Wydawca: Poligraf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 244 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Diament Templariusza - Mirosława Gawlik

Mieszkam w Wilamowicach, w których już na zawsze zapuściłam korzenie. Najpierw oczarował mnie mój mąż, a potem zauroczyło miasteczko. Tu, wśród wyjątkowych ludzi i przyjaciół, jestem od ponad dwudziestu lat, ciągle zdumiona tym, że przez tyle wieków tutejsi mieszkańcy potrafili zachować i szanować tradycję oraz pilnować, aby nic nie zaginęło z kultury, którą przynieśli ze sobą osadnicy przed setkami lat. Uważam, że tutejsi ludzie o flamandzkich korzeniach są naprawdę wyjątkowi, dlatego pobudziłam wyobraźnię, która stworzyła tę właśnie historię.
Powieść ta jest osadzona w średniowieczu, dokładnie w tym czasie, kiedy osadnicy z Flandrii dotarli do Wilamowic. Wykorzystałam w niej nawet prawdziwe postaci historyczne i próbowałam oddać klimat tamtych czasów. Zaczyna się w Egipcie, gdzie po bitwie pod Al-Mansurą młody wojak zakonu templariuszy traci swojego pana i mistrza. Zanim dotrze na miejsce, w którym założy osadę, przemierzy praktycznie całą Europę.
Czy to możliwe, że założycielem osady Wilhelmsau był templariusz Martin i jego drużyna? Hm… a czy to prawda, że Krak był pierwszym władcą Krakowa albo Warszawa powstała ze związku Warsa i Sawy? A przecież wszyscy wiemy, że tak właśnie było...

Na południu Polski w przepięknym krajobrazie Podbeskidzia leży mała miejscowość Wilamowice. W miasteczku pomimo różnych historycznych zawirowań od średniowiecza pielęgnowana jest oryginalna kultura i tradycja, którą przynieśli ze sobą osadnicy z Flamandii około 1250 roku. Co więcej, jedną z najbardziej fascynujących rzeczy jest to, że w dzisiejszej Europie, w której króluje język angielski – a języki narodowe różnych nacji stale upodobniają się do niego – tutaj utrzymywany jest wciąż w użyciu język wilamowicki, potocznie zwany wilamowskim (wymysiöeryś), i nie jest to gwara, ale język, któremu Biblioteka Kongresu USA, nadająca językom skróty literowe, 18 lipca 2007 roku nadała skrót wym. Pod tym skrótem język wilamowicki został zarejestrowany też w ISO.

Więcej na temat Wilamowic można znaleźć na http://wilamowice.pl. Zapraszamy na stronę i do naszej pięknej miejscowości.

Opinie o ebooku Diament Templariusza - Mirosława Gawlik

Fragment ebooka Diament Templariusza - Mirosława Gawlik

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Książkę tę dedykuję:

Marcinowi i Kini oraz Natalii i Ivanowi z maleńką Miusią

Świat stoi otworem, ale tutaj zawsze będziecie u siebie

 

 

 

Za inspirację do napisania tej książki dziękuję:

Młodemu pasjonatowi Wilamowic, studentowi Uniwersytetu Jagiellońskiego, Tymoteuszowi Królowi, w którym wszyscy pokładają największą nadzieję utrzymywania, przywracania i wyszukiwania zapomnianych oraz zagubionych wątków historii tego miasteczka.

Profesorowi Uniwersytetu Śląskiego dr hab. Antoniemu Barciakowi, którego opowieści na spotkaniach Stowarzyszenia „Wilamowianie” tak bardzo rozpaliły moją ciekawość historyczną, że stałam się jego fanką i stale śledzę nowe publikacje w Internecie.

Poecie, który również wydał książkę, a spisał w niej swoje wiersze i piosenki w języku wilamowskim, Józefowi Garze – niestety, odszedł od nas 10 lipca 2013 roku.

Panimgr Alicji Dusik, która prowadzi Zespół Regionalny „Wilamowice” i tylko w sobie wiadomy sposób potrafi łączyć pokolenia do tego stopnia, że w zespole tańczą dziadek z wnuczką czy wnuk z babką, co też jest ewenementem dosłownie na skalę światową.

Panidr Jolancie Danek, która swoim zmysłem organizatorskim rozsławia Wilamowice po całym świecie, jeżdżąc z nieco mniejszym, ale równie dobrym Zespołem Regionalnym „Cepelia FIL Wilamowice”.

Pierwszemu Rycerzowi Bractwa Wilhelma, gimnazjaliście, Marcinowi Majerskiemu i jego drużynie.

