Diament odnaleziony w popiele - Krzysztof Kąkolewski - ebook + książka

Diament odnaleziony w popiele ebook

Krzysztof Kąkolewski

5,0

Opis

Prawdziwa historia Stanisława Kosickiego (ps. "Bohun")

W książce Diament odnaleziony w popiele Krzysztof Kąkolewski ujawnia perfidną, jadowitą propagandę antypolską oraz losy pokoleń, które padły jej ofiarą. Bezlitośnie obnaża kulisy powstania Popiołu i diamentu, książki Jerzego Andrzejewskiego, który został poddany manipulacji UB, a także filmu Andrzeja Wajdy będącego ekranizacją powieści. "Nagromadzenie, spiętrzenie bohaterstwa, nieszczęść i szlachetności po stronie komunistów, podłości, tchórzostwa i zbrodni po stronie niekomunistów dochodzi w książce Andrzejewskiego do swoistej kumulacji".

Główny bohater powieści, Maciek Chełmicki, grany w filmie przez Zbigniewa Cybulskiego, to w rzeczywistości Stanisław Kosicki, harcerz Szarych Szeregów i żołnierz Kedywu AK. Aresztowany przez komunistyczne władze, został osądzony i skazany na karę śmierci za zabicie w przypadkowej potyczce funkcjonariusza "bezpieki", Jana Foremniaka, wojewody kieleckiego. W tym czasie na Kielecczyźnie działał mjr Antoni Heda "Szary", który wraz ze swoim oddziałem przeprowadził atak na więzienie w Kielcach i uwolnił kilkuset partyzantów, wśród nich Kosickiego.

Kiedy „Bohun” opuścił celę, nasilające się represje miały go zabić. Dalsze losy Kosickiego to "agonia na śmietniku. Śmietnik to PRL, agonia rozłożona na 50 lat".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 165

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




Wprowadzenie

Ta książka ma już swoją historię.1 Rok temu redaktor naczelny „Kwartalnika Filmowego” Janusz Gazda zwrócił się do mnie z propozycją, bym napisał szkic o filmie Popiół i diament, nakręconym przez Andrzeja Wajdę na podstawie powieści Jerzego Andrzejewskiego pod tym samym tytułem.

Chodziło o porównanie realiów występujących w filmie z rzeczywistymi, jakie wtedy panowały, wyznaczając losy ludzkie i sposób życia Polaków. Wybrał mnie być może dlatego, że od 15 lat pracuję nad „wielką książką” o polskiej konspiracji na Kielecczyźnie — ojczyźnie walki podziemnej Polski od roku 1938 — bo wtedy już na rozkaz Sztabu Głównego WP stworzono szkielet przyszłej tajnej armii na wypadek zajęcia tych stron przez wroga.

Rozpocząłem swoją analizę, nie mając żadnych danych poza jedyną wskazówką: miejscem akcji, którym był Ostrowiec. Jednak „ostrowiecki trop” to było wiele. Czytelnik będzie mógł śledzić moje mozolne zmaganie się z niewiedzą w pierwszej części tej książki. Pozostawiłem ją w stanie prawie nienaruszonym, mimo że teraz już tyle wiem — by rozwijała się druga fabuła, historia badania sprawy, dociekania prawdy. Wraz ze wszystkimi omyłkami, błądzeniem, ale także i zwycięstwami autora. Na przykład, gdy wiedziony intuicją w pierwszej części umieściłem komendanta „Szarego” — Antoniego Hedę i niejako jako jego przeciwieństwo — szefa WUBP w Kielcach mjra/płka Władysława Spychaja vel Sobczyńskiego z GL-AL (ps. „Jurand”, „Władek”). Ba, wspomniałem nawet o rozbiciu więzienia w Kielcach.

Fakt, że nie ma się na czym oprzeć, gdy się pisze o współczesności, zwłaszcza o latach 1944-1995, wynika nie tylko z braku opracowań nieskażonych nakazami partii komunistycznej, wpływami propagandy i marksizmu, z niedostępności najważniejszych archiwów w Polsce i działania cenzury, ale także stąd, że nawet do dziś wielu ludzi boi się mówić. W czasie przygotowywania filmu o pogromie kieleckim w 1946 roku zetknąłem się z aż czterema odmowami, wywołanymi obawami o życie. Cytowany w drugiej części tej książki „Ignac” do dziś się nie ujawnił.

