylko zmieniła spojrzenie społeczeństwa na monarchię i zmusiła księcia i księżną Walii, by ostatecznie poinformowali o klęsce swojego małżeństwa, lecz także przyniosła coś, o czym Diana marzyła – nadzieję. Szanse na spełnienie, na przyszłość, kiedy będzie mogła żyć jako osoba wolna i niezależna. W ciągu następnych pięciu lat, a zwłaszcza kilku ostatnich miesięcy jej życia świat ujrzał jej prawdziwą naturę, zalety, które – gdyby nie miała dość odwagi i determinacji, aby opowiedzieć szerokiej publiczności o realiach swojego życia – na zawsze pozostałyby w ukryciu. Diana osiągnęła ten cel i usłyszała werdykt wyrażony morzem kwiatów dookoła Kensington Palace i w wielu innych miejscach, oraz tsunami żalu, który wstrząsnął nie tylko jej własnym krajem, lecz także resztą świata.

Odręczne poprawki Diany na oryginalnym maszynopisie książki

Niewątpliwie po ujawnieniu całej historii jej publiczny wizerunek przeszedł zdumiewającą metamorfozę, nie sądzę jednak, by kiedykolwiek naprawdę przemyślała konsekwencje odbioru naszej książki. Gdy zapytano ją o to podczas telewizyjnego wywiadu, odpowiedziała: „Nie wiem. Może ludzie mają teraz więcej zrozumienia dla sprawy, może jest wiele kobiet, w innych środowiskach, które borykają się z podobnymi problemami, ale nie potrafią przemówić w swojej sprawie, bo mają zaniżoną samoocenę?”. I tym razem jej instynkt okazał się nieomylny – dosłownie tysiące kobiet, w tym wiele Amerykanek, zwierzało się, jak czytając Dianę: prawdziwą historię, odkryły jakieś sprawy czy wartości ważne dla ich własnego życia. Najpoważniejszą motywacją księżnej było desperackie „wołanie o pomoc”, apel ponad głowami pałacu, który ją ograniczał, do ludzi, którzy ją kochali. Chciała im opowiedzieć swoją „prawdziwą historię”, aby mogli osądzić ją sami.

Chociaż Diany już nie ma, jej słowa pozostaną z nami na zawsze. Kiedy pisałem tę książkę, świadectwo księżnej zostało wykorzystane w tekście sotto voce – w krótkich cytatach lub za pośrednictwem trzeciej osoby. Jednym z dramatów jej krótkiego życia było to, że nigdy tak naprawdę nie dostała szansy, aby „zaśpiewać pełnym głosem”. Gdyby dane jej było cieszyć się długim życiem, w którymś momencie prawdopodobnie sama napisałaby swoje pamiętniki. Dalszy ciąg naszej książki to świadectwo jej życia wyrażone w taki sposób, jak chciała je sama opowiedzieć. Te słowa są wszystkim, co nam po niej pozostało – niczym jej testament, najbliższy w formie temu, czym mogłaby być jej autobiografia. Teraz nikt nie może jej tego odmówić.

DIANA, KSIĘŻNA WALIIJej własnymi słowami

Nota wydawcy: słowa przytoczone w tym rozdziale wyselekcjonowano z tych, które w latach 1991–1992 zostały przekazane przez Dianę, księżną Walii, Andrew Mortonowi i zamieszczone w książce Diana: prawdziwa historia. Cała zawartość rozdziału pochodzi bezpośrednio od Diany – prócz słów w nawiasach.

Dzieciństwo

W istocie [moje pierwsze wspomnienie] to zapach wnętrza mojego wózka. Był zrobiony z plastyku i tak właśnie pachniała buda wózka. Żywe wspomnienie. Przyszłam na świat w szpitalu, nie w domu.

Największe trzęsienie ziemi tego okresu to kiedy mamusia zdecydowała się odejść. Mamy tego ostre wspomnienie – cała nasza czwórka. Każde z nas ma swoją własną interpretację tego, co powinno się wtedy zdarzyć i co się zdarzyło. Ludzie opowiadali się po różnych stronach, ojca, mamy. Różni ludzie przestali się do siebie odzywać. Dla mojego brata i dla mnie jest to odległe, rozmyte przez czas, lecz bolesne wspomnienie.

Karol [jej brat] powiedział mi któregoś dnia, że nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo rozwód rodziców go dotknął, dopóki sam się nie ożenił i nie zaczął żyć na własną rękę. Ale moje siostry – ich dorastanie odbywało się poza zasięgiem mojego życia. Widywałam je tylko podczas wakacji. Nie pamiętam, żeby ten dystans był dla mnie czymś ważnym.

Uwielbiałam moją starszą siostrę i kiedy przyjeżdżała ze szkoły do domu, robiłam za nią pranie. Pakowałam jej walizki, przygotowywałam jej kąpiel, słałam łóżko – właściwie robiłam za nią wszystko. Zawsze opiekowałam się moim bratem. Moje siostry były bardzo niezależne.

Nasze nianie wciąż się zmieniały. Mój brat i ja, jeśli którejś nie lubiliśmy, podkładaliśmy na ich krześle pinezki albo wyrzucaliśmy przez okno ich ubrania. Zawsze traktowaliśmy je jako zagrożenie, bo próbowały przejąć rolę matki. Wszystkie były raczej młode i ładne. Wybierał je nasz ojciec. Dla nas było to małe trzęsienie ziemi, kiedy któregoś dnia wracaliśmy ze szkoły do domu i spotykaliśmy nową nianię.