Nie mogę również zapomnieć o Stacha fetrze (wym. feter – wujek), czyli o wujku mojego męża Stanisławie Zejmie, który niedawno stał się regionalnym celebrytą, gdy media przyłapały go na tym, że sprzedaje za ladą sklepu „Na Piekle”, używając wyłącznie języka wilamowskiego.

A także wszystkim mieszkańcom naszego miasteczka, którym zależy na utrzymaniu i pielęgnowaniu tradycji niezależnie od tego, czy mają tu korzenie, czy też przybłąkali się na tutejszą ziemię.

PROLOG

Znalezisko z przeszłością

 

 

W maju roku 2010 nad południową Polską przechodziła nawałnica rzęsistych, intensywnych, długotrwałych deszczy. Przeźroczyste krople niby miliony szklanych okruchów waliły z granatowego nieba w urodzajną ziemię, zamieniając ją w bagniska i stoiska wody, niszcząc wiosenne uprawy. Widok za oknami był szary i ponury, patrząc w zaparowane okna, z niecierpliwością czekało się na zaprzestanie złowrogiego bębnienia deszczu po parapetach. A zdawało się, że nie będzie końca tym opadom. Lało przez wiele tygodni i ziemia była tak nasiąknięta, że domy wybudowane na wzniesieniach zaczęły się osuwać wraz z gruntem. Z każdym dniem podnosił się poziom wody w rzekach, stawy rybne przybierały i wylewały się na drogi wraz z licznym karpim narybkiem, a maleńkie potoki zamieniały się w rwące rzeki, które przerywały wały przeciwpowodziowe, niszczyły je i przelewały się na pola uprawne. Wielka zapora goczałkowicka na Wiśle, która do tego czasu doskonale spełniała swoją funkcję i gwarantowała zabezpieczenie przed powodziami w naszym rejonie, nagle stała się zbyt mała, by pomieścić wodę gromadzącą się w niej od tygodni z nieustających opadów. Postanowiono więc co jakiś czas zrzucać nadmiar wody z tego potężnego zbiornika, co było równoznaczne z wydaniem wyroku na sąsiadujące wioski, które już w żaden sposób nie mogły uniknąć katastrofy zalania i skutków powodzi. Wiele pól, budynków gospodarczych, domów i pięknych willi zostało zalanych aż po piętra. Wystraszone zwierzęta hodowlane trzeba było w pośpiechu wywozić z ich dotychczasowych miejsc bytowania na tereny, które nie zostały dotknięte powodzią i umieszczać je tymczasowo u innych litościwych gospodarzy, chcących wziąć na siebie dodatkowy obowiązek chowu cudzych zwierząt. Dla wszystkich był to czas wielkiego przygnębienia, ale najtrudniej było tym, którzy widzieli, jak dorobek ich całego życia niknie pod wodą. Opuszczali swoje domy, ratując własne życie, brali najpotrzebniejsze rzeczy ze swojego dobytku, wsiadali do łódek i pontonów, by wydostać się z zagrożonego rejonu. Jedni znajdowali schronienie u własnych rodzin, inni u przyjaciół, a jeszcze innych przewożono do przygotowanych w szkołach noclegowni, w których mogli najgorsze czasy przeczekać. Ale w każdym nieszczęściu jest zawsze krztyna szczęścia, bo dzięki sprawnej i pełnej poświęcenia akcji strażaków, włodarzy gminy i solidarnych sąsiadów oraz ludzi dobrej woli, których nie dotknęło nieszczęście powodzi, nikt nie doznał uszczerbku na zdrowiu i nie było śmiertelnych ofiar w ludziach. Największego spustoszenia powódź dokonała w Dankowicach na Kaniówku, w Zasolu Bielańskim, Hecznarowicach i Pisarzowicach. W miasteczku Wilamowice, chociaż leży ono w samym środku wymienionych miejscowości, podczas tej ogromnej powodzi zniszczeniom i podtopieniom uległy głównie ulice i drogi, a woda, która wdarła się do kilku budynków, zatrzymała się na poziomie piwnic. A to najprawdopodobniej za sprawą naszego patrona, św. arcybiskupa Józefa Bilczewskiego, który już od wielu lat otacza opieką nasze miasteczko i jej mieszkańców.