Ma to i dodatnie strony — tak zresztą bywa w historii najnowszej — historykiem jest ten, kto dotrze do źródeł, pisanych i ustnych, i opublikuje je, a nie ten, który jest utytułowanym, mianowanym przez rząd naukowcem.

Omyliłem się żałośnie, pisząc o Popiele i diamencie jako lekturze w polskich szkołach w czasie przeszłym dokonanym. Po dłuższych staraniach zdobyłem „Program” (jedenaście słów w tytule) dla szkół średnich nakazany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. W programie klasy IV (maturalnej) w „prozie fabularnej polskiej” nauczyciel ma do wyboru dzieła 20 powojennych pisarzy polskich. A z książek Andrzejewskiego — Popiół i diament. Wydaje się to niewiarygodne, ale dalej ta książka jest w programie.

Przez cztery dziesięciolecia każdy młody Polak lub Polka był przymusowo indoktrynowany przez to dzieło. Jeśli chciał mieć więcej niż wykształcenie podstawowe i osiągnąć w życiu więcej, musiał spełnić osobliwy warunek: znać treść powieści, a przede wszystkim przyswoić sobie jej „wymowę ideową”. Sam Andrzejewski mówi w przedmowie do tej książki o indoktrynująco-agitacyjnej, pozaliterackiej roli Popiołu i diamentu, że „dopomogła wielu młodym i zagubionym ludziom w odnalezieniu właściwej drogi życia”.

Pozornie wydaje się, że przymus lektury wyeliminowano. W dalszej części „Programu” stwierdzamy, że występuje jeszcze ona siedmiokrotnie, co nie zdarza się z żadną inną książką. W rozdziale: „Konteksty interpretacyjne” — czterokrotnie, następnie w rubryce „Eseistyka i krytyka literacka” — jakby żaden inny utwór nie był wart tylu rozważań, potem jeszcze w rubryce „Sztuka — poszukiwania twórcze współczesnego filmu na podstawie dzieł reżyserów polskich” — znów na pierwszym miejscu Popiół i diament Wajdy. Ale i tego było mało autorom programu, by wbić tę książkę do głowy uczniów. W punkcie „C” — „Kierunki interpretacji” — jest zdanie warte przytoczenia: „Diagnoza rzeczywistości powojennej: pierwsze miesiące władzy ludowej i problem pokolenia akowców (Andrzejewski)”. Tu programiści przeszli samych siebie, jako marksiści i post-(neo?)komuniści widzą w początku sowieckiej okupacji Polski „pierwsze miesiące władzy ludowej”. Rodem z jadowitej propagandy antypolskiej jest zdanie o „Problemie pokolenia akowców”. Po pierwsze — nie było pokolenia akowców. To twierdzenie wynika z sowieckiego przyzwolenia, że wobec „szeregowych, ogłupionych, naiwnych i zaślepionych młodych akowców” można zastosować abolicję, pod warunkiem że przyznają, że „padli ofiarą okrutnych knowań «starszyzny», politykierów, Londynu, imperializmu anglo-amerykańskiego”, a czasem i „współpracy kierowniczych kręgów AK z gestapo”. Armia Krajowa nie była organizacją młodzieży skupiającą „pokolenie” — osoby w jakimś przedziale wieku, ale podziemną armią liczącą prawie pół miliona żołnierzy w wieku od dziecięcego aż po osoby 50-60-letnie. Nie wiek się liczył, ale szarże i zasługi bojowe.

A „problem”? Nie było „problemu”, tylko więzienia, sądy, kary śmierci, wieszanie, a także skrytobójstwa, przesłuchania, czyli przemoc wynikająca z panowania obcego mocarstwa nad Polską.

