Diamenty nieoszlifowane - Wojciech Albiński - ebook
Opis

 

Kalahari, tytułowe opowiadanie całego tomu, to historia mężczyzny, który jedzie przez południowoafrykański busz w poszukiwaniu syna, ciężko chorego na malarię. Oczywiście to nie tropikalna choroba wysuwa się w opowiadaniu na pierwszy plan, ale obcy, dziki i nieprzyjazny świat. Jest jeszcze druga Afryka - zmodernizowana. Wielkie miasto Johannesburg z wysokimi biurowcami stojącymi tuż obok dzielnic biedy, w którym apartheid nadal pozostał żywy. Ta niezbyt udana kopia bogatej Ameryki - przeszczep sztuczny, ale trwający już wiele dziesięcioleci - jest obecna m.in. w opowiadaniach Stanley i Syndile, Strzały na Hillbrow czy Hotel Carlton. Oba światy istnieją równolegle, ale nie ma między nimi porozumienia. Warto tę rzeczywistość poznać, żeby ją choć trochę zrozumieć. Świetnie napisane opowiadania Albińskiego czyta się jednym tchem.

 

Tak daleko w głąb Czarnego Lądu nie zapuścił się żaden pisarz polski!
Maciej Urbanowski, „Newsweek"

Z recenzji Soweto - my love:

Albińskiego interesuje południowoafrykańska codzienność, konsekwentnie przybliża nam sprawy Czarnego Lądu, a czyni to w sposób szczególny - bez egzotyki i cudowności, rzeczowo, zachowując niezwykłą uważność i wrażliwość.
Dariusz Nowacki, „Gazeta Wyborcza"

Zjawisko niecodzienne: znakomity polski pisarz nieskażony polska literaturą. (...) Albińskiemu udało się uratować z buzującego kotła polskich kompleksów, sporów i artystycznych mód.
Piotr Kofta, „Wprost"

Hemingway napisał, że rolą pisarza jest sprawić, by czytelnik więcej odczuł, aniżeli zrozumiał. Albińskiemu ta sztuka się udała.
Bartosz Marzec, „Rzeczpospolita"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 13


Woj­ciech Al­biń­ski

DIA­MEN­TY NIE­OSZLI­FO­WA­NE

Opo­wia­da­nie ze zbio­ruKA­LA­HA­RI

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie II

War­sza­wa 2012

Diamenty nieoszlifowane

Tur­kot kół po chod­ni­ko­wych pły­tach, po­tem gar­dło­wy ryk. Mło­dy męż­czy­zna pchał wó­zek wy­pro­wa­dzo­ny z po­bli­skie­go su­per­mar­ke­tu Chec­kers. Ja­sne wło­sy spa­da­ły mu na ra­mio­na, oczy pa­trzy­ły w dru­gi ko­niec uli­cy. Mil­czą­co roz­stą­pi­li­śmy się. Wy­rzu­cał z sie­bie po­tok nie­zro­zu­mia­łych słów, wska­zy­wał na nie­bo, na lu­dzi oraz na za­war­tość swe­go wóz­ka.

Był to po­jazd czte­ro­ko­ło­wy, uple­cio­ny z po­sre­brzo­nych dru­tów, z pół­ką na drob­ne za­ku­py i czer­wo­ną rącz­ką. Ster­cza­ła nad nim po­łów­ka po­dar­te­go pa­ra­so­la. Na dnie le­ża­ły kar­to­no­we pu­deł­ka, w ja­kich sprze­da­je się her­bat­ni­ki lub ciast­ka. Za­uwa­ży­łem, że wy­peł­nio­ne były drob­ny­mi ka­wał­ka­mi bu­tel­ko­we­go szkła oraz odłam­ka­mi pla­sti­ko­wych lamp, ja­kie zo­sta­ją na jezd­ni po sa­mo­cho­do­wych krak­sach. Po­se­gre­go­wa­ne były we­dług wiel­ko­ści i ko­lo­ru, dużo było po­ma­rań­czo­wych stłu­czek.

Mło­dy czło­wiek po­wo­li cichł. Z jego de­li­kat­nej twa­rzy scho­dził już gniew­ny gry­mas. Ma­chi­nal­nie po­pra­wiał wło­sy i pró­bo­wał do­piąć zmię­tą ko­szu­lę. Po­włó­czył nogą, a lewą dłoń miał pod­kur­czo­ną do tyłu.

– To Frank Brown – wy­ja­śnił mi mój przy­ja­ciel far­ma­ceu­ta. Ujął mnie za ło­kieć i po dwóch stop­niach we­szli­śmy do ap­te­ki. Sta­ry zna­jo­my, ce­ni­łem so­bie jego me­dycz­ne rady, do­sko­na­le za­stę­po­wał mi dok­to­ra. Zna­leź­li­śmy się te­raz w po­miesz­cze­niu chłod­nym i, w prze­ci­wień­stwie do no­wo­cze­snych, ste­ryl­nych ap­tek, pach­ną­cym le­kar­stwa­mi.

– Frank… Pa­mię­tam chło­pa­ka, kie­dy jeź­dził od­kry­tym po­rschem… Wy­so­ki, wy­spor­to­wa­ny, dziew­czy­ny za nim go­ni­ły. Ro­dzi­na o za­in­te­re­so­wa­niach spo­łecz­nych, zwłasz­cza mat­ka, bar­dzo czyn­na w or­ga­ni­za­cjach cha­ry­ta­tyw­nych. Jesz­cze rok temu Frank przed­sta­wiał mi swo­je ko­lej­ne na­rze­czo­ne… Jed­na w stro­ju do jaz­dy kon­nej, dru­ga z ra­kie­tą te­ni­so­wą, trze­cia in­te­lek­tu­alist­ka. Nie wiem, gdzie się te­raz ulot­ni­ły. O kil­ka ulic stąd jego ro­dzi­ce miesz­ka­ją w du­żym domu.