Tego pamiętnego maja w ostatni dzień owych uporczywych opadów przeszła nad całą gminą ulewna burza, która jakby miała przypieczętować zakończenie potopu. W czasie tej straszliwej nawałnicy z błyskawicami i szalejącą w deszczu wichurą nad Czarnym Stawem, na granicy Starej Wsi i Wilamowic, potężne i silne drzewo, rosnące tam od wielu stuleci, zostało uderzone piorunem. Stary dąb stanął w płomieniach, a porywisty wiatr dokonał reszty i powalił ogromne drzewo. Jeden z wielu mocnych, grubych korzeni podważył przesiąkniętą, błotnistą ziemię i w biczach smagającego deszczu wydobył starą srebrną skrzynkę, która po ugaszeniu przez strażaków pożaru błyszczała wśród spopielonych zgliszczy. Przewieziono ją wozem strażackim do magistratu i na oczach kilku świadków otwarto. Znajdował się w niej pamiętnik, kilka monet o nazwie bryggia i czerwone korale, które chyba tylko dzięki temu, że zostały umieszczone w srebrnej skrzynce, nie straciły swojego blasku. Zapewne też z tego samego powodu stare kartki znalezionego na samym dnie pamiętnika nie uległy zniszczeniu i pismo można było odczytać. Wspomnienia zapisane były w starym flamandzkim języku, który odchodził już w zapomnienie. Na szczęście, oprócz kilkudziesięciu najstarszych mieszkańców naszej małej ojczyzny znających ten język, znalazł się ktoś bardzo młody, kto postanowił, że mowę tę trzeba szanować i nie dopuścić, by zaginęła. Dzięki niemu możemy dzisiaj odczytać treść zapisanych przed stuleciami kart.

Historia ta zaczęła się w czasach bardzo odległych, ale do dziś pozostawiła po sobie niezatarte ślady i wiąże się ze współczesnością. Dla wilamowian najważniejsze jest pochodzenie języka wilamowskiego, zwyczajów i strojów ludowych, których nie ma nigdzie w Polsce, a tutaj przetrwały setki lat. Natomiast sprawą, która dotyczy nie tylko nas, ale ma wymiar ogólnoeuropejski, jest pochodzenie naszych przodków. Powszechnie wiadomo, że średniowiecze to czas, w którym królowała miłość i przywiązanie do Boga. Ludzkim pragnieniem było dążenie do doskonałości, która powinna zadowolić Stwórcę i zapewnić drogę do szczęśliwego wiecznego życia. Nawet budowle tamtej epoki są tego świetnym przykładem. Przepiękne pomniki architektury, kościoły i katedry w stylu gotyckim budowane były w formie strzelistej, ogromnej bryły, odzwierciedlającej Boską naturę i pragnienie wzniesienia się ku Bogu w duchu miłości i chęci naśladowania Jezusa Chrystusa.

W tych właśnie czasach powstawały liczne chrześcijańskie zakony, a wśród nich interesujący nas szczególnie zakon templariuszy. Wiemy, że siła i niezależność tego zakonu, z którym bezsprzecznie, chociaż w niewielkim stopniu jesteśmy powiązani, przetrwała do dnia dzisiejszego. Nie mamy dokładnych danych o współczesnych braciach, bo jest to owiane tajemnicą, którą historia zapewne kiedyś jeszcze odkryje i różne, nieznane nam dotąd wątki ujrzą światło dzienne. Podobnie było z ujawnianiem nazwisk wielkich mistrzów zakonnych, wymienianych kolejno aż po XVIII wiek. A przecież oficjalne rozwiązanie, zresztą w bardzo tragicznych okolicznościach, zakonu templariuszy nastąpiło z powodów politycznych i przypadło na początek wieku XIV. Stało się to po długotrwałym procesie rozpoczętym w 1307 roku, a zakończonym dopiero siedem lat później. Na rozprawach sądowych oskarżano braci zakonnych przede wszystkim o herezje, ale też o inne straszliwe rzeczy, takie jak nekromancja, oddawanie czci bożkom i praktykowanie czarnej magii. Mimo długiego i żmudnego dochodzenia, przeprowadzanego na terenach całej Europy przez francuskich wysłanników, wysokich rangą dygnitarzy oraz rozesłanych po świecie inkwizytorów, żadnych zarzutów w prawy sposób nie udało się templariuszom udowodnić. Nie pomagało nawet stosowanie na braciach zakonnych wyszukanych tortur. Oskarżające zeznania uzyskiwano jedynie od przepłaconych lub zastraszonych fałszywych świadków, którzy po zakończonych przesłuchaniach ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Chęć przejęcia na rzecz korony francuskiej majątku zakonników była tak wielka, że król francuski Filip Piękny skazał ówczesnego wielkiego mistrza templariuszy, nieugiętego Jakuba de Molay, na śmierć przez spalenie na stosie. Miał on nadzieję, że wraz z jego śmiercią zniknie bractwo zakonne. Tymczasem, mimo nieustających prześladowań rozproszonych po całym świecie zakonników, idea zakonu nie upadła i zamienił się on niemalże natychmiast w międzynarodowe tajne stowarzyszenie, które istnieje do dzisiaj. Czasem wydaje się, że w Wilamowicach ma ono jakąś małą sekretną siedzibę.