Natrętna i dominująca nad innymi książkami obecność Popiołu i diamentu w lekturach szkolnych sprzęgnięta jest z wyrugowaniem co najmniej trzech wielkich pisarzy i ich dzieł w lekturach: Teodora Parnickiego, Mariana Brandysa i największej, najgenialniejszej powieści Leopolda Buczkowskiego Kamienny potok.

Rzecz osobliwa: arcydzieło Buczkowskiego, które do dziś wtajemniczeni przekazują sobie jako magiczny tytuł, utajniona książka i z natręctwem narzucany Popiół i diament za motyw przewodni mają dwa szlachetne kamienie: diament u Andrzejewskiego i brylant lśniący światłem pierwszej wody u Buczkowskiego.

Być może również przyczyną, dla której Popiół i diament dalej jest przerabiany jako najważniejsza lektura z języka polskiego w IV klasie liceum, jest fakt, że innych książek brakuje lub są w jednym egzemplarzu, natomiast Popiołów jest z reguły wiele egzemplarzy, czasem po kilka z kilku wydań.

W lekturach szkolnych Popiół i diament wzmocniony jest obecnością innej książki — czyżby zbieg okoliczności — mającej za bohatera wykonawcę wyroków podziemnej polskiej organizacji niepodległościowej, nazwanej z małej litery „jędrusie” (z błędem ortograficznym, gdyż „Jędruś” jest imieniem własnym). Zabieg podobny jak u Andrzejewskiego — nie wiadomo, kto to? Jakie ugrupowanie? Bo istnieli „Jędrusie” z dużej litery — jedna z pierwszych grup oporu. Wydarzenia umiejscowiono w okolicy nad Wisłą i Sanem, gdzie walczyli „Jędrusie”. Odpowiednik i kolega Maćka Chełmickiego jest „katem”, tu widzimy go nie przy jednym zabójstwie, lecz kilku. Jest to wiejski złodziejaszek, którego nikczemna organizacja wykorzystuje do zabijania ludzi. Winnych współpracy z Niemcami, ale zasługujących na współczucie i sympatię (w domyśle kolaboracja z wrogiem to nic złego). Wykonawca wyroków skazanych na śmierć obrabowuje. Książka ukazuje chłopów (może tylko współpracujących z „Jędrusiami”?) jako ludzi bezmózgich, prymitywnych, przypominających ulegających pierwotnym instynktom i mitom XIX-wiecznych Murzynów żyjących na pograniczu dżungli, których egzystencja należy bardziej do przyrody niż świata człowieczego.

„Jędrusie” w czasie, który obejmuje powieść, nie tylko nie wykonali żadnego wyroku śmierci ani go nie wydali, ale nie mieli nawet kontrwywiadu. Byli bezbronni. I jak baranki szli do obozów, byli mordowani i rozstrzeliwani. Jedynemu agentowi gestapo, którego tożsamość ustalili — „młodszemu Michałowskiemu” — nic nie zrobili. Żyje może do dziś.

Straszliwy, odrażający obraz Polaków i Polski w latach okupacji niemieckiej i sowieckiej domyka zaproponowana uczniom i nauczycielom książka Andrzeja Szczypiorskiego Początek. Wzbudziła zachwyt w Niemczech, była tam tłumaczona, czytana masowo i przyjęta jako katharsis wyzwalające z poczucia winy za zbrodnie dokonane w czasie II wojny. Jeden cytat wystarczy za lekturę całości: „Święta, spita, stoczona, skorumpowana, z gębą zatkaną pustymi słowami, antysemicka, antyniemiecka, antyrosyjska, antyhumanitarna […] Święta Polska, oszczercza Polska, która miała odwagę nazwać się Chrystusem Narodów, a jednocześnie wydawała szpiegów, zdrajców, karierowiczów, katów i ludzi skorumpowanych”.

Narzucenie za pomocą subtelnych środków „wolnego wyboru” dzieła w Polsce, którą uważa się za wolną, nadaje temu oddziaływaniu dodatkową siłę, i to niepokojącą. Wynika z tego, że walka zbrojna o wolność, przeciw zdradzie, jest bezsensem, więcej: zbrodnią, bo uderza ślepo, najczęściej w ludzi tak szlachetnych jak Szczuka. Sprawa jest jasna: nie wolno Polakowi podnosić ręki na wroga. Spis lektur MEN może jest ciekawszy od zalecanych książek.