Zawsze czułam się inna od moich kolegów i koleżanek i bardzo wyizolowana. Wiedziałam, że pójdę w inną stronę, choć wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, w którą. Kiedy miałam trzynaście lat, powiedziałam do ojca: „Wiem, że kiedyś poślubię jakąś ważną, publiczną osobę”, mając raczej na myśli, że będę żoną ambasadora – a nie kogoś na samym szczycie. To było bardzo nieszczęśliwe dzieciństwo. Zawsze widziałam moją matkę płaczącą. Ojciec nigdy nie rozmawiał o tym z nami. A my nigdy nie zadawaliśmy pytań. Zbyt wiele zmian nianiek, bardzo niestabilne to całe dzieciństwo. Generalnie nieszczęśliwa, i to poczucie izolacji od innych dzieci.

Kiedy miałam czternaście lat, myślałam, że nie jestem dobra właściwie w niczym, że jestem beznadziejna. To mój brat był zawsze tym, który świetnie zdawał w szkole egzaminy, ja byłam szkolnym nieudacznikiem. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego chyba byłam kłopotem dla rodziny. W późniejszych latach zrozumiałam, że po śmierci syna, dziecka, które urodziło się przede mną i zaraz zmarło, oboje [rodzice] desperacko chcieli mieć syna i dziedzica, a urodziła się trzecia córka. Co za pech, musimy próbować dalej! Teraz zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę. Jestem tego świadoma, zdaję sobie z tego sprawę, ale nie mam z tym problemu. Akceptuję ten fakt.

Uwielbiam zwierzęta, świnki morskie i wszystkie takie. Zdarzało się, że miałam w swoim łóżku dwadzieścia wypchanych zwierzątek-zabawek i dla mnie samej niewiele zostawało już w łóżku miejsca, każdej nocy musiały być tam ze mną. To była moja rodzina. Nienawidziłam ciemności, miałam obsesję na punkcie ciemności i do momentu, kiedy skończyłam dziesięć lat, zawsze musiałam mieć zapalone światło pozostawione na korytarzu. W ciemności słyszałam płacz mojego brata w jego sypialni na dole w innym końcu domu, płakał i wołał mamę, i był także nieszczęśliwy; a mój ojciec na dole w jeszcze innym końcu domu, i to zawsze było bardzo trudne. Nigdy nie miałam wtedy dosyć odwagi, żeby wyjść z łóżka. Pamiętam to do dziś.

Pamiętam, że moja mama wtedy bardzo często płakała, i kiedy co sobota przyjeżdżaliśmy do Londynu na weekend, każdego sobotniego wieczoru – to była standardowa procedura – zaczynała płakać. W soboty zawsze widzieliśmy ją zalewającą się łzami. „Co się stało, mamusiu?” „Oh, nie chcę, żebyście jutro odjeżdżali” – co, jak rozumiesz, dla dziewięciolatki było czymś strasznym. Pamiętam też najbardziej dramatyczną decyzję, jaką musiałam podjąć. Byłam druhną mojego bliskiego kuzyna i na próbie przed ślubem musiałam być elegancka i mieć odpowiednią sukienkę. I moja matka podarowała mi zieloną sukienkę, a mój ojciec – białą, oboje wyglądali tak wytwornie, wszystkie te stroje… Do dziś nie pamiętam, którą suknię w końcu założyłam, ale pamiętam tę moją traumę, którą wybrać, żeby nie okazać, że któreś z nich faworyzuję.

Pamiętam też, że toczyła się wielka dyskusja, że przyjedzie do mnie do Riddlesworth [szkoła przygotowująca dzieci do egzaminu do szkoły prywatnej] sędzia, a ja będę musiała mu powiedzieć, z którym z rodziców chciałabym mieszkać. Sędzia nigdy nie przyjechał, a nagle na scenie pojawił się mój ojczym [Peter Shand Kydd]. Karol i ja, mój brat i ja, pojechaliśmy do Londynu i zapytaliśmy mamusię: „Gdzie on jest? Gdzie jest ten twój nowy mąż?”. „Stoi tam przy bramce, gdzie sprawdzają bilety”- odpowiedziała. I zobaczyliśmy go, sympatycznego, bardzo przystojnego mężczyznę, i zapragnęliśmy go pokochać, i zaakceptowaliśmy go, a on był dla nas bardzo dobry, i bardzo nas rozpieszczał. Podobało nam się, że ktoś nas rozpieszcza, bo oboje [moi] rodzice nie byli w tym dobrzy. Ale mówiąc szczerze, nie mogliśmy się doczekać, aż będziemy niezależni, Karol i ja, aby rozpostrzeć nasze skrzydła i robić to, co chcemy. W naszych szkołach czuliśmy się inni, bo mieliśmy rozwiedzionych rodziców, a w tamtych czasach było to bardzo rzadkie. Ale kiedy skończyliśmy naszą preparatory school, już wszyscy byli w takiej samej sytuacji. Zawsze byłam inna. Zawsze coś mi mówiło, że jestem inna. Nie wiem, dlaczego. Byłoby mi nawet trudno o tym mówić, ale to zawsze tkwiło w mojej świadomości.

Rozwód rodziców pomógł mi w jakiś sposób zwrócić się w stronę innych ludzi, którzy byli nieszczęśliwi w swoim życiu rodzinnym, czy to był „syndrom ojczyma”, czy macochy, cokolwiek, ja to dobrze rozumiałam. Byłam, widziałam, znałam to z własnego doświadczenia.

Nigdy nie miałam problemów w kontaktach z ludźmi, czy to był ogrodnik, miejscowy policjant, ktokolwiek, podchodziłam do nich, żeby porozmawiać. Mój ojciec zawsze powtarzał: „Traktuj ludzi indywidualnie i nigdy nie próbuj się wywyższać”.

Po każdych świętach Bożego Narodzenia i po każdych urodzinach ojciec sadzał nas na krzesłach i musieliśmy, w ciągu dwudziestu czterech godzin, napisać listy z podziękowaniami. Nawet teraz, jeśli tego nie zrobię, wpadam w panikę. Kiedy wracam z jakiejś dinner party czy skądinąd, za co powinnam listownie podziękować, nawet o północy siadam i piszę, nie czekam z tym do rana, żeby mieć czyste sumienie. A teraz William też to robi – co jest świetne! To miłe, gdy ludzie doceniają to, co się dla nich robi.