 

 

 

Cóż to jest historia?

To gwóźdź, na którym wieszam moje powieści.

Aleksander Dumas (ojciec)

 

 

W latach świetności i chwały Suwerennego Zakonu Rycerzy Świątyni Jerozolimskiej w całej Francji i krajach ościennych werbowano młodych mężczyzn do wojska, by stworzyć bardzo liczebną, armię, która mogłaby wyruszyć z wyprawą krzyżową do Ziemi Świętej pod wodzą króla Ludwika IX. Miała ona zapewnić opiekę nad miejscami świętymi i nad szlakiem pielgrzymkowym oraz nawracać pogan na ziemiach Królestwa Jerozolimskiego. Wtedy to, w 1248 roku, do wojska rycerskiego zaciągnął się młody dwudziestotrzyletni Martin Leterme. Opuścił swoje rodzinne miasto Brugię i od tego dnia rozpoczął nową kartę swojego życia, która zaprowadziła go do Afryki, na ziemię Egiptu.

 

***

 

Wielki mistrz templariuszy prowincji francuskiej, preceptor Akwitanii, naczelny dowódca armii wojsk króla Ludwika IX, szlachetnie urodzony Wilhelm de Sonnac – po wielu stoczonych walkach z pogańskimi wojskami mameluckich żołnierzy, będących na usługach sułtana Turanszacha – żegnał się pod Al-Mansurą ze swoim najwierniejszym kompanem wyprawy krzyżowej, Martinem Leterme. Brat Leterme nie wywodził się ze szlachty i nie miał prawa nosić rycerskiego białego płaszcza z czerwonym ośmiokątnym krzyżem, jaki przynależny był dobrze urodzonym rycerzom, jednak mistrz Wilhelm miał dla tego młodego żołnierza wiele szacunku. Dobrze wiedział o jego kupieckim pochodzeniu i o tym, że urodził się w Brugii, w niewielkim wówczas mieście, którego oknem na świat był port śródlądowy, gdzie zawijały również statki morskie z wielu krajów. Z opowieści Martina dowiedział się też, że do wyprawy zmusiła go bieda, że zostawił w ojczyźnie swoją ukochaną żonę Bibian z maleńką trzyletnią córeczką Anną, by zdobyć majątek i zabezpieczyć rodzinę na przyszłość. O tym i o wielu różnych historiach z życia Martina mistrz dowiadywał się w drodze, jaką razem przebyli w trakcie krucjaty. Jako człowiek światły, czujący pęd do wiedzy, by nie nudzić się na postojach, lubił słuchać opowieści Martina i sam często go wypytywał o rodzinne miasto, a Martin chętnie opowiadał o swoich stronach. Szczycił się tym, że jego Brugia jest tak piękna, iż nazywają ją flamandzką Wenecją i że już od ponad stu dwudziestu lat posiada prawa miejskie. Z tęsknotą do swoich stron opowiadał również jej historię. O tym, jak na skutek zamulenia się wybrzeża od około tysiąc pięćdziesiątego roku utraciła dostęp do morza, a tym samym łatwą drogę handlową i jak przez wiele lat na specjalnym nabożeństwie odprawiano mszę z prośbą o odmulenie się wody. W końcu po osiemdziesięciu kilku latach podczas potwornego sztormu wzburzone morze wdarło się w głąb lądu i utworzyło naturalny kanał Zwin. Niestety, zniszczyło wiele domostw i pozbawiło ludzi, w tym też pradziadków Martina, ich majątków. Dla tych rodzin zaczęła się walka o przetrwanie każdego kolejnego roku. Bieda dawała się we znaki szczególnie tym, którzy utracili swoje gospodarstwa. Brugia natomiast odzyskała kontakt ze światem, dzięki czemu rozkwitał międzynarodowy handel. W dziękczynieniu za ten cud po powrocie z drugiej wyprawy krzyżowej Thierry Alzacki książę Diederyk van den Elzas podarował kościołowi kryształową ampułkę ze skrawkiem materiału nasączonego męczeńską krwią Jezusa Chrystusa, przywiezioną z Jerozolimy. Niestety, przodkowie Martina nie mogli skorzystać z dobrodziejstwa stworzonego przez naturę i na nic im się zdał kawałek ziemi graniczący z wodami kanału, gdyż nie mieli niczego, od czego mogliby zacząć i tym samym nie zostawili młodzieńcowi nic, co mogłoby stanowić jakąkolwiek wartość. Wcielił się więc do francuskiego wojska jako szeregowy żołnierz, mając nadzieję na wysoki wojskowy żołd. Nie spodziewał się, że los zrobi mu taką niespodziankę i że będzie stał u boku szlachetnie urodzonego pana, wielkiego mistrza templariuszy. Młody Leterme nie wyróżniał się wśród innych ani wzrostem, ani silną sylwetką, a jednak mistrz zwrócił na niego uwagę; zaintrygowały go niezwykłe cechy Flamanda: nieprzeciętna inteligencja, intuicja, spryt w unikaniu ciosu wroga, bystre oczy, które potrafiły wypatrzeć to, czego inni nie widzieli, a także zdolność przewidywania. Był przy tym bardzo pracowity, nie zwalał się, jak większość żołnierzy, byle jak i byle gdzie i zasypiał, tylko wyszukiwał sobie odpowiednie miejsce, zabezpieczał swój ekwipunek i jeszcze rozglądał się, czy komuś nie trzeba pomóc. Teraz też zachował się jak szlachetny rycerz i pozostał ze swoim panem do końca. Ostatni raz słuchał słów swojego mistrza z ogromnym wzruszeniem i łzami w oczach.