Wręcz niesamowite wydaje się jednoczesne czerpanie przez autora Popiołu i diamentu natchnienia — jak się okaże — z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i strof Cypriana Kamila Norwida. Czwarty wieszcz, tworząc frazę poematu, wyszukując kontrast, przeciwieństwo, opozycję dramaturgiczną, osiągnął wysoki stopień skrajności: popiół i diament, zarazem oba te symbole, w sensie chemicznym i fizycznym, są jednorodne. Diament jest najcenniejszym kamieniem szlachetnym używanym w jubilerstwie. Cechuje go najwyższa twardość, szlifować daje się tylko własnym proszkiem. Ogarnięty przez płomień popieleje i rozsypuje się. Popiół jest inną fazą, wcieleniem diamentu. Diamentem zdekomponowanym, pięknem unicestwionym, zamienionym w szary pył.

Jerzy Andrzejewski rozpoczął książkę cytatem z poematu Norwida, co wyjaśnia, skąd zapożyczył tytuł, i tworzy u czytelnika złudzenie, że nawiązuje się tu do wielkiej poezji romantycznej budzącej sumienia, wypływającej z bezgranicznej miłości ojczyzny. Jednak tamte strofy były pisane z myślą skrajnie przeciwstawną do tej, która przyświecała Jerzemu Andrzejewskiemu. Inwersja, odwrócenie sensów, przetworzenie myśli poety w jej przeciwieństwo — powoduje, że odczytujemy, iż spopielały idee wolności, a ciała walczących i poległych dla niej poniewierają się po śmietnikach, są popiołem, prochem, pyłem, a nie relikwią.

Czy jednak — poniżej zacytuję wybrany przez Andrzejewskiego fragment — Norwid nie okazał się wieszczem nawet w tym, że przewidział odnalezienie diamentu w popiele i czy jego osiem wersów nie pokonało próby ich nadużycia?

Zaczynając drogę symboli, ukrytych znaczeń, niewyjaśnionych w pełni, tajemniczych, sami stajemy się mitotwórcami. Mając popiół, odnajdujemy Feniksa, owego legendarnego, świętego ptaka odradzającego się z popiołów ojca co 500 lub co 1461 lat, wyobrażanego jako czapla, paw, także jako orzeł.

Wyruszając na jego poszukiwanie, przytoczymy cytowane przez Andrzejewskiego strofy, by przekonać się potem, jak osobliwie pasują do wydarzeń, które będą tu opisane:

Coraz to z ciebie, jako z drzazgi smolnej,

Wokoło lecą szmaty zapalone;

Gorejąc nie wiesz, czy stawasz się wolny,

Czy to, co twoje, ma być zatracone?

Czy popiół tylko zostanie i zamęt,

Co idzie w przepaść z burzą? — Czy zostanie

Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,

Wiekuistego zwycięstwa zaranie…

Pierwsze wydanie Diamentu odnalezionego w popiele ukazało się w 1995 roku (przyp. red.). [wróć]

Z zachwytów i pochwał dla Popiołu i diamentu można by stworzyć wielotomową bibliotekę. Przeważają tam stwierdzenia, że to: „historia uchwycona in statu nascendi, wierny obraz trudnych lat, świadectwo epoki”. Najdalej idą podręczniki szkolne. Dawano uczniom do zrozumienia, że w książce stykają się z prawdą historyczną. Nauczono miliony traktować Popiół i diament jak opis zdarzeń w ogólnym zarysie zgodnych z prawdą. Zachwalano książkę jako źródło wiedzy do poznania epoki. W tym okresie nawet posiadanie czy czytanie książek inaczej przedstawiających historię było zagrożone karą więzienia. Mały kodeks karny wszedł w życie w sześć miesięcy przed rozpoczęciem przez Andrzejewskiego pracy nad książką. Początkowo skazywano z art. 7 — „za gromadzenie przedmiotów stanowiących tajemnicę państwową”. Jeszcze w stanie wojennym przyznawano rację tylko Popiołowi i diamentowi, odpowiadając rewizjami i konfiskatami na treści zawarte w innych książkach.