Na wakacjach byliśmy czasem wszyscy zapraszani do Sandringham [rezydencja królowej w hrabstwie Norfolk]. Szliśmy i oglądaliśmy film Chitty Chitty Bang Bang. Nienawidziliśmy tam chodzić! Kiedy tam chodziliśmy, atmosfera była zawsze bardzo dziwna, zawsze protestowałam, krzyczałam i kopałam, kiedy ktoś chciał nas tam wysłać. A tatuś bardzo nas do tego nakłaniał, mówiąc, że jeśli nie pójdziemy, to będzie bardzo niegrzeczne. Krzyczałam, że nie chcę już oglądać filmu Chitty Chitty Bang Bang po raz trzeci z rzędu! Wakacje były zawsze bardzo ponure, bo trwały cztery tygodnie. Dwa tygodnie z mamusią i dwa tygodnie z tatusiem – i cała ta trauma przeprowadzania się z jednego domu do drugiego, a każde z rodziców, na swoim terytorium, próbowało zrekompensować nam rozwód, raczej rzeczami materialnymi niż innymi, na które czekaliśmy, ale których żadne z nas nie dostało. Kiedy mówię „żadne z nas”, myślę o moim bracie i o sobie, bo nasze starsze siostry były już zajęte w prepschools, już poza domem, podczas gdy mój brat i ja wciąż tam jeszcze tkwiliśmy.

Lata szkolne

Uwielbiałam ją [preparatory school, Riddlesworth Hall]. Jednak czułam się w jakiś sposób odrzucona, bo w domu byłam zajęta opiekowaniem się moim ojcem, i nagle dowiedziałam się, że wyjeżdżam daleko od niego, więc próbowałam go szantażować: „Jeśli mnie kochasz, to mnie tam nie zostawisz”, co w tamtych czasach było w stosunku do niego naprawdę bardzo niemiłe. Tak naprawdę, bardzo lubiłam szkołę. Byłam niegrzeczną dziewczynką – w tym sensie, że bardziej wolałam śmiać się i bałaganić, niż siedzieć prosto, patrząc w cztery ściany naszej klasy.

[Pamiętam szkolne przedstawienia] i dreszcz emocji, kiedy nakładałam makijaż. To były scenki z narodzin Jezusa. Byłam jednym z tych ludzi, którzy przychodzili i oddawali hołd małemu Jezusowi. W innym przedstawieniu byłam holenderską lalką. Ale nigdy nie wyrywałam się do przodu, żeby dostać rolę mówioną. W klasie nigdy nie czytywałam na głos. Byłam raczej cichą dziewczynką. Kiedy proszono mnie, żebym wzięła udział w przedstawieniu, zgadzałam się pod warunkiem, że nie będę musiała się odzywać.

[Mój pierwszy puchar w zawodach sportowych] dostałam za nurkowanie. Jeśli mam być szczera, wygrywałam ten puchar przez cztery lata z rzędu! Zawsze wygrywałam wszystkie puchary w konkurencji pływania i nurkowania. I wygrywałam różne nagrody za najlepiej hodowaną świnkę morską. Ale jeśli chodzi o przedmioty akademickie, raczej o tym zapomnijmy! [śmieje się]

W szkole pozwalano nam trzymać tylko jedno zwierzątko-przytulankę na łóżko. Miałam zielonego hipopotama i pomalowałam mu dookoła oczy farbą fluorescencyjną, więc nocą – nienawidziłam ciemności – wyglądało to, jakby cały czas na mnie patrzył, pilnował!

Kiedyś omal mnie nie wyrzucono ze szkoły, bo pewnego wieczoru koleżanka zapytała: „Czy odważysz się coś zrobić?”. Pomyślałam: „Czemu nie? Życie w szkole jest takie nudne”. Więc wysłały mnie o dziewiątej wieczorem do końca wjazdu, który był oddalony o prawie kilometr, w kompletnej ciemności. Miałam tam iść i przynieść słodycze od jakiejś Polly Phillimore, która czekała przy bramie wjazdowej. Poszłam, ale nikogo tam nie było.

Niespodziewanie nadjechał wóz policyjny, więc się schowałam za bramę. Nie wiedziałam, o co chodzi. Zobaczyłam światła samochodu wjeżdżającego na teren szkoły. No dobrze. Pomaszerowałam z powrotem, w ciemności, przerażona, i okazało się, że jedna dziewczynka z mojej sypialni poskarżyła się na ból wyrostka robaczkowego. No i wtedy odkryli, że mnie nie ma, i zapytali: „A gdzie jest Diana?”. A one: „Nie wiemy”.

Wezwano oboje moich rodziców, wtedy już po rozwodzie. Ojciec był zachwycony, a mama powiedziała: „Nie wiedziałam, że jesteś taka odważna”. Żadnych wyrzutów.

Jadłam i jadłam, i jadłam. To był stały numer: koleżanka mówiła – niech Diana zje na śniadanie trzy wędzone śledzie i sześć kromek chleba, i ja zjadałam.

Moja siostra [Jane] była w West Heath School świetną uczennicą, a ja przez pierwszy okres pobytu w szkole zachowywałam się dość okropnie. Tyranizowałam wszystkich, bo myślałam, że to takie wspaniałe mieć starszą siostrę – ideał. Czułam się bardzo ważna, ale w drugim term one mi się odpłaciły, te wszystkie, wobec których byłam taka okropna, więc już w trzecim okresie byłam kompletnie spacyfikowana.