– Drogi Martinie, z wielkim żalem żegnam się z tobą, chociaż tutaj, na tej ziemi mnie już nic nie trzyma, nie mam bliskiej rodziny. Ty zastąpiłeś mi brata, a ja pokochałem cię jak własnego syna, byłeś mi najlepszym przyjacielem. Wiele razy uchroniłeś mnie od śmiertelnego ciosu i zawsze miałem do ciebie zaufanie, a ty najpierw myślałeś o mnie, a potem dopiero o sobie. Widziałem to i doceniałem, a teraz nie mam nawet czym cię wynagrodzić. Odchodzę do domu Ojca, zmęczony bólem od zadanych mi przez wroga ran i udręczony na duszy – ciężkim, ochrypłym, spragnionym wody głosem mistrz zwracał się do Martina; każde wypowiedziane zdanie kosztowało go wiele wysiłku, a spękany język nie pozwalał na pośpiech, jednak chciał koniecznie powiedzieć przyjacielowi, co go dręczy, traktując swoje ostatnie słowa niemalże jak spowiedź. – Nie tak wyobrażałem sobie walkę w imię Chrystusa. Wierzyłem, że zakon templariuszy wiedziony Bożą Łaską, strzeżony przez Opatrzność i prowadzony przez umiłowanego króla Ludwika IX nigdy nie zostanie pokonany. Po wygranej bitwie pod Damiettą czułem się pewien naszych zwycięstw w torowaniu drogi pielgrzymom, wyznających wiarę w naszego jedynego Boga, Jezusa Chrystusa. Dlatego z taką ochotą zdecydowałem się wziąć udział w tej wyprawie, nie zrażało mnie nawet wielomiesięczne wyczekiwanie na brzegu kanału Bahr Saghir, aż opadnie wezbrana woda, by móc podążać za poganami. A potem wiarę moją wzmocniło łatwe pokonanie licznego wojska Egipcjan. Chociaż uważałem, mój bracie, że fakt, iż wzięliśmy ich obóz z zaskoczenia, umniejszył naszą chwałę. Dopiero widok ich naczelnego wodza Fahr ad Dina załamał moją pewność siebie. Tyle męstwa było w tym człowieku. Wyrwany z należnego mu spoczynku, pogalopował w sam środek bitwy. Widziałeś? – Martin nie zdążył odpowiedzieć, gdyż słowa na skutek wzruszenia ugrzęzły mu w gardle, więc mistrz mówił dalej. – Ja widziałem. Jego oczy, pomimo gniewu na wroga, były pełne miłości do swoich ludzi i odpowiedzialności za ich życie. Żałowałem, że nie jesteśmy po tej samej stronie. Powiem ci, bracie, iż wierzę, że spotkam się z nim u boku Naszego Wodza Jezusa. Nasz Pan doceni jego odwagę, miłość i poświęcenie dla swojego ludu. Czyż nie postąpił tak samo, oddając życie za nas?

Martin podsunął głowę rannego na własne kolana, próbując dodać mu otuchy, przemówił do niego pełnym uczucia głosem.