Od roku 1980 obrońcy Popiołu i diamentu odwracają wszystko o 180 stopni: „to tylko fikcja literacka. Każdy ma prawo do zmyśleń, fabularyzacji, koloryzowania, przesady”. Andrzejewski tłumaczy się Jackowi Trznadlowi w Hańbie domowej: „wielu znakomitszych ode mnie kolegów po piórze fałszowało historię”. Obciąża Schillera, Słowackiego fałszowaniem postaci Marii Stuart. Tak, ale oni obaj nie byli zależni ani od Marii Stuart, ani od jej wrogów. Nie żyli w jej czasach ani w jej kraju. Zrobili to dla celów artystycznych, a nie dla pozyskania osoby władcy, jak uczyniono w Popiele i diamencie, w czasie gdy rządziła nie Maria Stuart, a Stalin i Bierut.

„O! — woła radośnie Andrzejewski do Trznadla — jeszcze jedno fałszerstwo…” i wymienia Ryszarda III Szekspira. Dobra jest analogia między Stalinem a Ryszardem III, choć Stalin bratanków miał kilkadziesiąt milionów. A wieża (Tower) to Łubianka. Przyjmijmy tezę Andrzejewskiego, by udowodnić jej fałsz. W 108 lat po śmierci Józefa Stalina powstaje panegiryk na cześć jego czasów. Znaczyłby mniej niż za życia Stalina.

Gdyby Szekspir miał naśladować Andrzejewskiego, musiałby: 1) żyć za czasów Ryszarda III; 2) napisać sztukę wychwalającą tegoż władcę; 3) chwalić go za zamordowanie bratanków (Edwarda i Ryszarda), jako elementu buntowniczego, zdeprawowanego, którego wyeliminowanie było niezbędne. Sztuka musiałaby być uzasadnieniem tej decyzji. Gustaw Herling-Grudziński w roku 1948 nazwał kierunek, który ujawnił się poprzez Popiół i diament — „realizmem kierowanym”. Jego szkic wydaje się dziś jeszcze bardziej aktualny niż wtedy. Herling-Grudziński przewidział, że Andrzejewski „nie wywikła się nigdy z tej matni”.

Podczas gdy powieść została napisana w okresie poprzedzającym socrealizm, film Andrzeja Wajdy został nakręcony w czasie, gdy socrealizm w swojej klasycznej postaci ustępował. Ten najbardziej znany polski film, który wszedł do spisu dzieł klasycznych kinematografii, stał się dla wielu nie tylko w kraju, ale i na świecie — na nieszczęście dla zniewolonej Polski — źródłem wiedzy o jej historii najnowszej. W filmie przejęto obrazowość i przejrzystość tej lepszej imitacji rzeczywistości, która osiągnęła wyższy stopień fikcyjności niż w innych powieściach socrealistycznych.

Zarazem wykorzystano zezwolenia na krytykę stalinizmu po XX Zjeździe WKP(b) — KPZR. Co było z punktu widzenia propagandowego przesadą, upiększeniem, wypadło, nie weszło do filmu, choćby ze względu na to, że film ma konstrukcję bardziej szkieletową.

Jednak reżyser chciał, a może i musiał, wobec dzieła klasyki socrealizmu dochować wierności, by nie ściągnąć na siebie zarzutów wielbicieli urzędowych i prawdziwych książki otaczanej kultem. Podkreślano więc, nawet mimo często złej woli wobec filmu i Wajdy, że odzwierciedla on zasadniczy nurt powieści. Ponieważ dzieło było nieco spóźnione w stosunku do Października 1956, powracały do głosu urzędowe niechęci twardogłowych dogmatyków i neoleninistów do utworów literackich i filmowych, w których wróg nie jest wyłącznie agentem wywiadu.