Był tam ogromny hall, który właśnie został wybudowany. Nocą, kiedy było ciemno, wślizgiwałam się do tej sali, włączałam muzykę i w tym wielkim hallu godzinami ćwiczyłam moje baletowe pas. I nikt mnie nigdy nie złapał. Kiedy tak wyślizgiwałam się w tajemnicy z sypialni, a zawsze było to dla mnie duże przeżycie, wszystkie moje przyjaciółki wiedziały, dokąd idę. Teraz zdaję sobie z tego sprawę, ale wtedy ta tajemnica wydawała mi się bardzo dobrym pomysłem.

Lubiłam różne zajęcia. Grałam na pianinie. Kochałam pianino. Stepowałam, co po prostu uwielbiałam, tenis, byłam kapitanem drużyny koszykarskiej, hokej, i różne takie – z powodu mojego wzrostu. Byłam jedną z najwyższych dziewcząt w szkole. Kochałam zajęcia pozaszkolne, raz w tygodniu wizyty u starszych ludzi, chodzić do miejscowego szpitala psychiatrycznego, też raz w tygodniu. Uwielbiałam to. Był to rodzaj wprowadzenia do większych rzeczy w przyszłości. A potem, w czasie kiedy kończyłam już szkołę, wszystkie moje przyjaciółki miały już swoich chłopców, prócz mnie, bo w jakiś sposób wiedziałam, że muszę być gotowa na przyjście czegoś, co jest mi sądzone.

Nie byłam grzecznym dzieckiem w tym sensie, że lubiłam hałasować i bałaganić. Zawsze szukałam guza. Tak, byłam popularna. Nie wykrzykiwałam odpowiedzi na pytania w klasie zadawane przez nauczycieli, ponieważ nie wydaje mi się, żebym je znała. Ale zawsze wiedziałam, jak się zachować. Był czas na rozrabianie, ale był także czas na wyciszenie. Zawsze potrafiłam przejść płynnie od jednej do drugiej sytuacji.

Miałam różne sympatie, nawet poważniejsze sympatie, różnych chłopców, zwłaszcza ex-boyfriendów moich sióstr. Bo kiedy byli przez nie porzucani, startowałam ja. Było mi przykro, że zostali odrzuceni, a przecież byli bardzo sympatyczni. Właśnie dlatego. W każdym razie wszystko to były poronione pomysły.

Przeprowadzka do Althorp

Kiedy miałam trzynaście lat, przeprowadziliśmy się do Althorp w Northampton i wyjazd z Norfolk był straszliwym ciosem, bo mieszkali tam wszyscy, z którymi wzrastałam. Ale musieliśmy się przeprowadzić, bo zmarł mój dziadek. Życie wzięło duży zakręt, bo na scenie pojawiła się także, incognito, moja późniejsza macocha, Raine. Jakoś do nas dołączyła, przypadkowo spotykała nas w różnych miejscach, siadała i zasypywała nas prezentami. A my nienawidziliśmy jej z całego serca, bo myśleliśmy, że chce zabrać od nas tatusia, i w istocie tak dokładnie było. Chciała wyjść za tatusia za mąż, to był jej główny cel, i tak się stało. Trzymałam to w sobie latami, aż dwa lata temu [w 1989 roku], kiedy mój brat się żenił, powiedziałam jej, co o niej myślę, i nie pamiętam, żebym kiedyś w życiu czuła taki gniew jak wtedy. Wypowiedziałam wtedy cały żal do niej, całej mojej rodziny. I wzięłam stronę mojej mamusi, a ona potem powiedziała, że to był pierwszy raz od dwudziestu dwóch lat, kiedy ktoś z rodziny się za nią ujął. Pamiętam, że po prostu skoczyłam jej do gardła – byłam taka wściekła! Powiedziałam wtedy: „Tak cię nienawidzę, gdybyś tylko wiedziała, jak bardzo my wszyscy cię nienawidziliśmy za wszystko, co zrobiłaś! Zrujnowałaś nasz dom, wydałaś pieniądze tatusia i po co to zrobiłaś, dlaczego?!”.

Choroba ojca Diany

Dostał wylewu, wylewu krwi do mózgu. Cierpiał na bóle głowy, brał Disprins i nikomu nic nie mówił. A ja miałam przeczucie, że zachoruje. Kiedy zatrzymałam się u przyjaciół w Norfolk i zapytali „Jak się czuje twój ojciec?”, odpowiedziałam: „Mam dziwne przeczucie, że przewróci się i albo umrze natychmiast, albo wyzdrowieje”. Powiedziałam to, i to wszystko. Następnego dnia zadzwonił telefon, a ja powiedziałam do gospodyni, że to w związku z moim tatusiem. I tak było. Upadł. Byłam okropnie spokojna, wróciłam do Londynu, poszłam do szpitala i zobaczyłam, że tatuś jest bardzo poważnie chory. Powiedziano mi: „Chyba nie przeżyje”. Mózg mi stanął, bo wtedy zobaczyliśmy drugie oblicze Raine, jakiej dotąd nie znaliśmy – nie dopuszczała nas do szpitala, nie pozwalała nam widywać tatusia! Moja najstarsza siostra wzięła sprawy w swoje ręce i czasem udało jej się go zobaczyć. W tym czasie nie mógł mówić, bo był po tracheotomii, więc nie mógł nawet zapytać, gdzie są jego dzieci. Pan Bóg wie, co wtedy myślał, bo przecież nikt mu o naszych wysiłkach nie powiedział. W każdym razie czuł się coraz lepiej i wtedy zmienił się jego charakter. Był po prostu inną osobą przed wylewem, a z pewnością inną po chorobie. Od tej pory wprawdzie nadal żył swoim życiem, ale nas uwielbiał, i my o tym wiedzieliśmy.