– Mistrzu, nie mów, nie męcz się, odpocznij i spróbuj zasnąć. Sen jest najlepszy, trzeba ci przespać ból od strasznych ran, jakich doznałeś. Nie trzeba myśleć o śmierci.

Mistrz przymknął oczy, niestety, sen nie był uzdrawiający, krew sączyła się z brudnych ran, których nie było czym opatrzyć, a zimne poty na zmianę ze spalającą ciało gorączką męczyły mistrza Wilhelma. W tym śnie widział, jak wódz niewiernych Fahr ad Din pędzi na koniu w wir walki i zostaje posiekany na kawałki przez wojska templariuszy. Dręczył go ten senny obraz, wstrząsały nim napady dreszczy na zmianę z rozpalającą gorączką, na dodatek nękał go straszliwy ból. Nagle wszystkie cierpienia zniknęły, poczuł tylko wszechobecną lekkość i zobaczył wielką jasność, w której czekał na niego Fahr ad Din. Podał mu rękę i razem przeszli pod uniesionym nad niebo krzyżem.

Martin zapłakał, wziął na ręce ciało mistrza i zaniósł pod samotne akacjowe drzewo. Wykopał w lekkiej piaszczystej ziemi dół i ułożył w nim zwłoki mistrza Zakonu Francji, najdroższego pana, który traktował go jak równego sobie. Stanął nad niezasypanym grobem i wspominał, jak kiedyś w czasie postoju wojska podjechał do niego na koniu niemłody już, ale krzepki, przystojny, dobrze urodzony pan, preceptor Akwitanii, wielki mistrz zakonu prowincji francuskiej. Przypomniał sobie, jak w jego obecności poczuł się stremowany, że aż krew uderzyła mu do głowy i stał przed nim zażenowany, a mistrz tak zwyczajnie, po ludzku, z serdecznym uśmiechem powiedział: „Chodź ze mną”. Od tego dnia mu służył, a robił to ochoczo, gdyż mistrz doceniał jego wysiłki i nie szczędził mu pochwał. Za jego namową wstąpił nawet do zakonu i chodził w brązowym habicie przynależnym fratres conjugati, czyli braciom żonatym. Był żołnierzem, który miał służyć w zakonie tylko jakiś czas. Marzył, że niedługo wróci do Bibian i małej Anny, i to nie z pustymi rękami, ale że zarobi coś na wojaczce. Takich jak on braci było wielu w zakonie templariuszy. Brązowe habity nosili też bracia serwenci, służebni. Martin miał wśród nich przyjaciół: brata kucharza, grubego, bardzo wesołego Gwidona Chawora o niezbyt gęstych blond włosach i rumianej twarzy, z małymi figlarnymi oczami oraz mocnego, umięśnionego kowala Gotfryda Legreba o typowo męskiej, twardej urodzie. Wicemarszałek, chorąży i komandor też nosili brązowe habity i rekrutowali się z braci służebnych, jednak ci nigdy nie mieli czasu, by z kimkolwiek się zaprzyjaźnić.

Nagle zerwał się silny wicher i wyrwał Martina z zamyślenia. Pomodlił się jeszcze chwilę nad ciałem, potem zasypał grób i pozostawił usypaną mogiłę, chociaż wiedział, że wiatr za chwilę wyrówna wzgórek. Oglądając się jeszcze za siebie, ruszył naprzód, wlókł się wśród poranionych ciał, czasami, mając nadzieję, że ktoś jeszcze żyje, sprawdzał leżących. Pole po bitwie było usiane połamanymi tarczami i bronią, a na błękitnym niebie krążyły afrykańskie sępy. Niektóre lądowały wśród poranionych zwłok, szarpały je i kęsami napełniały swoje zakrzywione dzioby. Skończyła się bitwa pod Al-Mansurą, ale nie sposób było cieszyć się z pokonania Egipcjan. Mistrz nie żył, a intuicja podpowiadała Martinowi, że w najbliższym czasie nic dobrego go nie czeka. Martwił się o przyszłość. Liczył na zdobycie majątku, a teraz nawet nie wiedział, czy wróci do kraju, do swoich najbliższych. Targała nim bezbrzeżna rozpacz i tylko miłość do rodziny powodowała, że zapanował nad złym nastrojem i skierował się w stronę rzeki. Postanowił dotrzeć do morza, był bowiem przekonany, że rycerze zakonu też pójdą w tym kierunku, a zmęczeni bitwą będą się trzymać brzegu, by mieć wody pod dostatkiem do obmywania i pojenia rannych. Bitwa co prawda skończyła się zwycięstwem, ale bardzo nadwyrężyła siły rycerskiego oręża. Martin ruszył wzdłuż prawej odnogi delty Nilu. Bujna roślinność dawała możliwość schronienia w cieniu, pożywienia się darami natury oraz upolowania jakiegoś zwierza przy licznych nadrzecznych wodopojach. Idąc tak, zastanawiał się, gdzie mogło się podziać wojsko. Dotąd trzymał się szeregu, maszerując ze wszystkimi, nie musiał myśleć, gdzie i ku czemu zmierzają. Lecz gdy jego pan został ranny, nie mógł ruszyć razem z innymi i zostawić mistrza Wilhelma. Miał nadzieję, że w końcu natrafi na jakąś konkretną wskazówkę, bo do tej pory nie wiedział, czy widziane przez niego ślady pozostawili jego rycerze czy wojska egipskie. Zmęczony czuwaniem przy umierającym i szmatem drogi, którą już pokonał, postanowił odpocząć. Położył się na gołej ziemi, nie miał nawet czego podłożyć pod głowę, gdyż w swój płaszcz owinął ciało pana. Okropne wspomnienia kłębiły się w myślach i nie pozwalały mu zasnąć; nie mógł się pogodzić z tym, że zostawiono mistrza na polu walki, zamiast ratować go albo chociaż pochować z należnymi honorami. Jedyne, co mogło usprawiedliwić takie zachowanie, to fakt, że obaj leżeli w pobliżu ogromnej liczby zabitych pogańskich żołnierzy i nikt ich nie zauważył, gdyż biały płaszcz mistrza Wilhelma był tak zabrudzony, że nie było widać na nim czerwonego ośmiokątnego krzyża. Długo jeszcze jego myśli wracały na pole walki i do obrazów tuż po niej, przypominał sobie, jak ocknął się, leżąc na wznak, otworzył oczy, spojrzał w niebo i pierwsze, co zobaczył, to zlatujące się zewsząd szare ptaszyska, które nie miały odwagi lądować, by dobrać się do poległych, bo płoszyli je jacyś zamaskowani złodzieje, bez skrupułów okradający martwych. Widział, jak odwiązali pełną sakiewkę od pasa mistrza Wilhelma i zdjęli mu z palca pierścień, ale bał się poruszyć, by temu przeszkodzić, bo wiedział, że dobijali rannych, którzy dawali jeszcze jakieś oznaki życia. Jego samego na pewno uratował fakt, że nie miał przy sobie nic cennego i żadnym ruchem nie zwrócił na siebie uwagi. Długo nie mógł zasnąć, ale w końcu znużyło go to rozmyślanie i pozwolił się ponieść w krainę innej świadomości.

Nagle Martin przebudził się. Po przejściu burzy piaskowej nad pustynią unosiły się bure chmury, które w głębokiej, bezksiężycowej nocy przybierały makabryczne kształty. Brat Leterme spojrzał w górę i zobaczył nad sobą błysk ogromnych ślepi, które wpatrywały się w niego. Strach go sparaliżował, a zmęczenie po bitwie i powracające obrazy rzezi wojennej odbierały mu jasność myślenia, każdy nieprzewidziany szmer czy hałas powodował lęk. Pomyślał jeszcze tylko, że tyle przeszedł, a teraz zostanie pożarty przez jakąś czterooką obrzydliwą bestię. Nie miał siły ani nawet chęci się bronić, wydał z siebie tylko rozpaczliwy krzyk, zamknął oczy i czekał. Lecz zamiast ryku potwora, usłyszał parskanie koni. Ocknął się natychmiast.

– Nantin! Calme! Moje kochane konie! Nie mogę uwierzyć, że mnie znalazłyście i to jeszcze osiodłane. Jak wyszłyście z tej potwornej walki?! No, teraz będzie nam razem raźniej i łatwiej przeżyć następne dni.

Pomimo głębokiej nocy, o dalszym spaniu nie było mowy, tym bardziej, że nocny chłód nie ułatwiał zasypiania. Martin rozpalił ognisko i czekał zbliżającego się świtu. Ze wschodem słońca wstąpiły w niego nadzieja i nowe siły. Mając dwa konie, mógł pokonywać drogę o wiele szybciej i bez większego zmęczenia. Teraz na pewno odnajdzie towarzyszy. Przemierzył już wiele kilometrów, ale nie rozpoznawał, do kogo należą pozostawione na ziemi ślady. Na dodatek rozpadał się ulewny deszcz, który do reszty uniemożliwił dalszą podróż. Bujna roślinność z początku zatrzymywała pierwsze krople deszczu, ale potem wszystko przemokło na wskroś i nie było się gdzie schronić. Na szczęście, Martin wypatrzył niedaleko nad brzegiem Nilu na wpół wywróconą starą, zdezelowaną łódź, która była dostatecznie duża, by pod nią wejść wraz z końmi.