Był to więc film „postępowy” w stosunku do skrajnie konserwatywnej i reakcyjnej, zawężonej wizji sztuki jako służebnicy propagandy. Wajda skrajne wątki z powieści Andrzejewskiego — czy z braku miejsca, czy z przyczyn odmiennych gustów — usunął. Nie ma tam symbolicznego wymiotowania, dwukrotnie występującego w małej odległości z dwóch powodów: gdy jest to reakcja na ohydny mord reakcjonistów, dokonany na koledze, i gdy doszło do spicia się reakcjonistów w knajpie. Nie ma okradania matki przez żołnierza podziemia, nie ma rabunku rozsypanych pieniędzy na trupie zamordowanego kolegi.

Czas kręcenia filmu (1958 r.) był też łagodniejszy niż czas pisania powieści (XII 1946-VI 1947). Rzecz znamienna: sam Andrzejewski we wstępie do IV wydania (1954 r.) przyznaje, że w połowie powieści przeżył kryzys i chciał ją zarzucić. „Patrz — powiedziałem sobie wówczas — przegrywasz książkę, przegrywasz życie. Życie? Czy to przypadkiem nie za wiele?”. Tak, przegrałby życie, bo nigdy nie osiągnąłby tak upragnionej sławy i chwały, ale może i niesławy, niechwały, bo czy umiał rozróżnić, czy umiał przewidzieć, że to rozróżnienie będzie potrzebne?

Ta połowa książki, załamanie, to właśnie strony między „rzyganiami”, wyrzucanie trupa kolegi, słabe głowy reakcjonistów, mocne komunistów sowieckich i polskich: peperowców i funkcjonariuszy UB. W tym momencie dowiadujemy się, że barmanka Krysia to Rozbicka, prawie z tych Rozbickich z Krzynowłogi — i powieść wychodzi z dna den.

Film jednak odróżnia się od książki czymś, czego nie może być w sztuce pisanej, a czym można równoważyć skazane przez piszącego postaci. Jest to obsada ról. Ani Andrzejewski, ani Wajda nie określają, do jakiej formacji podziemia antykomunistycznego należą Maciek Chełmicki, Andrzej Kossecki i inni. Nie wiemy: należą do NIE, do Ruchu Oporu Armii Krajowej, do Wolności i Niepodległości, Kierownictwa Walki Podziemnej — bo raczej nie do Narodowych Sił Zbrojnych czy Narodowej Organizacji Wojskowej lub do jednej z kilku tysięcy organizacji lokalnych, spontanicznych, niepowiązanych z żadną z central dowodzenia. Jak dotąd wykaz tych ostatnich podaje tylko tajny Informator Biura MSW, wydany na użytek służbowy w 1964 roku. Jednak z niewiadomych względów informator, ostatnio ujawniony (wyd. Retro, Lublin), nie wymienia wielu wykrytych organizacji podziemnych, znanych badaczom niekomunistycznym. Dlaczego? Nie wiadomo. Inne nieznane są do dziś, ponieważ nigdy się nie ujawniły, a miały członków tak wiernych, że nigdy nie wydali jej i kolegów do UB.

Nagromadzenie, spiętrzenie bohaterstwa, nieszczęść i szlachetności po stronie komunistów, podłości, tchórzostwa i zbrodni po stronie niekomunistów dochodzi w książce Andrzejewskiego do swoistej kumulacji:

Komuniści

Niepodległościowcy

Szczuka — więzień kilku obozów koncentracyjnych, organizował tam bohaterski ruch oporu, inżynier, ideowiec, więzień za przekonania (więzień sumienia) w sanacyjnej Polsce. Miał kilka procesów, dwa lata był w obozie, człowiek kaleki, będzie kulał do końca życia, porusza się z trudem, a jednak czynny, z przemęczenia ma przekrwione oczy. Jego żona Maria zginęła w obozie koncentracyjnym, jak i żona jego przyjaciela, lewicowego socjalisty Kalickiego, a także obaj jego synowie, też w obozie. Smolarski — zabity niewinnie przez niepodległościowców, stary działacz, robociarz, stracił dwóch synów: jednego w 1939 roku, drugiego w 1944 — rozstrzelanego. Gawlik — dopiero co wrócił z robót z Niemiec, też zabity.