Zawsze widziałam go jako „mózg rodziny”. Wciąż tak myślę. Na egzaminie miał zawsze rewelacyjne stopnie, po prostu geniusz, i tak dalej. Myślę, że mój brat, najmłodszy i jedyny syn, był w rodzinie bezcenny, bo Althorp to ogromne miejsce. Pamiętaj, że ja byłam dziewczynką, która miała być chłopcem. Będąc trzecia w linii spadkobierców, a to było bardzo dobre miejsce – odpadłam. Ale byłam ukochaną córeczką mojego tatusia, nie ma co do tego wątpliwości.

Marzyłam, żeby być w szkole tak dobra jak Karol. Ale nigdy nie byłam o niego zazdrosna. Bardzo dobrze go rozumiałam. W przeciwieństwie do obu sióstr był bardzo do mnie podobny. Będzie wciąż cierpiał, tak jak ja. Jest w nas coś takiego, co przyciąga takie rzeczy. Natomiast nasze obie siostry są bardzo szczęśliwe, z daleka od wszystkich tych trudnych sytuacji.

Wiedziałam to już, kiedy pojechałam do szkoły dla młodych dam [Instytut Alpin Videmanette w Szwajcarii] i w pierwszym miesiącu napisałam chyba ze sto dwadzieścia listów. Byłam tam taka nieszczęśliwa – po prostu pisałam i pisałam bez końca. Czułam się tam na niewłaściwym miejscu. Nauczyłam się jeździć na nartach, ale nie byłam zbyt dobra w niczym innym. Było to dla mnie miejsce zbyt klaustrofobiczne, chociaż leżało w górach. Więc kiedy dowiedziałam się, ile szkoła kosztuje moich rodziców, powiedziałam im, że to strata pieniędzy. I zabrali mnie stamtąd.

Moi rodzice powiedzieli: „Nie możesz przyjechać do Londynu, dopóki nie skończysz osiemnastu lat, nie możesz mieć samodzielnego mieszkania, zanim ukończysz osiemnaście lat”. Więc pojechałam i pracowałam dla pewnej rodziny w Headley Borden w Hampshire, Philippy i Jeremy’ego Whitaker. Opiekowałam się ich córką i mieszkałam z nimi jak część rodziny. Było tam całkiem miło. Ale bardzo mnie kusiło, żeby jechać do Londynu, bo myślałam, że tam „trawa jest bardziej zielona”.

Singielka w Londynie

To było takie miłe, mieszkać razem z dziewczętami! Kochałam to – to było wspaniałe. Zaśmiewałyśmy się do łez. Ale nie szalałam. Nie byłam zainteresowana bujnym życiem towarzyskim. Bardzo lubiłam być sama, lubię do dziś – to wielka przyjemność.

[Na temat swojej pracy w charakterze niani] Często zdarzają się jacyś okropni pracodawcy – Welwetowe Przepaski. Byłam wysyłana przez moje siostry do różnych ludzi – ich przyjaciele gwałtownie się rozmnażali. Cały czas mnie wysyłały – cudownie! Solve Your Problems [agencja zatrudnienia] wysyłała mnie na misje sprzątania, co lubiłam, ale nikt mi za to nigdy nie podziękował.

Na Wimbledonie zrobiłam kurs gotowania. Nawet to lubiłam, ale – spotkałam tam jeszcze więcej Welwetowych Przepasek. Okropnie utyłam. Kocham sosy, mój palec zawsze znalazł drogę do sosjerki, za co byłam karana. To nie jest moja bajka, ale rodzice chcieli, żebym poszła na ten kurs. W tym czasie wydawało mi się to lepszą ewentualnością niż siedzieć przy maszynie do pisania – no i dostałam dyplom!

Spotkanie z księciem Walii

Znałam ją [Elżbietę II] od najmłodszych lat, więc nie było to wielkie halo. Żadnego zainteresowania Andrzejem ani Edwardem – nigdy nie myślałam o Andrzeju. Myślałam: „Spójrz na to życie, jakie prowadzą, okropne!”. Więc pamiętam, przyjechał i zatrzymał się w Althorp, mój mąż, a moje pierwsze wrażenie było: „Boże, co to za smutny człowiek!”.

Przyjechał ze swoim labradorem. Moja siostra przyczepiła się do niego jak rzep, a ja myślałam: „Boże, on musi tego po prostu nienawidzić!”. I schodziłam z drogi. Pamiętam, że byłam wtedy grubą, pękatą, nieumalowaną pannicą, ale robiłam mnóstwo hałasu i chyba to mu się podobało, bo po kolacji podszedł do mnie, zatańczyliśmy, a on zapytał: „Czy możesz mi pokazać kolekcję obrazów w galerii?”. Właśnie miałam to zrobić, kiedy zjawiła się moja siostra Sarah i powiedziała, żebym znikała, a ja na to: „Pozwól mi przynajmniej pokazać, gdzie są włączniki światła w galerii, bo przecież ty nie wiesz”, a potem rzeczywiście zniknęłam. Zachowywał się naprawdę uroczo, i kiedy następnego dnia stałam obok niego, szesnastolatka, której ktoś taki okazał zainteresowanie, byłam naprawdę zdumiona. „Dlaczego ktoś taki jak on miałby się mną zainteresować? – a to było zainteresowanie. I tak to trwało mniej więcej dwa lata. Widywałam go od czasu do czasu z Sarah i ona strasznie się tym wszystkim, co między nimi zaiskrzyło, ekscytowała. A potem dostrzegła, że coś się stało, do czego ja nie przyłożyłam ręki, i kiedy zorganizowano party, aby uczcić jego trzydziestolecie urodzin, mnie także zaproszono.

„Dlaczego Diana też została zaproszona?” – pytała [moja] siostra. Odparłam: „Nie wiem, ale chcę tam pójść”. „No więc dobrze”, powiedziała, co zakończyło sprawę. Bawiłam się świetnie, tańcząc do upadłego – fascynujące! I wcale nie czułam się przytłoczona otoczeniem [pałac Buckingham]. Myślałam, co za zdumiewające miejsce.

Potem, w czerwcu 1980 roku, zostałam zaproszona przez Philipa de Pass do domu jego rodziców. „Czy nie miałabyś ochoty przyjechać na kilka dni do Petworth, odwiedzi nas książę Walii. Młoda krew, możesz go zabawić”. Więc powiedziałam „OK”. Siedziałam obok Philipa, kiedy nadszedł Karol. Bardzo się mną zajmował i wydawało mi się to dziwne. Myślałam sobie: „Hm, to nie jest cool”. Że mężczyźni nie powinni zachowywać się w taki ostentacyjny sposób, myślałam, że jest to bardzo dziwne. Pierwszego wieczoru podczas barbecue, organizowanego przez gospodarzy, siedzieliśmy obok na jakiejś belce, on właśnie skończył spotykać się z Anne Wallace. Powiedziałam: „Był pan taki smutny, kiedy tak szedł nawą kościoła podczas pogrzebu lorda Mountbattena”. I dodałam: „To był najsmutniejszy widok, jaki kiedykolwiek miałam przed oczami. Bolało mnie serce, kiedy tak patrzyłam na pana. Myślałam wtedy: «To niedobrze, że jest pan sam – powinien być przy panu ktoś, kto opiekowałby się panem»”.

Zaraz potem on praktycznie skoczył na mnie i pomyślałam, że to też jest dziwne, i nie bardzo wiedziałam, jak sobie z tym wszystkim poradzić. W każdym razie rozmawialiśmy wtedy o mnóstwie spraw i tak to się stało. „Oziębłość” nie byłaby tu właściwym słowem. Chyba że przez duże „O”. Powiedział wtedy: „Jedź ze mną jutro do Londynu. Będę pracować w Buckingham Palace, musisz przyjść popracować ze mną”. Pomyślałam, że to już za wiele. I odparłam: „Nie, nie mogę”. Myślałam wtedy: „Jak ja bym wytłumaczyła moją obecność w Buckingham Palace, kiedy powinnam być tu z Philipem?”. Wtedy zaprosił mnie do Cowes na królewski jacht „Britannia”. Miał tam mnóstwo starszych przyjaciół i ja czułam się dosyć przestraszona, a oni przyczepili się do mnie jak rzepy. W związku z całą tą sytuacją czułam się bardzo dziwnie i oczywiście ludzie zaczynali już mówić.

Przyjeżdżałam i wyjeżdżałam, a potem pojechałam do Balmoral i zatrzymałam się u mojej siostry Jane, gdzie Robert [Fellowes, mąż Jane] był asystentem osobistego sekretarza królowej. Byłam przerażona – dosłownie s. w gacie. Byłam przestraszona, ponieważ nigdy przedtem nie byłam w Balmoral i chciałam wypaść jak najlepiej. Ale właściwie oczekiwanie było gorsze niż sam pobyt. Kiedy weszłam tam frontowymi drzwiami, czułam się naprawdę dobrze. I dostałam zwyczajne pojedyncze łóżko! Zawsze pakowałam się i rozpakowywałam sama – i zawsze byłam zdumiona, widząc, jak książę Karol zabiera ze sobą dwadzieścia dwie sztuki ręcznego bagażu. Oczywiście prócz bagażu głównego. Ja mam zwykle cztery lub pięć sztuk bagażu. Czuję się z tego powodu raczej zaambarasowana.

Z powodu wielkiego zainteresowania prasy zostałam w zamku. Wszyscy sądzili, że to dobry pomysł. Pan i pani Parker-Bowles przebywali w Balmoral przez cały czas trwania mojej wizyty. Byłam najmłodsza, wiele, wiele młodsza od innych. Karol telefonował do mnie i pytał: „Może miałabyś ochotę pójść na spacer czy przyjść na barbecue?”. A ja odpowiadałam: „Tak, proszę”. Wtedy myślałam, że to wszystko jest po prostu cudowne.

Narzeczeństwo

Od tego punktu wszystko zaczęło się szybko rozwijać, a prasa – zintensyfikowała jeszcze swoje oblężenie. Ta uwaga mediów skierowana na moje mieszkanie stała się po prostu nie do wytrzymania. Ale wszystkie trzy moje współmieszkanki okazały się po pro stu fantastyczne, nieprawdopodobne – lojalność nie do opisania! Czułam, że książę Karol powinien szybko coś z tym zrobić. Królowa też miała tego dość. Wtedy Karol zatelefonował do mnie z Klosters i powiedział: „Chciałbym cię o coś zapytać”. Kobiecy instynkt podpowiedział mi, co to może być za pytanie. W każdym razie siedziałam całą tę noc z dziewczynami, pytając sama siebie: „Co ja mam powiedzieć, co mam zrobić?”, pamiętając, że ktoś tam w pobliżu jest.

Już w tym czasie zdawałam sobie sprawę, że poza mną jest jeszcze ktoś inny. Niejednokrotnie zatrzymywałam się w Bolehyde u Parker-Bowlesów i nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego ona [Camilla] wiele razy powtarzała: „Nie zmuszaj go do robienia tego czy nie rób tamtego”. Była świetnie zorientowana, co on aktualnie robi prywatnie, a także co my robimy… Na przykład, że zamierzamy jechać do Broadlands, naprawdę nie mogłam tego pojąć. Ale w końcu wszystko zrozumiałam, znalazłam dowody tego, co się naprawdę działo, a ludzie chętnie mnie o tym informowali.

W każdym razie, kiedy następnego dnia pojechałam do Windsoru, przybyłam około piątej po południu, on posadził mnie koło siebie i powiedział: „Tak bardzo się za tobą stęskniłem”. Ale nigdy dotychczas mnie nie dotknął. Wydawało się to dziwne, ale nigdy przedtem nie miałam chłopaka, więc nie bardzo wiedziałam, co należy w takich sytuacjach robić. Zawsze trzymałam chłopców na dystans, myśląc, że to tylko kłopot – że nie będę mogła poradzić sobie emocjonalnie – myślę, że w tych sprawach byłam chyba dosyć popieprzona. W każdym razie Karol zapytał wtedy: „Czy wyjdziesz za mnie za mąż?”, a ja zaczęłam się śmiać. Pamiętam, jak myślałam: „To chyba jakiś żart”, więc odpowiedziałam: „Taaa, OK”, i dalej się śmiałam. Ale on był śmiertelnie poważny. Powiedział: „Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że pewnego dnia zostaniesz królową?”. A mnie jakiś wewnętrzny głos podpowiedział: „Nigdy nie będziesz królową, ale czeka cię poważna i trudna rola”. Pomyślałam więc „OK” i odpowiedziałam „tak”. Powiedziałam: „Kocham cię tak bardzo, tak bardzo cię kocham”. A on odparł: „Cokolwiek miłość znaczy”. On tak wtedy powiedział. A ja myślałam, jest świetnie! Pomyślałam, że on to samo miał na myśli! A potem pobiegł na górę i zatelefonował do swojej matki.

W swojej niedojrzałości, która była ogromna, myślałam, że był we mnie bardzo zakochany. Patrząc wstecz, wydaje się, że wyglądał wtedy na wprost zaślepionego z miłości, ale tak naprawdę nie było to do końca prawdą. Można zapytać: „Kim była ta dziewczyna, która tak bardzo różniła się od innych?” – ale on tego nie rozumiał, bo w tych sprawach był także bardzo niedojrzały. Dla mnie ta sytuacja przypominała wezwanie do pracy, naprawdę – trzeba było iść i pracować ze sztabem ludzi.

Wróciłam do mojego mieszkania i usiadłam na łóżku. „Zgadnijcie, co się stało?”. A dziewczyny krzyknęły chórem: „Poprosił cię o rękę! I co odpowiedziałaś?”. Odparłam: „Tak, proszę”. Wszystkie krzyczały i wrzeszczały, i z tym swoim sekretem pojechałyśmy na przejażdżkę po Londynie. Następnego ranka zatelefonowałam do moich rodziców. Tatuś był zachwycony: „Cudownie!!”. Mamusia też była zachwycona. Powiedziałam mojemu bratu, że wychodzę za mąż, a on zapytał: „A za kogo?”.

Dwa dni później pojechałam na trzy tygodnie do Australii, aby razem z mamą usiąść i zastanowić się nad wszystkimi przygotowaniami, spisać listy różnych potrzebnych mi rzeczy. To była kompletna katastrofa, bo ja usychałam z tęsknoty, a on nie zadzwonił ani razu. Myślałam, że to bardzo dziwne, bo za każdym razem, kiedy telefonowałam, nie było go w domu, i nigdy nie oddzwonił. Pomyślałam „OK”, byłam chyba bardzo wyrozumiała, „jest bardzo zajęty”, i takie tam różne tłumaczenia. Kiedy wróciłam do domu, ktoś zapukał do moich drzwi – ktoś z jego biura z bukietem kwiatów – a ja wiedziałam, że to nie Karol je wysłał, ponieważ nie było żadnego bileciku. Po prostu ktoś w jego biurze okazał się bardzo taktowny.

Od tego momentu zaczęło się straszne zamieszanie, prasa nie odstępowała mnie, śledząc każdy mój krok. Ja rozumiem, że to jest ich praca, ale ludzie nie wiedzieli, że aparaty fotoreporterów skierowane były na mnie cały czas! Dziennikarze wynajęli mieszkanie dokładnie naprzeciw mojego, przy Old Brompton Road, które przedtem było biblioteką, skąd widać było moją sypialnię – to nie było fair w stosunku do moich współmieszkanek. Nie mogłam wyłączyć telefonu, bo przecież zawsze ktoś z rodziny mógł nocą zachorować, i dziennikarze prasowi dzwonili do mnie do drugiej w nocy, pytając „czy deklaracje Karola to prawda, czy nieprawda?”.

Już raz oblałam [egzamin na prawo jazdy], ale wtedy je otrzymałam. Z mediami śledzącymi mój każdy krok zawsze starałam się przejeżdżać na światłach tuż przedtem, jak pokazywało się czerwone, żeby zostawić ich za sobą. Kiedy wsiadałam do mojego samochodu, dziennikarze wszędzie mnie ścigali. I było ich zwykle nie dwóch, ale około trzydziestu. Kiedyś chciałam wyjechać z ulicy Coleherne Court, aby pojechać z nim [księciem Karolem] do Broadlands. Zdjęliśmy więc z mojego łóżka prześcieradła, zrobiliśmy sznur i tak wydostałam się po nim z okna kuchni, które wychodziło na boczną uliczkę, razem z walizką. Robiłam to kilka razy.

Byłam cały czas bardzo grzeczna, bardzo uprzejma. Nigdy nie byłam niegrzeczna. Nigdy nie krzyczałam. A jeśli płakałam, co się zdarzało, to w zaciszu czterech ścian. Nie mogłam się z moją nową sytuacją uporać. Płakałam, bo nie miałam ze strony Karola żadnej pomocy, żadnego wsparcia z biura prasowego Buckingham Palace. Po prostu powiedzieli: „Radź sobie sama”, więc pomyślałam: „Świetnie”.

[Książę Karol] nie udzielił mi nigdy żadnej pomocy. Kiedy telefonował, powtarzał: „Biedna Camilla Parker-Bowles. Rozmawiałem z nią dziś w nocy i powiedziała, że Bolehyde jest oblężone przez prasę. Przeżywa trudne chwile”. Nigdy nie uskarżałam się do niego na prasę, bo myślałam, że nie mam prawa tego robić. Zapytałam go tylko: „Ilu jest tam dziennikarzy?”, na co on odpowiedział: „Przynajmniej czterech”. A ja pomyślałam: „Mój Boże, a ja mam tutaj trzydziestu czterech!”. Ale nigdy mu o tym nie powiedziałam.

Aby przetrwać, musiałam znaleźć w sobie dostateczną ilość wewnętrznej determinacji. W każdym razie, dzięki Bogu, [narzeczeństwo] zostało ogłoszone publicznie, i zanim się zorientowałam, już znalazłam się w Clarence House [londyńska rezydencja królowej matki]. Nikt mnie tam nie powitał. Wyglądało to, jakbym przyjechała do hotelu. Posypały się pytania: „Co robię w Clarence House?”, a ja odpowiadałam, że polecono mi przyjechać do Clarence House. I tak po raz ostatni wyszłam z mojego mieszkania, i tak nagle dostałam ochroniarza. A ten policjant powiedział mi w noc poprzedzającą ogłoszenie naszego narzeczeństwa: „Chciałbym, żeby pani wiedziała, iż jest to ostatnia noc wolności w pani życiu, więc proszę z tego korzystać”. Poczułam, jakby miecz przebił moje serce. Pomyślałam: „Boże!”, i zaczęłam chichotać nerwowo jak jakaś smarkula.

To miało miejsce trzy dni przed moją przeprowadzką do Pałacu [z Clarence House]. W Clarence House pamiętam, jak zostałam obudzona przez bardzo miłą starszą panią, która przyniosła mi wszystkie dokumenty, związane z formalnościami naszego narzeczeństwa, i położyła je na łóżku.

Poślubiając królewską rodzinę

Moja babka [Ruth, lady Fermoy] zawsze mi powtarzała: „Kochanie, musisz zrozumieć, że ich poczucie humoru i ich styl życia jest inny niż twój. I nie sądzę, żeby ci odpowiadał”.

Atrakcje związane ze statusem księżnej

Wiesz, mój styl życia przedtem, zanim zostałam księżną, zupełnie mi odpowiadał. Miałam własne pieniądze, mieszkałam w dużym domu. Więc nie było to tak, jak się sądzi, że moje życie stało się tak zupełnie różne od tego, które dotąd prowadziłam.

Wybieranie pierścionka

Pod pretekstem, że Andrzej dostaje sygnet na swoje dwudzieste pierwsze urodziny, nadeszła walizeczka, a w niej, prócz sygnetu, te szafiry. Mam na myśli nuggets! Chyba je wybrałam, chyba wszyscy mieliśmy udział w wyborze tego właśnie pierścionka. A królowa za to zapłaciła.

Czarna suknia

Bardzo dobrze pamiętam moje pierwsze królewskie spotkanie. Takie ekscytujące! Czarna suknia od projektanta Emanuela, myślałam, że będzie OK, bo dziewczęta w moim wieku nosiły takie właśnie sukienki. Nie zdawałam sobie sprawy, że teraz jestem częścią rodziny królewskiej, choć miałam tylko pierścionek zaręczynowy na palcu, zresztą obok dwóch innych pierścionków.

Czerń była według mnie najelegantszym kolorem dla dziewiętnastolatki. To była naprawdę bardzo „dorosła” suknia. Miałam już wtedy całkiem spory biust i wszystko wyglądało okropnie ekscytująco! Pamiętam, że spotkałam księżną Grace i jaka była wtedy cudowna i spokojna, choć czułam, że pod tym spokojem kryją się jakieś problemy.

W sumie to była katastrofa! Najpierw nie wiedziałam, czy wychodzić przez drzwi pierwsza. Nie wiedziałam, czy trzymać torebkę w lewej, czy w prawej ręce. Naprawdę byłam przerażona – w tamtej chwili nie miałam pojęcia o niczym.

Zaręczyny

Bardzo tęskniłam za dziewczętami. Chciałam do nich wrócić, usiąść i chichotać jak przedtem, pożyczać ubrania i rozmawiać o różnych niemądrych sprawach, po prostu znowu znaleźć się jak ślimak w bezpiecznej skorupce. A tu jednego dnia masz wizytę króla i królowej Szwecji, którzy przyszli, aby sprezentować ci cztery mosiężne świeczniki, zaraz potem masz prezydenta jakiegoś tam kraju. Zostałam rzucona na głęboką wodę, ale muszę powiedzieć, że rodzaj wychowania, jaki odebrałam, sprawił, że mogłam dać sobie radę. To nie było tak, jak w przypadku dziewczyny z My Fair Lady, która została przyprowadzona i krok po kroku mówiono jej, co ma robić. Ja wiedziałam, jak się zachować.

[O wrażeniach z Buckingham Palace] Wprost nie mogłam uwierzyć, jak bardzo wszyscy byli sztywni i chłodni. Co innego mi mówiono, a co innego w istocie się działo. Kłamstwa i oszustwa. Na przykład kiedy Camilla Parker-Bowles dostała zapalenia opon mózgowych, mój mąż posłał jej bukiet kwiatów z bilecikiem „Dla Gladys od Freda”.

Spotkanie z Camillą

[Spotkałam ją] na bardzo wczesnym etapie. Zostałam przedstawiona towarzystwu mojego męża. Byłam bardzo młodą dziewczyną, ale stanowiłam zagrożenie. Zawsze, przez cały czas dyskutowaliśmy o Camilli. Pewnego razu słyszałam, jak rozmawiał przez telefon w swojej łazience i powiedział: „Cokolwiek się zdarzy, zawsze będę cię kochał”. Potem poinformowałam go, że słyszałam, co mówił, i mieliśmy paskudną kłótnię.