– No i co, koniki, siedzimy tu pod tą starą łodzią, a ten deszcz nie pozwala nam iść dalej. Co? – Calme i Nantin kiwały łbami, jakby wiedziały, o co chodzi Martinowi.

Szczególna więź łączyła tę trójkę – człowieka i dwa piękne konie. Gdy pierwszy raz je oporządzał, od razu przypadły mu do serca. Nantin był pięknym karym ogierem mistrza Wilhelma, a Calme, siwą klaczkę, dostał od swego pana i od tego czasu była ona jego własnością. Mistrz Wilhelm miał jeszcze trzy konie, ale one były pod opieką giermka. Czasami dla zabicia czasu i chęci pogadania z giermkiem Martin pomagał mu w ich obrządku. Wszystkie konie wojsk templariuszy były traktowane bardzo dobrze, bo żołnierze wiedzieli, że na takich wojennych wyprawach koń to prawdziwy skarb.

Lało nadal, a łajba, pod którą schował się Martin wraz z końmi, znajdowała się w wyżłobionej przez wiry Nilu niecce i poziom wody zaczął się powoli podnosić, musiał więc, niestety, opuścić dotychczasowe schronienie. Człapiąc w brunatnym błocie, ruszył w dalszą drogę, szukając czegoś, co mogłoby im posłużyć jako dach nad głową. Niczego takiego nie było widać w pobliżu, ale, dzięki Bogu, deszcz ustał tak szybko, jak się zaczął, a koło południa zrobiło się słonecznie i ciepło. Martin miał się właśnie przesiąść z Calme na Nantina, gdy w gęstych przybrzeżnych kępach trzciny papirusowej usłyszał głośne szuranie i plaśnięcia. „Na pewno nikt się nie skrada, bo robi za dużo hałasu. Pewnie to jakiś krokodyl albo inne rzeczne zwierzę” – pomyślał. Ciekawość zaprowadziła go w zarośla i kiedy cichutko zaglądał przez rzeczne szuwary, na wprost niego, wystraszywszy go niemiłosiernie, wyszedł chudy, drobny i cały ubłocony młody chłopak. Nie można było poznać, kto to. Wyczłapał się na stabilniejszy grunt, a kiedy Martin zaczął do niego mówić, ten, przewracając oczami, osłabiony padł na ziemię.

– Jezu Chryste, czyś ty z naszych? Gdzie masz habit?

Nie odpowiedział. Młokos ledwo dychał. Martin Leterme, jak przystało na brata templariusza, zajął się biedakiem. Rozebrał go z łachmanów, obmył, wysuszył i wówczas przekonał się, że ten chudzielec na pewno nie jest z ich wojska. Jego karmelowa karnacja i typ urody pasowały do tubylca. Był cały poraniony, ciało wyglądało jakby pocięte od razów bicza, ale rany były zbyt równe i krótkie. Brat Leterme oczyścił je i opatrzył. Opatrunki zrobił z płótna koszuli mistrza Wilhelma, którą znalazł w jukach przytwierdzonych do siodła konia i z żalem potargał na pasy. Odział rannego we własną bieliznę i dwa dni przesiedział przy gorączkującym i majaczącym obcym. Wiedział, że to Egipcjanin, ale nie miał sumienia go tak zostawić. Zresztą całkowicie już stracił nadzieję na odnalezienie swoich i nie przejmował się przerwą w wędrówce.

Gdy chłopak odzyskał przytomność, w jego oczach pojawił się strach, gdy ujrzał, kto go pielęgnuje. Martin uspokoił go kilkoma przyjaznymi gestami i chory znowu zasnął. Następne dni przyniosły zaskakujące zmiany. Obcy czuł się coraz lepiej, natomiast jego opiekun zaczął ciężko gorączkować. Na jego skórze pojawiły się podobne sine pęknięcia. Martin zrozumiał, że jest to zaraza. Teraz role się odwróciły. Obcy obmywał rany, robił zimne okłady, przebierał, poił wodą, wycierał pot i modlił się po swojemu. Trzeciej nocy wyglądało na to, że Martin Leterme umiera, gdyż wysoka gorączka odbierała mu rozum i resztki sił, wydawał z siebie ciężkie jęki, majaczył, na długi czas całkowicie tracił przytomność i tylko chwilami powracał do rzeczywistości.

Obcego