Kossecki — w obozie był kapo, okrutnie znęcał się nad ludźmi, przeciętny, ograniczony, pozbawiony zdolności kauzyperda, całe dni nic nie robi, do nikogo się nie odzywa, izoluje się (w domyśle: trapią go jego zbrodnie). Pani Kossecka — kura domowa o ograniczonych horyzontach, która wychowała synów: jednego na złodzieja, który ją okrada, drugiego na zabójcę niewinnych ludzi. Andrzej Kossecki — syn kapo z obozu, zimny wykonawca rozkazów. Morduje lub przypatruje się obojętnie, gdy inni mordują. Ze starć w Ostrowcu wyjdzie, jak i jego brat, cały i żywy, zginie tylko młodziutki naiwniaczek (zbyt naiwny, dający się wykorzystywać i sobą powodować przez zimnych morderców z Warszawy — Maciuś Chełmicki).

Dodatnie, sympatyczne postaci drugoplanowe:

Odrażające, budzące grozę postaci drugoplanowe:

Podgórski — dzielny partyzant, dziś buduje nowy ład i porządek w mieście, dzień i noc na posterunku, sam mistrzowsko prowadzi wóz terenowy. Szef powiatowego UB, mocna głowa itd.

Niepodległościowiec Szretter — chwali za kradzież, daje za przykład złodzieja. Katuje i zabija towarzysza broni. („Jatki”, tak bije). Obrabowuje z innymi kolegę z dolarów. Potem dobija obrabowanego kolegę dwoma strzałami. Janusz — cinkciarz i cwaniaczek wzięty do organizacji, by „płacić”, by być ograbianym. Puciatycki, Staniewiczowa, Teleżyński, Weychert i inni — bezmyślna przepełniona nienawiścią, pijacka, rozkładająca się burżuazja, miniona szlachta, sprzedajna inteligencja, upijająca się, słabe głowy. Drewnowski — „niechluj z wymiętą twarzą szczura”. Święcicki — sprzedajny dziennikarzyna, alkoholik. Burżuj Słomka — ma restaurację zrabowaną Żydom, uniżony wobec komunistów, gotów im się wysługiwać itd.

Osobliwością książki Popiół i diament jest, że akcja rozgrywa się nie w miejscowości wymyślonej przez autora, ale w rzeczywistym mieście, wymienionym z nazwy, w Ostrowcu. Dlaczego Jerzy Andrzejewski wybrał Ostrowiec i czemu, przenosząc realia Ostrowca do powieści, nie nazwał go inaczej?

Gdy chodzi o wielkie miasta, ma to inne znaczenie. Albo idzie w gruncie rzeczy o jakieś abstrakcyjne, wielkie miasto, albo o umieszczenie wydarzeń w przestrzeni znanej choćby ze słyszenia większości czytelników i pokazanie ciągu wydarzeń historycznych, znanych wszystkim (jak w przypadku Warszawy, Krakowa, Paryża itd.). Tymczasem Ostrowiec to miasto średniej wielkości, mało znane, w którym nie zdarzyło się nic powszechnie uważanego za ważne. Choć jego wygląd z punktu widzenia literatury socjalistycznej jest „typowy”, to nie można znaleźć motywu, dla którego to on został wybrany, a nie inne miasto, również pasujące do doktryny reprezentatywności.

Jeśli chodziło o wywołanie wrażenia realizmu, dosłownej prawdziwości książki, danie do zrozumienia, że historia jest prawdziwa, jak miasto, w którym przebiega akcja, to dlaczego wybór padł na Ostrowiec? Gdy analizuje się powieść pod tym kątem, odnosi się wrażenie, że pisarz przed napisaniem książki był w tym mieście. Topografia — duża fabryka za miastem, wąwozy, rzeka, taka właśnie, leśna okolica, umiejscowienie rynku, hoteliku — na to wskazuje. Jednocześnie z biografii Andrzejewskiego nie wynika, by przed rokiem 1946 mieszkał w Ostrowcu lub choćby tam był. Przyjechał więc, by przeprowadzić wizję lokalną? Dlaczego tam? Kto mu podsunął Ostrowiec, ewentualnie zawiózł tam, umieścił w hoteliku, być może pod numerem 17, który okazuje się tak ważny dla akcji?

...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki